Beskid Tango Marathon 2018 vol. IV

    
Oficjalne otwarcie z burmistrzem Szczyrku. DJ-e dostali góralskie kapelusiki, DJ-ki – góralskie chusty.
Na zdjęciu także: Bestia, Piękna i organizatorzy: Anna Pietruszewska i Lechosław Chojnacki.

Ania

Pierwszy weekend roku bezapelacyjnie należy do Beskid Tango Marathon. Ja tam muszę zacząć tangowy rok. Byłam na pierwszej edycji jeszcze na Szyndzielni (nie wiem, czemu Anielica Bielskiego Tanga i organizatorka Beskidu, niejaka Anna Pietruszewska, nie uwzględnia pierwszego maratonu w wyliczankach…), nie mogłoby mnie nie być w tym roku. Po raz czwarty, czyli piąty.

  

Jola

Szczyrk jest magicznym miejscem na tangowej mapie Polski. Maraton organizowany przez cudownych ludzi. Dla mnie jedyny w swoim rodzaju. Zaczyna tangowy rok. Impreza odbywa się w Hotelu Orle Gniazdo – jak dla mnie wysoko w górach. Tak, wiem: górołazi mnie wyśmieją, ale z walizką wejść z dołu to wyczyn. Tyle że nie ma takiej potrzeby, ponieważ można skorzystać z busa, o który zadbali organizatorzy.

  

Ania

Co roku organizowany jest transport z dworca w Bielsku-Białej, a także z dwóch najbliższych lotnisk, czyli z Katowic i Krakowa. Dzięki temu każdy może się bezproblemowo na maraton dostać. To jest bardzo ważne. Dużo z Jolandą podróżujemy i kilka imprez skreślamy niestety tylko dlatego, że trudno tam dojechać. A tu: proszę! Trudności brak.

  

Jola
Następny plus tego maratonu: wszyscy mieszkamy, jemy, bawimy się razem. To cudownie wpływa na integrację. Ponadto atmosfera całego eventu jest bardzo przyjacielska. Duże stoły na sali i doskonały ich układ pozwala nie czuć się samotnie i sprzyja tańczeniu przy użyciu cabeceo. Parkiet miły dla stóp i odpowiednio śliski. Bez tłoku, ale ilość osób wystarczająca. Przywitaniom pierwszego dnia nie ma końca…

    

Ania

Niestety były momenty tłoczne i bywał na parkiecie bałagan. Cudownym pomysłem była darmowa lekcja nawigacji przeprowadzona w sobotnie przedpołudnie przez Lechosława Chojnackiego. Niestety – ci, którzy powinni na niej być, nie wpadli na pomysł uczestnictwa. Bo i po co? To on potrzebuje przestrzeni i latania w poprzek, reszta niech się goni! Uważam, że nie wolno tolerować parkietowego egoizmu. Brykaj sobie u siebie w piwnicy, ale jak jedziesz na dużą imprezę, miej baczenie na partnerkę i innych. To jest zmora większości imprez, niestety. Edukować i tyle. DJ-e grali świetnie, więc parkiet był pełen, a stoły świeciły pustkami.

  


Jola

No i absolutny hicior, czyli Pijama Party. O tej części maratonu krążą legendy. Kobietki mocno roznegliżowane, rozochocone i bardzo gorące, panowie w gaciach i takich tam innych, ale gotowi na wszystko… Świetna zabawa do 5 rano, a nawet dłużej, ale to już w kuluarach.

    

Ania

Anielica bardzo dba o PR pidżama party i nie jest zachwycona, kiedy szala przechyla się na stronę „sexy”. Prawda też jest taka, że większość idzie w gaciory i wygłupianie, a nie riki-tiki-tak. To robią w pokojach, bez pidżam. A w tym roku najbardziej sexy było już po, kiedy część oficjalna dobiegła końca, a my w gronie samych dziewczyn (było nas chyba z dziesięć) bardzo dobrze się ze sobą bawiłyśmy. I było sexy bez seksu, o! A w trakcie były szaleństwa do różnych rytmów, nie tylko tangowych. Jonas rozbujał towarzystwo, że hej!

     

Jola

No po prostu tańce, hulanki, swawole… Kończyć się nie chciało! Jeśli chodzi o muzykę, DJ-je grali super. Dla mnie Facundo i Jonas Maria dali absolutnie czadu 😅😅😅 Czułam się radośnie przy ich muzie.

  

Ania
Ta edycja w ogóle wibrowała dobrą energią. I mimo że był pewien nieprzyjemny moment, a nawet dwa (gratuluję organizatorce szybkości podejmowania twardych decyzji), to całość na tym nie ucierpiała, a wręcz przeciwnie: całe Włochy wiedzą, że w Szczyrku jest super maraton, na który za rok trzeba jechać 🙂 

  

Jola

Kilka słów o jedzeniu, bo to też ważny temat. Hotel spisał się na medal. Dużo i dobrze. Jedzenie maratonowe niegorsze, niczego nie brakowało. Cały czas była kawa, herbata, woda, soki, zupki, kanapki, ciasteczka.

Ania

Ja wolałam kanapki z ubiegłego roku: każda osobno zapakowana, przez co bułka nie czerstwiała, a w niedzielę można było sobie wziąć na drogę. Generalnie – na wyszynku maratonowym z podawaną kolacją naprawdę nikt nie chodził głodny. A różnie z tym bywa. Na jednym z warszawskich bieda-maratonów zdarzyło się uczestniczce nie zobaczyć jedzenia w ogóle, bo na pięć minut przed oficjalnym podaniem – już nic nie było…

Jola
Ten maraton jest w bardzo dobrej cenie, jeden z tańszych i towarzysko najlepszych. Jeśli nie byliście, to w przyszłym roku trzeba pojechać koniecznie. Szczególnie że ilość uczestników rośnie z roku na rok, a jakość maratonu nie spada.

Ania

Pomijając moją prywatną sympatię i osobistą przyjaźń z główną organizatorką, obiektywnie stwierdzam, że jest po prostu dobrą negocjatorką i umie załatwić, co trzeba. A bywa niełatwo. Wynegocjowała bardzo dobrą cenę za noclegi. Obsługa całości naprawdę jest na wysokim poziomie. Ludzie, wyrwani ze swojej rzeczywistości, są weseli i pełni energii. To naprawdę rewelacyjna impreza z masą różnorodnych ludzi…

    

Jola
No ….zawsze jest jakieś ale...Tandy życia to ja tam nie miałam, ale kilka było wartych zapamiętania i kontynuacji 😁😁😁 Ale bez ale nie obejdzie się żadna impreza. Do zobaczenia za rok.

Ania

Skoro Jolanda na początku stycznia jeździ do Szczyrku, a w połowie wylatuje do Buenos – skoro jej się chce, znaczy, że warto 🙂 Ja za to miałam tangowe odkrycie i nie mogę się doczekać, żeby je zweryfikować: naprawdę fajnie czy tylko czar kilku chwil..?

P.S. Krzysiu Pietruszewski – pozdrawiam Cię i całuję! I podziwiam za godność i sprawność w towarzyszeniu szaleństwom Twojej żony!

P.S. 2

Na maraton przyjechała Ula Wojtkowiak z butami Etnonces (link TU ). Ta firma to odkrycie Jolandy. Ja też zamówiłam swoją pierwszą parę i jaram się, bo odbiorę w tym tygodniu! Buty są wytrzymałe, świetnej jakości, przyjazne halluxom, a mają tyle wzorów, że każda tanguera będzie zadowolona 🙂

P.S. 3

Oderwanie od rzeczywistości sprzyja porywom serca… Powiedział, że jest młodym przystojnym chłopcem prosto z Argentyny, a ja mu uwierzyłam…

Pozdrawiamy!
(Piękna) Jolanda i (Bestia) Ania

Rozkład jazdy: styczeń 2018 i zapowiedź lutego

Jak początek roku – to wiadomo: Beskid Tango Maraton. Inny niż wszystkie. Wyjątkowy.
Dlaczego warto na nim być? Bo:

  • To REWELACYJNA impreza tangowo – towarzyska. Poznajesz ludzi z całego świata! Z roku na rok przyjeżdża coraz więcej cudzoziemców, z roku na rok każdy ze stałych bywalców (a jest ich mnostwo!) lepiej tańczy, z roku na rok pojawiają się nowe osoby. Można dojechać z lotnisk w Krakowie i Katowicach, jest bus podstawiony na dworcu w Bielsku białej (szczegóły na stronie wydarzenia TU). Anielica bielskiego tanga, Ania Pietruszewska, dba o to, by muzycznie, kulinarnie i właśnie towarzysko było zawsze super. Kto kiedykolwiek organizował choćby kinder bal, wie, że nie jest to takie proste.

  • Poziom tangowy jest taki, że każdy, jeśli chce, się wytańczy. Nie ma gwiazd prima sort super zaawansowanych limited edition (Magda K. vel T.! Anektuję to określenie, jest boskie!), ale to chyba lepiej, zwłaszcza że z niektórymi wcale nie lubię tańczyć, więc tylko by mi najlepsze ciastka z bufetu wyjadały. Za to wszyscy, którzy przyjeżdżają, chcą po prostu super spędzić czas i to im się do tej pory udawało i nie widzę powodu, by w tym roku miało być inaczej. Oczywiście: jest selekcja, bo jednak jest to impreza tangowa.

  • Wszyscy jesteśmy zakwaterowani w jednym miejscu: dużym hotelu z różnymi ciekawymi zakamarkami, w tym sauną, SPA i biblioteką (szczegóły: TU ). To bardzo zbliża. Tzn. nie tylko sauna i biblioteka, tylko w ogóle wspólne bliskie mieszkanie. W tym roku impreza zaczyna się już w piątek w południe, a pierwszy pociąg z Warszawy przyjeżdża o 12.00. Hotel jest na tyle duży (sala taneczna też, a parkiet do tej pory był wyśmienity, więc jest szansa, że taki będzie i tym razem), że pomieści nas wszystkich + tych zdecydowanych w ostatniej chwili, a i tak będzie komfortowo. Aaa!!! Hotel jest po remoncie, dotychczasowi bywalcy go nie poznają…
      

  • Maratonowy bufet jest dobrze zaopatrzony. Nawet kawa nie była z tych z najniższej półki (co się rzadko na maratonach zdarza, zwykle jest fuja). Pyszna kolacja podawana jest o takiej porze, że można tańczyć do świtu. Gorące kubki i świeże kanapki pozwalają przetrwać czas od śniadania do kolacji, wiec tak naprawdę jak ktoś nie ma ochoty wydawać dodatkowych pieniędzy, to nie musi i przeżyje najedzony. A w niedzielę jeszcze brało się prowiant na drogę powrotną. Teraz, po zakupie nowych stołów i w ogóle wielkich zmianach – musi być jeszcze lepiej 😁
     

    W tym roku warto się nie spieszyć i zostać do poniedziałku, bo zapowiada się mega afterka w bielskim klubie Metrum, który słynie z doskonałego parkietu i nagłośnienia. A kto ma czas – niech przyjedzie w czwartek na beforkę. Zapowiedziało się kilkadziesiąt osób!
    I nadszedł ten czas… Poniżej mój bardzo lubiony punkt programu…

    • Tak, przyznaję: uwielbiam szalone pomysły i cieszę się, że Anielica też ma diabła za skórą 😁 Jedyne takie regularne party – nie boję się stwierdzić: na świecie!
      PIJAMA PARTY! W późną (bardzo) noc, z soboty na niedzielę, wskakujemy w bieliznę nocną lub nocnopodobną i… tangolimy jak gdyby nigdy nic, tyle że mamy z tego niezły ubaw 😁 Oczywiście nie każdy lubi tańcować w galotach, nie każda pani czuje się dobrze w sexy koszulce. Dlatego chyba wymyślono t-shirty i spodenki lub leginsy 😁
      A jeśli ktoś uważa, że jako poważny księgowy czy menadżer do spraw zarządzania kurzem w podwórzu nie może sobie pozwolić na takie występy – może pozostać w ubraniu, przecież na siłę nikt nie rozbiera (sami to robimy z przyjemnością 😁). Najmniej tolerancyjni opuszczają imprezę. I nie wiedzą, co tracą. Bo to nie jest tak, że wszyscy są jacyś bardziej frywolni. Tylko niektórzy! 😁 A tak naprawdę traktujemy to jako powód do śmichów-chichów. Szlafmyce, czepki… W ubiegłym roku Ojciec Wiesław np. lansował modę elegante (skarpetki) + sport (gacie) + podżama (góra), a w tym zapowiedział się w sułtańskich portkach…

      Tyle jest problemów na co dzień, że raz w roku naprawdę można się wyluzować. Ja do tej pory bywałam w bawełnianych pidżamkach i góralskich bamboszach.

      W tym roku stawiam na koszulkę i koronki!

  • Tereny wokół są atrakcyjne spacerowo (podobno, bo ja jakoś nie mam ciągot do łażenia, a i czasu przez te wszystkie poprzednie edycje też nie znalazłabym, choćbym chciała). Zapaleńcy mogą także pojeździć na nartach – są piękne nowe trasy, oświetlone wieczorem.

    Więc jak ktoś ma życzenie – może zaczerpnąć świeżego powietrza i zażyć ruchu innego niż tango.

  • Cena jest bardzo dobra! Zarówno hotelu, jak i maratonu w tym wydaniu. Ja sobie nie wyobrażam nie być. Nawet Jolanda jest zawsze, która bywa na największej liczbie światowych tangowych parkietów, a o tej porze już jest myślami w Buenos (tak! Znowu leci na dwa miechy, i to w styczniu).

    Zachęcam do odwiedzenia strony wydarzenia ( TU ) i kontaktu z organizatorką.

    Zapowiedzi: luty 2017

  1. 3 lutego rusza nowa popołudniowa milonga: Królewski Wilanów.

    W bardzo bliskim sąsiedztwie pałacu. Będzie się odbywać cyklicznie, raz w miesiącu, w każdą pierwszą sobotę, do czerwca tego roku (potem zobaczymy, mam nadzieję, że będzie letnie tango plenerowe, a jesienią wrócimy do tej formuły). Szczegóły już niebawem, ale mogę zdradzić, że:
    * zawsze będzie dobry TDJ,
    * zawsze będzie pokaz
    * zawsze będzie wstęp wolny!
    * zawsze będzie krótka lekcja kroku podstawowego, więc już myślcie, kogo z nietangowych znajomych warto przyprowadzić.
    Piękna sala z drewnianym parkietem na ul. Kolegiackiej już na nas czeka. Dojazd świetny (tuż przy pętli w Wilanowie – dojeżdża mnóstwo autobusów), dla zmotoryzowanych parking.
  • 4 lutego odbędą się dłuuuugo wyczekiwane warsztaty dla TDJ – jów prowadzone przez duet Radio i Milonga Tango Uno: Dorotę Zyskowską i Marcina Błażejewskiego (szczegóły TU ).

    Z tej okazji przemeblowałam moje plany, bo nie wyobrażam sobie nie być! Nie, nie zamierzam nigdy grać 😁 Ale lubię się znać na różnych rzeczach, o!

    Chcesz być na bieżąco w warszawskich zwłaszcza, ale nie tylko, wydarzeniach – polub fanpage Tango Te Amo i odwiedzaj tego bloga 😁

     (Bestia) Ania

Rozkład jazdy: koniec roku 2017

Stary rok odchodzi, ale zanim to uczyni – najpierw słów kilka o sylwestrze.

W Warszawie mamy trzy tangowe imprezy: RETRO w Teatrze Komedia, PODWÓJNY tradycja & neotango na ul. Wolność, oraz JEDYNA w swoim rodzaju Złota Milonga i 14. bal sylwestrowy.

W Złotej bywam systematycznie, ale po raz pierwszy w życiu będę tu na balu sylwestrowym. Od wielu lat – tak mi się układało – spędzałam tę noc nietangowo. Tym razem ułożyłam inaczej.
Sorry nietangowcy, taki mamy klimat!

  

Złota Milonga – to w ogóle jest miejsce wyjątkowe. Tak naprawdę jest to jedyny w Polsce klub tanga argentyńskiego z prawdziwego zdarzenia: z piękną okrągłą salą, świetnym zadbanym parkietem, ekranem do projekcji, barem i wygodnymi szatniami osobno dla obu płci. A i prezent czasem można znaleźć… ?

Cudzoziemcy są tym miejscem zachwyceni! Goście z innych miast także. A z warszawiakami bywa różnie. Dla mnie osobiście wtorkowa milonga No Stress jest obecnie najlepszą warszawską regularną milongą. Dlatego postanowiłam, że tegoroczny sylwester odbędę właśnie tu. Starsza gwardia pamięta szaleństwa na przebierankowych balach karnawałowych… Się działo…

Na sylwestra też się będzie dziać, jestem pewna. O północy zaplanowany jest półgodzinny set muzyki nietangowej, takiej do ogólnych pląsów i podskoków. Ja akurat nie przepadam, to sobie odpocznę. I tak sobie myślę: ponieważ sporo osób tangowych ma nietangowe drugie połowy – warto by w tę jedną noc zrobić dłuższe nietangowe taneczne cortiny, żeby ci, co lubią, nie musieli czekać do północy. A ci, co niekoniecznie, mogą się np. z kimś poprzytulać. Open bar czasami bardzo skraca dystans…

Złota Milonga to także najstarsza obecnie milonga warszawska. Oprócz regularnych lekcji i warsztatów, odbywają się tu okazjonalne milongi, pokazy i koncerty. Bal sylwestrowy jest coroczną tradycją. To jedyne miejsce, gdzie regularne milongi odbywają się 3 x w tygodniu i każda ma swój odrębny charakter.

Terenowe służby operacyjne donoszą, że na bal sylwestrowy zostało jeszcze kilka miejsc, więc nie ma co się zastanawiać, tylko do pani Ani zgłaszać, płacić i odbierać zaproszenie. Cena nie jest wygórowana, a bufet będzie zacnie zaopatrzony w jadło i napitek. Panowie – nie szukajcie przygód niewiadomego pochodzenia, nie idźcie na jakieś ciotkowe domówki, tylko chodźcie do Złotej Milongi! Będzie dużo fajnych kobitek i dobra zabawa, nie tylko tangowa. To będzie gorąca noc…

A dzień przed: 30 grudnia wszystkie drogi prowadzą do Olsztyna!

Tak przedsylwestrowo. Dobrze się składa, bo musimy z Jolandą odzyskać panowanie nad naszymi kalendarzami i zaplanować, które imprezy bez naszej obecności absolutnie nie mają racji bytu ? Olsztyn prężnie działa tangowo już od kilku lat. Głównym motorem rozwoju tamtejszego tanga na jego początkowej drodze była Jolanda, która brała udział w tworzeniu stowarzyszenia, organizowała lekcje i milongi. Nadal czynnie uczestniczy w tamtejszym życiu tangowym, organizując praktyki oraz lekcje i warsztaty z różnymi nauczycielami. Jak tylko jest na miejscu – uczestniczy w miejscowych wydarzeniach jako gość.

No i właśnie 30 grudnia (sobota) odbędzie się dziewiąta milonga La Roja, którą tworzą młodzi tangowi zapaleńcy: Anna Tyszka, Izabela Damulewicz i Mariusz Ciesielski. Tangowy staż jeszcze ich nie przytłacza, więc mają zapał i pomysł na realizację. Ja będę na niej po raz pierwszy, ale terenowe służby operacyjne doniosły, że to bardzo udana impreza, na którą przyjeżdża sporo ludzi, nie tylko z Polski. Pojedziemy – zobaczymy! Szczegóły znajdziesz TU 

To co – do zobaczenia jeszcze w tym roku!

(Bestia) Ania

Warsaw Tango Festival Recuerdo II

Jola:

Jestem pełna uznania dla Patrycji Cisowskiej – Grzybek i Jakuba Grzybka. Ta para jest mało u nas znana i w Polsce niedoceniana. To nie są jacyś tam tancerze i organizatorzy. To są Mistrzowie Europy w Tango Escenario z 2014 roku!

Show w Teatrze Sabat

Ania:

Kiedy kilka lat temu zapytałam Jolandy: „A co to za jedni?”, ona popatrzyła na mnie tymi swoimi zielonymi oczami i powiedziała z wyrzutem: „Jak to: mieszkasz w Warszawie i ich NIE ZNASZ?!”. Zrobiło mi się łyso, ale taki był fakt: nie wiedziałam, ki czort. Na szczęście nadrobiłam braki i muszę przyznać, że obserwując ich nie zawaham się stwierdzić, że jest to jedna z najdynamiczniej rozwijających się tangowo polskich par.

Jola:
Miałam przyjemność oglądać ich pokazy na parkietach Buenos Aires, między innymi w kultowym Salon Caning. A tam nie występuje byle kto i nie każdy może dostać zaproszenie. A niejedni by chcieli. 

  

Ania:

Nie są w Polsce znani, bo bez przerwy jeżdżą po świecie. W Buenos Aires są ze dwa razy w roku, jak nie częściej. Tam dają pokazy i tam czerpią ze źródła, korzystając z lekcji u najlepszych tangowych nauczycieli. W Warszawie prowadzą swoją szkołę tanga. Udzielają lekcji prywatnych. Zwyczajnie nie mają czasu, by bywać na miejscowych milongach.

La Baldosa, Buenos Aires

Jola:

Występują, uczą i jeszcze mają siłę i chęć na zorganizowanie takiej imprezy ❤ A dopięcie eventu tego kalibru to nie lada sztuka, finansowa i logistyczna.

Ania:

Dlatego Warszawa nie miała festiwalu. Są imprezy łączące maraton z festivalito, ale po porażce finansowej dawnego festiwalu sprzed lat – nikt nie chciał podjąć ryzyka. Myślę, że nikt też nie mógł, bo po prostu nikt nie zna świata argentyńskich maestros tak jak oni.

Jola:

Po raz drugi gościliśmy w Warszawie najlepsze pary tangowe świata.
Nie wiem, jak oni tego dokonali… Zaproszenie Vanesy Villalba i Facundo Piñero, Virginii Gomez i Christiana Marquez, Marii Ines Bogado i Jorge Lopez – w jednym terminie! – to rzecz prawie niemożliwa.

Ania:

Do tego doszli Olga Nikolaeva & Dmitry Kuznetsov – vice mistrzowie Europy Tango Escenario 2017, a także finaliści Mundial de Tango Escenario w Buenos Aires trzy lata z rzędu – a jak wiadomo, jest tam ogromna konkurencja…

Jola:
Zeszłoroczna edycja była sukcesem, pomimo małego zainteresowania ze strony naszych rodzimych tangueros i maestros. W tym roku festiwal był jeszcze lepszy.

Ania:

Warszawscy byli także rok emu!! A reszta kraju widocznie myśli, że nie musi, bo po co, skoro i tak ma uczniów, którzy płacą i myślą, że tańczą tango… 

Ale wróćmy do edycji II. 

Czwartkowa Opening milonga odbyła się na warszawskiej Pradze, w industrialnym budynku dawnej fabryki czegoś tam. Kiedy podjechałam i zaparkowałam – czułam się trochę nieswojo… Betonowe magazyny… Rampy… Noc… Nikogo… I tylko osamotniony stojak z bannerem starał się zwrócić na siebie uwagę, bez wskazywania jakiegokolwiek kierunku… Na szczęście ktoś się jednak pojawił i okazało się, że przez magazyn wchodzi się do nowoczesnej sali szkoły tańca (po mega fioletowym dywanie!), z barem, świetną drewnianą podłogą i dobrze zaopatrzonym bufetem. Tłoku nie było – jak to na festiwalu w czwartek (wszędzie na świecie ten dzień nie jest oblegany), ale ilość tangueros była dokładnie taka, jaka powinna być na tej parkietowej powierzchni.

  

Pokaz naszych organizatorów, czyli Patrycji i Jakuba, był bardzo gustowny (zobacz TU). Czasem tak jest, że para jest świetna technicznie, super uczy, ale pokazowo niestety nie wygląda. Z różnych względów. A Patrycja i Jakub zgarnęli całą pulę talentów: umieją wszystko (Jakub jest także świetnym konferansjerem – z polotem i humorem 😀 ). I nadal się rozwijają. To naprawdę w polskich warunkach nie jest powszechne.

    

Jola:

Tak, nawet maestros muszą się uczyć, nie tylko zwykli śmiertelnicy.

Ania:

Dlatego dziwię się, że było tak mało nauczycieli z Polski. Co ciekawe: byli ci najlepsi! Ci, co byli w Buenos. Ci, co dają przepiękne pokazy. Co prowadzą lekcje i chcą je mieć na wysokim poziomie. A krajowa średnia i nauczycielskie przedszkole chyba uznało, że nie musi patrzeć na najlepszych, nie mówiąc o warsztatach. Po co? Skoro uczniowie nie mają za dużych wymagań i mimo wszystko zostawiają u nich kasę… Tak, wiem: mogło komuś coś wypaść, mógł się rozchorować. Ja piszę o tych, którzy są zwykłymi ignorantami, a to plaga wśród polskiego środowiska nauczycielskiego.

Jola:

Piątek należał do Marii Ines Bogado i Jorge Lopeza. Dali pokaz dwukrotnie: na popołudniówce (apartamenty Złota 44, 50. piętro – tak, tam kupił mieszkanie Robert Lewandowski 🙂 ) i na milondze nocnej. Maria Ines jest niesamowita. To tancerka bardzo młodego pokolenia. Zobacz

    

    

Milonga na Złotej była tylko na zaproszenia, które organizatorzy losowali. To niezwykłe miejsce, przede wszystkim ze względu na widok. 50. piętro jest niemal całe przeszklone. To tu znajdują się apartamenty pokazowe.

Ania:

KAŻDY musi pstryknąć sobie fotkę, bo inaczej wizyta się nie liczy 😀 Moje obecne profilowe na fejsie pochodzi właśnie z tej imprezy 🙂

      

Jak festiwal – to i koncert na żywo. Rosyjscy muzycy:Tango En Vivo Orchestra – zespół młodych chłopaków pełnych wigoru – dali czadu… Lubią, by było głośno. Moim zdaniem trochę z decybelami przesadzili. Energii nie robi się przez hałas. No ale pożyją, może nie będą mieli potrzeby walenia po garach na maksa.

    

Grali świetnie, tańczyło się bardzo przyjemnie. Do świtu!
A w sobotę… krew, pot i łzy. Automatyczna masakra mechaniczną piłą tangowej techniki…

Jola:
Jeśli ktoś chciał się uczyć od najlepszych, to miał niebywałą okazję i miał z czego wybierać. Warsztaty z parami argentyńskich maestros to naprawdę okazja do poszerzenia tangowych horyzontów.

   

Ania:

Zwłaszcza jeśli ktoś uważa, że wyszedł z tangowego przedszkola. A jeśli ma aspiracje, by – będąc zwykłym tanguero bez edukacyjnego przygotowania (moim zdaniem zmora tangowego świata, no ale jest) – uczyć innych – to nie skorzystanie z tego, że Buenos przyjeżdża do Warszawy, jest zwykłą ignorancją. Ludzie – pytajcie, gdzie uczyli się Wasi ochotnicy na nauczycieli i jakie mają na to dowody… Na jakich byli międzynarodowych imprezach i kogo widzieli na żywo, a nie tylko na jutjubie… Nie wydawajcie pieniędzy bez sensu! Nie dawajcie sobie wciskać wizytówek na milongach! To NIE są nauczyciele!!!

Jola:

Poszłyśmy na warsztat z techniki. Trzy maestroski (Vanesa Villalba, Virginia Gomez, Maria Ines Bogado) wzięły nas w obroty przez 5 (!) godzin, jedna po drugiej. Było super! Całość kosztowała raptem 300 zł, a naprawdę było gęsto.

   

   
W ogóle cena festiwalu była bardzo niska. 200 zł za całą imprezę ze wszystkimi pokazami – to naprawdę niewiele.

Ania:

Niestety – jest jedna niedogodność: pora roku. Kiedy zachęcałyśmy naszych południowych kolegów do przyjazdu, mówili: „W listopadzie?! Nigdy. Chętnie! Ale w lato”.

Jola:

Jednak niektórzy przyjechali…

Ania:

Hahah na tym jednym zdjęciu widzę przynajmniej takich dwóch…

Wieczorna milonga sobotnia to gala na całego. Wino, buty, ciuchy… Czyli pełne spektrum także okołotangowych przyjemności.

      

Przybyło – UWAGA! – 350 osób! Nic dziwnego, skoro pokazy były dwa, i do tego topowych par. Rozpoczęli Vanesa Villalba i Facundo Piñero. CO TO SIĘ DZIAŁO… Panowie zrywali krawaty/muchy/marynary… Kobiety omdlewały…licząc na ocucenie… szampanem…

      

To był absolutnie pokaz roku w Polsce. Oczywiście – nie widziałam wszystkich pokazów w całej Polsce – ale z reakcji tych, co jeżdżą (nie tylko po naszym kraju), a także z reakcji przybyłych międzynarodowych maestros wnoszę, że TO był pokaz nadzwyczajny. Pierwszy taniec jest TU.

Trudny orzech do zgryzienia mieli Los Totis, czyli Virginia Gomez i Christian Marquez, którzy wystąpili zaraz po. Ale dali radę! Są świetni. Technicznie doskonali. Zobacz!

Obie pary dostały owacje na stojąco i obie uraczyły nas bisem.

Jola:
Sobotni pokaz Vanesy i Facundo powalił mnie na kolana. Zresztą: wszystkie pokazy były na najwyższym poziomie.

Ania:

Każdy typ imprezy ma swoją specyfikę. Niektórzy fukają na „zadęcie” festiwali. Mnie to śmieszy. Festiwal rządzi się swoimi prawami (o szczegółach napiszę kiedy indziej). Piękne wnętrze z marmurową podłogą o dobrym poślizgu jest jak najbardziej TOP (w Buenos tańczy się głównie na podłogach kamiennych. Milonga i festiwal nie ma tylu godzin tańca, żeby to miało być przeszkodą). Jeśli kogoś bolały nogi, to nie od tego konkretnego podłoża, tylko od tego, że nie ma techniki ich stawiania. Stopy i kolana wysiadają na podłodze tępej (dlatego nie ma zbyt śliskiej hehe). Na kamiennej z dobrym poślizgiem nic nie wysiada, jeśli ma się właściwe buty (do tanga, a nie do tańca towarzyskiego) i umie stawiać stopy. A nadęcie? Co to znaczy? Elegancka oprawa i shows rewelacyjnych par to nadęcie? Panie w elegantszych sukienkach i brak panów w t-shirtach? Nie każdy lubi elegancję – i ok. Można zjeść obiad w restauracji Modesta Amaro, a można wsunąć kotleta na obiedzie u cioci Krysi. Nieporozumieniem jest – i nietaktem – kiedy od cioci będziesz wymagać fantazyjnego dania, jakie jest w menu restauracji Amaro. Tak samo: jeśli pójdziesz do Amaro i zaczniesz się domagać kotleta jak u cioci… TAK, festiwal ma zadęcie, bo to taki typ imprezy. W końcu iluż z Was, drodzy Rodacy, widzi chociaż jeden festiwal w roku? My z Jolandą widujemy przynajmniej jeden na kwartał, a tak naprawdę to chyba jeden na dwa miesiące… Albo sześć tygodni… Musimy podliczyć nasz 2017 rok 🙂 Więc jeśli ktoś nie jeździ, niech nie krytykuje. Nie lubisz takich imprez? Ok. Nie każdy lubi szampana. Niektórzy do końca życia zostają przy musującym Dorato… Pokazy par warto oglądać na każdym etapie tangowego życia, bo na każdym etapie coś można z nich wynieść (zwłaszcza na późniejszym, jak już umie się odróżnić dobre jakościowo tango od ściemy).

Jola:

Ogromną niespodzianką był dla mnie niedzielny pokaz rosyjskiej młodej pary: Olgi Nicolaevy i Dimitra Kuznetsov (link wstawimy, jak pokaz zostanie opublikowany).

  

Ania:

Jak mówi nasz rodzimy tanguero Ojciec Wiesław: „Tango kończy się tam, gdzie zaczyna się balet lub cyrk”. Tego ostatniego nie było. Balet – tak, bardzo subtelnie dodany do tanga. Widać, że Olga jest także tancerką klasyczną (jak większość zawodowych tanguer). Ten balet był tak bardzo na miejscu… Z przyjemnością chłonęło się cały występ tej niezwykłej pary, z której biła energia i radość wspólnego tańca.

Ronda maestros zwieńczyła cały festiwal. A afterka w SPATiF-ie, na Milondze Uno, domknęła wierzeje tegorocznego Recuerdo.

Jola:
Z ogromną przyjemnością oglądałam czwartkowy pokaz Patrycji i Jakuba. To cudownie rozwijająca się nasza para. ❤ Mam nadzieję, że będzie można ich zobaczyć nie tylko na festiwalu, ale również na innych polskich wydarzeniach.

Ania:

Jak ich zaproszą, a oni znajdą czas. Już niektórych zazdrość zżera, że tych dwoje może, umie, że im wychodzi. Polacy to specyficzny naród. Wspierają się w kataklizmie i tragediach, nie umieją znieść sukcesów innych. Nie szkodzi. Myślę, że kolejna edycja będzie jeszcze bardziej mega. O ile to możliwe… Ale póki co warto obejrzeć nasz narodowy towar eksportowy :p 

Jola:
Festiwal był świetnie zorganizowany, w pięknych miejscach. Jedyne zastrzeżenie to nagłośnienie na głównych milongach. Chociaż ostatni wieczór pokazał, że dobry dj umie sobie poradzić.

Ania:

Z tym nagłośnieniem auli to jest jakaś dziwna sprawa… Wnętrze nie jest typowe, bo poza swoją monumentalnością, zaułkami i kolumnami – ma szklane sklepienie, czyli kolejny element inny akustycznie. Zaskoczył nas niedzielny dj (Mik Avramenko), który tak wszystko poustawiał, że dźwięk płynął bez przeszkód i był miły dla uszu…

Jola:
Nie będę się odnosiła do poziomu tanecznego uczestników. Każdy mógł znaleźć swoje miejsce i swoich partnerów. 

  

Ania:

Od piątku do niedzieli milongi odbywały się w auli wydziału fizyki Politechniki Warszawskiej (tak jak w ubiegłym roku). To bardzo piękna przestrzeń. W łazience dla pań fullpack pierwszej pomocy (do męskiej nie zaglądałam, wybaczcie) – niespotykany nigdzie na świecie na żadnym festiwalu, a na maratonach tylko niektórych (naszych polskich tak!). Bufecik malutki, ale przecież nie idziemy na festiwal, by konsumować. Na popołudniową milongę dotarłyśmy raz: w niedzielę, do kawiarni Pożyteczna. Był full! Podobno dzień wcześniej na Oczki też było super.

Jola:
Podsumowując: moim zdaniem był to tegoroczny najlepszy polski festiwal i jeden z lepszych w Europie. Nigdy i nigdzie nie widziałam tylu topowych par naraz – a jeżdżę duuużo…
Brawo Patrycja, brawo Jakub, brawo cała ekipa. Czekam na 3. edycję ❤

Ania:

Warto wspomnieć o Tango Dream  w Teatrze Komedia, czyli show wszystkich par tego festiwalu. Wszyscy, którzy byli, stwierdzili jednogłośnie: to było NIESAMOWITE! Nie da się tego opisać. Ponieważ teatr jest stałym elementem Recuerdo, warto za rok upolować bilety i zobaczyć to na żywo.

 

Na koniec dodam, że to był festiwal, który gościł ludzi uczciwych. A tak! Sprawdziłam to osobiście, i nie ja jedna. Zostawiłam w piątek telefon (kręciłam transmisję na żywo dla Tango Te Amo, a potem odłożyłam go na stół i poszłam tańczyć). Jolanda zgubiła złotą bransoletkę, a nasz kolega (co prawda po powrocie z jednej milongi i przed wyjściem na drugą) – ręcznik… Aha, jeszcze Anna P. zgubiła kiecki. Najlepsze jest to, że twierdzi, iż niczego jej nie brakuje… Poza tym wszystko się znalazło. W różnym czasie (kilku godzin) i okolicznościach (szczegółów nie zdradzę), ale jednak 😀 Do zobaczenia za rok!

Kto chciałby zobaczyć, co dokładnie stracił – niech zajrzy na stronę festiwalu i zobaczy PROGRAM. Oraz zapowiedzi, bo pewnie niebawem ukaże się Recuerdo III 2018…

P.S. 1. DLACZEGO ukryliście przede mną tego małego białego cukiereczka?!

Bo bym go zacałowała…

P.S. 2. Festiwalowi Tango DJ-e grali tak, jak im w duszy gra 🙂 Jeden miał zbytnią skłonność do maksymalnie rozdzierających dramatów, ale daliśmy radę 🙂

Granie na festiwalu to nie jest granie na milondze dla dwudziestu par. To duża sztuka, która generalnie się udała.

P.S. 3. Ela – jak zwykle – zrobiła super zdjęcia. Pozwoliłam sobie także skorzystać z fotek Meg. Dziękuję, Dziewczyny!

  

Jola (ta Piękna) i Ania (Bestiaaa…)

 

 

II Warsaw Tango Festival Recuerdo

Ach ach! Warszawa ma MEGA festiwal!

23 – 26 listopada rezerwujemy na II Recuerdo Warsaw Tango Festival. Bardzo się cieszę, że taka impreza ma w moim mieście miejsce. Bo jest wyjątkowa.

Zrobić festiwal w Warszawie jest trudno.

Bo ceny sal wyższe niż gdzie indziej. Bo władzom miasta się nie chce dofinansować – dużo się w Warszawie dzieje nietangowego. Bo przy organizacji trzeba się wysilić i zaangażować własną kasę, a tej tangowy warszawski świat nie ma.

Mimo wszystko jest! Festiwal w Warszawie.

Zorganizowany dzięki zaparciu organizatorów. Nie ma hojnych sponsorów – tangueros nie są dobrą grupą docelową reklamodawców. Ale festiwal jest! Po raz drugi!!! I z jakimi parami..!
Full pass dostępny tylko do środy! Dwie stówy i cztery dni imprezy…

A teraz trochę o parach:

Vanesa Villaba & Facundo Pinero – Kto był w ubiegłym roku, na pewno pamięta ich zjawiskowy pokaz… Wtedy odwiedzili Polskę po raz pierwszy i natychmiast rozkochali w sobie wszystkich. Mimo ogromnego zawodowego dorobku na całym świecie – pozostali mili i skromni. Fantastyczni artyści i znakomici pedagogowie.

 

Virginia Gomez & Christian Marquez Kiedy większość bardziej lub mniej unowocześnia swoje tango, oni wybrali tradycję. Pięknie osadzają ją we współczesności. Są jednocześnie eleganccy i szybcy. Bez nich tangowe parkiety Buenos Aires byłyby niepełne. Nauczyciele, którzy pokazują świat tanga dawniej i dziś”. Uczą, jak te dwa światy łączyć.

 

Maria Ines Bogado & Jorge Lopez – służby operacyjne mi doniosły, że specjalnie dla Marii na warszawski festiwal przyjeżdża kilku przystojniaków z południa Europy 🙂 Nic dziwnego – jest Mistrzynią Świata Tango de Pista 2010. Maria i Jorge to młoda i świeża para z bardzo silnymi fundamentami. Najważniejsze dla nich jest „tu i teraz”. Wolą nieidealny taniec prosto z serca niż idealnie wystudiowany ruch bez uczucia. Jako nauczyciele są dokładni i pełni pasji do nauczania.

 

Olga Nikolaeva & Dmitry Kuznetsov Mistrzowie Rosji oraz v-ce Mistrzowie Europy Tango Escenario 2017. Finaliści Mundial de Tango Escenario w Buenos Aires w latach 2015, 2016, 2017, a także Tango de Pista w 2017 roku. Soliści wielu Tango -Show w Moskwie („Tango de Buenos Aires”, „Tango Passion Astor Piazzolla”, „Tiempo del Tango”). Stworzyli własny spektakl z napisaną na jego potrzeby muzyką: „La Historia de un Amor”. Ich taniec jest połączeniem ogromnej pasji i rewelacyjnej techniki. Nie można tego przegapić!

 

Patrycja Cisowska i Jakub Grzybek – Mistrzowie Europy Tango Escenario 2014. Kto była na koncercie Roberto Siri – ten widział. I słyszał: wśród występujących warszawskich par Maestros to oni zebrali największe owacje. Marzyciele zakochani bez pamięci w tangu i Buenos Aires. Są jedną z nielicznych par na świecie, którą organizatorzy kultowych milong w stolicy tanga zaprosili do zatańczenia pokazów drugi rok z rzędu – do tych samych miejsc, gdzie wcześniej jako widzowie podziwiali swoich Maestros… Jako nauczyciele chcą przekazywać istotę tanga, jaką jest objęcie i kontakt, ale także dać realne wskazówki, w jaki sposób pracować z własnym ciałem by uzyskać efekt i komfort.

Patrycja i Jakub dużo podróżują, dlatego bardziej znani są za granicą niż u nas.

Nawet w Warszawie – gdzie na co dzień mieszkają i uczą – nie każdy ich zna. Nie bywają na warszawskich milongach, bo doba nie jest jak guma w gaciach i nie da się jej rozciągnąć. To oni są pomysłodawcami festiwalu Recuerdo. Nie każdemu udałoby się zaprosić TAKIE pary. Kiedy słyszę od warszawiaków, że „nie pójdę, bo ich nie znam” – ogarnia mnie pusty śmiech i uczucie politowania dla ignorancji… TAKIE pary… To jedyny warszawski tangowy festiwal!

Tango Djs:

Mniam mniam… jeśli nie będą smęcić 😀 A nie zanosi się, bo znani są z tego, że wyrywają na parkiet nawet ponuraków…

Foty…

To ważna część imprezy. Każdy chciałby się na zdjęciu zobaczyć, pod warunkiem, że mu się to zdjęcie podoba. Usłyszałam ostatnio takie zdanie: „Ela wybiera do publikacji takie zdjęcia, na których ludzie się sobie podobają”. A to duża sztuka. Tak, ja też najczęściej – poza moimi własnymi – propaguję zdjecia Eli 🙂

Tango show w Teatrze Komedia

Tu będzie można zobaczyć wszystkich festiwalowych Maestros. Pewnie nie ma już biletów, ale kto lubi tango show – może się dowiadywać i raczej szybko decydować.

Technika dla podążających z MEGA mistrzyniami!

Czyli z żeńską częścią festiwalowych Maestros. Jest. Ale miejsc brak. Sama się zgapiłam i nie załapałam – płaczczcz… TAKIE nauczycielki, a ja gamoń… Straszny! Będę płakać jeszcze przez miesiąc!

Podsumowując: CHODŹ!

Rejestracja i full pass tylko do środy! A potem wejściówki na wejściu.
Tak czy siak: warto 🙂

Szczegóły: TU!

A zachęcam ja, Bestia Ania 🙂

 

 

 

„Każdy tańczy, jak umie”

Oto wywiad (UWAGA! Bardzo długi. Na czytanie zarezerwuj dobre 20 minut), który opublikowałam już jakiś czas temu – wtedy pod innym tytułem, ale nie pamiętam, jakim 😀 A że zniknął z sieci – może pojawić się ponownie. Czerwone wstawki w tekście to moje teraźniejsze uwagi, czarny tekst jest oryginalny, z kiedyś. Uważam, że treść tu zawarta będzie aktualna zawsze, chociaż np. milongi na Chłodnej – pierwszej i najstarszej regularnej milongi w Polsce – już nie ma… Jestem ciekawa, czy Jacek tak samo odbierze tę rozmowę, jak kiedyś..? Pytam o Jacka, bo Terenia – wyrwana śmierci z drapieżnych pazurów – ma wszystko gdzieś i żyje trochę we własnym, bardzo szczęśliwym świecie 🙂
Zdjęcia wyszperałam na fejsbukowej stronie Jacka.

  

Z Tereską i Jackiem Mazurkiewiczami spotkałam się tuż po popołudniowej milondze w klubokawiarni „Mam Ochotę” (była to regularna popołudniowa milonga sobotnia, którą prowadziłam). Wywiad z założenia miał być z Jackiem, bo to on jest tango dj-em i gra główne skrzypce w ich nauczycielskiej parze. Tereska siedziała cichutko, popijając bezę jakimś napojem, nie zwracając na siebie uwagi i pozornie nie zwracając uwagi na to, o czym rozmawiamy. Rzadko się odzywała, ale jak już, nie patrzyła na konwenanse, tylko mówiła dokładnie to, co pomyślała. To ona wypowiedziała najpiękniejsze zdanie tej rozmowy. To jej humor – bezpośredni, czasem dosadni – zdecydowanie ubarwił to spotkanie, a Jacek podczas autoryzacji zrobił dopisek: „ Bo Tereska od 3,5 roku mówi to co myśli i nie zwraca uwagi na reperkusje. I za to ją kocham”  (teraz będzie już od jakichś 7 lat…).
Czytelniku, ta rozmowa zawiera zwroty wywodzące się z miejsca pochodzenia tanga, i bynajmniej nie chodzi o Argentynę ani Urugwaj. Niech Cię nie zwiedzie grzeczny początek. Zanim przeczytasz – pomyśl, czy jesteś pełnoletni i czy masz na tyle dystansu, by się nie zgorszyć.
Uwaga! Oświadcza się, że Czytelnik czyta na własną odpowiedzialność, a autorka nie ponosi konsekwencji za zawrót głowy spowodowany poniższą lekturą!

  

Ania: Skąd Ci przyszło do głowy akurat tango?

Jacek: W 2003 roku Tereska zobaczyła w TVP występ Gotan Project nadawany z Sopotu, podczas którego jakieś pary tańczyły tango. Zachwyciła się i powiedziała, że my też tak będziemy. Zmusiła mnie, żebyśmy zaczęli się uczyć.

Tereska: Wzięłam go „siłom i godnościom osobistom”! Bo nie chciał! (Nie dziwię się, że nie miał wyjścia. Też bym uległa).

Ania: Byliście w Argentynie?

Jacek: Tak, dwa razy. Warto tam pojechać. Bez wątpienia jest to światowa stolica tanga. Zjeżdżają się ludzie z różnych stron. Poznaje się tango w jego kolebce. Argentyńczycy są bardzo otwarci i ciepli.

Ania: Czym się różnią milongi argentyńskie od innych?

Jacek: Bo ja wiem… Każda ma swój klimat. Tak jak u nas: też każda jest inna. Może różnią się tylko tym, że w Buenos na uznaną milongę wszyscy przychodzą elegancko ubrani. Mężczyźni mają garnitury, białe koszule, krawaty i piękne buty. Młodzi potrafią przyjść w dżinsach, ale to jest taka pewna maniera.

Jacek i Joanna Gabryszewska, z którą wywiad o tangu w Buenos Aires też niebawem przypomnę. 

Ania: Do stroju wrócimy później. Czy Argentyńczycy proszą przyjezdne? Polacy różnie podchodzą do nieznajomych pań, raczej z nieśmiałością niż gotowością.

Jacek: Przyjezdna pani potańczy wtedy, kiedy pozna grupę ludzi, np. w jakiejś szkole tanga. W innym przypadku będzie jej trudno. Te, które nie chcą siedzieć, wynajmują taxi-dansera. On przez kawał wieczoru jest tylko do ich dyspozycji. Ustalają liczbę tand lub czas. Nie znam aktualnych cen, ale słyszałem, że kosztuje to ok. 150 pesos (czyli ok. 150 zł).

Tereska: Jeszcze trzeba mu postawić drinka.

Ania: Więc kluczem do tańczenia na całym świecie jest znajomość ludzi? Bo i u nas, i w Berlinie podobno..?

Jacek: Ja akurat z nieznajomymi tańczę.

Ania: Czyli Ciebie nie trzeba znać, żeby z Tobą zatańczyć?

Jacek: Nie (obdarza mnie uroczym uśmiechem). Jak widzę na milondze obcą kobietę, która siedzi od godziny i nie tańczy, myślę sobie, że byłoby niefajnie, gdyby wyszła i nie zatańczyła ani razu. Lubię też zatańczyć z nieznajomymi – często początkującymi – właśnie po to, żeby poznać, a potem móc obserwować, jak się rozwija. Zdarza się, że jest para, która tańczy tylko ze sobą. Wtedy z Tereską robimy wspólne proszenie…

Tereska: Znaczy się desant!

Jacek: …ja proszę dziewczynę, Tereska faceta. W większości się uśmiechają i zgadzają.

Tereska i Tomek Zabrzyjewski, milonga w Olsztynie.

Ania: Jak patrzysz z perspektywy lat, uważasz, że nasze tango idzie w dobrym kierunku?

Jacek: Jak najbardziej. Nie mam wielu doświadczeń z wizyt za granicą, ale dopływa do mnie wiele informacji od osób, które do nas przyjeżdżają. Mówią, że u nas na milongach średni poziom jest znacznie wyższy niż w Argentynie.

Ania: Jest coś, co Cię wkurza?

Jacek: Oczywiście! Wkurza mnie – zwłaszcza dotyczy to prowadzących – jak tańczą wszystko na jedno kopyto. Muzyka, która powstała w XIX wieku, nie była rejestrowana, ale ta od 1919 roku już tak. Ja mam nawet jakiś utwór zarejestrowany w 1916 roku. Wtedy grano i tańczono zupełnie inaczej. Jak jest grana taka muzyka, np. z 1921 roku, a ktoś do tego tańczy w stylu nuevo, to mi gula skacze. To tak jakby pójść na galowy koncert do filharmonii w dziurawych dżinsach i podkoszulku.

Jacek i Edyta Szczepańska – jedna z warszawskich tanguer o jednym z najdłuższych w Polsce tangowym stażu.

Ania: Trzeba by wprowadzić zajęcia, jak tańczyć do jakiej muzyki.

Jacek: Byłem na zajęciach z umuzykalnienia, prowadzili je Argentyńczycy. Byłem u Rubena Terbalki, w Warszawie prowadził takie zajęcia Horatio Godoy. Wiele dowiedziałem się o stylach tańczenia, o rodzajach muzyki. O tym, że muzyka nie różni się dlatego, że są różne nazwiska dyrygentów, tylko dlatego, że była tworzona i aranżowana w różnych okresach. Często jest tak, że jak się nie zna utworu, to trudno rozpoznać orkiestrę. Są cztery nazwiska z lat 20-stych: Canaro, Firpo, Fresedo i Di Sarli – oni grają w zasadzie identycznie. Inna muzyka będzie, kiedy będzie inny okres. Jestem zwolennikiem tańczenia w różnych stylach. Nie wszystko umiem, nie wszystko mi wychodzi. Zapewne jestem bardziej doświadczony w tych starych stylach niż w nowoczesnych, ale… każdy tańczy jak umie. Każdy tańczyć może ( śmiech).

Ania: No właśnie – są dwa podejścia: jedno to takie, że ci tangowcy to są normalnie pieprznięci tym tangiem i chcieliby, żeby wszystko było na najwyższym poziomie, z ciągłym dążeniem do doskonałości. Drugie – że tango to zwykły taniec i ma się przychodzić po to, żeby się dobrze bawić, bez dorabiania filozofii. Czyli: warto czy nie warto być muzykalnym, rozróżniać muzykę i się rozwijać?

Jacek: Rozwój osobowości tancerza następuje lub nie. Jeśli tancerz lub tancerka życzą sobie zatrzymać się na poziomie przedszkola, to się zatrzymają. Będą nieudolnie wykonywać kilka figur i nawet mogą się świetnie bawić. Jeżeli ktoś chce się rozwijać – a ja jestem za tym, żeby to robić – to skoro tańczymy tango, jesteśmy na milongach od 5 lat, może warto poczytać? Podpytać? Pójść na warsztaty i czegoś się pouczyć? Z naszej grupy, w której zaczynaliśmy, część się rozwija, część odpadła.

Ania: Jest spora grupa, która się zatrzymała i jej z tym dobrze.

Jacek: Tak. Z dziewczynami, które zatrzymały się na poziomie doświadczeń jednorocznych i utrzymują ten poziom przez pięć lat, nie tańczę, bo one nie dają mi tych wrażeń, które chciałbym uzyskać. Wolę zatańczyć z całkowicie początkującą, bo to jest co innego. Samobójstwem dla nauczycieli byłoby rozpoczęcie kursu od kilku lekcji techniki. Bo ludzie chcą tańczyć, więc by uciekli, bo „tam tańczą, a tu każą robić dziwne rzeczy”. To jest odwieczny dylemat. Żeby utrzymać kursantów, trzeba ich uczyć tego, czego chcą, a nie tego, co jest w pierwszej kolejności potrzebne.

Ania: Dramat.

Tereska: Masakra!

Jacek: Gdyby było tak, że uczeń podpisuje niezrywalną umowę: godzi się na poprawny sposób uczenia, ale efektów może oczekiwać dopiero po pół roku – i płaci z góry! – wtedy rzeczywiście się nauczy. Byłem uczniem Beaty Mai Gellert – z czego jestem dumny – która jest bezpośrednia i nie owija w bawełnę: timing chujowy, zgiąłeś się, wypinasz dupę. Ale to są rzeczy, których można się uczyć dopiero wtedy, kiedy się zrozumie, gdzie jest pies pogrzebany. Na początku nie pójdziesz i nie zapłacisz kupy kasy za godzinę prywatnej lekcji u dobrego nauczyciela techniki, żeby się dowiedzieć, że wszystko, co robisz, jest do dupy. Uczeń woli iść tam, gdzie usłyszy, że jest cudowny.

Tej warszawskiej milongi też już nie ma… 

Ania: Czasami chwaleniem się psuje (teraz wiem, jak bardzo!  I że nie czasem, a przeważnie. Przytakujący i ciągle zachwyceni nauczyciele produkują parkietowe łamagi obu płci).

Tereska: Ale jak się nie chwali, to można odstraszyć.

Jacek: Sam uczyłem i byłem uczony, nie tylko przez nauczycieli szkolnych, ale także muzyki – grałem na dwóch instrumentach. Nie jestem dydaktykiem, ale wydaje mi się, ze dzięki moim doświadczeniom umiem uczyć. Uważam, że aby być dobrym nauczycielem, wcale nie trzeba na poziomie wyczynowym wykonywać tego, czego się uczy. To pokazują przedmioty w szkole: lubisz matematykę, aż tu zmieniają Ci nauczyciela i od tej pory masz same problemy. Nie dlatego, że nauczyciel ma gorszą czy lepszą wiedzę, tylko dlatego, że nie umie uczyć. Musi mieć pewną wiedzę, to oczywiste, ale ważne jest podejście. A wracając do tanga – jeśli nauczyciele pojawiają się na milongach po to, żeby się zaprezentować, pomiędzy osobami tańczącymi robią pokaz, zamykają się we własnym kręgu i tańczą tylko ze sobą – to mi się nie podoba. W ogóle nie lubię elit i „stajli”.

Ania: Co jeszcze Cię wkurza?

Jacek: Jak np. ludzie tańczący obok mnie nie zwracają uwagi na otoczenie.

Tereska: Na jednej milondze musiałam się przesiąść, bo bałam się o własne oczy.

Ania: Czyja to wina? Faceta, bo wierzga dziewczyną? Czy kobiety, bo nawet jak partnera ponosi, powinna mieć samoświadomość zasięgu swoich nóg, wzgląd na tłok i nie jechać ludziom po podniebieniach?

Jacek: Wina jest po obu stronach. Jeśli mężczyzna prowadzi boleo, to musi mieć pełną świadomość, jakie ono jest: wysokie czy niskie. Natomiast jeżeli kobieta nie rozróżnia wysokiego boleo od niskiego i zawsze wali wysoko nogą, wtedy to jest jej wina.

Ania: Rzadko organizowane są zajęcia z tańczenia, kiedy jest ciasno.

Jacek: O przepraszam, ja takie robiłem.

(W Warszawie od czasu do czasu są organizowane takie zajęcia. Na ciasnotę na parkiecie narzekają nieumiejący tańczyć albo umiejący udręczeni nieumiejętną nawigacją początkujących. Kiedy jest tłok, ale liderzy umieją nawigować – wszystkim jest przyjemnie i nie ma kolizji).

Ania: Wiem. Mówię o tym dlatego, bo to dobra okazja, aby podkreślić, że może „niewiele” się dziać, a być odlotowo. Ty jesteś dla mnie absolutnym mistrzem, jeżeli chodzi o gęstość przyjemności na centymetr kwadratowy powierzchni. Umiesz tak zrobić, że nie trzeba zamaszyście się panoszyć, aby było to „coś”. Z Tobą dużo się dzieje, jest ciekawie i ekscytująco. Jak ludzi zachęcić do tego, żeby się właśnie „tego” uczyli? Nie walili obcasami w sufit, bo bez tego bywa o wiele przyjemniej, choć mniej widowiskowo?

Jacek i Renata Pawelec – dziewczyna, która dla Fado w Lizbonie porzuciła wszystko… Ale to inna historia.

Jacek: Zadałaś pytanie i podjęłaś temat, który jest moim konikiem. Znakomita większość ludzi z chwilą, gdy zaczyna tańczyć, fascynuje się figurami. Już na trzeciej lekcji chcą robić bolea, wolkady, gancza. My też przez to przechodziliśmy. Patrzy się na innych i widzi się zewnętrzne objawy tanga, czyli wierzgania. Nie widzi się tych wewnętrznych, które są o wiele ciekawsze. Byliśmy kiedyś na warsztatach, które Ruben Terbalca prowadził z Joasią Gabryszewską. Zastanawiałem się: on prowadzi ciałem czy rękami? Joasia powiedziała: „Jacku, Ruben fantastycznie prowadzi w sposób, w jaki dawniej tańczono”. A dawniej Argentyńczycy uważali, że dobry tanguero tak prowadzi, że na zewnątrz tego nie widać. Między partnerami dzieje się bardzo dużo w tej przestrzeni, która jest dla otoczenia niewidoczna. Jest intymny kontakt miedzy kobietą i mężczyzną. Ja dzisiaj właśnie taką przyjemność odczuwam, jak tańczę z partnerkami, które umieją w ten sam sposób tańczyć.

Ania: Wywijając, może traci się szansę na takie przeżycie? To może być zabawne, ale tak bez przerwy jest zwyczajnie męczące.

Jacek: Lubię kolekcjonować zasłyszane od ludzi ciekawe zdania. I takim jest: są ludzie, którzy tańczą tango, i są tacy, którzy wykonują tango. Wszystkich namawiam do tego, żeby tańczyli, bo taniec to jest harmonijny, wspólny ruch dwojga ludzi na parkiecie w takt muzyki, a nie szkoła cyrkowa w Julinku. Figury bywają piękne, jak są pokazowe. Tylko to nie jest tango. Ono dzieje się między ludźmi, tam wewnątrz. To nie te nogi, które kopią.

(Pokazowe figury robione w koślawy sposób, nie daj Boże na zatłoczonym parkiecie – za to bym karała czerwoną kartką i zakazem przychodzenia na trzy milongi z rzędu…)

Tereska i Igor Chmielnik – jeden z pierwszych tanguero młodego pokolenia, który najpierw wierzgał, potem stał się naczelnym talibem tanga w Polsce, by następnie zniknąć…

Ania: Dziewczyny boją się, że jak wyrażą swoje niezadowolenie z powodu tego, że partner chce z nimi uprawiać tango, a nie tańczyć, nie będą proszone.

Jacek: Oczywiście, że się boją. Często przychodzi ich na milongę dwa razy więcej niż facetów, więc się poświęcają i tańczą z każdym łamikręgosłupem, byle zatańczyć. Co mogę zrobić? Nic, poza tym, że mogę namawiać facetów, aby starali się obtańczyć jak najwięcej partnerek. Ale mężczyźni też mają w tym tangu swoje potrzeby. Są tacy, co przychodzą i tańczą jedną tandę, a potem do końca siedzą. Tak lubią. Nikogo nie można zmusić do tańczenia. Są tacy jak ja, co przychodzą z żoną. Chętnie zatańczę z inną partnerką i robię to zawsze, jeśli ktoś poprosi moją żonę. Ale jeśli miałbym biegać i tańczyć z innymi, a moja żona miałaby siedzieć przez całą milongę, to mówię: nie!

Tereska: Powiedzmy tak: zasada jest prosta. Jak są pary i mąż pani ze mną nie tańczy, to mój mąż z tą panią też nie tańczy. Jak są single, to czasem ja siedzę, on tańczy i mi to wcale nie przeszkadza, bo to są fajne kobity, które ja sama lubię.

Jacek: Z Tereską jest śmiesznie: jak faceci chcą się czegoś nauczyć, to lubią z nią praktykować. A jak już się trochę nauczą, to idą tańczyć z młodymi.

Tereska: Czuję się wykorzystywana (z szelmowskim uśmiechem rzuca powłóczyste spojrzenie).

Jacek: Oczywiście nie wszyscy.

(Na to skarży się wiele doświadczonych tanguer: ledwo stawiał nogi i nie umiał chodzić, to prosił, umawiał się na praktykę, był miły. Trochę się wyrobił, to obrósł w piórka i już nie zauważa dotychczasowej koleżanki…)

Milonga w Teatrze na Wodzie – Łazienki Królewskie, lato 2017

Ania: Czy wiesz, że jesteś jedynym nauczycielem, który – kiedy umówiliśmy się na lekcje prywatne – przedstawił mi plan mojego rozwoju? (został przerwany przez likwidację miejsca, w którym się spotykaliśmy, a potem przez kłopoty zdrowotne Tereski). Teraz, kiedy jestem bardziej świadoma, chętnie bym do tego wróciła, tylko już nie mamy gdzie.

Jacek: Mam miejsce, w którym czasem daję prywatne lekcje. Ja z tego nie żyję. Robię to wtedy, kiedy ktoś uważa, że może się czegoś ode mnie nauczyć (korzystałam z tego miejsca. Czy Jacek jeszcze uczy? Kto chce – niech  go zapyta). Metodę planu rozwoju ściągnąłem z naszej nauki. Jak pojechaliśmy do Argentyny i powiedzieliśmy, że będziemy przez 3 tygodnie i chcemy dostać porządny kurs, to Dana nas sprawdziła: kazała jakiemuś facetowi zatańczyć z Tereską, a sama zatańczyła ze mną. Następnego dnia przedstawiła nam plan nauki. Teraz uważam, że tak właśnie powinno być. Na pierwszym spotkaniu przez godzinę tańczę, żeby zorientować się, co jest dobre, gdzie są mankamenty i co mogę zaproponować, następnie przedstawiam plan. W ogóle uważam, że faceci powinni się uczyć na kursach, kobiety prywatnie. Ale jak to opublikujesz, to wszyscy nauczyciele skopią mi dupę.

Córka Jacka i Tereski  też tańczy. Tylko czy na zdjęciu jest Agnieszka..? Chyba tak… A jak nie – to podobna 🙂

Ania: Nie uważasz, że na zajęciach dziewczyny służą jedynie za narzędzia i się je przepycha jak wózki w supermarkecie?

Jacek: Uważam, że na zajęciach dziewczyny służą facetom za rurę do ćwiczeń. Ale one są potrzebne. Bo jaka jest alternatywa? Może taka, żeby na początku uczyć facetów z facetami, ale to się nie uda.

Ania: No nie, bo facet chce od razu z kobitą, po to przychodzi.

Jacek: Facet chce z kobitą, i kobit jest więcej. Można by uczyć na początku faceta z facetem, kobitę z kobitą. Ja przez to przeszedłem na samym początku. Poszliśmy do Rubena Terbalki na zajęcia z milongi – a nie mieliśmy pojęcia o tangu, o milondze, o niczym! To był pierwszy miesiąc naszej nauki i trafiły się warsztaty. Kiedy Ruben zobaczył poziom grupy, złapał się za głowę, wysłał panie na lewo, panów na prawo, i kazał ćwiczyć w grupach jednoseksownych. W końcu któryś nie wytrzymał i powiedział: „Aaale my tu chcemy z kobitami!” A Ruben na to: „Ćwiczycie tylko 40 minut! Ja 7 miesięcy tańczyłem z facetem!. Bo gdyby facet poszedł na milongę nic nie umiejąc, to byłby spalony i żadna nie chciałaby z nim nigdy zatańczyć!”. Więc to jest alternatywa. Ale namów facetów do ćwiczenia z facetami. Wiem, że Jakub (Korczewski, Złota Milonga w Warszawie) prowadzi takie zajęcia. To się przydaje. Jestem zwolennikiem, aby obydwie strony uczyły się prowadzenia i podążania.

Ania: Kobiety też?!

Jacek: Tak, bo jak się stoi po drugiej stronie, to dostaje się zupełnie inne informacje.

Ania: Mnie w ogóle nie ciągnie do prowadzenia.

Jacek: Nie chodzi o „ciągnie”. Jeśli w ogóle chcesz się rozwijać, to powinnaś uzyskiwać informacje w różny sposób. Wizualnie, werbalnie. W dotyku i odczuciach ciała możesz w pełni uzyskać, kiedy staniesz po stronie prowadzącego. A facet po stronie podążającej, i poczuje, jak to jest, jak źle prowadzi do krzyżyka albo jak robi ocho w zły sposób i wywala partnerkę z osi (moja niewiedza była wtedy jeszcze na bardzo wysokim poziomie. Ale rozwój jest dla mnie jednym z sensów życia, więc… przyszła kryska na Matyska… ale to inny temat).

 

Jacek i Alejandro Araoz – Argentyńczyk zadomowiony w Polsce.

Ania: Krzyżyk! To mój konik. Niby prosta rzecz, uczona zaraz na początku kursu. Ale niewielu umie go poprowadzić przyjemnie dla partnerki. Trafiłam kiedyś na praktikę, na której go uczyłeś. Wtedy dopiero zwróciłam uwagę, że krzyżyk może być niesamowicie przyjemny, a najczęściej jest nijaki. Trzeba by chyba zrobić całodzienne warsztaty z krzyżyka, żeby prowadzący oddrukował starą wersję i nauczył się robić go tak bosko jak Ty.

Jacek: Po to go wymyślono, żeby był przyjemny. Po to robię fakultety z wybranymi tematami (w środy w Equilibrum, w niedziele w Złotej Milondze – niestety to przeszłość… Jacku – wróć do fakultetów! To były bardzo pożyteczne mikro zajęcia!), aby dzielić się wiedzą, którą zdobyłem. Wtedy robię takie tematy jak krzyżyk, swobodna noga partnerki i kto ją tak naprawdę prowadzi… Jest takie piękne zdanie, że to prowadzący tańczy nogami partnerki. Bo to prawda. Ja te nogi wprawiam w ruch i się nimi bawię. Ona jest oczywiście aktywna, ale jeśli podążająca akceptuje moje prowadzenie, to jej aktywność ogranicza się do tego, żeby utrzymać swoją oś, żeby pięknie wyglądać, stać pewnie na tej nodze, na której ją postawię, a tę drugą dać mi do zabawy.

Jacek i Jola Sosnowicz (ta Piękna Jolanda!), która pobija rekord świata w ilościach i długościach pobytów w Buenos Aires – ale o tym opowiem przy innej okazji.

Ania: Myślisz, że ćwiczenia wykonywane samodzielnie w domu mają sens?

Jacek: Mają. Samemu trzeba ćwiczyć. Kiedyś brałem lekcje u Mariano Galeano i dał mi zestaw ćwiczeń do robienia przy ścianie.

Ania: Czemu ludzie chodzą na żmudną technikę, a nie chcą uczestniczyć w przyjemnych zajęciach z muzykalności?

Ania: Nie interesuje ich to. Mnie dopiero w Argentynie zarazili potrzebą słuchania muzyki. Powiedzieli mi, że jak nie będę jej słuchał, to nie będę tańczył. Ci, którzy idą tańczyć nie znając muzyki, są pozbawieni możliwości interpretacji.

Ania: W sensie: trzeba słuchać i znać? Wychodząc na parkiet wiedzieć, jak brzmi dany utwór?

Jacek: Tak. Znając utwór, mogę zrobić tysiąc rzeczy. Wiem, co się za chwilę stanie, że będzie paPAM (Jacek zademonstrował, a stolik z pyszną bezą w skupieniu pochłanianą przez Tereskę gwałtownie podskoczył). Jak wiem, że będzie, mogę je zatańczyć. A jak nie wiem, to nie zatańczę (Święte słowa! Które w pełni doceniam teraz, kiedy próbuję prowadzić…). Są utwory z naprawdę pięknymi ozdobnikami muzycznymi. Ja osobiście uwielbiam – czego niemal nikt nie robi – stop! Ciszę. Jest piękne nagranie La Cumparsity D’Arienzo, gdzie cisza trwa dobre parę sekund, a wszyscy tańczą. A tu trzeba stanąć! Jak słup soli! Zatrzymać się i razem z orkiestrą bez ruchu wytańczyć ciszę. Kiedyś Godoy na warsztatach pokazał nam, jak wytańczyć szesnastkę (czyli 1/16 całej nuty). Można to zrobić, jak się wie, że ona w tym miejscu jest. Z takim partnerem, który wyciągnie z muzyki rytm, ciekawostkę, ciszę, synkopkę – żadna partnerka się nie nudzi, nawet jak z nim tańczy codziennie te same utwory. Oscar Casas powiedział mi w tajemnicy, żebym nigdy przed partnerką nie odkrywał wszystkich swoich możliwości, żeby za każdym razem ją zaskoczyć.

Milonga Warszawska i koncert El Cachivache

Ania: Jak dziewczyna słucha muzyki w tańcu, to zawsze znajdzie swoją przestrzeń i potrafi coś zaproponować. O ile partner jest uważny, nie pospiesza i nie ciągnie. Tylko jak zachęcić nas do umuzykalniania się?

Jacek: Czy słyszałaś kiedykolwiek, żeby ten, kto ma prawo jazdy, chodził na doszkalające kursy?

Ania: Tak. Ci, co mają zacięcie do jazdy sportowej lub rajdowej.

Jacek: A zwykły kierowca? Zrobi prawo jazdy i na tym kończy. Ja kiedyś miałem kontakt z rajdowcami, oni mnie trochę pouczyli. Niby tak samo masz gaz, hamulec, biegi i kierownicę, ale możesz z tym samochodem zrobić cuda. To tak jak w tangu, wchodzisz na wyższy poziom. Co zrobić, żeby ludzie chcieli się doszkalać? To nie jest kwestia tylko tanga. Ludzie są leniwi, a lenistwo jest motorem rozwoju. Wszystkie uproszczenia i wynalazki pochodzą z lenistwa.

Ania: Jak mówi moja bratanica: po co mam siedzieć, jak mogę leżeć.

Jacek: No właśnie. Ale w tangu dochodzimy do innej sfery: przyjemności. Samochód większość osób prowadzi, żeby się przemieścić. Tango chyba wszyscy tańczymy dla przyjemności. Miguel Pla, bardzo szanowany członek społeczności tangowej (był nawet w Polsce) powiedział, że w każdym tanguero drzemią dwie profesje: szołmen i nauczyciel. Jak się rozejrzysz po milondze, to zobaczysz, że tak jest.

Milonga „Piernikowa” – Dwór Artusa, Toruń

Ania: Wykwit całej masy pseudo nauczycieli to coś przerażającego. Słabo tańczy, a zabiera się za uczenie…
(Teraz jest jeszcze gorzej!  Pseudonauczyciele wciskający dziewczynom wizytówki na milondze… Tragedia! Co ciekawe: robią tak tylko mężczyźni. Nie znam przypadku, by kobieta molestowała mężczyznę swoją „nauczycielskością”).

Jacek: Rynek to weryfikuje. Są uznani, mniej uznani, i tacy, co znikają. Dyskusja trwa od lat. Tango nie jest tańcem towarzyskim i mam nadzieję, ze nie uda się go ubrać w żadne ramy systemowe jak oceny czy certyfikaty. Jeden z nauczycieli kiedyś powiedział: ja się dziesięć lat uczyłem kroku w bok i nadal nie umiem tego zatańczyć, wciąż się rozwijam. Bo to nie jest sprawa zdania egzaminu i zdobycia certyfikatu. To jest cały mikrokosmos: słuchanie, próbowanie, ludzie, style… i wrażenia.

Ania: Dla mnie tango jest językiem. Jak ja znam chiński i Niemiec zna chiński, to sobie pogawędzimy. Tak samo w tangu (nadal tak uważam!).

Jacek: Podam przykład: kiedyś u znajomych zatańczyłem z ich kuzynką, która przyjechała z Argentyny. Zrobiliśmy wrażenie na rodzinie. A żona znajomego na to: no tak, oni się umówili! A przecież widzieliśmy się pierwszy raz w życiu. Więc tak, to jest język. Samo podejście i objęcie przekazuje 80% informacji i po tym już wiadomo, co będzie można zatańczyć. Miałem kilka fajnych zdarzeń. Kiedyś tańczyłem z dziewczyną z Nepalu. Było fantastycznie. I to jest niesamowite. Ludzie, którzy w innych okolicznościach pewnie by się nie spotkali, na płaszczyźnie tanga mogą.

Ania: Czemu już nie współprowadzisz Una Emocion (tej milongi też już nie ma, chociaż jest w tym miejscu Uno. Odpowiedź Jacka jest uniwersalna dla organizatorów innych milong)?

Jacek: (łypnął na mnie groźnie, zarechotał, po czym na krótką chwilę zastygł) Powody są różne. Najistotniejszy to zdrowie Tereski. Aby poprowadzić tę milongę, trzeba tam spędzić7 godzin, a to zdecydowanie dla Tereski za dużo. Praktika zaczyna się o 19.30., wcześniej trzeba przygotować salę, wynieść stoły i krzesła…

Tereska: Zamieść podłogę!

Jacek: … o północy to wszystko z powrotem ustawić. Za długo to trwało. Drugi powód jest taki, że wbrew powszechnemu przekonaniu, że organizatorzy milong zarabiają majątek, niestety bardzo często się dokłada. Czytałaś niedawno notkę Igora (Chmielnika, organizatora milongi Una Emocion – ten, co to się stalibanił, a potem zniknął)), który się wkurwił, że było tyle osób, a zapłaciła połowa? Ludzie nie myślą, że trzeba zapłacić za salę. I to jest żenujące. Przecież my dokładnie wiemy, kto nie płaci.

Tereska i Kazimierz Rabiej, Milonga Manufaktura, Łódź

Ania: Może być tak, że ludzie wrzucają do skrzyneczki, a Ty tego nie widzisz, bo tańczysz.

Jacek: Ale ja liczę ludzi, a potem pieniądze. I jeśli było 40 osób, a ja mam należność od 20, to wiem, że reszta nie zapłaciła. Często bywało, że nie płacili ci najbogatsi (I tu podzieliliśmy się spostrzeżeniami, kto nie płaci, kto wypija innym napoje ze stolika, kto pożycza kasę i nie oddaje, kto sępi papierosy…). Więc jak raz dopłaciłem stówę, drugi i trzeci sto pięćdziesiąt – a jeszcze ktoś mnie obsmarował, że coś było nie w porządku, że muzyka się nie podobała bo dj chujowy – to sobie pomyślałem: mam to tam, gdzie robotnik ma klienta w większości przypadków, tzn. w dupie. A że mam pojemną, to nie boję się o zdrowie!!!

Ania: Czasami grywasz bardzo wymagająco dla tancerzy, a już ustaliliśmy, że muzykalni nie jesteśmy, więc stwarzasz ludziom trudności. Ja akurat lubię, jak cudaczysz, bo jest to coś innego.

Jacek: Jeżeli puszczę jedną taką tandę na 4 godziny milongi, to ci, co umieją tańczyć, docenią. A ci, co nie umieją, niech idą na piwo albo na kawę.

Ania: Wielu dj-ów ma ograniczoną ilość utworów, więc nie bardzo mają czym zaskakiwać. Nie umieją komponować tand. Czy nie uważasz, że zanim zechcą, by ludzie tańczyli do ich muzy, to też powinni się podszkolić właśnie z dj-owania?

Jacek: W Internecie można znaleźć podstawowe zasady dj-owania, to może być pierwszy krok. Są też organizowane warsztaty, można wziąć w nich udział. Nie wiem, czy w Polsce, na pewno w Niemczech. U mnie dj-owanie wzięło się trochę z przekory. Chciałem trochę innej muzyki, niż wszędzie słyszałem.

Jacek i Magda Zwierzchaczewska – miała chyba z 15 lat, jak weszła w tango… Warszawska milonga na Wolność.

Ania: A mam Cię! Najpierw każesz nam słuchać muzyki, żeby ją znać i wynajdywać smaczki, a potem serwujesz nam taką, której w życiu nie słyszeliśmy. Ze złośliwości?

Jacek: Powiedziałem: innej, a nie: nieznanej. Mam nieco inne preferencje niż większość dj-ów, którzy uwielbiają okres Złotej Ery. Niektóre orkiestry są rzeczywiście wyjątkowo zajebiste. Ale ja wolę raczej Starą Gwardię i wczesny okres Złotej Ery. Nie lubię późnej Złotej Ery i utworów z lat 60-tych, nie pasuje mi taka aranżacja. Żeby tańczyć dobrze, muszę czuć mrówki na kręgosłupie i podszyciu stóp. Jestem wrażliwy muzycznie. Zupełnie nie jestem wrażliwy na obrazy, literaturę. Na muzykę bardzo.

Ania: Moje pierwsze tangowe wrażenie WOW to byłeś Ty w Equilibrum (niby nie ma, ale jest: Warszawski Flip w czwartki). Tańczyłeś z jakąś dziewczyną, której nie pamiętam. Za to Ciebie tak, a to dziwne, bo zwykle zwraca się uwagę na kobietę, to ją bardziej widać w tangu. A ja zwróciłam uwagę na Ciebie, bo nie dość, że świetnie ją prowadziłeś i dobrze wyglądałeś, to miałeś zarąbiste spodnie!

Jacek: (śmiech) A! Strój to jest odrębna sprawa! Kobiety ubierają się starannie, natomiast faceci w 30% też, nawet czasem ładnie, ale pozostałe 70% to masakra. Fajnie jest, jak mężczyzna się postara. To jest sprawa pewnego szacunku. Jak idę tańczyć z pięknie ubrana kobietą, to nie na miejscu jest, jak będę w wyciągniętych portkach z krokiem w kolanach.

Ania: To zależy! W Equ byłeś w dżinsach z niższym krokiem i takie spodnie są super!

Jacek: Tak, ale to są specjalne spodnie przywiezione z Argentyny i są pewnego rodzaju strojem organizacyjnym dla „nłewowców”. Mówię o zwykłych dżinsach…

Ania: …wyświechtanych w autobusie przez tydzień dojazdów do roboty. A co z podkoszulkiem?

Jacek: To w ogóle nie jest właściwy strój dla mężczyzny, pomijając imprezy sportowe lub sytuacje rekreacyjne . Spodnie i czysta koszula.

Ania: Przydałoby się mieć ze trzy na zmianę.

Jacek: To byłoby fajne, ale… mnie się nie chce zmieniać. Chociaż są tacy, co pocą się na śmierdząco i jeszcze robią pachami kaczuszki… Pamiętasz takiego jednego?

Ania: Tego, co nie dość, że upiornie śmierdział, to jeszcze latał w poprzek parkietu tangiem towarzyskim? Tak, ale to jest kwestia organizatora, żeby takiej osobie zgrabnie podziękować.

Jacek: To jest też kwestia nauczycieli. Jakub na wszystkich kursach ma pogadanki o stroju, higienie, alkoholu, jedzeniu lub unikaniu pewnych potraw przed milongą. Uczenie spraw socjalnych jest równie ważne jak uczenie samego tanga.

Tango DJ Jacek M.

Ania: Coś jeszcze chcesz dodać? Odgrażałeś się, że będzie kontrowersyjnie, a tu grzecznie jak na podwieczorku pensjonarek z dobrego domu (w tym momencie myślałam, że wyczerpaliśmy temat rozmowy. O ja naiwna… Dopiero się zaczęło!).

Jacek: Bo nie zadałaś TAKICH pytań.

Ania: (Ups… Wyszła ze mnie nudziara…) Czyli jakich?

Jacek: Nie wiem. To Ty jesteś redaktor naczelna, to pytaj.

Tereska: Czy na milongach czasem się bzykają! (Hmmm… No dobra, sama chciałam 😀)

Jacek: Ja wiem o jednym razie, słyszałem to, w kiblu, w… (cenzura!).

Tereska: Tam nie jest wygodnie! Trzeba tak jakoś na stojaka… (:D Z moich obserwacji wynika, że w dzisiejszych czasach albo zmywają się z milongi, albo – np. na imprezach wyjazdowych – na nią nie docierają…)

Ania: Teresko, te baby… Jak tańczą, to niektórym różne rzeczy do głowy przychodzą…

Tereska: No!

Ania: Myślisz, że na Jacka „takie” zakusy bywały?

Tereska: Oczywiście! Była jedna pani, która sobie upatrzyła mojego męża. Przyszła do mnie i powiedziała, żebym spadała, bo od teraz on będzie jej.

Ania: Żartujesz?!

Tereska: (bardzo poważnie) Nie. Potem spotkałam ją w innym lokalu, stała w drzwiach. Ja do niej grzecznie mówię: przepraszam, chcę przejść. A ona stoi i patrzy na mnie wyzywająco. Wiec wyszłam razem z nią.

Jacek: My technicznie może jeszcze mamy dużo mankamentów, ale siłowo niewiele par ma z nami szanse.

Ania: Przywaliłaś jej?
(Tereska z powagą kiwa głową).

Jacek: Ja mam szczęście. Udało mi się w tangu całkowicie odseparować sprawy damsko-męskie od tańca. Może to jest sprawa wieku, a może nastawienia…

Tereska: Ja bym powiedziała, że wieku. Jeszcze to po głowie chodzi, ale już nie tak.

Jacek: W tangu kobieta nie działa na mnie w sensie erotycznym, tylko w innym.

Ania: Co robisz, jak czujesz, że kobieta chce przekroczyć tę granicę?

Jacek: Myślę, że już jej nie chce przekraczać.

Ania: Już się nauczyły heh (no nic dziwnego!). A wcześniej?

Jacek: Zdarzało się, ale to nigdy nie było jakieś szczególnie wyzywająco-nachalne. Może było to przypadkiem, a może lekka próba… Nie wiem.

Ania: Są kobiety, które nie pozwalają swoim mężczyznom tańczyć z innymi, żeby nie prowokować tego typu sytuacji.

Jacek: Znam taką jedną, to nasza koleżanka z kursu. I to jest dziwne, bo ona z innymi tańczy, a jemu nie pozwala.

Ania: Jesteście tyle lat w tym środowisku, różne układy widzieliście. Pary się tworzą i rozpadają. Czyli tango sprzyja temu, żeby te granice przekraczać. Czasem człowieka może świerzbić…

Jacek: Osobiście uważam, że środowisko tangowe jest chore psychicznie, bo w większości składa się z życiowych nieudaczników.

Tereska: Całe mnóstwo rozwodników szukających nowych partnerek…

Jacek: …starych kawalerów albo starych panien.

Ania: Albo jestem ślepa, albo mało spostrzegawcza, ale ja nie zaobserwowałam, żeby ludzie przychodzili tu po to, aby znaleźć życiowego partnera (o moja ówczesna naiwności… Międli się w tym naszym środowisku jak w mrowisku…).

Jacek: Nie! Ale przychodzą ludzie, którzy chcą znaleźć jakąś alternatywę czegoś, co być może w życiu im nie wyszło.

Ania: Dla mnie tango jest relaksem. I aktywnością fizyczną.

Jacek: Widocznie należysz do tej zdrowej części (po prostu nie afiszuję się z żadnym aspektem mojego życia prywatnego, nawet jeśli miewa związek z tangiem) .

Ania: No nie wiem… Tak się też teraz nad tym zastanawiam… Ale zdarzyło się, że przestali ze mną tańczyć ci, z którymi nie chciałam się umówić…

Tereska: No widzisz! Ja w moim wieku już się tego nie obawiam, bo w tych celach jakoś mnie nie chcą! I nie powiem: mam do nich o to żal! (figlarny błysk w oku).

Jacek: O! Tu masz przykład zdrowej psychicznie pary tangowej! (wskazuje na …, których rzeczywiście nie podejrzewam o chorobę – wykropkowałam imiona pary, bo czas pokazał, że ona ma zdecydowanie nierówno pod sufitem, a on chyba też – skoro ją wybrał).

Tereska: Póki co! (śmiejemy się – normalnie prorokini…). Zobacz, ile par jest rozwiedzionych. Mieli po pięć żon w tangu. Taki na przykład…

Jacek: Nazwiskami nie rzucajmy. Tango to taka boczna linia życia. Jak nie ma dzieci, rodziny, zdrowej pracy, wtedy szuka się odskoczni.

Ania: Szybciej znajdą randkę i seks w Internecie, niż na tangu (dzisiaj wiem, że niekoniecznie… Dużo jest dość chętnych pań…).

Jacek: Szybko się uczą, że tu nie jest o to łatwo. Takie pary to wyjątki, że się odnajdą i jest fajnie. Oczywiście jest kilka takich par. Albo taki ten… Po przejściach. Zaczął tańczyć od razu po rozwodzie. Taka jedna chciała go nawinąć na palec. Na szczęście się nie dał. Poznał inną – też w tangu – i wszystko się ułożyło (nie pamiętam, o kim rozmawialiśmy. Ale jeśli o tym, o którym myślę – to ta pierwsza miała szczęście, że zwiała, a drugiej ułożyło się tak, że przygnębiona zanika…).

Ania: Czyli pary powstają, rozpadają się, ale na szczęście nie wszystkie.

Jacek: Oczywiście. Poza tym ludzie z tanga znikają. Pamiętasz tego…? Był i nie przychodzi.

Ania: Bo umarł.

Jacek: Co?! Jak to?? Dlaczego ja nic o tym nie wiedziałem?

(Jak już Jacek doszedł do siebie, obgadaliśmy wszystkie tangowe pary hihihi… I nauczycieli.
Oraz Argentyńczyków. CENZURA! 
).

Ania: Tango wymaga, ale i dużo daje.

Jacek: Oczywiście! To znakomita forma spędzania czasu, nowe znajomości, przyjemność słuchania muzyki, wyjazdów na imprezy tangowe – także do Argentyny. Gdyby nie tango, nawet do głowy by nam nie przyszło, żeby tam pojechać. Dziwny kraj, prawie nikt tam nie jeździ ot tak sobie. Tango to dla mnie również przyjemność z dj-owania i nauczania.

Warszawski Skwer Hoovera – od tanga w tym miejscu rozpoczyna się akcja mojej powieści  thrillerowej pt. „Pasja budzi się nocą”. W tym miejscu odbywały się letnie milongi plenerowe, ale już ich nie ma…

Ania: Przejdźmy do nauczania. Nie będziemy tutaj dawać lekcji, ale pewne kwestie warto poruszyć. Na przykład kwestię nauczycieli, chociaż trochę już o nich mówiliśmy.

Jacek: Są różni. Dziwi mnie, że przyjeżdżają do nas pary argentyńskie, które poza swoim stylem nie umieją tańczyć nic innego. Mało tego! Nic o tym nie wiedzą! I że Argentyńczyk nie jest w stanie zatańczyć candobme jako podążający. A to nauczyciele przede wszystkim powinni się rozwijać, także poprzez wiedzę. Czytuję różne rzeczy, zagranicznych i naszych. Uważam, ze Kasia (Chmielewska) i Mateusz (Kwaterko) piszą świetnego bloga. Zamieszczali takie informacje jak strefy na parkiecie, jak należy tańczyć, by nie przeszkadzać (sobie i innym), żeby nie tańczyć w rozgwiazdę (w te i nazad, z brzegu do środka i ze środka po brzeg). A bryluje w tym Tadzio Dębski. Możemy go wymienić, bo on to uwielbia, szczególnie jak się mówi o nim źle, albo inaczej!

Tereska: Oj on ostatnio coś się zepsuł! Poprosił mnie.

Ania: Zmęczył się sobą i nie ma siły dokazywać (Tadzio ma się świetnie i w rozgwiazdę wali z równym wigorem co kiedyś).

Jacek: Przecież ma stend’up (już był – jakby ktoś chciał się wybrać – ojjj… dawno nie miał…).

Ania: Wiem, udostępniłam. Nieoficjalnie czasami się wspieramy, co nie zmienia faktu, że kiedy uznam za stosowne, to Tadzia opierdolę.

Jacek: Ostatnio coś długo trzyma się jednej muzy (nie chodzi o muzykę 🙂 Ostatnio coś Tadzio mało publicznie bryka, a i nowej muzy nie widać… Tadziu – czy Ty widzisz, ile miejsca zajmuje Twoja osoba w tej rozmowie?!).

Ania: Bo żeby była następna, musi w jakimś zakresie współdziałać, a póki co Tadzia podchody spełzają na niczym. Wracając do grasujących po parkiecie w rozgwiazdę i wierzgających dziewoj: zwracać uwagę czy nie? A jeśli tak, to kto ma to robić? Gospodarz milongi? Pokrzywdzeni?

Jacek: Ja uważam, że zwracać uwagę należy, w różny sposób. Na milondze, po zaistniałym fakcie powinien to zrobić gospodarz albo dj. Jeśli ktoś mnie kopnie i nie przeprosi, to mam oczywiste prawo mu nawrzucać.

Jacek i Ania Seta – tanguera, która ma dobre serce i nikomu nie odmawia.

Tereska: A mnie się nigdy nie zdarzyło po czymś takim użyć moich decybeli?

Jacek: Nie, bo nas się większość boi (ha!ha! No mało dziwne jak dla mnie ). Jest jeszcze Facebook, na którym warto by było czasem napisać coś więcej, niż że zjadłem kanapkę na śniadanie i piję kolejną kawę. To jest rola nauczycieli i organizatorów milong.

Ania: Czemu Ty nie robisz swojej milongi, tylko dj-ujesz gościnnie?

Jacek: Nie chce mi się. Musiałbym robić playlisty tak często jak Jakub i wpadłbym w rutynę, byłyby monotonne. Jak w Una Emocion czasem robiłem milongę co tydzień, to za czwartym razem wydawało mi się, że playlista jest taka sama. Ona nie była, ale mnie się tak wydawało. To było męczące. Dla mnie to jest dyskomfort, jak układam playlistę i nie jestem z niej zadowolony.

Tereska: A tam! Wsadziłbyś Bacha między te i już!

Jacek: Raz wsadziłem Hansa Zimmera. Jest taki utwór z filmu pt. Sherlock Holmes. Parzyście taktowany da się zatańczyć w sposób tangowy, chociaż to oczywiście nie jest tango. To było w Złotej Milondze i grupa krakowiaków – w tym Misza, mój guru – zatańczyła to z dużą radością. Uważam, że w sposób tangowy nie da się zatańczyć tylko dwóch rzeczy: disco polo i muzyki pielgrzymkowej. Resztę się da.

Tereska: A klasyka jaka jest piękna!

Ania: Disco polo można trzasnąć milongą.

Jacek: Zapewniam Cię, nie da rady, próbowałem. A z milongi nie jestem zły. Do disco polo da się tylko podskakiwać. A! Jeszcze jedno chcę powiedzieć: jestem totalnym przeciwnikiem posypywania podłogi woskiem. Jestem orędownikiem nauki chodzenia w taki sposób, żeby się nie ślizgać. Jak ktoś się ślizga, to znaczy, ze nie umie chodzić. Posypywanie podłogi woskiem powoduje, że kobiety mają nadwerężone stawy: skokowe i kolanowe. Piękne figury, piękne pivoty, czyli to, co chcą wszyscy wykręcić, wychodzi tylko na śliskiej podłodze. W Argentynie większość milong jest na szlifowanych kamieniach. Jest ślisko jak piorun. Jak ktoś ma problem ze ślizganiem, niech zrobi coś z butami, a nie z podłogą. Są buty, które mają łączoną podeszwę: częściowo skórę, częściowo gumę. Można buty posypać woskiem, nie podłogę! Dlaczego ten, co się ślizga, psuje podłogę tym, co się nie ślizgają?! To jest tak jak z paleniem. Nie palę w pomieszczeniach dla niepalących. Na Chłodnej Prezes sypie wosk wiadrem, Jakub też potrafi podłogę zepsuć. Ja się nie ślizgam. Uwielbiam śliską podłogę (Chłodnej nie ma, prezes nie jest prezesem, a Jakub na szczęście parkietu już nie babrucha i parkiet w Złotej Milondze jest dla mnie najlepszy w Polsce).

Tereska: To ja powiem swoje: byliśmy u Prezesa i nam się dobrze tańczyło. Nagle stoję, bo mi się noga nie rusza. Tak tępo. Użyłam swoich decybeli i chciałam zwrotu pieniędzy. Nie oddał. Niehonorowo.

Ania: Rzadko chodzę na Chłodną.

Jacek: My rzadko chodzimy z powodu podłogi, a także dlatego, że tam Tereski nie proszą. To jest elitarna milonga (wyczuwam sarkazm heh), dla sztywnych. Nie ma tam frajdy i zabawy.

Ania: Co by nie mówić, Chłodna ma największą frekwencję ze wszystkich milong, chyba w całej Polsce. Przebijał ją jedynie InterContinental, który wynalazłam i bardzo lubiłam, ale to się odbywało raz w miesiącu i się skończyło (kto pamięta te czasy, ten wie: to była milonga full wypas, z prezentami dla gości, za 15 zł… Warszawska poszła w jej ślady, tyle że prezentów nie ma i cena sporo wyższa).

Tereska: A co tam było? Byliśmy tam?

Jacek: Byliśmy, ale mi się nie podobało. Może dlatego, że go budowałem… (śmiech). Jak budowałem galerie handlowe, to nie lubiłem do nich chodzić na zakupy.

Ania: Dlaczego warto tańczyć tango? Nauka jest trudna i żmudna. To nie salsa. Nie ma natychmiastowej przyjemności.

Jacek: Każdy chyba ma inaczej. Dla mnie przyjemne było już to, że chcę coś osiągnąć. Miałem niesamowitą ambicję, żeby nauczyć się tańczyć.

Ania: Kłóciliście się?

Jacek: Jak cholera!

Tereska: Kto? My?! W życiu! (znowu ten szelmowski uśmiech ). Co Ty mówisz takie rzeczy?! My się chcieliśmy pozabijać! Ale kłócić się?!

Jacek: To nie tylko my. Byliśmy na obozie w Rajgrodzie. Kurs prowadził Thierry le Cocq. Była z nami para z Gdańska. Oni i my tak się kłóciliśmy, tak drzwi trzaskały, że prawie trzeba je było wymieniać.

Tereska: Tak? A o co myśmy się tak kłócili?

Jacek: O wszystko.

Ania: Ale przetrwaliście. Po co Wam to tango?

Jacek: Dla nas teraz to jest duża część życia. Ma u nas szczególne miejsce, bo uratowało Teresce życie. Atak serca miała o 2.30 w nocy. Gdyby to było w domu, podczas snu, już by nie żyła. A że było to na milondze, ponad 100 osób, kilku lekarzy, ratownicy medyczni i wodni…

Tereska: I stewardessa, która jest ćwiczona w takich rzeczach.

Jacek: Czyli były osoby, które profesjonalnie uratowały Teresce życie. Dostała drugie, jak w grze komputerowej. Nigdy im tego nie zapomnę i będę wdzięczny dozgonnie!!! Tango jest dla Tereski jedną z form aktywności fizycznej.

Ania: Skoro poruszyłeś ten temat, to powiem Ci, że wiele osób z naszego środowiska Cię podziwia, że masz cierpliwość do… czasami niełatwych zachowań Tereski…

Tereska (z prawdziwym zaciekawieniem): A co ja takiego robię?

Ania: Potrafisz coś powiedzieć, aż fleki odpadają. A wygląda na to, ze Jacek się Tobą w pełni opiekuje, bo tak chce. Statystyki są takie…

Jacek: Znam je. 9 na 10 kobiet w sytuacji ciężkiej choroby partnera zostaje, 9 na 10 mężczyzn odchodzi.

Ania: No właśnie. Dlaczego Ty jesteś ten jeden?

Jacek (bez namysłu): Może ja nie jestem facetem? (to by mi raczej do głowy nie przyszło…)

Tereska: Ha! Ha! Ha! Widzisz? Wydało się!

Jacek: Zewnętrzne atrybuty wcale nie muszą iść w parze z psychiką. Może ja mam psychikę kobiety? Jestem bardzo opiekuńczy. Byłem taki w stosunku do mojej matki, do córki (Agnieszki, tanguery i dj-ki), jestem w stosunku do żony. Taki jestem. Teraz zostałem dziadkiem. Może to jest kwestia wychowania? Mojego wieku? Pewnej kultury i tradycji? Kiedy braliśmy ślub, składaliśmy przysięgę. A jej słowa brzmią między innymi: w zdrowiu i w chorobie aż do śmierci. Ja z tą przysięgą zgadzałem się wówczas i zgadzam się dzisiaj. Nie robię tego pod przymusem czy z powodu presji społecznej. Robię to z własnej nieprzymuszonej woli, wręcz sprawia mi to radość, że się mogę opiekować moją żoną.

Ania: Kto kogo znalazł? Ty Tereskę czy Tereska Ciebie?

Jacek: Uhuhu!!! Uałała… (oho! Będzie gorąco!) Poznaliśmy się na studiach. Ja ją wypatrzyłem…

Tereska: Ja go wypatrzyłam!

Jacek: …bo chodziła bez biustonosza w takiej niemal przezroczystej bluzce i miała piękne sterczące cycki. Wodziłem za nimi wzrokiem i tak mi ślina ciekła…

Tereska: …a ja za nim chodziłam…

Jacek: …a potem spotkaliśmy się w akademiku. Jak chciałem ją zaczepić, to mi powiedziała, że nie dla psa kiełbasa.

Tereska: Bo z jakąś babą siedział! Jaka ja byłam wściekła! Ja tu, rozumiesz, myślę, że jakieś bara-bara, a on z obcą babą! No wyobrażasz sobie?!

Ania: I co?

Obydwoje zgodnie: I poszliśmy do łóżka.

Jacek: A potem, ponieważ moi rodzice uważali, że małżeństwo z Tereską będzie mezaliansem, wyprowadziłem się z domu i mieszkałem w akademiku na waleta, choć jestem warszawiakiem. Takie były czasy, że nawet zalegalizowano waleta w akademiku. Walet legalny nie miał przyznanego miejsca, ale za nie płacił. Teraz pewnie nie wiedzą, co to jest.

Ania: Wiedzą. Mój syn waletuje u dziewczyny, ale chyba jako walet nielegalny (teraz syn ma swoje mieszkanie, dziewczyna waletuje u niego 🙂 ).

Jacek: To nie koniec. Moja babcia i moi rodzice chcieli za mnie wydać pewną Amerykankę. Jej babcia, znajoma mojej, dwa razy przywiozła ją do Polski. Oni zaprosili mnie do Stanów i u nich mieszkałem. Uświadomiłem tę dziewczynę, że się z nią nie ożenię. Po 4 miesiącach wróciłem. Wiedziałem, że chcę z Tereską spędzić resztę życia.

Ania: Pozwoliłaś mu jechać do innej baby i go nie zabiłaś?

Jacek: Zaraz! Byliśmy wolni, nie mieliśmy ślubu. A potem Tereska pojechała na rok do Australii. Już jako żona. Poza tym ja nie jechałem do innej! Powiedziałem, że dostałem zaproszenie i chcę jechać. Nie jadę tam się żenić!

Ania: Uwierzyłaś mu?

Tereska: (z dużym wahaniem) No, powiedzmy.

Jacek: Wtedy to była wielka szansa: wyrwać się z bloku wschodniego…

Tereska: …i kupić sobie dżinsy.

Jacek: I pracować, zarobić, kupić sobie trochę fajnych rzeczy. A że przy okazji była tam dziewczyna, wobec której rodziny miały pewne zapędy… Ja pojechałem, żeby skorzystać z zaproszenia, a nie żeby się żenić.

Tereska: Potem Jacusia z domu wyrzucili hehehe…

Jacek: Sam się wyrzuciłem!

Tereska: A potem byłam najlepszą synową.

Ania: Co poradzilibyście ludziom, którzy zapytaliby o receptę na przetrwanie w związku? Przecież wiadomo, że przeżywa się różne chwile, etapy, trudności.

Tereska: Trzeba mieć do siebie zaufanie, często się bzykać, nie robić wymówek bez powodu…

Ania: A jak jest powód to już można?

Jacek: Jest taka fundamentalna podstawa dobrego przeżycia, że trzeba się komunikować. Bez tego narastają problemy. Musi być tolerancja, ale nie całkowita. Zdrowy rozsądek, jak wszędzie.

Ania: Teresko, a Ty nie byłaś nigdy zazdrosna?

Jacek: Była jak cholera. Teraz nie jest w ogóle. Myślę, że dlatego, że jak miałem okazję odejść – i inni mówili, że by to zrobili – ja zostałem, więc uwierzyła, że ją kocham.

Tereska: Ale kiedy miałbyś odejść?

Jacek: Jak byłaś bardzo chora.

Tereska: Nawet bym tego nie zauważyła.

Jacek: To tym bardziej nie mogłem. Wracając do miłości: tango zezwala na intymny kontakt z inną kobietą niż żona, bez potrzeby ganienia go. Po dziesięciu latach tych różnych intymnych kontaktów stwierdzam, że moja żona jest moją właściwą partnerką: życiową i tangową. Na koniec apel do partnerek: nie dotańczajcie! Nie domyślajcie się i nie zgadujcie, tylko czekajcie i dajcie się poprowadzić! (Dopóki nie zabrałam się za próby prowadzenia, myślałam, że tylko początkujące tanguery dotańczają i wierzgają. otóż NIE! Te niby zaawansowane też to robią! Jedne z pobudek altruistycznych – chcą pomóc biednemu liderowi, a zapominają wsłuchać się w niego; inne – bo ponosi je ego: chcą pokazać, jakie to są świetne, teatralnie instruują – po prostu nie umieją się właściwie zachować – ale to też opiszę przy innej okazji)

Tereska: I niech się na facetach nie wieszają i nie kopią ich w kolana.

Ania: Dlaczego z jednymi kopię się kolanami, a z drugimi nie?

Jacek: Może być wiele powodów.

Tereska: Chodzenie na zgiętych nogach.

Jacek: Tak, jeśli partnerka chodzi na ugiętych nogach i odsuwa się plecami od partnera, będzie go kopać w kolana. Ale wtedy kopie się z każdym, a nie tylko z niektórymi. Może być złe wyprowadzenie kroku przez faceta, kiedy zaczyna od kolana. Nogę do kroku wyprowadza się z pachwiny i sunie się piętą po podłodze, z przeprostowanym kolanem. Ale tu już wchodzimy w uczenie.

Ania: Teresko, chcesz coś jeszcze powiedzieć?

Tereska: Ja już się nagadałam.

Ania: To na koniec powiedz, co tango może komuś dać?

Tereska: (patrząc mi w oczy, z łagodnym uśmiechem, ściszonym głosem) Nie wiem, co może dać Tobie. Mnie dało to, że mój mąż mnie jeszcze bardziej pokochał. I to jest najpiękniejsze zdanie tej rozmowy.

Jacek Mazurkiewicz – inżynier budownictwa lądowego, od lat jako project manager lub dyrektor projektów, pracuje w budownictwie kubaturowym, komercyjnym (budowa biurowców, hoteli, galerii handlowych). W czasie studiów pracował jako nauczyciel w technikum. Od siebie dodaje: „Tereska jest najpiękniejszą kobietą na świecie. I więcej nie trzeba pisać. Może tylko to, że 3,5 roku temu umarła, a dzięki ludziom dostała drugie życie. Grałem na akordeonie i pianinie. Ładnych parę lat. Sprawiało mi to przyjemność. Nigdy nie chciałem zostać wirtuozem instrumentu!!! Wciąż wiem że mogę jeszcze lepiej grać. Ale czy mi się chce???”.

Rozmawiała: Ania (Bestiaaa)

 

Tango na bielskim zamku – październik 2017

Do niedawna mówiłam, że Ania Pietruszewska jest carycą bielskiego tanga. Trochę się krygowała, trochę zżymała: że caryca niezbyt ładnie brzmi, że to władczyni rządząca twardą ręką, że w ogóle i w szczególe to ależ skąd, nigdy w życiu… I właściwie miała rację. Nie pozostało mi nic innego, jak zmienić zdanie.

Żadna z niej caryca. To Anielica bielskiego tanga (i okolic).

Porywa się z motyką na słońce i dokonuje niemożliwego. Wymyśliła sobie festiwal tanga na bielskim zamku. Kilka dni przed imprezą wystawił ją do wiatru człowiek, który obiecał świetny parkiet (dziedziniec jest marmurowy, więc bano się, że pod wpływem tanga się zniszczy) i profesjonalne oświetlenie. Po drodze słyszała wiele krytycznych głosów, że nie tak, nie siak…

Nie zniechęciła się i co zaplanowała, to zrobiła.

Sobotnie wydarzenie było częścią większej całości, która trwała od czwartku do niedzieli (milongi i warsztaty). Przyjechało trochę ludzi z zewnątrz. Niby łatwo dojechać, bo jest Pendolino… Jednak ono nie kosztuje trzydziestu złotych, ani nawet stu trzydziestu. Na dodatek w tym czasie odbywała się comiesięczna milonga w Olsztynie, a w Warszawie koncert Bandonegro Tango Orquesta z milongą i pokazem naszej najlepszej – według Jolandy – polskiej pary, Jakuba Korczewskiego i Magdy Bochińskiej. Przyjechali goście z Czech, a nawet i nie tylko.

Bielsko-Biała ma cudowną starówkę.

Pięknie odrestaurowane kamieniczki i bajeczną Salę Redutową (to jedna z najpiękniejszych neorenesansowych sal w Polsce), znaną nam z imprez sylwestrowych. Niestety: czymś tak smarują parkiet, że w tym roku Anielica zdecydowała, że nie chce narażać ludzi na przyklejanie butów do podłogi i sylwestra nie będzie. Za to – po raz kolejny – będzie super maraton w Szczyrku – rejestracja trwa, warto tam być!

Ale wróćmy do tanga na bielskim zamku.
Festiwal odbył się w Muzeum Historycznym Zamek Książąt Sułkowskich, który ma malowniczy adres: Wzgórze 16. I beznadziejny dojazd samochodem – a wystarczy
łoby rozwiązać to trochę inaczej… Gorszy jest jedynie wyjazd z dworca we Wrocławiu – tam musiał to projektować jakiś pijany szaleniec, tu zwyczajny bezmysł).

To było bardzo przyjemne spotkanie towarzyskie.

A i tangowe też. Nie było parkietowych „mistrzów świata” (we własnym mniemaniu), i całe szczęście. A kto chciał, mógł przyjemnie zatańczyć. Na parkiecie co prawda panował bałagan, nie było mowy o żadnej rondzie, ale to na takich imprezach standard, także na świecie. Rondy zachowywane są chyba jedynie na maratonach, i to tych encuentro milonguero lub z bardzo silną selekcją. To była kameralna impreza, nie nastawiona na setki uczestników. Dziedziniec i parkiet miały swoją pojemność, a w godzinach szczytowych wypełnione były po brzegi.

  

Każda impreza wyjazdowa jest świetną okazją do nawiązywania nowych znajomości.

Ja np. poznałam przesympatyczne małżeństwo z Warszawy (Celino i Leszku – pozdrawiam!), a także miłego i dobrze tańczącego Czecha. Każdy wyjazd to także okazja do spotkania tych już sobie znanych, z drugiego końca Polski (lub świata). Albo można odnowić znajomość z kimś ze swojego miasta. Ja dowiedziałam się od warszawskiego kolegi, że ostatnio ze mną nie tańczył, bo byłam zbyt mało namiętna… 😀

  

Jeszcze się taki dj nie urodził, co by każdemu dogodził.

Osobiście uważam, że muzyka była na tyle różnorodna, że każdy mógł znaleźć i zatańczyć miłą sobie tandę. Każdy grał inaczej. Rozpoczął Facundo Penalva – systematycznie spolszczany Argentyńczyk, po nim stery przejął nasz bułgarski Polak Vasko Manov (uwielbiam bałkańskie cortiny!), po nim zagrał Mateusz Stach, a zakończyła z przytupem Ania, celowo puszczając cortiny szantowe (na cześć zlotu uczestników tegorocznego Tanga pod Żaglami – bo mało jej, więc i na Mazurach musi poszaleć – już zaplanowała przyszłoroczną edycję…).

    

Festiwale są imprezą dla wszystkich.

Dla tych mniej doświadczonych – ważne, aby nauczyciele uczyli nie tylko kroków, ale też tłumaczyli, dlaczego porządek jest ważny i jakim zagrożeniem jest bałagan, i dla doświadczonych – jak umieją nawigować, łatwiej się w tłoku odnajdą. Najważniejsze na zatłoczonym parkiecie jest, by kobiety pilnowały nóg i nie machały nimi po dzikiemu (nawet jak dostaną za dużo energii), bo mogą zrobić komuś krzywdę, a mężczyźni by nie szli do tyłu i nie wystawiali łokci.

  

Podłoga dostarczyła tańczącym dodatkowych atrakcji.

Zanim ułożono parkiet, nie było widać, że dziedziniec ma spadek, który chyba bardziej odczuwali prowadzący (przynajmniej ja, jak na chwilę weszłam w tę rolę, miałam wrażenie, że lecę w dół…). Powierzchnia okazała się nie być tępa. Tak sobie teraz myślę, że może gdyby miała mniejszy poślizg, spadek byłby mniej odczuwalny? Chociaż ja osobiście nie lubię tępych parkietów i wolę, kiedy pivoty wchodzą jak w masło…

Nie ma podłogi zbyt śliskiej.

Chyba że, jak mówi Jacek Mazurkiewicz, nie umie się stawiać stóp. Ta była – moim zdaniem – w sam raz (Janusz K. słusznie zauważył, że bardziej śliska podłoga jest lepsza dla stawów niż zbyt tępa), jedynie nieco skośna. Dobra cena Prosecco w zamkowej restauracji pozwalała na systematyczne wizyty w barze, dzięki czemu można było oszukiwać błędnik i trzymać zarówno pion, jak i właściwy poziom. Uczestnicy tego „eksperymentu społecznego” w sumie dobrze się bawili, traktując dodatkowe parkietowe walory jako wyzwanie.

Jak festiwal, to pokaz.

Gwiazdami wieczoru byli Marie Loy z Grecji i Facundo Penalva – wcześniejszy dj, który na co dzień uczy w szkole bielskiej Anielicy. Marie miała tańczyć ze swoim partnerem, z którym była na tegorocznym Tangu pod Żaglami. Niestety tydzień przed festiwalem, przygotowując się do pokazu – Matis złamał nogę. Tak więc Marie wystąpiła z Facundo – ze względu na wspomniany spadek parkietu – w wyższej części dziedzińca.

    

Film nakręcony przez Leszka Wdowińskiego można zobaczyć TU.

Życzę wszystkim organizatorom takiego zapału i wytrwałości, jak ma bielska Anielica.
A tangowców zachęcam: jeździjcie. Doświadczcie. Poznajcie. Warto.

Foto: Sona Komarkova Photo Tango.

Ania (Bestiaaa)

 

 

 

 

 

Barcelona – miasto jak z bajki

Jola:

Barcelona! To miasto ma mnóstwo pięknych tangowych miejsc. Dlatego po festiwalu w Sitges (wrażenia opisałyśmy TU) uznałyśmy, że musimy się w nim zatrzymać choćby na chwilę. W Barcelonie byłam wielokrotnie i mam wrażenie, że znam większość tutejszych milong, które mieszczą się w małych klubach – jak to zwykle bywa. Ludzie chodzą w różne miejsca i dobrze się znają, więc atmosfera jest bardzo przyjazna, a stosunki prawie rodzinne. Przyjezdni są szybko dostrzegani i witani. Podczas tego pobytu mogłyśmy odwiedzić dwie tamtejsze milongi. Na więcej nie wystarczyło czasu. Na szczęście mogłyśmy też rzucić okiem na miasto.

  

Ania:

Byłam ciekawa, kogo spotkamy. Podejrzewałam – i nie myliłam się – że będzie sporo osób poznanych podczas festiwalu w Sitges. To przecież bardzo blisko, a organizatorzy są z Barcelony. Dopisali zarówno miejscowi, jak i przyjezdni, którzy – jak my – zostali po festiwalu.

Jola:
W poniedziałek poszłyśmy do Milonga del Pipa, która jest zlokalizowana na Rambli. Było sporo bardzo dobrze tańczących ludzi, świetny parkiet i nieźle zaopatrzony barek. Miło się tańczyło. Żałowałyśmy, że milonga trwała tylko 3 godziny (od 22.30. do 1.30.).

Ania:

Wybrałyśmy stolik w miejscu – wydawało się, że niewidocznym… Zarówno z powodu położenia, jak i wszechobecnych ciemności. A jednak nie miałyśmy czasu siedzieć. Dlatego tym razem nie było zbyt wielu zdjęć z milong. A ta odrobina – podczas przenoszenia z telefonu na komputer, albo pomiędzy – się skasowała. Na szczęście zachowało się trochę fotek Barcelony – więc tym razem tango będzie obrazowane widoczkami miasta. 

  

Jola:
We wtorek poszłyśmy na milongę Arrabal. To dość daleko od Rambli, na której mieszkałyśmy. Ale nie aż tak, by nie móc wrócić półgodzinnym spacerkiem.

Ania:

To pół godziny trwało dobre 45 minut. Po wytańczeniu się łażenie nie jest moją wymarzoną aktywnością, ale takie sytuacje traktuję jako spacer krajoznawczy. Gorzej znosiła to nasza nowo poznana koleżanka z Norwegii, która razem z nami wracała. Bała się takich spacerów, ponieważ kiedyś w jednym ze światowych miast natknęła się na buszujące nocą szczury… Ten spacer na szczęście nie dostarczył takich wrażeń.

 

Jola:
Milonga Arrabal podobno zazwyczaj jest dosyć pusta i większość bywalców to początkujący. Tym razem było dość tłoczno, a i poziom tangowy był dobry. Zapewne przyczyniło się do tego zakończenie festiwalu w Sitges, bo większość dobrze tańczących to właśnie uczestnicy festiwalu.

Ania:

Ale były też osoby niefestiwalowe. I takie poznane dzień wcześniej. Bardzo chcę pojechać do Barcelony i zatańczyć na innych milongach. Zwłaszcza że na Costa Brava poznałyśmy naszą fajową rodaczkę Ewelinę, która w Barcelonie mieszka. Ale to inna, następna historia.

Jola:
Ogólnie lubię tańczyć w Barcelonie i jeśli miałabym połączyć wakacje z tangiem, to Barcelona jest numerem 1. Słońce, jedzonko, tango… Tak, Barcelona to mój nr 1. 

  

WRAŻENIA PODRÓŻNICZE, POZA TANGIEM

Ania:

Barcelona to jedno z najpiękniejszych miast na świecie. Tego, że tak jest, co prawda jeszcze nie wiedziałam. Miał to być mój pierwszy pobyt. Wcześniej przymierzałam się trzykrotnie, raz nawet miałam kupiony bilet i zarezerwowany hotel, ale życie postanowiło inaczej. Na szczęście nadszedł ten właściwy dzień. Jolanda uprzedziła mnie, że tu jest głośno całą dobę. Okazało się, że nasz pokój wychodził na ciche wewnętrzne podwórko, więc było ciszej niż w całym Sitges czy bocznej uliczce Tel Avivu. 

Jola:

O Barcelonie marzy wiele osób. Ja kocham to miasto i wiem, że mogłabym tu żyć. Klimat, ulice o każdej porze dnia i nocy, cudowną architekturę – tego nie ma nigdzie indziej. Pierwszy raz byłam tu 20 lat temu. Mieszkałam na Rambli, gdzie zachwycił mnie ruch, gwar i wielojęzyczny tłum. Uwielbiam włóczyć się po wąskich uliczkach. Ciągle odkrywać coś nowego.


Ania:

Architektura Gaudiego ma swoich gorących wielbicieli i żarliwych krytyków. Na pewno to absolutny światowy ewenement. Mnie osobiście wprawił w przerażenie – moim zdaniem – największy maszkaron świata (o tym za chwilę), ale kamienice zdecydowanie zachwyciły. Nie wiem, jak rozplanowano powierzchnię wewnątrz, ale patrząc na opakowanie – w niejednej mogłabym mieszkać…

  

Jola:

Jeśli masz tylko dwa, trzy dni na Barcelonę, to koniecznie zobacz 4 najpiękniejsze kamienice Gaudiego:
1. Casa Vicens – z przepięknymi kolorowymi ceramicznymi płytkami, ciekawą konstrukcją, pięknymi łukami i wieżyczkami – znajduje się przy Carolines 24.
2. Casa Mila – przypomina kształtem blok skalny, dlatego przez barcelończyków zwana jest Kamieniołomem La Pedrera. Budynek nie ma linii prostych, przez co sprawia wrażenie ciężkiej bryły, którą oplątują dzikie chaszcze… Motyw użyty do dekorowania żelaznych balustrad robi wrażenie. Znajduje się na Passeig de Gracia.
3. Casa Batllo – budowla wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Budowla niezwykła. Dach jest pokryty płytkami przypominającymi rybie łuski. Do tego motywy zwierzęce i kości. Tłoczone kafelki… Można się na nią gapić bez końca. Również jest na Passeig de Gracia.
4. Casa Calvet – najspokojniejszy budynek z wielkiej czwórki. Warto zwrócić uwagę na detale: dach z podwójnymi szczytami, niezwykłe wejście i trzy głowy męczenników spoglądających na przechodniów.

   

Ania:
Oczywiście bez Sagrada Familia wizytowanie Barcelony się nie liczy. Po polsku znaczenie tej budowli jest takie, że to pokutna świątynia świętej rodziny. W Hiszpanii ta budowla jest uważana za główne osiągnięcie Antoniego Gaudiego – dlatego też jego grób znajduje się właśnie w tym miejscu. Budowla nie jest ukończona do tej pory, chociaż rozpoczęto ją w 1882 roku. Jolanda mówi, że na przestrzeni 20 lat – od kiedy bywa w Barcelonie – widzi postępy. Dla mnie jest to największy bohomaz architektoniczny, jaki widziałam (o warszawskiej wyciskarce do owoców nie wspomnę, bo mi wstyd). Jolanda patrzy inaczej, jak na konstrukcyjny cud. Niewiele osób wie, że Jolanda jest inżynierem z dużym doświadczeniem zawodowym. Więc ją zachwycił kunszt wykonania tak skomplikowanej budowli. Ja – jako laiczka – patrzyłam na (w moim przekonaniu) wyjątkowo ogromną szkaradę… Jolanda zwróciła moją uwagę na to, że toto z każdej strony wygląda inaczej. Nie wiem: dobrze to czy źle, ładnie czy brzydko. Ale wiem, że rzeczywiście jest to niesamowity ludzki wytwór. 

  

Jola:

Park Güell, Barri Gotic, Ciutat Villa, Port Barcelona czy Placa España i Museu National d’Art, Font Magica – warte odwiedzenia. Tak jak słynna La Bouqueria na La Rambli, muzeum Picassa, Camp No u, La Barceloneta z cudowną plażą.

Ania:

Muzeum Picassa zaliczyłam w Maladze – wystarczy (relacja TU). Za to zachwycił mnie barceloński targ… Wizualnie, bo smakowo to dużo jest produktów hiszpańsko – katalońsko – fastfudowych. Ale wrażenia wzrokowe – bajeczne…

 

Plaża – byłyśmy w szczycie sezonu. Tłoczno. Z głośników systematycznie komunikowano, żeby panie idąc do morza zakładały staniki, a panowie mieli stosowne gacie – nie stringi. Zdjęcia zamieściłam wyżej, więc nie będę się powtarzać. 

Jola:
Barcelona to także piękne parki, jak chociażby Parc de la Ciutadella.


Można by wymieniać w nieskończoność. Ale po co? Tu trzeba po prostu przyjechać ?

Jola (ta Piękna) i Ania (Bestiaaa)

Neotango Night w Jazz Club Akwarium – 7.10.2017

Nie lubię zbytniego cudaczenia w tangu. Co nie oznacza, że jestem tangową talibką. Nie jestem. Nie lubię starych trzeszczących rzęchów z wyjcowaniem. Lubię tango nuevo. Sądzę, że warto zdefiniować pewne pojęcia – żebyśmy to samo mieli na myśli. Tango nuevo to tradycyjne tanga w nowych aranżacjach lub po prostu nowe tanga. Ale tanga! A nie co popadnie. Wszystko, niezależnie od gatunku muzycznego, podpada pod neotango. Czyli tzw. alternatywa. Taki Gotan Project mieści się w tango nuevo, a także w electro. Tańczenie do Chopina czy rapu (a jakże!) to żadne nuevo, tylko alternatywa. Tyle jeśli chodzi o muzykę. A w tańcu – jest tango milonguero (bardzo kontaktowe, z napieraniem, prowadzenie z centrum), salon (trochę luźniejsze objęcie, we własnej osi), nuevo (luźne objęcie, bez wypiętego kuperka, zamaszystość, boleo, volcady). Jest i neotango, które zawiera w sobie elementy tanga i … wszystkiego innego.

Nuevo często jest mylone z alternatywą.

Pamiętam, jak kiedyś na mojej milondze DJem był Argentyńczyk. Grał zdecydowanie inaczej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni, a jako zawodowy muzyk – też inaczej słyszał. Trochę towarzystwo było umęczone tańczeniem do bardzo wokalnych tang u nas nieznanych. W pewnym momencie zapytał, co zagrać: tradicion czy nuevo. Obecni ochoczo zakrzyknęli, że nuevo – spodziewając się jakiegoś Bonda albo Grace Jones. A tu nastąpiła dalsza część tego, co było… Dla DJ-a pewnie to było co innego, przeciętny polski tanguero nie wyczuł różnicy.

Neotango to takie tango prawie bez tanga.

Zarówno muzycznie, jak i tanecznie. Jakiś czas temu widziałam pokaz neotanga. Zdecydowanie nie umiem z taką gracją tarzać się na czworaka po parkiecie do dziwacznej muzyki. Tak więc decydując się pójść na Neotango Night spodziewałam się umęczenia już po półgodzinie…

Jazz Club Akwarium to bardzo przyjemne miejsce.

Nie wszyscy bywalcy letnich milong na Skwerze Hoovera wiedzą, że to właśnie tu 🙂 Wnętrze restauracyjne znajduje się na górze, a na dole, w podziemiach, urządzono sporą salę z bardzo dobrą drewnianą podłogą, profesjonalnym nagłośnieniem i sprytnym barem (z przemiłym młodym przystojnym barmanem). Nawet plastikowe krzesła nie były takie zwykłe, tylko miały dość ciekawą formę…

DJane Danusia grała bardzo przyjemnie.

Było oczywiście kilka dziwnych kawałków, ale zdecydowanie nie czułam się przytłoczona. Kiedyś niefortunnie publicznie skomentowałam film jako noc żywych trupów, na którym widziałam snucie się do ciężkiej muzy. Obawiałam się, że tu mogę doświadczyć tego na żywo. Ale nie! Danusia tak zagrała, że mnie nie zmęczyła. A wdzięcznymi lekkimi milongami wręcz zachwyciła.

Neotango jest dobre dla tych, którzy nie lubią sztywnych reguł.

Nikt nie oczekuje rondy – można hasać w te i nazad, co bez krzywych spojrzeń czynił warszawski mistrz tej dyscypliny. Nie ma cortin – tańczysz, ile chcesz. Można bez schodzenia z parkietu przyssać się do siebie na półtorej godziny. Można też jeden kawałek zatańczyć, następny sobie darować, by na kolejny wrócić i pląsać. Nie ma oczekiwań co do strojów, a mimo to taki jeden, co to różnie bywa, tym razem był przyzwoicie ubrany (chyba tylko w lato straszy gołymi pachami i skarpetami do sandałów).

Organizatorem jest jeden z najbardziej wszechstronnych zawodowych tancerzy.

Piotr Woźniak to warszawski nauczyciel tanga, promotor tanecznego PRO – AM (profesjonalista i amator startują w międzynarodowych zawodach), a także zawodowy tancerz z dużym dorobkiem scenicznym. W najbliższą środę, 11. października, w warszawskiej Stodole, podczas koncertu Roberto Siri, będzie można go zobaczyć w pokazie tanga solo. Wystąpią także: Jakub Grzybek i Patrycja Cisowska (mistrzowie świata w tango escenario – czyli mega tango show! a także organizatorzy festiwalu RECUERDO) – oraz inne warszawskie pary. 

Warszawa jest gotowa.

Aby mieć cykliczną imprezę, na której zasadą jest brak sztywnych zasad. Moim zdaniem nie ma co wartościować ani muzyki, ani stylów tanecznych (no chyba że dj ewidentnie przysmęca, a tangowicz nie wie, co czyni – ale to inny temat). Każdy może wybrać, co mu pasuje. Dla mnie tango bez bliskiego kontaktu nie ma sensu, ale wierzgnąć czasem też lubię. Muzyka Złotej Ery jest dla mnie tangowo najbogatsza, co nie znaczy, że dla odmiany nie zapląsam do czegoś innego. To co – do zobaczenia? 🙂

Ania (Bestia)

 

 

Sitges 2017 – XIV Tango Festiwal w Hiszpanii

Jola:

O festiwalu w Sitges słyszałam od wielu osób. Tegoroczna edycja odbyła się po raz XXIV! To jeden z najstarszych festiwali w Europie. Lipiec, Barcelona tuż obok, plaża, super jedzonko i tango – to wszystko zadecydowało o kolejnej wyprawie do Hiszpanii: pięć dni w Sitges, dwa w Barcelonie.

Ania:

Po encuentro w Maladze (o tamtej wyprawie możesz przeczytać TU) – zakochałam się w Hiszpanii, hiszpańskich imprezach, różanej cavie i ichniejszych kalmarach… Bardzo byłam ciekawa tego festiwalu. Miałam nadzieję, że ponownie spotkam część osób tam poznanych. I nie mogłam się doczekać nowych znajomości i nowych abrazos… oraz Barcelony, do której wybierałam się trzy razy (raz nawet miałam kupiony bilet i zarezerwowany hotel), ale z przyczyn losowych nie udało mi się dotrzeć.

  

Jola:
Festiwal organizuje (od 1993 roku, zawsze w połowie lipca) Associacion Barcelona Tango Club. Tę edycję rozpoczęto spektaklem w wykonaniu Compañia Tango Amado w centrum kulturalnym El Retiro, na którym był komplet widzów. Potem milonga. Kiedy festiwal zaczyna się w środę – wiadomo, że wielkich tłumów tej nocy nie będzie. Co nie oznacza, że nie będzie z kim tańczyć! Oj… tu było… Nowe znajomości zaowocowały imprezą do białego rana, niekoniecznie tangową… 

   

Ania:

Wszystkie festiwalowe milongi odbywały się w El Retiro. System biletowy był nowoczesny, komputerowy. Cudowne było to, że tańczyliśmy na powietrzu! Hiszpańskie lato wcale nie jest jakoś bardzo upalne, przynajmniej nie w Sitges. Wieczory były przyjemnie ciepłe, ale nie gorące. Podobno rok wcześniej padał deszcz… Tym razem trochę się chmurzyło, ale ostatecznie nie musieliśmy się chować pod zadaszeniem restauracji. Minusem była kamienna podłoga z umiarkowanym poślizgiem. I niestety bałagan na parkiecie. Zwłaszcza w weekend dał się we znaki, kiedy przybyło bardzo dużo osób. O żadnej rondzie nie było mowy. W ogóle poziom tangowy – jak to na festiwalach – był średni. Towarzyski na 5+ 🙂 Ale i tu znalazły się ubraniowe i obuwnicze męskie dziwadła. To ciekawe (zdecydowanie temat gender), że paniom nie przychodzi do głowy założyć na nogi czegś, co okropnie wygląda… 

  

Jola:
K
olejne dni festiwalu to dla wielu uczestników czas na doskonalenie umiejętności pod okiem zaproszonych maestros. Byli to Gustavo Rojas i Gisele Natoli oraz Veronica Palacios i Jorge Pahl. Obie pary oczywiście dały pokaz na nocnych milongach.

Ania:

Szczególne wrażenie zrobiła na mnie milonga w wykonaniu Veroniki i Jorge. Matko, jak ona zasuwała tymi stópkami… Jakby miała w nich motorek… Jorge to kawał przystojnego faceta. Zasadzałam się na taniec z nim. Wyszło, ale… na innej imprezie 🙂 Szczegóły wkrótce. Bardzo bym chciała, aby ta para przyjechała do Polski – nie jest to trudne, ponieważ na co dzień Veronica i Jorge mieszkają i uczą w Barcelonie. A jak tańczą – można zobaczyć TU 

   

Zdjęcia pochodzą z profilu  na Facebooku Veroniki Palacios i mają status publiczny.

Jola:
Festiwalowe dni wyglądały podobnie: wieczorne milongi w El Retiro, a popołudniowe na plaży – które mają swoich zwolenników i przeciwników. Ja osobiście nie przepadam za tańczeniem na ubitym, mokrym piasku, lecz wiele osób było zachwyconych.

Ania:

Nie znoszę tańczenia na piachu czy w wodzie. Może to wygląda malowniczo i romantycznie, ale dla mnie trudne piwotowanie jest zbyt dużym dyskomfortem i nie chce mi się nadwyrężać stawów, bo i po co? Dlatego byłyśmy tylko na jednej. A wystarczyłoby przenieść tangolenie kilka metrów dalej. Było miejsce. Zdecydowanie wygodniejsze niż piach. Widać taka była idea. Więc więcej czasu miałyśmy na knajpki, w których jedzenie i wino wiadomo, jakie jest. Niestety pyszne. Niestety, bo po powrocie do Polski trzeba przechodzić na dietę :p

   

Jola:
Nocne milongi zaczynały się o 21.30, kończyły o 2.00,, czyli jakoś specjalnie długie nie były. Ale po milongach głównych następowało after party. Pierwsze odbyło się na maleńkim cypelku, tuż nad skalistą przepaścią, na trudnym kamiennym podłożu.

Ania:

Czegoś takiego nie przeżyłam w życiu… Jak zobaczyłam tę przepastną otchłań – pomyślałam: nie ma mowy! Usiadłam sobie z boczku i ze ścierpniętym tyłkiem obserwowałam, jak Jolanda pląsa. Matko… Mam jakiś taki ukryty lęk wysokości. Mogę być na 50. piętrze, jeśli są barierki i zabezpieczenia. Tu było po prostu urwisko, jak w filmie grozy. Jednak tak całkiem nie udało mi się wymigać. Tańczyłam… i do dziś, jak sobie przypomnę, znowu cierpnie mi tyłek. Aaa!!!

  

Jola:
Nocne milongi odbywały się w różnym składzie, ponieważ każdego dnia sporo osób dojeżdżało z Barcelony. To powodowało większą rotację partnerów i nowe doznania ? Ja co prawda miałam grono moich ulubionych, ale… zawsze to miło zatańczyć z kimś innym.

Ania:

Generalnie na milongach głównych teren był tangu przyjazny. Stoły i krzesła były ustawione wokół parkietu i było ich na tyle dużo, że nie trzeba było walczyć o posadowienie czterech liter. Dj-e grali dobrze, bez smęcenia i wyjcowania. Tandy zmian i hocki – klocki nas akurat nie interesowały, ale ponieważ – jak to na festiwalach – było więcej pań, one mogły skorzystać i dorwać się do tangueros 🙂 To było zwyczajne polowanie… Nie, zdecydowanie nie chcę brać w czymś takim udziału, ale jak ktoś lubi – niech bierze. My na szczęście nie narzekałyśmy na brak chętnych do wspólnego tanga. Zarówno ja, jak i Jolanda – odpuszczamy uganianie się za mężczyznami w jakiejkolwiek formie. To za nami warto się uganiać :p Była pani bez skrępowania desantująca panów (czasem się nacięła na odmowę), były dziewczyny prowadzące. Wszystko było 🙂

  

Jola:
Festiwal miał kilka niespodzianek miłych i przerażających. Dobrze, że after party zostało przeniesione znad urwiska pod sam kościół, bo co noc było więcej osób i wszyscy na cypelku by się nie zmieścili. Cudowną niespodzianką był koncert Federico Gonzaleza z Buenos Aires. Federico nie dość, że pięknie zaśpiewał na sobotniej after party, to jeszcze miał takie objęcie, że ech…?
Zresztą:
nie tylko on …???

  

Ania:

Tą przerażającą niespodzianką dla mnie był „Tango coaching”. Ja w takich hopsztosach z zasady nie uczestniczę. Jolanda lubi nowe doznania, więc wzięła i się zgłosiła. Już pierwszej nocy umówiła się na kołczowanie z takim jednym. Ja nie chciałam za żadne skarby, bo jako jednostka mało socjalna nie lubię cudaczenia z obcymi ludźmi i dobrze mi z tym. Nie chcę przełamywać żadnych barier, bo to moje barierki ochronne, znane i przeze mnie akceptowane. Nie wiem, ki czort mnie opętał, że zmieniłam zdanie. Na dzień przed zapytałam Yaniny (prowadzącej – cudowna, ciepła kobieta!) – z nadzieją na odmowę – czy mogę dołączyć. Myślałam, że nie będzie partnera… Niestety był. Ale po kolei. Założeniem tango coachingu było wyzwolenie w tangueros „prawdziwego tangowego ja”; żeby zacząć tańczyć, nie udając kogoś innego. No i fajowo. Tylko że ja nikogo nie udaję, więc nie mam czego wyzwalać. Jolanda wystawiła do wiatru tego, z którym się umówiła (zapracował na to), i kołczowała się całkiem przyjemnie z kimś innym. Ja dostałam z przydziału (oczywiście było więcej kobiet, więc męscy organizatorzy przyszli z odsieczą) sapiącego, gniotącego moją talię i plecy jak ciasto na pierogi takiego jednego, co to najpierw mnie zadziwił, wkurzył, potem rozśmieszył (sapaniem i gnieceniem), a w efekcie końcowym ubawił, bo w taki sposób wczuwał się w connection, że pękałam ze śmiechu. Przy całej sympatii do tangowej kołczini – nie chciałabym tego powtórzyć nigdy więcej. Moim zdaniem takie zajęcia są dobre dla tych, co by chcieli się trochę pomiętosić, ale nie znają się na tyle, by mieli śmiałość 🙂

  

Jola:
To był cudowny czas. Do zobaczenia za rok na jubileuszowym XXV Festival International de Tango Sitges ❤

Ania:

To znaczy, że jedziemy..? OK!

WRAŻENIA PODRÓŻNICZE – POZATANGOWE

  

Jola:

Sitges leży zaledwie 35 km od Barcelony i jest doskonale z nią skomunikowane. Autobus kursuje całą dobę (w dzień co 15 min., w nocy co półtorej godziny) i kosztuje 4 €. Niestety nie zdążłyśmy na ten o północy. Samolot miał 30 minut opóźnienia i zabrakło nam dosłownie 5 minut… Skutek: 1,5 godziny oczekiwania na następny ? Nie zepsuło nam to humoru absolutnie, bo liczy się doborowe towarzystwo ??? Na miejsce dotarłyśmy koło 3 w nocy.

Ania:

Wylatywałyśmy z Modlina. To chyba najgorsze lotnisko świata. Z kontrolą bezpieczeństwa wariują jeszcze bardziej niż na Okęciu. Jolanda musiała zrobić awanturkę, bo służbista przyczepił się do czegoś, na co na lotniskach całego świata nie zwracają uwagi. I wieczne opóźnienia… Czy jakikolwiek samolot wystartował punktualnie? To są niby drobiazgi – dla tych, którzy rzadko podróżują. Dla nas to zwyczajnie wkurzająca strata czasu. Mamy porównanie, jak funkcjonują inne lotniska na świecie. Nasze polskie muszą być oczywiście pasażerom nieprzyjazne, bo po co ma być sprawnie i miło, kiedy może być do dupy?

Jola:

Na szczęście zawsze jakoś dolatujemy. Z lotniska autobusem dojechałyśmy do centrum. Tam musiałyśmy znaleźć przystanek do Sitges. Połaziłyśmy w tę i z powrotem i na około, a po kilkunastu minutach zorientowałyśmy się, że miałyśmy przystanek pod nosem :D 😀

 

Ania:

Czekając na właściwy autobus na właściwym przystanku – uciełyśmy sobie pogawędkę ze zmęczoną balangowiczką narodowości brazylijskiej i zjadłyśmy resztki prowiantu z torby Jolandy, która miewa zaopatrzenie, bo zaczyna podróż znacznie wcześniej niż ja (dojeżdża z Olsztyna). Kiedy dojechałyśmy na miejsce, też trochę połaziłyśmy w te i wewte, bo mapa wujka gugla działa, jak chce. Czasem z opóźnieniem, czasem dziwnie się ustawia i idzie się nie w tę stronę… Kiedy namierzyłyśmy właściwy azymut i doczłapałyśmy prawie pod wejście, hurgot walizek ciągniętych po bruku zaalarmował naszego gospodarza, który przez domofon zaczął nawoływać Jolandę… Nie jest tajemnicą, że to ona robiła rezerwację. Jak zwykle zresztą. Jest dobra w te klocki i tyle. Jak ja raz zarezerwowałam Berlin, to się okazało, że w cholerę daleko i IV piętro bez windy…

Jola:

Nasze mieszkanie okazało się być bardzo przyjemne i wygodne: wyposażona kuchnia, czysta łazienka i nasza sypialnia z cudownym tarasem oraz wszechobecnym, bardzo przyjacielskim kotem Pimpim.
Mieszkałyśmy na jednej z głównych ulic, bardzo blisko plaży i w niewielkiej odległości od imprez festiwalowych. Mogłyśmy się wygodnie relaksować 🙂

   

Ania:

Dobra lokalizacja niestety zazwyczaj związana jest z hałasem. Poza Tel Avivem, gdzie w bocznej małej uliczce w nocy panował straszny hałas (samochody dostawcze, śmieciarki, marcujące w maju wolno żyjące koty… Cała relacja jest TU) – to było najgłośniejsze miejsce, w jakim nocowałyśmy. Od bladego świtu zasuwały ciężarówki, autobusy i chyba cały kataloński ciężki transport…

Jola:
Sitges to dla Hiszpanów takie ichnie Saint Tropez. Kurort, do którego przyjeżdża się zabawić i poleżec na plaży. To miejsce słynie również z niezwykłej tolerancji – jest hiszpańską stolicą gejów i podobno cieszy się największą popularnością w Europie. Jestem tolerancyjna i widok par o innej orientacji niż moja zupełnie mi nie przeszkadza. Knajpka z najlepszymi kalmarami była tuż obok, więc próbowałyśmy się wczuć…

 

Ania:

Lipiec to szczyt sezonu. Plaża pełna ludzi. Nie ma naszych nadbałtyckich parawanów, ale ręcznik leży przy ręczniku. A w weekend jest jeszcze ciaśniej. Pierwsze dwa dni chodziłyśmy na zwykłą plażę. Aż odkryłyśmy tę drugą – okazała się mniej tłoczna. Co ciekawe: na nią także przychodziły rodziny z dziećmi. Oczywiście widać było dziewczyny trzymające się za ręce i chłopaków dających sobie całusy, ale standardowe rodziny nie należały do rzadkości. Tyle tylko, że skoro na takiej plaży leżałyśmy z Jolandą obok siebie – nie mogłyśmy liczyć na awanse mężczyzn poza chłopakiem sprzedającym napoje. Ojjj… podobał się chłopakom, a my podobałyśmy się jemu 🙂 Ponieważ miejsce trochę zobowiązuje, nakazałam Jolandzie smarować moje plecki z większą niż zwykle czułością :p

   

Jola:
Sitges
to bardzo urokliwe miasteczko. Główną atrakcją turystyczną jest kościół świętego Bartłomieja z XVII wieku – dla Ani był to zamek ? Tu właśnie, na placu kościelnym, odbywały się nasze after party ?

Liczne bary zapraszają na całonocne imprezy. Knajpki ze wspaniałym jedzeniem to hiszpańska codzienność… Chociaż najlepsze kalmary jadłyśmy w Pic Nic przy samej plaży (z jakim widokiem!). Zamówiłyśmy po dwie porcje. Ich smak śni mi się do dziś ?

  

Ania:

Co ciekawe: życie mocno nocne i wczesnoporanne tętni tylko w weekend (w tygodniu jednak krócej to wszystko trwa i w czasie powrotu z afterek byłyśmy jednymi z nielicznych na ulicy), tak więc Sitges nie jest typową hiszpańską imprezownią. Myślałam, że w lipcu w Hiszpanii to… o matko i jeszcze więcej. A tu cisza, spokój… Jak na afterce za głośno zagrali, to przyjechała Policja… Normalnie miasteczko emerytów 😀 Co nie zmienia faktu, że kocham Hiszpanię. Po prostu.