Sitges 2017 – XIV Tango Festiwal w Hiszpanii

Jola:

O festiwalu w Sitges słyszałam od wielu osób. Tegoroczna edycja odbyła się po raz XXIV! To jeden z najstarszych festiwali w Europie. Lipiec, Barcelona tuż obok, plaża, super jedzonko i tango – to wszystko zadecydowało o kolejnej wyprawie do Hiszpanii: pięć dni w Sitges, dwa w Barcelonie.

Ania:

Po encuentro w Maladze (o tamtej wyprawie możesz przeczytać TU) – zakochałam się w Hiszpanii, hiszpańskich imprezach, różanej cavie i ichniejszych kalmarach… Bardzo byłam ciekawa tego festiwalu. Miałam nadzieję, że ponownie spotkam część osób tam poznanych. I nie mogłam się doczekać nowych znajomości i nowych abrazos… oraz Barcelony, do której wybierałam się trzy razy (raz nawet miałam kupiony bilet i zarezerwowany hotel), ale z przyczyn losowych nie udało mi się dotrzeć.

  

Jola:
Festiwal organizuje (od 1993 roku, zawsze w połowie lipca) Associacion Barcelona Tango Club. Tę edycję rozpoczęto spektaklem w wykonaniu Compañia Tango Amado w centrum kulturalnym El Retiro, na którym był komplet widzów. Potem milonga. Kiedy festiwal zaczyna się w środę – wiadomo, że wielkich tłumów tej nocy nie będzie. Co nie oznacza, że nie będzie z kim tańczyć! Oj… tu było… Nowe znajomości zaowocowały imprezą do białego rana, niekoniecznie tangową… 

   

Ania:

Wszystkie festiwalowe milongi odbywały się w El Retiro. System biletowy był nowoczesny, komputerowy. Cudowne było to, że tańczyliśmy na powietrzu! Hiszpańskie lato wcale nie jest jakoś bardzo upalne, przynajmniej nie w Sitges. Wieczory były przyjemnie ciepłe, ale nie gorące. Podobno rok wcześniej padał deszcz… Tym razem trochę się chmurzyło, ale ostatecznie nie musieliśmy się chować pod zadaszeniem restauracji. Minusem była kamienna podłoga z umiarkowanym poślizgiem. I niestety bałagan na parkiecie. Zwłaszcza w weekend dał się we znaki, kiedy przybyło bardzo dużo osób. O żadnej rondzie nie było mowy. W ogóle poziom tangowy – jak to na festiwalach – był średni. Towarzyski na 5+ 🙂 Ale i tu znalazły się ubraniowe i obuwnicze męskie dziwadła. To ciekawe (zdecydowanie temat gender), że paniom nie przychodzi do głowy założyć na nogi czegś, co okropnie wygląda… 

  

Jola:
K
olejne dni festiwalu to dla wielu uczestników czas na doskonalenie umiejętności pod okiem zaproszonych maestros. Byli to Gustavo Rojas i Gisele Natoli oraz Veronica Palacios i Jorge Pahl. Obie pary oczywiście dały pokaz na nocnych milongach.

Ania:

Szczególne wrażenie zrobiła na mnie milonga w wykonaniu Veroniki i Jorge. Matko, jak ona zasuwała tymi stópkami… Jakby miała w nich motorek… Jorge to kawał przystojnego faceta. Zasadzałam się na taniec z nim. Wyszło, ale… na innej imprezie 🙂 Szczegóły wkrótce. Bardzo bym chciała, aby ta para przyjechała do Polski – nie jest to trudne, ponieważ na co dzień Veronica i Jorge mieszkają i uczą w Barcelonie. A jak tańczą – można zobaczyć TU 

   

Zdjęcia pochodzą z profilu  na Facebooku Veroniki Palacios i mają status publiczny.

Jola:
Festiwalowe dni wyglądały podobnie: wieczorne milongi w El Retiro, a popołudniowe na plaży – które mają swoich zwolenników i przeciwników. Ja osobiście nie przepadam za tańczeniem na ubitym, mokrym piasku, lecz wiele osób było zachwyconych.

Ania:

Nie znoszę tańczenia na piachu czy w wodzie. Może to wygląda malowniczo i romantycznie, ale dla mnie trudne piwotowanie jest zbyt dużym dyskomfortem i nie chce mi się nadwyrężać stawów, bo i po co? Dlatego byłyśmy tylko na jednej. A wystarczyłoby przenieść tangolenie kilka metrów dalej. Było miejsce. Zdecydowanie wygodniejsze niż piach. Widać taka była idea. Więc więcej czasu miałyśmy na knajpki, w których jedzenie i wino wiadomo, jakie jest. Niestety pyszne. Niestety, bo po powrocie do Polski trzeba przechodzić na dietę :p

   

Jola:
Nocne milongi zaczynały się o 21.30, kończyły o 2.00,, czyli jakoś specjalnie długie nie były. Ale po milongach głównych następowało after party. Pierwsze odbyło się na maleńkim cypelku, tuż nad skalistą przepaścią, na trudnym kamiennym podłożu.

Ania:

Czegoś takiego nie przeżyłam w życiu… Jak zobaczyłam tę przepastną otchłań – pomyślałam: nie ma mowy! Usiadłam sobie z boczku i ze ścierpniętym tyłkiem obserwowałam, jak Jolanda pląsa. Matko… Mam jakiś taki ukryty lęk wysokości. Mogę być na 50. piętrze, jeśli są barierki i zabezpieczenia. Tu było po prostu urwisko, jak w filmie grozy. Jednak tak całkiem nie udało mi się wymigać. Tańczyłam… i do dziś, jak sobie przypomnę, znowu cierpnie mi tyłek. Aaa!!!

  

Jola:
Nocne milongi odbywały się w różnym składzie, ponieważ każdego dnia sporo osób dojeżdżało z Barcelony. To powodowało większą rotację partnerów i nowe doznania ? Ja co prawda miałam grono moich ulubionych, ale… zawsze to miło zatańczyć z kimś innym.

Ania:

Generalnie na milongach głównych teren był tangu przyjazny. Stoły i krzesła były ustawione wokół parkietu i było ich na tyle dużo, że nie trzeba było walczyć o posadowienie czterech liter. Dj-e grali dobrze, bez smęcenia i wyjcowania. Tandy zmian i hocki – klocki nas akurat nie interesowały, ale ponieważ – jak to na festiwalach – było więcej pań, one mogły skorzystać i dorwać się do tangueros 🙂 To było zwyczajne polowanie… Nie, zdecydowanie nie chcę brać w czymś takim udziału, ale jak ktoś lubi – niech bierze. My na szczęście nie narzekałyśmy na brak chętnych do wspólnego tanga. Zarówno ja, jak i Jolanda – odpuszczamy uganianie się za mężczyznami w jakiejkolwiek formie. To za nami warto się uganiać :p Była pani bez skrępowania desantująca panów (czasem się nacięła na odmowę), były dziewczyny prowadzące. Wszystko było 🙂

  

Jola:
Festiwal miał kilka niespodzianek miłych i przerażających. Dobrze, że after party zostało przeniesione znad urwiska pod sam kościół, bo co noc było więcej osób i wszyscy na cypelku by się nie zmieścili. Cudowną niespodzianką był koncert Federico Gonzaleza z Buenos Aires. Federico nie dość, że pięknie zaśpiewał na sobotniej after party, to jeszcze miał takie objęcie, że ech…?
Zresztą:
nie tylko on …???

  

Ania:

Tą przerażającą niespodzianką dla mnie był „Tango coaching”. Ja w takich hopsztosach z zasady nie uczestniczę. Jolanda lubi nowe doznania, więc wzięła i się zgłosiła. Już pierwszej nocy umówiła się na kołczowanie z takim jednym. Ja nie chciałam za żadne skarby, bo jako jednostka mało socjalna nie lubię cudaczenia z obcymi ludźmi i dobrze mi z tym. Nie chcę przełamywać żadnych barier, bo to moje barierki ochronne, znane i przeze mnie akceptowane. Nie wiem, ki czort mnie opętał, że zmieniłam zdanie. Na dzień przed zapytałam Yaniny (prowadzącej – cudowna, ciepła kobieta!) – z nadzieją na odmowę – czy mogę dołączyć. Myślałam, że nie będzie partnera… Niestety był. Ale po kolei. Założeniem tango coachingu było wyzwolenie w tangueros „prawdziwego tangowego ja”; żeby zacząć tańczyć, nie udając kogoś innego. No i fajowo. Tylko że ja nikogo nie udaję, więc nie mam czego wyzwalać. Jolanda wystawiła do wiatru tego, z którym się umówiła (zapracował na to), i kołczowała się całkiem przyjemnie z kimś innym. Ja dostałam z przydziału (oczywiście było więcej kobiet, więc męscy organizatorzy przyszli z odsieczą) sapiącego, gniotącego moją talię i plecy jak ciasto na pierogi takiego jednego, co to najpierw mnie zadziwił, wkurzył, potem rozśmieszył (sapaniem i gnieceniem), a w efekcie końcowym ubawił, bo w taki sposób wczuwał się w connection, że pękałam ze śmiechu. Przy całej sympatii do tangowej kołczini – nie chciałabym tego powtórzyć nigdy więcej. Moim zdaniem takie zajęcia są dobre dla tych, co by chcieli się trochę pomiętosić, ale nie znają się na tyle, by mieli śmiałość 🙂

  

Jola:
To był cudowny czas. Do zobaczenia za rok na jubileuszowym XXV Festival International de Tango Sitges ❤

Ania:

To znaczy, że jedziemy..? OK!

WRAŻENIA PODRÓŻNICZE – POZATANGOWE

  

Jola:

Sitges leży zaledwie 35 km od Barcelony i jest doskonale z nią skomunikowane. Autobus kursuje całą dobę (w dzień co 15 min., w nocy co półtorej godziny) i kosztuje 4 €. Niestety nie zdążłyśmy na ten o północy. Samolot miał 30 minut opóźnienia i zabrakło nam dosłownie 5 minut… Skutek: 1,5 godziny oczekiwania na następny ? Nie zepsuło nam to humoru absolutnie, bo liczy się doborowe towarzystwo ??? Na miejsce dotarłyśmy koło 3 w nocy.

Ania:

Wylatywałyśmy z Modlina. To chyba najgorsze lotnisko świata. Z kontrolą bezpieczeństwa wariują jeszcze bardziej niż na Okęciu. Jolanda musiała zrobić awanturkę, bo służbista przyczepił się do czegoś, na co na lotniskach całego świata nie zwracają uwagi. I wieczne opóźnienia… Czy jakikolwiek samolot wystartował punktualnie? To są niby drobiazgi – dla tych, którzy rzadko podróżują. Dla nas to zwyczajnie wkurzająca strata czasu. Mamy porównanie, jak funkcjonują inne lotniska na świecie. Nasze polskie muszą być oczywiście pasażerom nieprzyjazne, bo po co ma być sprawnie i miło, kiedy może być do dupy?

Jola:

Na szczęście zawsze jakoś dolatujemy. Z lotniska autobusem dojechałyśmy do centrum. Tam musiałyśmy znaleźć przystanek do Sitges. Połaziłyśmy w tę i z powrotem i na około, a po kilkunastu minutach zorientowałyśmy się, że miałyśmy przystanek pod nosem :D 😀

 

Ania:

Czekając na właściwy autobus na właściwym przystanku – uciełyśmy sobie pogawędkę ze zmęczoną balangowiczką narodowości brazylijskiej i zjadłyśmy resztki prowiantu z torby Jolandy, która miewa zaopatrzenie, bo zaczyna podróż znacznie wcześniej niż ja (dojeżdża z Olsztyna). Kiedy dojechałyśmy na miejsce, też trochę połaziłyśmy w te i wewte, bo mapa wujka gugla działa, jak chce. Czasem z opóźnieniem, czasem dziwnie się ustawia i idzie się nie w tę stronę… Kiedy namierzyłyśmy właściwy azymut i doczłapałyśmy prawie pod wejście, hurgot walizek ciągniętych po bruku zaalarmował naszego gospodarza, który przez domofon zaczął nawoływać Jolandę… Nie jest tajemnicą, że to ona robiła rezerwację. Jak zwykle zresztą. Jest dobra w te klocki i tyle. Jak ja raz zarezerwowałam Berlin, to się okazało, że w cholerę daleko i IV piętro bez windy…

Jola:

Nasze mieszkanie okazało się być bardzo przyjemne i wygodne: wyposażona kuchnia, czysta łazienka i nasza sypialnia z cudownym tarasem oraz wszechobecnym, bardzo przyjacielskim kotem Pimpim.
Mieszkałyśmy na jednej z głównych ulic, bardzo blisko plaży i w niewielkiej odległości od imprez festiwalowych. Mogłyśmy się wygodnie relaksować 🙂

   

Ania:

Dobra lokalizacja niestety zazwyczaj związana jest z hałasem. Poza Tel Avivem, gdzie w bocznej małej uliczce w nocy panował straszny hałas (samochody dostawcze, śmieciarki, marcujące w maju wolno żyjące koty… Cała relacja jest TU) – to było najgłośniejsze miejsce, w jakim nocowałyśmy. Od bladego świtu zasuwały ciężarówki, autobusy i chyba cały kataloński ciężki transport…

Jola:
Sitges to dla Hiszpanów takie ichnie Saint Tropez. Kurort, do którego przyjeżdża się zabawić i poleżec na plaży. To miejsce słynie również z niezwykłej tolerancji – jest hiszpańską stolicą gejów i podobno cieszy się największą popularnością w Europie. Jestem tolerancyjna i widok par o innej orientacji niż moja zupełnie mi nie przeszkadza. Knajpka z najlepszymi kalmarami była tuż obok, więc próbowałyśmy się wczuć…

 

Ania:

Lipiec to szczyt sezonu. Plaża pełna ludzi. Nie ma naszych nadbałtyckich parawanów, ale ręcznik leży przy ręczniku. A w weekend jest jeszcze ciaśniej. Pierwsze dwa dni chodziłyśmy na zwykłą plażę. Aż odkryłyśmy tę drugą – okazała się mniej tłoczna. Co ciekawe: na nią także przychodziły rodziny z dziećmi. Oczywiście widać było dziewczyny trzymające się za ręce i chłopaków dających sobie całusy, ale standardowe rodziny nie należały do rzadkości. Tyle tylko, że skoro na takiej plaży leżałyśmy z Jolandą obok siebie – nie mogłyśmy liczyć na awanse mężczyzn poza chłopakiem sprzedającym napoje. Ojjj… podobał się chłopakom, a my podobałyśmy się jemu 🙂 Ponieważ miejsce trochę zobowiązuje, nakazałam Jolandzie smarować moje plecki z większą niż zwykle czułością :p

   

Jola:
Sitges
to bardzo urokliwe miasteczko. Główną atrakcją turystyczną jest kościół świętego Bartłomieja z XVII wieku – dla Ani był to zamek ? Tu właśnie, na placu kościelnym, odbywały się nasze after party ?

Liczne bary zapraszają na całonocne imprezy. Knajpki ze wspaniałym jedzeniem to hiszpańska codzienność… Chociaż najlepsze kalmary jadłyśmy w Pic Nic przy samej plaży (z jakim widokiem!). Zamówiłyśmy po dwie porcje. Ich smak śni mi się do dziś ?

  

Ania:

Co ciekawe: życie mocno nocne i wczesnoporanne tętni tylko w weekend (w tygodniu jednak krócej to wszystko trwa i w czasie powrotu z afterek byłyśmy jednymi z nielicznych na ulicy), tak więc Sitges nie jest typową hiszpańską imprezownią. Myślałam, że w lipcu w Hiszpanii to… o matko i jeszcze więcej. A tu cisza, spokój… Jak na afterce za głośno zagrali, to przyjechała Policja… Normalnie miasteczko emerytów 😀 Co nie zmienia faktu, że kocham Hiszpanię. Po prostu.

  

     

 

SyMfonia Serc i tango – integracja

To TEN dzień! 17.09.2017!

Jak co roku SyMfonia Serc zagra na Krakowskim Przedmieściu – JUŻ PO RAZ DZIESIĄTY!!!
Uwaga: tym razem na Placu Zamkowym!
***


Tango jest z SyMfonią Serc niemal od początku.
W tym roku zatańczymy po raz ósmy!
SyMfonia Serc to akcja społeczna mająca na celu uwrażliwienie osoby zdrowe na potrzeby osób ze stwardnieniem rozsianym (SM) – nieuleczalną neurologiczną chorobą. Tango przyciąga widzów, dzięki temu łączymy przyjemne z pozytecznym: tańczymy dla przyjeności i kierujemy uwagę na temat SM.
***
W tym roku także! O godz. 14.20. zatańczy dla wszystkich para warszawskich nauczycieli – Beata Maia Gellert i Marek Matysiak. A tuż po pokazie rozpocznie się milonga na powietrzu (tango dj – niespodzianka!).Potangolimy do godz. 16.00. Przybywajcie tłumnie, jak co roku!
***
ALE TO NIE WSZYSTKO!!!
***
O godz. 13.50. wystąpi nasz tangowy niesamowity Magik Luk!!!
czyli warszawski tanguero Łukasz Wiśniewski – tym razem w innej roli 🙂 Swoje pokazy dedykuje różnym grupom wiekowym. Zabierajcie dzieci, teściową, sąsiada – i przybywajcie! To nie lada okazja zobaczyć sztukmistrza w akcji! Widzowie będą zaskoczeni i z pewnością ucieszy ich możliwość aktywnego wpływania na bieg pokazu. Magik Luk w swojej iluzji eksperymentuje z różnymi konwencjami – od magii mentalnej, przez comedy magic aż po zręcznościowe manipulacje. Może zdradzi chociaż jeden mały sekret..?
***
Całość tego rodzinnego pikniku (który zaczyna się o 11.00. i trwa do 16.00.) poprowadzę – jak co roku – ja, bestia Anna Kossak – autorka książki z tangiem w tle pt. „Pasja budzi się nocą” i tanguera od wielu lat związana emocjonalnie i wolontarystycznie z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego.
***
Więcej o akcji: www.symfoniaserc.pl   i www.ptsr.org.pl

Tango w Łazienkach Królewskich – lipiec 2017

Po raz trzeci.

A mój pierwszy – tangoliliśmy u króla. Emilka K. powiedziała, że to jej najważniejsza impreza w roku. Moja nie, ale niewątpliwie ma swój urok i NIE można nie docenić tego, że się odbywa w takim miejscu.

Pora wakacji niby nie sprzyja frekwencji, jednak było nas całkiem sporo. Jerzy Cz. na koniec powiedział, że mnie nie widział. Mimo mojej żarówiastej sukienki 🙂 Nie bardzo mu wierzyłam (a właściwie wcale), dopóki nie zobaczyłam na zdjęciach Jacka M. w czerwonym kapeluszu – a w naturze też go nie widziałam 🙂
Taniec Rodziców małej Natalii rozczulił wszystkich… Pozdrawiam serdecznie!

Nie będę pisać o przemówieniach, bo wiadomo, że muszą być. Imprezę organizuje Akademia Tanga Argentyńskiego, która jakiś czas temu przetasowała swoje szeregi, chcąc poczynić wrażenie świeżości. Dla imprezy w Łazienkach Królewskich nie miało to znaczenia, dla gości też, a reszta – to inny temat. Zagadką pozostaje wpuszczanie/nie wpuszczanie uczestników. Pani z bramki robiła to swoim kodem, dzięki Grażynie jakoś przeszłam selekcję…

Ważne, że wszystko było naprawdę super, pogoda dopisała, DJ Olga Zawada również.

Było tak,  jak w takich sytuacjach trzeba: czyli pogodnie, wesoło, tangowo.
A teraz zamieszczę hurtowo zdjęcia, które zrobiłam, i przy okazji odkryłam różne możliwości ich edycji. To moja swobodna fantazja w posługiwaniu się filtrami – reklamacji nie uwzględnia się, a oryginały skasowane. Ale!
To nie wszystkie. Reszta pojawi się niebawem w albumie na fejsie – jak nie zapomnę, wkleję link 🙂

Serdeczności – Ania (Bestiaaaa)





P.S. 1 – chłopak w kapeluszu na ostatnim zdjęciu tańczył sam ze sobą do naszej muzyki. Nikogo nie poturbował, był uważniejszy niż niejeden tanguero. Trochę szkoda, Anno S., że poszłaś tańczyć – bo tylko Ty mogłaś go wziąć w nasze objęcia…
P.S. 2 – Jajajaj… To byłoby niemożliwe w Buenos czy Hiszpanii… Dziewczyny same na trawie…

P.S. 3 – film… będzie. Może – jak wystarczy mi czasu 🙂

 

 

 

Malaga tiki taki…

Jola:
Do Malagi przybyłyśmy rzecz jasna z powodu tanga ? Zaprosił nas cudowny Tango Dj i organizator Milongero del Sol – Francisco Saura. Impreza organizowana jest dwa razy w roku, wiosną i jesienią. Cieszy się dużym powodzeniem. Nie ma o niej informacji w ogólnym obiegu, nie znajdziesz wydarzenia na Facebooku.

Ania:

Kiedy Jolanda zarządziła Hiszpanię, zgodziłam się bez wahania. Dopiero po jakimś czasie mnie uświadomiła, że to nie taki pierwszy lepszy maraton, tylko impreza dla wybranych i wcale nie tak łatwo się na nią załapać, zwłaszcza bez rejestracyjnego partnera (a my, jak wiadomo, głównie jeździmy we dwie). Pewnie dlatego oprócz nas była tylko jedna polska para – Ewa i Tadeusz z Łodzi. Polskim akcentem był też Dj Michał Kaczmarek z Poznania.
Jednak zanim rozpoczął się maraton, trafiłyśmy na miejscową milongę. Było dość tłoczno. Poznałyśmy tanguero, który po każdej przetańczonej tandzie dawał partnerce różę. Ale nie jakąkolwiek! Starannie dobierał, aby pasowała. Ja dostałam w kolorze moich oczu, Jolanda – pasującą kolorystycznie do bluzki.

Jola:

Maraton odbywał się w hotelu z dobrą restauracją i bardzo klimatycznym patio. Jedynym mankamentem było to, że hotel był położony dosyć daleko od centrum miasta i plaży. Jeśli ktoś nie mieszkał na miejscu, to w nocy pozostawała tylko taksówka.

Ania:

Położenie maratonowego hotelu zniechęcało nas do jakichkolwiek wypraw. Ponieważ byłyśmy w Maladze od kilku dni – bez żalu rezydowałyśmy na tarasie przynależącym do pokoju, który był na tyle duży, że spokojnie mogłyśmy utrwalać opaleniznę. Lubię, kiedy mieszka się na miejscu. Wtedy impreza ma inny klimat, łatwiej się integrować.

Integracji sprzyjały okrągłe ośmio czy dziesięcioosobowe stoły, przy których spotykaliśmy się na obfitych i smacznych kolacjach. Maraton trwał typowo od piątku do niedzieli. Nie było pre-milongi i afterparty, ale czasu wystarczyło, aby się wytańczyć. Zwłaszcza bez tangowych butów! Przyleciałyśmy prosto po milondze w Wenecji. Mogłam tu, na maratonie, kupić nawet moje ulubione Bandolery, ale po pierwsze miałam już kupione trzy nietangowe pary, po drugie – nie było w moich gabarytach takich, które rozpaliłyby we mnie żądzę posiadania. Salsowe i tu musiały dać radę.

Jola:
Formuła tego maratonu to t
ypowe encuentro milongero, ze ścisłym podziałem na strefę męską i żeńską. Dobrze rozstawione krzesełka dawały możliwość mirady i cabeceo. Sala była spora, z dobrym parkietem, klimatyzowana.

Ania:

Ale tego na początku nie zarejestrowałyśmy. W piątkowe popołudnie – bo wtedy się wszystko zaczęło – dostrzegłyśmy masakrycznie wysoką średnią wieku… Po dziesięciu minutach Jolanda stwierdziła, że jej się nie podoba i tańczyć nie będzie! A ja pomyślałam rozczarowana, że nastawiałam się na ogniste czarne diabły, a tu geriatria… którą mam u siebie… No dobrze, ale skoro już jesteśmy i przez trzy dni nie mamy innej opcji, zaordynowałam: tańczymy!

Jola:

I tu miłe, bardzo miłe zaskoczenie. Panowie tańczyli świetnie, byli szarmanccy i ładnie pachnieli! Z godziny na godzinę przybywało nowych uczestników i w efekcie średnia wieku mocno się obniżyła ?, a przyjemność z kolejnych tand była coraz większa. Każdy dzień przynosił nowe znajomości tangowe i towarzyskie. Kilka z nich pozostanie na długo w mojej pamięci. Cudowny czas i piękne miejsce idealne na wiosenną beztroskę ?

Ania:

Formuła maratonu powodowała, że nawet jak się trochę na parkiecie pobałaganiło, to bez ofiar, ponieważ nikt nie wierzgał. Nikt też nie uprawiał polki – galopki, dzięki czemu panów nie zalewały siódme poty i dłużej zachowywali świeżość. Co nie znaczy, że nic się nie działo! Ależ działo się!!! I wcale nie było tylko „dorosło”. Przypomniało mi się, że Serbowie są bardzo przystojni… 🙂
Szkoda, że kiedy nastąpił czas oficjalnych podziękowań i pożegnań, nasz polski dj gdzieś się zawieruszył.

To był mój pierwszy maraton w takiej formule. Złapałam bakcyla. Ja w ogóle lubię bardzo bliskie objęcie i dla mnie tango w otwartym to nie jest tango, tylko aerobik, więc
milonguero wpisuje się w moją przyjemność. Dla pań ważna jest strategia siadania, zwłaszcza pierwszego dnia i w sobotnie popołudnie. Nie ma mowy o wyrywaniu się na parkiet! Jeśli nie chce się nieporozumień, musi być zachowana kolejność: mirada, cabeceo, mężczyzna podchodzi, a kobieta CZEKA, utrzymując z nim kontakt wzrokowy. Zdarzyło się, że ruszyło do mnie dwóch panów. Zdarzyło się, że pan poszedł do pani za mną i gdybym się wyrwała, byłoby mi głupio.
Maratonowy bufet nie był nadmiernie obfity. Powiedziałabym, że jeden z uboższych, jakie do tej pory spotykałam. Woda, jakieś soki czy napoje, czasem ciastko i plasterek wędliny… I tyle. Ale atmosfera, miejsce i muzyka były świetne. Bardzo chętnie to powtórzę. U nas wiosną zimno, tam już czuć gorącą atmosferę lata.

SFERA POZATANGOWA – CZYLI PODRÓŻNICZO PO NASZEMU
Jola:

Wenecja wskoczyła nam ot tak, za to Malagę zaplanowałyśmy od dawna. Hiszpania to kraj, który kocham i on kocha mnie. Że przecież kocham Buenos? Owszem. Buenos Aires to miłość bezwarunkowa. Śródziemnomorska cześć Europy to takie letnie zatracenie ?
W Maladze byłyśmy w sumie osiem dni. Mieszkałyśmy we współdzielonym z właścicielami mieszkaniu, świetnie położonym, blisko plaży i Starego Miasta. Nasi gospodarze – cudowni, ciepli, otwarci i chętni do pomocy – dbali o nas jak o małe dziewczynki.

Ania:

Mieszkanie było bardzo wygodne i niebywale czyste. Dwie łazienki zapewniały bezkolizyjne korzystanie. Kawa, herbata, własnoręcznie upieczone przez gospodynię ciasto oraz ciepłe rozmowy pełne poczucia humoru sprawiały, że każdy dzień zaczynałyśmy bardzo przyjemnie. Droga na plażę obfitowała w bujną roślinność. W Polsce zimno, a tam cudownie ciepło… Bardzo lubię tak wkraczać w wiosnę.

Jola:
Każde południe zaczynałyśmy od plażowania. W pierwszych dniach kwietnia nie ma za wiele ludzi, mimo to można było nawiązać przyjaźnie ?

Ania:
W różnych miejscach na świecie się opalałam, ale to tu, w Maladze, po raz pierwszy w życiu złamałam swoją zasadę (że cycki pokazuję tylko wybrańcom) i zrobiłam to topless… A potem musiałam się chować, bo moja skóra jednak jest dość jasna i muszę uważać, żeby nie przesadzić.

Jola:

Po południu szłyśmy na Stare Miasto. Renesansowa katedra z ołtarzem zbudowana na miejscu dawnego meczetu, Alcazaba, Casillo de Gibralfaro, twierdza i zespół pałacowy – pozostałość po muzułmańskim emirze, Teatro Romano z I wieku p.n.e., Plaza de Toros de La Malagueta dla miłośników walk byków – nie ma tu dużo do zwiedzania i da się to ogarnąć w 3 dni.

Ania:

W naszych podróżach nie nastawiamy się na muzea i galerie. Wolimy chłonąć atmosferę miasta i ludzi. Ale być w Maladze i nie odwiedzić Muzeum Picassa – no nie… Nie wiedzieć czemu obowiązywał zakaz fotografowania. Boją się, że jak człowiek zobaczy zdjęcie, to nie przyjedzie, żeby zapłacić za wstęp? Czy mają obawy, że jednak to muzeum nie jest jakieś nadzwyczajne i wyjdzie to na zdjęciach? Odwiedziłyśmy też dom sławnego malarza. Również nic specjalnego. Ale – jak powiedziałam – pewne miejsca odwiedzić po prostu wypada, choćby raz w życiu. 


Jola:
Z
przykrością muszę stwierdzić, że muzeum wrażenia na mnie nie zrobiło. Zwłaszcza że ja akurat uwielbiam szwendanie się bez celu po uliczkach… Tu lody, tam pyszne kalmary, boquerones czy krewetki w sosie czosnkowym… I do tego wino… Koniecznie różana Cava! Jest pyszna! Czego chcieć więcej? No może jeszcze jakiś drobiażdżek miły dla każdej kobiety…


Ania:
To był bardzo hedonistyczny czas… Jedzenie, wino, słońce i południowe flirty… W tym momencie nasuwa mi się taka dygresja: jeśli ktoś mówi, że pieniądze nie są ważne, to znaczy, że nigdy ich nie miał. Bez odpowiedniej ich ilości można pojechać jedynie do Radomia, a jak to powiedziała kiedyś Pierwsza Dama polskiego filmu Beata Tyszkiewicz: „Bycie w Radomiu nie jest czymś specjalnie oryginalnym”… Tak więc zanurzyłyśmy się w przyjemnościach bez wyrzutów sumienia 🙂 I kiedy zostałyśmy zawiezione do najbardziej znanej knajpy specjalizującej się w owocach morza i rybach – folgowanie sobie ograniczała nam jedynie pojemność naszych żołądków 🙂

Ania:

Różana Cava to najlepsze wino musujące, jakie piłam. Wyprzedziło nawet moje ulubione różowe Prosecco 🙂 Bardzo mi się w Maladze podobało. To kameralne miasto z uroczymi kamieniczkami. Myślę, że w szczycie sezonu, kiedy przeżywa oblężenie, może tu być nie do wytrzymania. Ale na początki kwietnia jest bardzo przyjemnie: ciepło w dzień, rześko wieczorem. Bardzo chętnie odwiedzę Malagę za rok.

 

Oprócz doznań smakowych przeżyłam jeden szok duchowy. Byłyśmy w Maladze przed świętami wielkanocnymi. Jak to w południowym katolickim kraju – ruszyły przygotowania do procesji. Nigdy nie widziałam na żywca, jak to się odbywa. Nasze polskie smętne zawodzenie to pikuś. Tam to jest całe misterium. Najpierw trafiłyśmy na trening orkiestry. Mijając w parku kołyszących się kilkadziesiąt osób z różnymi instrumentami, poczułam się jak w filmie grozy… Ale prawdziwe przedstawienie nastąpiło kolejnej nocy. Procesja przechodziła obok miejscowej milongi. Pochodnie, ogromny krzyż, Jezus i Maria… i to wszystko niesione przez tłum miarowo kołyszący się do ponuro-transowej muzyki… Trudno mi sobie wyobrazić, jak taka procesja wygląda w Meksyku lub Brazylii… A jak to wyglądało? ZOBACZ

 




 


Milonga w Casino di Venezia – 1 kwietnia 2017

 

 

 

 

Jola:

Ten wyjazd był zupełnie przeze mnie nieplanowany. Byłam jeszcze w Buenos Aires, kiedy Ania napisała: „Jolando – jedziemy do Wenecji!”. Policzyłam: między jednym a drugim będę w domu – w którym nie byłam od dwóch miesięcy – tylko dziesięć dni… „I wystarczy!” – napisała Ania 😀
Tyle pięknych wspomnień z poprzedniego pobytu… Perspektywa tańczenia w wyjątkowym miejscu… OK! I stało się tak, że zaczęło to być jedno z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie wydarzeń.

 

 

 

 

 

 

 

Ania:

Milonga w Casino di Venezia odbywa się tylko raz w roku.  Gospodarzem i Tango Dj – em jest bardzo lubiany Roberto Rampini. Pomyślałam: milonga w pałacu i kasynie jednocześnie – toż to dla mnie raj! Uwielbiam pałace, lubię ruletkę (niestety rzadko grywam), Roberto na pewno zagra energetycznie…
Pierwszy zimny prysznic – a właściwie wiadro lodowatej wody – chlusnęło we mnie już na lotnisku: nie wzięłam tangowych butów… AAA!!!!! Ich brak na nogach tanguery podczas milongi to tak, jakby piłkarze rozgrywali mecz na bosaka albo w tenisówkach!

 

 

 

 

 

 

 

Przeczesałyśmy z Jolandą internety, Cristina – partnerka Roberto – jak mogła, starała się pomóc… Dziękuję Ci! Okazało się, że jest! Sklep z butami tanecznymi, w tym do tanga!!! Jedziemy! Niemal na drugi koniec Włoch… A konkretnie: do nowej części Wenecji, tej na stałym lądzie. Wyprawa: ponad godzinę w jedną stronę. Niestety: butów do tanga trzy pary i żadna dla mnie. Cóż zrobić, kupiłam do salsy. Nie był to komfort mojej ulubionej tangowej marki, ale lepszy rydz niż nic! A buty bardzo ładne.
Wyrychtowałyśmy się jak ta lala i w drogę!

 

 

 

 

 

 

 

Jola:

Wstęp na milongę nie był tani (40 € milonga + 20 € wejście do kasyna). Obowiązywały stroje wieczorowe. No ale przecież był to pałac i Casino di Venezia! Już samo wejście robiło wrażenie, a kiedy zobaczyłam właściwe wnętrza – stwierdziłam, że będzie to uczta dla ciała i ducha.

                                                                         

 

 

 

 

 

 

 

Na zdjęciu: Dorotka Wandrychowska, dzięki której dowiedziałyśmy się o tej milondze.

Przepiękna, spora (jednak nie za duża) sala balowa, świetny parkiet, który chciało się wypróbować… Lecz na to trzeba było zaczekać. Bal rozpoczęła najzwyczajniej na świecie wyżerka 🙂 Dużo pysznego jedzenia i bardzo dużo naszego ulubionego Prosecco, którego nie żałowano 🙂

   

Ania:

Po dotarciu na początku trochę się zmartwiłam. Wnętrza piękne, ale ludzi multum… Rozstawione krzesła były już w większości zajęte, nie było szans na dobrą miejscówkę… Perspektywa stania w butach