Tango to jest pewna gra…

Kasię i Mateusza lubię jako błyskotliwych ludzi i dowcipnych nauczycieli (ich krótkie bio – na końcu, a foty pochodzą z ich prywatnego archiwum). U nich stawiałam pierwsze kroki w uczeniu się milongi, pod ich czujnym okiem szlifowałam valsa. Zajęcia prowadzą w lekki, a jednocześnie konkretny sposób. Jako rozmówcy ujęli mnie swoją otwartością. Nagadaliśmy tyle, że zrób sobie herbatkę, usiądź wygodnie w fotelu i zarezerwuj dobre pół godziny.

(Bestia) Ania: U kogo się uczyliście?

Mateusz: Zaczęliśmy u Agnieszki Herbich i Tomka Potockiego. W maju, 15 lat temu (och! Ta rozmowa nieprzypadkowo odbyła się właśnie teraz! Na dodatek mija 10 lat od uruchomienia milongi Comme il Faut. Sto lat!!!).

Kasia: Teatr Nowy w klubie OFF. Była tam wewnętrzna sala, w której odbywały się tangowe zajęcia, a po nich milonga.

M.: Spodobało nam się, więc się zapisaliśmy. A potem mieliśmy małe osobiste perturbacje… I przez pół roku nie tańczyliśmy. Byliśmy w innych związkach… Ściśle mówiąc, ja już nie byłem, a Kasia jeszcze tak… Musimy tę opowieść okraszać szczegółami?

Wiadomości kundelkowe w rankingu ciekawych info są oczywiście na pierwszym miejscu.

M.: W telegraficznym skrócie: ówczesny Kasi narzeczony zaczął tańczyć, ona początkowo się do tego nie garnęła. I tak się jakoś porobiło, że pół roku później zmieniła zdanie i zaczęła chodzić na kurs, tyle że ze mną. A dalej było już tylko wielkie zamieszanie: krew, pot, łzy i rewolucje, rozstania, przeprowadzki… (Jestem kundelkowy gamoń. Nie zapytałam, kto to i czy cały czas jest w tangu…)

K.: I tak trafiliśmy do Pauliny i Janka.

Wtedy nie było takiego wyboru nauczycieli.

M.: Zajęcia państwa Woźniaków odbywały się na Ochocie, niedaleko mojego mieszkania. Oczywiście liczyła się nie tylko lokalizacja.

K.: Paulina jest matką polskiego tanga i wraz Jankiem byli dla nas jednymi z najważniejszych nauczycieli, ale zadecydowało też to, że Agnieszka wyjechała do Buenos Aires na stałe, więc siłą rzeczy musieliśmy sobie znaleźć innych.

M.: Pamiętam, jak zadzwoniłem do Pauliny i powiedziałem, że zaczęliśmy się uczyć i chcielibyśmy kontynuować. Była początkowo nieufna, jakby myślała, że przychodzimy na przeszpiegi…

K.: Janek wtedy był młodym tancerzem, uczył od niedawna. Zajęcia z nimi były odlotowe! W drodze powrotnej Mateusz odtwarzał w głowie to, co było na lekcji. Czasem nie tylko w głowie…

Skąd Wam w ogóle przyszło do głowy tango?

K.: Absolutnie przypadkiem. Przez naszą przyjaciółkę we wspomnianym klubie OFF, gdzie za kołnierz nie wylewaliśmy, a do toalety trzeba było przejść przez salę z tangiem. Ona wróciła rozanielona i powiedziała, że tam, w tej sali, dzieje się coś cudownego, i żebyśmy poszli zobaczyć. Ja jej na to: siedź tu!

M.: Żłop wódkę!

K.: Jednak poszła i nas też wyciągnęła.


Warsztaty z Homerem Ladasem, Budapeszt 2009.

Teraz to każdy albo nauczyciel, albo dj. A was to na uczenie tak nagle naszło?

K.: Na początku tango było moim hobby wśród wielu innych. Chodziłam na milongi, a w przerwie pomiędzy tandami czytałam książki. Mateusz się na mnie wściekał, że nie patrzę, co się wokół dzieje. Ale my wtedy byliśmy samowystarczalni w gronie trzech czy czterech zaprzyjaźnionych par… To znaczy: ja. Mateusz biegał na wszystkie możliwe milongi i warsztaty w ilości dla mnie zawrotnej, czyli na przykład miał trzy lekcje dziennie. Czyste wariactwo! Wszystko się zmieniło po naszej pierwszej podróży do Buenos Aires.

M.: Po czterech latach tańczenia.

K.: Tam wsiąkłam w klimat uczenia się, ćwiczenia, ogarniania swojego ciała. I już poszło. Wcześniej lubiłam tańczyć, ale w życiu nie pomyślałabym, że będziemy uczyć, że będzie to nasz zawód. Moja pani od Wf-u pewnie też by się nie spodziewała, bo moja aktywność sportowa w szkole koncentrowała się na załatwianiu sobie zwolnień.

Mateusz, co spowodowało, że latałeś na zajęcia jak do hurtowni?

M.: W życiu przymierzałem się do różnych aktywności ruchowo-sportowych, jak szermierka czy sztuki walki. Wszystko to szalenie mi się podobało, wkręcałem się, ale też jakoś mnie męczyło. Leniwy z natury jestem. Tango jako pierwsze wciągnęło mnie na tyle, że jak kończyła się lekcja, chciałem zostać na następnej. W ogóle nie czułem zmęczenia. A gdy na Kung Fu robiłem pompki wśród innych spoconych facetów, to jakoś tak stale zerkałem na zegarek, kiedy ta przednia zabawa się skończy. Poza tym stare tanga to ten typ muzyki, który zawsze lubiłem. Jako nastolatek słuchałem folku miejskiego, kawałków z lat dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych, w wykonaniach oryginalnych albo Grzesiuka czy innej Orkiestry z Chmielnej. Znałem Gardela…


Tangowy letni obóż w Sławie, 2010.

I przecież grasz na jakimś instrumencie?

M.: Walę trochę w pianino, ale to późniejsza historia. Jako licealista próbowałem się uczyć gry na akordeonie. Zresztą bez powodzenia. Wracając do tanga – taniec jakoś mi pasował, był też początkiem naszej historii miłosnej. Wszystko się zgrabnie układało.

K.: Ja przez całe życie raczej śpiewałam niż tańczyłam. Śpiewałam w chórach, bywałam solistką.

M.: Kasia się wścieka, jak uczennice chcą mi się podlizać i mówią, że ładnie śpiewam, gdy coś tam zanucę na zajęciach.

K.: Są pewne granice wazeliny. Lepiej, jak mówią Mateuszowi, że cudownie tańczy…

M.: Śpiewam lepiej od Godoya!

K.: To akurat średni komplement. A moja przygoda z tańcem w dzieciństwie wyglądała tak, że jestem lewostronna i jak dzieci miały się kręcić wszystkie w jedną stronę, a pani mówiła: „…kręć się za tą rączką, którą piszesz!”, to dzieci kręciły się w prawo, a ja w lewo… Siostra znalazła sposób i na prawej ręce wiązała mi czerwoną wstążeczkę. Początki jak widać były niełatwe, ale teraz myli mi się ciut rzadziej!

M.: Wracając do nauczania, przyszło to jakby samo z siebie. Nigdy tego nie planowaliśmy. Kasia była wtedy doktorantką, miała jakieś stypendium, raczej głodowe. Ja już nie pamiętam, czy jeszcze byłem na studiach doktoranckich, czy już zarzuciłem karierę akademicką… Pracowałem jako tłumacz, nie zarabiałem wielkich pieniędzy, a nagle się okazało, że trzeba co roku latać do Argentyny, wysupływać kasę na kolejne warsztaty, buty… W jednym roku przez kilka godzin dziennie, dwa bite miesiące tłumaczyłem jakiś durny serial, żebyśmy mogli pojechać do Buenos. A jak już rzekłem, za ciężką pracą nie przepadam, więc to było wyzwanie. Zaczęliśmy też prowadzić darmową praktykę w Equilibrium.

K.: Tam zaczynaliśmy jako nauczyciele.

Pierwsze warsztaty w Buenos (z Glorią i Eduardo Arquimbau), rok 2008

M.: Pojawiało się coraz więcej osób. Wiedziałem, że jeśli mamy uczyć, to musimy pojechać do Argentyny przynajmniej raz.

K.: Z tego raz zrobiło się pięć.

M.: Uważałem, że uczenie tanga bez uprzedniego odbycia takiej uświęcającej pielgrzymki do Mekki – jest nieuczciwe. To całkowicie arbitralne poczucie, ale wtedy tak to czułem. Po powrocie otworzyliśmy grupę. Nie wiem, z jakiego powodu, ale mieliśmy w niej niemal samych tancerzy mniej więcej na naszym poziomie.

K.: Z odrobinę tylko krótszym stażem.

Czyli kogo?

K.: Sporo osób się przewinęło. Część z nich to dziś gwiazdy rodzimego tanga. Nie będę wymieniać nazwisk, bo może sobie nie życzą, a ponadto boję się też kogoś pominąć. Jeśli będą chcieli to sami się przyznają, gdy ich z kolei będziesz maglować w kolejnych wywiadach („Po owocach ich poznacie”, a to soczyste jabłuszka – które niekoniecznie z nimi zaczynały, ale jednak przez ich zajęcia się przewinęły).

M.: Jako że kursanci nie tańczyli gorzej od nas, musieliśmy stanąć na uszach i dobrze przygotować zajęcia, żeby przynajmniej przez pierwsze piętnaście minut mieli chociaż minimalne problemy z wykonaniem pokazanych kroków czy sekwencji ładniej niż my. I to spowodowało, że sami zaczęliśmy ostro ćwiczyć. Potem była kolejna grupa, i kolejna… Najpierw jeszcze zajmowałem się także tłumaczeniami, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że już nie muszę i mogę w pełni poświęcić się tangu.

Ulotka  wspólnych warsztatów z Pauliną i Jankiem Woźniakami, 2012 rok.

K.: A ja prowadzę podwójne życie: za dnia naukowiec, w nocy tanguera (Uzmysłowiłam sobie, że ja prowadzę poczwórne!).

Chce ci się jeszcze być tym naukowcem?

K.: Pewnie! To jest zresztą moje pierwsze życie, w sensie chronologicznym. Nie potrafię ocenić, które jest ważniejsze. Jak dzień i noc. Pracuję w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk i zajmuję się historią literatury współczesnej. Nie mam dydaktyki, prowadzę badania naukowe.

M.: Nasze uczenie wydawało mi się takim małym przekrętem, jakby żywcem wyjętym z filmu Żądło… Byłem uznanym tłumaczem literackim i filmowym…

K.: Jesteś, Misiu…

M.: … ale moje dochody z tego poletka były cztery razy mniejsze przy dużo większym nakładzie pracy, niż tutaj, gdzie trochę pomacham nogą i się pomądrzę przed ludźmi, udając, że znam się na rzeczy 😃 Byłem tym zachwycony! Mogłem pół dnia leżeć do góry brzuchem. Gdybym chciał zostać, dajmy na to, koszykarzem, musiałbym od 10. roku życia zasuwać na treningach ileś tam godzin dziennie. A tutaj nagle hop i jestem nauczycielem tańca. Królik z kapelusza!

Trener nie musi być mistrzem.

K.: W tangu nie jesteś tylko trenerem, jesteś też tancerzem. Jesteś zawsze w grze, dajesz pokazy. Te dwie rzeczy są w zasadzie nierozdzielne, chociaż uważam, że są ludzie, którzy pięknie tańczą, a fatalnie uczą.

Jak nie znają metodologii nauczania, to nie mogą dobrze uczyć.

K.: I odwrotnie: bywa tak, że wcale niepięknie tańczą, a znakomicie uczą, są bardzo inspirujący i dają swoim uczniom bardzo dużo.

M.: Być może są też inne tańce, gdzie można zacząć karierę mając 30 lat, coś osiągnąć i znaleźć swoje miejsce. 6 lat temu zacząłem się uczyć grać na pianinie i nauce poświęcałem o wiele więcej czasu, niż kiedy zaczynałem się uczyć tanga. Ale Horowitzem nie zostałem i raczej już nie zostanę.

Fot.: Stanisław Kroszczyński „Los Desdichados”.

7 lat grałam i przestałam, bo im dalej w las, tym więcej drzew i pianino wymagało ode mnie czasu, który jako nastolatka wolałam spożytkować inaczej.

M.: Żeby coś osiągnąć, raczej nie można zacząć w wieku 30 lat.

Nie będzie się zawodowym muzykiem.

M.: A tangiem zająłem się tuż przed trzydziestką. W tym sensie uważałem to nasze nauczanie za jakiś przekręt i bardzo mi się to podobało, bo przekręty zawsze mnie fascynowały.

I pojechaliście do Buenos.

M.: Zaczęliśmy tam latać co rok. To były nasze jedyne „wakacje”, a za każdym razem przez półtora miesiąca ostro zasuwaliśmy.

K.: 4 lekcje dziennie, milongi w nocy, w ciągu dnia jeszcze treningi…

Zainwestowaliście w swój rozwój majątek.

K.: Absolutny majątek. Poza tym to był jedyny mój urlop, w ciągu roku nie miałam już ani jednego wolnego dnia. Zasuwaliśmy jak dzikie osły. W samolocie powrotnym, który leci kilkanaście godzin, leżałam na siedzeniu i myślałam: „Boże… wreszcie… nie ruszać się…”.

M.: Wracaliśmy do Warszawy i myśleliśmy: spokój jak na wsi… Jakie piękne czyste miasto…Jaka cisza…

Tak tam głośno?

M.: Bardzo. Nawet w samym środku ogrodu botanicznego szum samochodów dobiegał ze wszystkich stron.

K.: To jest miasto – przygoda. Każdy tam jedzie z jakimiś wyobrażeniami, oczekiwaniami… Inaczej się na nie reaguje, kiedy jest się pierwszy raz, a inaczej, jak jest się po raz piąty.

M.: Buenos bardzo nam się podobało za pierwszym i drugim razem.

K.: Teraz też nam się podoba.

M.: Mów za siebie! Za trzecim razem czułem się już tam jak w domu: to, co wcześniej wydawało mi się fascynujące i egzotyczne (hałas, góry śmieci, podejrzane insekty ganiające po ścianach restauracji itp.), straciło urok nowości i zaczęło mnie po prostu wkurzać (Insekty! Przez nie nie wiem, czy kiedykolwiek tam pojadę…).

Dżender dopadł ich w Buenos Aires, rok 2010.

K.: Fakt, gdyby nie było tam tanga, to nie wybrałabym tego miejsca na wakacje. Podróżuje się tam jak do domu tanga, żeby zobaczyć, jak się wszystko zmienia, jacy są nowi ludzie, jak wyglądają milongi… Wraca się, by zobaczyć starych znajomych… Samo miasto może fascynować. Wiem, jak było odbierane przez moje koleżanki, które tam szalały i były adorowane.

M.: Niestety, Kasia była tam ze mną, więc szaleć w oparach latynoskiej adoracji tak za bardzo nie mogła. Chyba że sama wychodziła z domu…

K.: Argentynki i Argentyńczycy mają siódmy zmysł, doskonale wszystko wyczuwają. Rejestrują, kto z kim przyszedł, kto z kim jest, kto z kim wyszedł. Czasem siadaliśmy osobno…

M.: … a nawet przychodziliśmy osobno…

K.: … a i tak zdarzało się, że po trzecim tangu padało pytanie: „To jest twój mąż?” 😃

M.: Oni naprawdę wszystko widzą. Dlatego jestem dość sceptyczny, jeśli chodzi o przenoszenie na nasz grunt całej tej tradycji cabeceo.

K.: Ze wszystkimi ich zwyczajami.

Ja uwielbiam. Trzy lata mi zajęło nabycie umiejętności korzystania z tego genialnego tangowego narzędzia. Kobieta może decydować, z kim chce tańczyć, a nie biernie czekać na desantowca.

M.: Ja nie krytykuję tego zwyczaju, ale czasem wydaje mi się sztucznie i trochę na siłę przeszczepiany na nasz grunt. Tam jest to coś więcej, niż tylko proszenie wzrokiem. Cała infrastruktura jest dostosowana – strefy z podziałem na płeć i z sektorem dla par. W miejscach, w których tego nie ma, cabeceo nie działa za dobrze nawet w Buenos.

K.: W El Beso po jednej stronie siedzą panie, naprzeciwko panowie – i strzelasz, jak pluton egzekucyjny.

Kiedy byliście tam ostatni raz?

M.: Dawno.

K.: Zrobiliśmy sobie parę lat przerwy. Mnie kusi, żeby wrócić, Mateusz jest bardziej wstrzemięźliwy.

M.: Nie pałam nadmierną miłością do Buenos. Jak już je poznałem, jeździłem tylko w celach treningowych. Tutaj, w Europie, znaleźliśmy inne możliwości. Dużo tańsze. I turystycznie też atrakcyjniejsze moim zdaniem.

K.: Można sięumówić z argentyńskim nauczycielem, który mieszka w Europie – a jest ich tu cała masa, i to z pierwszej ligi – przyjechać na parę dni i codziennie czesać z nim lekcje.

Nie chwalicie się tym powszechnie.

K.: To jest nasza prywatna sprawa.

Niezupełnie. Uważam, że fajnie wiedzieć, gdzie, u kogo i jak często nauczyciele sami się dokształcają.

M.: Aż tak często tego nie robiliśmy. Prawdę mówiąc, pamiętam jeden taki miły wyjazd do pana Carlitosa. Mówię o lekcjach prywatnych. Kiedyś w ogóle było nam trudno się zmobilizować, żeby ćwiczyć, a jak już, to strasznie się przy tym kłóciliśmy.

K.: „…gdzie ta noga?!”, „…jak poprowadziłeś?!”… Takie klasyczne rozmowy, powtarzalne jak samo tango.

M.: Na lekcjach grupowych w Buenos aż tak się nie kłóciliśmy, bo nie wypada publicznie wyzywać się od najgorszych. Chociaż i tak by nie zrozumieli.

K.: „Kretynie” rozumieją bardzo dobrze.

M.: Mieliśmy po sześć, osiem godzin tanga dziennie. Taka intensywność bardzo dużo daje. Jak w każdym sporcie. Teraz zresztą potrafimy już ćwiczyć sami, bez przyzwoitek, jakoś się nie zabijamy, choć i tak, mimo że w domu mamy duży pokój dostosowany do lekcji i ćwiczeń, wolimy wynajmować sale na mieście.

K.: Ćwiczenia to kluczowa sprawa. Ludzie, którzy nie są jakoś super utalentowani, ale mają zapał do ćwiczeń nad ciałem i niezłomną wolę, mogą być dobrymi tancerzami. Może nie wybitnymi, ale dobrymi na pewno.

M.: Coś, co zmusza do ćwiczeń, to pokazy. Szkoda, że w Warszawie nie wytworzyła się taka tradycja, że na milongach są one czymś więcej niż wyjątkiem. Staramy się organizować pokazy w Comme il Faut. Nie tylko dlatego, że jest to atrakcyjne dla ludzi, ale także jest to mobilizujące dla par, które chcą się pokazać. Niektóre zmuszamy do tego postępem i szantażem 😃 My początkowo mieliśmy propozycje pokazów głównie w sezonie letnim, więc najintensywniej ćwiczyliśmy w czerwcu. Kilka lat temu to się zmieniło. Zaczęliśmy współpracować z tangowymi orkiestrami, które grają przez cały rok.

K.: I systematycznie trenować.

M.: Udało nam się wejść w rutynę i uznaliśmy, że nie musimy jeździć do Buenos Aires. W tym roku jeździmy do Fabiana Peralty i Josefiny Bermudez do Łodzi. Blisko, więc to jest super wygodne. Bardzo nam się podoba, co i jak robią. Wybitni tancerze i nauczyciele!

K.: Co roku mówię, że może w przyszłym jednak pojedziemy do Buenos, ale Mateusz studzi mój zapał. Nie naciskam specjalnie – bo gdyby tak było, to z pewnością byśmy pojechali.

Myślicie, że warto, aby pasjonat tanga tam pojechał?

K. + M.: Jasne! Koniecznie! Przynajmniej raz.

K.: Tydzień to za krótko, żeby zobaczyć różne milongi. A one są naprawdę różne: poziomy, ludzie, obyczaje. Są milongi bardziej formalne, ze wszystkimi kodami, a są takie, które są luźne i właściwie powinno się je nazywać praktykami – tak zresztą jest – a w każdym razie było – w La Virucie.

Podobno z turystkami niezbyt chętnie tańczą.

K.: To jest bardzo różnie. Zależy, gdzie i z kim.

Podobno Argentynki też z turystami nie chcą.

K.: Argentynka Argentynce nierówna. Turysta turyście też.

M.: Kiedy tam pojechaliśmy, tańczyłem tak jak teraz nasi uczniowie po roku czy dwóch. Od razu po przylocie poszliśmy na milongę Gricel. Nie miałem problemu z proszeniem do tańca. Powiało jednak grozą, pierwsza Argentynka, z którą tańczyłem, zapytała mnie znienacka, czy wiem, co to za orkiestra… Na szczęście zgadłem, że podrygiwaliśmy do Canaro. To ją jakoś ukontentowało, i dalej było już tylko lepiej. U nas ktoś pojedzie na większy festiwal czy maraton i też może mówić, że proszą albo nie proszą.

K.: Wszystko zależy od tego, na co kto się w boskim Buenos nastawia. Jeśli na taniec z Chicho i Javierem Rodriguezem, może być ociupinkę rozczarowany.

M.: Są dziewczyny, które regularnie przyjeżdżają do Warszawy i uważają, że jest super, a są takie, które mówią, że tu same snoby i nie proszą.

K.: Tak jest wszędzie, nawet w tych miastach, które mają się za bardzo otwarte. Czasem wynika to z prostego rachunku i dysproporcji. Jak jest dwa do jednego, to trudno, żeby wszystkie panie się wytańczyły. Czasem się zdarzają milongi, na których panów jest więcej i wtedy panie są zadowolone.

Też nie wszystkie. Jeśli są panie, ale nie te, z którymi panowie lubią, to idą do bufetu, a one i tak siedzą.

K.: Jedną z rzeczy, których nauczyłam się na tangu, jest zasada: nic na siłę. Jasne, jak się jest początkującą i przez całą milongę nie zatańczy się ani razu, to nie jest przyjemne doświadczenie, ale to nie jest powód do podpalenia całego świata i efektownego samobójstwa. Jak ktoś nie chce, to nie.

M.: W internecie krążą opinie, że w Polsce to dziewczyny mają wyższy poziom i bardziej się uczą. Moim zdaniem tak nie jest. Są oczywiście takie, które chodzą na technikę czy lekcje prywatne…

K.: …a przede wszystkim same nad sobą pracują…

Te zapewne nie mają pretensji.

M.: Nie mają, bo zazwyczaj nie schodzą z parkietu. Ale jest dużo takich, co chodzą na lekcje grupowe raz w tygodniu…

…do podejrzanych samozwańczych pseudonauczycieli…

M.: …często to wcale nie jest wina nauczycieli, tylko one na tych lekcjach nic nie robią!

K.: Panuje opinia, że lekcje są dla facetów. Co za bzdura! Oczywiście nie wiem, jak uczą inni nauczyciele, ale u nas jest tak, że trzeba się zdrowo narobić, jak się jest dziewczyną! To jest bardzo ważna kwestia: aktywność pań na zajęciach, a przede wszystkim w tańcu. Muszą same ćwiczyć, zbudować sobie świadomość ciała… W trakcie ćwiczeń nie mogą spać! I przez półtorej godziny robić wszystko tak samo źle! Muszą skupić się na sobie i swoim tańcu…

M.: … żeby przy każdym kolejnym powtórzeniu danej sekwencji wykonywać ją ładniej, dynamiczniej, z większą świadomością…

K.: Bez gadania w typie: Mateusz mnie poprowadził i wyszło, znaczy – umiem i do widzenia!

M.: Oduczanie dziewczyn bierności – oto zadanie! W jednym roku toczyliśmy o to naprawdę zajadłe boje w naszej grupie zaawansowanej, wreszcie coś drgnęło. Może wieczorami panie są zmęczone …

K.: A panowie nie są?

Guardia vieja

Nie bardzo wiem, o czym mówicie. Dla mnie proces uczenia się kiedyś nie był przyjemny, ale jak chciałabym pogadać po chińsku, musiałabym się go nauczyć. Więc jak idę na warsztaty, to zawracam wam głowę. Sama pytam, partnera do was wysyłam, bo chcę jak najwięcej z tych zajęć skorzystać. Więc nie rozumiem: po cholerę iść i być bierną?

M.: Pewnie to wynika z początków, kiedy dziewczyny się uczą, żeby podążać. Stanie w krzyżyk wtedy, kiedy partner ją w nim postawi. Trudno jest przestawić się z poziomu średnio zaawansowanego na zaawansowany, gdzie trzeba przestać podążać, a zacząć tańczyć. Tymczasem większość tak zwanych dobrych partnerek wprawdzie świetnie podąża, ale nie tańczy. Te tańczące, które mają własną energię, a nie tylko czerpią energię partnera, można policzyć na palcach jednej ręki.

K.: Trzeba być połową pary, a nie wlec się za kimś jak wór siana!

Teraz rozumiem. Pamiętam z naszej prywatnej lekcji, jak mi powiedziałeś: „Wiesz… tutaj na przykład możesz sobie do muzyki puknąć stopą w podłogę…”. Był to jasny sygnał, że nie chodzi oto, żebym tylko poprawnie lazła.

K.: Ozdobniki to tylko jeden z przykładów. Częstym problemem na poziomie średnio zaawansowanym są na przykład obroty, bo panie są przyzwyczajone do przestawiania i „nie idą”, nie trzymają swojego toru, wpadają na partnerów. Dziewczyny nie traktują swojej roli jako własnego zadania.

M.: Są tanguery średnio zaawansowane, z którymi można fajnie zatańczyć pod warunkiem, że wszystko jest w bliższym objęciu. Ale nie potrafią zrobić serii ocho do tyłu, same, bez podpórki (O Mamma Mia… A ja potrafię?! Poleciałam przed lustro. Ufff… Ale pamiętam, że całkiem niedawno na zajęciach z techniki jeszcze nie umiałam…).

K.: Po wielu latach tańczenia! Nie mówimy tu o dziewczynach tańczących trzy miesiące czy pół roku.

M.: To jest zdumiewające, ale często tak jest. Na początku dziewczyny mogą się dosyć szybko nauczyć, żeby z dobrym partnerem przyzwoicie zatańczyć. Partner, zanim ogarnie, gdzie ma którą nogę…

K.: … I powiedzmy sobie szczerze, w tym momencie dla niego nie stanowi wielkiej różnicy, z jaką partnerką tańczy, bo i tak nic z siebie więcej nie wykrzesze, nawet z Roxaną Suarez.

M.: Dziewczyny, którym od początku wydaje się, że się uczą fajnie i szybko – zostaną w tangu. U panów jest większa selekcja. Pierwszy rok stresują się, że nic im nie wychodzi.

Przystojniacy mają łatwiej. Nawet jak jest łamaga, ale wygląda i ładnie pachnie, wiele pań chętnie go weźmie pod swoje skrzydła.

K.: W drugą stronę też to działa. Uroda, urok osobisty mają znaczenie. Zołzowate mają trudniej (pokazuje na siebie 😃 ).

M.: W światku tangowym zostają mężczyźni odporni psychicznie, mega utalentowani albo szalenie zawzięci.

K.: Głównym problemem w tangu u kobiet jest bierność, a u mężczyzn krucha psychika.

M.: Mnie nauka właściwie przychodziła dosyć łatwo.

K.: Oprócz tego jesteś piekielnie przystojny…

M.: Dziękuję. Ale… (spuścił oczęta niczym niewinne pacholątko… ).

Ale no co? Prawda w oczy kole… 😃

M.: … ale wielu Argentyńczyków zawzięło się i chociaż nie są specjalnie przez naturę wyposażeni w urodę, osiągnęli sukces.

K.: Pierwszoligowe gwiazdy często nie wyglądają jak Rudolf Valentino.

M.: Ale są bogami. Ja na początku też się zawziąłem. O ile u Agnieszki i Tomka poznawaliśmy proste figury, to u Pauliny i Janka doszły sekwencje. Obroty z sacadami, enrosques… Janek nie był cały czas przodem, tylko wirował. Początkowo ciężko mi było ogarnąć te sekwencje. Gdzie lewa noga, gdzie prawa? Wtedy nie było powszechnie kamer, więc po powrocie do domu wszystko skrzętnie notowałem. Wymyśliłem specjalny, skrótowy system zapisu, byłem z niego bardzo dumny, chociaż po dwóch tygodniach już nic z tych swoich zapisków nie rozumiałem. Ale sam proces notowania pomagał zapamiętać materiał. Nocą, przed zaśnięciem, wizualizowałem sobie te figury. Dzięki temu jak szedłem na zajęcia, to wiedziałem, co Janek robi. I po pewnym czasie zacząłem go denerwować .

K.: Przede wszystkim denerwowałeś mnie. Mateusz potrafił Jankowi powiedzieć: „To robiliśmy pół roku temu, tylko wyjście było inne”.

M.: Na szczęście ja nie trafiłem na takiego ucznia.

K.: Karma jednak nie wraca 😃


Muzykalność to jeden z filarów tańca…

M.: Rekapitulując: jak facet widzi swoją słabszą stronę, zaweźmie się i postanowi nad tym popracować, to odniesie sukces. Albo przynajmniej polegnie z honorem.

K.: Chodzi też o to, żeby przeszłość zostawiać z tyłu, nawet jak ona była cztery sekundy temu. Zrobisz błąd – nie załamuj się, to nie koniec świata, to już przeszłość, już jesteś gdzie indziej, zawsze w teraźniejszości. Masz skopać cała tandę, bo w drugim utworze zachwiałaś się w ocho?

M.: Niestety jest tak, że większość chodzi na zajęcia, czasem na milongi, ale nie ćwiczy. Idzie na lekcję tydzień później i mówi: „Nic nie pamiętam”. Nie da się w taki sposób nauczyć gry na skrzypcach czy języka. Po dwóch razach nauczyciel straci cierpliwość i wywali takiego ucznia na pysk.

W tangu taka postawa to norma.

M.: Otóż to! Dla mnie to niepojęte! A w dodatku tango to przecież nie balet czy gra na wiolonczeli. Jeśli ktoś poświęci kilka minut co drugi dzień, żeby ćwiczyć, to szybko będzie w te klocki najlepszy, przynajmniej na swojej dzielni.


…choć samą muzykę każdy interpretuje inaczej. Fot.: Janusz Tepper

K.: Nie o to chodzi, by rzeźbić godzinę dziennie. Nikt – na początku – nie ma tyle czasu i wytrzymałości. Wystarczy znaleźć chociaż dwie minuty! Nauczyciel nie jest cudotwórcą, który przez lejek coś tam do łba i ciała wleje. Naprawdę pewną robotę musi wykonać każdy sam, inaczej się nie da!

M.: Po paru miesiącach poszliśmy na warsztaty z Argentyńczykiem, który zaczął chodzić z jednego końca sali na drugi.

K.: Trochę manierycznie.

M.: Specyficznie. Ja takiej caminaty na milongach nigdy później nie stosowałem, może przez chwilę na jakimś pokazie… Ale rewelacją było dla mnie to, że to nie było zwykłe człapanie! Jak zaczynaliśmy, wszyscy tak trochę smętnie dreptali. Nawet nauczyciele. Wtedy zaś pierwszy raz poczułem, że można zrobić coś fajnego z ciałem. I się zaczęło. Po herbatę do kuchni chodziłem tym dziwnym „krokiem tangowym” z maksymalnymi dysocjacjami, projekcją … Nie poświęcałem na to – niestety – długich godzin dziennie, ale po parę minut – owszem.

K.: Pewien rodzaj zafascynowania czymś też jest ważny. Pamiętam, jak będąc w Argentynie na milondze widziałam, jak dziewczyny robią rulo. Myślałam wtedy: „Dobra matko Ewolucjo, jak ja się tego nauczę, to będę szczęśliwa do końca moich dni i od rana do nocy będę sobie kręcić takie rulo do przodu i wspak i o nic więcej w życiu nie poproszę”.

M.: Nauczyłaś się, a potem stwierdziłaś, że to dobre dla tipsiar. Ja jako domorosły pianista uczę się utworów, które mnie fascynują. Przeważnie, gdy już mi się uda je jako tako opanować, stwierdzam, że to są jakieś gówniane kawałki.


Domowa milonga. Nikt nie tańczył 😃 Rok 2007.

Lubicie uczyć?

K.: Uwielbiam lekcje grupowe. Czuję się po nich uskrzydlona. Kocham tych ludzi… Oczywiście czasami na nich wrzeszczę.

Ty?! W życiu nie słyszałam.

M.: Kasia nie wrzeszczy, tylko jest nader poważna. Aż strach człowieka ogarnia 😃

K.: Czasami się spinam, bo mi zależy i piłuję do upadłego.

Jak raz przyprowadziłam na warsztat tragedię, to widziałam, że nie tylko mi gul skakał, wam też.

K.: Czasem skacze. Zdarzają się nam oczywiście uczniowie szalenie zdolni, dziś tancerze z pierwszej warszawskiej półki. Patrząc na nich, serce rośnie. Łukasz Wiśniewski, Adam Skrecz, Massoud Najafi, Justyna Grzegorczyk, Bartek Bąk, Igor Chmielnik – żeby wymienić tylko tych, którzy pomagali nam w ostatnich latach w charakterze asystentów na zajęciach, a później sami zaczęli uczyć czy dawać pokazy. Bartek wyjechał do Dubaju, niedawno dawał tam z Anią pokaz, bardzo ładny! Nauczyciel w Polsce musi zdać sobie sprawę z tego, że kij i marchewka może są skutecznym narzędziem, ale on nie kształci mistrzów świata, co oczywiście też jest cudowne, ale w większości uczy ludzi, którzy będą tańczyć na milongach dla przyjemności. I po to ich uczy – dla ich przyjemności. Czyli nie może wdrożyć drylu polegającego na poganianiu. Chyba że w pewnych granicach, żeby ich zmobilizować.

M.: Może nie na początku.

Z drugiej strony, jak ktoś jest wiecznie chwalony – tylko po to, by przychodził – to nie ma szans na poprawę.

K.: Trzeba umieć pochwalić za to, że robi postęp, że zaczęło wychodzić coś, co do tej pory nie wychodziło. Chwalenia nie ograniczamy tylko do tych, którym coś świetnie wychodzi, a po całej reszcie jedziemy. To nie działa. Ludzie się zniechęcą i nic z tego nie będzie. Zresztą dziewczyna, która nie lubi swojego ciała, swojego ruchu, nie będzie tańczyła dobrze. Może być z czegoś niezadowolona, dążyć do zmiany, do poprawy. Nieśmiałe przekonanie, że jest się królową balu, tancerce bardzo służy. Nauczyciel nie może wyobcować człowieka z jego własnego ruchu i ciała.

M.: Uważam, że jak się uczy kogoś, dużo daje, jak się samemu czegoś uczy. Dużo mi dała nauka gry na pianinie, która, w odróżnieniu od tanga, ma solidne fundamenty dydaktyczne, bo metody są wypracowane od kilkuset lat. Przeczytałem mnóstwo takiej pedagogicznej literatury pianistycznej – różnych Neuhausów, Lhévinne’ów, Foldesów, Sandorów – i to ona pomogła mi odpowiedzieć na pytanie: jak ćwiczyć tango. Sporo sztuczek zaczęliśmy stosować na naszych lekcjach. Opowiem też pewną historyjkę, dla mnie osobiście bardzo budującą. Dostałem się po znajomości do profesora akademickiego, który nie zajmuje się takimi głąbami jak ja, tylko przygotowuje zaawansowanych muzyków po Akademii Muzycznej do konkursów. I było tak, że ja coś tam nędznie brzdękałem, a on mnie chwalił pod niebiosa, że pięknie, panie Mateuszu. Wychodziłem od niego sfrustrowany, bo miałem wrażenie, że po prostu nie traktuje mnie serio. Pewnego dnia w czasie lekcji zaciąłem się na jakimś fragmencie. Profesor początkowo cierpliwie tłumaczył mi, jak należy te takty zagrać… I im bardziej mi tłumaczył, tym mniej mi wychodziło… W pewnym momencie zobaczyłem, że twarz ma czerwoną, syczy coś przez zaciśnięte zęby i z trudem powstrzymuje się przed walnięciem mnie w łeb partyturą… Wtedy, po tej lekcji… wyszedłem w skowronkach! Wkurzył się na mnie, znaczy: zależy mu! Chce mnie czegoś nauczyć, inaczej by się tak nie irytował. To był dla mnie przełom. Wcześniej negatywne emocje usiłowałem tłumić i jak coś komuś nie wychodziło, starałem się spokojnie i grzecznie tłumaczyć.

K.: Ja już czasem miałam go dość. Stał i piłował delikwenta. Mówiłam: „Odpuść, daj mu spokój”…

M.: A ja się upierałem, że go nauczę. Nie mogłem mu powiedzieć: „Co ty, facecie, wyprawiasz!”. Wtedy nie mogłem, a po tej lekcji z moim profesorem uznałem, że nie powinienem tłumić emocji. Lepiej dać im upust, zanim się na dobre pojawią.

Po pysku dajesz?

K.: Jeszcze nie. Ale groźnie łypie.

M.: Teraz mogę powiedzieć: „Co ty, chłopie, wyprawiasz!”. A jak wyjdzie – podejść i przybić piątkę. To jest uczciwe. On też wie, że nie ściemniam, że nie chwalę, jak jest źle.Jak zaczynaliśmy uczyć, to wielu naszych uczniów było od nas starszych.

K.: Trudno ganić osoby starsze od ciebie o 30 lat.

Ze starszymi to w ogóle jest inaczej, bo ograniczenia ciała i sprawności…

K.: Teraz to olewamy.

M.: I op…my wszystkich równo 😃

K.: Niezależnie od stażu, wieku i pozycji naukowej!

M.: Oczywiście wszystko mniej lub bardziej na wesoło. Zaprzyjaźniamy się.


Szybcy i Wściekli, czyli jeden z ich pierwszych pokazów, grudzień 2007, Festiwal Kultur.

K.: Czuję się bardzo zadomowiona w środowisku tangowym. Z niektórymi widzimy się trzy, cztery razy w tygodniu. Częściej, niż z jakąkolwiek rodziną. Lubię z ludźmi gadać na milongach, mam tu psiapsióły, ulubionych tancerzy, kolegów, dalekich sympatycznych znajomych, ukochanych uczniów, z którymi spotykamy się też czasami na gruncie towarzyskim.

M.: Te osoby, których na tangu nie lubimy, nie przychodzą na nasze milongi.

Tak jest w tangu i nie tylko. Przychodzi ten, co cię lubi. Do mnie też nie przychodzą ci, co nie lubią mnie.

M.: Niestety nie zawsze przychodzą też ci, co ich lubimy.

K.: Źli, źli! 😃

Niektórzy narzekają, że relacje tangowe są płytkie.

K.: To są, za przeproszeniem, pierdoły. Potrzebujemy różnych rodzajów kontaktów, głębszych i płytszych, a przede wszystkim życzliwości, która jest takim ogólnym sposobem bycia. Na litość boską, ktoś naprawdę chce się głęboko przyjaźnić z tym tysiącem osób, który bywa na milongach?! Wszyscy muszą go kochać? Nie wystarczy, że są życzliwi? To my sobie wybieramy relacje.

M.: Żeby te kontakty były mniej powierzchowne, trzeba by więcej na tangu pić, ale to nie służyłoby równowadze. Przecież nie przychodzimy, żeby sobie życie układać czy obnażać przed kimś duszę, jak w rosyjskich powieściach.

Z tym bywa różnie, jak to w życiu.

K.: Nie potrzebuję odsłaniać bebechów przed setką osób.

M.: Wolę polskie relacje, czyli wymianę niezobowiązujących dowcipasów, niż coś, co jest powszechne na przykład w międzynarodowym środowisku tangowym w Buenos Aires. Jakby było się żywcem przeniesionym do San Francisco z lat 60: miłość, pokój, „O boże, jak cudownie cię spotkać! Ile to już się nie widzieliśmy? Dwa dni?”.

Są takie typy, które się zachowują, jakby wszyscy rzeczywiście byli ich największymi przyjaciółmi ever.

M.: Tam jest to bardzo powszechne, a dla mnie jest to sztuczne.

K.: „Gdzie z tym ryjem…” 😃 Ja wsiąkam w pewne klimaty, chociaż dla nas to było dziwne, że obcy ludzie witają cię tak wylewnie, jakbyś była ich osobistą narzeczoną, a po dwóch minutach okazuje się, że nie mają z tobą o czym rozmawiać.

M.: Wszyscy udają, że są w krainie wiecznej szczęśliwości, że wszystko jest cudowne, a jak podrążyć, to okazuje się, że jednak nie. Mieliśmy taką przygodę z koleżanką Japonką: pytam, jak jej się tu podoba – a mieszkała w Buenos już z pół roku. Powiedziała, że wszystko jest wspaniałe, a kuchnia fantastyczna.

K.: Ja jej na to, że jaka fantastyczna?! Nie jesz mięsa, nie jesz wcale! Oprócz mięsa są trzy rzeczy na krzyż!

M.: I że słodycze są niedobre… A jej oczy coraz mniej przypominały migdały, a coraz bardziej orzechy włoskie …

K.: Aż w końcu zawołała: „Tak! Czekolada smakuje jak kupa! Herbata jak szczyny! Z całą walizką produktów przyjeżdżam, bo tu nic nie można kupić i nic zjeść!”. Jak ten cały jad z niej się wylał, to byliśmy przerażeni, bo przecież my tak tylko sobie gadaliśmy, pół żartem-pół serio.

M.: Dwie minuty wcześniej była jak na prozaku.

K.: Tak długo to powstrzymywała, że jak puściły wewnętrzne hamulce, to wrzeszczała przez kwadrans. Japonka, która strzyka złością! Takie rzeczy tyko w Baires!

To jest pewnego rodzaju poza. Nie wiem, czy nie lepsza od marudzenia… Sama znam takich ludzi, którzy tak się zachowują. Tak mają. Traktują wszystkich jak najlepszych przyjaciół i naprawdę są wszystkim życzliwi. Ale takich osób jest kilka, a nie że wszyscy… Żeby pięćset osób czuło, że tangowa rodzina…

K.: To nie jest naturalne. Możemy się traktować z dużą życzliwością i sympatią, ale nie musimy być od razu najlepszymi przyjaciółmi.

Kiedyś ktoś komuś na fejsie napisał: „Wracaj! Brakuje nam ciebie!”. A ta osoba odpisała: „Przez trzy miesiące nie zapytaliście, co u mnie, to jakie brakuje..?”.

K.: Czasem brakuje. Jak ktoś dobrze rokował i znika, to też piszę i pytam, co się stało? Niech wróci! Niekoniecznie do mnie, tylko na tango. Nie chodzi o moje milongi, moje zajęcia, moją kasę.

Mnie brakuje Kamila, z którym chodziłam do was na zajęcia. Fajny chłopak, lubiłam się z nim uczyć i tańczyć. Niestety wyjechał za granicę i całkowicie zniknął.

M.: Jak mam napisać do naszych uczniów, pytając, czemu się przestali pojawiać – to mnie to krępuje.

K.: Mateusz boi się, że adresaci mogliby pomyśleć, że piszemy do nich, bo chcemy od nich wyciągnąć więcej mamony. A to naprawdę nie o to chodzi. Czasem brakuje ci ludzi, bo byli sympatyczni, albo wydawali się niesamowici… Lub świetnie rokowali. I nie chcesz, żeby ci znikali z radaru. Nawet jeśli to nie są jacyś twoi dobrzy znajomi.


Tangowy bunkier Caminito – Narbutta 14.

M.: Ja też, tak jak Kasia, uwielbiam ten zawód i prowadzenie zajęć. Oprócz ostatnich tygodni przed wakacjami.

Podziwiam. Ja bym oszalała po dziesięciu minutach.

K.: Mamy bardzo dużo zajęć. Osiem grup po półtorej godziny plus dwie milongi (chwilowo jedną). Pod koniec roku szkolnego jesteśmy po prostu zmęczeni.

M.: I kończą nam się pomysły. Nie zapisujcie się do nas w czerwcu! 😃

K.: Organizujemy wakacyjne wyjazdy, ale one są oddzielone od normalnych zajęć.

A ty, Kasiu, jako pracowniczka państwowa, nadal masz tylko 26 dni urlopu?

K.: Jako pracownica naukowa mam wolnych 35 dni roboczych, plus weekendy. Dodając święta – jest całkiem nieźle. Ale mając tyle zajęć, w czerwcu jesteś tak zwyczajnie, po ludzku, zmęczona. Więc potrzebuję wakacji, żeby dojść do siebie. Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z najbardziej endorfinogennych zawodów. Oczywiście po zajęciach czasem czujesz się tak, jakby ktoś ci wyjął wtyczkę… Ale w czasie zajęć: praca ze swoim ciałem, praca nad innym ciałem, kontakt fizyczny z ludźmi, to jest coś niesamowitego! Moje dwa życia, naukowca i tanguery, nie łączą się ze sobą. Mata Hari wiodła życie nudnej gospodyni domowej w porównaniu ze mną. Są momenty, kiedy czuję się jak strażak, który gna gasić największe pożary. Nigdy bym się nie zamieniła na inne życie.

M.: Ja z zajęć wracam wypompowany.

K.: A ja nakręcona. Tak samo po pokazie. Jak zostajemy na milondze, Mateusz jest zdechły, a ja jak pozytywka.

M.: W tym pięknym trenersko-nauczycielskim zawodzie frustruje mnie to, że nie do końca rozumiem, jaki odsetek zapisujących się na tango ludzi jest tym tangiem rzeczywiście zainteresowany. Kiedyś, dawno temu, ktoś nas poprosił, żebyśmy rozprowadzali magazyn tangowy…

Kwartalnik Tango No8. Tam się pojawiły moje pierwsze tangowe wywiady i felietony…

M.: Właśnie. Fajny polski magazyn tangowy, który kosztował parę złotych. Ogłaszamy w naszej grupie początkujących, że można go u nas kupić. Na 30 czy 40 osób obecnych na sali – magazyn kupują 3. A reszta nawet nie podejdzie rzucić okiem… Dla mnie to był szok, bo zawsze, jak się już czymś zajmowałem, to starałem się wszystkiego dowiedzieć. Jak trenowałem Kung Fu – zapisałem się na chiński, sprowadzałem z Francji – a były to późne lata 80. – gazetki o sztukach walki. Pianino? Od razu kupiłem wszystkie możliwe książki o nauce gry… A ci nasi kursanci… To nie byli ludzie, dla których kilka czy kilkanaście złotych byłoby znaczącym wydatkiem. Tak samo z milongami: część nawet nie pójdzie zobaczyć, co tam się dzieje.


Świeżo upieczeni nauczyciele – lekcje w Komedii, rok 2009.

K.: Kiedy ludzie plotą coś o tym, że środowisko jest takie czy śmakie i jak źle przyjęło nowych – często nie wiedzą, o czym mówią, bo większość początkujących nie była nawet na jednej milondze i żadnego środowiska nawet nie liznęła. Nic nie jest ich w stanie zachęcić, żeby zobaczyli, jak to wygląda, co mnie wprawia w niebotyczne zdumienie, bo na zajęcia chodzą wytrwale i wydaje się, że im się podoba. Wpadliśmy na pomysł (nigdy nie zrealizowany), że będziemy pobierać vadium: płacisz 50 zł więcej niż kurs i jak pójdziesz w ciągu czterech miesięcy na trzy dowolne milongi, zdobędziesz pieczątkę na przykład ze Złotej czy La Rondy, dostajesz tę kasę z powrotem. A jak nie – kasa przepada! 😃

M.: Kiedyś ogłosiliśmy: pójdziemy wszyscy razem za tydzień, po zajęciach, na milongę.

K.: Kursanci, słysząc to, klaszczą i przebierają nóżkami: jedziemy! Super! No a tydzień później do Una Emocion dojechała tylko ta para, z którą jechaliśmy samochodem. Po drodze z parkingu chyba zresztą też zwiała.

To ja mam teraz oczy jak ta wasza Japonka. Na milongę poszłam, zanim zaczęłam się uczyć, i już po pierwszej lekcji nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pójść

K.: Mateusz na pierwszych zajęciach mówi, że jak ktoś sobie przyszedł wpisać tango do CV, to on mu już wpisze i może sobie iść. Jak ktoś chce się nauczyć tańczyć, to ma chodzić tańczyć. Przecież nam zależy, żeby tańczyli! A nie tylko chodzili na zajęcia.

M.: Większość z tych, którzy zaczynają chodzić na milongi – zostaje. A wszyscy ci, którzy na milongi nie chodzą, z tanga wypadają, najczęściej przed zakończeniem kursu.

Bo traktują tango jak wyjście na basen albo na siłownię.

K.: Mają do tego prawo. Ale jako nauczycielka chciałabym, żeby moje nauczanie przynosiło efekty. Milonga w DziK-u była specjalnie pomyślana, by zachęcić naszych uczniów do przychodzenia na milongi! I nie tylko naszych. Krótsze tandy, cała masa udogodnień…

Także cena. 10 zł to w tej chwili taniocha.

K.: Mieliśmy, dajmy na to, stu kursantów, a na milongę przychodziło kilkunastu z nich…

M.: Jak zapisuje się grupa znajomych, to będą się wspierać i pójdą na milongę. Albo jak na zajęciach jest jakiś „wodzirej”, który ich namówi.

Może zrobić cenę za kurs dwie dychy wyższą, a jak przyjdziesz na cztery milongi – masz u nas 20% zniżki… Wadium nie lubią dawać, bo to zamrożona kasa, ale bonusy uwielbiają.

M.: Początkującym dajemy zniżkową kartę Caminto, ale chyba musimy ją zacząć rozdawać dopiero na milondze.

K.: Ogólnie strasznie nas to wk…wia, jak nasi uczniowie nie chodzą na milongi. Niekoniecznie do nas! Ale niech chodzą! A k..wy wszystkie wytnij.

😃 No co ty, to by była ściema.

M.: Najwięcej k… leci, jak do Kasi przychodzą koleżanki, nie będę wymieniał nazwisk, ale Kasia Kosik i Magdzia Bochińska mają na nią zdecydowanie zły wpływ!

W ustach boskiej Madzi TAKIE słowa?!

M.: Kiedyś przygotowywały „Atomówki”, i tak się złożyło, że hydraulik coś tam nam naprawiał. Wyszedł z czerwonymi uszami.

😃 Przynajmniej dziewczyny się nie krępują, tak jak niektóre w cabeceo. Polki maja niskie poczucie własnej wartości, z różnych powodów. I nie lubią się w mężczyzn wgapiać.

K.: Na to składa się masa wzorów kultury, dziewczynki uczy się, żeby czekały, aż zostaną poproszone. Toteż zamiast popatrzeć na faceta, którego chcą sobie wziąć do tańca, gapią się na swoje buty, a potem są zdziwione, że całą milongę przesiedziały.

Na kociej milondze z fantami podarowałam na loterię dwie czy trzy godzinne konsultacje ze mną w sprawie cabeceo. Konsultacje się rozeszły, ale… nikt się nie zgłosił.

M.: Kiedyś mnie wkurzało, a teraz mnie bawi zjawisko, jakim są starsi panowie, „eksperci” tangowi, którzy podchodzą do dziewczyn i mówią: „Ty chyba nie znasz cabeceo, bo patrzyłem na ciebie, a ty mi nie odpowiedziałaś wzrokiem”. Pewnie w każdym mieście jest grupa takich leśnych dziadków, którzy tańczą wiele lat, sami nie robią od wieków postępów…

K.: … i mówiąc eufemistycznie tańczą średnio…

M.: … a energię czerpią z musztrowania młodych, początkujących tancerek.

Ja niedawno wywaliłam z Wilanowa takiego, co to poluje na dziewczyny kompletnie nie umiejące tańczyć i wyprawia z nimi jakieś nieprawdopodobne wygibasy. Zęby bolą od patrzenia, nie toleruję tego na moich imprezach.

M.: Może jest to potrzebne.

K.: Oszalałeś? Do czego?!

M.: Nie wiem… W ekosystemie… Niektóre może lubią…

Nie są świadome, że wdrukowują w ciało błędy, że narażają się na kontuzje i że wyglądają tragicznie. Taki leśny dziadek naraża nie umiejącą stawiać nóg dziewczynę na bycie pośmiewiskiem. Sama to przeszłam. Jak zaczynałam, też mną miotali, a ja byłam zachwycona, że macham nogami. Teraz wiem, że była to zwykła przemoc, wręcz molestowanie.

M.: Oczywiście nie chcemy generalizować, że wszyscy starsi panowie, którzy ćwiczą z młodymi dziewczynami, uwielbiają je pouczać i czerpią z tego satysfakcję.

Nie wszyscy, tylko ci, co udają nauczycieli, żeby się kleić i obłapiać.

M.: To jest rzeczywiście przykre, że ktoś nie ma żadnej wiedzy, a próbuje uczyć – i nie ma znaczenia: młody czy stary. Ale prawdziwy problem zaczyna się, gdy są niesympatyczni. Musztrują, żeby upokorzyć. Często dziewczyny tańczą lepiej od nich, a jednak to oni obsadzają się w roli pouczających mentorów.

K.: Niedawno mieliśmy przykład graniczny faceta, który był antypatyczny, niewiele potrafił, wszystkich na około pouczał, a do tego, mówiąc eufemistycznie, nie pachniał fiołkami. Musiałam go bez przerwy pilnować, żeby przestał zajmować się ustawianiem koleżanek, które tańczyły od niego o niebo lepiej. A one, zamiast powiedzieć mu: „Spadaj niedojdo!”, pokornie go słuchały.

To już prawie syndrom sztokholmski.

K.: Moją rolą jest, żeby takiego poskromić. Nie mogę pozwolić, żeby na moich zajęciach zajmował się nie tym, co trzeba.

M.: Jak mamy takie przypadki, to je odsyłamy szanownej konkurencji 😃

K.: Konkurencja pewnie odpłaca nam pięknym za nadobne 😃

M.: Kiedyś Javier Rodriguez powiedział na zajęciach: „Mężczyzna w tangu musi kontrolować wszystko: parkiet, przestrzeń, muzykę, swoje ciało…”. Z każdym słowem faceci prostowali się coraz bardziej, pęcznieli z dumy…

K.: A Javier, powtórzył: „Mężczyzna w tangu musi kontrolować wszystko…” – po czym zawiesił dramatycznie głos i dodał: „…wszystko, oprócz kobiety! A wy robicie dokładnie odwrotnie! Nie słuchacie muzyki, przewracacie się, wpadacie na innych! A jedyną rzecz, którą próbujecie kontrolować – to partnerka!”.

M.: Powietrze zeszło z nich jak z przedziurawionych baloników. Wielki Javier!

K.: Opowiadamy czasem tę historię w kontekście granic. Ty masz swoje ciało, partner ma swoje. Niech każdy stara się robić wszystko jak najlepiej, ale w obrębie własnego ciała, a nie kontrolując ciało drugiej osoby.


Masza – najwybitniejsza supervisorka na lekcjach prywatnych.

M.: Wracając do tematu uczenia i nauczycieli. Ja nie mam nic przeciwko temu, kiedy ktoś nowy zaczyna uczyć.

A ja mam, bo jak nie umie uczyć, a często i tańczyć, to jest zwykłe oszustwo.

K.: Wszyscy topowi nauczyciele, a i my sami, byliśmy młodzi i niedoświadczeni, jak zaczynaliśmy uczyć.

Wtedy tango było w początkowej fazie. Teraz byle koślawiec bierze się za dawanie lekcji.

K.: Jeśli stara się tanecznie i dydaktycznie…

Samozwańcy o dydaktyce nie mają pojęcia, a i tanecznie jest słabawo.

M.: A ja tam się cieszę, bo ci, którzy przetrwają te pierwsze lekcje, po jakimś czasie zjawią się u nas! 😃

Łatwiej się nauczyć czegoś od nowa, niż wypleniać złe nawyki.

K.: Tak, to prawda, ale jednocześnie pamiętaj: nikt z nas nie uczy się od początku dobrze. Zawsze uczymy się przez błędy, zawsze są to pewne przybliżenia, potem nauczyciele komplikują obraz. My się staramy uczyć dobrze, ale to nie jest tak, że przez pierwsze cztery miesiące uczymy postawy. Mają stać przez półtorej godziny, kontrolować centrum, oddech, wbicie w podłogę? Kto by to wytrzymał?

M.: Jeżeli ktoś ma pomysł na uczenie, albo umie zachęcić do tańczenia, niech to robi. Godoy powiedział mi kiedyś, że na początku nauczyciel pełni rolę zabawiacza. Ma zachęcić ludzi i pokazać, że tango jest fajne. Jak się wciągną, to później zaczną się uczyć, jak to wszystko robić „prawidłowo”. Nie wykluczam, że ktoś z dużo skromniejszym od nas stażem może być w tej roli lepszy.

K: Jeśli wcześniej nie pracowaliśmy nad świadomością ciała, potem trzeba pracować ciężej, ale wszyscy na początku uczymy się bardziej lub mniej źle, powoli zbliżamy się do swojego ruchu tangowego. Nikt nie chodzi od razu jak Javier Rodriguez.

M.: Jakbym dopiero zaczynał się uczyć tanga i ktoś miałby mnie uczyć od razu takiej techniki, którą teraz, po latach, uważam za najwłaściwszą, to pewnie bym zrezygnował. To jest zbyt skomplikowane.

Zrobić grupę VIP: efekty w pół roku, płatne z góry.

K.: Wrócę jeszcze raz do swojej tezy: nie uczymy mistrzów świata. Tango w przeciwieństwie do wielu innych gatunków nie służy do zdobywania mistrzowskich kategorii ani złotych medali. To nie jest konkurencja sportowa. Uczymy ludzi tańczyć, żeby to było dla nich przyjemna praktyka codzienna. Ot, wyjdą sobie na tańce wieczorkiem i będzie im dobrze. Grupa VIP, z większą intensywnością zajęć i silną motywacją rozwoju jest oczywiście wspaniała, ale nie można oczekiwać, że większość tańczących będzie szła tym torem. Mamy to szczęście, że wielu naszych uczniów i uczennic jest właśnie ambitna i pracowita.


Alghero, Sardynia. W ciągu czterech edycji tamtejszego festiwalu dawali pokaz i prowadzili warsztaty.

Sama bym do takiej grupy z techniką się zapisała, jeśli zajęcia nie byłyby na drugim krańcu województwa… Kiedyś nie znosiłam zajęć, uczyłam się, żeby tańczyć. Teraz coraz bardziej lubię sam proces uczenia się (chyba się starzeję…), ale ze względu na częste tangowe wyjazdy, wiele zajęć przechodzi mi koło nosa.

M.: Trzeba to wszystko wypośrodkować. Oczywiście nie wolno uczyć źle! Ale najpierw uczymy pewnej techniki, a po pewnym czasie uczeń jest gotowy, żeby nauczyć się robić to samo w inny sposób. Na wyższym poziomie dialektycznym 😃

K.: Tak jak prowadzenie ocho. Uczymy, żeby nie prowadzić rękami, tylko z ciała, ale dopiero po pewnym czasie uczymy prowadzenia „z miednicy” czy „z podłogi”. Na początku nikt by tego nie ogarnął. To nie jest tak, że ta pierwsza technika jest do dupy. Czasem używamy jednej, czasem drugiej. Nie zaczynamy od poziomu fizyki kwantowej, tylko tej Newtonowskiej.

M.: A na końcu drogi może się równie dobrze okazać, że jednak należy prowadzić rękoma! Technik w tangu jest zatrzęsienie. Topowi nauczyciele salon to ci, którzy przeszli rewolucję nuevo. Dopiero od niedawna „salonowcy” wracają do technik z lat 70. czy 80., a więc nietkniętych „organicznością” nuevo, do technik, które długie lata były na cenzurowanym jako nazbyt siermiężne i nieprzyjemne. I odkrywają w nich niezmierzone bogactwo. W tangu nie ma jednej uświęconej techniki. To jest taniec ludowy.

K.: Tango jest rozwojowe. Następuje kolejny renesans i powrót do lat 70. czy 80. Jak wspomniał Mateusz na salon miało wpływ nuevo, a także escenario. To wszystko są fale, które interferują. To nie są tylko kroczki czy estetyki.

M.: Dla mnie byłoby trochę bez sensu, żeby uczyć początkujących tego, co nas samych fascynuje dopiero od kilku miesięcy. Może po kilku latach nauki będą na to gotowi…

K.: Co zresztą na naszej najstarszej grupie robimy. Wszystko musi być dostosowane do etapu, na którym znajduje się uczeń. Często się zdarza, że nauczyciele, w tym ja, mówią rzeczy sprzeczne. W jednej chwili każą partnerce podążać i się skupić na doświadczeniu „bycia prowadzoną”, a potem proszą, żeby nie podążać, tylko wypełnić przestrzeń, tańczyć, być aktywną.

M.: Tu nie Argentyna. Nikt chyba nie zapisuje się na kurs dla początkujących z myślą o przyszłej karierze. Nie ma zaczynających dziesięciolatków. Krążą jakieś legendy, że w Argentynie najpierw przez pięć lat kazali chodzić, przez kolejne pięć tańczyć z miotłą czy innym sprzętem AGD, a dopiero potem można było zatańczyć z kobietą z krwi i kości. W naszych warunkach to się raczej nie sprawdzi.

K.: Muszą szybko poczuć, że tango jest fajne.

M.: Od początku muszą mieć obsesję. Jak jeździliśmy do Argentyny, to wszystkich nauczycieli zamęczaliśmy pytaniami o chodzenie. Tańczymy 15 lat i nadal chodzenie jest najważniejsze.

K.: W tym chodzeniu mamy coraz więcej barw do wybrania.

M.: Aledopiero gdy będę chodził ładniej od Achavala, to powiem, że w pełni rozumiem, na czym to polega.

K.: I Juana Malizii, i jeszcze Javiera…

M.: Tak, choć nie wykluczam, że gdy już będę tak chodził, to stwierdzę, że to chodzenie mi się jednak nie podoba! Chcielibyśmy, żeby ludzie ćwiczyli i ćwiczyli bez końca, ale rozumiemy, że nie wszyscy są szurnięci. Ktoś uczył się przez rok czy dwa, a teraz ma już dość i chce po prostu sobie potańczyć.

Potańczy do pewnego momentu i ściana.

K.: Nie rozwijając się, będzie pewnie tańczyć coraz gorzej, ale ma do tego prawo.

Nie! Bo łazi w rozgwiazdę i przeszkadza na parkiecie.

M.: Często akurat jest tak, że im ktoś jest „bardziej zaawansowany”, zna więcej figur czy sekwencji, tym bardziej przeszkadza.

K.: Jeśli nawet nie wypada z linii tańca to na przykład razi pewnym energetycznym nadmiarem, myli milongę ze sceną…

To dla mnie NIE jest tancerz zaawansowany. Jest z długim stażem i tylko tyle. Sama to zweryfikowałam, kiedy podjęłam próbę prowadzenia. Zobaczyłam, jak wielu tancerzy uznanych przeze mnie za zaawansowanych robi bałagan, rozpycha się, zmienia trajektorię bez uprzedzenia, wali wielkie kroczydła do tyłu…

K.: Nawet nauczyciele to robią. Każdy z nas ma grzeszki na sumieniu.

M.: Często pod koniec kursu dla początkujących zawężamy przestrzeń i każemy tańczyć po rondzie. Bywa, że najwięcej problemów mają z tym nasi asystenci! W Buenos Aires na milongach są panie, które od stu lat po prostu przychodzą na tango raz w tygodniu. Dawno przestały się uczyć albo nigdy tego nie robiły. Panowie muszą je zwyczajnie przestawiać. Tak samo tutaj. Ja mam frajdę, grając na pianinie godzinkę dziennie, choć ktoś może pewnie uważać, że powinienem pięć.

Grasz sam, więc możesz sobie brzdędolić, jak chcesz, najwyżej sąsiedzi obrzucą ci drzwi pomidorami. A tańczysz z kimś.

M.: To gdzie jest granica ćwiczeń i nauki? Dwa lata? Pięć? Dziesięć? Kto to ma ustalić, jeśli nie sam tańczący? Żeby nauczyć się tańczyć na milondze, tak, aby nie zrobić nikomu krzywdy, żeby nauczyć się zmian ciężaru, kroków w każdym kierunku, krzyżyka, ocho i ocho cortado – nie trzeba długich lat. A potem to jest kwestia indywidualnej decyzji. Nie przeszkadza mi, że są osoby, które nie chcą się uczyć. Gorzej, jak stają się, jak ja to nazywam, ekspertami od jutjuba.

K.: I krytykują Chicho Frumboliego (którego skądinąd przeważnie nazywają „Cziko”), że się garbi. Facet, który nie potrafi prosto stanąć, nie mówiąc o zrobieniu kroku bez przewracania się, będzie z zapałem chrzanił, że się Arce (przepraszam, „Arcze”) skończył. Ździebko żałosne, prawda?

M.: W Filharmonii jest jeszcze gorzej. W kuluarach po koncertach wspaniałych pianistów słychać takie bluzgi, że uszy więdną: „Kedy ten ch… ostatni raz w partyturę zaglądał?”.

Każdy ma prawo się nie uczyć i nie umieć tańczyć, ale niech się liczy z pewnymi ograniczeniami, czyli może tańczyć z osobami do pewnego poziomu, a wyżej nie podskoczy, skoro się nie rozwija.

K.: Niech nie brącha. Obrażanie się facetów na dziewczyny, że nie chcą z nimi tańczyć, uważam za karygodne.

M.: Nie twierdzę, że dziewczyna nie jest proszona tylko dlatego, że nie ćwiczy i nie umie. Jak jest sympatyczna, dobrze wygląda…

…to ma szansę być molestowana.

K.: To prawda i to nie tylko u nas, w Buenos też. Przychodząc na tango, ludzie mają różne cele. Chcą kogoś poznać, polubić, poszerzyć grono znajomych, zaciągnąć do łóżka na chwilę lub na całe życie… Pomarudzić i się powywyższać. Krzywić nosek na plebs i chamstwo. Albo sobie potańczyć i nie myśleć o tym, że kilka tygodni temu zmarł im ktoś bliski.

M.: Często kobiety oburza, że ta młoda w krótkiej spódniczce to tańczy. Ale przecież one też wolą, żeby prosił je pachnący bóg tanga z Argentyny, niż żeby je prowadził pan Czesio, który się nie ogolił i ma łysinę.

Łysina nie ma znaczenia. Gorzej, jak ma niekontrolowany zarost na twarzy, który wchodzi w oczy i uszy. W Polsce rzadko który pan ładnie pachnie (na szczęście też niewielu brzydko, najczęściej nijak). Dlatego wolę jeździć do Hiszpanii i Turcji. Oni tam są pachnący i elegancko ubrani. A u nas z tym ciężko.

K.: Uwielbiamy ciacha i typ latin lover, ale trzeba sobie szczerze powiedzieć: na tangu w Polsce jest o niebo od średniej krajowej.

M.: Tango zmienia ludzi. Są osoby, które całe życie chodziły w jednym wyciągniętym swetrze, a na milondze nie zobaczysz ich bez marynarki. Może być też transformacja w drugą stronę (jeśli ktoś zamiast do „tango salon” poczuję miętę do „nuevo”): całe życie garnitur, a tu hiphopowe spodnie z krokiem w kolanach.


Łazienki Królewskie, lipiec 2017. Fot.: Waleria Gusciora

K.: Ja też kiedyś inaczej się ubierałam.Kiedy zaczynałam i widziałam kiecki dziewczyn, myślałam: „Rany, jakieś boa? Frędzle? Mam wyglądać jak kanapa?!” Jakieś koszmarne kabaretki i perły… Jednak zdałam sobie sprawę, że to część teatru, ale też święta. Kostiumów, których nie nosilibyśmy przy innych okazjach. Tango to możliwość alternatywnych żyć, których nie doświadczysz gdzie indziej.

M.: Tango to jest pewna gra.

K.: I to jest świetne! Możesz wyglądać tak lub owak. Przebierać się, zmieniać. Podczas jednej milongi Mateusz mi powiedział: „Tańczysz jakoś inaczej” a ja po prostu cały wieczór wyobrażałam sobie, jak to jest być Geraldine Rojas, tańczyć jak ona. Marina Marques powiedziała mi, że kiedy tańczy, wyobraża sobie, że jest jakimś zwierzęciem, przypuszczam, że nie chodziło o larwę muszki plujki. Wyobrażenie sobie pewnego ciała w ruchu, siebie jako kogoś innego – jest kształcące, chociaż nigdy nie będziesz tym kimś. Uwielbiam milongi, na które się stroję, ale lubię też takie, na które biegnę w dżinsach. Wiele możliwości. Naprawdę musimy traktować to z przymrużeniem oka. Kiedyś tańczyłam w spodniach z krokiem w kolanach, takich strasznych, co to jak je pierwszy raz zobaczyłam w Baires, wydawały mi się koszmarne, potem je uwielbiałam, dziś znów wydają mi się straszne.

M.: Boa, kabaretki – kiedyś panowały, zwłaszcza w mniejszych tangowych ośrodkach, ale w Warszawie też się sporadycznie zdarzały. Teraz już je chyba wymiotło. Zresztą to może dziwne, ale jak widzę na ulicy zgrabną dziewczynę w szpilkach i pończochach, to wytrzeszczam gały, a moje ślinianki zaczynają wyrabiać 200% normy. Wchodząc zaś na milongę, rzadko zdradzam takie objawy.


Rebeka zaraz zacznie tanczyć tango… 

Przebieramy się na milongi tematyczne, ale na co dziennej milondze rzadko widzi się tak „odstawione” panie. Moda tangowa się zmienia. Buty się zmieniają! Tańczy się we wszystkim, chociaż pewne trendy są sezonowe.

M: Kiedyś umówiliśmy się na wyjazd do Berlina z jedną z naszych znajomych. Zjawiła się w bojówkach, sportowej bluzeczce i sandałach. Pomyślałem: ale ta dziewczyna jest sexi… A wcześniej przez dwa lata, kiedy widziałem ją stale umalowaną, w sukienkach, szpilkach, w całym tym kobiecym sztafażu, w ogóle nie myślałem o niej w tych kategoriach 😃

Ja mam tak, że jak spotykam człowieka z tanga poza tangiem, to potrafię go nie rozpoznać. I wychodzę na niewychowańca, bo się nie przywitam ani nic… Na sylwestra w Złotej Milondze kolega z zajęć odstawił się w garnitur i go nie poznałam…

K.: Ja mam dwie prace, dwa życia, więc czasem potrzebuję chwili na zastanowienie, co, kto i w czym…

Samych tangowych imprez jest coraz więcej. Czasem pięć jednego dnia, plus praktyki. Jak myślicie: dobry jest tak duży wybór? Czy jednak rozdrabnia środowisko?

M.: Nie mam nic przeciwko, żeby powstawało pięć tysięcy szkół tanga, bo dla nas nie jest konkurencją – jeśli chodzi o uczenie – Złota Milonga, Luiza i Marcelo, Beata Maia…

K.: … czy ktokolwiek z nauczycieli. Największą naszą konkurencją jest siedzenie przed telewizorem.

Ojjj… U mnie nie telewizor, ale kanapka i podusia potrafią mnie zassać…

M.: W Warszawie tysiące ludzi, z uporem godnym lepszej sprawy, zajmuje czymś innym niż tangiem… jakimiś fitnessami, kursami ceramiki… To jest konkurencja! Im więcej będzie szkół w różnych miejscach, tym lepiej, bo może ludzie będą mieli blisko i z ciekawości przyjdą. Natomiast na milongi chodzą osoby, które już tańczą, więc ten krąg jest bardziej zawężony. Brakuje mi Chłodnej, na którą prawie wszyscy przychodzili.

K.: Brakuje takiego uniwersalnego miejsca. Uwielbiałam Chłodną!

Tam wcale nie wszyscy przychodzili.

K.: Powiedzmy, że 4/5 środowiska. My tam spotykaliśmy niemal wszystkich tangowych przyjaciół.

Co by się musiało stać, żeby taka milonga była?

K.: Musi być duże miejsce. Czwartkowa milonga Akademii Tanga Argentyńskiego trochę przypomina mi Chłodną. Życzę im powodzenia!

M.: Ja też życzę, ale nie wróżę…Chłodna se ne vrati.

K.: Jak są w tym samym czasie cztery inne milongi, to…

…nie ma gdzie takiej uniwersalnej wetknąć.

M.: Bardziej zaawansowani tancerze przestali chodzić na milongi. Nie rzucam kamieniem, sami też za mało bywamy.

K.: Mamy cztery dni zajęć, kończymy przed 23.00., prowadzimy dwie regularne milongi – trudno nam jeszcze gdzieś pójść.

M.: Więc nie piętnujemy, że tak jest…

K.: … ale tak jest. Z jednej strony to gorzej, a z drugiej – może ludzie lepiej się czują w swoim sosie?

Każdy ma ulubione miejsce i takie, w którym nigdy nie był. Dla mnie to dziwne, no ale ja lubię poznawać nowe terytoria i objęcia i mimo tylu milong – Warszawa to dla mnie za mało.

K.: Kiedy my zaczynaliśmy, poziom był wyrównany, średnio – słaby, z facetów wszyscy byli do kitu oprócz Czarka Hermy i Jaśka Woźniaka, więc świetnie się bawiliśmy. Nie no żarty na bok, chłopcy chcieli tańczyć jak oni. Teraz, kiedy zobaczą tańczących nauczycieli i zaawansowanych tancerzy – wracam do męskiej psychiki – łatwiej się kruszą. Czują się oceniani, sfrustrowani, wydaje im się, że uczestniczą w jakiejś osobliwej konkurencji… Ja nie jestem psychoterapeutą i nie jestem od przełamywania, chociaż staram się łagodzić skutki stresu pourazowego. Trzeba sobie powiedzieć: ci ludzie tańczą piętnaście lat, a ja pół roku, więc się nauczę, a od nich coś podpatrzę. Często tak robiłam: obserwowałam dziewczyny, które mi się bardzo podobały. Teraz też uwielbiam patrzeć na tańczące dziewczyny, a moje uczennice wręcz budzą we mnie macierzyńską dumę!

M.: Nie powiem, że jak ktoś otwiera nową milongę, to szkodzi środowisku, bo każdy ma prawo robić, co chce. Natomiast nie jest tak, że tworzenie nowej milongi od razu środowisko rozwija. Dyplomatycznie?

K.: Asia Cz. powiedziała kiedyś, że jeśli są jednego dnia cztery milongi i ona nie wie, gdzie pójść, to idzie do kina. I chyba w tej obserwacji jest trochę racji. Dziś więcej osób tańczy niż kiedyś, ale przy tylu imprezach można mieć poczucie, że na każdej zieje pustką. Niektórzy lubią milongowy clubbing…

Jazda z jednej milongi na drugą często jest niemożliwa przez barierę finansową.

K.: Tak, to jest i przejazd, i kwestia tego, ile razy w tygodniu chodzisz na milongi. Ale w sumie dobrze, że powstają nowe miejsca i że są takie, w których ludzie lubią tańczyć. Chociaż słowa Asi dają do myślenia.

Jeśli w Warszawie są cztery milongi – nie idę na żadną, chyba że jedną z nich organizuję. W weekend nie ma wolnych terminów, a ja od wielu lat nie robię nic komercyjnego, tylko kulturalnie. Więc nie bardzo liczę się z innymi imprezami, zresztą nie zawsze mam taką możliwość.

M.: Gdyby wszyscy ci, co się uczą, chodzili na milongi, to spokojnie mogłyby być i cztery jednego dnia. Niestety tak nie jest. Kryzys dobrobytu.

K.: Lepsza jest nadpodaż, niż brak.

Uważam, że na dzień dzisiejszy jedna milonga dziennie jest na Warszawę optymalną opcją. W piątek i weekend dwie. Ale nie pięć! Dla przyjezdnych byłoby super: w piątek idzie na dwie, w sobotę też, w niedzielę na popołudniówkę – i wraca do domu. Ileż tanga! I taniej niż maraton!

M.: Konkludując, oczywiście wolałbym, żeby na świecie nie było innych szkół tanga czy milong, prócz naszej. Ale pogodziłem się z tym, że świat nie odpowiada moim szczytnym ideałom.

Kiedyś było coś takiego, jak Tango Improwizacje, czyli wszyscy warszawscy nauczyciele w weekend się jednoczyli i były fajne zajęcia. Dlaczego tego nie ma?

K.: Nie ma, ale przecież może być…

M.: Powiem tym razem mało dyplomatycznie: my się jakoś specjalnie z nikim nie kłócimy, ale czasem wydaje mi się, że to bycie razem bywa trochę wymuszone. Dużo trzeba było inwestować dobrej woli i chęci, żeby to się układało.


Pokaz podczas koncertu Roberto Siri, Warszawa 2017.

Mam wrażenie, że Warszawa ma już konflikty za sobą, i to, co się dzieje w innych miastach, u nas zostało przerobione.

M.: Wtedy były różne dyskusje w korytarzach, które mnie zmęczyły.

K.: Byliśmy tylko widzami, bo nas bezpośrednio nie dotyczyły, ale były dość przykre.

M.: Teraz może znowu miałbym ochotę do czegoś takiego wrócić…

K.: Wyobrażenie o Warszawie jako grupie skonfliktowanych nauczycieli jest całkowicie fałszywe. Widujemy się rzadko, bo każdy z nas jest zajęty swoją robotą: zajęciami, milongami, pokazami, organizowaniem wydarzeń. Może nie jesteśmy jedną wielką rodziną, bo każdy zasuwa na własnym poletku, ale na pewno nie ma żadnej jatki! Oczywiście mogą się zdarzać jakieś tarcia. Ale jest też wiele osób, z którymi nie jesteśmy mocno zaprzyjaźnieni, a przy okazji Improwizacji dobrze nam się współpracowało.

M.: My, faceci, jesteśmy trudniejsi.

Koguty. Samce wojujące nie wiadomo o co, dla zasady 😃

K.: Tak. Wiadomo, że dziewczyny są bardziej nastawione na realizację wspólnego celu, lepiej grają zespołowo, nie muszą sobie udowadniać, która miała rację i jest mądrzejsza. Są bardziej elastyczne w zmianie pomysłów. Chociaż cały team Improwizacji był gotów do pracy i podatny na argumenty. Teraz niestety nie mamy czasu, mało się spotykamy z innymi, nie integrujemy się i ja tego bardzo żałuję. Naprawdę warszawscy nauczyciele to świetni ludzie, warszawskie nauczycielki tym bardziej.

M.: Fuj! Wstrętny seksizm!

A może zrobić raz na kwartał taką milongę integracyjną, żeby byli wszyscy warszawscy maestros… Żeby śmiertelnicy mogli popatrzeć, jak tańczą… I zatańczyć z polskim bogiem lub boginią…

M.: Różnica między tu a Buenos jest taka, że tam jest długa lista tych, co wchodzą za darmo. Tak jak u nas, w Comme il Faut: dj-e, i ci, co dawali pokazy – wchodzą jako goście. Zawsze.

Czyli moglibyście wypełnić całe Coco tymi darmowymi.

M.: Gdyby tylko raczyli przychodzić.

Ja czasem też jestem gościem, ale też mam takie doświadczenie, że para, która zarabia dzięki mojemu kontaktowi już piąty rok, informuje mnie, że nie mogę być na maratonie (za który chciałam zapłacić, żeby nie było, że chcę darmochę), bo nie ma mnie na liście. A dj, który zawsze miał płacone za granie na moich milongach – na swojej milondze bierze ode mnie normalną opłatę. Więc jacyś jesteście rozrzutni 😃

K.: Muszę powiedzieć, że jak idę do Złotej Milongi, to pani Ania wita mnie jak zaginioną córkę i wcale mnie nie kasuje! I nie jest to jedyne miejsce, gdzie jesteśmy serdecznie witani!


Manuela Rossi i Juan Malizia – milonga Comme il Faut, kwiecień 2018

Wielokrotnie słyszałam: „Nie idę do Coco, bo tam nie potańczę”.

K.: Były takie momenty w historii naszej milongi, że przychodziła głównie tak zwana śmietanka. To jest może wspaniałe dla samych tańczących, ale dla milongi to nie jest dobra perspektywa. Nie ma w Warszawie tych super zaawansowanych na setki. Musi być wymiana różnych tangowych pokoleń.

M.: Osobiście nigdy nie chciałem tańczyć tylko z „najlepszymi partnerkami”. Chociaż… Lata lecą, zaczynam mieć problemy z kręgosłupem… Niedawno Kasia wyciągnęła mnie na jakiś maraton „dla wymiataczy”, za zaproszeniami, poziom był faktycznie wysoki. Pojechałem i tańczyłem – jak na mnie – bardzo dużo…

K.: Mateusz ma zasadę: sześć tand i … „Irena! Do domu!” 😃

M.: … a tam tańczyłem zdecydowanie więcej. I po trzech dniach stwierdziłem ze zdziwieniem, że nic mnie nie boli! Tak więc choć ideowo tangowy elitaryzm mi się zupełnie nie podoba, moje plecy mają w tej kwestii odmienne zdanie.

Czasem mam stopy wypoczęte, a bolą po jednej tandzie. A czasem mam obolałe, jednak on tak mnie stawia, że przestają boleć…

M.: Ech, póki człowiek młody – to w sumie bez znaczenia… Nigdy nie będziemy już tańczyli tak młodzi!

Tańczmy! Niech przedstawienie trwa…

Katarzyna Chmielewska i Mateusz Kwaterko – para warszawskich nauczycieli. Tańczą razem od 2003 r. Uczyli się u najlepszych argentyńskich instruktorów w czasie pięciu intensywnych 1,5 mies. treningów w Buenos Aires. Od 2007 r. prowadzą szkołę tanga Caminito, warsztaty w wielu polskich miastach, jak również na międzynarodowych festiwalach (Wilno, Ryga, czterokrotnie Alghero na Sardynii). Prowadzą dwie regularne milongi: „Comme il Faut” i „DZiK”.

Kryzys w świecie tanga – rzeczywistość czy wyimaginowany problem?

Pewien tango friend z Cypru napisał na swoim wallu post o kryzysie w tangu: że od marca ma ponad trzydzieści milong miesięcznie przy stu tancerzach i że aby mieć na każdej czterdzieści osób, każdy tańczący musiałby wziąć udział w dwunastu milongach miesięcznie, a trzech w tygodniu. Niższa frekwencja nie opłaca się organizatorowi i nie jest ciekawa dla dj-a. Większość miejsc wzrasta szybciej niż tancerze oraz dochodzi problem płci, czyli za mało leaderów, i ci dobrzy przestają przychodzić na milongi.

Okazjonalna charytatywna milonga plenerowa na Krakowskim Przedmieściu, odbywa się raz w roku, we wrześniu.

***

Czyli na Cyprze jest tak samo jak w Warszawie, z taką różnicą, że mamy grubo ponad stu tancerzy i czterdzieści cztery (!) regularne milongi miesięcznie + okazjonalne. Po zamknięciu historycznej milongi na Chłodnej, taka z tradycjami została jedynie Złota Milonga, no i Wolność, która rządzi się swoimi prawami. Reszta pojawia się i znika. W takim na przykład Olsztynie są dwie milongi w miesiącu i Jolanda mówi, że ludzie nie chcą więcej. A to ciekawe, bo Olsztyn naprawdę dobrze tańczy… 

Nieistniejąca już milonga w Batidzie – pierwsza, którą organizowałam w sobotnie popołudnia.  

***

Obecnie miewamy dni z czterema milongami jednocześnie, a piątek i sobotę z trzema – to w tej chwili standard. Stąd też powstanie grupy na Facebooku („Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie?”), w której codziennie pojawia się post z milongami i praktykami tangowymi (każdy może uzupełnić, jeśli wie o imprezie, która nie została wymieniona).

Partylonga od marca odbywa się w poniedziałki w Klubie Medyka na Oczki. Wskoczyła w dzień po milondze UNO, która z kolei zajęła dzień i miejsce po milondze Una Emocion w klubie SPATiF u Aktorów.

***

Ubiegły rok wprowadził w tangowy świat sporo zamieszania. W Buenos Aires zamknięto ponad 40 milong, ale nowych powstało pewnie kilkanaście. W Moskwie zniknęły 2 duże historyczne milongi. Najdłuższa stała milonga w Londynie zniknęła po 13 latach.

Chłodna – milonga, której nie ma, a odbywała się w najprawdziwszej remizie strażackiej. Pierwsza, na której byłam zanim jeszcze zaczęłam tańczyć. 

***

Wspomniany Cypryjczyk stwierdził, że teraz ilość znacząco przewyższa jakość. Zastanawiał się, co można zrobić, by poprawić proporcje? Sterować podażą? Wysnuł opinię, że jeśli chce się coś sprzedać, trzeba to najpierw umieścić na stole. Tango friend z Włoch stwierdził, że za dużo dostaw to zła ekonomia i jeśli kładzie się swoje rzeczy na stole, a nikt o nie nie prosił, to na starcie obniża się ich wartość. Dalej dyskutowano, że to niedobór stwarza popyt – prawda czy kapitalistyczne podejście? Czy obfitość jest lepsza niż głód? Przecież coś taniego nie oznacza złej jakości, a drogiego dobrej. I że w tangu wszystko jest jasne, a oszustwo niemożliwe.

Złota Milonga – najstarsza regularna polska milonga, która ma jedną z najpiękniejszych sal – nie zawaham się użyć tego określenia: w skali świata. Potańczyć można tu we wtorki (milonga NO STRESS), czwartki (NUEVO&EMOCION) i w soboty (milonga GRANDE z poprzedzającą ją lekcją kroku i milongą dla początkujących oraz chacarerą). Moja milonga madre …   

***

Jeśli tak jest, to tego zazdroszczę Cypryjczykom. U nas oszustwo pleni się na każdym kroku. Za nauczanie biorą się ludzie (co ciekawe: mężczyźni!), którzy o tangu mają pojęcie słabe, a o nauczaniu żadnego. Jest to możliwe, ponieważ metodologia nauczania tanga i samo tango są stosunkowo młode, a z racji charakteru tego języka ciała nazywanego tańcem – standaryzacja jest na razie jeszcze nieosiągalna.

Kiedyś w środy tańczyło się na milondze w Equilibrum. Później próbowano ją zreaktywować, ale nie wyszło. Teraz w środy tańczy się w dwóch miejscach: w DZiK-u (organizatorami jest szkoła tanga Caminito ) i na milondze Tu i Teraz w restauracji BUÑUEL.

***

Mateusz Kwaterko, nasz warszawski nauczyciel, nie widzi w tym nic złego i uważa, że jak jest dużo różnych szkół, tym lepiej, bo jest większa szansa, że ich uczniowie zaczną na milongi przychodzić i że w pewnym momencie zechcą uczyć się porządnie, np. u nich 😃 Kasia Chmielewska, druga część pary Mateusza, stwierdziła, że nikt na początku nie uczy się dobrze, tylko poprzez błędy, więc samozwańczy nauczyciele nie wyrządzają nadmiernej krzywdy. Tak na to patrząc – można się zgodzić, chociaż ja uważam, że lepiej zminimalizować zadrukowanie ciała złymi nawykami i od razu iść do nauczycieli z renomą i efektami.

Milonga de Mis Amores zasiliła czwartkową ofertę stolicy. Organizowana jest przez Akademię Tanga Argentyńskiego. Jak na dzień powszedni rozpoczyna się dość późno, ale za to dysponuje drugą salą, w której może odbywać się praktyka pod okiem instruktora.

***

Cypryjski kolega stwierdził, że ze wszystkich już tańczących tylko mała część bierze udział w milongach, a większość z nich ogranicza się do jednej w tygodniu. To dokładnie tak jak u nas 😃 Powszechnie mówi się o tym, że jak jest za dużo imprez jednocześnie, czyli za duży wybór – ludzie decydują się iść do kina albo zostać w domu. A ci, którzy jednak chcą potańczyć, dzielą się między milongami i w efekcie nigdzie nie jest pełno. Na milongowy clubbing ze względów logistycznych i finansowych nie każdy chce sobie pozwolić.

Milonga Mała Warszawska to piątkowa propozycja. Oprócz niej jest jeszcze PASION w Rivierze i milonga na Wolność. 

*** 

Tango friend z Istambułu stwierdził, że problemem nie jest zwiększenie liczby milong, tylko to, co nauczyciele, tancerze i organizatorzy robią, aby sprowadzić więcej ludzi do tanga. I że mieli ten sam problem 10 lat temu. Poradzili sobie tak, że tangowa wspólnota się zjednoczyła i wspierała wzajemnie swoje działania, wspólnie pracowała nad poprawą jakości tańca, więc energia wzrosła. Początkujący nie odchodzili, a zachęceni do większej lilości ćwiczeń zaczynali tańczyć w bardzo krótkim czasie.

Pokaz na sobotniej Milondze w Królewskim Wilanowie (Piotr Woźniak i Justyna Grzegorczyk – para, która poznała się w dniu pokazu i zatańczyła razem po raz pierwszy w życiu…), która odbywa się raz w miesiącu po południu. W sobotniej ofercie regularnych milong jest Grande Milonga w Złotej Milondze, La Ronda, popołudniowa Pożyteczna, a nierzadko wskakuje jeszcze neolonga (w Akwarium lub w Pałacu).

***

Teraz Istambuł ma dużo milong i dużo tancerzy z wysoką jakością tanga. Kto choć raz tam był, ten z pewnością to potwierdzi. Turcy tańczą rewelacyjnie, do tego są przystojni, dobrze ubrani i pięknie pachną… Bajka! Uwielbiam ich cabeceo Jak taki ataman przyszpili cię wzrokiem… Chyba uruchamia się we mnie jakiś atawizm, a może pamięć komórkowa kilku pokoleń wstecz..? Czuję się wtedy jak branka… i bardzo mi się to podoba 😍

W niedzielę regularnej milongi nie ma, ale w Pałacu odbywa się praktykolonga, która miała w założeniu zawierać milongę, jednal przyjęła się bardziej jako praktyka. 

***

Co by musiało się stać u nas, aby podnieść jakość tanga i liczbę osób przychodzących na milongi? Mówi się, że w skali świata nie jest w Polsce źle. Pewnie tak, ale jesteśmy 38. milionowym krajem i z pewnością może być lepiej! Dynamika wzrostu tangowej populacji w Polsce jest niestety mała. Czy można ją przyspieszyć? Można by spróbować, a pierwszym krokiem byłoby do tego tangowe zjednoczenie, jak w Istambule. Na czym miałoby polegać? To, co teraz napiszę, jest jedynie moją opinią, a nawet fantasmagorią… 😃 

Od dwóch lat Warszawa ma Recuerdo – festiwal na światowym poziomie z argentyńskimi parami z pierwszej tangowej ligi. Tu: popołudniowa milonga festiwalowa w budynku Złota 44, na 50 piętrze tego najwyższego apartamentowca w Europie.  

***

Dotyczy Warszawy, która konfliktowość przerobiła kilka lat temu, więc jest większa szansa, że mogłoby się udać:

* Gdyby organizatorzy milong zmienili nieco swoje biznesowe nastawienie, może odnieśliby większe korzyści, i my wszyscy też. Wielokrotnie przez różne fora przetaczały się dyskusje, co organizator/nauczyciel powinien, a czego nie powinien. Osoby z niedużym tangowym stażem rzucały różnymi oczekiwaniami, często nierealnymi do spełnienia (i różnymi „fantastycznymi” pomysłami 😃 Wszystko to co jakiś czas odżywa, bo jednak nowe tangowe pokolenia się pojawiają), a nauczyciele dowodzili, że nic nie muszą. I generalnie jest to prawda. Jak mówi Tereska Mazurkiewicz: poza siusiu i kupką nikt nic nie musi 😃 

Encuentro milongero to tangowe spotkania wyższego szczebla. Cieszę się, że po raz drugi odbędzie się Secreto, organizowane przez Paulinę Policzkiewicz – Woźniak, matkę polskiego tanga, nauczycielkę w szkole Tangolada. Niestety odbywa się w takim terminie, kiedy zwykle jestem na zagranicznym tangowym evencie.

***

Przewaliło się wiele uwag odnośnie bycia gospodarzem imprezy i traktowania gości. Ja uważam, że najlepszy gospodarz się nie rozdwoi i nie jest w stanie zadowolić wszystkich, ale mógłby mądrze sięgnąć po wsparcie. Wystarczy, aby zaprosił do współpracy trzech dobrze tańczących panów (pachnących! przed wejściem na parkiet kontrola świeżości 😃) i dwie dobrze tańczące panie, z nastawieniem na to, że pół milongi tańczą dla przyjemności, a pół z tymi, których warto zachęcić do dalszej nauki i częstszego przychodzenia (jedna taka, co to przygarnia wszystkich, nawet największe sieroty, powinna na każdej warszawskiej milondze być gościem honorowym 😃). Mówię to z własnego doświadczenia.

Jedno z najpiękniejszych tangowych zdjęć… Obrazujące chyba akurat nie tango, a chacarerę. Zdaje się, że warszawski maraton El Navegador na stałe zagościł na warszawskim Ujazdowie. 

***

Kiedy byłam na początku swojej drogi, taniec z dobrym partnerem zachęcał mnie do tego, aby kontynuować żmudny proces nauki. I w drugą stronę: nie mam sukcesu w zasileniu tangowego środowiska chociaż jednym liderem (o matko, iluż gamoni przyprowadzałam… zwłaszcza na początku mojego tanga), ale mam kilka sukcesów w tym, że po moim objęciu partnerzy decydowali się na przyspieszenie procesu nauki i lekcje prywatne. Niezwykle ciepło mi się robi na sercu, kiedy od doświadczonego obecnie tanguero słyszę, że kiedyś dzięki mnie postanowił się uczyć…

Miloga Warszawska – Duża – odbywa się mniej więcej raz w miesiącu w sobotę, w eleganckiej sali NOT-u na Czackiego. Wtedy La Ronda jednoczy z Warszawską siły i zawiesza działalność.

***

We wsparciu milongowym nie chodzi o obtańcowywanie jak popadnie. Wręcz przeciwnie. Osoby, które zatrzymały się na poziomie mało zaawansowanym i nie mają potrzeby robienia dalszych postępów, niech tańczą z równymi sobie, takich jest cała masa. Natomiast grupa tangowego wsparcia przydałaby się do tego, aby na milongę przyciągnąć też tych lepiej tańczących i aby tańczyć z tymi, co rokują w tangowym rozwoju.

Maraton El Fuego to dwie warszawskie edycje: zimowa i letnia. 

***

W mojej książce, którą napisałam zainspirowana tangiem i Złotą Milongą, właścicielka szkoły tanga ma zamiar sprowadz Argentyńczyka, który będzie zarówno udzielał lekcji, jak i wspierał milongę w tańczeniu z bywalczyniami.

Książkę można zakupić u pani Ani w Złotej Milondze. Można zamówić dedykację. 

***

Nadal wydaje mi się to dobrym pomysłem i osobiście się dziwię, że tam, gdzie można, nie jet to wprowadzone w życie. Może byłby to wysiłek finansowy, ale myślę, że by się zwrócił dość szybko. Na początek dogadać się z którymś z Argentyńczyków będących w Polsce – a mamy takich. Poza tym pełno ich w Europie. Istnieje możliwość, że na jakimś etapie zechcą się usamodzielnić, ale zawsze można ich zastąpić kolejnymi. Albo dogadywać się na kontrakt dwu – trzymiesięczny. Wytrawne tanguery potrafią przyjść na milongę tylko po to, by zatańczyć jedną lub dwie tandy. Za nimi przyjdą lepsi tancerze. I tak koło by się kręciło…

Maraton Noches Portenas organizowany przez Almis Tango też jest warszawską imprezą. 

***

* Dogadać się, aby nauczyciele, których uczniowie przychodzą na milongi, zawsze byli traktowani jako goście. Czyli nie kasować ich za wstęp! W ogóle nauczyciele prowadzący regularne szkoły i organizujący milongi mogliby bywać u siebie, chociaż od czasu do czasu. A ci, co własnej milongi nie mają, powinni pokazywać się w różnych miejscach (nie w jednym tygodniu, rozłożyć sobie w czasie). Wiem, że są zarobieni, ale nie da się inaczej zintegrować. A póki co każdy zamyka się w swoich kątach, więc i rotacja uczniów chodzących na inne milongi niż ich nauczycieli jest mniejsza. Ci, którzy nie prowadzą własnej milongi, nie chodząc nigdzie dają zły przykład swoim uczniom. A jeszcze jakby ci nauczyciele spróbowali znaleźć przyjemność w tym, że są zwykłymi uczestnikami milongi chociaż przez godzinę – to byłby ideał…

Niedzielna popołudniówka Coco de Oro najpierw zamieniła się w Potok, następnie zatonęła… Jest nadzieja, że po wakacjach wypłynie w nowych okolicznościach przyrody… 

***

Ja osobiście nie polecę nauczyciela, który nigdy nie tańczy z nikim poza wybranymi dwiema – trzema partnerkami. Oczywiste jest, że nie obskoczy wszystkich swoich uczennic, ale jeśli nigdy nie tańczy z żadną – to jak je uczy, że nie może być mu z nimi przyjemnie? Nie uniknie się polaczkowatego gadania, że tańczy z tymi, co mu płacą. To jednak lepsze niż nie tańczenie w ogóle. Przynajmniej ma szansę sprawdzić, czy jest dobrym nauczycielem i czy uczennica robi postępy 😃 To oczywiście uproszczenie, bo z rozmowy z Kasią i Mateuszem dowiedziałam się, że zwłaszcza dziewczyny potrafią chodzić na lekcje, by się nie uczyć… Cała rozmowa niebawem na Tango Te Amo 😍 

Milonga Uno miała na stanie przepiękny gramofon 🙂 Na razie zniknęła z firmamentu warszawskich milong, ale Radio Tango Uno istnieje i miewa się dobrze 😃

***

Wracając do sedna: w moim przekonaniu dobrym przykładem jest Jakub Milonga, który na swoich milongach jest prawdziwym gospodarzem i umie podzielić swój czas na taniec z ulubionymi partnerkami i tymi innymi. Im kameralniejsza milonga, tym bardziej gospodarz powinien być zaangażowany. Organizator pewnej środowej i piątkowej milongi, wśród tangueros starszego pokolenia nie ma nadmiernej ilości przyjaciół, ale jako gospodarz swoich milong z powodzeniem tworzy przyjazną atmosferę, przyciąga młodsze tangowe pokolenia – a to zdecydowanie pozytywnie wpływa na rozwój tangowego środowiska.

Entre Amigos – pół tajny tangowy warszawski weekend tylko dla specjalnie zaproszonych. Nie byłam w ich gronie, widocznie nie jestem amigo organizatorów 😃 Przywykłyśmy z Jolandą, że wśród naszej polskiej tangowej braci nie jesteśmy wszędzie mile widziane. Jest nam z tego powodu naprawdę strasznie wszystko jedno 😃 Nie będziemy w Polce – to będziemy w Hiszpanii, Turcji lub Izraelu 😃 

***

Gdyby inny organizator zechciał wziąć z kolegów przykład, jego milonga miałaby szansę na rozkwit, czego jej życzę z całego serca, bo miejsce jest komunikacyjnie najlepsze w Warszawie, sala klimatyczna i parkiet świetny.

Tanguerilla to spotkanie neotangowo-wizualne. Odbywa się w różnych miastach świata, w tym w Warszawie. Tańczy się do każdej muzyki, która nie jest klasycznym tangiem. 

***
Przy okazji wspomnę, że szkoła Tomka Potockiego na Wolność, która żyje sobie swoim życiem, jako jedyna ma w ofercie codzienne praktyki, w tym chyba jedyną w kraju praktykę milongową (!). Nie widzę marketingowych starań, by to nagłaśniać – a szkoda, bo chociaż znam to miejsce od dawna – dopiero po założeniu warszawskiej milongowej grupy miałam potrzebę wejścia na jej stronę i dowiedziałam się, że tam codziennie można poćwiczyć! CODZIENNIE! Ewenement chyba światowy. 

Tango i cats od lat odbywa się ze dwa razy w roku w ramach piątkowych milong na Wolność. Dochód z biletów i loterii fantowej przeznaczony jest na pomoc bezdomnym kotom.  

***

Tyle moich fantazyjnych wizji 😃 Jeśli kogoś uraziłam (nie wiem niby czym, ale różnie to bywa) – to przepraszam. Podkreślam jeszcze raz, że są to moje myślenia życzeniowe, a nie jakieś instrukcje czy coś… Każdy robi, co uważa. Ja uważam, że czasem różne wypisywanki mogą przynajmniej dać do myślenia 😃 Każdy zawód ma swoją specyfikę. Nauczanie tanga i organizowanie milong należą do sektora usługowego. To nie znaczy, że jak się płaci, można wymagać w niegrzeczny sposób. Ale to płatnik weryfikuje, czy nowy twór ma prawo bytu, czy nie. Tango żyje, środowisko ewoluuje. Coś, co było dobre pięć lat temu, dziś się nie sprawdza. Cały świat działa cyklicznie, tango też. Milongi powstają i padają. Te, które trwają, mają lepsze i gorsze okresy. Patrząc całościowo: jednak coraz więcej ludzi zaczyna chodzić na lekcje tanga, więc może to nie kryzys?😃

Z pozdrowieniami – (Bestia) Ania

Milonga de Mis Amores – 8.03.2018

Nowe miejsce – nowe możliwości

W Dzień Kobiet na mapie tangowej Warszawy pojawiło się nowe milongowe miejsce. Klimatyczne wnętrze po dawnym kasynie ma swoją atmosferę. Czuć energię pieniędzy, dużych emocji, mocnych trunków i wypalonych cygar. Nie, nie śmierdzi 😀 Dla mnie to miejsce ma zapach grzesznego nocnego życia… Ja akurat uwielbiam takie klimaty. A właściwie ten zapach ma nie sala, a hall i schody wyłożone grubym dywanem z motywami pasującymi do kasyna… Gapa ze mnie – nie zrobiłam zdjęcia! Uzupełnię za tydzień 🙂

Sala jest duża, klimatyzowana, z rewelacyjnym tanecznym parkietem, barem i dj-ką odgrodzoną szybą dawnej kasy. Ma to swój urok, ale separuje dj-a od tancerzy. Anna S. powiedziała, że to celowe, aby w razie smęcenia nie rzucać w dj-a pomidorami :p

Milonga de Mis Amores organizowana jest przez Akademię Tanga Argentyńskiego, która jakiś czas temu zrobiła roszadę w swoich szeregach (prezes poszedł do komisji rewizyjnej, a komisja została prezesem – czy jakoś tak…) i… dobra, to inny temat, przerz sympatię i duże uznanie dla Pauliny Policzkiewicz-Woźniak nie dodam nic więcej i z całego serca życzę powodzenia w reanimacji.

O muzykę zadbały cztery dziewczyny: DJ Polly (Paulina), DJ Magda Lewandowska, DJ Olga Zawada i DJ Justyna Grzegorczyk. Było wino na powitanie, były białe tandy. Gdyby stoliki ustawić bardziej w literę U, czyli podsunąć te spod drzwi i te spod dj-ki do filarów, warunki do cabeceo byłyby bardzo dobre.

Milonga zaczyna się o 21.30. Ponieważ obecnie jest to szkoła tańca, nie można zacząć wcześniej, bo odbywają się zajęcia. Dojazd dobry (tramwaje, autobusy – także nocne), parking – jak wszędzie w centralnych miejscach dzielnic. Wstęp kosztuje 15 zł, czyli standard dla milongi wieczornej.

Na otwarciu pojawiło się dużo gości, miejscowych i przyjezdnych, a także zagranicznych.

Miejsce ma potencjał, dużą pojemność i dobre nagłośnienie. Warto przyjść i się przekonać 🙂

Życzę powodzenia i z pewnością odwiedzę to miejsce za tydzień –

Ania (Bestia)

Toruń – Milonga Piernikowa

Torunianie wymyślili milongę na każdą porę roku.

Dana edycja ma swoją nazwę właśnie z nią związaną. Imprez jest masa, więc dotarłam dopiero na tę Zimową. Ojjj, gdybym wiedziała, że mróz skuje cały kraj, w żadną podróż bym się nie wybrała, bo nie znoszę zimna, ale ponieważ się umówiłam i przysięgłam na wszystko, że nie zmienię zdania – nie było odwrotu. 


Okazjonalny magnesik, który każdy dostaje przy wejściu, ozdobił moją lodówkę.

CK Dwór Artusa przywitałam nietypowo.

Najpierw – pod Toruniem – zorientowałam się, że zostawiłam forsę w dość niebezpiecznym dla niej miejscu. Kiedy chciałam pokazać bilet, okazało się, że go zgubiłam. A jak go szukałam – zgubiłam buty, szal, notes i jedną rękawiczkę… Na szczęście wszystko dobrze się skończyło: na milongę wpuścili, rzeczy zostały odnalezione, a kasa ocalona.

   

Foto: Internet.

Milonga była bardzo udana.

Parkiet i kuluary były pełne, ale mówiono, że zwykle frekwencja jest jeszcze większa i że pewnie z powodu postu część tangowców została w domach. DJ Polly (Paulina Policzkiewicz-Woźniak) wprowadziła uczestników w romantyczno – liryczny nastrój, a DJ Maria Mondino podkręciła obroty i to był ogień… Pstrykałam jakieś zdjęcia, ale Joasia Stepaniuk zrobiła o wiele bardziej udane – podziwiajcie!

      

Piernikowa na stałe zagościła na mapie polskich tangowych eventów.

Toruń jest tak położony, że można dojechać z każdego zakątka. Dwór Artusa ma taki urok, że przyjeżdża nie tylko Gdańsk, Warszawa czy Łódź, ale także jednak dość oddalony Śląsk. Tym razem nie zatańczyłam z nikim nowym (dla mnie), ale z przyjemnością zanurzyłam się w znanych ramionach, tak rzadko spotykanych ze względu na odległość…

    

Centrum Kultury Dwór Artusa to niezwykłe miejsce.

Warto się zapoznać z jego historią. Przy okazji milongi można zwiedzić ten niezwykły obiekt, tylko godzinę bym zmodyfikowała, tak aby albo po zakończeniu wycieczki były dwie godziny do milongi, albo żeby od razu po zwiedzaniu iść i zająć krzesło. Pół godziny pomiędzy końcem zwiedzania a milongą to i w … ząb nie pasuje.

  

A szkoda, bo podobno zarówno opowieści, jak i osoba przewodnika są bardzo ciekawe.

Od lewej: Krzysztof Rumiński (współorganizator milongi), Yulija Pushenko (tłumaczyła przemówienia na j. rosyjski – angielskiego nie było) i Łukasz Wudarski (to on oprowadza wycieczki po tym wyjątkowym obiekcie).

Organizator zapewnia także wycieczkę po Starówce.

I tu proponowana godzina 12.00. jest idealna, bo do tej pory trzeba opuścić hotel. Niestety mróz spowodował, że zamiast na wycieczkę, poszliśmy do odkrytej dzień wcześniej knajpy. Ale po drodze podziwialiśmy kamieniczki i inne miejskie ozdoby 🙂 

  

Impreza toruńska się rozwija. W przeddzień jest pre-milonga, w niedzielę afterka. Niektórzy mówią, że tylko patrzeć, a przekształci się w festiwal, czego serdecznie Toruniowi życzę 🙂

A poza tangowo:  droga do Torunia jest dobra.

Jak się śmiga luksusową furą, to zajmuje 2 godziny. A że w dobrym towarzystwie czas przyjemnie płynie – podróż minęła błyskawicznie. Dojechaliśmy na miejsce w sam raz, aby iść na porządny obiad. Ale najpierw wybraliśmy się w poszukiwaniu tradycyjnych pierników…

       

Nie wiem, dlaczego w środku zimy jakoś tak porządnie się nie ubrałam.

– 10, a ja bez ciepłych gaci i swetra! Ela K. miała ochotę pospacerować, jednak nie bardzo miała chętnych do towarzystwa. Moje dżinsy i kurtka, nawet z kapturem, nie zabezpieczały w pełni od chłodu, więc nie w głowie mi były ekskursje, a reszta towarzystwa zwiedzała Toruń przy bardziej sprzyjającej takim czynnościom temperaturze. Więc ogarnęliśmy wzrokiem to, co w drodze do i z knajpy.

      

Często jadam w restauracjach, ale ta była wyjątkowa. 

Nie, nikt mi za reklamę nie zapłacił. Po prostu lubię doceniać czyjąś pracę. A tu obsługa się postarała. Wnętrze piękne, jedzenie pyszne, serwis rewelacyjny. Nie dość, że kelnerzy bystrzy i sympatyczni, to jeszcze przystojni ♥ Trafiłyśmy co prawda chyba w najchłodniejsze miejsce w całej restauracji, ale reszta wynagrodziła nam konieczność okrycia się.

    

Mimo dużej gastronomicznej konkurencji tak nam się spodobało, że Ela K. zaprosiła nas wszystkich następnego dnia na lunch. Było równie dobrze i pysznie, a tym razem cieplej. Anna S. powiedziała, że focąc ładnie podane potrawy robimy siarę. Na prywatnym profilu nie wrzucam kotletów, ale na blogu czasem lubię i już!

      

Z pozdrowieniami dla Torunia  – (Bestia) Ania

 

NIE! dla behawioralnych obrzydliwców. O!

Już kiedyś pisałam, że nasze środowisko nie jest jakieś nadzwyczajne – chociaż niektórzy chcą tak myśleć. W Turcji np. tango jest pasją elitarną. U nas nie, więc mamy cały przekrój społeczny. Dobrze to czy źle – nie będę oceniać. Ten wpis poświęcam pewnemu zjawisku (na szczęście nie nagminnemu), na które w naszym tangowym środowisku NIE daję zgody.

Postać.

Mamy w Warszawie taką postać, która pojawia się na publicznych eventach, gdzie wstęp jest za darmo (na część komercyjnych – tangowych i salsowych – ma zakaz wstępu). Wybiera z publiczności młodą (zawsze i tylko) dziewczynę, która nie umie tańczyć, i maltretuje ją na parkiecie. Udaje, że ją uczy. Macha nią we wszystkie strony, stanowiąc zagrożenie zarówno dla niej (naraża ją na kontuję i uraz), jak i dla otoczenia. Do tego postać ta nie jest nigdy dobrze ubrana (widziałam białe skarpety do sandałów i podkoszulkę bez rękawów), a braku urody oceniać nie będę, bo nie to jest problemem.

Problem: jak na to patrzę, tyłek mi się zaciska, jakbym miała w dupie zęby.

Wszystko mnie boli. Widziałam popisy postaci na różnych tangowych imprezach. Byłam zdziwiona, że organizatorzy tę masakrę tolerują. Z przerażeniem konstatuję, że nasza zachowawczość i bierność góruje nad zdrowym rozsądkiem. „Nie moja sprawa”. „Skoro jej się podoba, to nie ma problemu”. Na nie mojej imprezie nie odważyłam się interweniować, chociaż patrząc na te tortury, każda komórka mojego ciała wyrażała sprzeciw.

Pamiętam siebie z własnych początków.

Kiedy byłam zachwycona, że jakiś „super tańczący” zechciał mnie instruować. Im bardziej machał moimi nogami, tym bardziej mi się podobało. A jak mnie tak wziął i wygiął… A potem przegiął… I moje nogi chciał sobie założyć na szyję… O mamma mia, jaka byłam zachwycona! Że ja tak „pięknie umiem”! To, że taki pseudo maestro chciał mnie zwyczajnie poobmacywać wychodziło potem, kiedy nie zgadzałam się na coraz śmielsze ruchy i ocieractwo.

Nie chcesz się umówić? To pa.

Wielu ówcześnie „zaawansowanych” – w moich oczach – „tancerzy” przestało mną machać i nigdy więcej nie mieli ze mną okoliczności, kiedy wyraźnie postawiłam granicę cielesną i nie chciałam się umówić poza tangiem. Przypadek tej niecnej postaci jest właśnie taki: poluje na dziewczyny, które by chciały tańczyć tango, daje im złudzenie, że ona, ta postać, umie, a że dziewczyny też tańczą i umieją (!). No i uprawia ocieractwo. Kobiety to dziwna rasa… Dają się nabrać na pawie pióra, zamiast sprawdzić konkret…

Osoby nie umiejące tańczyć nie zdają sobie sprawy z zagrożenia.

Dziewczyny nie wiedzą, że narażają się na uraz, że wdrukowują w swoje ciało złą jakość ruchu, że gibnięta za bardzo może doznać urazu kręgosłupa lub stopy. I takie postacie na tym żerują. Czują… jak hiena padlinę… Dopaść, rozszarpać, zeżreć i … szukać kolejnej ofiary.

NIE ma mojej zgody na takie zachowanie!

Jestem zbyt doświadczona – w końcu tańczę (intensywnie) od prawie dziewięciu lat, aby jako organizatorka przejść do porządku dziennego nad uprawianym kaleczniactwem. NIE! Zwłaszcza, kiedy organizuję milongę. Nie będę tolerowała „udzielania lekcji”. Kiedy zwróciłam tejże postaci uwagę, że na milondze nie robi się takich rzeczy, postać zrobiła awanturę, że ją – tę postać – dyskryminuję. Dziewczynę, którą wyginał w niemożebny do zdzierżenia sposób, tak zmanipulował, że uznała mnie za największą tangową sucz, która się czepia… I nie mogła zrozumieć, że akurat ona nic złego nie zrobiła… Bo jej się te wygibasy podobały…

BHP

Jeżeli nie umiesz tańczyć, a ktoś próbuje Ci wmówić, że po lekcji kroku podstawowego jest inaczej – uciekaj. Jeśli na milondze ktoś daje Ci swoją wizytówkę, że niby jest nauczycielem – wywal ją do kosza. Tango, jak język: żeby porozmawiać, trzeba go poznać. Bełkot to nie rozmowa! A i fizycznie możesz się uszkodzić.

Nie będę oceniać organizatorów, którzy nie reagują.

Może dojrzeją. Za to duży szacun dla tych, którzy podzielają moje zdanie i zareagowali, czyli zakazali wstępu. Bo postać jest niereformowalna. Po prostu. Więc niniejszym oświadczam, że jeśli przyjdzie na jakąkolwiek imprezę, w której maczam swoje palce – to albo się zreformuje (nie wierzę), albo postać zostanie wyproszona, zanim upoluje kolejną ofiarę.

(Bestia) Ania

Rozkład jazdy: styczeń 2018 i zapowiedź lutego

Jak początek roku – to wiadomo: Beskid Tango Maraton. Inny niż wszystkie. Wyjątkowy.
Dlaczego warto na nim być? Bo:

  • To REWELACYJNA impreza tangowo – towarzyska. Poznajesz ludzi z całego świata! Z roku na rok przyjeżdża coraz więcej cudzoziemców, z roku na rok każdy ze stałych bywalców (a jest ich mnostwo!) lepiej tańczy, z roku na rok pojawiają się nowe osoby. Można dojechać z lotnisk w Krakowie i Katowicach, jest bus podstawiony na dworcu w Bielsku białej (szczegóły na stronie wydarzenia TU). Anielica bielskiego tanga, Ania Pietruszewska, dba o to, by muzycznie, kulinarnie i właśnie towarzysko było zawsze super. Kto kiedykolwiek organizował choćby kinder bal, wie, że nie jest to takie proste.

  • Poziom tangowy jest taki, że każdy, jeśli chce, się wytańczy. Nie ma gwiazd prima sort super zaawansowanych limited edition (Magda K. vel T.! Anektuję to określenie, jest boskie!), ale to chyba lepiej, zwłaszcza że z niektórymi wcale nie lubię tańczyć, więc tylko by mi najlepsze ciastka z bufetu wyjadały. Za to wszyscy, którzy przyjeżdżają, chcą po prostu super spędzić czas i to im się do tej pory udawało i nie widzę powodu, by w tym roku miało być inaczej. Oczywiście: jest selekcja, bo jednak jest to impreza tangowa.

  • Wszyscy jesteśmy zakwaterowani w jednym miejscu: dużym hotelu z różnymi ciekawymi zakamarkami, w tym sauną, SPA i biblioteką (szczegóły: TU ). To bardzo zbliża. Tzn. nie tylko sauna i biblioteka, tylko w ogóle wspólne bliskie mieszkanie. W tym roku impreza zaczyna się już w piątek w południe, a pierwszy pociąg z Warszawy przyjeżdża o 12.00. Hotel jest na tyle duży (sala taneczna też, a parkiet do tej pory był wyśmienity, więc jest szansa, że taki będzie i tym razem), że pomieści nas wszystkich + tych zdecydowanych w ostatniej chwili, a i tak będzie komfortowo. Aaa!!! Hotel jest po remoncie, dotychczasowi bywalcy go nie poznają…
      

  • Maratonowy bufet jest dobrze zaopatrzony. Nawet kawa nie była z tych z najniższej półki (co się rzadko na maratonach zdarza, zwykle jest fuja). Pyszna kolacja podawana jest o takiej porze, że można tańczyć do świtu. Gorące kubki i świeże kanapki pozwalają przetrwać czas od śniadania do kolacji, wiec tak naprawdę jak ktoś nie ma ochoty wydawać dodatkowych pieniędzy, to nie musi i przeżyje najedzony. A w niedzielę jeszcze brało się prowiant na drogę powrotną. Teraz, po zakupie nowych stołów i w ogóle wielkich zmianach – musi być jeszcze lepiej 😁
     

    W tym roku warto się nie spieszyć i zostać do poniedziałku, bo zapowiada się mega afterka w bielskim klubie Metrum, który słynie z doskonałego parkietu i nagłośnienia. A kto ma czas – niech przyjedzie w czwartek na beforkę. Zapowiedziało się kilkadziesiąt osób!
    I nadszedł ten czas… Poniżej mój bardzo lubiony punkt programu…

    • Tak, przyznaję: uwielbiam szalone pomysły i cieszę się, że Anielica też ma diabła za skórą 😁 Jedyne takie regularne party – nie boję się stwierdzić: na świecie!
      PIJAMA PARTY! W późną (bardzo) noc, z soboty na niedzielę, wskakujemy w bieliznę nocną lub nocnopodobną i… tangolimy jak gdyby nigdy nic, tyle że mamy z tego niezły ubaw 😁 Oczywiście nie każdy lubi tańcować w galotach, nie każda pani czuje się dobrze w sexy koszulce. Dlatego chyba wymyślono t-shirty i spodenki lub leginsy 😁
      A jeśli ktoś uważa, że jako poważny księgowy czy menadżer do spraw zarządzania kurzem w podwórzu nie może sobie pozwolić na takie występy – może pozostać w ubraniu, przecież na siłę nikt nie rozbiera (sami to robimy z przyjemnością 😁). Najmniej tolerancyjni opuszczają imprezę. I nie wiedzą, co tracą. Bo to nie jest tak, że wszyscy są jacyś bardziej frywolni. Tylko niektórzy! 😁 A tak naprawdę traktujemy to jako powód do śmichów-chichów. Szlafmyce, czepki… W ubiegłym roku Ojciec Wiesław np. lansował modę elegante (skarpetki) + sport (gacie) + podżama (góra), a w tym zapowiedział się w sułtańskich portkach…

      Tyle jest problemów na co dzień, że raz w roku naprawdę można się wyluzować. Ja do tej pory bywałam w bawełnianych pidżamkach i góralskich bamboszach.

      W tym roku stawiam na koszulkę i koronki!

  • Tereny wokół są atrakcyjne spacerowo (podobno, bo ja jakoś nie mam ciągot do łażenia, a i czasu przez te wszystkie poprzednie edycje też nie znalazłabym, choćbym chciała). Zapaleńcy mogą także pojeździć na nartach – są piękne nowe trasy, oświetlone wieczorem.

    Więc jak ktoś ma życzenie – może zaczerpnąć świeżego powietrza i zażyć ruchu innego niż tango.

  • Cena jest bardzo dobra! Zarówno hotelu, jak i maratonu w tym wydaniu. Ja sobie nie wyobrażam nie być. Nawet Jolanda jest zawsze, która bywa na największej liczbie światowych tangowych parkietów, a o tej porze już jest myślami w Buenos (tak! Znowu leci na dwa miechy, i to w styczniu).

    Zachęcam do odwiedzenia strony wydarzenia ( TU ) i kontaktu z organizatorką.

    Zapowiedzi: luty 2017

  1. 3 lutego rusza nowa popołudniowa milonga: Królewski Wilanów.

    W bardzo bliskim sąsiedztwie pałacu. Będzie się odbywać cyklicznie, raz w miesiącu, w każdą pierwszą sobotę, do czerwca tego roku (potem zobaczymy, mam nadzieję, że będzie letnie tango plenerowe, a jesienią wrócimy do tej formuły). Szczegóły już niebawem, ale mogę zdradzić, że:
    * zawsze będzie dobry TDJ,
    * zawsze będzie pokaz
    * zawsze będzie wstęp wolny!
    * zawsze będzie krótka lekcja kroku podstawowego, więc już myślcie, kogo z nietangowych znajomych warto przyprowadzić.
    Piękna sala z drewnianym parkietem na ul. Kolegiackiej już na nas czeka. Dojazd świetny (tuż przy pętli w Wilanowie – dojeżdża mnóstwo autobusów), dla zmotoryzowanych parking.
  • 4 lutego odbędą się dłuuuugo wyczekiwane warsztaty dla TDJ – jów prowadzone przez duet Radio i Milonga Tango Uno: Dorotę Zyskowską i Marcina Błażejewskiego (szczegóły TU ).

    Z tej okazji przemeblowałam moje plany, bo nie wyobrażam sobie nie być! Nie, nie zamierzam nigdy grać 😁 Ale lubię się znać na różnych rzeczach, o!

    Chcesz być na bieżąco w warszawskich zwłaszcza, ale nie tylko, wydarzeniach – polub fanpage Tango Te Amo i odwiedzaj tego bloga 😁

     (Bestia) Ania

Rozkład jazdy: koniec roku 2017

Stary rok odchodzi, ale zanim to uczyni – najpierw słów kilka o sylwestrze.

W Warszawie mamy trzy tangowe imprezy: RETRO w Teatrze Komedia, PODWÓJNY tradycja & neotango na ul. Wolność, oraz JEDYNA w swoim rodzaju Złota Milonga i 14. bal sylwestrowy.

W Złotej bywam systematycznie, ale po raz pierwszy w życiu będę tu na balu sylwestrowym. Od wielu lat – tak mi się układało – spędzałam tę noc nietangowo. Tym razem ułożyłam inaczej.
Sorry nietangowcy, taki mamy klimat!

  

Złota Milonga – to w ogóle jest miejsce wyjątkowe. Tak naprawdę jest to jedyny w Polsce klub tanga argentyńskiego z prawdziwego zdarzenia: z piękną okrągłą salą, świetnym zadbanym parkietem, ekranem do projekcji, barem i wygodnymi szatniami osobno dla obu płci. A i prezent czasem można znaleźć… ?

Cudzoziemcy są tym miejscem zachwyceni! Goście z innych miast także. A z warszawiakami bywa różnie. Dla mnie osobiście wtorkowa milonga No Stress jest obecnie najlepszą warszawską regularną milongą. Dlatego postanowiłam, że tegoroczny sylwester odbędę właśnie tu. Starsza gwardia pamięta szaleństwa na przebierankowych balach karnawałowych… Się działo…

Na sylwestra też się będzie dziać, jestem pewna. O północy zaplanowany jest półgodzinny set muzyki nietangowej, takiej do ogólnych pląsów i podskoków. Ja akurat nie przepadam, to sobie odpocznę. I tak sobie myślę: ponieważ sporo osób tangowych ma nietangowe drugie połowy – warto by w tę jedną noc zrobić dłuższe nietangowe taneczne cortiny, żeby ci, co lubią, nie musieli czekać do północy. A ci, co niekoniecznie, mogą się np. z kimś poprzytulać. Open bar czasami bardzo skraca dystans…

Złota Milonga to także najstarsza obecnie milonga warszawska. Oprócz regularnych lekcji i warsztatów, odbywają się tu okazjonalne milongi, pokazy i koncerty. Bal sylwestrowy jest coroczną tradycją. To jedyne miejsce, gdzie regularne milongi odbywają się 3 x w tygodniu i każda ma swój odrębny charakter.

Terenowe służby operacyjne donoszą, że na bal sylwestrowy zostało jeszcze kilka miejsc, więc nie ma co się zastanawiać, tylko do pani Ani zgłaszać, płacić i odbierać zaproszenie. Cena nie jest wygórowana, a bufet będzie zacnie zaopatrzony w jadło i napitek. Panowie – nie szukajcie przygód niewiadomego pochodzenia, nie idźcie na jakieś ciotkowe domówki, tylko chodźcie do Złotej Milongi! Będzie dużo fajnych kobitek i dobra zabawa, nie tylko tangowa. To będzie gorąca noc…

A dzień przed: 30 grudnia wszystkie drogi prowadzą do Olsztyna!

Tak przedsylwestrowo. Dobrze się składa, bo musimy z Jolandą odzyskać panowanie nad naszymi kalendarzami i zaplanować, które imprezy bez naszej obecności absolutnie nie mają racji bytu ? Olsztyn prężnie działa tangowo już od kilku lat. Głównym motorem rozwoju tamtejszego tanga na jego początkowej drodze była Jolanda, która brała udział w tworzeniu stowarzyszenia, organizowała lekcje i milongi. Nadal czynnie uczestniczy w tamtejszym życiu tangowym, organizując praktyki oraz lekcje i warsztaty z różnymi nauczycielami. Jak tylko jest na miejscu – uczestniczy w miejscowych wydarzeniach jako gość.

No i właśnie 30 grudnia (sobota) odbędzie się dziewiąta milonga La Roja, którą tworzą młodzi tangowi zapaleńcy: Anna Tyszka, Izabela Damulewicz i Mariusz Ciesielski. Tangowy staż jeszcze ich nie przytłacza, więc mają zapał i pomysł na realizację. Ja będę na niej po raz pierwszy, ale terenowe służby operacyjne doniosły, że to bardzo udana impreza, na którą przyjeżdża sporo ludzi, nie tylko z Polski. Pojedziemy – zobaczymy! Szczegóły znajdziesz TU 

To co – do zobaczenia jeszcze w tym roku!

(Bestia) Ania

„Każdy tańczy, jak umie”

Oto wywiad (UWAGA! Bardzo długi. Na czytanie zarezerwuj dobre 20 minut), który opublikowałam już jakiś czas temu – wtedy pod innym tytułem, ale nie pamiętam, jakim 😀 A że zniknął z sieci – może pojawić się ponownie. Czerwone wstawki w tekście to moje teraźniejsze uwagi, czarny tekst jest oryginalny, z kiedyś. Uważam, że treść tu zawarta będzie aktualna zawsze, chociaż np. milongi na Chłodnej – pierwszej i najstarszej regularnej milongi w Polsce – już nie ma… Jestem ciekawa, czy Jacek tak samo odbierze tę rozmowę, jak kiedyś..? Pytam o Jacka, bo Terenia – wyrwana śmierci z drapieżnych pazurów – ma wszystko gdzieś i żyje trochę we własnym, bardzo szczęśliwym świecie 🙂
Zdjęcia wyszperałam na fejsbukowej stronie Jacka.

  

Z Tereską i Jackiem Mazurkiewiczami spotkałam się tuż po popołudniowej milondze w klubokawiarni „Mam Ochotę” (była to regularna popołudniowa milonga sobotnia, którą prowadziłam). Wywiad z założenia miał być z Jackiem, bo to on jest tango dj-em i gra główne skrzypce w ich nauczycielskiej parze. Tereska siedziała cichutko, popijając bezę jakimś napojem, nie zwracając na siebie uwagi i pozornie nie zwracając uwagi na to, o czym rozmawiamy. Rzadko się odzywała, ale jak już, nie patrzyła na konwenanse, tylko mówiła dokładnie to, co pomyślała. To ona wypowiedziała najpiękniejsze zdanie tej rozmowy. To jej humor – bezpośredni, czasem dosadni – zdecydowanie ubarwił to spotkanie, a Jacek podczas autoryzacji zrobił dopisek: „ Bo Tereska od 3,5 roku mówi to co myśli i nie zwraca uwagi na reperkusje. I za to ją kocham”  (teraz będzie już od jakichś 7 lat…).
Czytelniku, ta rozmowa zawiera zwroty wywodzące się z miejsca pochodzenia tanga, i bynajmniej nie chodzi o Argentynę ani Urugwaj. Niech Cię nie zwiedzie grzeczny początek. Zanim przeczytasz – pomyśl, czy jesteś pełnoletni i czy masz na tyle dystansu, by się nie zgorszyć.
Uwaga! Oświadcza się, że Czytelnik czyta na własną odpowiedzialność, a autorka nie ponosi konsekwencji za zawrót głowy spowodowany poniższą lekturą!

  

Ania: Skąd Ci przyszło do głowy akurat tango?

Jacek: W 2003 roku Tereska zobaczyła w TVP występ Gotan Project nadawany z Sopotu, podczas którego jakieś pary tańczyły tango. Zachwyciła się i powiedziała, że my też tak będziemy. Zmusiła mnie, żebyśmy zaczęli się uczyć.

Tereska: Wzięłam go „siłom i godnościom osobistom”! Bo nie chciał! (Nie dziwię się, że nie miał wyjścia. Też bym uległa).

Ania: Byliście w Argentynie?

Jacek: Tak, dwa razy. Warto tam pojechać. Bez wątpienia jest to światowa stolica tanga. Zjeżdżają się ludzie z różnych stron. Poznaje się tango w jego kolebce. Argentyńczycy są bardzo otwarci i ciepli.

Ania: Czym się różnią milongi argentyńskie od innych?

Jacek: Bo ja wiem… Każda ma swój klimat. Tak jak u nas: też każda jest inna. Może różnią się tylko tym, że w Buenos na uznaną milongę wszyscy przychodzą elegancko ubrani. Mężczyźni mają garnitury, białe koszule, krawaty i piękne buty. Młodzi potrafią przyjść w dżinsach, ale to jest taka pewna maniera.

Jacek i Joanna Gabryszewska, z którą wywiad o tangu w Buenos Aires też niebawem przypomnę. 

Ania: Do stroju wrócimy później. Czy Argentyńczycy proszą przyjezdne? Polacy różnie podchodzą do nieznajomych pań, raczej z nieśmiałością niż gotowością.

Jacek: Przyjezdna pani potańczy wtedy, kiedy pozna grupę ludzi, np. w jakiejś szkole tanga. W innym przypadku będzie jej trudno. Te, które nie chcą siedzieć, wynajmują taxi-dansera. On przez kawał wieczoru jest tylko do ich dyspozycji. Ustalają liczbę tand lub czas. Nie znam aktualnych cen, ale słyszałem, że kosztuje to ok. 150 pesos (czyli ok. 150 zł).

Tereska: Jeszcze trzeba mu postawić drinka.

Ania: Więc kluczem do tańczenia na całym świecie jest znajomość ludzi? Bo i u nas, i w Berlinie podobno..?

Jacek: Ja akurat z nieznajomymi tańczę.

Ania: Czyli Ciebie nie trzeba znać, żeby z Tobą zatańczyć?

Jacek: Nie (obdarza mnie uroczym uśmiechem). Jak widzę na milondze obcą kobietę, która siedzi od godziny i nie tańczy, myślę sobie, że byłoby niefajnie, gdyby wyszła i nie zatańczyła ani razu. Lubię też zatańczyć z nieznajomymi – często początkującymi – właśnie po to, żeby poznać, a potem móc obserwować, jak się rozwija. Zdarza się, że jest para, która tańczy tylko ze sobą. Wtedy z Tereską robimy wspólne proszenie…

Tereska: Znaczy się desant!

Jacek: …ja proszę dziewczynę, Tereska faceta. W większości się uśmiechają i zgadzają.

Tereska i Tomek Zabrzyjewski, milonga w Olsztynie.

Ania: Jak patrzysz z perspektywy lat, uważasz, że nasze tango idzie w dobrym kierunku?

Jacek: Jak najbardziej. Nie mam wielu doświadczeń z wizyt za granicą, ale dopływa do mnie wiele informacji od osób, które do nas przyjeżdżają. Mówią, że u nas na milongach średni poziom jest znacznie wyższy niż w Argentynie.

Ania: Jest coś, co Cię wkurza?

Jacek: Oczywiście! Wkurza mnie – zwłaszcza dotyczy to prowadzących – jak tańczą wszystko na jedno kopyto. Muzyka, która powstała w XIX wieku, nie była rejestrowana, ale ta od 1919 roku już tak. Ja mam nawet jakiś utwór zarejestrowany w 1916 roku. Wtedy grano i tańczono zupełnie inaczej. Jak jest grana taka muzyka, np. z 1921 roku, a ktoś do tego tańczy w stylu nuevo, to mi gula skacze. To tak jakby pójść na galowy koncert do filharmonii w dziurawych dżinsach i podkoszulku.

Jacek i Edyta Szczepańska – jedna z warszawskich tanguer o jednym z najdłuższych w Polsce tangowym stażu.

Ania: Trzeba by wprowadzić zajęcia, jak tańczyć do jakiej muzyki.

Jacek: Byłem na zajęciach z umuzykalnienia, prowadzili je Argentyńczycy. Byłem u Rubena Terbalki, w Warszawie prowadził takie zajęcia Horatio Godoy. Wiele dowiedziałem się o stylach tańczenia, o rodzajach muzyki. O tym, że muzyka nie różni się dlatego, że są różne nazwiska dyrygentów, tylko dlatego, że była tworzona i aranżowana w różnych okresach. Często jest tak, że jak się nie zna utworu, to trudno rozpoznać orkiestrę. Są cztery nazwiska z lat 20-stych: Canaro, Firpo, Fresedo i Di Sarli – oni grają w zasadzie identycznie. Inna muzyka będzie, kiedy będzie inny okres. Jestem zwolennikiem tańczenia w różnych stylach. Nie wszystko umiem, nie wszystko mi wychodzi. Zapewne jestem bardziej doświadczony w tych starych stylach niż w nowoczesnych, ale… każdy tańczy jak umie. Każdy tańczyć może ( śmiech).

Ania: No właśnie – są dwa podejścia: jedno to takie, że ci tangowcy to są normalnie pieprznięci tym tangiem i chcieliby, żeby wszystko było na najwyższym poziomie, z ciągłym dążeniem do doskonałości. Drugie – że tango to zwykły taniec i ma się przychodzić po to, żeby się dobrze bawić, bez dorabiania filozofii. Czyli: warto czy nie warto być muzykalnym, rozróżniać muzykę i się rozwijać?

Jacek: Rozwój osobowości tancerza następuje lub nie. Jeśli tancerz lub tancerka życzą sobie zatrzymać się na poziomie przedszkola, to się zatrzymają. Będą nieudolnie wykonywać kilka figur i nawet mogą się świetnie bawić. Jeżeli ktoś chce się rozwijać – a ja jestem za tym, żeby to robić – to skoro tańczymy tango, jesteśmy na milongach od 5 lat, może warto poczytać? Podpytać? Pójść na warsztaty i czegoś się pouczyć? Z naszej grupy, w której zaczynaliśmy, część się rozwija, część odpadła.

Ania: Jest spora grupa, która się zatrzymała i jej z tym dobrze.

Jacek: Tak. Z dziewczynami, które zatrzymały się na poziomie doświadczeń jednorocznych i utrzymują ten poziom przez pięć lat, nie tańczę, bo one nie dają mi tych wrażeń, które chciałbym uzyskać. Wolę zatańczyć z całkowicie początkującą, bo to jest co innego. Samobójstwem dla nauczycieli byłoby rozpoczęcie kursu od kilku lekcji techniki. Bo ludzie chcą tańczyć, więc by uciekli, bo „tam tańczą, a tu każą robić dziwne rzeczy”. To jest odwieczny dylemat. Żeby utrzymać kursantów, trzeba ich uczyć tego, czego chcą, a nie tego, co jest w pierwszej kolejności potrzebne.

Ania: Dramat.

Tereska: Masakra!

Jacek: Gdyby było tak, że uczeń podpisuje niezrywalną umowę: godzi się na poprawny sposób uczenia, ale efektów może oczekiwać dopiero po pół roku – i płaci z góry! – wtedy rzeczywiście się nauczy. Byłem uczniem Beaty Mai Gellert – z czego jestem dumny – która jest bezpośrednia i nie owija w bawełnę: timing chujowy, zgiąłeś się, wypinasz dupę. Ale to są rzeczy, których można się uczyć dopiero wtedy, kiedy się zrozumie, gdzie jest pies pogrzebany. Na początku nie pójdziesz i nie zapłacisz kupy kasy za godzinę prywatnej lekcji u dobrego nauczyciela techniki, żeby się dowiedzieć, że wszystko, co robisz, jest do dupy. Uczeń woli iść tam, gdzie usłyszy, że jest cudowny.

Tej warszawskiej milongi też już nie ma… 

Ania: Czasami chwaleniem się psuje (teraz wiem, jak bardzo!  I że nie czasem, a przeważnie. Przytakujący i ciągle zachwyceni nauczyciele produkują parkietowe łamagi obu płci).

Tereska: Ale jak się nie chwali, to można odstraszyć.

Jacek: Sam uczyłem i byłem uczony, nie tylko przez nauczycieli szkolnych, ale także muzyki – grałem na dwóch instrumentach. Nie jestem dydaktykiem, ale wydaje mi się, ze dzięki moim doświadczeniom umiem uczyć. Uważam, że aby być dobrym nauczycielem, wcale nie trzeba na poziomie wyczynowym wykonywać tego, czego się uczy. To pokazują przedmioty w szkole: lubisz matematykę, aż tu zmieniają Ci nauczyciela i od tej pory masz same problemy. Nie dlatego, że nauczyciel ma gorszą czy lepszą wiedzę, tylko dlatego, że nie umie uczyć. Musi mieć pewną wiedzę, to oczywiste, ale ważne jest podejście. A wracając do tanga – jeśli nauczyciele pojawiają się na milongach po to, żeby się zaprezentować, pomiędzy osobami tańczącymi robią pokaz, zamykają się we własnym kręgu i tańczą tylko ze sobą – to mi się nie podoba. W ogóle nie lubię elit i „stajli”.

Ania: Co jeszcze Cię wkurza?

Jacek: Jak np. ludzie tańczący obok mnie nie zwracają uwagi na otoczenie.

Tereska: Na jednej milondze musiałam się przesiąść, bo bałam się o własne oczy.

Ania: Czyja to wina? Faceta, bo wierzga dziewczyną? Czy kobiety, bo nawet jak partnera ponosi, powinna mieć samoświadomość zasięgu swoich nóg, wzgląd na tłok i nie jechać ludziom po podniebieniach?

Jacek: Wina jest po obu stronach. Jeśli mężczyzna prowadzi boleo, to musi mieć pełną świadomość, jakie ono jest: wysokie czy niskie. Natomiast jeżeli kobieta nie rozróżnia wysokiego boleo od niskiego i zawsze wali wysoko nogą, wtedy to jest jej wina.

Ania: Rzadko organizowane są zajęcia z tańczenia, kiedy jest ciasno.

Jacek: O przepraszam, ja takie robiłem.

(W Warszawie od czasu do czasu są organizowane takie zajęcia. Na ciasnotę na parkiecie narzekają nieumiejący tańczyć albo umiejący udręczeni nieumiejętną nawigacją początkujących. Kiedy jest tłok, ale liderzy umieją nawigować – wszystkim jest przyjemnie i nie ma kolizji).

Ania: Wiem. Mówię o tym dlatego, bo to dobra okazja, aby podkreślić, że może „niewiele” się dziać, a być odlotowo. Ty jesteś dla mnie absolutnym mistrzem, jeżeli chodzi o gęstość przyjemności na centymetr kwadratowy powierzchni. Umiesz tak zrobić, że nie trzeba zamaszyście się panoszyć, aby było to „coś”. Z Tobą dużo się dzieje, jest ciekawie i ekscytująco. Jak ludzi zachęcić do tego, żeby się właśnie „tego” uczyli? Nie walili obcasami w sufit, bo bez tego bywa o wiele przyjemniej, choć mniej widowiskowo?

Jacek i Renata Pawelec – dziewczyna, która dla Fado w Lizbonie porzuciła wszystko… Ale to inna historia.

Jacek: Zadałaś pytanie i podjęłaś temat, który jest moim konikiem. Znakomita większość ludzi z chwilą, gdy zaczyna tańczyć, fascynuje się figurami. Już na trzeciej lekcji chcą robić bolea, wolkady, gancza. My też przez to przechodziliśmy. Patrzy się na innych i widzi się zewnętrzne objawy tanga, czyli wierzgania. Nie widzi się tych wewnętrznych, które są o wiele ciekawsze. Byliśmy kiedyś na warsztatach, które Ruben Terbalca prowadził z Joasią Gabryszewską. Zastanawiałem się: on prowadzi ciałem czy rękami? Joasia powiedziała: „Jacku, Ruben fantastycznie prowadzi w sposób, w jaki dawniej tańczono”. A dawniej Argentyńczycy uważali, że dobry tanguero tak prowadzi, że na zewnątrz tego nie widać. Między partnerami dzieje się bardzo dużo w tej przestrzeni, która jest dla otoczenia niewidoczna. Jest intymny kontakt miedzy kobietą i mężczyzną. Ja dzisiaj właśnie taką przyjemność odczuwam, jak tańczę z partnerkami, które umieją w ten sam sposób tańczyć.

Ania: Wywijając, może traci się szansę na takie przeżycie? To może być zabawne, ale tak bez przerwy jest zwyczajnie męczące.

Jacek: Lubię kolekcjonować zasłyszane od ludzi ciekawe zdania. I takim jest: są ludzie, którzy tańczą tango, i są tacy, którzy wykonują tango. Wszystkich namawiam do tego, żeby tańczyli, bo taniec to jest harmonijny, wspólny ruch dwojga ludzi na parkiecie w takt muzyki, a nie szkoła cyrkowa w Julinku. Figury bywają piękne, jak są pokazowe. Tylko to nie jest tango. Ono dzieje się między ludźmi, tam wewnątrz. To nie te nogi, które kopią.

(Pokazowe figury robione w koślawy sposób, nie daj Boże na zatłoczonym parkiecie – za to bym karała czerwoną kartką i zakazem przychodzenia na trzy milongi z rzędu…)

Tereska i Igor Chmielnik – jeden z pierwszych tanguero młodego pokolenia, który najpierw wierzgał, potem stał się naczelnym talibem tanga w Polsce, by następnie zniknąć…

Ania: Dziewczyny boją się, że jak wyrażą swoje niezadowolenie z powodu tego, że partner chce z nimi uprawiać tango, a nie tańczyć, nie będą proszone.

Jacek: Oczywiście, że się boją. Często przychodzi ich na milongę dwa razy więcej niż facetów, więc się poświęcają i tańczą z każdym łamikręgosłupem, byle zatańczyć. Co mogę zrobić? Nic, poza tym, że mogę namawiać facetów, aby starali się obtańczyć jak najwięcej partnerek. Ale mężczyźni też mają w tym tangu swoje potrzeby. Są tacy, co przychodzą i tańczą jedną tandę, a potem do końca siedzą. Tak lubią. Nikogo nie można zmusić do tańczenia. Są tacy jak ja, co przychodzą z żoną. Chętnie zatańczę z inną partnerką i robię to zawsze, jeśli ktoś poprosi moją żonę. Ale jeśli miałbym biegać i tańczyć z innymi, a moja żona miałaby siedzieć przez całą milongę, to mówię: nie!

Tereska: Powiedzmy tak: zasada jest prosta. Jak są pary i mąż pani ze mną nie tańczy, to mój mąż z tą panią też nie tańczy. Jak są single, to czasem ja siedzę, on tańczy i mi to wcale nie przeszkadza, bo to są fajne kobity, które ja sama lubię.

Jacek: Z Tereską jest śmiesznie: jak faceci chcą się czegoś nauczyć, to lubią z nią praktykować. A jak już się trochę nauczą, to idą tańczyć z młodymi.

Tereska: Czuję się wykorzystywana (z szelmowskim uśmiechem rzuca powłóczyste spojrzenie).

Jacek: Oczywiście nie wszyscy.

(Na to skarży się wiele doświadczonych tanguer: ledwo stawiał nogi i nie umiał chodzić, to prosił, umawiał się na praktykę, był miły. Trochę się wyrobił, to obrósł w piórka i już nie zauważa dotychczasowej koleżanki…)

Milonga w Teatrze na Wodzie – Łazienki Królewskie, lato 2017

Ania: Czy wiesz, że jesteś jedynym nauczycielem, który – kiedy umówiliśmy się na lekcje prywatne – przedstawił mi plan mojego rozwoju? (został przerwany przez likwidację miejsca, w którym się spotykaliśmy, a potem przez kłopoty zdrowotne Tereski). Teraz, kiedy jestem bardziej świadoma, chętnie bym do tego wróciła, tylko już nie mamy gdzie.

Jacek: Mam miejsce, w którym czasem daję prywatne lekcje. Ja z tego nie żyję. Robię to wtedy, kiedy ktoś uważa, że może się czegoś ode mnie nauczyć (korzystałam z tego miejsca. Czy Jacek jeszcze uczy? Kto chce – niech  go zapyta). Metodę planu rozwoju ściągnąłem z naszej nauki. Jak pojechaliśmy do Argentyny i powiedzieliśmy, że będziemy przez 3 tygodnie i chcemy dostać porządny kurs, to Dana nas sprawdziła: kazała jakiemuś facetowi zatańczyć z Tereską, a sama zatańczyła ze mną. Następnego dnia przedstawiła nam plan nauki. Teraz uważam, że tak właśnie powinno być. Na pierwszym spotkaniu przez godzinę tańczę, żeby zorientować się, co jest dobre, gdzie są mankamenty i co mogę zaproponować, następnie przedstawiam plan. W ogóle uważam, że faceci powinni się uczyć na kursach, kobiety prywatnie. Ale jak to opublikujesz, to wszyscy nauczyciele skopią mi dupę.

Córka Jacka i Tereski  też tańczy. Tylko czy na zdjęciu jest Agnieszka..? Chyba tak… A jak nie – to podobna 🙂

Ania: Nie uważasz, że na zajęciach dziewczyny służą jedynie za narzędzia i się je przepycha jak wózki w supermarkecie?

Jacek: Uważam, że na zajęciach dziewczyny służą facetom za rurę do ćwiczeń. Ale one są potrzebne. Bo jaka jest alternatywa? Może taka, żeby na początku uczyć facetów z facetami, ale to się nie uda.

Ania: No nie, bo facet chce od razu z kobitą, po to przychodzi.

Jacek: Facet chce z kobitą, i kobit jest więcej. Można by uczyć na początku faceta z facetem, kobitę z kobitą. Ja przez to przeszedłem na samym początku. Poszliśmy do Rubena Terbalki na zajęcia z milongi – a nie mieliśmy pojęcia o tangu, o milondze, o niczym! To był pierwszy miesiąc naszej nauki i trafiły się warsztaty. Kiedy Ruben zobaczył poziom grupy, złapał się za głowę, wysłał panie na lewo, panów na prawo, i kazał ćwiczyć w grupach jednoseksownych. W końcu któryś nie wytrzymał i powiedział: „Aaale my tu chcemy z kobitami!” A Ruben na to: „Ćwiczycie tylko 40 minut! Ja 7 miesięcy tańczyłem z facetem!. Bo gdyby facet poszedł na milongę nic nie umiejąc, to byłby spalony i żadna nie chciałaby z nim nigdy zatańczyć!”. Więc to jest alternatywa. Ale namów facetów do ćwiczenia z facetami. Wiem, że Jakub (Korczewski, Złota Milonga w Warszawie) prowadzi takie zajęcia. To się przydaje. Jestem zwolennikiem, aby obydwie strony uczyły się prowadzenia i podążania.

Ania: Kobiety też?!

Jacek: Tak, bo jak się stoi po drugiej stronie, to dostaje się zupełnie inne informacje.

Ania: Mnie w ogóle nie ciągnie do prowadzenia.

Jacek: Nie chodzi o „ciągnie”. Jeśli w ogóle chcesz się rozwijać, to powinnaś uzyskiwać informacje w różny sposób. Wizualnie, werbalnie. W dotyku i odczuciach ciała możesz w pełni uzyskać, kiedy staniesz po stronie prowadzącego. A facet po stronie podążającej, i poczuje, jak to jest, jak źle prowadzi do krzyżyka albo jak robi ocho w zły sposób i wywala partnerkę z osi (moja niewiedza była wtedy jeszcze na bardzo wysokim poziomie. Ale rozwój jest dla mnie jednym z sensów życia, więc… przyszła kryska na Matyska… ale to inny temat).

 

Jacek i Alejandro Araoz – Argentyńczyk zadomowiony w Polsce.

Ania: Krzyżyk! To mój konik. Niby prosta rzecz, uczona zaraz na początku kursu. Ale niewielu umie go poprowadzić przyjemnie dla partnerki. Trafiłam kiedyś na praktikę, na której go uczyłeś. Wtedy dopiero zwróciłam uwagę, że krzyżyk może być niesamowicie przyjemny, a najczęściej jest nijaki. Trzeba by chyba zrobić całodzienne warsztaty z krzyżyka, żeby prowadzący oddrukował starą wersję i nauczył się robić go tak bosko jak Ty.

Jacek: Po to go wymyślono, żeby był przyjemny. Po to robię fakultety z wybranymi tematami (w środy w Equilibrum, w niedziele w Złotej Milondze – niestety to przeszłość… Jacku – wróć do fakultetów! To były bardzo pożyteczne mikro zajęcia!), aby dzielić się wiedzą, którą zdobyłem. Wtedy robię takie tematy jak krzyżyk, swobodna noga partnerki i kto ją tak naprawdę prowadzi… Jest takie piękne zdanie, że to prowadzący tańczy nogami partnerki. Bo to prawda. Ja te nogi wprawiam w ruch i się nimi bawię. Ona jest oczywiście aktywna, ale jeśli podążająca akceptuje moje prowadzenie, to jej aktywność ogranicza się do tego, żeby utrzymać swoją oś, żeby pięknie wyglądać, stać pewnie na tej nodze, na której ją postawię, a tę drugą dać mi do zabawy.

Jacek i Jola Sosnowicz (ta Piękna Jolanda!), która pobija rekord świata w ilościach i długościach pobytów w Buenos Aires – ale o tym opowiem przy innej okazji.

Ania: Myślisz, że ćwiczenia wykonywane samodzielnie w domu mają sens?

Jacek: Mają. Samemu trzeba ćwiczyć. Kiedyś brałem lekcje u Mariano Galeano i dał mi zestaw ćwiczeń do robienia przy ścianie.

Ania: Czemu ludzie chodzą na żmudną technikę, a nie chcą uczestniczyć w przyjemnych zajęciach z muzykalności?

Ania: Nie interesuje ich to. Mnie dopiero w Argentynie zarazili potrzebą słuchania muzyki. Powiedzieli mi, że jak nie będę jej słuchał, to nie będę tańczył. Ci, którzy idą tańczyć nie znając muzyki, są pozbawieni możliwości interpretacji.

Ania: W sensie: trzeba słuchać i znać? Wychodząc na parkiet wiedzieć, jak brzmi dany utwór?

Jacek: Tak. Znając utwór, mogę zrobić tysiąc rzeczy. Wiem, co się za chwilę stanie, że będzie paPAM (Jacek zademonstrował, a stolik z pyszną bezą w skupieniu pochłanianą przez Tereskę gwałtownie podskoczył). Jak wiem, że będzie, mogę je zatańczyć. A jak nie wiem, to nie zatańczę (Święte słowa! Które w pełni doceniam teraz, kiedy próbuję prowadzić…). Są utwory z naprawdę pięknymi ozdobnikami muzycznymi. Ja osobiście uwielbiam – czego niemal nikt nie robi – stop! Ciszę. Jest piękne nagranie La Cumparsity D’Arienzo, gdzie cisza trwa dobre parę sekund, a wszyscy tańczą. A tu trzeba stanąć! Jak słup soli! Zatrzymać się i razem z orkiestrą bez ruchu wytańczyć ciszę. Kiedyś Godoy na warsztatach pokazał nam, jak wytańczyć szesnastkę (czyli 1/16 całej nuty). Można to zrobić, jak się wie, że ona w tym miejscu jest. Z takim partnerem, który wyciągnie z muzyki rytm, ciekawostkę, ciszę, synkopkę – żadna partnerka się nie nudzi, nawet jak z nim tańczy codziennie te same utwory. Oscar Casas powiedział mi w tajemnicy, żebym nigdy przed partnerką nie odkrywał wszystkich swoich możliwości, żeby za każdym razem ją zaskoczyć.

Milonga Warszawska i koncert El Cachivache

Ania: Jak dziewczyna słucha muzyki w tańcu, to zawsze znajdzie swoją przestrzeń i potrafi coś zaproponować. O ile partner jest uważny, nie pospiesza i nie ciągnie. Tylko jak zachęcić nas do umuzykalniania się?

Jacek: Czy słyszałaś kiedykolwiek, żeby ten, kto ma prawo jazdy, chodził na doszkalające kursy?

Ania: Tak. Ci, co mają zacięcie do jazdy sportowej lub rajdowej.

Jacek: A zwykły kierowca? Zrobi prawo jazdy i na tym kończy. Ja kiedyś miałem kontakt z rajdowcami, oni mnie trochę pouczyli. Niby tak samo masz gaz, hamulec, biegi i kierownicę, ale możesz z tym samochodem zrobić cuda. To tak jak w tangu, wchodzisz na wyższy poziom. Co zrobić, żeby ludzie chcieli się doszkalać? To nie jest kwestia tylko tanga. Ludzie są leniwi, a lenistwo jest motorem rozwoju. Wszystkie uproszczenia i wynalazki pochodzą z lenistwa.

Ania: Jak mówi moja bratanica: po co mam siedzieć, jak mogę leżeć.

Jacek: No właśnie. Ale w tangu dochodzimy do innej sfery: przyjemności. Samochód większość osób prowadzi, żeby się przemieścić. Tango chyba wszyscy tańczymy dla przyjemności. Miguel Pla, bardzo szanowany członek społeczności tangowej (był nawet w Polsce) powiedział, że w każdym tanguero drzemią dwie profesje: szołmen i nauczyciel. Jak się rozejrzysz po milondze, to zobaczysz, że tak jest.

Milonga „Piernikowa” – Dwór Artusa, Toruń

Ania: Wykwit całej masy pseudo nauczycieli to coś przerażającego. Słabo tańczy, a zabiera się za uczenie…
(Teraz jest jeszcze gorzej!  Pseudonauczyciele wciskający dziewczynom wizytówki na milondze… Tragedia! Co ciekawe: robią tak tylko mężczyźni. Nie znam przypadku, by kobieta molestowała mężczyznę swoją „nauczycielskością”).

Jacek: Rynek to weryfikuje. Są uznani, mniej uznani, i tacy, co znikają. Dyskusja trwa od lat. Tango nie jest tańcem towarzyskim i mam nadzieję, ze nie uda się go ubrać w żadne ramy systemowe jak oceny czy certyfikaty. Jeden z nauczycieli kiedyś powiedział: ja się dziesięć lat uczyłem kroku w bok i nadal nie umiem tego zatańczyć, wciąż się rozwijam. Bo to nie jest sprawa zdania egzaminu i zdobycia certyfikatu. To jest cały mikrokosmos: słuchanie, próbowanie, ludzie, style… i wrażenia.

Ania: Dla mnie tango jest językiem. Jak ja znam chiński i Niemiec zna chiński, to sobie pogawędzimy. Tak samo w tangu (nadal tak uważam!).

Jacek: Podam przykład: kiedyś u znajomych zatańczyłem z ich kuzynką, która przyjechała z Argentyny. Zrobiliśmy wrażenie na rodzinie. A żona znajomego na to: no tak, oni się umówili! A przecież widzieliśmy się pierwszy raz w życiu. Więc tak, to jest język. Samo podejście i objęcie przekazuje 80% informacji i po tym już wiadomo, co będzie można zatańczyć. Miałem kilka fajnych zdarzeń. Kiedyś tańczyłem z dziewczyną z Nepalu. Było fantastycznie. I to jest niesamowite. Ludzie, którzy w innych okolicznościach pewnie by się nie spotkali, na płaszczyźnie tanga mogą.

Ania: Czemu już nie współprowadzisz Una Emocion (tej milongi też już nie ma, chociaż jest w tym miejscu Uno. Odpowiedź Jacka jest uniwersalna dla organizatorów innych milong)?

Jacek: (łypnął na mnie groźnie, zarechotał, po czym na krótką chwilę zastygł) Powody są różne. Najistotniejszy to zdrowie Tereski. Aby poprowadzić tę milongę, trzeba tam spędzić7 godzin, a to zdecydowanie dla Tereski za dużo. Praktika zaczyna się o 19.30., wcześniej trzeba przygotować salę, wynieść stoły i krzesła…

Tereska: Zamieść podłogę!

Jacek: … o północy to wszystko z powrotem ustawić. Za długo to trwało. Drugi powód jest taki, że wbrew powszechnemu przekonaniu, że organizatorzy milong zarabiają majątek, niestety bardzo często się dokłada. Czytałaś niedawno notkę Igora (Chmielnika, organizatora milongi Una Emocion – ten, co to się stalibanił, a potem zniknął)), który się wkurwił, że było tyle osób, a zapłaciła połowa? Ludzie nie myślą, że trzeba zapłacić za salę. I to jest żenujące. Przecież my dokładnie wiemy, kto nie płaci.

Tereska i Kazimierz Rabiej, Milonga Manufaktura, Łódź

Ania: Może być tak, że ludzie wrzucają do skrzyneczki, a Ty tego nie widzisz, bo tańczysz.

Jacek: Ale ja liczę ludzi, a potem pieniądze. I jeśli było 40 osób, a ja mam należność od 20, to wiem, że reszta nie zapłaciła. Często bywało, że nie płacili ci najbogatsi (I tu podzieliliśmy się spostrzeżeniami, kto nie płaci, kto wypija innym napoje ze stolika, kto pożycza kasę i nie oddaje, kto sępi papierosy…). Więc jak raz dopłaciłem stówę, drugi i trzeci sto pięćdziesiąt – a jeszcze ktoś mnie obsmarował, że coś było nie w porządku, że muzyka się nie podobała bo dj chujowy – to sobie pomyślałem: mam to tam, gdzie robotnik ma klienta w większości przypadków, tzn. w dupie. A że mam pojemną, to nie boję się o zdrowie!!!

Ania: Czasami grywasz bardzo wymagająco dla tancerzy, a już ustaliliśmy, że muzykalni nie jesteśmy, więc stwarzasz ludziom trudności. Ja akurat lubię, jak cudaczysz, bo jest to coś innego.

Jacek: Jeżeli puszczę jedną taką tandę na 4 godziny milongi, to ci, co umieją tańczyć, docenią. A ci, co nie umieją, niech idą na piwo albo na kawę.

Ania: Wielu dj-ów ma ograniczoną ilość utworów, więc nie bardzo mają czym zaskakiwać. Nie umieją komponować tand. Czy nie uważasz, że zanim zechcą, by ludzie tańczyli do ich muzy, to też powinni się podszkolić właśnie z dj-owania?

Jacek: W Internecie można znaleźć podstawowe zasady dj-owania, to może być pierwszy krok. Są też organizowane warsztaty, można wziąć w nich udział. Nie wiem, czy w Polsce, na pewno w Niemczech. U mnie dj-owanie wzięło się trochę z przekory. Chciałem trochę innej muzyki, niż wszędzie słyszałem.

Jacek i Magda Zwierzchaczewska – miała chyba z 15 lat, jak weszła w tango… Warszawska milonga na Wolność.

Ania: A mam Cię! Najpierw każesz nam słuchać muzyki, żeby ją znać i wynajdywać smaczki, a potem serwujesz nam taką, której w życiu nie słyszeliśmy. Ze złośliwości?

Jacek: Powiedziałem: innej, a nie: nieznanej. Mam nieco inne preferencje niż większość dj-ów, którzy uwielbiają okres Złotej Ery. Niektóre orkiestry są rzeczywiście wyjątkowo zajebiste. Ale ja wolę raczej Starą Gwardię i wczesny okres Złotej Ery. Nie lubię późnej Złotej Ery i utworów z lat 60-tych, nie pasuje mi taka aranżacja. Żeby tańczyć dobrze, muszę czuć mrówki na kręgosłupie i podszyciu stóp. Jestem wrażliwy muzycznie. Zupełnie nie jestem wrażliwy na obrazy, literaturę. Na muzykę bardzo.

Ania: Moje pierwsze tangowe wrażenie WOW to byłeś Ty w Equilibrum (niby nie ma, ale jest: Warszawski Flip w czwartki). Tańczyłeś z jakąś dziewczyną, której nie pamiętam. Za to Ciebie tak, a to dziwne, bo zwykle zwraca się uwagę na kobietę, to ją bardziej widać w tangu. A ja zwróciłam uwagę na Ciebie, bo nie dość, że świetnie ją prowadziłeś i dobrze wyglądałeś, to miałeś zarąbiste spodnie!

Jacek: (śmiech) A! Strój to jest odrębna sprawa! Kobiety ubierają się starannie, natomiast faceci w 30% też, nawet czasem ładnie, ale pozostałe 70% to masakra. Fajnie jest, jak mężczyzna się postara. To jest sprawa pewnego szacunku. Jak idę tańczyć z pięknie ubrana kobietą, to nie na miejscu jest, jak będę w wyciągniętych portkach z krokiem w kolanach.

Ania: To zależy! W Equ byłeś w dżinsach z niższym krokiem i takie spodnie są super!

Jacek: Tak, ale to są specjalne spodnie przywiezione z Argentyny i są pewnego rodzaju strojem organizacyjnym dla „nłewowców”. Mówię o zwykłych dżinsach…

Ania: …wyświechtanych w autobusie przez tydzień dojazdów do roboty. A co z podkoszulkiem?

Jacek: To w ogóle nie jest właściwy strój dla mężczyzny, pomijając imprezy sportowe lub sytuacje rekreacyjne . Spodnie i czysta koszula.

Ania: Przydałoby się mieć ze trzy na zmianę.

Jacek: To byłoby fajne, ale… mnie się nie chce zmieniać. Chociaż są tacy, co pocą się na śmierdząco i jeszcze robią pachami kaczuszki… Pamiętasz takiego jednego?

Ania: Tego, co nie dość, że upiornie śmierdział, to jeszcze latał w poprzek parkietu tangiem towarzyskim? Tak, ale to jest kwestia organizatora, żeby takiej osobie zgrabnie podziękować.

Jacek: To jest też kwestia nauczycieli. Jakub na wszystkich kursach ma pogadanki o stroju, higienie, alkoholu, jedzeniu lub unikaniu pewnych potraw przed milongą. Uczenie spraw socjalnych jest równie ważne jak uczenie samego tanga.

Tango DJ Jacek M.

Ania: Coś jeszcze chcesz dodać? Odgrażałeś się, że będzie kontrowersyjnie, a tu grzecznie jak na podwieczorku pensjonarek z dobrego domu (w tym momencie myślałam, że wyczerpaliśmy temat rozmowy. O ja naiwna… Dopiero się zaczęło!).

Jacek: Bo nie zadałaś TAKICH pytań.

Ania: (Ups… Wyszła ze mnie nudziara…) Czyli jakich?

Jacek: Nie wiem. To Ty jesteś redaktor naczelna, to pytaj.

Tereska: Czy na milongach czasem się bzykają! (Hmmm… No dobra, sama chciałam 😀)

Jacek: Ja wiem o jednym razie, słyszałem to, w kiblu, w… (cenzura!).

Tereska: Tam nie jest wygodnie! Trzeba tak jakoś na stojaka… (:D Z moich obserwacji wynika, że w dzisiejszych czasach albo zmywają się z milongi, albo – np. na imprezach wyjazdowych – na nią nie docierają…)

Ania: Teresko, te baby… Jak tańczą, to niektórym różne rzeczy do głowy przychodzą…

Tereska: No!

Ania: Myślisz, że na Jacka „takie” zakusy bywały?

Tereska: Oczywiście! Była jedna pani, która sobie upatrzyła mojego męża. Przyszła do mnie i powiedziała, żebym spadała, bo od teraz on będzie jej.

Ania: Żartujesz?!

Tereska: (bardzo poważnie) Nie. Potem spotkałam ją w innym lokalu, stała w drzwiach. Ja do niej grzecznie mówię: przepraszam, chcę przejść. A ona stoi i patrzy na mnie wyzywająco. Wiec wyszłam razem z nią.

Jacek: My technicznie może jeszcze mamy dużo mankamentów, ale siłowo niewiele par ma z nami szanse.

Ania: Przywaliłaś jej?
(Tereska z powagą kiwa głową).

Jacek: Ja mam szczęście. Udało mi się w tangu całkowicie odseparować sprawy damsko-męskie od tańca. Może to jest sprawa wieku, a może nastawienia…

Tereska: Ja bym powiedziała, że wieku. Jeszcze to po głowie chodzi, ale już nie tak.

Jacek: W tangu kobieta nie działa na mnie w sensie erotycznym, tylko w innym.

Ania: Co robisz, jak czujesz, że kobieta chce przekroczyć tę granicę?

Jacek: Myślę, że już jej nie chce przekraczać.

Ania: Już się nauczyły heh (no nic dziwnego!). A wcześniej?

Jacek: Zdarzało się, ale to nigdy nie było jakieś szczególnie wyzywająco-nachalne. Może było to przypadkiem, a może lekka próba… Nie wiem.

Ania: Są kobiety, które nie pozwalają swoim mężczyznom tańczyć z innymi, żeby nie prowokować tego typu sytuacji.

Jacek: Znam taką jedną, to nasza koleżanka z kursu. I to jest dziwne, bo ona z innymi tańczy, a jemu nie pozwala.

Ania: Jesteście tyle lat w tym środowisku, różne układy widzieliście. Pary się tworzą i rozpadają. Czyli tango sprzyja temu, żeby te granice przekraczać. Czasem człowieka może świerzbić…

Jacek: Osobiście uważam, że środowisko tangowe jest chore psychicznie, bo w większości składa się z życiowych nieudaczników.

Tereska: Całe mnóstwo rozwodników szukających nowych partnerek…

Jacek: …starych kawalerów albo starych panien.

Ania: Albo jestem ślepa, albo mało spostrzegawcza, ale ja nie zaobserwowałam, żeby ludzie przychodzili tu po to, aby znaleźć życiowego partnera (o moja ówczesna naiwności… Międli się w tym naszym środowisku jak w mrowisku…).

Jacek: Nie! Ale przychodzą ludzie, którzy chcą znaleźć jakąś alternatywę czegoś, co być może w życiu im nie wyszło.

Ania: Dla mnie tango jest relaksem. I aktywnością fizyczną.

Jacek: Widocznie należysz do tej zdrowej części (po prostu nie afiszuję się z żadnym aspektem mojego życia prywatnego, nawet jeśli miewa związek z tangiem) .

Ania: No nie wiem… Tak się też teraz nad tym zastanawiam… Ale zdarzyło się, że przestali ze mną tańczyć ci, z którymi nie chciałam się umówić…

Tereska: No widzisz! Ja w moim wieku już się tego nie obawiam, bo w tych celach jakoś mnie nie chcą! I nie powiem: mam do nich o to żal! (figlarny błysk w oku).

Jacek: O! Tu masz przykład zdrowej psychicznie pary tangowej! (wskazuje na …, których rzeczywiście nie podejrzewam o chorobę – wykropkowałam imiona pary, bo czas pokazał, że ona ma zdecydowanie nierówno pod sufitem, a on chyba też – skoro ją wybrał).

Tereska: Póki co! (śmiejemy się – normalnie prorokini…). Zobacz, ile par jest rozwiedzionych. Mieli po pięć żon w tangu. Taki na przykład…

Jacek: Nazwiskami nie rzucajmy. Tango to taka boczna linia życia. Jak nie ma dzieci, rodziny, zdrowej pracy, wtedy szuka się odskoczni.

Ania: Szybciej znajdą randkę i seks w Internecie, niż na tangu (dzisiaj wiem, że niekoniecznie… Dużo jest dość chętnych pań…).

Jacek: Szybko się uczą, że tu nie jest o to łatwo. Takie pary to wyjątki, że się odnajdą i jest fajnie. Oczywiście jest kilka takich par. Albo taki ten… Po przejściach. Zaczął tańczyć od razu po rozwodzie. Taka jedna chciała go nawinąć na palec. Na szczęście się nie dał. Poznał inną – też w tangu – i wszystko się ułożyło (nie pamiętam, o kim rozmawialiśmy. Ale jeśli o tym, o którym myślę – to ta pierwsza miała szczęście, że zwiała, a drugiej ułożyło się tak, że przygnębiona zanika…).

Ania: Czyli pary powstają, rozpadają się, ale na szczęście nie wszystkie.

Jacek: Oczywiście. Poza tym ludzie z tanga znikają. Pamiętasz tego…? Był i nie przychodzi.

Ania: Bo umarł.

Jacek: Co?! Jak to?? Dlaczego ja nic o tym nie wiedziałem?

(Jak już Jacek doszedł do siebie, obgadaliśmy wszystkie tangowe pary hihihi… I nauczycieli.
Oraz Argentyńczyków. CENZURA! 
).

Ania: Tango wymaga, ale i dużo daje.

Jacek: Oczywiście! To znakomita forma spędzania czasu, nowe znajomości, przyjemność słuchania muzyki, wyjazdów na imprezy tangowe – także do Argentyny. Gdyby nie tango, nawet do głowy by nam nie przyszło, żeby tam pojechać. Dziwny kraj, prawie nikt tam nie jeździ ot tak sobie. Tango to dla mnie również przyjemność z dj-owania i nauczania.

Warszawski Skwer Hoovera – od tanga w tym miejscu rozpoczyna się akcja mojej powieści  thrillerowej pt. „Pasja budzi się nocą”. W tym miejscu odbywały się letnie milongi plenerowe, ale już ich nie ma…

Ania: Przejdźmy do nauczania. Nie będziemy tutaj dawać lekcji, ale pewne kwestie warto poruszyć. Na przykład kwestię nauczycieli, chociaż trochę już o nich mówiliśmy.

Jacek: Są różni. Dziwi mnie, że przyjeżdżają do nas pary argentyńskie, które poza swoim stylem nie umieją tańczyć nic innego. Mało tego! Nic o tym nie wiedzą! I że Argentyńczyk nie jest w stanie zatańczyć candobme jako podążający. A to nauczyciele przede wszystkim powinni się rozwijać, także poprzez wiedzę. Czytuję różne rzeczy, zagranicznych i naszych. Uważam, ze Kasia (Chmielewska) i Mateusz (Kwaterko) piszą świetnego bloga. Zamieszczali takie informacje jak strefy na parkiecie, jak należy tańczyć, by nie przeszkadzać (sobie i innym), żeby nie tańczyć w rozgwiazdę (w te i nazad, z brzegu do środka i ze środka po brzeg). A bryluje w tym Tadzio Dębski. Możemy go wymienić, bo on to uwielbia, szczególnie jak się mówi o nim źle, albo inaczej!

Tereska: Oj on ostatnio coś się zepsuł! Poprosił mnie.

Ania: Zmęczył się sobą i nie ma siły dokazywać (Tadzio ma się świetnie i w rozgwiazdę wali z równym wigorem co kiedyś).

Jacek: Przecież ma stend’up (już był – jakby ktoś chciał się wybrać – ojjj… dawno nie miał…).

Ania: Wiem, udostępniłam. Nieoficjalnie czasami się wspieramy, co nie zmienia faktu, że kiedy uznam za stosowne, to Tadzia opierdolę.

Jacek: Ostatnio coś długo trzyma się jednej muzy (nie chodzi o muzykę 🙂 Ostatnio coś Tadzio mało publicznie bryka, a i nowej muzy nie widać… Tadziu – czy Ty widzisz, ile miejsca zajmuje Twoja osoba w tej rozmowie?!).

Ania: Bo żeby była następna, musi w jakimś zakresie współdziałać, a póki co Tadzia podchody spełzają na niczym. Wracając do grasujących po parkiecie w rozgwiazdę i wierzgających dziewoj: zwracać uwagę czy nie? A jeśli tak, to kto ma to robić? Gospodarz milongi? Pokrzywdzeni?

Jacek: Ja uważam, że zwracać uwagę należy, w różny sposób. Na milondze, po zaistniałym fakcie powinien to zrobić gospodarz albo dj. Jeśli ktoś mnie kopnie i nie przeprosi, to mam oczywiste prawo mu nawrzucać.

Jacek i Ania Seta – tanguera, która ma dobre serce i nikomu nie odmawia.

Tereska: A mnie się nigdy nie zdarzyło po czymś takim użyć moich decybeli?

Jacek: Nie, bo nas się większość boi (ha!ha! No mało dziwne jak dla mnie ). Jest jeszcze Facebook, na którym warto by było czasem napisać coś więcej, niż że zjadłem kanapkę na śniadanie i piję kolejną kawę. To jest rola nauczycieli i organizatorów milong.

Ania: Czemu Ty nie robisz swojej milongi, tylko dj-ujesz gościnnie?

Jacek: Nie chce mi się. Musiałbym robić playlisty tak często jak Jakub i wpadłbym w rutynę, byłyby monotonne. Jak w Una Emocion czasem robiłem milongę co tydzień, to za czwartym razem wydawało mi się, że playlista jest taka sama. Ona nie była, ale mnie się tak wydawało. To było męczące. Dla mnie to jest dyskomfort, jak układam playlistę i nie jestem z niej zadowolony.

Tereska: A tam! Wsadziłbyś Bacha między te i już!

Jacek: Raz wsadziłem Hansa Zimmera. Jest taki utwór z filmu pt. Sherlock Holmes. Parzyście taktowany da się zatańczyć w sposób tangowy, chociaż to oczywiście nie jest tango. To było w Złotej Milondze i grupa krakowiaków – w tym Misza, mój guru – zatańczyła to z dużą radością. Uważam, że w sposób tangowy nie da się zatańczyć tylko dwóch rzeczy: disco polo i muzyki pielgrzymkowej. Resztę się da.

Tereska: A klasyka jaka jest piękna!

Ania: Disco polo można trzasnąć milongą.

Jacek: Zapewniam Cię, nie da rady, próbowałem. A z milongi nie jestem zły. Do disco polo da się tylko podskakiwać. A! Jeszcze jedno chcę powiedzieć: jestem totalnym przeciwnikiem posypywania podłogi woskiem. Jestem orędownikiem nauki chodzenia w taki sposób, żeby się nie ślizgać. Jak ktoś się ślizga, to znaczy, ze nie umie chodzić. Posypywanie podłogi woskiem powoduje, że kobiety mają nadwerężone stawy: skokowe i kolanowe. Piękne figury, piękne pivoty, czyli to, co chcą wszyscy wykręcić, wychodzi tylko na śliskiej podłodze. W Argentynie większość milong jest na szlifowanych kamieniach. Jest ślisko jak piorun. Jak ktoś ma problem ze ślizganiem, niech zrobi coś z butami, a nie z podłogą. Są buty, które mają łączoną podeszwę: częściowo skórę, częściowo gumę. Można buty posypać woskiem, nie podłogę! Dlaczego ten, co się ślizga, psuje podłogę tym, co się nie ślizgają?! To jest tak jak z paleniem. Nie palę w pomieszczeniach dla niepalących. Na Chłodnej Prezes sypie wosk wiadrem, Jakub też potrafi podłogę zepsuć. Ja się nie ślizgam. Uwielbiam śliską podłogę (Chłodnej nie ma, prezes nie jest prezesem, a Jakub na szczęście parkietu już nie babrucha i parkiet w Złotej Milondze jest dla mnie najlepszy w Polsce).

Tereska: To ja powiem swoje: byliśmy u Prezesa i nam się dobrze tańczyło. Nagle stoję, bo mi się noga nie rusza. Tak tępo. Użyłam swoich decybeli i chciałam zwrotu pieniędzy. Nie oddał. Niehonorowo.

Ania: Rzadko chodzę na Chłodną.

Jacek: My rzadko chodzimy z powodu podłogi, a także dlatego, że tam Tereski nie proszą. To jest elitarna milonga (wyczuwam sarkazm heh), dla sztywnych. Nie ma tam frajdy i zabawy.

Ania: Co by nie mówić, Chłodna ma największą frekwencję ze wszystkich milong, chyba w całej Polsce. Przebijał ją jedynie InterContinental, który wynalazłam i bardzo lubiłam, ale to się odbywało raz w miesiącu i się skończyło (kto pamięta te czasy, ten wie: to była milonga full wypas, z prezentami dla gości, za 15 zł… Warszawska poszła w jej ślady, tyle że prezentów nie ma i cena sporo wyższa).

Tereska: A co tam było? Byliśmy tam?

Jacek: Byliśmy, ale mi się nie podobało. Może dlatego, że go budowałem… (śmiech). Jak budowałem galerie handlowe, to nie lubiłem do nich chodzić na zakupy.

Ania: Dlaczego warto tańczyć tango? Nauka jest trudna i żmudna. To nie salsa. Nie ma natychmiastowej przyjemności.

Jacek: Każdy chyba ma inaczej. Dla mnie przyjemne było już to, że chcę coś osiągnąć. Miałem niesamowitą ambicję, żeby nauczyć się tańczyć.

Ania: Kłóciliście się?

Jacek: Jak cholera!

Tereska: Kto? My?! W życiu! (znowu ten szelmowski uśmiech ). Co Ty mówisz takie rzeczy?! My się chcieliśmy pozabijać! Ale kłócić się?!

Jacek: To nie tylko my. Byliśmy na obozie w Rajgrodzie. Kurs prowadził Thierry le Cocq. Była z nami para z Gdańska. Oni i my tak się kłóciliśmy, tak drzwi trzaskały, że prawie trzeba je było wymieniać.

Tereska: Tak? A o co myśmy się tak kłócili?

Jacek: O wszystko.

Ania: Ale przetrwaliście. Po co Wam to tango?

Jacek: Dla nas teraz to jest duża część życia. Ma u nas szczególne miejsce, bo uratowało Teresce życie. Atak serca miała o 2.30 w nocy. Gdyby to było w domu, podczas snu, już by nie żyła. A że było to na milondze, ponad 100 osób, kilku lekarzy, ratownicy medyczni i wodni…

Tereska: I stewardessa, która jest ćwiczona w takich rzeczach.

Jacek: Czyli były osoby, które profesjonalnie uratowały Teresce życie. Dostała drugie, jak w grze komputerowej. Nigdy im tego nie zapomnę i będę wdzięczny dozgonnie!!! Tango jest dla Tereski jedną z form aktywności fizycznej.

Ania: Skoro poruszyłeś ten temat, to powiem Ci, że wiele osób z naszego środowiska Cię podziwia, że masz cierpliwość do… czasami niełatwych zachowań Tereski…

Tereska (z prawdziwym zaciekawieniem): A co ja takiego robię?

Ania: Potrafisz coś powiedzieć, aż fleki odpadają. A wygląda na to, ze Jacek się Tobą w pełni opiekuje, bo tak chce. Statystyki są takie…

Jacek: Znam je. 9 na 10 kobiet w sytuacji ciężkiej choroby partnera zostaje, 9 na 10 mężczyzn odchodzi.

Ania: No właśnie. Dlaczego Ty jesteś ten jeden?

Jacek (bez namysłu): Może ja nie jestem facetem? (to by mi raczej do głowy nie przyszło…)

Tereska: Ha! Ha! Ha! Widzisz? Wydało się!

Jacek: Zewnętrzne atrybuty wcale nie muszą iść w parze z psychiką. Może ja mam psychikę kobiety? Jestem bardzo opiekuńczy. Byłem taki w stosunku do mojej matki, do córki (Agnieszki, tanguery i dj-ki), jestem w stosunku do żony. Taki jestem. Teraz zostałem dziadkiem. Może to jest kwestia wychowania? Mojego wieku? Pewnej kultury i tradycji? Kiedy braliśmy ślub, składaliśmy przysięgę. A jej słowa brzmią między innymi: w zdrowiu i w chorobie aż do śmierci. Ja z tą przysięgą zgadzałem się wówczas i zgadzam się dzisiaj. Nie robię tego pod przymusem czy z powodu presji społecznej. Robię to z własnej nieprzymuszonej woli, wręcz sprawia mi to radość, że się mogę opiekować moją żoną.

Ania: Kto kogo znalazł? Ty Tereskę czy Tereska Ciebie?

Jacek: Uhuhu!!! Uałała… (oho! Będzie gorąco!) Poznaliśmy się na studiach. Ja ją wypatrzyłem…

Tereska: Ja go wypatrzyłam!

Jacek: …bo chodziła bez biustonosza w takiej niemal przezroczystej bluzce i miała piękne sterczące cycki. Wodziłem za nimi wzrokiem i tak mi ślina ciekła…

Tereska: …a ja za nim chodziłam…

Jacek: …a potem spotkaliśmy się w akademiku. Jak chciałem ją zaczepić, to mi powiedziała, że nie dla psa kiełbasa.

Tereska: Bo z jakąś babą siedział! Jaka ja byłam wściekła! Ja tu, rozumiesz, myślę, że jakieś bara-bara, a on z obcą babą! No wyobrażasz sobie?!

Ania: I co?

Obydwoje zgodnie: I poszliśmy do łóżka.

Jacek: A potem, ponieważ moi rodzice uważali, że małżeństwo z Tereską będzie mezaliansem, wyprowadziłem się z domu i mieszkałem w akademiku na waleta, choć jestem warszawiakiem. Takie były czasy, że nawet zalegalizowano waleta w akademiku. Walet legalny nie miał przyznanego miejsca, ale za nie płacił. Teraz pewnie nie wiedzą, co to jest.

Ania: Wiedzą. Mój syn waletuje u dziewczyny, ale chyba jako walet nielegalny (teraz syn ma swoje mieszkanie, dziewczyna waletuje u niego 🙂 ).

Jacek: To nie koniec. Moja babcia i moi rodzice chcieli za mnie wydać pewną Amerykankę. Jej babcia, znajoma mojej, dwa razy przywiozła ją do Polski. Oni zaprosili mnie do Stanów i u nich mieszkałem. Uświadomiłem tę dziewczynę, że się z nią nie ożenię. Po 4 miesiącach wróciłem. Wiedziałem, że chcę z Tereską spędzić resztę życia.

Ania: Pozwoliłaś mu jechać do innej baby i go nie zabiłaś?

Jacek: Zaraz! Byliśmy wolni, nie mieliśmy ślubu. A potem Tereska pojechała na rok do Australii. Już jako żona. Poza tym ja nie jechałem do innej! Powiedziałem, że dostałem zaproszenie i chcę jechać. Nie jadę tam się żenić!

Ania: Uwierzyłaś mu?

Tereska: (z dużym wahaniem) No, powiedzmy.

Jacek: Wtedy to była wielka szansa: wyrwać się z bloku wschodniego…

Tereska: …i kupić sobie dżinsy.

Jacek: I pracować, zarobić, kupić sobie trochę fajnych rzeczy. A że przy okazji była tam dziewczyna, wobec której rodziny miały pewne zapędy… Ja pojechałem, żeby skorzystać z zaproszenia, a nie żeby się żenić.

Tereska: Potem Jacusia z domu wyrzucili hehehe…

Jacek: Sam się wyrzuciłem!

Tereska: A potem byłam najlepszą synową.

Ania: Co poradzilibyście ludziom, którzy zapytaliby o receptę na przetrwanie w związku? Przecież wiadomo, że przeżywa się różne chwile, etapy, trudności.

Tereska: Trzeba mieć do siebie zaufanie, często się bzykać, nie robić wymówek bez powodu…

Ania: A jak jest powód to już można?

Jacek: Jest taka fundamentalna podstawa dobrego przeżycia, że trzeba się komunikować. Bez tego narastają problemy. Musi być tolerancja, ale nie całkowita. Zdrowy rozsądek, jak wszędzie.

Ania: Teresko, a Ty nie byłaś nigdy zazdrosna?

Jacek: Była jak cholera. Teraz nie jest w ogóle. Myślę, że dlatego, że jak miałem okazję odejść – i inni mówili, że by to zrobili – ja zostałem, więc uwierzyła, że ją kocham.

Tereska: Ale kiedy miałbyś odejść?

Jacek: Jak byłaś bardzo chora.

Tereska: Nawet bym tego nie zauważyła.

Jacek: To tym bardziej nie mogłem. Wracając do miłości: tango zezwala na intymny kontakt z inną kobietą niż żona, bez potrzeby ganienia go. Po dziesięciu latach tych różnych intymnych kontaktów stwierdzam, że moja żona jest moją właściwą partnerką: życiową i tangową. Na koniec apel do partnerek: nie dotańczajcie! Nie domyślajcie się i nie zgadujcie, tylko czekajcie i dajcie się poprowadzić! (Dopóki nie zabrałam się za próby prowadzenia, myślałam, że tylko początkujące tanguery dotańczają i wierzgają. otóż NIE! Te niby zaawansowane też to robią! Jedne z pobudek altruistycznych – chcą pomóc biednemu liderowi, a zapominają wsłuchać się w niego; inne – bo ponosi je ego: chcą pokazać, jakie to są świetne, teatralnie instruują – po prostu nie umieją się właściwie zachować – ale to też opiszę przy innej okazji)

Tereska: I niech się na facetach nie wieszają i nie kopią ich w kolana.

Ania: Dlaczego z jednymi kopię się kolanami, a z drugimi nie?

Jacek: Może być wiele powodów.

Tereska: Chodzenie na zgiętych nogach.

Jacek: Tak, jeśli partnerka chodzi na ugiętych nogach i odsuwa się plecami od partnera, będzie go kopać w kolana. Ale wtedy kopie się z każdym, a nie tylko z niektórymi. Może być złe wyprowadzenie kroku przez faceta, kiedy zaczyna od kolana. Nogę do kroku wyprowadza się z pachwiny i sunie się piętą po podłodze, z przeprostowanym kolanem. Ale tu już wchodzimy w uczenie.

Ania: Teresko, chcesz coś jeszcze powiedzieć?

Tereska: Ja już się nagadałam.

Ania: To na koniec powiedz, co tango może komuś dać?

Tereska: (patrząc mi w oczy, z łagodnym uśmiechem, ściszonym głosem) Nie wiem, co może dać Tobie. Mnie dało to, że mój mąż mnie jeszcze bardziej pokochał. I to jest najpiękniejsze zdanie tej rozmowy.

Jacek Mazurkiewicz – inżynier budownictwa lądowego, od lat jako project manager lub dyrektor projektów, pracuje w budownictwie kubaturowym, komercyjnym (budowa biurowców, hoteli, galerii handlowych). W czasie studiów pracował jako nauczyciel w technikum. Od siebie dodaje: „Tereska jest najpiękniejszą kobietą na świecie. I więcej nie trzeba pisać. Może tylko to, że 3,5 roku temu umarła, a dzięki ludziom dostała drugie życie. Grałem na akordeonie i pianinie. Ładnych parę lat. Sprawiało mi to przyjemność. Nigdy nie chciałem zostać wirtuozem instrumentu!!! Wciąż wiem że mogę jeszcze lepiej grać. Ale czy mi się chce???”.

Rozmawiała: Ania (Bestiaaa)

 

Tango na bielskim zamku – październik 2017

Do niedawna mówiłam, że Ania Pietruszewska jest carycą bielskiego tanga. Trochę się krygowała, trochę zżymała: że caryca niezbyt ładnie brzmi, że to władczyni rządząca twardą ręką, że w ogóle i w szczególe to ależ skąd, nigdy w życiu… I właściwie miała rację. Nie pozostało mi nic innego, jak zmienić zdanie.

Żadna z niej caryca. To Anielica bielskiego tanga (i okolic).

Porywa się z motyką na słońce i dokonuje niemożliwego. Wymyśliła sobie festiwal tanga na bielskim zamku. Kilka dni przed imprezą wystawił ją do wiatru człowiek, który obiecał świetny parkiet (dziedziniec jest marmurowy, więc bano się, że pod wpływem tanga się zniszczy) i profesjonalne oświetlenie. Po drodze słyszała wiele krytycznych głosów, że nie tak, nie siak…

Nie zniechęciła się i co zaplanowała, to zrobiła.

Sobotnie wydarzenie było częścią większej całości, która trwała od czwartku do niedzieli (milongi i warsztaty). Przyjechało trochę ludzi z zewnątrz. Niby łatwo dojechać, bo jest Pendolino… Jednak ono nie kosztuje trzydziestu złotych, ani nawet stu trzydziestu. Na dodatek w tym czasie odbywała się comiesięczna milonga w Olsztynie, a w Warszawie koncert Bandonegro Tango Orquesta z milongą i pokazem naszej najlepszej – według Jolandy – polskiej pary, Jakuba Korczewskiego i Magdy Bochińskiej. Przyjechali goście z Czech, a nawet i nie tylko.

Bielsko-Biała ma cudowną starówkę.

Pięknie odrestaurowane kamieniczki i bajeczną Salę Redutową (to jedna z najpiękniejszych neorenesansowych sal w Polsce), znaną nam z imprez sylwestrowych. Niestety: czymś tak smarują parkiet, że w tym roku Anielica zdecydowała, że nie chce narażać ludzi na przyklejanie butów do podłogi i sylwestra nie będzie. Za to – po raz kolejny – będzie super maraton w Szczyrku – rejestracja trwa, warto tam być!

Ale wróćmy do tanga na bielskim zamku.
Festiwal odbył się w Muzeum Historycznym Zamek Książąt Sułkowskich, który ma malowniczy adres: Wzgórze 16. I beznadziejny dojazd samochodem – a wystarczy
łoby rozwiązać to trochę inaczej… Gorszy jest jedynie wyjazd z dworca we Wrocławiu – tam musiał to projektować jakiś pijany szaleniec, tu zwyczajny bezmysł).

To było bardzo przyjemne spotkanie towarzyskie.

A i tangowe też. Nie było parkietowych „mistrzów świata” (we własnym mniemaniu), i całe szczęście. A kto chciał, mógł przyjemnie zatańczyć. Na parkiecie co prawda panował bałagan, nie było mowy o żadnej rondzie, ale to na takich imprezach standard, także na świecie. Rondy zachowywane są chyba jedynie na maratonach, i to tych encuentro milonguero lub z bardzo silną selekcją. To była kameralna impreza, nie nastawiona na setki uczestników. Dziedziniec i parkiet miały swoją pojemność, a w godzinach szczytowych wypełnione były po brzegi.

  

Każda impreza wyjazdowa jest świetną okazją do nawiązywania nowych znajomości.

Ja np. poznałam przesympatyczne małżeństwo z Warszawy (Celino i Leszku – pozdrawiam!), a także miłego i dobrze tańczącego Czecha. Każdy wyjazd to także okazja do spotkania tych już sobie znanych, z drugiego końca Polski (lub świata). Albo można odnowić znajomość z kimś ze swojego miasta. Ja dowiedziałam się od warszawskiego kolegi, że ostatnio ze mną nie tańczył, bo byłam zbyt mało namiętna… 😀

  

Jeszcze się taki dj nie urodził, co by każdemu dogodził.

Osobiście uważam, że muzyka była na tyle różnorodna, że każdy mógł znaleźć i zatańczyć miłą sobie tandę. Każdy grał inaczej. Rozpoczął Facundo Penalva – systematycznie spolszczany Argentyńczyk, po nim stery przejął nasz bułgarski Polak Vasko Manov (uwielbiam bałkańskie cortiny!), po nim zagrał Mateusz Stach, a zakończyła z przytupem Ania, celowo puszczając cortiny szantowe (na cześć zlotu uczestników tegorocznego Tanga pod Żaglami – bo mało jej, więc i na Mazurach musi poszaleć – już zaplanowała przyszłoroczną edycję…).

    

Festiwale są imprezą dla wszystkich.

Dla tych mniej doświadczonych – ważne, aby nauczyciele uczyli nie tylko kroków, ale też tłumaczyli, dlaczego porządek jest ważny i jakim zagrożeniem jest bałagan, i dla doświadczonych – jak umieją nawigować, łatwiej się w tłoku odnajdą. Najważniejsze na zatłoczonym parkiecie jest, by kobiety pilnowały nóg i nie machały nimi po dzikiemu (nawet jak dostaną za dużo energii), bo mogą zrobić komuś krzywdę, a mężczyźni by nie szli do tyłu i nie wystawiali łokci.

  

Podłoga dostarczyła tańczącym dodatkowych atrakcji.

Zanim ułożono parkiet, nie było widać, że dziedziniec ma spadek, który chyba bardziej odczuwali prowadzący (przynajmniej ja, jak na chwilę weszłam w tę rolę, miałam wrażenie, że lecę w dół…). Powierzchnia okazała się nie być tępa. Tak sobie teraz myślę, że może gdyby miała mniejszy poślizg, spadek byłby mniej odczuwalny? Chociaż ja osobiście nie lubię tępych parkietów i wolę, kiedy pivoty wchodzą jak w masło…

Nie ma podłogi zbyt śliskiej.

Chyba że, jak mówi Jacek Mazurkiewicz, nie umie się stawiać stóp. Ta była – moim zdaniem – w sam raz (Janusz K. słusznie zauważył, że bardziej śliska podłoga jest lepsza dla stawów niż zbyt tępa), jedynie nieco skośna. Dobra cena Prosecco w zamkowej restauracji pozwalała na systematyczne wizyty w barze, dzięki czemu można było oszukiwać błędnik i trzymać zarówno pion, jak i właściwy poziom. Uczestnicy tego „eksperymentu społecznego” w sumie dobrze się bawili, traktując dodatkowe parkietowe walory jako wyzwanie.

Jak festiwal, to pokaz.

Gwiazdami wieczoru byli Marie Loy z Grecji i Facundo Penalva – wcześniejszy dj, który na co dzień uczy w szkole bielskiej Anielicy. Marie miała tańczyć ze swoim partnerem, z którym była na tegorocznym Tangu pod Żaglami. Niestety tydzień przed festiwalem, przygotowując się do pokazu – Matis złamał nogę. Tak więc Marie wystąpiła z Facundo – ze względu na wspomniany spadek parkietu – w wyższej części dziedzińca.

    

Film nakręcony przez Leszka Wdowińskiego można zobaczyć TU.

Życzę wszystkim organizatorom takiego zapału i wytrwałości, jak ma bielska Anielica.
A tangowców zachęcam: jeździjcie. Doświadczcie. Poznajcie. Warto.

Foto: Sona Komarkova Photo Tango.

Ania (Bestiaaa)

 

 

 

 

 

Neotango Night w Jazz Club Akwarium – 7.10.2017

Nie lubię zbytniego cudaczenia w tangu. Co nie oznacza, że jestem tangową talibką. Nie jestem. Nie lubię starych trzeszczących rzęchów z wyjcowaniem. Lubię tango nuevo. Sądzę, że warto zdefiniować pewne pojęcia – żebyśmy to samo mieli na myśli. Tango nuevo to tradycyjne tanga w nowych aranżacjach lub po prostu nowe tanga. Ale tanga! A nie co popadnie. Wszystko, niezależnie od gatunku muzycznego, podpada pod neotango. Czyli tzw. alternatywa. Taki Gotan Project mieści się w tango nuevo, a także w electro. Tańczenie do Chopina czy rapu (a jakże!) to żadne nuevo, tylko alternatywa. Tyle jeśli chodzi o muzykę. A w tańcu – jest tango milonguero (bardzo kontaktowe, z napieraniem, prowadzenie z centrum), salon (trochę luźniejsze objęcie, we własnej osi), nuevo (luźne objęcie, bez wypiętego kuperka, zamaszystość, boleo, volcady). Jest i neotango, które zawiera w sobie elementy tanga i … wszystkiego innego.

Nuevo często jest mylone z alternatywą.

Pamiętam, jak kiedyś na mojej milondze DJem był Argentyńczyk. Grał zdecydowanie inaczej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni, a jako zawodowy muzyk – też inaczej słyszał. Trochę towarzystwo było umęczone tańczeniem do bardzo wokalnych tang u nas nieznanych. W pewnym momencie zapytał, co zagrać: tradicion czy nuevo. Obecni ochoczo zakrzyknęli, że nuevo – spodziewając się jakiegoś Bonda albo Grace Jones. A tu nastąpiła dalsza część tego, co było… Dla DJ-a pewnie to było co innego, przeciętny polski tanguero nie wyczuł różnicy.

Neotango to takie tango prawie bez tanga.

Zarówno muzycznie, jak i tanecznie. Jakiś czas temu widziałam pokaz neotanga. Zdecydowanie nie umiem z taką gracją tarzać się na czworaka po parkiecie do dziwacznej muzyki. Tak więc decydując się pójść na Neotango Night spodziewałam się umęczenia już po półgodzinie…

Jazz Club Akwarium to bardzo przyjemne miejsce.

Nie wszyscy bywalcy letnich milong na Skwerze Hoovera wiedzą, że to właśnie tu 🙂 Wnętrze restauracyjne znajduje się na górze, a na dole, w podziemiach, urządzono sporą salę z bardzo dobrą drewnianą podłogą, profesjonalnym nagłośnieniem i sprytnym barem (z przemiłym młodym przystojnym barmanem). Nawet plastikowe krzesła nie były takie zwykłe, tylko miały dość ciekawą formę…

DJane Danusia grała bardzo przyjemnie.

Było oczywiście kilka dziwnych kawałków, ale zdecydowanie nie czułam się przytłoczona. Kiedyś niefortunnie publicznie skomentowałam film jako noc żywych trupów, na którym widziałam snucie się do ciężkiej muzy. Obawiałam się, że tu mogę doświadczyć tego na żywo. Ale nie! Danusia tak zagrała, że mnie nie zmęczyła. A wdzięcznymi lekkimi milongami wręcz zachwyciła.

Neotango jest dobre dla tych, którzy nie lubią sztywnych reguł.

Nikt nie oczekuje rondy – można hasać w te i nazad, co bez krzywych spojrzeń czynił warszawski mistrz tej dyscypliny. Nie ma cortin – tańczysz, ile chcesz. Można bez schodzenia z parkietu przyssać się do siebie na półtorej godziny. Można też jeden kawałek zatańczyć, następny sobie darować, by na kolejny wrócić i pląsać. Nie ma oczekiwań co do strojów, a mimo to taki jeden, co to różnie bywa, tym razem był przyzwoicie ubrany (chyba tylko w lato straszy gołymi pachami i skarpetami do sandałów).

Organizatorem jest jeden z najbardziej wszechstronnych zawodowych tancerzy.

Piotr Woźniak to warszawski nauczyciel tanga, promotor tanecznego PRO – AM (profesjonalista i amator startują w międzynarodowych zawodach), a także zawodowy tancerz z dużym dorobkiem scenicznym. W najbliższą środę, 11. października, w warszawskiej Stodole, podczas koncertu Roberto Siri, będzie można go zobaczyć w pokazie tanga solo. Wystąpią także: Jakub Grzybek i Patrycja Cisowska (mistrzowie świata w tango escenario – czyli mega tango show! a także organizatorzy festiwalu RECUERDO) – oraz inne warszawskie pary. 

Warszawa jest gotowa.

Aby mieć cykliczną imprezę, na której zasadą jest brak sztywnych zasad. Moim zdaniem nie ma co wartościować ani muzyki, ani stylów tanecznych (no chyba że dj ewidentnie przysmęca, a tangowicz nie wie, co czyni – ale to inny temat). Każdy może wybrać, co mu pasuje. Dla mnie tango bez bliskiego kontaktu nie ma sensu, ale wierzgnąć czasem też lubię. Muzyka Złotej Ery jest dla mnie tangowo najbogatsza, co nie znaczy, że dla odmiany nie zapląsam do czegoś innego. To co – do zobaczenia? 🙂

Ania (Bestia)