Blog

Sitges 2017 – XIV Tango Festiwal w Hiszpanii

Jola:

O festiwalu w Sitges słyszałam od wielu osób. Tegoroczna edycja odbyła się po raz XXIV! To jeden z najstarszych festiwali w Europie. Lipiec, Barcelona tuż obok, plaża, super jedzonko i tango – to wszystko zadecydowało o kolejnej wyprawie do Hiszpanii: pięć dni w Sitges, dwa w Barcelonie.

Ania:

Po encuentro w Maladze (o tamtej wyprawie możesz przeczytać TU) – zakochałam się w Hiszpanii, hiszpańskich imprezach, różanej cavie i ichniejszych kalmarach… Bardzo byłam ciekawa tego festiwalu. Miałam nadzieję, że ponownie spotkam część osób tam poznanych. I nie mogłam się doczekać nowych znajomości i nowych abrazos… oraz Barcelony, do której wybierałam się trzy razy (raz nawet miałam kupiony bilet i zarezerwowany hotel), ale z przyczyn losowych nie udało mi się dotrzeć.

  

Jola:
Festiwal organizuje (od 1993 roku, zawsze w połowie lipca) Associacion Barcelona Tango Club. Tę edycję rozpoczęto spektaklem w wykonaniu Compañia Tango Amado w centrum kulturalnym El Retiro, na którym był komplet widzów. Potem milonga. Kiedy festiwal zaczyna się w środę – wiadomo, że wielkich tłumów tej nocy nie będzie. Co nie oznacza, że nie będzie z kim tańczyć! Oj… tu było… Nowe znajomości zaowocowały imprezą do białego rana, niekoniecznie tangową… 

   

Ania:

Wszystkie festiwalowe milongi odbywały się w El Retiro. System biletowy był nowoczesny, komputerowy. Cudowne było to, że tańczyliśmy na powietrzu! Hiszpańskie lato wcale nie jest jakoś bardzo upalne, przynajmniej nie w Sitges. Wieczory były przyjemnie ciepłe, ale nie gorące. Podobno rok wcześniej padał deszcz… Tym razem trochę się chmurzyło, ale ostatecznie nie musieliśmy się chować pod zadaszeniem restauracji. Minusem była kamienna podłoga z umiarkowanym poślizgiem. I niestety bałagan na parkiecie. Zwłaszcza w weekend dał się we znaki, kiedy przybyło bardzo dużo osób. O żadnej rondzie nie było mowy. W ogóle poziom tangowy – jak to na festiwalach – był średni. Towarzyski na 5+ 🙂 Ale i tu znalazły się ubraniowe i obuwnicze męskie dziwadła. To ciekawe (zdecydowanie temat gender), że paniom nie przychodzi do głowy założyć na nogi czegś, co okropnie wygląda… 

  

Jola:
K
olejne dni festiwalu to dla wielu uczestników czas na doskonalenie umiejętności pod okiem zaproszonych maestros. Byli to Gustavo Rojas i Gisele Natoli oraz Veronica Palacios i Jorge Pahl. Obie pary oczywiście dały pokaz na nocnych milongach.

Ania:

Szczególne wrażenie zrobiła na mnie milonga w wykonaniu Veroniki i Jorge. Matko, jak ona zasuwała tymi stópkami… Jakby miała w nich motorek… Jorge to kawał przystojnego faceta. Zasadzałam się na taniec z nim. Wyszło, ale… na innej imprezie 🙂 Szczegóły wkrótce. Bardzo bym chciała, aby ta para przyjechała do Polski – nie jest to trudne, ponieważ na co dzień Veronica i Jorge mieszkają i uczą w Barcelonie. A jak tańczą – można zobaczyć TU 

   

Zdjęcia pochodzą z profilu  na Facebooku Veroniki Palacios i mają status publiczny.

Jola:
Festiwalowe dni wyglądały podobnie: wieczorne milongi w El Retiro, a popołudniowe na plaży – które mają swoich zwolenników i przeciwników. Ja osobiście nie przepadam za tańczeniem na ubitym, mokrym piasku, lecz wiele osób było zachwyconych.

Ania:

Nie znoszę tańczenia na piachu czy w wodzie. Może to wygląda malowniczo i romantycznie, ale dla mnie trudne piwotowanie jest zbyt dużym dyskomfortem i nie chce mi się nadwyrężać stawów, bo i po co? Dlatego byłyśmy tylko na jednej. A wystarczyłoby przenieść tangolenie kilka metrów dalej. Było miejsce. Zdecydowanie wygodniejsze niż piach. Widać taka była idea. Więc więcej czasu miałyśmy na knajpki, w których jedzenie i wino wiadomo, jakie jest. Niestety pyszne. Niestety, bo po powrocie do Polski trzeba przechodzić na dietę :p

   

Jola:
Nocne milongi zaczynały się o 21.30, kończyły o 2.00,, czyli jakoś specjalnie długie nie były. Ale po milongach głównych następowało after party. Pierwsze odbyło się na maleńkim cypelku, tuż nad skalistą przepaścią, na trudnym kamiennym podłożu.

Ania:

Czegoś takiego nie przeżyłam w życiu… Jak zobaczyłam tę przepastną otchłań – pomyślałam: nie ma mowy! Usiadłam sobie z boczku i ze ścierpniętym tyłkiem obserwowałam, jak Jolanda pląsa. Matko… Mam jakiś taki ukryty lęk wysokości. Mogę być na 50. piętrze, jeśli są barierki i zabezpieczenia. Tu było po prostu urwisko, jak w filmie grozy. Jednak tak całkiem nie udało mi się wymigać. Tańczyłam… i do dziś, jak sobie przypomnę, znowu cierpnie mi tyłek. Aaa!!!

  

Jola:
Nocne milongi odbywały się w różnym składzie, ponieważ każdego dnia sporo osób dojeżdżało z Barcelony. To powodowało większą rotację partnerów i nowe doznania ? Ja co prawda miałam grono moich ulubionych, ale… zawsze to miło zatańczyć z kimś innym.

Ania:

Generalnie na milongach głównych teren był tangu przyjazny. Stoły i krzesła były ustawione wokół parkietu i było ich na tyle dużo, że nie trzeba było walczyć o posadowienie czterech liter. Dj-e grali dobrze, bez smęcenia i wyjcowania. Tandy zmian i hocki – klocki nas akurat nie interesowały, ale ponieważ – jak to na festiwalach – było więcej pań, one mogły skorzystać i dorwać się do tangueros 🙂 To było zwyczajne polowanie… Nie, zdecydowanie nie chcę brać w czymś takim udziału, ale jak ktoś lubi – niech bierze. My na szczęście nie narzekałyśmy na brak chętnych do wspólnego tanga. Zarówno ja, jak i Jolanda – odpuszczamy uganianie się za mężczyznami w jakiejkolwiek formie. To za nami warto się uganiać :p Była pani bez skrępowania desantująca panów (czasem się nacięła na odmowę), były dziewczyny prowadzące. Wszystko było 🙂

  

Jola:
Festiwal miał kilka niespodzianek miłych i przerażających. Dobrze, że after party zostało przeniesione znad urwiska pod sam kościół, bo co noc było więcej osób i wszyscy na cypelku by się nie zmieścili. Cudowną niespodzianką był koncert Federico Gonzaleza z Buenos Aires. Federico nie dość, że pięknie zaśpiewał na sobotniej after party, to jeszcze miał takie objęcie, że ech…?
Zresztą:
nie tylko on …???

  

Ania:

Tą przerażającą niespodzianką dla mnie był „Tango coaching”. Ja w takich hopsztosach z zasady nie uczestniczę. Jolanda lubi nowe doznania, więc wzięła i się zgłosiła. Już pierwszej nocy umówiła się na kołczowanie z takim jednym. Ja nie chciałam za żadne skarby, bo jako jednostka mało socjalna nie lubię cudaczenia z obcymi ludźmi i dobrze mi z tym. Nie chcę przełamywać żadnych barier, bo to moje barierki ochronne, znane i przeze mnie akceptowane. Nie wiem, ki czort mnie opętał, że zmieniłam zdanie. Na dzień przed zapytałam Yaniny (prowadzącej – cudowna, ciepła kobieta!) – z nadzieją na odmowę – czy mogę dołączyć. Myślałam, że nie będzie partnera… Niestety był. Ale po kolei. Założeniem tango coachingu było wyzwolenie w tangueros „prawdziwego tangowego ja”; żeby zacząć tańczyć, nie udając kogoś innego. No i fajowo. Tylko że ja nikogo nie udaję, więc nie mam czego wyzwalać. Jolanda wystawiła do wiatru tego, z którym się umówiła (zapracował na to), i kołczowała się całkiem przyjemnie z kimś innym. Ja dostałam z przydziału (oczywiście było więcej kobiet, więc męscy organizatorzy przyszli z odsieczą) sapiącego, gniotącego moją talię i plecy jak ciasto na pierogi takiego jednego, co to najpierw mnie zadziwił, wkurzył, potem rozśmieszył (sapaniem i gnieceniem), a w efekcie końcowym ubawił, bo w taki sposób wczuwał się w connection, że pękałam ze śmiechu. Przy całej sympatii do tangowej kołczini – nie chciałabym tego powtórzyć nigdy więcej. Moim zdaniem takie zajęcia są dobre dla tych, co by chcieli się trochę pomiętosić, ale nie znają się na tyle, by mieli śmiałość 🙂

  

Jola:
To był cudowny czas. Do zobaczenia za rok na jubileuszowym XXV Festival International de Tango Sitges ❤

Ania:

To znaczy, że jedziemy..? OK!

WRAŻENIA PODRÓŻNICZE – POZATANGOWE

  

Jola:

Sitges leży zaledwie 35 km od Barcelony i jest doskonale z nią skomunikowane. Autobus kursuje całą dobę (w dzień co 15 min., w nocy co półtorej godziny) i kosztuje 4 €. Niestety nie zdążłyśmy na ten o północy. Samolot miał 30 minut opóźnienia i zabrakło nam dosłownie 5 minut… Skutek: 1,5 godziny oczekiwania na następny ? Nie zepsuło nam to humoru absolutnie, bo liczy się doborowe towarzystwo ??? Na miejsce dotarłyśmy koło 3 w nocy.

Ania:

Wylatywałyśmy z Modlina. To chyba najgorsze lotnisko świata. Z kontrolą bezpieczeństwa wariują jeszcze bardziej niż na Okęciu. Jolanda musiała zrobić awanturkę, bo służbista przyczepił się do czegoś, na co na lotniskach całego świata nie zwracają uwagi. I wieczne opóźnienia… Czy jakikolwiek samolot wystartował punktualnie? To są niby drobiazgi – dla tych, którzy rzadko podróżują. Dla nas to zwyczajnie wkurzająca strata czasu. Mamy porównanie, jak funkcjonują inne lotniska na świecie. Nasze polskie muszą być oczywiście pasażerom nieprzyjazne, bo po co ma być sprawnie i miło, kiedy może być do dupy?

Jola:

Na szczęście zawsze jakoś dolatujemy. Z lotniska autobusem dojechałyśmy do centrum. Tam musiałyśmy znaleźć przystanek do Sitges. Połaziłyśmy w tę i z powrotem i na około, a po kilkunastu minutach zorientowałyśmy się, że miałyśmy przystanek pod nosem :D 😀

 

Ania:

Czekając na właściwy autobus na właściwym przystanku – uciełyśmy sobie pogawędkę ze zmęczoną balangowiczką narodowości brazylijskiej i zjadłyśmy resztki prowiantu z torby Jolandy, która miewa zaopatrzenie, bo zaczyna podróż znacznie wcześniej niż ja (dojeżdża z Olsztyna). Kiedy dojechałyśmy na miejsce, też trochę połaziłyśmy w te i wewte, bo mapa wujka gugla działa, jak chce. Czasem z opóźnieniem, czasem dziwnie się ustawia i idzie się nie w tę stronę… Kiedy namierzyłyśmy właściwy azymut i doczłapałyśmy prawie pod wejście, hurgot walizek ciągniętych po bruku zaalarmował naszego gospodarza, który przez domofon zaczął nawoływać Jolandę… Nie jest tajemnicą, że to ona robiła rezerwację. Jak zwykle zresztą. Jest dobra w te klocki i tyle. Jak ja raz zarezerwowałam Berlin, to się okazało, że w cholerę daleko i IV piętro bez windy…

Jola:

Nasze mieszkanie okazało się być bardzo przyjemne i wygodne: wyposażona kuchnia, czysta łazienka i nasza sypialnia z cudownym tarasem oraz wszechobecnym, bardzo przyjacielskim kotem Pimpim.
Mieszkałyśmy na jednej z głównych ulic, bardzo blisko plaży i w niewielkiej odległości od imprez festiwalowych. Mogłyśmy się wygodnie relaksować 🙂

   

Ania:

Dobra lokalizacja niestety zazwyczaj związana jest z hałasem. Poza Tel Avivem, gdzie w bocznej małej uliczce w nocy panował straszny hałas (samochody dostawcze, śmieciarki, marcujące w maju wolno żyjące koty… Cała relacja jest TU) – to było najgłośniejsze miejsce, w jakim nocowałyśmy. Od bladego świtu zasuwały ciężarówki, autobusy i chyba cały kataloński ciężki transport…

Jola:
Sitges to dla Hiszpanów takie ichnie Saint Tropez. Kurort, do którego przyjeżdża się zabawić i poleżec na plaży. To miejsce słynie również z niezwykłej tolerancji – jest hiszpańską stolicą gejów i podobno cieszy się największą popularnością w Europie. Jestem tolerancyjna i widok par o innej orientacji niż moja zupełnie mi nie przeszkadza. Knajpka z najlepszymi kalmarami była tuż obok, więc próbowałyśmy się wczuć…

 

Ania:

Lipiec to szczyt sezonu. Plaża pełna ludzi. Nie ma naszych nadbałtyckich parawanów, ale ręcznik leży przy ręczniku. A w weekend jest jeszcze ciaśniej. Pierwsze dwa dni chodziłyśmy na zwykłą plażę. Aż odkryłyśmy tę drugą – okazała się mniej tłoczna. Co ciekawe: na nią także przychodziły rodziny z dziećmi. Oczywiście widać było dziewczyny trzymające się za ręce i chłopaków dających sobie całusy, ale standardowe rodziny nie należały do rzadkości. Tyle tylko, że skoro na takiej plaży leżałyśmy z Jolandą obok siebie – nie mogłyśmy liczyć na awanse mężczyzn poza chłopakiem sprzedającym napoje. Ojjj… podobał się chłopakom, a my podobałyśmy się jemu 🙂 Ponieważ miejsce trochę zobowiązuje, nakazałam Jolandzie smarować moje plecki z większą niż zwykle czułością :p

   

Jola:
Sitges
to bardzo urokliwe miasteczko. Główną atrakcją turystyczną jest kościół świętego Bartłomieja z XVII wieku – dla Ani był to zamek ? Tu właśnie, na placu kościelnym, odbywały się nasze after party ?

Liczne bary zapraszają na całonocne imprezy. Knajpki ze wspaniałym jedzeniem to hiszpańska codzienność… Chociaż najlepsze kalmary jadłyśmy w Pic Nic przy samej plaży (z jakim widokiem!). Zamówiłyśmy po dwie porcje. Ich smak śni mi się do dziś ?

  

Ania:

Co ciekawe: życie mocno nocne i wczesnoporanne tętni tylko w weekend (w tygodniu jednak krócej to wszystko trwa i w czasie powrotu z afterek byłyśmy jednymi z nielicznych na ulicy), tak więc Sitges nie jest typową hiszpańską imprezownią. Myślałam, że w lipcu w Hiszpanii to… o matko i jeszcze więcej. A tu cisza, spokój… Jak na afterce za głośno zagrali, to przyjechała Policja… Normalnie miasteczko emerytów 😀 Co nie zmienia faktu, że kocham Hiszpanię. Po prostu.

  

     

 

SyMfonia Serc i tango – integracja

To TEN dzień! 17.09.2017!

Jak co roku SyMfonia Serc zagra na Krakowskim Przedmieściu – JUŻ PO RAZ DZIESIĄTY!!!
Uwaga: tym razem na Placu Zamkowym!
***


Tango jest z SyMfonią Serc niemal od początku.
W tym roku zatańczymy po raz ósmy!
SyMfonia Serc to akcja społeczna mająca na celu uwrażliwienie osoby zdrowe na potrzeby osób ze stwardnieniem rozsianym (SM) – nieuleczalną neurologiczną chorobą. Tango przyciąga widzów, dzięki temu łączymy przyjemne z pozytecznym: tańczymy dla przyjeności i kierujemy uwagę na temat SM.
***
W tym roku także! O godz. 14.20. zatańczy dla wszystkich para warszawskich nauczycieli – Beata Maia Gellert i Marek Matysiak. A tuż po pokazie rozpocznie się milonga na powietrzu (tango dj – niespodzianka!).Potangolimy do godz. 16.00. Przybywajcie tłumnie, jak co roku!
***
ALE TO NIE WSZYSTKO!!!
***
O godz. 13.50. wystąpi nasz tangowy niesamowity Magik Luk!!!
czyli warszawski tanguero Łukasz Wiśniewski – tym razem w innej roli 🙂 Swoje pokazy dedykuje różnym grupom wiekowym. Zabierajcie dzieci, teściową, sąsiada – i przybywajcie! To nie lada okazja zobaczyć sztukmistrza w akcji! Widzowie będą zaskoczeni i z pewnością ucieszy ich możliwość aktywnego wpływania na bieg pokazu. Magik Luk w swojej iluzji eksperymentuje z różnymi konwencjami – od magii mentalnej, przez comedy magic aż po zręcznościowe manipulacje. Może zdradzi chociaż jeden mały sekret..?
***
Całość tego rodzinnego pikniku (który zaczyna się o 11.00. i trwa do 16.00.) poprowadzę – jak co roku – ja, bestia Anna Kossak – autorka książki z tangiem w tle pt. „Pasja budzi się nocą” i tanguera od wielu lat związana emocjonalnie i wolontarystycznie z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego.
***
Więcej o akcji: www.symfoniaserc.pl   i www.ptsr.org.pl

Tango w Łazienkach Królewskich – lipiec 2017

Po raz trzeci.

A mój pierwszy – tangoliliśmy u króla. Emilka K. powiedziała, że to jej najważniejsza impreza w roku. Moja nie, ale niewątpliwie ma swój urok i NIE można nie docenić tego, że się odbywa w takim miejscu.

Pora wakacji niby nie sprzyja frekwencji, jednak było nas całkiem sporo. Jerzy Cz. na koniec powiedział, że mnie nie widział. Mimo mojej żarówiastej sukienki 🙂 Nie bardzo mu wierzyłam (a właściwie wcale), dopóki nie zobaczyłam na zdjęciach Jacka M. w czerwonym kapeluszu – a w naturze też go nie widziałam 🙂
Taniec Rodziców małej Natalii rozczulił wszystkich… Pozdrawiam serdecznie!

Nie będę pisać o przemówieniach, bo wiadomo, że muszą być. Imprezę organizuje Akademia Tanga Argentyńskiego, która jakiś czas temu przetasowała swoje szeregi, chcąc poczynić wrażenie świeżości. Dla imprezy w Łazienkach Królewskich nie miało to znaczenia, dla gości też, a reszta – to inny temat. Zagadką pozostaje wpuszczanie/nie wpuszczanie uczestników. Pani z bramki robiła to swoim kodem, dzięki Grażynie jakoś przeszłam selekcję…

Ważne, że wszystko było naprawdę super, pogoda dopisała, DJ Olga Zawada również.

Było tak,  jak w takich sytuacjach trzeba: czyli pogodnie, wesoło, tangowo.
A teraz zamieszczę hurtowo zdjęcia, które zrobiłam, i przy okazji odkryłam różne możliwości ich edycji. To moja swobodna fantazja w posługiwaniu się filtrami – reklamacji nie uwzględnia się, a oryginały skasowane. Ale!
To nie wszystkie. Reszta pojawi się niebawem w albumie na fejsie – jak nie zapomnę, wkleję link 🙂

Serdeczności – Ania (Bestiaaaa)





P.S. 1 – chłopak w kapeluszu na ostatnim zdjęciu tańczył sam ze sobą do naszej muzyki. Nikogo nie poturbował, był uważniejszy niż niejeden tanguero. Trochę szkoda, Anno S., że poszłaś tańczyć – bo tylko Ty mogłaś go wziąć w nasze objęcia…
P.S. 2 – Jajajaj… To byłoby niemożliwe w Buenos czy Hiszpanii… Dziewczyny same na trawie…

P.S. 3 – film… będzie. Może – jak wystarczy mi czasu 🙂

 

 

 

Malaga tiki taki…

Jola:
Do Malagi przybyłyśmy rzecz jasna z powodu tanga ? Zaprosił nas cudowny Tango Dj i organizator Milongero del Sol – Francisco Saura. Impreza organizowana jest dwa razy w roku, wiosną i jesienią. Cieszy się dużym powodzeniem. Nie ma o niej informacji w ogólnym obiegu, nie znajdziesz wydarzenia na Facebooku.

Ania:

Kiedy Jolanda zarządziła Hiszpanię, zgodziłam się bez wahania. Dopiero po jakimś czasie mnie uświadomiła, że to nie taki pierwszy lepszy maraton, tylko impreza dla wybranych i wcale nie tak łatwo się na nią załapać, zwłaszcza bez rejestracyjnego partnera (a my, jak wiadomo, głównie jeździmy we dwie). Pewnie dlatego oprócz nas była tylko jedna polska para – Ewa i Tadeusz z Łodzi. Polskim akcentem był też Dj Michał Kaczmarek z Poznania.
Jednak zanim rozpoczął się maraton, trafiłyśmy na miejscową milongę. Było dość tłoczno. Poznałyśmy tanguero, który po każdej przetańczonej tandzie dawał partnerce różę. Ale nie jakąkolwiek! Starannie dobierał, aby pasowała. Ja dostałam w kolorze moich oczu, Jolanda – pasującą kolorystycznie do bluzki.

Jola:

Maraton odbywał się w hotelu z dobrą restauracją i bardzo klimatycznym patio. Jedynym mankamentem było to, że hotel był położony dosyć daleko od centrum miasta i plaży. Jeśli ktoś nie mieszkał na miejscu, to w nocy pozostawała tylko taksówka.

Ania:

Położenie maratonowego hotelu zniechęcało nas do jakichkolwiek wypraw. Ponieważ byłyśmy w Maladze od kilku dni – bez żalu rezydowałyśmy na tarasie przynależącym do pokoju, który był na tyle duży, że spokojnie mogłyśmy utrwalać opaleniznę. Lubię, kiedy mieszka się na miejscu. Wtedy impreza ma inny klimat, łatwiej się integrować.

Integracji sprzyjały okrągłe ośmio czy dziesięcioosobowe stoły, przy których spotykaliśmy się na obfitych i smacznych kolacjach. Maraton trwał typowo od piątku do niedzieli. Nie było pre-milongi i afterparty, ale czasu wystarczyło, aby się wytańczyć. Zwłaszcza bez tangowych butów! Przyleciałyśmy prosto po milondze w Wenecji. Mogłam tu, na maratonie, kupić nawet moje ulubione Bandolery, ale po pierwsze miałam już kupione trzy nietangowe pary, po drugie – nie było w moich gabarytach takich, które rozpaliłyby we mnie żądzę posiadania. Salsowe i tu musiały dać radę.

Jola:
Formuła tego maratonu to t
ypowe encuentro milongero, ze ścisłym podziałem na strefę męską i żeńską. Dobrze rozstawione krzesełka dawały możliwość mirady i cabeceo. Sala była spora, z dobrym parkietem, klimatyzowana.

Ania:

Ale tego na początku nie zarejestrowałyśmy. W piątkowe popołudnie – bo wtedy się wszystko zaczęło – dostrzegłyśmy masakrycznie wysoką średnią wieku… Po dziesięciu minutach Jolanda stwierdziła, że jej się nie podoba i tańczyć nie będzie! A ja pomyślałam rozczarowana, że nastawiałam się na ogniste czarne diabły, a tu geriatria… którą mam u siebie… No dobrze, ale skoro już jesteśmy i przez trzy dni nie mamy innej opcji, zaordynowałam: tańczymy!

Jola:

I tu miłe, bardzo miłe zaskoczenie. Panowie tańczyli świetnie, byli szarmanccy i ładnie pachnieli! Z godziny na godzinę przybywało nowych uczestników i w efekcie średnia wieku mocno się obniżyła ?, a przyjemność z kolejnych tand była coraz większa. Każdy dzień przynosił nowe znajomości tangowe i towarzyskie. Kilka z nich pozostanie na długo w mojej pamięci. Cudowny czas i piękne miejsce idealne na wiosenną beztroskę ?

Ania:

Formuła maratonu powodowała, że nawet jak się trochę na parkiecie pobałaganiło, to bez ofiar, ponieważ nikt nie wierzgał. Nikt też nie uprawiał polki – galopki, dzięki czemu panów nie zalewały siódme poty i dłużej zachowywali świeżość. Co nie znaczy, że nic się nie działo! Ależ działo się!!! I wcale nie było tylko „dorosło”. Przypomniało mi się, że Serbowie są bardzo przystojni… 🙂
Szkoda, że kiedy nastąpił czas oficjalnych podziękowań i pożegnań, nasz polski dj gdzieś się zawieruszył.

To był mój pierwszy maraton w takiej formule. Złapałam bakcyla. Ja w ogóle lubię bardzo bliskie objęcie i dla mnie tango w otwartym to nie jest tango, tylko aerobik, więc
milonguero wpisuje się w moją przyjemność. Dla pań ważna jest strategia siadania, zwłaszcza pierwszego dnia i w sobotnie popołudnie. Nie ma mowy o wyrywaniu się na parkiet! Jeśli nie chce się nieporozumień, musi być zachowana kolejność: mirada, cabeceo, mężczyzna podchodzi, a kobieta CZEKA, utrzymując z nim kontakt wzrokowy. Zdarzyło się, że ruszyło do mnie dwóch panów. Zdarzyło się, że pan poszedł do pani za mną i gdybym się wyrwała, byłoby mi głupio.
Maratonowy bufet nie był nadmiernie obfity. Powiedziałabym, że jeden z uboższych, jakie do tej pory spotykałam. Woda, jakieś soki czy napoje, czasem ciastko i plasterek wędliny… I tyle. Ale atmosfera, miejsce i muzyka były świetne. Bardzo chętnie to powtórzę. U nas wiosną zimno, tam już czuć gorącą atmosferę lata.

SFERA POZATANGOWA – CZYLI PODRÓŻNICZO PO NASZEMU
Jola:

Wenecja wskoczyła nam ot tak, za to Malagę zaplanowałyśmy od dawna. Hiszpania to kraj, który kocham i on kocha mnie. Że przecież kocham Buenos? Owszem. Buenos Aires to miłość bezwarunkowa. Śródziemnomorska cześć Europy to takie letnie zatracenie ?
W Maladze byłyśmy w sumie osiem dni. Mieszkałyśmy we współdzielonym z właścicielami mieszkaniu, świetnie położonym, blisko plaży i Starego Miasta. Nasi gospodarze – cudowni, ciepli, otwarci i chętni do pomocy – dbali o nas jak o małe dziewczynki.

Ania:

Mieszkanie było bardzo wygodne i niebywale czyste. Dwie łazienki zapewniały bezkolizyjne korzystanie. Kawa, herbata, własnoręcznie upieczone przez gospodynię ciasto oraz ciepłe rozmowy pełne poczucia humoru sprawiały, że każdy dzień zaczynałyśmy bardzo przyjemnie. Droga na plażę obfitowała w bujną roślinność. W Polsce zimno, a tam cudownie ciepło… Bardzo lubię tak wkraczać w wiosnę.

Jola:
Każde południe zaczynałyśmy od plażowania. W pierwszych dniach kwietnia nie ma za wiele ludzi, mimo to można było nawiązać przyjaźnie ?

Ania:
W różnych miejscach na świecie się opalałam, ale to tu, w Maladze, po raz pierwszy w życiu złamałam swoją zasadę (że cycki pokazuję tylko wybrańcom) i zrobiłam to topless… A potem musiałam się chować, bo moja skóra jednak jest dość jasna i muszę uważać, żeby nie przesadzić.

Jola:

Po południu szłyśmy na Stare Miasto. Renesansowa katedra z ołtarzem zbudowana na miejscu dawnego meczetu, Alcazaba, Casillo de Gibralfaro, twierdza i zespół pałacowy – pozostałość po muzułmańskim emirze, Teatro Romano z I wieku p.n.e., Plaza de Toros de La Malagueta dla miłośników walk byków – nie ma tu dużo do zwiedzania i da się to ogarnąć w 3 dni.

Ania:

W naszych podróżach nie nastawiamy się na muzea i galerie. Wolimy chłonąć atmosferę miasta i ludzi. Ale być w Maladze i nie odwiedzić Muzeum Picassa – no nie… Nie wiedzieć czemu obowiązywał zakaz fotografowania. Boją się, że jak człowiek zobaczy zdjęcie, to nie przyjedzie, żeby zapłacić za wstęp? Czy mają obawy, że jednak to muzeum nie jest jakieś nadzwyczajne i wyjdzie to na zdjęciach? Odwiedziłyśmy też dom sławnego malarza. Również nic specjalnego. Ale – jak powiedziałam – pewne miejsca odwiedzić po prostu wypada, choćby raz w życiu. 


Jola:
Z
przykrością muszę stwierdzić, że muzeum wrażenia na mnie nie zrobiło. Zwłaszcza że ja akurat uwielbiam szwendanie się bez celu po uliczkach… Tu lody, tam pyszne kalmary, boquerones czy krewetki w sosie czosnkowym… I do tego wino… Koniecznie różana Cava! Jest pyszna! Czego chcieć więcej? No może jeszcze jakiś drobiażdżek miły dla każdej kobiety…


Ania:
To był bardzo hedonistyczny czas… Jedzenie, wino, słońce i południowe flirty… W tym momencie nasuwa mi się taka dygresja: jeśli ktoś mówi, że pieniądze nie są ważne, to znaczy, że nigdy ich nie miał. Bez odpowiedniej ich ilości można pojechać jedynie do Radomia, a jak to powiedziała kiedyś Pierwsza Dama polskiego filmu Beata Tyszkiewicz: „Bycie w Radomiu nie jest czymś specjalnie oryginalnym”… Tak więc zanurzyłyśmy się w przyjemnościach bez wyrzutów sumienia 🙂 I kiedy zostałyśmy zawiezione do najbardziej znanej knajpy specjalizującej się w owocach morza i rybach – folgowanie sobie ograniczała nam jedynie pojemność naszych żołądków 🙂

Ania:

Różana Cava to najlepsze wino musujące, jakie piłam. Wyprzedziło nawet moje ulubione różowe Prosecco 🙂 Bardzo mi się w Maladze podobało. To kameralne miasto z uroczymi kamieniczkami. Myślę, że w szczycie sezonu, kiedy przeżywa oblężenie, może tu być nie do wytrzymania. Ale na początki kwietnia jest bardzo przyjemnie: ciepło w dzień, rześko wieczorem. Bardzo chętnie odwiedzę Malagę za rok.

 

Oprócz doznań smakowych przeżyłam jeden szok duchowy. Byłyśmy w Maladze przed świętami wielkanocnymi. Jak to w południowym katolickim kraju – ruszyły przygotowania do procesji. Nigdy nie widziałam na żywca, jak to się odbywa. Nasze polskie smętne zawodzenie to pikuś. Tam to jest całe misterium. Najpierw trafiłyśmy na trening orkiestry. Mijając w parku kołyszących się kilkadziesiąt osób z różnymi instrumentami, poczułam się jak w filmie grozy… Ale prawdziwe przedstawienie nastąpiło kolejnej nocy. Procesja przechodziła obok miejscowej milongi. Pochodnie, ogromny krzyż, Jezus i Maria… i to wszystko niesione przez tłum miarowo kołyszący się do ponuro-transowej muzyki… Trudno mi sobie wyobrazić, jak taka procesja wygląda w Meksyku lub Brazylii… A jak to wyglądało? ZOBACZ

 




 


Milonga w Casino di Venezia – 1 kwietnia 2017

 

 

 

 

Jola:

Ten wyjazd był zupełnie przeze mnie nieplanowany. Byłam jeszcze w Buenos Aires, kiedy Ania napisała: „Jolando – jedziemy do Wenecji!”. Policzyłam: między jednym a drugim będę w domu – w którym nie byłam od dwóch miesięcy – tylko dziesięć dni… „I wystarczy!” – napisała Ania 😀
Tyle pięknych wspomnień z poprzedniego pobytu… Perspektywa tańczenia w wyjątkowym miejscu… OK! I stało się tak, że zaczęło to być jedno z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie wydarzeń.

 

 

 

 

 

 

 

Ania:

Milonga w Casino di Venezia odbywa się tylko raz w roku.  Gospodarzem i Tango Dj – em jest bardzo lubiany Roberto Rampini. Pomyślałam: milonga w pałacu i kasynie jednocześnie – toż to dla mnie raj! Uwielbiam pałace, lubię ruletkę (niestety rzadko grywam), Roberto na pewno zagra energetycznie…
Pierwszy zimny prysznic – a właściwie wiadro lodowatej wody – chlusnęło we mnie już na lotnisku: nie wzięłam tangowych butów… AAA!!!!! Ich brak na nogach tanguery podczas milongi to tak, jakby piłkarze rozgrywali mecz na bosaka albo w tenisówkach!

 

 

 

 

 

 

 

Przeczesałyśmy z Jolandą internety, Cristina – partnerka Roberto – jak mogła, starała się pomóc… Dziękuję Ci! Okazało się, że jest! Sklep z butami tanecznymi, w tym do tanga!!! Jedziemy! Niemal na drugi koniec Włoch… A konkretnie: do nowej części Wenecji, tej na stałym lądzie. Wyprawa: ponad godzinę w jedną stronę. Niestety: butów do tanga trzy pary i żadna dla mnie. Cóż zrobić, kupiłam do salsy. Nie był to komfort mojej ulubionej tangowej marki, ale lepszy rydz niż nic! A buty bardzo ładne.
Wyrychtowałyśmy się jak ta lala i w drogę!

 

 

 

 

 

 

 

Jola:

Wstęp na milongę nie był tani (40 € milonga + 20 € wejście do kasyna). Obowiązywały stroje wieczorowe. No ale przecież był to pałac i Casino di Venezia! Już samo wejście robiło wrażenie, a kiedy zobaczyłam właściwe wnętrza – stwierdziłam, że będzie to uczta dla ciała i ducha.

                                                                         

 

 

 

 

 

 

 

Na zdjęciu: Dorotka Wandrychowska, dzięki której dowiedziałyśmy się o tej milondze.

Przepiękna, spora (jednak nie za duża) sala balowa, świetny parkiet, który chciało się wypróbować… Lecz na to trzeba było zaczekać. Bal rozpoczęła najzwyczajniej na świecie wyżerka 🙂 Dużo pysznego jedzenia i bardzo dużo naszego ulubionego Prosecco, którego nie żałowano 🙂

   

Ania:

Po dotarciu na początku trochę się zmartwiłam. Wnętrza piękne, ale ludzi multum… Rozstawione krzesła były już w większości zajęte, nie było szans na dobrą miejscówkę… Perspektywa stania w butach na obcasach – zwłaszcza salsowych, które mimo ich urody moje nogi znosiły słabo – mocno mnie przerażała… Jeśli chodzi o przybyłych – głównie pary, w mocno starszym wieku. A ruletka… Zamiast krupiera jakieś automatyczne dziwadło! Miejsce piękne, tylko czy będziemy się dobrze bawić..?

Rozpoczęcie imprezy sutą kolacją było dobrym pomysłem. Szwedzki stół, wybór i dostateczna ilość jedzenia oraz liczba obsługi zapewniły, że nikt głodny nie pozostał. Raczyłyśmy się z Jolandą dość długo, zwłaszcza Prosecco 🙂 Bez pośpiechu zmieniałyśmy bufety, bo tak ciągle brać z jednego trochę się wstydziłyśmy 🙂

Kolej Jolandy pójścia po kolejkę :p 

W tym czasie, w którym my się delektowałyśmy wszystkim naokoło poza tańcem, co szybsi – zjedli, zatańczyli, zmęczyli się i poszli. Kiedy postanowiłyśmy wyruszyć na podbój parkietu, okazało się, że średnia wieku spadła, wcale nie ma tak strasznego tłoku, można usiąść i wygodnie kabeceować. Muzyka niosła! Zwłaszcza tandy walców Roberto dobrał tak, że przepięknie komponowały się z wnętrzem i nami 🙂

                                                 

 

 

 

 

 

Roberto Rampini, gospodarz wieczoru i Tango Dj.

Postanowiłam jeden utwór tanecznie odpuścić i nagrać film. Później, kiedy chciałam opublikować – zauważyłam, że jedną parę dość mocno poniósł i walc, i żarliwy pocałunek… Nie opublikuję (a szkoda, bo walc przepiękny!). Przynajmniej do czasu, aż nie zweryfikuję, czy poniosło parę stałą, czy tylko jednotandową… Cóż, w emocjach jednak czasem może coś się wymknąć spod kontroli… Dodam tylko, że najpiękniejszą tandę tego wieczoru (i jedną z piękniejszych moich do tej pory) – miałam właśnie tu, i była to tanda walców, na dodatek z… warszawskim kolegą 😀

Jola:

Podsumowując: było miło, szczególnie cieszyły spotkania z przyjaciółmi nie widzianymi od lat… Ale poziom tańczących raczej przeciętny. Co nie zmienia faktu, że atmosfera była świetna i bawiłyśmy się doskonale.
Piękna impreza godna polecenia!

Ania:

Wiadomo, że tangowo człowiek ocenia imprezę po tym, jak się bawi. Ja nie mogłam narzekać. Zwłaszcza że moje stopy nie chciały zaprzyjaźnić się z salsowymi butami (tzn. na parkiecie o nich zapominały, ale stać, a nawet siedzieć w nich było koszmarem). Podłoga rewelacyjna, a nagłośnienie to po prostu mistrzostwo świata. Miejsce niezwykłe – nawet to ruletkowe dziwadło nie przeszkodziło mi w zanurzeniu się w klimacie dawnych energii… To po prostu warto poczuć…

  

Na parkiecie z porządkiem bywało różnie – ale im więcej bywam, tym bardziej jestem przekonana, że nad żywiołem i hasaniem można chyba zapanować jedynie w formule encuentro milonguero.
Myślę, że jest to fantastyczna impreza dla par, które chcą w romantycznym miejscu spędzić kilka dni, a przy okazji potańczyć w pałacu. I dla wszystkich tych, którzy do tej pory nie byli w Wenecji, byli w niej dawno lub z niewłaściwą osobą 🙂 A dla singielek – jeśli nie mają wygórowanych wymagań tanecznych i umieją korzystać z mirady i cabeceo. Nie spotkałam desantu! Na pewno NIE jest to impreza dla pań, które siedzą jak królewny i czekają na odnalezienie przez księcia…


Moje salsowe buty z „brylantami ” dały radę, ale…

… w pewnym momencie zastąpiły je trampki do sukni. Też nie było źle i parkiet dał radę
🙂

Album ze zdjęciami Vincenzo Cerati z milongi znajdziesz TU

SFERA POZATANGOWA, PODRÓŻNICZA

Ania:
Oczywiście kontrola bezpieczeństwa na Okęciu to jedno wielkie polowanie na rzeczy podróżnych. Tym razem straciłam najwięcej. Bo też najgorzej się spakowałam. Ale już wiem, jak tych nadgorliwców przechytrzyć! Przy najbliższej okazji – czyli już niebawem – sprawdzę, czy moja metoda działa…

Byłam w Wenecji trzy razy: dawno temu i zawsze we wrześniu. Za każdym razem myślałam, że tam jeszcze musi być ciepło, a tu za każdym razem okazywało się, że było około ośmiu stopni i lało. Bardziej zmarzłam jedynie w Lizbonie (ale z innych względów). Wrzesień ileś lat temu był absolutnym końcem sezonu: pustki, prawie wszystko pozamykane, szaro i smętnie. Miasto opuszczone przez turystów wyglądało na wymarłe… Pomyślałam: sprawdźmy przełom marca i kwietnia!

Jola:
Dotarłyśmy 30 marca. U nas zimno, a tu cudowne słońce i rozkoszne ciepełko!
Z lotniska do naszego miejsca zamieszkania bezpośrednio docieramy vaporetto. Doskonały środek transportu, jedyny możliwy w dotarciu do starej części położonej na wyspie – a tylko ta jest turystycznie atrakcyjna. Warto kupić bilet kilkudniowy, bo nie jest to tani środek lokomocji.

Ania:

Mieszkałyśmy w fajnym miejscu. Apartament był wygodny, świetnie położony – chociaż gdyby kolega Marek T. po nas nie wyszedł, to mogłybyśmy w bocznych uliczkach trochę się go naszukać… I posiadał – apartament, ale kolega w sumie też hehe – dodatkowe wyposażenie – tak żeby turyści mogli sobie zrobić pamiątkową fotkę 🙂

  

Jola:

Poznawałyśmy Wenecję głównie na własnych nogach. Wszędzie jest łatwo trafić, bo ma bardzo dobre oznakowania (na każdym rogu uliczki na budynku wiszą tabliczki z nazwami i kierunkami) – trzeba tylko zwracać na nie uwagę. Jeśli coś się przegapi, to spacer malowniczymi uliczkami wśród niezwykłej architektury, kanałów, pływających gondol i przystojnych gondolierów wynagrodzi nadłożone kilometry.

    

Ania:

Nie wszyscy gondolierzy są przystojni. Jeśli miałabym wydawać kupę forsy, to raczej nie brałabym takiego niewyględnego… A co, tylko mężczyźni mogą zwracać uwagę na wygląd? W tym przypadku to także element pracy, jak u hostessy. Mi dispiace, ragazzo brutto, ale bym cię nie chciała i już!

Pamiętałam Wenecję jako szarą, odrapaną, opustoszałą i zimną. A tu przywitało mnie słońce, lazurowa woda, kolorowe i jakoś mniej odrapane budynki (UNESCO podarowało znaczące fundusze na ratowanie dziedzictwa kultury i chociaż nadal niektóre są mocno nadgryzione zębem czasu i niedofinansowania – zniknęło moje poprzednie wrażenie, że Wenecja to przegniła tektura i zaraz się rozpadnie…).

  

Jola:
O tym, co należy podziwiać w Wenecji, piszą w każdym przewodniku, więc nie będę się nad tym rozwodziła. Osobiście polecam spacer bez określonego celu, kawę, pyszne jedzonko i wino. Wenecja jest tak piękna, że gdzie się nie dotrze, jest się zachwyconym. Nie jest tania, ale na kawę, pizzę, wino, parę ciuszków i cudowne buty było nas stać 🙂

       

Polecam wycieczkę tramwajem wodnym po Canale Grande. Z wody można podziwiać pałace usytuowane wzdłuż i w szerz kanału.

Ania:

Przejażdżka – a właściwie przepływka wodnym tramwajem po Canale Grande – jest tyleż przyjemna, co tłoczna. Zaskoczyła mnie ilość turystów! Uznawałam, że koniec marca to jeszcze nie sezon. Jakże się myliłam! Wszędzie tłumy, i to do późnej nocy. A vaporetto pękało w szwach. Widoki – obłędne… Kamieniczki bajkowe…

  

Z powodu tłoku czasem bywało nerwowo. Nikt nie lubi, żeby mu wchodzić na głowę. Byłyśmy świadkami awantury starego Włocha z młodą Amerykanką. Dziewczynie pomyliła się komunikacja miejska ze statkiem wycieczkowym. Wepchnęła się między siedzenia, żeby trzaskać selfie, atakując swoim tyłkiem siedzącego staruszka, który głośno wyraził swój sprzeciw. Do tej pory zastanawiam się: powinnam zwrócić jej uwagę czy nie brać się za wychowywanie całego świata…?

    

Postanowiłyśmy popłynąć na Lido. Jest to niewielki kurort, który na przełomie marca i kwietnia nienachalnie tętni życiem (wyobrażam sobie, co tu musi dziać się latem…) – a przecież plażować już można, tylko my jednak jeszcze nie zdecydowałyśmy się na bikini…

   

Biorąc pod uwagę, że w Warszawie występowały opady i temperatura oscylowała w okolicach zera – my nie narzekałyśmy, mogąc wypić kawę i zjeść lody w kawiarnianym ogródku 🙂

  

Jolanda zarządziła obowiązkową kawę na Placu św. Marka. Uznałyśmy, że trudno: zrujnujemy nasze finanse, ale NIE wypić kawy w takim miejscu po prostu nie uchodzi! Okazało się, że nie było aż tak strasznie. Jasne: cztery dychy za kawę stawia włosy dęba, ale 10 € już tak nie przeraziło 🙂
Żegnaj, Wenecjo! A może: do zobaczenia…?

  

 

Tango to niekończąca się historia…

Ktoś kiedyś tak powiedział, a ja nie zamierzam sobie przywłaszczać tego zdania. Ale uważam dokładnie tak samo.
I uważam, że właśnie to w tangu jest najpiękniejsze.

Tango to niekończąca się historia dla tych, którzy chcą je odkrywać bardziej i mocniej.

Którzy chcą zgłębiać wiedzę tajemną, mimo że nigdy nie osiągną wierzchołka góry i zawsze będą mieli z tangiem co robić. Dla tych, którzy chcą czerpać z niego nie tylko przyjemność, ale też satysfakcję z przekraczania własnych granic i pokonywania trudności. Wreszcie dla tych, którzy chcą doświadczać nowych wrażeń, przeżyć i uczuć.

Tango wymaga od nas nieustannej pracy nad sobą.

Stale musimy doskonalić nasze umiejętności i wzbijać się coraz wyżej. Ale celem nie jest osiągnięcie najwyżej położonego punktu, bo cóż by to była za przyjemność, gdybyśmy nagle stanęli na szczycie i doszli do wniosku, że już nie ma nic więcej do zrobienia… Nie ma już niczego do poznania… Że już wszystko o tangu wiemy i wszystko potrafimy.

Celem jest zwiększająca się przyjemność z tańca zarówno dla nas jak i dla partnerów czy partnerek.

Oczywiście zdarzają się wyjątkowi „geniusze”, którzy już niczego nie muszą się uczyć, a to, co potrafią, jest dla nich wystarczające. Uważają, że tańczą doskonale i nie potrzebują nad niczym pracować. Oni osiągnęli swój szczyt, który jest ledwie niewielkim pagórkiem, i nie chcą od tanga już niczego. Tylko że takie osoby mogą mieć spory problem w tanecznym porozumieniu się z tymi, którzy od tanga oczekują jednak więcej.

Bo przecież tanga nie można nauczyć się do końca.

Zawsze trzeba coś szlifować, coś poprawiać, wracać do podstaw, ćwiczyć technikę. Nawet nauczyciele ciągle się uczą. Jakież to szczęście, gdy jesteśmy tego świadomi i traktujemy ten fakt jako wartość dodaną.

Jeśli jesteśmy w tangu naprawdę. 

A tango jest w nas. Choćby nie wiem, co się działo w naszym życiu – zawsze będziemy o nim myśleć. Jest nałogiem, który tak jak alkoholizm zostaje w człowieku na całe życie. Dlatego nigdy się nie kończy. Ale nie kończy się też dlatego, że ciągle pisze dla nas nowe scenariusze, daje nowe możliwości, motywuje do nowych działań. Ciągle poznajemy nowych ludzi i nowe miejsca.

Nieustannie jesteśmy zaskakiwani.

Kiedy wydaje się, że akurat teraz nic nadzwyczajnego nie może się wydarzyć, tango daje nam tak silną dawkę emocji, że mamy problem z powrotem do świata rzeczywistego. Dlatego chcemy ciągle więcej. Dlatego ciągle szukamy. Te poszukiwania, przeżycia i emocje sprawiają, że tango staje się jedną z ważniejszych części naszego życia. Dlatego trzeba uważać, aby się w nim nie zatracić. Kiedy przychodzi ten moment, gdy odkryjemy, jakie pokłady przyjemności możemy czerpać z tańca i że sami też potrafimy dawać tę przyjemność, wtedy czujemy, jakbyśmy złapali szczęście za nogi. I trzymamy się tego, tańczymy wszędzie gdzie się da i tak długo, jak tylko pozawala nam na to nasz organizm.

Czyli do upadłego.

Na szczęście z tego szaleństwa wyrywają nas nasze rosnące potrzeby tangowe i dzięki temu udaje się nie zatańczyć się na śmierć. Mimo to ciągle tańczymy i jest nam w tańcu coraz lepiej.

Na pewno przychodzi kiedyś taki dzień, gdy mamy już dość, gdy poczujemy się zmęczeni, gdy za bardzo nam ta aktywność spowszednieje, a może i się znudzi. Wtedy bierzemy sobie urlop od tanga, krótszy lub dłuższy. Ale tango ciągle jest w nas.

Anna Kwiecień – o sobie mówi tak: Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Dlatego słucham, śpiewam i tańczę.
Tango nie opuszcza mnie już od 7 lat. Zmieniło mnie. Otworzyło na ludzi i świat. Z tagiem podróżuję i poznaję ciekawych ludzi. Od 3 lat śpiewam w Formacji Tango Para Todos, a kiedyś być może uda mi się zostać TDj-ką ?

Fot.: www.fotojark.pl

Promocja bez promocji

To będzie niezwykły wieczór!

Pomyślałam podekscytowana, kiedy otrzymałam zaproszenie na dzień promocji najbardziej u nas znanego szampana. Impreza odbywa się jednocześnie w osiemdziesięciu miejscach na świecie, w trzech w Polsce. Musi być ekstra! Zwłaszcza tu, w mojej Warszawie. Po pierwsze: występ artystyczny miał być na wysokim poziomie.

Po drugie: szampan. Uwielbiam! Jestem kobietą luksusową (i wcale się tego nie wstydzę), ale nie snobką! Odróżniam szampana od wina musującego 🙂 Chociaż różowym Prosecco i różaną Cavą nie pogardzę 🙂 Szampana lubię od chwili, kiedy piętnaście lat temu piłam go w Paryżu, w Moulin Rouge. Był odpowiednio schłodzony, a moje kubki smakowe do niego dojrzałe.

Warszawski klub na topie

Widok zgodny z nazwą klubu.

Po trzecie – miejsce! Pomyślałam: skoro impreza zamknięta, z zaproszeniami, to musi być full wypas! Klub najmodniejszy w Warszawie (widok na panoramę stolicy rewelacyjny). Szampan na pewno będzie lał się strumieniami… I z pewnością będzie obfity bufet: kawior, ostrygi, elegancja – Francja… A przy wyjściu każdy gość dostanie w prezencie butelkę… Może mojego ulubionego, różowego…? No dobrze – pomyślałam w połowie dnia – wieczór daleko, zanim dotrwasz do frykasów, zjedz obiad, kobieto! Nie mogłam się doczekać, kiedy wskoczę w moją białą kieckę i włoskie szpilki. Chciałam jak najszybciej robić wrażenie, flirtować, pić szampana i zakąszać kawiorem…

Jazda windą na wysokość prawie trzydziestego piętra – przeszkloną, z widokiem na miasto – robi wrażenie. Całe miejsce jest właściwie tarasem widokowym, można więc palić. Wygodne loże z białymi kanapami obitymi prawie skórą, zachęcają do miłego spędzenia czasu. Bar usytuowany na środku zapewnia spragnionym ciałom dobry dostęp do trunków.

Mógł to być event marzeń.

A nie był. Za to była promocja szampana bez szampana. To znaczy: można było kupić za pięć stów, ale nie przewidziano nawet powitalnej lampki. Nie mówiąc o kawiorze hahaha. Dobrze, że zjadłam obiad. Dziewczyny zamawiały w barze (kieliszek za stówę), ja się zaparłam i uznałam, że ponieważ nikt mnie nie przygotował na wydatki – nie będę ich ponosić. Nie wiem, po co były zaproszenia, skoro za wszystko trzeba było płacić. Ludzie nie dopisali. To pierwsza impreza, na której było więcej obsługi, niż gości. A mogło być tak pięknie…

Zamówione butelki trunków hostessy roznosiły w oprawie sztucznych ogni. 

Po co o tym piszę?

Początkowa wersja tego tekstu była inna. Poniósł mnie temperament i zawiedzione nadzieje. Ale nie chcę nikomu szkodzić. Mam następujące ogólne spostrzeżenia: tam, gdzie budżet niewielki i impreza niekomercyjna, wszystko potrafi działać sprawnie. Może dlatego, że w takich np. organizacjach pozarządowych ludzie pracują także dla pasji, a ciągły brak pieniędzy pobudza ich kreatywność… W wydarzeniach komercyjnych wydane pieniądze nie przekładają się na efekt. W tym przypadku, mimo bardzo dobrego miejsca, produktu i występu – zabrakło pasji i pomysłu na dobry promocyjny event. Miałam wrażenie, że został zrobiony tylko dlatego, że centrala nakazała, bo „taki dzień”.

Ania

Trzęsienie mojej Ziemi z Elą Pe

Patrzę – w El Palacio praktyka.

Nie to akurat wprawiło mnie w ekscytację – bo prowadzona jest od dawna – ale temat: volcady. Po tylu latach tańczenia trudno nie umieć (chociaż zdarzają się i takie przypadki), jednak tym razem temat zainteresował mnie od drugiej strony, czyli prowadzenia. Mnie tam żadne prowadzenie tanga nie kręci, ale myślę sobie tak: Ela Pe się uczy, potrenuje na mnie, a ja się dowiem, jak w razie łamania kręgosłupa poinstruować gamonia, co ma robić. No i pomyślałam, że uczyć się prowadzenia w tangu to ja nie chcę – bo i po co? – ale akuracik mogę się nauczyć prowadzić volcadę.
O ja naiwna ignorantka bez pewnego rodzaju świadomości…

Wiele dziewczyn mówi: „Volcada? Nie znoszę!”

A to dlatego, że panowie ją lubią robić, ale niewielu umie. Oczywiście czasami dziewczyny też nie umieją się w niej zachować: luzują lub usztywniają nie to, co trzeba. Dobrze poprowadzona krzywdy nie zrobi, a z doświadczenia wiem, że takowa jest baaardzo przyjemna. No, Ela! Prowadź, wodzu!

Kobieta niewielkiej postury i jeszcze mniejszej wiary

Ela nie bardzo wierzyła w powodzenie tego wieczoru. Pewnie nastawiała się na to, że coś tam sobie mnie poprowadzi (niekoniecznie w temacie praktyki), w ramach treningu na dziewczynach z różnym wzrostem. Napisała mi tak: „Myślę, że fragment z wolkadami będzie elementem humorystycznym tej praktiki, bo ja jestem od Ciebie dużo niższa. Zobaczymy…”.
No i zobaczyłyśmy…

To rzeczywiście trudny element tanga.

Myślę, że nie każdy jest w stanie opanować dobre prowadzenie volcady (tak jak nie każdy jest w stanie w ogóle dobrze prowadzić – z różnych względów). To figura, przy której trzeba mieć dużą świadomość swojego ciała (partner) i techniki (partner i partnerka). Jeśli mężczyzna „nie daje klaty” albo „nie umie wziąć na ramię” – łamie dziewczynie kręgosłup. Jeśli właśnie taki chce ze mną tańczyć – ja osobiście nie mam oporów, by poprosić: „Ok. Ale nie rób mi volcad”. Tak właśnie. Nie boję się. W końcu jestem Bestią 🙂 Powiem więcej: jeśli zdarzy się to po raz pierwszy na milondze, też nie mam oporów, by powiedzieć w trakcie tanga: „Mam prośbę: nie rób mi volcad”. Po prostu. To NIE jest zwracanie uwagi i musztrowanie. To samoobrona i walka o przetrwanie.
No dobrze, ale w
róćmy do praktyki z Elą Pe.

Zaczęłyśmy od tego, że poplątały nam się nogi.

Tzn. zaczęłyśmy oczywiście od rozgrzewki. Potem Bernasie pięknie pokazały, jak wolkadzić. Mówię do Eli: „Dawaj!”. No i wtedy nam się trochę poplątało. A tak! Właśnie w tej figurze mogą się nogi poplątać! Kiedy Ela rozkminiała, co i jak, ja czułam się całkowicie bezradna. Okazało się, że nie mogę się nauczyć prowadzić volcady, kiedy nie umiem prowadzić. Przekracza to możliwości nienauczonego prowadzenia ciała. Dlatego pan, który nie panuje nad własnym ciałem i podstawowymi elementami prowadzenia, powinien mieć BEZWZGLĘDNY ZAKAZ robienia volcad.

Ela się NIE poddała.

Próbowałyśmy, zasięgałyśmy konsultacji Justyny i Andrzeja, i – wyszło! Ela wolkadzi, że hej. I w ogóle nie ma znaczenia to, że jest dwa razy mniejsza niż ja. ANI RAZU nie odczułam łamania w kręgosłupie. Jeszcze chwila i Ela będzie obiektem pożądania tangowego większości pań 🙂 Śmiałam się, że tak się do mnie przyzwyczai, że tylko ze mną będzie jej w volcadzie dobrze jako partnerowi 🙂 Kobitki niestety mogą sprawiać, że prowadzenie ich jest udręką. A potem się dziwią, czemu nie są proszone…

Trzęsienie mojej Ziemi miało dopiero nastąpić.

Volcady jak volcady: Ela się nauczyła, ja się zorientowałam, że nie ma czegoś takiego jak nauka prowadzenia jednej figury (o ile chce się prowadzić DOBRZE, czyli przyjemnie dla wszystkich: siebie, partnerki, ludzi wokół. Trzeba zacząć od chodzenia, jak w życiu). I nagle… to ja niby jestem ta bestia… a tu Ela mi rzecze stanowczo:

Prowadź!”

Zgłupiałam. Że ja…? Ale ja nie chcę… Na co Ela mi powiedziała, że skoro mamy iść razem na kurs milongi (no tak! Przyszło mi do blond główki, że milongę to bym chciała prowadzić… bo to nie tango), to nie mogę NIE umieć prowadzić! O matko ty moja jedyna… Moja Ziemia zadrżała… Ja mam prowadzić w tangu, gdzie dla mnie cała jego rozkosz tkwi w tym, że NIE muszę myśleć o tym, co robić… Poddaję się… Daję się ponieść… czasem bardzo 🙂 A tu: „Prowadź!”?! Ratunku!!!

Dysocjacja!

Ela mnie przeszkoliła na okoliczność (co dla mnie – z zaburzoną lateralizacją – nie jest proste): co i jak w kroku do przodu. Moim, jako prowadzącej. No i… poprowadziłam… !!! Ja!!! AAAAA!!!!! Do przodu, do tyłu, i „tik-tik-tik” – bo jestem muzykalna i mnie niesie 🙂 I troszkę do boku. Ale poprowadzenie ocho na ten moment przerosło moje możliwości.

Wnioski mam następujące:

Kto chce się wzbić na wyższy poziom tanga, bez poznania drugiej strony tego nie zrobi. Tak jak prowadzący powinien znać rolę podążającej (choćby po to, żeby wiedział, co jej robi), tak podążająca powinna chociaż spróbować prowadzenia (otwiera się klapka zrozumienia: o cholera! Oni JEDNOCZEŚNIE muszą myśleć, uważać, dawać podążającej przyjemność…).

Zrozumienie złagodziło moje podejście

Jestem wybredna, nie tańczę ze wszystkimi. Oczywiście nie wszyscy też tańczą ze mną 🙂 „Nakaz” prowadzenia uzmysłowił mi, że to jest NAPRAWDĘ bardzo trudne. Że wytrwanie w tangu jest o wiele większym wyzwaniem dla prowadzących, niż dla nas. Że ogólna kondycja ciała przekłada się na sprawność i miękkość w tangu (dlatego warto ćwiczyć rozciąganie). Śmiałyśmy się, że Ela uruchomiła we mnie pokłady litości 🙂 Ale też spowodowała trzęsienie mojej Ziemi. Bo nie chciałam prowadzić, a poczułam, że… będę trenować prowadzenie. To niesamowicie wzbogaca. Ela – szykuj się! Idziemy na to coś z narkotykami w tytule, ale bez narkotyków!

Do zobaczenia!
Bestia Ania

El Palacio, praktyka w każdą niedzielę od 20.30.

Jubileuszowy Weekend Tangowy w Olsztynie

9 – 11.06.2017

Czy można potraktować rodzinne miasto jak podróż? Otóż można,  a ja mogę na pewno ? bo tangowo bywam tu rzadko.
W ten weekend Stowarzyszenie Tango Argentino Olsztyn obchodziło  piątą rocznicę istnienia. Muszę przyznać,  że impreza była przygotowana z dużym rozmachem i zaangażowaniem. Goście dopisali i stworzyli bardzo przyjacielską atmosferę.
Milongi wieczorne odbywały się w położonym nad brzegiem malowniczego jeziora hotelu „Omega”. Sobotnia milonga popołudniowa – w kawiarni „Awangarda bis” na Starówce.
Obydwa miejsca miały świetną podłogę i dobry klimat – zadbali o to olsztyńscy  tango-dje. Większość bawiła się do ostatniej tandy.
Ja osobiście zachwycona byłam atmosferą i muzyką na sobotniej popołudniówce i tu ukłony dla Sylwii ?
Najliczniejsza była milonga sobotnia, na którą specjalnie przyjechało naprawdę sporo tangueros . Był catering, tort, był pokaz dawnych i obecnych nauczycieli oraz członków stowarzyszenia.
Niestety – ten wieczór w mojej ocenie nie był tak miły jak piątkowy.  I to nie z winy organizatorów, bo ci stanęli na wysokości zadania. Powodem była atmosfera, jaką stworzyły  „gwiazdy”.
Zawsze ubolewam nad tym, że od razu widać  podział  na „wy” i „my”. Nauczyciele nie są bez winy, chociaż nie zawsze to oni tworzą taki klimat, tylko otaczające ich towarzystwo.
Podsumowując,  to była bardzo dobra impreza i nie dlatego, że  to moje miasto,  a dlatego , że usłyszałam to od bardzo wielu osób,  które w niej uczestniczyły.  Dodam jeszcze , że poziom tańczących był  naprawdę niezły ?

Olsztyn

Kilka słów  o moim rodzinnym mieście,  które warto zobaczyć, szczególnie latem:
W obrębie miasta mamy aż  11 jezior , czystych i pięknych . Największe – Jezioro  Długie – ma chyba  jedno z najlepiej zagospodarowanych brzegów w Polsce. Można  spacerować,  zjeść coś  pysznego w niezliczonych knajpkach lub zadekować się w którymś z hoteli.
Drugie miejsce, które polecam, to Starówka: mała, ale urocza.  Poza licznymi knajpkami można odwiedzić  Zamek Kapituły  Warmińskiej, Wysoką Bramę, można popatrzeć na fosę i amfiteatr oczami Kopernika, odwiedzić katedrę z XIV wieku czy pospacerować pięknymi parkami miejskimi. A jeśli ktoś ma dość jezior i zabytków – może pójść na spływ  kajakowy malowniczą rzeką Łyną.
Olsztyn to idealne miejsce na lato ?

Z pozdrowieniami – Jolanda (ta Piękna ? )

 

Kilka zasad dotyczących tangowania

Bezpieczeństwo na parkiecie

Kiedy na parkiecie jest ścisk, trzeba bardzo uważać. Obcasem można wyrządzić dużą krzywdę. Mnie samej zdarzyło się za wysoko zadzierać nogi. Energia muzyki czy poprowadzenie wysokiego boleo przez partnera nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Trzeba się pilnować. Na maratonach o wysokim tanecznym poziomie jest ciasno, ale nie ma kolizji. A przecież w tangu chodzi o przyjemność.

To, co może zrobić kobieta dla poprawy bezpieczeństwa na parkiecie, to pilnowanie własnych nóg, żeby nie wierzgały jak kopytka kobyłki na polanie. Cała reszta niestety należy do mężczyzny. To od tego, jak prowadzi, zależy, co się dzieje na parkiecie. Nie tylko z nim i jego partnerką. Także z innymi.

Chcesz tańczyć tango – przestrzegaj zasad.

Dziwi mnie, że niektórzy tego nie rozumieją. Najwięcej bałaganu robią koślawi nłewowcy. Bo ci niekoślawi nie będą się rozpychać na milondze z muzyką tradycyjną. Tańczenie po rondzie nie jest jakimś widzimisię. Nie chcesz tego respektować? Idź na salsę, tam skaczą jak popadnie. Albo stwórz własny event. Ale nie pchaj się ze swoim cudaczeniem na tradycyjną milongę! Służby operacyjne mi doniosły, że kiedy taki jeden pojechał do Wilna i nie zamierzał respektować konwencji milonguero – został wyłowiony i wyproszony. Po prostu. I bardzo dobrze. Gospodarze imprezy powinni zwracać uwagę, co się dzieje nie tylko w barze czy toalecie (tak właśnie), ale także na parkiecie. Wygibańce zagrażają bezpieczeństwu innych. Że się obrazi i więcej nie przyjdzie? I bardzo dobrze! Na jego miejsce przyjdzie trzech takich, co się nie rozpychają. Tam, gdzie się dba o porządek na parkiecie, przychodzą lepsi tancerze.

Bywają imprezy w takiej konwencji, że hulaj dusza, piekła nie ma. Proszę bardzo! Kto chce – niech idzie. Sama czasem lubię poszaleć, traktując to jako wzmożona aktywność fizyczną. Ale na zwykłej milondze warto dbać o porządek z samym sobą. Wszystkim będzie przyjemniej. 

Nikt nie kwestionuje sensu przepisów ruchu drogowego.

Grający w brydża wiedzą, że po wylicytowaniu trzech bez atu nie można licytować trzech kierów. W szachach każda figura ma określony ruch i nikt się nie upiera, żeby Wieżą szurać w poprzek. Przy łowieniu ryb siedzi się cicho i nikomu nie przyjdzie do głowy się wydzierać. Dlaczego z zaakceptowaniem poruszania się po rondzie jest taki kłopot? Zdarza się, że parkiet jest mocno prostokątny, chudy i długi, wtedy ci mniej wprawieni mają trudność.

Ale myślę, że to jest kwestia nawyku.

Po prostu. I niestety strofowanie niesforniaków należy do panów! Nie wymagajcie od nas, żebyśmy tego pilnowały. Te bardziej świadome będą rozgwiezdnikom odmawiać i do tego zachęcam. Bo jak ci lepsi zobaczą, że na każdego nie lecisz – Twoje notowania wzrosną. Tak samo gospodarz milongi – jeśli nie będzie pilnował porządku, pójdzie fama, że tu słabo się tańczy i ci, co nie chcą być narażeni na „inwencję” rozgwiezdnika, pójdą gdzie indziej albo zostaną w domu.

Zgrabnie to ujął Michał Wójcik (warszawski nauczyciel):

(…)Tango przywędrowało z Buenos Aires nie jako zbiór ruchów do odtwarzania samodzielnie w domu przed kanapą, ale jako całe zjawisko kulturowe – taniec socjalny, który tańczy się na milongach w otoczeniu innych par. Kiedy rozmawia się z argentyńskimi tancerzami i nauczycielami, słychać, jak bardzo podkreślają, właśnie socjalny wymiar tanga tańczonego na milondze. To, że tańczy się nie tylko ze swoim partnerem, ale też ze wszystkimi innymi tancerzami na sali, z którymi łączy nas przestrzeń i muzyka. Czy nie po to właśnie chodzimy na milongi? Żeby tańczyć w otoczeniu innych ludzi? Czuć wspólną energię parkietu? Tańczenie samemu w domu to przecież nie to samo. Więc skoro bez trudu akceptujemy zasady tangowego ruchu naszego własnego ciała, to zaakceptujmy też, że ruch na milondze wygląda tak, a nie inaczej. Tańczymy po rondach, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara (…)”.

Tak więc chcesz wywijać – rób to na swojej imprezie, o!

Z pozdrowieniami – bestia Ania