Blog

Souvlaki Tango Marathon – maj 2018

Ania:

Souvlaki Tango Marathon odbywa się na początku maja w Limassol na Cyprze. Idea jest taka, że uczestnicy mają się świetnie bawić, a cały dochód organizatorzy przekazują na pomoc dla bezdomnych zwierząt. Impreza nie odbywała się w hotelu, czyli trzeba było dojechać. Miałyśmy wynajęty samochód, ale z powodów, o których dalej – jeździłyśmy taksówką. To dopiero przygoda! Pierwszego dnia taksówkarz nie wiedział, gdzie chcemy jechać. W końcu coś mu zaświtało i mówi: „Ruskij baljet”. A my: „Nikakoj baljet, my choczjem w tango”. On, że „Ruskij baljet”. My: „Nu dawajtie w tango!” Okazało się, że w tej szkole, w której był maraton, jest szkoła tańca – także baletu – prowadzona przez Rosjankę… Drugi raz spóźnił się pół godziny, trzeci raz przyjechał pijany… To był taksówkarz wzywany przez Eli hotel, stąd miałyśmy okazję zaznajomić się bliżej z jego stylem pracy…

  

Uczestniczki podczas rejestracji odbierały gustowną maratonową bransoletkę i delikatny szal – w czterech kolorach do wyboru… Fot.: Vera Rajentova

Jola:

Sam maraton był doskonale zorganizowany. Ajit, Svetlana – duże ukłony! Goście byli zadowoleni!

Ania:

Organizatorzy zasługują na kilka zdań więcej. Po pierwsze: ekipa liczyła raptem pięć czy sześć osób, a wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku! Sześć dni imprezy to duże obciążenie. Nie wiem, jak organizatorzy to robili, ale cały czas byli z nami!

  

Wszyscy czuliśmy się zaopiekowani, NAPRAWDĘ chętnie przez nich goszczeni i mile widziani. I TAŃCZYLI!!! Nie tylko ze sobą, także ze swoimi gośćmi.

  

Nie chodzili z kijkami w tyłkach, nie robili ważnych min, nie udawali bardzo zajętych – choć z pewnością byli, bo impreza sama się nie ogarnie. Uśmiech, zabawa, integracja – taki to był maraton!

Ajit Bubber i Svetlana Nekrasova – you are an example of perfect organizers for others!

Oczywiście nie obyło się bez kółek wzajemnej adoracji, ale były tak nieliczne, że nie stanowiły problemu. Ale po kolei…

Jola:

Przedmaratonowo, w środę, odbyła się impreza integracyjna. Zero tanga, za to dużo drinków i przesympatycznych rozmów w fajnej przyhotelowej knajpie na plaży. Tu zawiązały się pierwsze znajomości i sympatie… 😉 Oceniłyśmy: niezłe chłopaki 🤣🤣🤣. Wracałyśmy z imprezy rozchichane i pełne optymizmu na kolejne dni.

Ania:

Do integrowania się na takich imprezach zdecydowanie brakuje mi właściwych kompetencji społecznych. Nie zaprzyjaźniam się z całym światem w pięć minut (za to jak już, to… wiedzą ci, którzy przeskoczyli przez mur 🤣). Wolę rolę obserwatorki. Na szczęście dziewczyny były w swoim żywiole: Anielica rozprawiała ze wszystkimi dookoła, do Eli Włosi hurtowo ciągnęli, na Jolandę dybały południowe chłopaki, a ja… robiłam zdjęcia 🤣🤣🤣 I mnie robiono 🤣

  

Jola:

Czwartkowa premilonga odbyła się w amfiteatrze tuż przy plaży. Miejsce bardzo fajne. Jedyne zastrzeżenie: mało sprzyjające podłoże, ale dało się.

Tańczyłyśmy i świetnie się bawiłyśmy, wymieniając pierwsze tangowe opinie🤣🤣🤣 Uznałyśmy, że 90% tand było bardzo dobrych, a wśród nich kilka wręcz znakomitych.

A na koniec Anielica z Jolandką odpląsały chacarerę 😊

Ania:

Im dłużej tańczę, tym niewygodne podłoża mniej mnie rajcują. Jasne, z Bogiem tanga zatańczy się i na krawężniku… Tu były fragmenty kamieni całkiem tępe i mocno śliskie, jak to na takim podłożu. Muzyka niosła, więc i ja  dawałam się ponieść bez zbytniego wybrzydzania 🤣 Na schodach poustawialiśmy sobie różnorakie napoje i biesiada tangowa była przednia.

  

Jola:

W piątek zaczął się maraton. Miejsce trochę na uboczu, ale niezbyt daleko. Sala bardzo ładna, dobry parkiet, jedyne zastrzeżenie to oświetlenie, no ale…. Nie to jest najważniejsze.

  

Ania:

Tu się ciut nie zgodzę – i dobrze, bo samo słodzenie prowadzi do mdłości 🤣 Oświetlenie robi klimat. Nie wiem, dlaczego panuje moda na fioletowo – niebiesko – czerwone reflektory, w których człowiek wygląda jak trup w prosektorium… Na zdjęciach może i ładnie, ale na miejscu oczy bolą. Na festiwalu jestem w stanie to znieść, do maratonu mi kompletnie nie pasuje.

  

Ta konkretna sala ma potencjał, by być inaczej oświetlona. Przeszkadzało mi, jak na popołudniowej milondze, kiedy jeszcze można było skorzystać z promieni zachodzącego słońca, robiono prosektorium… A przecież w sali wiszą przepiękne żyrandole z ciepłym naturalnym oświetleniem, wykorzystanym chyba tylko raz, i to przez dziesięć minut… Nawet zrobiłam zdjęcie, ale gdzieś zniknęło. Do tego nadmiernie mrożąca klima… Nie, nie lubię zimna, w tangu zwłaszcza. Rozumiem, że jak się tańczy, jest gorąco. Ale jak się zamarza od razu po zejściu z parkietu – to nie jest przyjemne. Na szczęście są to drobiazgi, które… może przeszkadzały tylko mnie..?

  

Jola:
Wracając do organizacji: OGROMNA dbałość o uczestników, ich dobry humor, pełne brzuszki i nawilżone gardła 🤣 To pierwszy mój maraton, na którym bez limitu był alkohol wszelkiego rodzaju: wino białe i czerwone, piwo, wódka, whisky… Dostępne na okrągło! A mimo to NIKT nie był pijany. Wszyscy się świetnie bawili.

Ania:

Organizatorzy zadbali również o wino musujące – w tym moje ulubione różowe!

Właśnie z powodu bogato zaopatrzonego baru jeździłyśmy taksówką 🤣 Niektórzy raczyli się tymi mocniejszymi trunkami, ale rzeczywiście podczas całej kilkudniowej imprezy nikt nie przeholował.

Cena maratonu była standardowa, zaopatrzenie rewelacyjne. Przekąski, dania ciepłe, owoce – systematycznie uzupełniane i w żadnym momencie niczego nie brakowało.

Jola:

Zakończenie, czyli after, też był inny. Spotkaliśmy się ponownie bez tanga, tym razem na dzikiej plaży w dość prymitywnych warunkach.

Ania:

Nie było gdzie zrobić siusiu, dlatego ograniczyłam ilość konsumowanych napojów.

Jola:

Tańce oczywiście były, grupowe i solo.

Dużo śmiechu i radości z przebywania ze sobą. Pizza, przekąski i znowu alkohol 🤣

Roman pizzowstąpiony… 

I chociaż było już po maratonie, a alkoholu w bród, to jakoś wszyscy znowu zachowali umiar.
Ania:

Koniecznie muszę napisać, że na jednej z popołudniowych milong TDJ-ką była nasza Ania Pietruszewska. Zagrała set alternatywny. W ciągu półtorej godziny dostała trzy razy (!) brawa i zaproszenie na za rok. Roman Hatalak z Krakowa także zagrał, jak należy.

Spotkanie w gronie organizatorów i TDJ-ów.

Warto też dodać, że na imprezach zagranicznych jest okazja nie tylko do zawarcia międzynarodowych znajomości, ale także tych krajowych, a nawet warszawskich 🤣 Zacznę od tych ostatnich: otóż jest wśród nas niejaki Tomek S., który jest jednym z pionierów nowoczesnego tanga. Od lat się ze mną pięknie wita i żegna, ale nigdy nic nie teges. Na rodzimym parkiecie to jakoś tak nie miałam gotowości… ale na obczyźnie myślę sobie: no nie może tak być! Zatem podeszłam, serdecznie się przywitałam i wprowadziłam jedno z moich najsubtelniejszych cabeceo, czyli: „Na parkiet! Ze mną! Teraz!” Tak się wystraszył, że wykonał… 🤣

Jego partnerka Beatka okazała się bardzo fajową dziewczyną. Chłopaki – świetnie tańczy! Jak się nauczycie, polecam 🤣 Oj no dobrze, nie mogłam się powstrzymać,ale przecież wiecie, że Was doceniam. Przynajmniej kilkunastu 🤣

Ekipa z Krakowa także okazała się super, a panowie z tych świetnie umiejących, więc za granicą wstydu nie było 🤣 No i na koniec międzynarodowe znajomości… Zaraz zapraszam wszystkich na nasz warszawski festiwal Recuerdo. Naprawdę sympatyczni ludzie, do tego dobrze lub świetnie tańczący. Bawiliśmy się fantastycznie.

Na uboczu w eleganckim otoczeniu panie mogły poprzymierzać sukienki, poprawić makijaż i napić się wina 😉

Jola:
Maraton był średniej wielkości, około 140 osób. Poziom jak zawsze zróżnicowany, ale dosyć dobry. Przewaga osób dobrze tańczących, ale tych zajebiście było tylko kilku 😉Pozostali – poziom średni, no i było troszeczkę osób na poziomie podstawowym.

Ania:

Trochę czasu już minęło… Nie pamiętam tych podstawowych… Może z nimi nie tańczyłam..? Pamiętam fantastyczne tandy, świetną muzykę, rewelacyjne abrazos… Czasem na całej imprezie jest miło, ale dupy nie urywa. Na tej mi urwało…

Jola:
Podsumowując – bardzo fajna, wesoła impreza. Warto połączyć z ciut dłuższymi wakacjami, bo wyspa podobno piękna, a pogoda zawsze super 😊

A poza tangiem…

Jola:

Pomysł wyjazdu na Cypr powstał nam w głowie już bardzo dawno. Tam nas jeszcze nie było! W mig ogarnęłyśmy bilety i mieszkanie.

Ania: Oczywiście ogarnęła Jolandka, bo ja w tym względzie jestem trochę specjalnej troski… Jak kiedyś ogarnęłam nam Berlin, to się okazało, że wylądowałyśmy na 4 p. bez windy po stronie dawnej NRD… Ale wtedy Jolandka zwaliła się ze schodów na parterze, żeby nie było!

Jola: Tym razem pojechałyśmy we cztery, oprócz mnie i Ani była z nami kolejna żądna przygód podróżniczka Ania P. i najspokojniejsza, co nie oznacza, że mniej szalona – Ela. Miałyśmy wynajęty samochód, a ruch lewostronny nie był problemem, bo opanowała go do perfekcji Ania P.

Ania: Anielica Bielskiego Tanga – bo o niej mowa – zdradziła nam sekret prowadzenia samochodu po drugiej stronie: trzymać się lewego krawężnika. Przy mojej lateralizacji światła z naprzeciwka pokazujące się z innej strony działały na mnie jak mocny drink: kręciło mi się w głowie i nie wiedziałam za bardzo, co się dzieje. Potraktowałam to jako dodatkową nocną rozrywkę – bo przyleciałyśmy po północy.

Jola: Mieszkałyśmy w świetnym apartamencie tuż przy plaży, więc przedpołudnia spędzałyśmy na słońcu.

Ania:

To znaczy: my we trzy mieszkałyśmy w apartamencie. Ela wybrała hotel – też zresztą przy plaży.

Jednego popołudnia zaprosiła nas na opalanie i lunch.

W eleganckim otoczeniu nie bardzo mogłyśmy się obnażać, więc topless zachowałyśmy na naszą mini plażę. Miło spędziłyśmy czas, w pięknych okolicznościach otoczenia.

  

Tak się wczułyśmy w rolę dam, że zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową w kapeluszu Ani P. – każda po kolei, bo my cztery, a kapelusz jeden 😉 Efektem jestem zachwycona 😁

  

  

W międzyczasie przeglądałyśmy Eli kiecki…

Jola:

Wyspa podobno piękna, ale poza kilkoma pobliskim plażami nic nie zobaczyłyśmy. Czasu mało i jakoś chęci do zwiedzania było brak 😁😁😁

Ania: Raz nawet miałyśmy ambitny plan pojechać na najpiękniejszą plażę tej strony Cypru… ale jakoś nam nie wyszło. Starożytne ruiny też nas nie pociągały – tyle razy widziałyśmy je w różnych stronach świata, że obejrzałyśmy je z pewnej perspektywy (czyli okna samochodu) i uznałyśmy za zaliczone 😁 Ale podobno jest kilka miejsc, które warto zobaczyć…

Wniosek? W maju 2019 – powrót!

  

Gryf Tango Marathon – lipiec 2018

To była trzecia edycja, a moja pierwsza.

W Szczecinie mam najbliższą rodzinę: siostry mojego taty z mężami i ich dzieci, czyli moje cioteczne siostry i ich (duże już, oj duże…) dzieci. M.in. dlatego (ciocie i wujki coraz starsi) w tym roku zamiast festiwalu w Sitges – XXV! – wybrałam Gryf. Sitges podobno gorsze niż rok temu – doniosła (Piękna) Jolanda.

Gryf dobry.

Foto: Tom Photos

Miejsce odstrasza – przynajmniej mnie – nazwą: Stara Rzeźnia. Ale postanowiłam się przemóc. Zostało zrewitalizowane i Łasztownia, na której się znajduje, tętni życiem. Hotelu tam nie ma, ale taksówki w Szczecinie są chyba najtańsze na świecie, a na pewno w Polsce. Opłata początkowa 2,90 (!). W Warszawie – 8 zł. We Wrocławiu chyba ze dwa razy tyle… W ciągu dnia za kurs z hotelu przy Wałach Chrobrego płaciłyśmy 7 zł, w nocy 14 zł.

Organizacja maratonu – ok.

  

Na przywitanie – spersonalizowany kubek. Idea była taka, żeby nie babruchać środowiska platikiem. Zacna, a jakże. Tylko bałam się, że mojemu coś się stanie… Więc go zabrałam, a codziennie przynosiłam jednorazowy w kwiatki… No wiem, głupol ze mnie i ekolożka-hipokrytka… Ale pracuję nad sobą… Czasem…

Parkiet świetny.

Muzyka – rozpoczęłam w piątek późną nocą i nie narzekałam. Proporcje płciowe właściwe. Warunki do cabeceo dobre, jeśli siedziało się w odpowiednim miejscu. Chociaż nie od dziś wiem, że jak któryś chce akurat ze mną, wyciągnie mnie nawet spod stołu (tak właśnie).

Rejs statkiem był miłym urozmaiceniem.

Chociaż widokowo zbyt wiele się nie działo. Stocznia, Wały, statek jakiś… Ot co.

Tangowo ludzie dawali radę. Ja z założenia nie tańczę na statkach, tylko chłonę atmosferę, obserwuję i robię zdjęcia… Było wesoło i smacznie. Zostaliśmy poczęstowani przekąską (młode pokolenie obsługiwało nas bardzo sympatycznie), a Ela K., jak na damę przystało, rozprowadziła kontrabandę w postaci czerwonego wina – po łyku dla mnie, niej samej i Anielicy Bielskiego Tanga Anny Pie. Ktoś udokumentował ten fakt cyknięciem zdjęcia, ale jeszcze do mnie nie dotarło. Rodzajów obuwia było wiele. Podziwiam tańczących w japonkach. Ja nie umiem. Bałam się, że nie tylko przy boleo. ale przy zwykłym pivocie mój klapek może wylądować między oczami pana siedzącego na górnym pokładzie…  

Flesh mob musi być!

W taką pogodę, o takiej porze roku… Niestety nie uczestniczyłam, bo jestem aspołeczną dziwaczką, nie lubię tańczyć na nietangowym podłożu i nie zamierzam ze sobą w tym względzie walczyć. Czasem mi się zdarzy, ale od czego to zależy – nie wiem ja sama…

Fot: Tom Photos

Atmosfera super, organizatorzy też, ale…

Poprawiłabym jedną rzecz: catering. Główne danie na gwizdek od 22.00. – sprawdza się, jeśli wszyscy mieszkają w miejscu maratonu. Polowanie na bułki i czekanie do 5.00. na rogaliki (czasem bywam do końca, czasem nie) nie jest dla mnie atrakcyjne. A pomiędzy NIC. Są oczywiście różne strategie i podejścia, może się czepiam… Ale kompletny brak czegokolwiek właśnie pomiędzy jakoś mi zgrzyta. Podnieść cenę o dychę i kupić w supermarkecie ciasteczka i banany..?

Podsumowanie: TAK.

Wiele objęć, których nie ma się na co dzień – ale o tym piszę przy każdej maratonowej krajowej okazji. Nowe znajomości, czasem dziwnie zawarte… Jak moja z pewnym poznaniakiem, który najpierw wprowadził na mnie swoją partnerkę (weszła obcasem w moje śródstopie), jako rekompensatę zaproponował tandę, dostał kosza, ale tak pięknie następnego dnia mnie wykabeceował, że było baaardzo miło…).

Chcecie dobrze tańczyć – jeździjcie!

Ale najpierw zasuw! Technika! Nawigacja! Nie ma, że „nułewo jest przestrzenne, więc wierzgam”! Brakuje Ci przestrzeni – znaczy się: nie umiesz tańczyć! Machanie nogami i łażenie w poprzek to tangowy blamaż! Też mam na sumieniu heh… Kiedyś machnęłam… i dziewczynie w parze obok nie dość, że rozdarłam spódnicę, to mało się nie przewróciła, bo zjechała jej do kostek niemal z majtkami… Od tamtej pory staram się pilnować, ale – przyznaję – raz na jakiś czas mi nie wychodzi…

Abrazo! (Bestia) Ania

 

 

„Lost boy” – tangowe i pozatangowe Anioły – aby życie było pełniejsze

W piątek razem z naszą adoptowaną Minnie pojechałyśmy na plan teledysku promującego psie adopcje (jeden teledysk już JEST, nagrany przez młodzież, niech będzie ich jak najwięcej). Pełniutką relację widzianą jej oczami i całą zdjęciową dokumentację zamieszczam na samym końcu 😃

W tym wpisie chciałabym się skupić na aspekcie bycia wrażliwym… tym razem nietangowo.

Jestem zachwycona, że wśród nas jest tyle osób traktujących zwierzęta i w ogóle dary natury jako dobro i cud. Potrzebujących jest cała masa… I tak: bez wsparcia inicjatyw kulturalnych wiele z nich nie może się odbyć. Nadal najłatwiej jest zebrać środki na chore dzieci. Chwała tym, którzy się angażują w pomoc. Ja częściej pomagam zwierzętom, bo same o siebie się nie upomną, zwłaszcza w najpodlejszych czasach w historii Polski po przemianach roku ‘89, gdzie zwierzęta są bestialsko mordowane na coraz szerszą skalę. Foki, dziki z azylu (!!!), osobiste zaproszenie na odstrzał bobrów… Nie chcę żyć w takim kraju z takimi ludźmi! O środowisko trzeba dbać,a nie je dewastować!

Foto: Grupa INCO – dbamy o środowisko.

Na szczęście są też Anioły, i to dużo ich pośród nas.

Jest takie miejsce – Akademia Tańca Tomasza Potockiego na Wolność – w którym systematycznie odbywają się milongi charytatywne (z loterią fantową – każdy los wygrywa!), z których dochód przeznaczony jest na pomoc bezdomnym kotom. Monika, szefowa interesu, weganka z ekologicznym nastawieniem do życia, działaczka społeczna – uruchomiła sklep internetowy przyjazny środowisku (zajrzyj TU). 

Nasza tangowa koleżanka Dorotka z Wrocławia stworzyła grupę ludzi, która pomaga znaleźć domy psom z przepełnionego schroniska na krańcu Polski (tym z najmniejszymi szansami, czyli dużym i często już niemłodym). To całe przedsięwzięcie: transport, domy tymczasowe, socjalizacja, leczenie, sterylizacje, zabezpieczenie przeciw pchłom i kleszczom… Na to potrzebne są pieniądze. No więc Dorotka zbiera wokół siebie ludzi, którzy deklarują comiesięczną stałą wpłatę (każde 5 zł się liczy!!!) – dzięki temu może zaplanować wydatki. Grupa się rozrasta, ma super Team. Działa od końca 2016 roku. Wyciągnęła z największej chyba mordowni 35 psiaków, z czego 20 ma już swój dom. Do tego potrzebny też jest czas. Dorotka oprócz tańczenia tanga jest konserwatorką zabytków. A przecież jej doba nie ma 40. godzin… 

Nietangowa Joanna prywatnie przygarnia porzucone zwierzęta. Ma ich pod opieką kilkanaście. Nie, to nie jest zbieractwo. Szuka im domów w miarę swoich możliwości, synowie dzielnie ją wspierają. Też je leczy i socjalizuje, bo trafiają w różnej formie. Organizuje bazarki, na których sprzedaje pozyskane różne przedmioty (np. nietrafione prezenty), a pieniądze przeznacza na utrzymanie zwierzęcej menażerii. Joanna nie ma własnego domu, tylko wynajmuje. Stoi przed dużym wyzwaniem: w nowym domu musi zbudować nowe kojce (info TU ). 

Nasza tangowa koleżanka Ida jest wolontariuszką w schronisku na Paluchu. Kawał swojego czasu przeznacza na pomoc najbiedniejszym psim przypadkom. Angażuje się w socjalizację i szukanie domów. Kto nigdy nie był w schronisku, nie wie, jak duże to wyzwanie i jakie emocjonalne obciążenie. To cudowne, że są ludzie, którzy potrafią unieść ten ciężar i powodować, że jest on nieco lżejszy.

Foto: z profilu Idy na Facebooku. 

Zechciej zrobić coś dobrego dla zwierzaków. One same sobie nie poradzą.

Ich traktowanie świadczy o naszym człowieczeństwie. Podziel się groszem. To tak niewiele, a tak wiele… Bez pieniędzy niestety niewiele da się zrobić, ale jednak coś można… Mam następujące propozycje:

1. Raz w tygodniu – żeby mniej wrażliwi nie zarzucili Ci spamowania – udostępnij post zwierzaka szukającego domu. To naprawdę działa, a nic nie kosztuje. Aktualnie – m.in. – domu szuka miły i kontaktowy Harold.

2. Weź udział w kociej milondze na Wolność. Nie chcesz nic losować? W każdej chwili możesz podarować fanty na loterię.


Foto: demotywatory.pl

3. Dołącz do adopcyjnej grupy wsparcia Dorotki. Zadeklaruj wpłatę 5 czy 10 zł miesięcznie. Takich osób jest kilkadziesiąt, robi się znacząca kwota. Dorotka zawsze wszystko dokładnie rozlicza. Grupa jest tajna i są w niej tylko osoby pomagające tym konkretnym psom. Chętnie udzielę Ci wszelkich informacji i dołączę do grupy, nie bój się pytać.

4. Masz niepotrzebne durnostojki, nietrafione prezenty, torebkę w dobrym stanie, niepasujące Ci perfumy? Przekaż na bazarek Joanny (nie masz? Wpłać na KOJCE). Ty się uwolnisz od zbędnych rzeczy, Joanna uzyska pieniądze na weterynarza czy karmę. Zorganizujemy odbiór, o to się nie martw.

Foto: blog.ipleaders.in

5. Wybierz sobie jakąś prozwierzęcą fundację i pomóż, a najlepiej pomagaj systematycznie. Można też wspomóc konkretnego zwierzaka, np. w Fundacji Azylu pod Psim Aniołem (stąd jest Minnie), chociażby przez adopcję wirtualną. Nie chcesz się deklarować? Nie szkodzi. Zawsze są dodatkowe wydatki: na diagnostykę, leczenie, itp., można wpłacać jednorazowo.

6. A może masz w swoim domu i sercu miejsce na zwierzaka? Te po przejściach miewają problemy, ale są też bezproblemowe. Nasza Minnie to słodycz i generator miłości, jedyny kłopot jest wtedy, kiedy domaga się głaskania akurat, kiedy Blanka ma korepetycje lub ja chcę jeszcze spać 😃 Albo jak naleje w dywanik – ten łazienkowy lub przedpokojowy do butów 😃 Nie dlatego, że nie była na spacerze, tylko dlatego, że lubi i już 😃 Dla nas jednak to nie jest problem, mamy pralkę 😃 Ale pewien adoptowany dżentelmen zjadł naszemu tangowemu koledze połowę tarasowych drzwi… Podziwiam ludzi, którzy w takich sytuacjach nie pozbywają się psa, tylko szukają rozwiązania. Od tego są psi behawioryści, żeby pomóc.

Można też dać dom tymczasowy. Tak bywa u nas, stąd fejsbukowa Tangowa Chatka.

Adopcja to bardzo poważna decyzja i odpowiedzialność, nie każdy człowiek jest godzien, by opiekować się istotą słąbszą i całkowicie od niego zależną.

7. Chcesz psa rasowego? Najpierw się dowiedz, czy poradzisz sobie z rasą, która Ci się podoba. Najwiecej pogryzień dzieci jest przez domowe labradory; yorki to pełnokrwiste terriery, wydaje im się, że są wielkości doga, poza tym ich pielęgnacja kosztuje; husky to psy stadne, pociągowe, potrzebują dużo ruchu i zajęć z człowiekiem, inaczej będą uciekać, bo mają tendencje do włóczęgostwa… Nawet najpiękniejszy zwierzak, najsłodszy szczeniaczek – nie jest pluszakiem, tylko czującą istotą.

Nie kupuj z pseudohodowli, bez rodowodu, bo „tylko do kochania”! Nie zgadzaj się na dowóz szczeniaka. Jedź, sprawdź, w jakich warunkach żyje suczka. Nasza Minnie była eksploatowana przez 10 lat, a potem odwieziona do schroniska (lepsze to niż porzucenie w lesie), bo rodzenie dwóch szczeniaków było nieopłacalne… Minnie ma tylko krzywy zgryz, nie wiadomo, jakim psem była kryta, ale jest duże prawdopodobieństwo, że sprzedawano szczeniaki obarczone różnymi wadami. Wydatki związane z leczeniem pokonały niejeden budżet. Stąd tak dużo porzuconych psów niby – rasowych.

Są tacy, którzy pomagają i dzieciom, i zwierzakom, a i kulturę szczodrze wspierają.

Moim marzeniem jest, aby każdy człowiek miał potrzebę zaangażowania się w pomoc, także finansową. Rzadko jest tak, żeby naprawdę nie można dać nawet złotówki. Jak się pomaga, życie jest pełniejsze, ma inne wibracje… Chciałabym, aby żaden zwierzak nie był lost

Z moich osobistych obserwacji wynika, że ten, kto wspiera zwierzęta, prędzej wesprze drugiego człowieka, niż ten, co dla czystego sumienia przekaże czasem grosz na pomoc jakiemuś dziecku. Dobre i to oczywiście. W tym przypadku dla mnie cel – pomoc – uświęca środki.

Z pozdrowieniami
(Bestyjka) Ania

A jak było na planie teledysku promującego adopcję psów? Okiem Minnie:

Foto: Instagram aktorki Olgi Bołądź

Mamusia wywiozła mnie w wielki świat! Pojechałam na plan teledysku, który będzie promował psią adopcję. Fajnie, że osoby rozpoznawalne włączają się w takie akcje. Mamusia powiedziała, że zrobi specjalny album, w którym umieści te celebryty, które zasługują, aby mieć z nami zdjęcie.

A na planie – najpierw się troszkę bałam. Mamusia to czuła, więc trzymała mnie na rękach. Usiadłyśmy na kanapie. Odwróciłam się do wszystkich pleckami, o! A było tam kilkanaście innych – dużych! – psów, wszystkie ze schroniska, dwa nadal szukające domu. Jeden spod Lublina (ten kosmaciutki), jeden z Warszawy. Oba zrównoważone, ten kudłaty bardzo wesoły – bo młodziak. Mamusia mówi, że są cudne. Ktoś chce, niech pisze do nas!

  

Posiedziałyśmy z pół godzinki – praca na planie to podobno głównie czekanie, tak powiedział Leszek Stanek, który w tym teledysku zaśpiewa. Przy nas nie śpiewał – nie wiem: dobrze to czy źle? No więc siedziałam sobie i jak już troszkę się oswoiłam z nową sytuacją, odwróciłam się do psiaków i obserwowałam wszystko z kolan mamusi.

Po jakimś czasie mamusia stwierdziła, że mam się integrować. Zapięła mi smyczkę i postawiła na ziemi, żebym sobie chodziła i się z psim koleżeństwem zapoznawała. Było nas dwie dziewczynki (oprócz mnie – miła amstafka) i dziesięciu chłopców. Oj, niektórzy troszkę awanturni między sobą! Na szczęście nad naszą gromadką czuwała pani behawiorystka Kasia (Akademia Cztery Łapy). Jak ona pięknie ogarniała nas i naszych ludzi! Tłumaczyła nasze zachowania, podpowiadała, co robić. Prawdziwa fachowczyni! Kto ma kłopot z psim zachowaniem, pewnie ma kłopot też ze swoim – Kasia da radę! Moja mamusia nie ma kłopotów, a ja jestem jej szcząsteczkiem na świateczku całym!

Zdjęcia nie były łatwe. Jak w stojącą grupę psów wbiega inny i goni go człowiek, to różnie mogło być… Dzielnie to znieśliśmy, a ja tylko troszkę za mamusią się chowałam i tylko przy pierwszym ujęciu! No może i drugim. A wcześniej, w ramach integrowania się, uznałam, że ludziowe kolana są po to, żeby mieć na nich psa! Więc mamusia mnie prowadzała na smyczy, a ja hops! Na kolana pani fotografce.

Pan aktor przykucnął, zanim się zorientował – to ja mu hops! 

Inna mamusia głaskała swojego synka, a ja hops! A co!

Że Oldze Bołądź też hopsnęłam – już wiecie.

Kto kucnął – miał mnie zaraz na kolanach. Pani behawiorystka kucnęła, żeby zrobić z nami zdjęcie – to ja hops!

Byłam najsprytniejsza! Mai Ostaszewskiej też bym hopsnęła, ale nie kucała.
Potem była przerwa na obiad. Mamusia jadła jakieś coś bez mięsa, więc nie pachniało zbytnio kusząco. Mogłam się zrelaksować.

I tak właściwie to zostałam królową dużej kanapy. Siedziałyśmy na niej tylko ja i mamusia, bo jak już się oswoiłam, to postanowiłam rządzić na dzielni i kłapałam na tych, co za bardzo zerkali w naszą stronę. Potem znowu zagrałam! Pojawiły się smaczki, więc się nie bałam i dzielnie stałam przed mamusią! Pani behawiorystka powiedziała, że jestem zuch dziewczyna! Teraz czekamy na efekt. Mamusia mówi, że jestem taką kruszynką, że może mnie wcale nie być widać. A mamusia wie, co mówi. Nie jest kruszynką, a jak grała w teledysku tangowym, to na ekranie było widać jej włosy przez 0,2 sekundy… Tu zapowiedź i troszkę (maleńką) nas widać 😃

Dotarłeś/łaś do końca? Zuch! Nie każdy podobno lubi czytać. Jak udostępnisz, z pewnością jakaś sierota dostanie potrzebną pomoc, bo to naprawdę działa…

Zawiedzione nadzieje pewnego organizatora

Gorzkie żale naszego kolegi doczekały się specjalnego wpisu.

Zaistniała sytuacja dotyczy mojej Warszawy, w której się urodziłam, mieszkam, żyję na co dzień i tanguję. Ale od początku:

O co chodzi?

Kolega z Polski chciał zrobić festiwal. Nie w swoim mieście i poza swoim środowiskiem. Najpierw wygonili go z Berlina (podobno rasistowsko), potem miał pretensje do Warszawy, że został źle potraktowany, że kolesiostwo, że on tu mistrzów świata chce sprowadzić, a tu taka niechęć… Że to z zawiści, a nawet nienawiści… Czyli: rozgoryczenie i żal.

Źródło: Internet

Ta sytuacja dała mi pole do różnych przemyśleń.

Nie mam kompletu informacji, nie wiem, co się naprawdę wydarzyło, więc do rozmyślań wykorzystam jedynie dostępne mi fakty, a pewne wnioski poprę konkretnymi zachowaniami rozczarowanego kolegi i komentarzami do cytatów z jego wpisu (zachowując oryginalną pisownię i interpunkcję).

Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko koledze i jego działaniom.

A nawet podziwiam konsekwencję, z jaką realizuje się w swojej pasji. Co nie zmienia faktu, że zdziwiła mnie jego brawura. Przy takiej masie warszawskich imprez – on, człowiek z zewnątrz, nie osadzony w warszawskim środowisku, wkracza z tupetem, i to od początku niefortunnie… Wykorzystując frazę, którą posługuje się jeden z warszawskich organizatorów, oraz publikując logo podobne do tego używanego przez innego warszawskiego organizatora – nie wzbudził sympatii. Moim zdaniem albo on, albo jego doradcy się nie popisali, co wyraziłam w swoim komentarzu, jednocześnie informując, że mimo wszystko życzę powodzenia.

Wpisy – mimo próby starannego doboru słów – nie zawsze przekażą intencję.

Może moje wyrażone zdziwienie zostało odebrane jako sprzeciw… Fakt jest taki, że jakby bez porozumienia ze mną przypadkowo mnie skopiował, też bym się wkurzyła. I zaraz wyobraziłam sobie, jakbym to ja chciała zorganizować festiwal w Nowym Jorku albo Rzymie… Porównanie jest adekwatne, bo mam tam znajomych. Czy to wystarczy? Moim zdaniem: 

Źródło: Internet

Mam też apel to wszystkich koleżanek i kolegów organizatorów wydarzeń: popieram bez wyjątku każdego z Was i Wasze działania

– zadeklarował rozczarowany kolega. Cudownie, tylko że taki „apel” wcale o tym nie świadczy. Ileż mejli i próśb skierowanych do niego o umieszczenie informacji na reaktywowanym portalu pozostaje bez odpowiedzi? W ilu imprezach warszawskich organizatorów wziął udział fizycznie – nie mówiąc o obecności towarzyskiej i socjalnej, nietożsamej z tą fizyczną? Bywam organizatorką i ja osobiście nie czuję się przez niego popierana. Powiem więcej: reaktywowany portal to dziecko, które przejął na wychowanie, obiecał o nie dbać, a z sobie znanych powodów po protu je udusił.

Foto: Internet

Brak czasu? Nieudolność? Ukatrupić największy i najbardziej znany swego czasu tangowy portal – mnie się to nie mieści w głowie. Ja także miałam wpływ na jego rozwój od początku powstania, czułam się z nim związana i za to dziecko współodpowiedzialna. Wielokrotnie prosiłam, byśmy porozmawiali na temat wizji, rozwoju i strategii działania. Raz udało się umówić spotkanie, które kolega odwołał. A z osobą, która obdarzyła go zaufaniem i wszystko oddała w jego ręce (bez porozumienia ze mną, bo wierzyła, że to dobre wyjście), nie umie załatwić swoich spraw od lat. Dlatego proszę mnie nie pytać, czemu nie powiem mu tego osobiście – nie mam takiej okazji. A skoro publicznie naskoczył na moje środowisko, ja jeszcze publiczniej na to odpowiadam.

Więc zahaczamy o temat komunikowania się.

Źródło: PoradnikZdrowie.pl

Żeby była jasność: przy wskrzeszaniu truchełka portalu kolega wcale nie musiał kontynuować ze mną współpracy. Mógł mieć inną wizję, mógł zwyczajnie przestać mnie lubić, mógł na etapie zmian w swoim życiu nie znaleźć miejsca na naszą wspólną przestrzeń. Takie jest życie i tango: ludzie pojawiają się na różnych etapach, by nieraz zostać na dłużej, a często – w różnych okolicznościach – zniknąć. I ja to rozumiem, sama przeżyłam wiele relacji, w których formuła na wspólne cokolwiek się wyczerpała. Ale po to ludzie mają dar mówienia, by się komunikować. A jak nie chce się rozmawiać (z różnych względów), można napisać. Kolega unikał jakiejkolwiek komunikacji. Zresztą nie tylko ze mną. Dlatego pitolenie o złej Warszawie i jakimś kolesiostwie, które się na niego uwzięło, odbieram jako roszczeniowość, brak refleksji lub niedojrzałość. Niestety, nie ma tak, że jak czegoś chcą ode mnie, to olewam, ale mnie mają przyjmować z honorami.

Źródło: mjakmama24.pl

Burza po użyciu logo i frazy minęła. Festiwal umiejscowił się w mojej głowie nie dlatego, że miał się odbyć, tylko kiedy go odwołano.

Nie dotarły do mnie żadne informacje poza logo, nieszczęsną frazą i gorzkimi żalami. Oczywiście nie muszę być o wszystkim informowana (niektórzy wolą, jak nie wiem ). Ja też nie muszę informować, a na pewno nie chcę promować wszystkiego, co się dzieje. Na niektórych imprezach – nawet tych przeze mnie wspieranych – nie mogę być, bo też mam ograniczone moce przerobowe. Poza tym zasięg mojego bloga może nie być wystarczający, aby się nim przejmować (fanpage –  posty z linkami do bloga cieszą się większą popularnością niż inne – a ostatnio nie korzystam z płatnych kampanii, generuję wystarczający zasięg organiczny; blog – czytelnicy pochodzą ze wszystkich kontynentów).

Inna sprawa, że mimo iż nie unikam środowiska i jednak jestem obecna zarówno fizycznie, jak i wirtualnie, to jednak o imprezie nie dowiaduję się wtedy, jak ma się odbyć, tylko wtedy, kiedy rozżalony kolega jedzie po warszawskich organizatorach (ukrywając rzeczowy, grzeczny i trafny komentarz naszego warszawskiego tanguero) – to o czym to świadczy..?

Wszystko, w każdej dziedzinie życia, opiera się na relacjach.

Lojalność, zaufanie – na to pracuje się swoimi czynami. Same słowa nie wystarczą. Przy tej masie imprez nie do końca ma znaczenie poziom zaproszonych par czy orkiestry. Odbiorcą masowych imprez – zwłaszcza festiwali – w większości nie są tangowe dinozaury (które w znacznej mierze wyginęły albo im się nie chce), tylko tangowa młodzież tańcząca rok – trzy – pięć. Kiedyś było mało imprez i zapisy rozpoczynały się dosyć wcześnie. Teraz wielu czeka do ostatniej chwili, bo na festiwal i tak można kupić bilet na wejściu. To utrudnia pracę organizatorom, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo 😃

Do międzyludzkich relacji jeszcze wrócę, teraz kolejny cytat:

To cudowne, móc widzieć tyle wydarzeń w niemal każdej części naszego kraju. Proszę Was przy tym osobiście, byście nigdy nie wyrażali się źle o innych organizatorach. Nikt z nas nie jest lepszy czy gorszy. Za to każdy z nas wnosi olbrzymi wkład w rozwój środowiska. Więc róbcie swoje, bo to dobra robota!

Prawie się wzruszyłam… Sorki, nie mogę się oprzeć ironii. Zastanawia mnie tylko, kogo kolega oszukuje: siebie czy nas? A może poprawia sobie samopoczucie po krytycznych uwagach dotyczących organizacji jednej z imprez i braku jego zachowań socjalnych? Zapewniam, że nie są to pomówienia. Chętnie zainteresowanemu wyjaśnię, jeśli uzna, że chciałby wiedzieć. Niestety, są lepsi i gorsi organizatorzy. I nie każdy wnosi wkład w rozwój środowiska. Za to każdy ma rachunki do zapłacenia i jak nie umie liczyć, to do tego dokłada – a nie każdy może (i chce) sobie na to pozwolić. Kameralne towarzyskie milongi organizowane własnym sumptem są super, festiwal raczej taką metodą zrobić trudno.

Źródło: sejfer.pl 

Do organizacji festiwalu w Warszawie zaprosiłem osoby wyjątkowe. Z szacunku do wykonanej przez nich pracy na rzecz tanga. Z pewności co do tego, że mamy doskonale spójną ideę rozwoju tanga. Bardzo im dziękuję za czas, który poświęcili dla dobra sprawy. To nieocenione. To tacy ludzie są i będą dla mnie przykładem. I dowodem, że nie każdy po latach organizacji, nawet w stolicy, ma nos powyżej czoła.

Nie wiem, kto to był (i nie mam głębszej potrzeby dociekania, bo mi to nie potrzebne), więc pisząc, że chyba niezbyt trafny wybór – nie czynię personalnych złośliwości, tylko dzielę się moim odczuciem. Zapytałam: to co zawiodło? Bo wylane żale niestety mnie nie przekonują. Nie otrzymałam odpowiedzi. Więc sobie tak deliberuję – w końcu to mój blog i wolno mi, a przeczyta, kto zechce 😃

Order: „Zasłużony dla górnictwa”. Jakoś mi tu pasuje.

Zaproszenie do współpracy osób „zasłużonych dla tanga” jest ideą zacną, ale bywa, że nic nie wnoszącą, jak honorowy patronat ambasady Argentyny. Stara gwardia jest młokosom (chodzi o staż w tangu, nie wiek) nieznana, więc nie ma przełożenia ani na promocję, ani na frekwencję. Akademia Tanga Argentyńskiego mogłaby być spoiwem (zwłaszcza że coś drgnęło, pojawiła się fajna milonga De Mis Amores z praktyką pod okiem instruktora na drugiej sali), ale dopóki członkowie sami nie poczują sensu istnienia i rozwoju tego stowarzyszenia, przetasowanie się na stanowiskach i dobra wola garstki zaangażowanych osób oraz urok i chęć działania Matki Polskiego Tanga (dla młodych: Pauliny Policzkiewicz-Woźniak ze szkoły tanga Tangolada) – nie wystarczą

Mogło być też tak, że te zasłużone dla tanga osoby i organizatorzy zostali przez kolegę potraktowani instrumentalnie i się na to nie zgodzili. Warszawa okres konfliktów organizatorskich ma dawno za sobą, dlatego obrzucanie ich błotem bez podania faktów nie jest dla mnie wiarygodne.  

Biorąc się za organizowanie, można przyjąć różne strategie działania.

Część wrogości można rozbroić poprzez nawiązanie relacji przed ruszeniem machiny organizacyjnej, a na pewno przed wkroczeniem na jakiś teren. Spontanicznie, bez uprzedzenia sąsiadów, można zrobić domówkę (i to nie za głośną, bo się wkurzą). Po to umiemy mówić, żeby się komunikować. Tak mało ludzi na co dzień o tym pamięta… Konfrontacja to miecz, czasem obosieczny. Biorąc zamach na wroga, można sobie przepołowić głowę. Poza tym warto pamiętać, że nie ma obowiązku współpracy ani witania chlebem i solą. Jak ktoś woli sam – ma do tego prawo. Jak chce odrzucić składaną propozycję – też.

Źródło: zamojska.org

Można mieć wizję i szturmem ją wprowadzać.

Jak się uda – odtrąbić sukces. Jak nie – wyciągnąć wnioski. Wziąć to na klatę, a nie szukać winnego. Dla jasności: nie sugeruję, że kolega chciał coś szturmować. Nie wiem, czego chciał poza zorganizowaniem festiwalu. Wymieniam szturm jako jedną z możliwych strategii. A że akurat kolega biadolił – nie on pierwszy, ale on mnie natchnął na te rozkminki 😃

Można zasięgnąć konsultacji.

W różny sposób i u różnych ludzi. I nie o to chodzi, by trąbić o swoim pomyśle wszystkim miejscowym (ach, jak boimy się „kradzieży”…). Dobranie właściwych osób to duża część sukcesu. A niewłaściwych – pewna klapa.

Można się konsultować, a i tak robić po swojemu.

Znam taką organizatorkę Czasem podejmie dobrą decyzję, czasem złą. Sukces zawsze, niezależnie od strategii, ma wielu ojców, porażka jedną matkę. Tak jest w każdej dziedzinie, w tangu też.

Można pozostać konsumentem i nie zawracać sobie głowy organizacją.

I uprawiać nasz narodowy sport: narzekanie Tyle że na pewnym, najczęściej wczesnym etapie tangowego życia, przy góra drugim zalewie oksytocyny, ma się milion pomysłów i chce się je realizować – oczywiście dla dobra tanga… I wie się lepiej, co i jak organizatorzy „powinni” Ja już tangowo wyrosłam z pouczanek, dzielę się jedynie moimi przemyśleniami i w pełni akceptuję to, że każdy robi, jak uważa – chociaż czasem uważam, że wiem lepiej 😃

Wracamy do relacji.

Żródło: twojwybortwojaprzyszlosc.pl

Przy tej masie imprez współpraca jest podstawą. Żadna impreza jak koncert czy festiwal nie obejdzie się bez wsparcia finansowego i zaangażowania ludzi dobrej woli. Dlatego relacje są podstawą. Ktoś załatwi salę, która nie zamorduje budżetu, kto inny nagłośnienie po kosztach… A jeszcze ktoś dorzuci się do biletów lotniczych zaproszonej orkiestry… I NIE CHODZI O KOLESIOSTWO!!! Na relacje pracuje się własną wiarygodnością, zaufanie buduje się czynami. Bywam organizatorką i jestem po świeżym przeżyciu szoku…

Umówiony od marca na ubiegłą sobotę dj, w czwartek o 21.30. dopytuje o godzinę imprezy, a o 22.40. pisze, że nie przyjedzie… Dobrze, że uprzedził, mógł się nie zjawić Wiem, że zabiera się za organizowanie dwóch dużych imprez. Sorki, ale dla mnie stracił wiarygodność i takiej osobie nie powierzę ani mojego czasu, ani pieniędzy. Ot, takie moje świeże doświadczenie, nie dotyczące kolegi od wylewania gorzkich żali.

Relacje to pomoc.

Wzajemność i równowaga: coś dostaję, coś daję. I nie chodzi o to, że coś za coś, tylko o wrażliwość na drugiego człowieka. Ja akurat, mimo mojej pozornej szorstkości, nie umiem żyć sama dla siebie. Nie szukam rewanżu na siłę, nigdy go też nie wciskam. Branie i dawanie to kompetencje społeczne, których nie jesteśmy uczeni – ale to inny temat. Wracając do relacji – te moje bardzo sobie cenię i jestem za nie wdzięczna.

Milonga w hotelu InterContinental. Ann wyjechała, ale z Piotrem Woźniakiem lubię współpracować do dziś. 

Nigdy do tej pory nie płaciłam za salę – nawet w InterContinentalu (młodzież zapewne nie wie, że sześć lat temu odbywały się tam pierwsze wypasione milongi, z pokazami, loterią świetnych fantów, winem na wstępie, zniżką w barze 60% i biletem wstępu za 15 zł). Od czasu, kiedy sama decyduję, jak będzie wyglądać moja impreza, zawsze płacę współpracownikom w zależności od pozyskanego budżetu (wyjątek: milonga charytatywna SyMfonia Serc na Krakowskim Przedmieściu, która budżetu nie ma – dziękuję serdecznie tym z Was, którzy co roku się angażują – w tym roku zapraszam w drugą niedzielę września).

Umiejętność pozyskania sponsorów opiera się na relacjach.

Czasem wystarczy znać kogoś, kto zna kogoś i być poleconym. Ale na polecenie trzeba zasłużyć. Kandydaci na sponsorów często podnoszą argument (żeby nie wspomóc), że pomagają chorym dzieciom… W wielu wypadkach może tak jest, na szczęście znam takich, którzy mają otwarte serca, szersze horyzonty i dywersyfikują pomoc na chore dzieci, bezdomne psy i dofinansowanie tangowych imprez. Ale znam przypadek, gdzie kandydat na sponsora się umówił, po czym nie odwołał, nie przyszedł, olał. Bywa. Sponsorzy są bezcenni, ale nie mogą dźwigać czyjejś imprezy. Jak organizator popłynie bez zaplecza, to albo dokłada z własnej kieszeni, albo okrywa się niechwałą. Jak ma dobrze działającą szkołę, wpływy z lekcji pokryją ewentualny brak, a impreza może być potraktowana wizerunkowo. Ale jak szkoła jest peryferyjna albo – jak w moim przypadku – jej nie ma, to albo wchodzę we współpracę z mocniejszym ode mnie, albo mierzę siły na zamiary – a jak mi nie wyjdzie, nie mam do nikogo żalu.

Batida del Tango – moja popołudniowa milonga.

Nie zbawi się całego świata i wszystkich pomysłów się nie zrealizuje.

Gdyby tak było, to na eventach byliby tylko organizatorzy i wykonawcy 😃 Jak na promocji pewnego napitku: artystka, jej goście i kelnerzy…

Zanim do tego doszłam, próbowałam różnych dróg (tyle że nigdy nie miałam do nikogo żadnych pretensji). W dzisiejszych czasach nie sprawdzi się strategia: róbmy, a jakoś to będzie (tzn. ludzie przyjdą i zapłacą). Mój znajomy gangster mawiał, że pomysł dopiero wtedy jest dobry, jak zostanie z powodzeniem zrealizowany. I że jak na świetny pomysł nie możesz znaleźć pieniędzy, to znaczy, że coś jest nie tak albo z pomysłem, albo z tobą (owszem, miał profesję niezbyt wysokiego zaufania społecznego, ale żyje – jego koledzy dawno się wystrzelali lub zaćpali – i aktualnie jest poważnym biznesmenem, więc na pomysłach i pieniądzach jakoś tam się zna).

Promowanie imprezy to ciężka orka na ugorze.

Mam Ochotę – druga moja popołudniowa milonga, na której pewien karnawał spędziliśmy na przebierankach – co tydzień inny temat. Było bardzo wesoło 😃

Nie załatwią tego posty na fejsbuku. Zresztą: tak szybko zmieniają się algorytmy, że to, co działało rok temu, dziś jest bezużyteczne. Umiejętność promowania to wyższa szkoła marketingowej jazdy. Od stworzenia odpowiedniej treści, poprzez odpowiednią publikację w odpowiednim czasie, do wykorzystywania fejsbukowych narzędzi, o których 90 % tych, co ma profil, nie ma bladego pojęcia (szacunki są moje, sporządzone na podstawie tego, co i jak jest publikowane). A fejs to niejedyna możliwość. Tyle że taka wiedza kosztuje. Aby przebić się z imprezą w dzisiejszych czasach, trzeba wiedzy, ludzi i zaplecza. Chyba że ma się wyrobioną renomę – ale ona jest związana z wypracowanymi relacjami, nie inaczej. Jednak nie dokona się cudu, jeśli impreza nie ma potencjału (tak bywa: nie to miejsce, nie ten czas, nie taki pomysł, nie ten organizator…).  

Beskid Tango Marathon jest przykładem imprezy, która pięknie się rozwinęła. Prapierwsza edycja odbyła na Szyndzielni, kolejne – w hotelu „Orle Gniazdo”. Ale ta impreza startowała kilka lat temu. Teraz wiadomo: w pierwszy weekend roku wszystkie drogi prowadzą do Szczyrku! Relacja z tegorocznej edycji: TU.

Lokalsi często wcale nie wspierają tego, co ma się wydarzyć na ich terenie, nawet jak organizuje to ich lokalny organizator.

Na pierwszej edycji Recuerdo Warszawy prawie nie było, a nauczyciele przyszli tylko na pokaz i zaraz się zmyli. Druga edycja była już doceniona, ale nie dlatego, że samo się zrobiło, tylko dlatego, że włożono w nią więcej pracy na zapleczu. Nie mam wątpliwości co do tego, że tegoroczna będzie jeszcze lepsza, bo koło ruszyło i nabiera pędu. 

Każda duża impreza ma długą listę zaproszonych gości.

Tak jest na całym świecie. Umiejętne ich dobranie to też duża sztuka Jeśli organizator chce zaoszczędzić i żałuje zaproszeń (nie chodzi bynajmniej o rozdawnictwo), niech się nie dziwi, że promocja nie działa. To ludzie przyciągają ludzi. Obserwuję u Polaków taką prawidłowość: chcieliby być dobrze wynagradzani za swoją pracę czy wiedzę, a jednocześnie oczekują, że inni będą robić za darmo; że polski dj zagra za kieliszek wina i wodę mineralną (maratonowi mają lepiej, przynajmniej mogą skorzystać z imprezy; o dziwo zagranicznym płacą bez sprzeciwu, a ci przecież nie zawsze dobrze grają), a fotograf będzie pstrykał za wstęp na imprezę (na której nie potańczy, jeśli ma zrobić rzetelną dokumentację zdjęciową z przebiegu całej imprezy. Pomijam czas obróbki zdjęć. No ale dużo osób lubi robić zdjęcia, zawsze jakieś będą nawet bez zakontraktowanego fotografa). Znamienne były djskie warsztaty organizowane przez ekipę Radio Tango Uno. Ktoś dopytywał, czemu taka cena, a nie inna. Za ich autorski warsztat, gromadzoną latami wiedzę i doświadczenia! Żenada. 

I tak żalący się kolega spowodował, że zastanowiłam się tak w ogóle nad dzisiejszą sytuacją organizatorów.

Moim zdaniem imprez jest za dużo. Sama się do tego raz w miesiącu przyczyniam 😃I bardzo mi miło, że mam z kim współpracować i że przychodzicie. Nie robię komercyjnej milongi, tylko wydarzenie promujące tango. A że przy okazji tańczący mogą tangolić na doskonałym parkiecie w pięknej sali – nie mogłam odmówić, gdy mnie o to poproszono. Rzecz jasna – dla dobra tanga 😃

Kolejne Tango w Królewskim Wilanowie odbędzie się 9.06. Szczegóły wkrótce.

Wracając do użalającego się kolegi – to nie Warszawa jest zła.

A podejście ludzi, którzy nie umieją się w niej odnaleźć lub uważają, że coś im się należy. Poza tym: zanim ktokolwiek cokolwiek zarzuci złemu warszawiakowi – niech zapyta, skąd taki przyjechał i od kiedy tu mieszka. Przypomnę, że stolicę zamieszkuje głównie ludność napływowa. Nie mam nic przeciwko temu, dopóki nie szkaluje mojego miasta i jego mieszkańców. Może wracać do siebie. Tym bardziej nie mogę przejść obojętnie, kiedy się rzuca oskarżenia bez podania faktów. A przypomnę: dopytywałam, o co chodzi. Wielu warszawiaków dało wyraz swojemu zmartwieniu, że festiwalu nie będzie, twierdząc, że na akurat taki miejsce w zatłoczonym wydarzeniami kalendarzu – jest. Co zrobił kolega? Ukrył merytoryczną odpowiedź na swoje lamenty. 

Każdy zbiera żniwo swoich działań.

Współpraca nie jest mocną stroną Polaków. Wpaja się nam chorą rywalizację, więc niezdrowo funkcjonujemy. W tym miejscu piszę o drugiej stronie medalu: tresowani w rywalizacji, wszędzie dopatrujemy się wrogiej konkurencji. A może zmienić nastawienie i zobaczyć szansę?

Secreto – warszawskie encuentro milonguero – odbędzie się po raz drugi. To impreza doświadczonych organizatorów, a i tak pracuje przy promocji kilka osób. Odbędzie się po raz drugi. 

Punkt widzenia zależy od tego, z której strony się patrzy.

Nikt nikomu nie zabroni organizowania czegokolwiek, ale też nikt nikomu nie nakaże aplauzu. Można z nikim i niczym się nie liczyć – wolna wola. A można inaczej. Szczerze mówiąc mnie się nie podoba ta wolna amerykanka z wchodzeniem sobie w termin i tworzeniem w tym samym czasie kilku dużych krajowych imprez. Ale taka jest rzeczywistość i na razie nikt nie wymyślił, jak to zrobić, żeby dogadywać się na szerszą skalę. A może nie ma takiej woli? Nie wiem, nie organizuję dużych imprez, bo mi się nie chce, wolę bywać 😃

Są tacy, co nigdy nikogo o nic nie pytają, a potem narzekają.

Są tacy, co im się wszystko nie podoba. A są tacy, którzy chętnie wesprą, jak będą wiedzieli, co i jak. Czy konsultować? Czy rozmawiać? Wybór jest zawsze, konsekwencje decyzji – też. Warto je brać pod uwagę przed, żeby nie marudzić po.

Z pozdrowieniami

(Bestyjka) Ania

P.S. Polecam wybrać się na bożociałowy weekend do Bielska Białej na festival Vamos Corason. Świetna para, 30 godzin tańczenia…. a mam wrażenie, że miejscowi nie doceniają ani pary (mało bywają, to i nie znają), ani starań organizatorki. Dla samej tej pary warto przybyć!

P.S.2 Od wpisu minęło kilka godzin, a już się dowiedziałam, że teraz to ja jestem ta zła, która rujnuje kolegi karierę… I że Poznań ma dosyć tego, że kolega idzie jak taran i dzieli środowisko.

Nie, kolego, ja nie robię ci nic złego. Bronię mojego gniazda, które chciałeś zbrukać. Sam sobie pracujesz na opinię złego organizatora. Otwórz wreszcie oczy i wyciągnij wnioski, zamiast mnożyć w swojej głowie wyimaginowanych wrogów.

Jazda w maju i czerwcu 2018 – imprezy wybrane

Co się wyprawia w maju?

Przede wszystkim: Tango w Królewskim Wilanowie!!! Po raz czwarty.


W sobotę 19.05. zapraszamy jak zwykle o godz. 15.00. (szczegóły TU ). WSTĘP WOLNY!
Tym razem zobaczymy parę, która rzadko bywa w Warszawie, dlatego nie można przegapić!

Dodatkowo: wyjątkowe warsztaty dla osób już tańczących! Elegancja a wygoda – temat rzeka, który Joanna Jabłońska i Piotr Bochiński mają w małych paluszkach. Zapisy trwają, szczegóły TU.

Oczywiście nie hulamy w pałacu, ale w pięknym stylowym budynku Centrum Kultury Wilanów przy ul. Kolegiackiej 3. Warto przyjechać wcześniej i przespacerować się po pałacowych ogrodach.

O 15.00. pokaz, o 15.45. milonga, na której zagra… TDJ niespodzianka. Ten, co był umówiony od marca, w czwartek o 21.30. pytał, o której ma być, a godzinę później poinformował, że jednak go nie będzie… Organizator musi być przygotowany na różne okoliczności, także na niesolidność ludzi, których zaprasza do współpracy. Co ciekawe, zabiera się za organizowanie dużych wydarzeń. Ja na pewno takiej osobie nie powierzę swojego czasu i pieniędzy.

Milongi w Królewskim Wilanowie odbywają się cyklicznie, raz w miesiącu.

Następna: 9.06.2018.

    

Tak w ogóle to dużo się dzieje.

W tym samym dniu (niestety, ale takie życie) odbywa się Milonga Piernikowa w Toruniu i kajakowa w Olsztynie oraz festiwal w Zabrzu. Nie sklonujemy się… Ale jeśli ktoś zechce napisać relację – chętnie zamieścimy.

Koniec maja – Vamos! Wyruszamy do Bielska-Białej! 

Stronę wydarzenia znajdziesz TU.

W skrócie:

  • Cztery (!) super milongi
  • Podobno moje spotkanie autorskie w związku z popełnioną przeze mnie książką pt. Pasja budzi się nocą (Wydawnictwo PROZAMI, Warszawa 2013, dwa wydania, na wyczerpaniu – więc się spieszyć, jakby co 😃). Takich spotkań już trochę się odbyło. Kto miał okazję być – wie, że nie smędolę, wręcz przeciwnie: jest wesoło 😃 Serdecznie zapraszam, nudzić się nie będziesz 😃

  • Pokaz i warsztaty doskonale znanej na świecie pary: GAIA PISAURO I LEANDRO FURLAN (Włochy/Argentyna/ obecnie Berlin (DE)) – popatrz TU  – która poprowadzi warsztaty piątek-sobota-niedziela (1 – 3 czerwca) oraz wystąpi w pokazie na wieczornej, sobotniej GALA MILONGA podczas koncertu i milongi live ORQUESTA PASIONAL (Moskwa, Rosja – zobacz TU).

Strona internetowa całego festiwalu – TU.

Para Maestros nie tylko świetnie się prezentuje i doskonale uczy, ale zarówno Gaia, jak i Leandro są bardzo sympatyczni i socjalni. Jeśli jeszcze ich nie znasz – warto nadrobić!

Orkiestra Pasional  dopiero zaczyna podbijać świat. Chłopaki grają z piękną energią, do tańca. Vamos!

To jeszcze nie wszystko.

Anielica Bielskiego Tanga jak się rozpędzi, nie można jej zatrzymać. W czerwcu po raz drugi organizuje Tango Pod Żaglami. Dwie poprzednie imprezy bardzo się podobały, w tegorocznej weźmie udział jeszcze więcej tangowo-żeglarskich zapaleńców (wydarzenie: TU). Możesz dołączyć!

Słońce, woda, milongi w pięknych wnętrzach, warsztaty tangowe, wieczór z szantami – program jest bardzo bogaty (TU).

Zanim ktoś mi zarzuci, że promuję wybrane wydarzenia – odpowiem: każdy na swoim blogu może promować, co chce 😃 Nie jestem tangową telepatką, nie wiem o wszystkich imprezach. Niektórzy wcale nie chcą, żebym o nich pisała. I chyba normalne jest, że bardziej zachęca się do imprez organizatorów bliższych własnemu tangowemu sercu. Wartość socjalna imprezy ma nie mniejsze znaczenie niż wartość tangowa. Bo tango to społeczność, ale to każdy wie 😃 

Z tangowym pozdrowieniem –

(Bestyjka) Ania

Tango to jest pewna gra…

Kasię i Mateusza lubię jako błyskotliwych ludzi i dowcipnych nauczycieli (ich krótkie bio – na końcu, a foty pochodzą z ich prywatnego archiwum). U nich stawiałam pierwsze kroki w uczeniu się milongi, pod ich czujnym okiem szlifowałam valsa. Zajęcia prowadzą w lekki, a jednocześnie konkretny sposób. Jako rozmówcy ujęli mnie swoją otwartością. Nagadaliśmy tyle, że zrób sobie herbatkę, usiądź wygodnie w fotelu i zarezerwuj dobre pół godziny.

(Bestia) Ania: U kogo się uczyliście?

Mateusz: Zaczęliśmy u Agnieszki Herbich i Tomka Potockiego. W maju, 15 lat temu (och! Ta rozmowa nieprzypadkowo odbyła się właśnie teraz! Na dodatek mija 10 lat od uruchomienia milongi Comme il Faut. Sto lat!!!).

Kasia: Teatr Nowy w klubie OFF. Była tam wewnętrzna sala, w której odbywały się tangowe zajęcia, a po nich milonga.

M.: Spodobało nam się, więc się zapisaliśmy. A potem mieliśmy małe osobiste perturbacje… I przez pół roku nie tańczyliśmy. Byliśmy w innych związkach… Ściśle mówiąc, ja już nie byłem, a Kasia jeszcze tak… Musimy tę opowieść okraszać szczegółami?

Wiadomości kundelkowe w rankingu ciekawych info są oczywiście na pierwszym miejscu.

M.: W telegraficznym skrócie: ówczesny Kasi narzeczony zaczął tańczyć, ona początkowo się do tego nie garnęła. I tak się jakoś porobiło, że pół roku później zmieniła zdanie i zaczęła chodzić na kurs, tyle że ze mną. A dalej było już tylko wielkie zamieszanie: krew, pot, łzy i rewolucje, rozstania, przeprowadzki… (Jestem kundelkowy gamoń. Nie zapytałam, kto to i czy cały czas jest w tangu…)

K.: I tak trafiliśmy do Pauliny i Janka.

Wtedy nie było takiego wyboru nauczycieli.

M.: Zajęcia państwa Woźniaków odbywały się na Ochocie, niedaleko mojego mieszkania. Oczywiście liczyła się nie tylko lokalizacja.

K.: Paulina jest matką polskiego tanga i wraz Jankiem byli dla nas jednymi z najważniejszych nauczycieli, ale zadecydowało też to, że Agnieszka wyjechała do Buenos Aires na stałe, więc siłą rzeczy musieliśmy sobie znaleźć innych.

M.: Pamiętam, jak zadzwoniłem do Pauliny i powiedziałem, że zaczęliśmy się uczyć i chcielibyśmy kontynuować. Była początkowo nieufna, jakby myślała, że przychodzimy na przeszpiegi…

K.: Janek wtedy był młodym tancerzem, uczył od niedawna. Zajęcia z nimi były odlotowe! W drodze powrotnej Mateusz odtwarzał w głowie to, co było na lekcji. Czasem nie tylko w głowie…

Skąd Wam w ogóle przyszło do głowy tango?

K.: Absolutnie przypadkiem. Przez naszą przyjaciółkę we wspomnianym klubie OFF, gdzie za kołnierz nie wylewaliśmy, a do toalety trzeba było przejść przez salę z tangiem. Ona wróciła rozanielona i powiedziała, że tam, w tej sali, dzieje się coś cudownego, i żebyśmy poszli zobaczyć. Ja jej na to: siedź tu!

M.: Żłop wódkę!

K.: Jednak poszła i nas też wyciągnęła.


Warsztaty z Homerem Ladasem, Budapeszt 2009.

Teraz to każdy albo nauczyciel, albo dj. A was to na uczenie tak nagle naszło?

K.: Na początku tango było moim hobby wśród wielu innych. Chodziłam na milongi, a w przerwie pomiędzy tandami czytałam książki. Mateusz się na mnie wściekał, że nie patrzę, co się wokół dzieje. Ale my wtedy byliśmy samowystarczalni w gronie trzech czy czterech zaprzyjaźnionych par… To znaczy: ja. Mateusz biegał na wszystkie możliwe milongi i warsztaty w ilości dla mnie zawrotnej, czyli na przykład miał trzy lekcje dziennie. Czyste wariactwo! Wszystko się zmieniło po naszej pierwszej podróży do Buenos Aires.

M.: Po czterech latach tańczenia.

K.: Tam wsiąkłam w klimat uczenia się, ćwiczenia, ogarniania swojego ciała. I już poszło. Wcześniej lubiłam tańczyć, ale w życiu nie pomyślałabym, że będziemy uczyć, że będzie to nasz zawód. Moja pani od Wf-u pewnie też by się nie spodziewała, bo moja aktywność sportowa w szkole koncentrowała się na załatwianiu sobie zwolnień.

Mateusz, co spowodowało, że latałeś na zajęcia jak do hurtowni?

M.: W życiu przymierzałem się do różnych aktywności ruchowo-sportowych, jak szermierka czy sztuki walki. Wszystko to szalenie mi się podobało, wkręcałem się, ale też jakoś mnie męczyło. Leniwy z natury jestem. Tango jako pierwsze wciągnęło mnie na tyle, że jak kończyła się lekcja, chciałem zostać na następnej. W ogóle nie czułem zmęczenia. A gdy na Kung Fu robiłem pompki wśród innych spoconych facetów, to jakoś tak stale zerkałem na zegarek, kiedy ta przednia zabawa się skończy. Poza tym stare tanga to ten typ muzyki, który zawsze lubiłem. Jako nastolatek słuchałem folku miejskiego, kawałków z lat dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych, w wykonaniach oryginalnych albo Grzesiuka czy innej Orkiestry z Chmielnej. Znałem Gardela…


Tangowy letni obóż w Sławie, 2010.

I przecież grasz na jakimś instrumencie?

M.: Walę trochę w pianino, ale to późniejsza historia. Jako licealista próbowałem się uczyć gry na akordeonie. Zresztą bez powodzenia. Wracając do tanga – taniec jakoś mi pasował, był też początkiem naszej historii miłosnej. Wszystko się zgrabnie układało.

K.: Ja przez całe życie raczej śpiewałam niż tańczyłam. Śpiewałam w chórach, bywałam solistką.

M.: Kasia się wścieka, jak uczennice chcą mi się podlizać i mówią, że ładnie śpiewam, gdy coś tam zanucę na zajęciach.

K.: Są pewne granice wazeliny. Lepiej, jak mówią Mateuszowi, że cudownie tańczy…

M.: Śpiewam lepiej od Godoya!

K.: To akurat średni komplement. A moja przygoda z tańcem w dzieciństwie wyglądała tak, że jestem lewostronna i jak dzieci miały się kręcić wszystkie w jedną stronę, a pani mówiła: „…kręć się za tą rączką, którą piszesz!”, to dzieci kręciły się w prawo, a ja w lewo… Siostra znalazła sposób i na prawej ręce wiązała mi czerwoną wstążeczkę. Początki jak widać były niełatwe, ale teraz myli mi się ciut rzadziej!

M.: Wracając do nauczania, przyszło to jakby samo z siebie. Nigdy tego nie planowaliśmy. Kasia była wtedy doktorantką, miała jakieś stypendium, raczej głodowe. Ja już nie pamiętam, czy jeszcze byłem na studiach doktoranckich, czy już zarzuciłem karierę akademicką… Pracowałem jako tłumacz, nie zarabiałem wielkich pieniędzy, a nagle się okazało, że trzeba co roku latać do Argentyny, wysupływać kasę na kolejne warsztaty, buty… W jednym roku przez kilka godzin dziennie, dwa bite miesiące tłumaczyłem jakiś durny serial, żebyśmy mogli pojechać do Buenos. A jak już rzekłem, za ciężką pracą nie przepadam, więc to było wyzwanie. Zaczęliśmy też prowadzić darmową praktykę w Equilibrium.

K.: Tam zaczynaliśmy jako nauczyciele.

Pierwsze warsztaty w Buenos (z Glorią i Eduardo Arquimbau), rok 2008

M.: Pojawiało się coraz więcej osób. Wiedziałem, że jeśli mamy uczyć, to musimy pojechać do Argentyny przynajmniej raz.

K.: Z tego raz zrobiło się pięć.

M.: Uważałem, że uczenie tanga bez uprzedniego odbycia takiej uświęcającej pielgrzymki do Mekki – jest nieuczciwe. To całkowicie arbitralne poczucie, ale wtedy tak to czułem. Po powrocie otworzyliśmy grupę. Nie wiem, z jakiego powodu, ale mieliśmy w niej niemal samych tancerzy mniej więcej na naszym poziomie.

K.: Z odrobinę tylko krótszym stażem.

Czyli kogo?

K.: Sporo osób się przewinęło. Część z nich to dziś gwiazdy rodzimego tanga. Nie będę wymieniać nazwisk, bo może sobie nie życzą, a ponadto boję się też kogoś pominąć. Jeśli będą chcieli to sami się przyznają, gdy ich z kolei będziesz maglować w kolejnych wywiadach („Po owocach ich poznacie”, a to soczyste jabłuszka – które niekoniecznie z nimi zaczynały, ale jednak przez ich zajęcia się przewinęły).

M.: Jako że kursanci nie tańczyli gorzej od nas, musieliśmy stanąć na uszach i dobrze przygotować zajęcia, żeby przynajmniej przez pierwsze piętnaście minut mieli chociaż minimalne problemy z wykonaniem pokazanych kroków czy sekwencji ładniej niż my. I to spowodowało, że sami zaczęliśmy ostro ćwiczyć. Potem była kolejna grupa, i kolejna… Najpierw jeszcze zajmowałem się także tłumaczeniami, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że już nie muszę i mogę w pełni poświęcić się tangu.

Ulotka  wspólnych warsztatów z Pauliną i Jankiem Woźniakami, 2012 rok.

K.: A ja prowadzę podwójne życie: za dnia naukowiec, w nocy tanguera (Uzmysłowiłam sobie, że ja prowadzę poczwórne!).

Chce ci się jeszcze być tym naukowcem?

K.: Pewnie! To jest zresztą moje pierwsze życie, w sensie chronologicznym. Nie potrafię ocenić, które jest ważniejsze. Jak dzień i noc. Pracuję w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk i zajmuję się historią literatury współczesnej. Nie mam dydaktyki, prowadzę badania naukowe.

M.: Nasze uczenie wydawało mi się takim małym przekrętem, jakby żywcem wyjętym z filmu Żądło… Byłem uznanym tłumaczem literackim i filmowym…

K.: Jesteś, Misiu…

M.: … ale moje dochody z tego poletka były cztery razy mniejsze przy dużo większym nakładzie pracy, niż tutaj, gdzie trochę pomacham nogą i się pomądrzę przed ludźmi, udając, że znam się na rzeczy 😃 Byłem tym zachwycony! Mogłem pół dnia leżeć do góry brzuchem. Gdybym chciał zostać, dajmy na to, koszykarzem, musiałbym od 10. roku życia zasuwać na treningach ileś tam godzin dziennie. A tutaj nagle hop i jestem nauczycielem tańca. Królik z kapelusza!

Trener nie musi być mistrzem.

K.: W tangu nie jesteś tylko trenerem, jesteś też tancerzem. Jesteś zawsze w grze, dajesz pokazy. Te dwie rzeczy są w zasadzie nierozdzielne, chociaż uważam, że są ludzie, którzy pięknie tańczą, a fatalnie uczą.

Jak nie znają metodologii nauczania, to nie mogą dobrze uczyć.

K.: I odwrotnie: bywa tak, że wcale niepięknie tańczą, a znakomicie uczą, są bardzo inspirujący i dają swoim uczniom bardzo dużo.

M.: Być może są też inne tańce, gdzie można zacząć karierę mając 30 lat, coś osiągnąć i znaleźć swoje miejsce. 6 lat temu zacząłem się uczyć grać na pianinie i nauce poświęcałem o wiele więcej czasu, niż kiedy zaczynałem się uczyć tanga. Ale Horowitzem nie zostałem i raczej już nie zostanę.

Fot.: Stanisław Kroszczyński „Los Desdichados”.

7 lat grałam i przestałam, bo im dalej w las, tym więcej drzew i pianino wymagało ode mnie czasu, który jako nastolatka wolałam spożytkować inaczej.

M.: Żeby coś osiągnąć, raczej nie można zacząć w wieku 30 lat.

Nie będzie się zawodowym muzykiem.

M.: A tangiem zająłem się tuż przed trzydziestką. W tym sensie uważałem to nasze nauczanie za jakiś przekręt i bardzo mi się to podobało, bo przekręty zawsze mnie fascynowały.

I pojechaliście do Buenos.

M.: Zaczęliśmy tam latać co rok. To były nasze jedyne „wakacje”, a za każdym razem przez półtora miesiąca ostro zasuwaliśmy.

K.: 4 lekcje dziennie, milongi w nocy, w ciągu dnia jeszcze treningi…

Zainwestowaliście w swój rozwój majątek.

K.: Absolutny majątek. Poza tym to był jedyny mój urlop, w ciągu roku nie miałam już ani jednego wolnego dnia. Zasuwaliśmy jak dzikie osły. W samolocie powrotnym, który leci kilkanaście godzin, leżałam na siedzeniu i myślałam: „Boże… wreszcie… nie ruszać się…”.

M.: Wracaliśmy do Warszawy i myśleliśmy: spokój jak na wsi… Jakie piękne czyste miasto…Jaka cisza…

Tak tam głośno?

M.: Bardzo. Nawet w samym środku ogrodu botanicznego szum samochodów dobiegał ze wszystkich stron.

K.: To jest miasto – przygoda. Każdy tam jedzie z jakimiś wyobrażeniami, oczekiwaniami… Inaczej się na nie reaguje, kiedy jest się pierwszy raz, a inaczej, jak jest się po raz piąty.

M.: Buenos bardzo nam się podobało za pierwszym i drugim razem.

K.: Teraz też nam się podoba.

M.: Mów za siebie! Za trzecim razem czułem się już tam jak w domu: to, co wcześniej wydawało mi się fascynujące i egzotyczne (hałas, góry śmieci, podejrzane insekty ganiające po ścianach restauracji itp.), straciło urok nowości i zaczęło mnie po prostu wkurzać (Insekty! Przez nie nie wiem, czy kiedykolwiek tam pojadę…).

Dżender dopadł ich w Buenos Aires, rok 2010.

K.: Fakt, gdyby nie było tam tanga, to nie wybrałabym tego miejsca na wakacje. Podróżuje się tam jak do domu tanga, żeby zobaczyć, jak się wszystko zmienia, jacy są nowi ludzie, jak wyglądają milongi… Wraca się, by zobaczyć starych znajomych… Samo miasto może fascynować. Wiem, jak było odbierane przez moje koleżanki, które tam szalały i były adorowane.

M.: Niestety, Kasia była tam ze mną, więc szaleć w oparach latynoskiej adoracji tak za bardzo nie mogła. Chyba że sama wychodziła z domu…

K.: Argentynki i Argentyńczycy mają siódmy zmysł, doskonale wszystko wyczuwają. Rejestrują, kto z kim przyszedł, kto z kim jest, kto z kim wyszedł. Czasem siadaliśmy osobno…

M.: … a nawet przychodziliśmy osobno…

K.: … a i tak zdarzało się, że po trzecim tangu padało pytanie: „To jest twój mąż?” 😃

M.: Oni naprawdę wszystko widzą. Dlatego jestem dość sceptyczny, jeśli chodzi o przenoszenie na nasz grunt całej tej tradycji cabeceo.

K.: Ze wszystkimi ich zwyczajami.

Ja uwielbiam. Trzy lata mi zajęło nabycie umiejętności korzystania z tego genialnego tangowego narzędzia. Kobieta może decydować, z kim chce tańczyć, a nie biernie czekać na desantowca.

M.: Ja nie krytykuję tego zwyczaju, ale czasem wydaje mi się sztucznie i trochę na siłę przeszczepiany na nasz grunt. Tam jest to coś więcej, niż tylko proszenie wzrokiem. Cała infrastruktura jest dostosowana – strefy z podziałem na płeć i z sektorem dla par. W miejscach, w których tego nie ma, cabeceo nie działa za dobrze nawet w Buenos.

K.: W El Beso po jednej stronie siedzą panie, naprzeciwko panowie – i strzelasz, jak pluton egzekucyjny.

Kiedy byliście tam ostatni raz?

M.: Dawno.

K.: Zrobiliśmy sobie parę lat przerwy. Mnie kusi, żeby wrócić, Mateusz jest bardziej wstrzemięźliwy.

M.: Nie pałam nadmierną miłością do Buenos. Jak już je poznałem, jeździłem tylko w celach treningowych. Tutaj, w Europie, znaleźliśmy inne możliwości. Dużo tańsze. I turystycznie też atrakcyjniejsze moim zdaniem.

K.: Można sięumówić z argentyńskim nauczycielem, który mieszka w Europie – a jest ich tu cała masa, i to z pierwszej ligi – przyjechać na parę dni i codziennie czesać z nim lekcje.

Nie chwalicie się tym powszechnie.

K.: To jest nasza prywatna sprawa.

Niezupełnie. Uważam, że fajnie wiedzieć, gdzie, u kogo i jak często nauczyciele sami się dokształcają.

M.: Aż tak często tego nie robiliśmy. Prawdę mówiąc, pamiętam jeden taki miły wyjazd do pana Carlitosa. Mówię o lekcjach prywatnych. Kiedyś w ogóle było nam trudno się zmobilizować, żeby ćwiczyć, a jak już, to strasznie się przy tym kłóciliśmy.

K.: „…gdzie ta noga?!”, „…jak poprowadziłeś?!”… Takie klasyczne rozmowy, powtarzalne jak samo tango.

M.: Na lekcjach grupowych w Buenos aż tak się nie kłóciliśmy, bo nie wypada publicznie wyzywać się od najgorszych. Chociaż i tak by nie zrozumieli.

K.: „Kretynie” rozumieją bardzo dobrze.

M.: Mieliśmy po sześć, osiem godzin tanga dziennie. Taka intensywność bardzo dużo daje. Jak w każdym sporcie. Teraz zresztą potrafimy już ćwiczyć sami, bez przyzwoitek, jakoś się nie zabijamy, choć i tak, mimo że w domu mamy duży pokój dostosowany do lekcji i ćwiczeń, wolimy wynajmować sale na mieście.

K.: Ćwiczenia to kluczowa sprawa. Ludzie, którzy nie są jakoś super utalentowani, ale mają zapał do ćwiczeń nad ciałem i niezłomną wolę, mogą być dobrymi tancerzami. Może nie wybitnymi, ale dobrymi na pewno.

M.: Coś, co zmusza do ćwiczeń, to pokazy. Szkoda, że w Warszawie nie wytworzyła się taka tradycja, że na milongach są one czymś więcej niż wyjątkiem. Staramy się organizować pokazy w Comme il Faut. Nie tylko dlatego, że jest to atrakcyjne dla ludzi, ale także jest to mobilizujące dla par, które chcą się pokazać. Niektóre zmuszamy do tego postępem i szantażem 😃 My początkowo mieliśmy propozycje pokazów głównie w sezonie letnim, więc najintensywniej ćwiczyliśmy w czerwcu. Kilka lat temu to się zmieniło. Zaczęliśmy współpracować z tangowymi orkiestrami, które grają przez cały rok.

K.: I systematycznie trenować.

M.: Udało nam się wejść w rutynę i uznaliśmy, że nie musimy jeździć do Buenos Aires. W tym roku jeździmy do Fabiana Peralty i Josefiny Bermudez do Łodzi. Blisko, więc to jest super wygodne. Bardzo nam się podoba, co i jak robią. Wybitni tancerze i nauczyciele!

K.: Co roku mówię, że może w przyszłym jednak pojedziemy do Buenos, ale Mateusz studzi mój zapał. Nie naciskam specjalnie – bo gdyby tak było, to z pewnością byśmy pojechali.

Myślicie, że warto, aby pasjonat tanga tam pojechał?

K. + M.: Jasne! Koniecznie! Przynajmniej raz.

K.: Tydzień to za krótko, żeby zobaczyć różne milongi. A one są naprawdę różne: poziomy, ludzie, obyczaje. Są milongi bardziej formalne, ze wszystkimi kodami, a są takie, które są luźne i właściwie powinno się je nazywać praktykami – tak zresztą jest – a w każdym razie było – w La Virucie.

Podobno z turystkami niezbyt chętnie tańczą.

K.: To jest bardzo różnie. Zależy, gdzie i z kim.

Podobno Argentynki też z turystami nie chcą.

K.: Argentynka Argentynce nierówna. Turysta turyście też.

M.: Kiedy tam pojechaliśmy, tańczyłem tak jak teraz nasi uczniowie po roku czy dwóch. Od razu po przylocie poszliśmy na milongę Gricel. Nie miałem problemu z proszeniem do tańca. Powiało jednak grozą, pierwsza Argentynka, z którą tańczyłem, zapytała mnie znienacka, czy wiem, co to za orkiestra… Na szczęście zgadłem, że podrygiwaliśmy do Canaro. To ją jakoś ukontentowało, i dalej było już tylko lepiej. U nas ktoś pojedzie na większy festiwal czy maraton i też może mówić, że proszą albo nie proszą.

K.: Wszystko zależy od tego, na co kto się w boskim Buenos nastawia. Jeśli na taniec z Chicho i Javierem Rodriguezem, może być ociupinkę rozczarowany.

M.: Są dziewczyny, które regularnie przyjeżdżają do Warszawy i uważają, że jest super, a są takie, które mówią, że tu same snoby i nie proszą.

K.: Tak jest wszędzie, nawet w tych miastach, które mają się za bardzo otwarte. Czasem wynika to z prostego rachunku i dysproporcji. Jak jest dwa do jednego, to trudno, żeby wszystkie panie się wytańczyły. Czasem się zdarzają milongi, na których panów jest więcej i wtedy panie są zadowolone.

Też nie wszystkie. Jeśli są panie, ale nie te, z którymi panowie lubią, to idą do bufetu, a one i tak siedzą.

K.: Jedną z rzeczy, których nauczyłam się na tangu, jest zasada: nic na siłę. Jasne, jak się jest początkującą i przez całą milongę nie zatańczy się ani razu, to nie jest przyjemne doświadczenie, ale to nie jest powód do podpalenia całego świata i efektownego samobójstwa. Jak ktoś nie chce, to nie.

M.: W internecie krążą opinie, że w Polsce to dziewczyny mają wyższy poziom i bardziej się uczą. Moim zdaniem tak nie jest. Są oczywiście takie, które chodzą na technikę czy lekcje prywatne…

K.: …a przede wszystkim same nad sobą pracują…

Te zapewne nie mają pretensji.

M.: Nie mają, bo zazwyczaj nie schodzą z parkietu. Ale jest dużo takich, co chodzą na lekcje grupowe raz w tygodniu…

…do podejrzanych samozwańczych pseudonauczycieli…

M.: …często to wcale nie jest wina nauczycieli, tylko one na tych lekcjach nic nie robią!

K.: Panuje opinia, że lekcje są dla facetów. Co za bzdura! Oczywiście nie wiem, jak uczą inni nauczyciele, ale u nas jest tak, że trzeba się zdrowo narobić, jak się jest dziewczyną! To jest bardzo ważna kwestia: aktywność pań na zajęciach, a przede wszystkim w tańcu. Muszą same ćwiczyć, zbudować sobie świadomość ciała… W trakcie ćwiczeń nie mogą spać! I przez półtorej godziny robić wszystko tak samo źle! Muszą skupić się na sobie i swoim tańcu…

M.: … żeby przy każdym kolejnym powtórzeniu danej sekwencji wykonywać ją ładniej, dynamiczniej, z większą świadomością…

K.: Bez gadania w typie: Mateusz mnie poprowadził i wyszło, znaczy – umiem i do widzenia!

M.: Oduczanie dziewczyn bierności – oto zadanie! W jednym roku toczyliśmy o to naprawdę zajadłe boje w naszej grupie zaawansowanej, wreszcie coś drgnęło. Może wieczorami panie są zmęczone …

K.: A panowie nie są?

Guardia vieja

Nie bardzo wiem, o czym mówicie. Dla mnie proces uczenia się kiedyś nie był przyjemny, ale jak chciałabym pogadać po chińsku, musiałabym się go nauczyć. Więc jak idę na warsztaty, to zawracam wam głowę. Sama pytam, partnera do was wysyłam, bo chcę jak najwięcej z tych zajęć skorzystać. Więc nie rozumiem: po cholerę iść i być bierną?

M.: Pewnie to wynika z początków, kiedy dziewczyny się uczą, żeby podążać. Stanie w krzyżyk wtedy, kiedy partner ją w nim postawi. Trudno jest przestawić się z poziomu średnio zaawansowanego na zaawansowany, gdzie trzeba przestać podążać, a zacząć tańczyć. Tymczasem większość tak zwanych dobrych partnerek wprawdzie świetnie podąża, ale nie tańczy. Te tańczące, które mają własną energię, a nie tylko czerpią energię partnera, można policzyć na palcach jednej ręki.

K.: Trzeba być połową pary, a nie wlec się za kimś jak wór siana!

Teraz rozumiem. Pamiętam z naszej prywatnej lekcji, jak mi powiedziałeś: „Wiesz… tutaj na przykład możesz sobie do muzyki puknąć stopą w podłogę…”. Był to jasny sygnał, że nie chodzi oto, żebym tylko poprawnie lazła.

K.: Ozdobniki to tylko jeden z przykładów. Częstym problemem na poziomie średnio zaawansowanym są na przykład obroty, bo panie są przyzwyczajone do przestawiania i „nie idą”, nie trzymają swojego toru, wpadają na partnerów. Dziewczyny nie traktują swojej roli jako własnego zadania.

M.: Są tanguery średnio zaawansowane, z którymi można fajnie zatańczyć pod warunkiem, że wszystko jest w bliższym objęciu. Ale nie potrafią zrobić serii ocho do tyłu, same, bez podpórki (O Mamma Mia… A ja potrafię?! Poleciałam przed lustro. Ufff… Ale pamiętam, że całkiem niedawno na zajęciach z techniki jeszcze nie umiałam…).

K.: Po wielu latach tańczenia! Nie mówimy tu o dziewczynach tańczących trzy miesiące czy pół roku.

M.: To jest zdumiewające, ale często tak jest. Na początku dziewczyny mogą się dosyć szybko nauczyć, żeby z dobrym partnerem przyzwoicie zatańczyć. Partner, zanim ogarnie, gdzie ma którą nogę…

K.: … I powiedzmy sobie szczerze, w tym momencie dla niego nie stanowi wielkiej różnicy, z jaką partnerką tańczy, bo i tak nic z siebie więcej nie wykrzesze, nawet z Roxaną Suarez.

M.: Dziewczyny, którym od początku wydaje się, że się uczą fajnie i szybko – zostaną w tangu. U panów jest większa selekcja. Pierwszy rok stresują się, że nic im nie wychodzi.

Przystojniacy mają łatwiej. Nawet jak jest łamaga, ale wygląda i ładnie pachnie, wiele pań chętnie go weźmie pod swoje skrzydła.

K.: W drugą stronę też to działa. Uroda, urok osobisty mają znaczenie. Zołzowate mają trudniej (pokazuje na siebie 😃 ).

M.: W światku tangowym zostają mężczyźni odporni psychicznie, mega utalentowani albo szalenie zawzięci.

K.: Głównym problemem w tangu u kobiet jest bierność, a u mężczyzn krucha psychika.

M.: Mnie nauka właściwie przychodziła dosyć łatwo.

K.: Oprócz tego jesteś piekielnie przystojny…

M.: Dziękuję. Ale… (spuścił oczęta niczym niewinne pacholątko… ).

Ale no co? Prawda w oczy kole… 😃

M.: … ale wielu Argentyńczyków zawzięło się i chociaż nie są specjalnie przez naturę wyposażeni w urodę, osiągnęli sukces.

K.: Pierwszoligowe gwiazdy często nie wyglądają jak Rudolf Valentino.

M.: Ale są bogami. Ja na początku też się zawziąłem. O ile u Agnieszki i Tomka poznawaliśmy proste figury, to u Pauliny i Janka doszły sekwencje. Obroty z sacadami, enrosques… Janek nie był cały czas przodem, tylko wirował. Początkowo ciężko mi było ogarnąć te sekwencje. Gdzie lewa noga, gdzie prawa? Wtedy nie było powszechnie kamer, więc po powrocie do domu wszystko skrzętnie notowałem. Wymyśliłem specjalny, skrótowy system zapisu, byłem z niego bardzo dumny, chociaż po dwóch tygodniach już nic z tych swoich zapisków nie rozumiałem. Ale sam proces notowania pomagał zapamiętać materiał. Nocą, przed zaśnięciem, wizualizowałem sobie te figury. Dzięki temu jak szedłem na zajęcia, to wiedziałem, co Janek robi. I po pewnym czasie zacząłem go denerwować .

K.: Przede wszystkim denerwowałeś mnie. Mateusz potrafił Jankowi powiedzieć: „To robiliśmy pół roku temu, tylko wyjście było inne”.

M.: Na szczęście ja nie trafiłem na takiego ucznia.

K.: Karma jednak nie wraca 😃


Muzykalność to jeden z filarów tańca…

M.: Rekapitulując: jak facet widzi swoją słabszą stronę, zaweźmie się i postanowi nad tym popracować, to odniesie sukces. Albo przynajmniej polegnie z honorem.

K.: Chodzi też o to, żeby przeszłość zostawiać z tyłu, nawet jak ona była cztery sekundy temu. Zrobisz błąd – nie załamuj się, to nie koniec świata, to już przeszłość, już jesteś gdzie indziej, zawsze w teraźniejszości. Masz skopać cała tandę, bo w drugim utworze zachwiałaś się w ocho?

M.: Niestety jest tak, że większość chodzi na zajęcia, czasem na milongi, ale nie ćwiczy. Idzie na lekcję tydzień później i mówi: „Nic nie pamiętam”. Nie da się w taki sposób nauczyć gry na skrzypcach czy języka. Po dwóch razach nauczyciel straci cierpliwość i wywali takiego ucznia na pysk.

W tangu taka postawa to norma.

M.: Otóż to! Dla mnie to niepojęte! A w dodatku tango to przecież nie balet czy gra na wiolonczeli. Jeśli ktoś poświęci kilka minut co drugi dzień, żeby ćwiczyć, to szybko będzie w te klocki najlepszy, przynajmniej na swojej dzielni.


…choć samą muzykę każdy interpretuje inaczej. Fot.: Janusz Tepper

K.: Nie o to chodzi, by rzeźbić godzinę dziennie. Nikt – na początku – nie ma tyle czasu i wytrzymałości. Wystarczy znaleźć chociaż dwie minuty! Nauczyciel nie jest cudotwórcą, który przez lejek coś tam do łba i ciała wleje. Naprawdę pewną robotę musi wykonać każdy sam, inaczej się nie da!

M.: Po paru miesiącach poszliśmy na warsztaty z Argentyńczykiem, który zaczął chodzić z jednego końca sali na drugi.

K.: Trochę manierycznie.

M.: Specyficznie. Ja takiej caminaty na milongach nigdy później nie stosowałem, może przez chwilę na jakimś pokazie… Ale rewelacją było dla mnie to, że to nie było zwykłe człapanie! Jak zaczynaliśmy, wszyscy tak trochę smętnie dreptali. Nawet nauczyciele. Wtedy zaś pierwszy raz poczułem, że można zrobić coś fajnego z ciałem. I się zaczęło. Po herbatę do kuchni chodziłem tym dziwnym „krokiem tangowym” z maksymalnymi dysocjacjami, projekcją … Nie poświęcałem na to – niestety – długich godzin dziennie, ale po parę minut – owszem.

K.: Pewien rodzaj zafascynowania czymś też jest ważny. Pamiętam, jak będąc w Argentynie na milondze widziałam, jak dziewczyny robią rulo. Myślałam wtedy: „Dobra matko Ewolucjo, jak ja się tego nauczę, to będę szczęśliwa do końca moich dni i od rana do nocy będę sobie kręcić takie rulo do przodu i wspak i o nic więcej w życiu nie poproszę”.

M.: Nauczyłaś się, a potem stwierdziłaś, że to dobre dla tipsiar. Ja jako domorosły pianista uczę się utworów, które mnie fascynują. Przeważnie, gdy już mi się uda je jako tako opanować, stwierdzam, że to są jakieś gówniane kawałki.


Domowa milonga. Nikt nie tańczył 😃 Rok 2007.

Lubicie uczyć?

K.: Uwielbiam lekcje grupowe. Czuję się po nich uskrzydlona. Kocham tych ludzi… Oczywiście czasami na nich wrzeszczę.

Ty?! W życiu nie słyszałam.

M.: Kasia nie wrzeszczy, tylko jest nader poważna. Aż strach człowieka ogarnia 😃

K.: Czasami się spinam, bo mi zależy i piłuję do upadłego.

Jak raz przyprowadziłam na warsztat tragedię, to widziałam, że nie tylko mi gul skakał, wam też.

K.: Czasem skacze. Zdarzają się nam oczywiście uczniowie szalenie zdolni, dziś tancerze z pierwszej warszawskiej półki. Patrząc na nich, serce rośnie. Łukasz Wiśniewski, Adam Skrecz, Massoud Najafi, Justyna Grzegorczyk, Bartek Bąk, Igor Chmielnik – żeby wymienić tylko tych, którzy pomagali nam w ostatnich latach w charakterze asystentów na zajęciach, a później sami zaczęli uczyć czy dawać pokazy. Bartek wyjechał do Dubaju, niedawno dawał tam z Anią pokaz, bardzo ładny! Nauczyciel w Polsce musi zdać sobie sprawę z tego, że kij i marchewka może są skutecznym narzędziem, ale on nie kształci mistrzów świata, co oczywiście też jest cudowne, ale w większości uczy ludzi, którzy będą tańczyć na milongach dla przyjemności. I po to ich uczy – dla ich przyjemności. Czyli nie może wdrożyć drylu polegającego na poganianiu. Chyba że w pewnych granicach, żeby ich zmobilizować.

M.: Może nie na początku.

Z drugiej strony, jak ktoś jest wiecznie chwalony – tylko po to, by przychodził – to nie ma szans na poprawę.

K.: Trzeba umieć pochwalić za to, że robi postęp, że zaczęło wychodzić coś, co do tej pory nie wychodziło. Chwalenia nie ograniczamy tylko do tych, którym coś świetnie wychodzi, a po całej reszcie jedziemy. To nie działa. Ludzie się zniechęcą i nic z tego nie będzie. Zresztą dziewczyna, która nie lubi swojego ciała, swojego ruchu, nie będzie tańczyła dobrze. Może być z czegoś niezadowolona, dążyć do zmiany, do poprawy. Nieśmiałe przekonanie, że jest się królową balu, tancerce bardzo służy. Nauczyciel nie może wyobcować człowieka z jego własnego ruchu i ciała.

M.: Uważam, że jak się uczy kogoś, dużo daje, jak się samemu czegoś uczy. Dużo mi dała nauka gry na pianinie, która, w odróżnieniu od tanga, ma solidne fundamenty dydaktyczne, bo metody są wypracowane od kilkuset lat. Przeczytałem mnóstwo takiej pedagogicznej literatury pianistycznej – różnych Neuhausów, Lhévinne’ów, Foldesów, Sandorów – i to ona pomogła mi odpowiedzieć na pytanie: jak ćwiczyć tango. Sporo sztuczek zaczęliśmy stosować na naszych lekcjach. Opowiem też pewną historyjkę, dla mnie osobiście bardzo budującą. Dostałem się po znajomości do profesora akademickiego, który nie zajmuje się takimi głąbami jak ja, tylko przygotowuje zaawansowanych muzyków po Akademii Muzycznej do konkursów. I było tak, że ja coś tam nędznie brzdękałem, a on mnie chwalił pod niebiosa, że pięknie, panie Mateuszu. Wychodziłem od niego sfrustrowany, bo miałem wrażenie, że po prostu nie traktuje mnie serio. Pewnego dnia w czasie lekcji zaciąłem się na jakimś fragmencie. Profesor początkowo cierpliwie tłumaczył mi, jak należy te takty zagrać… I im bardziej mi tłumaczył, tym mniej mi wychodziło… W pewnym momencie zobaczyłem, że twarz ma czerwoną, syczy coś przez zaciśnięte zęby i z trudem powstrzymuje się przed walnięciem mnie w łeb partyturą… Wtedy, po tej lekcji… wyszedłem w skowronkach! Wkurzył się na mnie, znaczy: zależy mu! Chce mnie czegoś nauczyć, inaczej by się tak nie irytował. To był dla mnie przełom. Wcześniej negatywne emocje usiłowałem tłumić i jak coś komuś nie wychodziło, starałem się spokojnie i grzecznie tłumaczyć.

K.: Ja już czasem miałam go dość. Stał i piłował delikwenta. Mówiłam: „Odpuść, daj mu spokój”…

M.: A ja się upierałem, że go nauczę. Nie mogłem mu powiedzieć: „Co ty, facecie, wyprawiasz!”. Wtedy nie mogłem, a po tej lekcji z moim profesorem uznałem, że nie powinienem tłumić emocji. Lepiej dać im upust, zanim się na dobre pojawią.

Po pysku dajesz?

K.: Jeszcze nie. Ale groźnie łypie.

M.: Teraz mogę powiedzieć: „Co ty, chłopie, wyprawiasz!”. A jak wyjdzie – podejść i przybić piątkę. To jest uczciwe. On też wie, że nie ściemniam, że nie chwalę, jak jest źle.Jak zaczynaliśmy uczyć, to wielu naszych uczniów było od nas starszych.

K.: Trudno ganić osoby starsze od ciebie o 30 lat.

Ze starszymi to w ogóle jest inaczej, bo ograniczenia ciała i sprawności…

K.: Teraz to olewamy.

M.: I op…my wszystkich równo 😃

K.: Niezależnie od stażu, wieku i pozycji naukowej!

M.: Oczywiście wszystko mniej lub bardziej na wesoło. Zaprzyjaźniamy się.


Szybcy i Wściekli, czyli jeden z ich pierwszych pokazów, grudzień 2007, Festiwal Kultur.

K.: Czuję się bardzo zadomowiona w środowisku tangowym. Z niektórymi widzimy się trzy, cztery razy w tygodniu. Częściej, niż z jakąkolwiek rodziną. Lubię z ludźmi gadać na milongach, mam tu psiapsióły, ulubionych tancerzy, kolegów, dalekich sympatycznych znajomych, ukochanych uczniów, z którymi spotykamy się też czasami na gruncie towarzyskim.

M.: Te osoby, których na tangu nie lubimy, nie przychodzą na nasze milongi.

Tak jest w tangu i nie tylko. Przychodzi ten, co cię lubi. Do mnie też nie przychodzą ci, co nie lubią mnie.

M.: Niestety nie zawsze przychodzą też ci, co ich lubimy.

K.: Źli, źli! 😃

Niektórzy narzekają, że relacje tangowe są płytkie.

K.: To są, za przeproszeniem, pierdoły. Potrzebujemy różnych rodzajów kontaktów, głębszych i płytszych, a przede wszystkim życzliwości, która jest takim ogólnym sposobem bycia. Na litość boską, ktoś naprawdę chce się głęboko przyjaźnić z tym tysiącem osób, który bywa na milongach?! Wszyscy muszą go kochać? Nie wystarczy, że są życzliwi? To my sobie wybieramy relacje.

M.: Żeby te kontakty były mniej powierzchowne, trzeba by więcej na tangu pić, ale to nie służyłoby równowadze. Przecież nie przychodzimy, żeby sobie życie układać czy obnażać przed kimś duszę, jak w rosyjskich powieściach.

Z tym bywa różnie, jak to w życiu.

K.: Nie potrzebuję odsłaniać bebechów przed setką osób.

M.: Wolę polskie relacje, czyli wymianę niezobowiązujących dowcipasów, niż coś, co jest powszechne na przykład w międzynarodowym środowisku tangowym w Buenos Aires. Jakby było się żywcem przeniesionym do San Francisco z lat 60: miłość, pokój, „O boże, jak cudownie cię spotkać! Ile to już się nie widzieliśmy? Dwa dni?”.

Są takie typy, które się zachowują, jakby wszyscy rzeczywiście byli ich największymi przyjaciółmi ever.

M.: Tam jest to bardzo powszechne, a dla mnie jest to sztuczne.

K.: „Gdzie z tym ryjem…” 😃 Ja wsiąkam w pewne klimaty, chociaż dla nas to było dziwne, że obcy ludzie witają cię tak wylewnie, jakbyś była ich osobistą narzeczoną, a po dwóch minutach okazuje się, że nie mają z tobą o czym rozmawiać.

M.: Wszyscy udają, że są w krainie wiecznej szczęśliwości, że wszystko jest cudowne, a jak podrążyć, to okazuje się, że jednak nie. Mieliśmy taką przygodę z koleżanką Japonką: pytam, jak jej się tu podoba – a mieszkała w Buenos już z pół roku. Powiedziała, że wszystko jest wspaniałe, a kuchnia fantastyczna.

K.: Ja jej na to, że jaka fantastyczna?! Nie jesz mięsa, nie jesz wcale! Oprócz mięsa są trzy rzeczy na krzyż!

M.: I że słodycze są niedobre… A jej oczy coraz mniej przypominały migdały, a coraz bardziej orzechy włoskie …

K.: Aż w końcu zawołała: „Tak! Czekolada smakuje jak kupa! Herbata jak szczyny! Z całą walizką produktów przyjeżdżam, bo tu nic nie można kupić i nic zjeść!”. Jak ten cały jad z niej się wylał, to byliśmy przerażeni, bo przecież my tak tylko sobie gadaliśmy, pół żartem-pół serio.

M.: Dwie minuty wcześniej była jak na prozaku.

K.: Tak długo to powstrzymywała, że jak puściły wewnętrzne hamulce, to wrzeszczała przez kwadrans. Japonka, która strzyka złością! Takie rzeczy tyko w Baires!

To jest pewnego rodzaju poza. Nie wiem, czy nie lepsza od marudzenia… Sama znam takich ludzi, którzy tak się zachowują. Tak mają. Traktują wszystkich jak najlepszych przyjaciół i naprawdę są wszystkim życzliwi. Ale takich osób jest kilka, a nie że wszyscy… Żeby pięćset osób czuło, że tangowa rodzina…

K.: To nie jest naturalne. Możemy się traktować z dużą życzliwością i sympatią, ale nie musimy być od razu najlepszymi przyjaciółmi.

Kiedyś ktoś komuś na fejsie napisał: „Wracaj! Brakuje nam ciebie!”. A ta osoba odpisała: „Przez trzy miesiące nie zapytaliście, co u mnie, to jakie brakuje..?”.

K.: Czasem brakuje. Jak ktoś dobrze rokował i znika, to też piszę i pytam, co się stało? Niech wróci! Niekoniecznie do mnie, tylko na tango. Nie chodzi o moje milongi, moje zajęcia, moją kasę.

Mnie brakuje Kamila, z którym chodziłam do was na zajęcia. Fajny chłopak, lubiłam się z nim uczyć i tańczyć. Niestety wyjechał za granicę i całkowicie zniknął.

M.: Jak mam napisać do naszych uczniów, pytając, czemu się przestali pojawiać – to mnie to krępuje.

K.: Mateusz boi się, że adresaci mogliby pomyśleć, że piszemy do nich, bo chcemy od nich wyciągnąć więcej mamony. A to naprawdę nie o to chodzi. Czasem brakuje ci ludzi, bo byli sympatyczni, albo wydawali się niesamowici… Lub świetnie rokowali. I nie chcesz, żeby ci znikali z radaru. Nawet jeśli to nie są jacyś twoi dobrzy znajomi.


Tangowy bunkier Caminito – Narbutta 14.

M.: Ja też, tak jak Kasia, uwielbiam ten zawód i prowadzenie zajęć. Oprócz ostatnich tygodni przed wakacjami.

Podziwiam. Ja bym oszalała po dziesięciu minutach.

K.: Mamy bardzo dużo zajęć. Osiem grup po półtorej godziny plus dwie milongi (chwilowo jedną). Pod koniec roku szkolnego jesteśmy po prostu zmęczeni.

M.: I kończą nam się pomysły. Nie zapisujcie się do nas w czerwcu! 😃

K.: Organizujemy wakacyjne wyjazdy, ale one są oddzielone od normalnych zajęć.

A ty, Kasiu, jako pracowniczka państwowa, nadal masz tylko 26 dni urlopu?

K.: Jako pracownica naukowa mam wolnych 35 dni roboczych, plus weekendy. Dodając święta – jest całkiem nieźle. Ale mając tyle zajęć, w czerwcu jesteś tak zwyczajnie, po ludzku, zmęczona. Więc potrzebuję wakacji, żeby dojść do siebie. Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z najbardziej endorfinogennych zawodów. Oczywiście po zajęciach czasem czujesz się tak, jakby ktoś ci wyjął wtyczkę… Ale w czasie zajęć: praca ze swoim ciałem, praca nad innym ciałem, kontakt fizyczny z ludźmi, to jest coś niesamowitego! Moje dwa życia, naukowca i tanguery, nie łączą się ze sobą. Mata Hari wiodła życie nudnej gospodyni domowej w porównaniu ze mną. Są momenty, kiedy czuję się jak strażak, który gna gasić największe pożary. Nigdy bym się nie zamieniła na inne życie.

M.: Ja z zajęć wracam wypompowany.

K.: A ja nakręcona. Tak samo po pokazie. Jak zostajemy na milondze, Mateusz jest zdechły, a ja jak pozytywka.

M.: W tym pięknym trenersko-nauczycielskim zawodzie frustruje mnie to, że nie do końca rozumiem, jaki odsetek zapisujących się na tango ludzi jest tym tangiem rzeczywiście zainteresowany. Kiedyś, dawno temu, ktoś nas poprosił, żebyśmy rozprowadzali magazyn tangowy…

Kwartalnik Tango No8. Tam się pojawiły moje pierwsze tangowe wywiady i felietony…

M.: Właśnie. Fajny polski magazyn tangowy, który kosztował parę złotych. Ogłaszamy w naszej grupie początkujących, że można go u nas kupić. Na 30 czy 40 osób obecnych na sali – magazyn kupują 3. A reszta nawet nie podejdzie rzucić okiem… Dla mnie to był szok, bo zawsze, jak się już czymś zajmowałem, to starałem się wszystkiego dowiedzieć. Jak trenowałem Kung Fu – zapisałem się na chiński, sprowadzałem z Francji – a były to późne lata 80. – gazetki o sztukach walki. Pianino? Od razu kupiłem wszystkie możliwe książki o nauce gry… A ci nasi kursanci… To nie byli ludzie, dla których kilka czy kilkanaście złotych byłoby znaczącym wydatkiem. Tak samo z milongami: część nawet nie pójdzie zobaczyć, co tam się dzieje.


Świeżo upieczeni nauczyciele – lekcje w Komedii, rok 2009.

K.: Kiedy ludzie plotą coś o tym, że środowisko jest takie czy śmakie i jak źle przyjęło nowych – często nie wiedzą, o czym mówią, bo większość początkujących nie była nawet na jednej milondze i żadnego środowiska nawet nie liznęła. Nic nie jest ich w stanie zachęcić, żeby zobaczyli, jak to wygląda, co mnie wprawia w niebotyczne zdumienie, bo na zajęcia chodzą wytrwale i wydaje się, że im się podoba. Wpadliśmy na pomysł (nigdy nie zrealizowany), że będziemy pobierać vadium: płacisz 50 zł więcej niż kurs i jak pójdziesz w ciągu czterech miesięcy na trzy dowolne milongi, zdobędziesz pieczątkę na przykład ze Złotej czy La Rondy, dostajesz tę kasę z powrotem. A jak nie – kasa przepada! 😃

M.: Kiedyś ogłosiliśmy: pójdziemy wszyscy razem za tydzień, po zajęciach, na milongę.

K.: Kursanci, słysząc to, klaszczą i przebierają nóżkami: jedziemy! Super! No a tydzień później do Una Emocion dojechała tylko ta para, z którą jechaliśmy samochodem. Po drodze z parkingu chyba zresztą też zwiała.

To ja mam teraz oczy jak ta wasza Japonka. Na milongę poszłam, zanim zaczęłam się uczyć, i już po pierwszej lekcji nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pójść

K.: Mateusz na pierwszych zajęciach mówi, że jak ktoś sobie przyszedł wpisać tango do CV, to on mu już wpisze i może sobie iść. Jak ktoś chce się nauczyć tańczyć, to ma chodzić tańczyć. Przecież nam zależy, żeby tańczyli! A nie tylko chodzili na zajęcia.

M.: Większość z tych, którzy zaczynają chodzić na milongi – zostaje. A wszyscy ci, którzy na milongi nie chodzą, z tanga wypadają, najczęściej przed zakończeniem kursu.

Bo traktują tango jak wyjście na basen albo na siłownię.

K.: Mają do tego prawo. Ale jako nauczycielka chciałabym, żeby moje nauczanie przynosiło efekty. Milonga w DziK-u była specjalnie pomyślana, by zachęcić naszych uczniów do przychodzenia na milongi! I nie tylko naszych. Krótsze tandy, cała masa udogodnień…

Także cena. 10 zł to w tej chwili taniocha.

K.: Mieliśmy, dajmy na to, stu kursantów, a na milongę przychodziło kilkunastu z nich…

M.: Jak zapisuje się grupa znajomych, to będą się wspierać i pójdą na milongę. Albo jak na zajęciach jest jakiś „wodzirej”, który ich namówi.

Może zrobić cenę za kurs dwie dychy wyższą, a jak przyjdziesz na cztery milongi – masz u nas 20% zniżki… Wadium nie lubią dawać, bo to zamrożona kasa, ale bonusy uwielbiają.

M.: Początkującym dajemy zniżkową kartę Caminto, ale chyba musimy ją zacząć rozdawać dopiero na milondze.

K.: Ogólnie strasznie nas to wk…wia, jak nasi uczniowie nie chodzą na milongi. Niekoniecznie do nas! Ale niech chodzą! A k..wy wszystkie wytnij.

😃 No co ty, to by była ściema.

M.: Najwięcej k… leci, jak do Kasi przychodzą koleżanki, nie będę wymieniał nazwisk, ale Kasia Kosik i Magdzia Bochińska mają na nią zdecydowanie zły wpływ!

W ustach boskiej Madzi TAKIE słowa?!

M.: Kiedyś przygotowywały „Atomówki”, i tak się złożyło, że hydraulik coś tam nam naprawiał. Wyszedł z czerwonymi uszami.

😃 Przynajmniej dziewczyny się nie krępują, tak jak niektóre w cabeceo. Polki maja niskie poczucie własnej wartości, z różnych powodów. I nie lubią się w mężczyzn wgapiać.

K.: Na to składa się masa wzorów kultury, dziewczynki uczy się, żeby czekały, aż zostaną poproszone. Toteż zamiast popatrzeć na faceta, którego chcą sobie wziąć do tańca, gapią się na swoje buty, a potem są zdziwione, że całą milongę przesiedziały.

Na kociej milondze z fantami podarowałam na loterię dwie czy trzy godzinne konsultacje ze mną w sprawie cabeceo. Konsultacje się rozeszły, ale… nikt się nie zgłosił.

M.: Kiedyś mnie wkurzało, a teraz mnie bawi zjawisko, jakim są starsi panowie, „eksperci” tangowi, którzy podchodzą do dziewczyn i mówią: „Ty chyba nie znasz cabeceo, bo patrzyłem na ciebie, a ty mi nie odpowiedziałaś wzrokiem”. Pewnie w każdym mieście jest grupa takich leśnych dziadków, którzy tańczą wiele lat, sami nie robią od wieków postępów…

K.: … i mówiąc eufemistycznie tańczą średnio…

M.: … a energię czerpią z musztrowania młodych, początkujących tancerek.

Ja niedawno wywaliłam z Wilanowa takiego, co to poluje na dziewczyny kompletnie nie umiejące tańczyć i wyprawia z nimi jakieś nieprawdopodobne wygibasy. Zęby bolą od patrzenia, nie toleruję tego na moich imprezach.

M.: Może jest to potrzebne.

K.: Oszalałeś? Do czego?!

M.: Nie wiem… W ekosystemie… Niektóre może lubią…

Nie są świadome, że wdrukowują w ciało błędy, że narażają się na kontuzje i że wyglądają tragicznie. Taki leśny dziadek naraża nie umiejącą stawiać nóg dziewczynę na bycie pośmiewiskiem. Sama to przeszłam. Jak zaczynałam, też mną miotali, a ja byłam zachwycona, że macham nogami. Teraz wiem, że była to zwykła przemoc, wręcz molestowanie.

M.: Oczywiście nie chcemy generalizować, że wszyscy starsi panowie, którzy ćwiczą z młodymi dziewczynami, uwielbiają je pouczać i czerpią z tego satysfakcję.

Nie wszyscy, tylko ci, co udają nauczycieli, żeby się kleić i obłapiać.

M.: To jest rzeczywiście przykre, że ktoś nie ma żadnej wiedzy, a próbuje uczyć – i nie ma znaczenia: młody czy stary. Ale prawdziwy problem zaczyna się, gdy są niesympatyczni. Musztrują, żeby upokorzyć. Często dziewczyny tańczą lepiej od nich, a jednak to oni obsadzają się w roli pouczających mentorów.

K.: Niedawno mieliśmy przykład graniczny faceta, który był antypatyczny, niewiele potrafił, wszystkich na około pouczał, a do tego, mówiąc eufemistycznie, nie pachniał fiołkami. Musiałam go bez przerwy pilnować, żeby przestał zajmować się ustawianiem koleżanek, które tańczyły od niego o niebo lepiej. A one, zamiast powiedzieć mu: „Spadaj niedojdo!”, pokornie go słuchały.

To już prawie syndrom sztokholmski.

K.: Moją rolą jest, żeby takiego poskromić. Nie mogę pozwolić, żeby na moich zajęciach zajmował się nie tym, co trzeba.

M.: Jak mamy takie przypadki, to je odsyłamy szanownej konkurencji 😃

K.: Konkurencja pewnie odpłaca nam pięknym za nadobne 😃

M.: Kiedyś Javier Rodriguez powiedział na zajęciach: „Mężczyzna w tangu musi kontrolować wszystko: parkiet, przestrzeń, muzykę, swoje ciało…”. Z każdym słowem faceci prostowali się coraz bardziej, pęcznieli z dumy…

K.: A Javier, powtórzył: „Mężczyzna w tangu musi kontrolować wszystko…” – po czym zawiesił dramatycznie głos i dodał: „…wszystko, oprócz kobiety! A wy robicie dokładnie odwrotnie! Nie słuchacie muzyki, przewracacie się, wpadacie na innych! A jedyną rzecz, którą próbujecie kontrolować – to partnerka!”.

M.: Powietrze zeszło z nich jak z przedziurawionych baloników. Wielki Javier!

K.: Opowiadamy czasem tę historię w kontekście granic. Ty masz swoje ciało, partner ma swoje. Niech każdy stara się robić wszystko jak najlepiej, ale w obrębie własnego ciała, a nie kontrolując ciało drugiej osoby.


Masza – najwybitniejsza supervisorka na lekcjach prywatnych.

M.: Wracając do tematu uczenia i nauczycieli. Ja nie mam nic przeciwko temu, kiedy ktoś nowy zaczyna uczyć.

A ja mam, bo jak nie umie uczyć, a często i tańczyć, to jest zwykłe oszustwo.

K.: Wszyscy topowi nauczyciele, a i my sami, byliśmy młodzi i niedoświadczeni, jak zaczynaliśmy uczyć.

Wtedy tango było w początkowej fazie. Teraz byle koślawiec bierze się za dawanie lekcji.

K.: Jeśli stara się tanecznie i dydaktycznie…

Samozwańcy o dydaktyce nie mają pojęcia, a i tanecznie jest słabawo.

M.: A ja tam się cieszę, bo ci, którzy przetrwają te pierwsze lekcje, po jakimś czasie zjawią się u nas! 😃

Łatwiej się nauczyć czegoś od nowa, niż wypleniać złe nawyki.

K.: Tak, to prawda, ale jednocześnie pamiętaj: nikt z nas nie uczy się od początku dobrze. Zawsze uczymy się przez błędy, zawsze są to pewne przybliżenia, potem nauczyciele komplikują obraz. My się staramy uczyć dobrze, ale to nie jest tak, że przez pierwsze cztery miesiące uczymy postawy. Mają stać przez półtorej godziny, kontrolować centrum, oddech, wbicie w podłogę? Kto by to wytrzymał?

M.: Jeżeli ktoś ma pomysł na uczenie, albo umie zachęcić do tańczenia, niech to robi. Godoy powiedział mi kiedyś, że na początku nauczyciel pełni rolę zabawiacza. Ma zachęcić ludzi i pokazać, że tango jest fajne. Jak się wciągną, to później zaczną się uczyć, jak to wszystko robić „prawidłowo”. Nie wykluczam, że ktoś z dużo skromniejszym od nas stażem może być w tej roli lepszy.

K: Jeśli wcześniej nie pracowaliśmy nad świadomością ciała, potem trzeba pracować ciężej, ale wszyscy na początku uczymy się bardziej lub mniej źle, powoli zbliżamy się do swojego ruchu tangowego. Nikt nie chodzi od razu jak Javier Rodriguez.

M.: Jakbym dopiero zaczynał się uczyć tanga i ktoś miałby mnie uczyć od razu takiej techniki, którą teraz, po latach, uważam za najwłaściwszą, to pewnie bym zrezygnował. To jest zbyt skomplikowane.

Zrobić grupę VIP: efekty w pół roku, płatne z góry.

K.: Wrócę jeszcze raz do swojej tezy: nie uczymy mistrzów świata. Tango w przeciwieństwie do wielu innych gatunków nie służy do zdobywania mistrzowskich kategorii ani złotych medali. To nie jest konkurencja sportowa. Uczymy ludzi tańczyć, żeby to było dla nich przyjemna praktyka codzienna. Ot, wyjdą sobie na tańce wieczorkiem i będzie im dobrze. Grupa VIP, z większą intensywnością zajęć i silną motywacją rozwoju jest oczywiście wspaniała, ale nie można oczekiwać, że większość tańczących będzie szła tym torem. Mamy to szczęście, że wielu naszych uczniów i uczennic jest właśnie ambitna i pracowita.


Alghero, Sardynia. W ciągu czterech edycji tamtejszego festiwalu dawali pokaz i prowadzili warsztaty.

Sama bym do takiej grupy z techniką się zapisała, jeśli zajęcia nie byłyby na drugim krańcu województwa… Kiedyś nie znosiłam zajęć, uczyłam się, żeby tańczyć. Teraz coraz bardziej lubię sam proces uczenia się (chyba się starzeję…), ale ze względu na częste tangowe wyjazdy, wiele zajęć przechodzi mi koło nosa.

M.: Trzeba to wszystko wypośrodkować. Oczywiście nie wolno uczyć źle! Ale najpierw uczymy pewnej techniki, a po pewnym czasie uczeń jest gotowy, żeby nauczyć się robić to samo w inny sposób. Na wyższym poziomie dialektycznym 😃

K.: Tak jak prowadzenie ocho. Uczymy, żeby nie prowadzić rękami, tylko z ciała, ale dopiero po pewnym czasie uczymy prowadzenia „z miednicy” czy „z podłogi”. Na początku nikt by tego nie ogarnął. To nie jest tak, że ta pierwsza technika jest do dupy. Czasem używamy jednej, czasem drugiej. Nie zaczynamy od poziomu fizyki kwantowej, tylko tej Newtonowskiej.

M.: A na końcu drogi może się równie dobrze okazać, że jednak należy prowadzić rękoma! Technik w tangu jest zatrzęsienie. Topowi nauczyciele salon to ci, którzy przeszli rewolucję nuevo. Dopiero od niedawna „salonowcy” wracają do technik z lat 70. czy 80., a więc nietkniętych „organicznością” nuevo, do technik, które długie lata były na cenzurowanym jako nazbyt siermiężne i nieprzyjemne. I odkrywają w nich niezmierzone bogactwo. W tangu nie ma jednej uświęconej techniki. To jest taniec ludowy.

K.: Tango jest rozwojowe. Następuje kolejny renesans i powrót do lat 70. czy 80. Jak wspomniał Mateusz na salon miało wpływ nuevo, a także escenario. To wszystko są fale, które interferują. To nie są tylko kroczki czy estetyki.

M.: Dla mnie byłoby trochę bez sensu, żeby uczyć początkujących tego, co nas samych fascynuje dopiero od kilku miesięcy. Może po kilku latach nauki będą na to gotowi…

K.: Co zresztą na naszej najstarszej grupie robimy. Wszystko musi być dostosowane do etapu, na którym znajduje się uczeń. Często się zdarza, że nauczyciele, w tym ja, mówią rzeczy sprzeczne. W jednej chwili każą partnerce podążać i się skupić na doświadczeniu „bycia prowadzoną”, a potem proszą, żeby nie podążać, tylko wypełnić przestrzeń, tańczyć, być aktywną.

M.: Tu nie Argentyna. Nikt chyba nie zapisuje się na kurs dla początkujących z myślą o przyszłej karierze. Nie ma zaczynających dziesięciolatków. Krążą jakieś legendy, że w Argentynie najpierw przez pięć lat kazali chodzić, przez kolejne pięć tańczyć z miotłą czy innym sprzętem AGD, a dopiero potem można było zatańczyć z kobietą z krwi i kości. W naszych warunkach to się raczej nie sprawdzi.

K.: Muszą szybko poczuć, że tango jest fajne.

M.: Od początku muszą mieć obsesję. Jak jeździliśmy do Argentyny, to wszystkich nauczycieli zamęczaliśmy pytaniami o chodzenie. Tańczymy 15 lat i nadal chodzenie jest najważniejsze.

K.: W tym chodzeniu mamy coraz więcej barw do wybrania.

M.: Aledopiero gdy będę chodził ładniej od Achavala, to powiem, że w pełni rozumiem, na czym to polega.

K.: I Juana Malizii, i jeszcze Javiera…

M.: Tak, choć nie wykluczam, że gdy już będę tak chodził, to stwierdzę, że to chodzenie mi się jednak nie podoba! Chcielibyśmy, żeby ludzie ćwiczyli i ćwiczyli bez końca, ale rozumiemy, że nie wszyscy są szurnięci. Ktoś uczył się przez rok czy dwa, a teraz ma już dość i chce po prostu sobie potańczyć.

Potańczy do pewnego momentu i ściana.

K.: Nie rozwijając się, będzie pewnie tańczyć coraz gorzej, ale ma do tego prawo.

Nie! Bo łazi w rozgwiazdę i przeszkadza na parkiecie.

M.: Często akurat jest tak, że im ktoś jest „bardziej zaawansowany”, zna więcej figur czy sekwencji, tym bardziej przeszkadza.

K.: Jeśli nawet nie wypada z linii tańca to na przykład razi pewnym energetycznym nadmiarem, myli milongę ze sceną…

To dla mnie NIE jest tancerz zaawansowany. Jest z długim stażem i tylko tyle. Sama to zweryfikowałam, kiedy podjęłam próbę prowadzenia. Zobaczyłam, jak wielu tancerzy uznanych przeze mnie za zaawansowanych robi bałagan, rozpycha się, zmienia trajektorię bez uprzedzenia, wali wielkie kroczydła do tyłu…

K.: Nawet nauczyciele to robią. Każdy z nas ma grzeszki na sumieniu.

M.: Często pod koniec kursu dla początkujących zawężamy przestrzeń i każemy tańczyć po rondzie. Bywa, że najwięcej problemów mają z tym nasi asystenci! W Buenos Aires na milongach są panie, które od stu lat po prostu przychodzą na tango raz w tygodniu. Dawno przestały się uczyć albo nigdy tego nie robiły. Panowie muszą je zwyczajnie przestawiać. Tak samo tutaj. Ja mam frajdę, grając na pianinie godzinkę dziennie, choć ktoś może pewnie uważać, że powinienem pięć.

Grasz sam, więc możesz sobie brzdędolić, jak chcesz, najwyżej sąsiedzi obrzucą ci drzwi pomidorami. A tańczysz z kimś.

M.: To gdzie jest granica ćwiczeń i nauki? Dwa lata? Pięć? Dziesięć? Kto to ma ustalić, jeśli nie sam tańczący? Żeby nauczyć się tańczyć na milondze, tak, aby nie zrobić nikomu krzywdy, żeby nauczyć się zmian ciężaru, kroków w każdym kierunku, krzyżyka, ocho i ocho cortado – nie trzeba długich lat. A potem to jest kwestia indywidualnej decyzji. Nie przeszkadza mi, że są osoby, które nie chcą się uczyć. Gorzej, jak stają się, jak ja to nazywam, ekspertami od jutjuba.

K.: I krytykują Chicho Frumboliego (którego skądinąd przeważnie nazywają „Cziko”), że się garbi. Facet, który nie potrafi prosto stanąć, nie mówiąc o zrobieniu kroku bez przewracania się, będzie z zapałem chrzanił, że się Arce (przepraszam, „Arcze”) skończył. Ździebko żałosne, prawda?

M.: W Filharmonii jest jeszcze gorzej. W kuluarach po koncertach wspaniałych pianistów słychać takie bluzgi, że uszy więdną: „Kedy ten ch… ostatni raz w partyturę zaglądał?”.

Każdy ma prawo się nie uczyć i nie umieć tańczyć, ale niech się liczy z pewnymi ograniczeniami, czyli może tańczyć z osobami do pewnego poziomu, a wyżej nie podskoczy, skoro się nie rozwija.

K.: Niech nie brącha. Obrażanie się facetów na dziewczyny, że nie chcą z nimi tańczyć, uważam za karygodne.

M.: Nie twierdzę, że dziewczyna nie jest proszona tylko dlatego, że nie ćwiczy i nie umie. Jak jest sympatyczna, dobrze wygląda…

…to ma szansę być molestowana.

K.: To prawda i to nie tylko u nas, w Buenos też. Przychodząc na tango, ludzie mają różne cele. Chcą kogoś poznać, polubić, poszerzyć grono znajomych, zaciągnąć do łóżka na chwilę lub na całe życie… Pomarudzić i się powywyższać. Krzywić nosek na plebs i chamstwo. Albo sobie potańczyć i nie myśleć o tym, że kilka tygodni temu zmarł im ktoś bliski.

M.: Często kobiety oburza, że ta młoda w krótkiej spódniczce to tańczy. Ale przecież one też wolą, żeby prosił je pachnący bóg tanga z Argentyny, niż żeby je prowadził pan Czesio, który się nie ogolił i ma łysinę.

Łysina nie ma znaczenia. Gorzej, jak ma niekontrolowany zarost na twarzy, który wchodzi w oczy i uszy. W Polsce rzadko który pan ładnie pachnie (na szczęście też niewielu brzydko, najczęściej nijak). Dlatego wolę jeździć do Hiszpanii i Turcji. Oni tam są pachnący i elegancko ubrani. A u nas z tym ciężko.

K.: Uwielbiamy ciacha i typ latin lover, ale trzeba sobie szczerze powiedzieć: na tangu w Polsce jest o niebo od średniej krajowej.

M.: Tango zmienia ludzi. Są osoby, które całe życie chodziły w jednym wyciągniętym swetrze, a na milondze nie zobaczysz ich bez marynarki. Może być też transformacja w drugą stronę (jeśli ktoś zamiast do „tango salon” poczuję miętę do „nuevo”): całe życie garnitur, a tu hiphopowe spodnie z krokiem w kolanach.


Łazienki Królewskie, lipiec 2017. Fot.: Waleria Gusciora

K.: Ja też kiedyś inaczej się ubierałam.Kiedy zaczynałam i widziałam kiecki dziewczyn, myślałam: „Rany, jakieś boa? Frędzle? Mam wyglądać jak kanapa?!” Jakieś koszmarne kabaretki i perły… Jednak zdałam sobie sprawę, że to część teatru, ale też święta. Kostiumów, których nie nosilibyśmy przy innych okazjach. Tango to możliwość alternatywnych żyć, których nie doświadczysz gdzie indziej.

M.: Tango to jest pewna gra.

K.: I to jest świetne! Możesz wyglądać tak lub owak. Przebierać się, zmieniać. Podczas jednej milongi Mateusz mi powiedział: „Tańczysz jakoś inaczej” a ja po prostu cały wieczór wyobrażałam sobie, jak to jest być Geraldine Rojas, tańczyć jak ona. Marina Marques powiedziała mi, że kiedy tańczy, wyobraża sobie, że jest jakimś zwierzęciem, przypuszczam, że nie chodziło o larwę muszki plujki. Wyobrażenie sobie pewnego ciała w ruchu, siebie jako kogoś innego – jest kształcące, chociaż nigdy nie będziesz tym kimś. Uwielbiam milongi, na które się stroję, ale lubię też takie, na które biegnę w dżinsach. Wiele możliwości. Naprawdę musimy traktować to z przymrużeniem oka. Kiedyś tańczyłam w spodniach z krokiem w kolanach, takich strasznych, co to jak je pierwszy raz zobaczyłam w Baires, wydawały mi się koszmarne, potem je uwielbiałam, dziś znów wydają mi się straszne.

M.: Boa, kabaretki – kiedyś panowały, zwłaszcza w mniejszych tangowych ośrodkach, ale w Warszawie też się sporadycznie zdarzały. Teraz już je chyba wymiotło. Zresztą to może dziwne, ale jak widzę na ulicy zgrabną dziewczynę w szpilkach i pończochach, to wytrzeszczam gały, a moje ślinianki zaczynają wyrabiać 200% normy. Wchodząc zaś na milongę, rzadko zdradzam takie objawy.


Rebeka zaraz zacznie tanczyć tango… 

Przebieramy się na milongi tematyczne, ale na co dziennej milondze rzadko widzi się tak „odstawione” panie. Moda tangowa się zmienia. Buty się zmieniają! Tańczy się we wszystkim, chociaż pewne trendy są sezonowe.

M: Kiedyś umówiliśmy się na wyjazd do Berlina z jedną z naszych znajomych. Zjawiła się w bojówkach, sportowej bluzeczce i sandałach. Pomyślałem: ale ta dziewczyna jest sexi… A wcześniej przez dwa lata, kiedy widziałem ją stale umalowaną, w sukienkach, szpilkach, w całym tym kobiecym sztafażu, w ogóle nie myślałem o niej w tych kategoriach 😃

Ja mam tak, że jak spotykam człowieka z tanga poza tangiem, to potrafię go nie rozpoznać. I wychodzę na niewychowańca, bo się nie przywitam ani nic… Na sylwestra w Złotej Milondze kolega z zajęć odstawił się w garnitur i go nie poznałam…

K.: Ja mam dwie prace, dwa życia, więc czasem potrzebuję chwili na zastanowienie, co, kto i w czym…

Samych tangowych imprez jest coraz więcej. Czasem pięć jednego dnia, plus praktyki. Jak myślicie: dobry jest tak duży wybór? Czy jednak rozdrabnia środowisko?

M.: Nie mam nic przeciwko, żeby powstawało pięć tysięcy szkół tanga, bo dla nas nie jest konkurencją – jeśli chodzi o uczenie – Złota Milonga, Luiza i Marcelo, Beata Maia…

K.: … czy ktokolwiek z nauczycieli. Największą naszą konkurencją jest siedzenie przed telewizorem.

Ojjj… U mnie nie telewizor, ale kanapka i podusia potrafią mnie zassać…

M.: W Warszawie tysiące ludzi, z uporem godnym lepszej sprawy, zajmuje czymś innym niż tangiem… jakimiś fitnessami, kursami ceramiki… To jest konkurencja! Im więcej będzie szkół w różnych miejscach, tym lepiej, bo może ludzie będą mieli blisko i z ciekawości przyjdą. Natomiast na milongi chodzą osoby, które już tańczą, więc ten krąg jest bardziej zawężony. Brakuje mi Chłodnej, na którą prawie wszyscy przychodzili.

K.: Brakuje takiego uniwersalnego miejsca. Uwielbiałam Chłodną!

Tam wcale nie wszyscy przychodzili.

K.: Powiedzmy, że 4/5 środowiska. My tam spotykaliśmy niemal wszystkich tangowych przyjaciół.

Co by się musiało stać, żeby taka milonga była?

K.: Musi być duże miejsce. Czwartkowa milonga Akademii Tanga Argentyńskiego trochę przypomina mi Chłodną. Życzę im powodzenia!

M.: Ja też życzę, ale nie wróżę…Chłodna se ne vrati.

K.: Jak są w tym samym czasie cztery inne milongi, to…

…nie ma gdzie takiej uniwersalnej wetknąć.

M.: Bardziej zaawansowani tancerze przestali chodzić na milongi. Nie rzucam kamieniem, sami też za mało bywamy.

K.: Mamy cztery dni zajęć, kończymy przed 23.00., prowadzimy dwie regularne milongi – trudno nam jeszcze gdzieś pójść.

M.: Więc nie piętnujemy, że tak jest…

K.: … ale tak jest. Z jednej strony to gorzej, a z drugiej – może ludzie lepiej się czują w swoim sosie?

Każdy ma ulubione miejsce i takie, w którym nigdy nie był. Dla mnie to dziwne, no ale ja lubię poznawać nowe terytoria i objęcia i mimo tylu milong – Warszawa to dla mnie za mało.

K.: Kiedy my zaczynaliśmy, poziom był wyrównany, średnio – słaby, z facetów wszyscy byli do kitu oprócz Czarka Hermy i Jaśka Woźniaka, więc świetnie się bawiliśmy. Nie no żarty na bok, chłopcy chcieli tańczyć jak oni. Teraz, kiedy zobaczą tańczących nauczycieli i zaawansowanych tancerzy – wracam do męskiej psychiki – łatwiej się kruszą. Czują się oceniani, sfrustrowani, wydaje im się, że uczestniczą w jakiejś osobliwej konkurencji… Ja nie jestem psychoterapeutą i nie jestem od przełamywania, chociaż staram się łagodzić skutki stresu pourazowego. Trzeba sobie powiedzieć: ci ludzie tańczą piętnaście lat, a ja pół roku, więc się nauczę, a od nich coś podpatrzę. Często tak robiłam: obserwowałam dziewczyny, które mi się bardzo podobały. Teraz też uwielbiam patrzeć na tańczące dziewczyny, a moje uczennice wręcz budzą we mnie macierzyńską dumę!

M.: Nie powiem, że jak ktoś otwiera nową milongę, to szkodzi środowisku, bo każdy ma prawo robić, co chce. Natomiast nie jest tak, że tworzenie nowej milongi od razu środowisko rozwija. Dyplomatycznie?

K.: Asia Cz. powiedziała kiedyś, że jeśli są jednego dnia cztery milongi i ona nie wie, gdzie pójść, to idzie do kina. I chyba w tej obserwacji jest trochę racji. Dziś więcej osób tańczy niż kiedyś, ale przy tylu imprezach można mieć poczucie, że na każdej zieje pustką. Niektórzy lubią milongowy clubbing…

Jazda z jednej milongi na drugą często jest niemożliwa przez barierę finansową.

K.: Tak, to jest i przejazd, i kwestia tego, ile razy w tygodniu chodzisz na milongi. Ale w sumie dobrze, że powstają nowe miejsca i że są takie, w których ludzie lubią tańczyć. Chociaż słowa Asi dają do myślenia.

Jeśli w Warszawie są cztery milongi – nie idę na żadną, chyba że jedną z nich organizuję. W weekend nie ma wolnych terminów, a ja od wielu lat nie robię nic komercyjnego, tylko kulturalnie. Więc nie bardzo liczę się z innymi imprezami, zresztą nie zawsze mam taką możliwość.

M.: Gdyby wszyscy ci, co się uczą, chodzili na milongi, to spokojnie mogłyby być i cztery jednego dnia. Niestety tak nie jest. Kryzys dobrobytu.

K.: Lepsza jest nadpodaż, niż brak.

Uważam, że na dzień dzisiejszy jedna milonga dziennie jest na Warszawę optymalną opcją. W piątek i weekend dwie. Ale nie pięć! Dla przyjezdnych byłoby super: w piątek idzie na dwie, w sobotę też, w niedzielę na popołudniówkę – i wraca do domu. Ileż tanga! I taniej niż maraton!

M.: Konkludując, oczywiście wolałbym, żeby na świecie nie było innych szkół tanga czy milong, prócz naszej. Ale pogodziłem się z tym, że świat nie odpowiada moim szczytnym ideałom.

Kiedyś było coś takiego, jak Tango Improwizacje, czyli wszyscy warszawscy nauczyciele w weekend się jednoczyli i były fajne zajęcia. Dlaczego tego nie ma?

K.: Nie ma, ale przecież może być…

M.: Powiem tym razem mało dyplomatycznie: my się jakoś specjalnie z nikim nie kłócimy, ale czasem wydaje mi się, że to bycie razem bywa trochę wymuszone. Dużo trzeba było inwestować dobrej woli i chęci, żeby to się układało.


Pokaz podczas koncertu Roberto Siri, Warszawa 2017.

Mam wrażenie, że Warszawa ma już konflikty za sobą, i to, co się dzieje w innych miastach, u nas zostało przerobione.

M.: Wtedy były różne dyskusje w korytarzach, które mnie zmęczyły.

K.: Byliśmy tylko widzami, bo nas bezpośrednio nie dotyczyły, ale były dość przykre.

M.: Teraz może znowu miałbym ochotę do czegoś takiego wrócić…

K.: Wyobrażenie o Warszawie jako grupie skonfliktowanych nauczycieli jest całkowicie fałszywe. Widujemy się rzadko, bo każdy z nas jest zajęty swoją robotą: zajęciami, milongami, pokazami, organizowaniem wydarzeń. Może nie jesteśmy jedną wielką rodziną, bo każdy zasuwa na własnym poletku, ale na pewno nie ma żadnej jatki! Oczywiście mogą się zdarzać jakieś tarcia. Ale jest też wiele osób, z którymi nie jesteśmy mocno zaprzyjaźnieni, a przy okazji Improwizacji dobrze nam się współpracowało.

M.: My, faceci, jesteśmy trudniejsi.

Koguty. Samce wojujące nie wiadomo o co, dla zasady 😃

K.: Tak. Wiadomo, że dziewczyny są bardziej nastawione na realizację wspólnego celu, lepiej grają zespołowo, nie muszą sobie udowadniać, która miała rację i jest mądrzejsza. Są bardziej elastyczne w zmianie pomysłów. Chociaż cały team Improwizacji był gotów do pracy i podatny na argumenty. Teraz niestety nie mamy czasu, mało się spotykamy z innymi, nie integrujemy się i ja tego bardzo żałuję. Naprawdę warszawscy nauczyciele to świetni ludzie, warszawskie nauczycielki tym bardziej.

M.: Fuj! Wstrętny seksizm!

A może zrobić raz na kwartał taką milongę integracyjną, żeby byli wszyscy warszawscy maestros… Żeby śmiertelnicy mogli popatrzeć, jak tańczą… I zatańczyć z polskim bogiem lub boginią…

M.: Różnica między tu a Buenos jest taka, że tam jest długa lista tych, co wchodzą za darmo. Tak jak u nas, w Comme il Faut: dj-e, i ci, co dawali pokazy – wchodzą jako goście. Zawsze.

Czyli moglibyście wypełnić całe Coco tymi darmowymi.

M.: Gdyby tylko raczyli przychodzić.

Ja czasem też jestem gościem, ale też mam takie doświadczenie, że para, która zarabia dzięki mojemu kontaktowi już piąty rok, informuje mnie, że nie mogę być na maratonie (za który chciałam zapłacić, żeby nie było, że chcę darmochę), bo nie ma mnie na liście. A dj, który zawsze miał płacone za granie na moich milongach – na swojej milondze bierze ode mnie normalną opłatę. Więc jacyś jesteście rozrzutni 😃

K.: Muszę powiedzieć, że jak idę do Złotej Milongi, to pani Ania wita mnie jak zaginioną córkę i wcale mnie nie kasuje! I nie jest to jedyne miejsce, gdzie jesteśmy serdecznie witani!


Manuela Rossi i Juan Malizia – milonga Comme il Faut, kwiecień 2018

Wielokrotnie słyszałam: „Nie idę do Coco, bo tam nie potańczę”.

K.: Były takie momenty w historii naszej milongi, że przychodziła głównie tak zwana śmietanka. To jest może wspaniałe dla samych tańczących, ale dla milongi to nie jest dobra perspektywa. Nie ma w Warszawie tych super zaawansowanych na setki. Musi być wymiana różnych tangowych pokoleń.

M.: Osobiście nigdy nie chciałem tańczyć tylko z „najlepszymi partnerkami”. Chociaż… Lata lecą, zaczynam mieć problemy z kręgosłupem… Niedawno Kasia wyciągnęła mnie na jakiś maraton „dla wymiataczy”, za zaproszeniami, poziom był faktycznie wysoki. Pojechałem i tańczyłem – jak na mnie – bardzo dużo…

K.: Mateusz ma zasadę: sześć tand i … „Irena! Do domu!” 😃

M.: … a tam tańczyłem zdecydowanie więcej. I po trzech dniach stwierdziłem ze zdziwieniem, że nic mnie nie boli! Tak więc choć ideowo tangowy elitaryzm mi się zupełnie nie podoba, moje plecy mają w tej kwestii odmienne zdanie.

Czasem mam stopy wypoczęte, a bolą po jednej tandzie. A czasem mam obolałe, jednak on tak mnie stawia, że przestają boleć…

M.: Ech, póki człowiek młody – to w sumie bez znaczenia… Nigdy nie będziemy już tańczyli tak młodzi!

Tańczmy! Niech przedstawienie trwa…

Katarzyna Chmielewska i Mateusz Kwaterko – para warszawskich nauczycieli. Tańczą razem od 2003 r. Uczyli się u najlepszych argentyńskich instruktorów w czasie pięciu intensywnych 1,5 mies. treningów w Buenos Aires. Od 2007 r. prowadzą szkołę tanga Caminito, warsztaty w wielu polskich miastach, jak również na międzynarodowych festiwalach (Wilno, Ryga, czterokrotnie Alghero na Sardynii). Prowadzą dwie regularne milongi: „Comme il Faut” i „DZiK”.

Kryzys w świecie tanga – rzeczywistość czy wyimaginowany problem?

Pewien tango friend z Cypru napisał na swoim wallu post o kryzysie w tangu: że od marca ma ponad trzydzieści milong miesięcznie przy stu tancerzach i że aby mieć na każdej czterdzieści osób, każdy tańczący musiałby wziąć udział w dwunastu milongach miesięcznie, a trzech w tygodniu. Niższa frekwencja nie opłaca się organizatorowi i nie jest ciekawa dla dj-a. Większość miejsc wzrasta szybciej niż tancerze oraz dochodzi problem płci, czyli za mało leaderów, i ci dobrzy przestają przychodzić na milongi.

Okazjonalna charytatywna milonga plenerowa na Krakowskim Przedmieściu, odbywa się raz w roku, we wrześniu.

***

Czyli na Cyprze jest tak samo jak w Warszawie, z taką różnicą, że mamy grubo ponad stu tancerzy i czterdzieści cztery (!) regularne milongi miesięcznie + okazjonalne. Po zamknięciu historycznej milongi na Chłodnej, taka z tradycjami została jedynie Złota Milonga, no i Wolność, która rządzi się swoimi prawami. Reszta pojawia się i znika. W takim na przykład Olsztynie są dwie milongi w miesiącu i Jolanda mówi, że ludzie nie chcą więcej. A to ciekawe, bo Olsztyn naprawdę dobrze tańczy… 

Nieistniejąca już milonga w Batidzie – pierwsza, którą organizowałam w sobotnie popołudnia.  

***

Obecnie miewamy dni z czterema milongami jednocześnie, a piątek i sobotę z trzema – to w tej chwili standard. Stąd też powstanie grupy na Facebooku („Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie?”), w której codziennie pojawia się post z milongami i praktykami tangowymi (każdy może uzupełnić, jeśli wie o imprezie, która nie została wymieniona).

Partylonga od marca odbywa się w poniedziałki w Klubie Medyka na Oczki. Wskoczyła w dzień po milondze UNO, która z kolei zajęła dzień i miejsce po milondze Una Emocion w klubie SPATiF u Aktorów.

***

Ubiegły rok wprowadził w tangowy świat sporo zamieszania. W Buenos Aires zamknięto ponad 40 milong, ale nowych powstało pewnie kilkanaście. W Moskwie zniknęły 2 duże historyczne milongi. Najdłuższa stała milonga w Londynie zniknęła po 13 latach.

Chłodna – milonga, której nie ma, a odbywała się w najprawdziwszej remizie strażackiej. Pierwsza, na której byłam zanim jeszcze zaczęłam tańczyć. 

***

Wspomniany Cypryjczyk stwierdził, że teraz ilość znacząco przewyższa jakość. Zastanawiał się, co można zrobić, by poprawić proporcje? Sterować podażą? Wysnuł opinię, że jeśli chce się coś sprzedać, trzeba to najpierw umieścić na stole. Tango friend z Włoch stwierdził, że za dużo dostaw to zła ekonomia i jeśli kładzie się swoje rzeczy na stole, a nikt o nie nie prosił, to na starcie obniża się ich wartość. Dalej dyskutowano, że to niedobór stwarza popyt – prawda czy kapitalistyczne podejście? Czy obfitość jest lepsza niż głód? Przecież coś taniego nie oznacza złej jakości, a drogiego dobrej. I że w tangu wszystko jest jasne, a oszustwo niemożliwe.

Złota Milonga – najstarsza regularna polska milonga, która ma jedną z najpiękniejszych sal – nie zawaham się użyć tego określenia: w skali świata. Potańczyć można tu we wtorki (milonga NO STRESS), czwartki (NUEVO&EMOCION) i w soboty (milonga GRANDE z poprzedzającą ją lekcją kroku i milongą dla początkujących oraz chacarerą). Moja milonga madre …   

***

Jeśli tak jest, to tego zazdroszczę Cypryjczykom. U nas oszustwo pleni się na każdym kroku. Za nauczanie biorą się ludzie (co ciekawe: mężczyźni!), którzy o tangu mają pojęcie słabe, a o nauczaniu żadnego. Jest to możliwe, ponieważ metodologia nauczania tanga i samo tango są stosunkowo młode, a z racji charakteru tego języka ciała nazywanego tańcem – standaryzacja jest na razie jeszcze nieosiągalna.

Kiedyś w środy tańczyło się na milondze w Equilibrum. Później próbowano ją zreaktywować, ale nie wyszło. Teraz w środy tańczy się w dwóch miejscach: w DZiK-u (organizatorami jest szkoła tanga Caminito ) i na milondze Tu i Teraz w restauracji BUÑUEL.

***

Mateusz Kwaterko, nasz warszawski nauczyciel, nie widzi w tym nic złego i uważa, że jak jest dużo różnych szkół, tym lepiej, bo jest większa szansa, że ich uczniowie zaczną na milongi przychodzić i że w pewnym momencie zechcą uczyć się porządnie, np. u nich 😃 Kasia Chmielewska, druga część pary Mateusza, stwierdziła, że nikt na początku nie uczy się dobrze, tylko poprzez błędy, więc samozwańczy nauczyciele nie wyrządzają nadmiernej krzywdy. Tak na to patrząc – można się zgodzić, chociaż ja uważam, że lepiej zminimalizować zadrukowanie ciała złymi nawykami i od razu iść do nauczycieli z renomą i efektami.

Milonga de Mis Amores zasiliła czwartkową ofertę stolicy. Organizowana jest przez Akademię Tanga Argentyńskiego. Jak na dzień powszedni rozpoczyna się dość późno, ale za to dysponuje drugą salą, w której może odbywać się praktyka pod okiem instruktora.

***

Cypryjski kolega stwierdził, że ze wszystkich już tańczących tylko mała część bierze udział w milongach, a większość z nich ogranicza się do jednej w tygodniu. To dokładnie tak jak u nas 😃 Powszechnie mówi się o tym, że jak jest za dużo imprez jednocześnie, czyli za duży wybór – ludzie decydują się iść do kina albo zostać w domu. A ci, którzy jednak chcą potańczyć, dzielą się między milongami i w efekcie nigdzie nie jest pełno. Na milongowy clubbing ze względów logistycznych i finansowych nie każdy chce sobie pozwolić.

Milonga Mała Warszawska to piątkowa propozycja. Oprócz niej jest jeszcze PASION w Rivierze i milonga na Wolność. 

*** 

Tango friend z Istambułu stwierdził, że problemem nie jest zwiększenie liczby milong, tylko to, co nauczyciele, tancerze i organizatorzy robią, aby sprowadzić więcej ludzi do tanga. I że mieli ten sam problem 10 lat temu. Poradzili sobie tak, że tangowa wspólnota się zjednoczyła i wspierała wzajemnie swoje działania, wspólnie pracowała nad poprawą jakości tańca, więc energia wzrosła. Początkujący nie odchodzili, a zachęceni do większej lilości ćwiczeń zaczynali tańczyć w bardzo krótkim czasie.

Pokaz na sobotniej Milondze w Królewskim Wilanowie (Piotr Woźniak i Justyna Grzegorczyk – para, która poznała się w dniu pokazu i zatańczyła razem po raz pierwszy w życiu…), która odbywa się raz w miesiącu po południu. W sobotniej ofercie regularnych milong jest Grande Milonga w Złotej Milondze, La Ronda, popołudniowa Pożyteczna, a nierzadko wskakuje jeszcze neolonga (w Akwarium lub w Pałacu).

***

Teraz Istambuł ma dużo milong i dużo tancerzy z wysoką jakością tanga. Kto choć raz tam był, ten z pewnością to potwierdzi. Turcy tańczą rewelacyjnie, do tego są przystojni, dobrze ubrani i pięknie pachną… Bajka! Uwielbiam ich cabeceo Jak taki ataman przyszpili cię wzrokiem… Chyba uruchamia się we mnie jakiś atawizm, a może pamięć komórkowa kilku pokoleń wstecz..? Czuję się wtedy jak branka… i bardzo mi się to podoba 😍

W niedzielę regularnej milongi nie ma, ale w Pałacu odbywa się praktykolonga, która miała w założeniu zawierać milongę, jednal przyjęła się bardziej jako praktyka. 

***

Co by musiało się stać u nas, aby podnieść jakość tanga i liczbę osób przychodzących na milongi? Mówi się, że w skali świata nie jest w Polsce źle. Pewnie tak, ale jesteśmy 38. milionowym krajem i z pewnością może być lepiej! Dynamika wzrostu tangowej populacji w Polsce jest niestety mała. Czy można ją przyspieszyć? Można by spróbować, a pierwszym krokiem byłoby do tego tangowe zjednoczenie, jak w Istambule. Na czym miałoby polegać? To, co teraz napiszę, jest jedynie moją opinią, a nawet fantasmagorią… 😃 

Od dwóch lat Warszawa ma Recuerdo – festiwal na światowym poziomie z argentyńskimi parami z pierwszej tangowej ligi. Tu: popołudniowa milonga festiwalowa w budynku Złota 44, na 50 piętrze tego najwyższego apartamentowca w Europie.  

***

Dotyczy Warszawy, która konfliktowość przerobiła kilka lat temu, więc jest większa szansa, że mogłoby się udać:

* Gdyby organizatorzy milong zmienili nieco swoje biznesowe nastawienie, może odnieśliby większe korzyści, i my wszyscy też. Wielokrotnie przez różne fora przetaczały się dyskusje, co organizator/nauczyciel powinien, a czego nie powinien. Osoby z niedużym tangowym stażem rzucały różnymi oczekiwaniami, często nierealnymi do spełnienia (i różnymi „fantastycznymi” pomysłami 😃 Wszystko to co jakiś czas odżywa, bo jednak nowe tangowe pokolenia się pojawiają), a nauczyciele dowodzili, że nic nie muszą. I generalnie jest to prawda. Jak mówi Tereska Mazurkiewicz: poza siusiu i kupką nikt nic nie musi 😃 

Encuentro milongero to tangowe spotkania wyższego szczebla. Cieszę się, że po raz drugi odbędzie się Secreto, organizowane przez Paulinę Policzkiewicz – Woźniak, matkę polskiego tanga, nauczycielkę w szkole Tangolada. Niestety odbywa się w takim terminie, kiedy zwykle jestem na zagranicznym tangowym evencie.

***

Przewaliło się wiele uwag odnośnie bycia gospodarzem imprezy i traktowania gości. Ja uważam, że najlepszy gospodarz się nie rozdwoi i nie jest w stanie zadowolić wszystkich, ale mógłby mądrze sięgnąć po wsparcie. Wystarczy, aby zaprosił do współpracy trzech dobrze tańczących panów (pachnących! przed wejściem na parkiet kontrola świeżości 😃) i dwie dobrze tańczące panie, z nastawieniem na to, że pół milongi tańczą dla przyjemności, a pół z tymi, których warto zachęcić do dalszej nauki i częstszego przychodzenia (jedna taka, co to przygarnia wszystkich, nawet największe sieroty, powinna na każdej warszawskiej milondze być gościem honorowym 😃). Mówię to z własnego doświadczenia.

Jedno z najpiękniejszych tangowych zdjęć… Obrazujące chyba akurat nie tango, a chacarerę. Zdaje się, że warszawski maraton El Navegador na stałe zagościł na warszawskim Ujazdowie. 

***

Kiedy byłam na początku swojej drogi, taniec z dobrym partnerem zachęcał mnie do tego, aby kontynuować żmudny proces nauki. I w drugą stronę: nie mam sukcesu w zasileniu tangowego środowiska chociaż jednym liderem (o matko, iluż gamoni przyprowadzałam… zwłaszcza na początku mojego tanga), ale mam kilka sukcesów w tym, że po moim objęciu partnerzy decydowali się na przyspieszenie procesu nauki i lekcje prywatne. Niezwykle ciepło mi się robi na sercu, kiedy od doświadczonego obecnie tanguero słyszę, że kiedyś dzięki mnie postanowił się uczyć…

Miloga Warszawska – Duża – odbywa się mniej więcej raz w miesiącu w sobotę, w eleganckiej sali NOT-u na Czackiego. Wtedy La Ronda jednoczy z Warszawską siły i zawiesza działalność.

***

We wsparciu milongowym nie chodzi o obtańcowywanie jak popadnie. Wręcz przeciwnie. Osoby, które zatrzymały się na poziomie mało zaawansowanym i nie mają potrzeby robienia dalszych postępów, niech tańczą z równymi sobie, takich jest cała masa. Natomiast grupa tangowego wsparcia przydałaby się do tego, aby na milongę przyciągnąć też tych lepiej tańczących i aby tańczyć z tymi, co rokują w tangowym rozwoju.

Maraton El Fuego to dwie warszawskie edycje: zimowa i letnia. 

***

W mojej książce, którą napisałam zainspirowana tangiem i Złotą Milongą, właścicielka szkoły tanga ma zamiar sprowadz Argentyńczyka, który będzie zarówno udzielał lekcji, jak i wspierał milongę w tańczeniu z bywalczyniami.

Książkę można zakupić u pani Ani w Złotej Milondze. Można zamówić dedykację. 

***

Nadal wydaje mi się to dobrym pomysłem i osobiście się dziwię, że tam, gdzie można, nie jet to wprowadzone w życie. Może byłby to wysiłek finansowy, ale myślę, że by się zwrócił dość szybko. Na początek dogadać się z którymś z Argentyńczyków będących w Polsce – a mamy takich. Poza tym pełno ich w Europie. Istnieje możliwość, że na jakimś etapie zechcą się usamodzielnić, ale zawsze można ich zastąpić kolejnymi. Albo dogadywać się na kontrakt dwu – trzymiesięczny. Wytrawne tanguery potrafią przyjść na milongę tylko po to, by zatańczyć jedną lub dwie tandy. Za nimi przyjdą lepsi tancerze. I tak koło by się kręciło…

Maraton Noches Portenas organizowany przez Almis Tango też jest warszawską imprezą. 

***

* Dogadać się, aby nauczyciele, których uczniowie przychodzą na milongi, zawsze byli traktowani jako goście. Czyli nie kasować ich za wstęp! W ogóle nauczyciele prowadzący regularne szkoły i organizujący milongi mogliby bywać u siebie, chociaż od czasu do czasu. A ci, co własnej milongi nie mają, powinni pokazywać się w różnych miejscach (nie w jednym tygodniu, rozłożyć sobie w czasie). Wiem, że są zarobieni, ale nie da się inaczej zintegrować. A póki co każdy zamyka się w swoich kątach, więc i rotacja uczniów chodzących na inne milongi niż ich nauczycieli jest mniejsza. Ci, którzy nie prowadzą własnej milongi, nie chodząc nigdzie dają zły przykład swoim uczniom. A jeszcze jakby ci nauczyciele spróbowali znaleźć przyjemność w tym, że są zwykłymi uczestnikami milongi chociaż przez godzinę – to byłby ideał…

Niedzielna popołudniówka Coco de Oro najpierw zamieniła się w Potok, następnie zatonęła… Jest nadzieja, że po wakacjach wypłynie w nowych okolicznościach przyrody… 

***

Ja osobiście nie polecę nauczyciela, który nigdy nie tańczy z nikim poza wybranymi dwiema – trzema partnerkami. Oczywiste jest, że nie obskoczy wszystkich swoich uczennic, ale jeśli nigdy nie tańczy z żadną – to jak je uczy, że nie może być mu z nimi przyjemnie? Nie uniknie się polaczkowatego gadania, że tańczy z tymi, co mu płacą. To jednak lepsze niż nie tańczenie w ogóle. Przynajmniej ma szansę sprawdzić, czy jest dobrym nauczycielem i czy uczennica robi postępy 😃 To oczywiście uproszczenie, bo z rozmowy z Kasią i Mateuszem dowiedziałam się, że zwłaszcza dziewczyny potrafią chodzić na lekcje, by się nie uczyć… Cała rozmowa niebawem na Tango Te Amo 😍 

Milonga Uno miała na stanie przepiękny gramofon 🙂 Na razie zniknęła z firmamentu warszawskich milong, ale Radio Tango Uno istnieje i miewa się dobrze 😃

***

Wracając do sedna: w moim przekonaniu dobrym przykładem jest Jakub Milonga, który na swoich milongach jest prawdziwym gospodarzem i umie podzielić swój czas na taniec z ulubionymi partnerkami i tymi innymi. Im kameralniejsza milonga, tym bardziej gospodarz powinien być zaangażowany. Organizator pewnej środowej i piątkowej milongi, wśród tangueros starszego pokolenia nie ma nadmiernej ilości przyjaciół, ale jako gospodarz swoich milong z powodzeniem tworzy przyjazną atmosferę, przyciąga młodsze tangowe pokolenia – a to zdecydowanie pozytywnie wpływa na rozwój tangowego środowiska.

Entre Amigos – pół tajny tangowy warszawski weekend tylko dla specjalnie zaproszonych. Nie byłam w ich gronie, widocznie nie jestem amigo organizatorów 😃 Przywykłyśmy z Jolandą, że wśród naszej polskiej tangowej braci nie jesteśmy wszędzie mile widziane. Jest nam z tego powodu naprawdę strasznie wszystko jedno 😃 Nie będziemy w Polce – to będziemy w Hiszpanii, Turcji lub Izraelu 😃 

***

Gdyby inny organizator zechciał wziąć z kolegów przykład, jego milonga miałaby szansę na rozkwit, czego jej życzę z całego serca, bo miejsce jest komunikacyjnie najlepsze w Warszawie, sala klimatyczna i parkiet świetny.

Tanguerilla to spotkanie neotangowo-wizualne. Odbywa się w różnych miastach świata, w tym w Warszawie. Tańczy się do każdej muzyki, która nie jest klasycznym tangiem. 

***
Przy okazji wspomnę, że szkoła Tomka Potockiego na Wolność, która żyje sobie swoim życiem, jako jedyna ma w ofercie codzienne praktyki, w tym chyba jedyną w kraju praktykę milongową (!). Nie widzę marketingowych starań, by to nagłaśniać – a szkoda, bo chociaż znam to miejsce od dawna – dopiero po założeniu warszawskiej milongowej grupy miałam potrzebę wejścia na jej stronę i dowiedziałam się, że tam codziennie można poćwiczyć! CODZIENNIE! Ewenement chyba światowy. 

Tango i cats od lat odbywa się ze dwa razy w roku w ramach piątkowych milong na Wolność. Dochód z biletów i loterii fantowej przeznaczony jest na pomoc bezdomnym kotom.  

***

Tyle moich fantazyjnych wizji 😃 Jeśli kogoś uraziłam (nie wiem niby czym, ale różnie to bywa) – to przepraszam. Podkreślam jeszcze raz, że są to moje myślenia życzeniowe, a nie jakieś instrukcje czy coś… Każdy robi, co uważa. Ja uważam, że czasem różne wypisywanki mogą przynajmniej dać do myślenia 😃 Każdy zawód ma swoją specyfikę. Nauczanie tanga i organizowanie milong należą do sektora usługowego. To nie znaczy, że jak się płaci, można wymagać w niegrzeczny sposób. Ale to płatnik weryfikuje, czy nowy twór ma prawo bytu, czy nie. Tango żyje, środowisko ewoluuje. Coś, co było dobre pięć lat temu, dziś się nie sprawdza. Cały świat działa cyklicznie, tango też. Milongi powstają i padają. Te, które trwają, mają lepsze i gorsze okresy. Patrząc całościowo: jednak coraz więcej ludzi zaczyna chodzić na lekcje tanga, więc może to nie kryzys?😃

Z pozdrowieniami – (Bestia) Ania

Milonga de Mis Amores – 8.03.2018

Nowe miejsce – nowe możliwości

W Dzień Kobiet na mapie tangowej Warszawy pojawiło się nowe milongowe miejsce. Klimatyczne wnętrze po dawnym kasynie ma swoją atmosferę. Czuć energię pieniędzy, dużych emocji, mocnych trunków i wypalonych cygar. Nie, nie śmierdzi 😀 Dla mnie to miejsce ma zapach grzesznego nocnego życia… Ja akurat uwielbiam takie klimaty. A właściwie ten zapach ma nie sala, a hall i schody wyłożone grubym dywanem z motywami pasującymi do kasyna… Gapa ze mnie – nie zrobiłam zdjęcia! Uzupełnię za tydzień 🙂

Sala jest duża, klimatyzowana, z rewelacyjnym tanecznym parkietem, barem i dj-ką odgrodzoną szybą dawnej kasy. Ma to swój urok, ale separuje dj-a od tancerzy. Anna S. powiedziała, że to celowe, aby w razie smęcenia nie rzucać w dj-a pomidorami :p

Milonga de Mis Amores organizowana jest przez Akademię Tanga Argentyńskiego, która jakiś czas temu zrobiła roszadę w swoich szeregach (prezes poszedł do komisji rewizyjnej, a komisja została prezesem – czy jakoś tak…) i… dobra, to inny temat, przerz sympatię i duże uznanie dla Pauliny Policzkiewicz-Woźniak nie dodam nic więcej i z całego serca życzę powodzenia w reanimacji.

O muzykę zadbały cztery dziewczyny: DJ Polly (Paulina), DJ Magda Lewandowska, DJ Olga Zawada i DJ Justyna Grzegorczyk. Było wino na powitanie, były białe tandy. Gdyby stoliki ustawić bardziej w literę U, czyli podsunąć te spod drzwi i te spod dj-ki do filarów, warunki do cabeceo byłyby bardzo dobre.

Milonga zaczyna się o 21.30. Ponieważ obecnie jest to szkoła tańca, nie można zacząć wcześniej, bo odbywają się zajęcia. Dojazd dobry (tramwaje, autobusy – także nocne), parking – jak wszędzie w centralnych miejscach dzielnic. Wstęp kosztuje 15 zł, czyli standard dla milongi wieczornej.

Na otwarciu pojawiło się dużo gości, miejscowych i przyjezdnych, a także zagranicznych.

Miejsce ma potencjał, dużą pojemność i dobre nagłośnienie. Warto przyjść i się przekonać 🙂

Życzę powodzenia i z pewnością odwiedzę to miejsce za tydzień –

Ania (Bestia)

Toruń – Milonga Piernikowa

Torunianie wymyślili milongę na każdą porę roku.

Dana edycja ma swoją nazwę właśnie z nią związaną. Imprez jest masa, więc dotarłam dopiero na tę Zimową. Ojjj, gdybym wiedziała, że mróz skuje cały kraj, w żadną podróż bym się nie wybrała, bo nie znoszę zimna, ale ponieważ się umówiłam i przysięgłam na wszystko, że nie zmienię zdania – nie było odwrotu. 


Okazjonalny magnesik, który każdy dostaje przy wejściu, ozdobił moją lodówkę.

CK Dwór Artusa przywitałam nietypowo.

Najpierw – pod Toruniem – zorientowałam się, że zostawiłam forsę w dość niebezpiecznym dla niej miejscu. Kiedy chciałam pokazać bilet, okazało się, że go zgubiłam. A jak go szukałam – zgubiłam buty, szal, notes i jedną rękawiczkę… Na szczęście wszystko dobrze się skończyło: na milongę wpuścili, rzeczy zostały odnalezione, a kasa ocalona.

   

Foto: Internet.

Milonga była bardzo udana.

Parkiet i kuluary były pełne, ale mówiono, że zwykle frekwencja jest jeszcze większa i że pewnie z powodu postu część tangowców została w domach. DJ Polly (Paulina Policzkiewicz-Woźniak) wprowadziła uczestników w romantyczno – liryczny nastrój, a DJ Maria Mondino podkręciła obroty i to był ogień… Pstrykałam jakieś zdjęcia, ale Joasia Stepaniuk zrobiła o wiele bardziej udane – podziwiajcie!

      

Piernikowa na stałe zagościła na mapie polskich tangowych eventów.

Toruń jest tak położony, że można dojechać z każdego zakątka. Dwór Artusa ma taki urok, że przyjeżdża nie tylko Gdańsk, Warszawa czy Łódź, ale także jednak dość oddalony Śląsk. Tym razem nie zatańczyłam z nikim nowym (dla mnie), ale z przyjemnością zanurzyłam się w znanych ramionach, tak rzadko spotykanych ze względu na odległość…

    

Centrum Kultury Dwór Artusa to niezwykłe miejsce.

Warto się zapoznać z jego historią. Przy okazji milongi można zwiedzić ten niezwykły obiekt, tylko godzinę bym zmodyfikowała, tak aby albo po zakończeniu wycieczki były dwie godziny do milongi, albo żeby od razu po zwiedzaniu iść i zająć krzesło. Pół godziny pomiędzy końcem zwiedzania a milongą to i w … ząb nie pasuje.

  

A szkoda, bo podobno zarówno opowieści, jak i osoba przewodnika są bardzo ciekawe.

Od lewej: Krzysztof Rumiński (współorganizator milongi), Yulija Pushenko (tłumaczyła przemówienia na j. rosyjski – angielskiego nie było) i Łukasz Wudarski (to on oprowadza wycieczki po tym wyjątkowym obiekcie).

Organizator zapewnia także wycieczkę po Starówce.

I tu proponowana godzina 12.00. jest idealna, bo do tej pory trzeba opuścić hotel. Niestety mróz spowodował, że zamiast na wycieczkę, poszliśmy do odkrytej dzień wcześniej knajpy. Ale po drodze podziwialiśmy kamieniczki i inne miejskie ozdoby 🙂 

  

Impreza toruńska się rozwija. W przeddzień jest pre-milonga, w niedzielę afterka. Niektórzy mówią, że tylko patrzeć, a przekształci się w festiwal, czego serdecznie Toruniowi życzę 🙂

A poza tangowo:  droga do Torunia jest dobra.

Jak się śmiga luksusową furą, to zajmuje 2 godziny. A że w dobrym towarzystwie czas przyjemnie płynie – podróż minęła błyskawicznie. Dojechaliśmy na miejsce w sam raz, aby iść na porządny obiad. Ale najpierw wybraliśmy się w poszukiwaniu tradycyjnych pierników…

       

Nie wiem, dlaczego w środku zimy jakoś tak porządnie się nie ubrałam.

– 10, a ja bez ciepłych gaci i swetra! Ela K. miała ochotę pospacerować, jednak nie bardzo miała chętnych do towarzystwa. Moje dżinsy i kurtka, nawet z kapturem, nie zabezpieczały w pełni od chłodu, więc nie w głowie mi były ekskursje, a reszta towarzystwa zwiedzała Toruń przy bardziej sprzyjającej takim czynnościom temperaturze. Więc ogarnęliśmy wzrokiem to, co w drodze do i z knajpy.

      

Często jadam w restauracjach, ale ta była wyjątkowa. 

Nie, nikt mi za reklamę nie zapłacił. Po prostu lubię doceniać czyjąś pracę. A tu obsługa się postarała. Wnętrze piękne, jedzenie pyszne, serwis rewelacyjny. Nie dość, że kelnerzy bystrzy i sympatyczni, to jeszcze przystojni ♥ Trafiłyśmy co prawda chyba w najchłodniejsze miejsce w całej restauracji, ale reszta wynagrodziła nam konieczność okrycia się.

    

Mimo dużej gastronomicznej konkurencji tak nam się spodobało, że Ela K. zaprosiła nas wszystkich następnego dnia na lunch. Było równie dobrze i pysznie, a tym razem cieplej. Anna S. powiedziała, że focąc ładnie podane potrawy robimy siarę. Na prywatnym profilu nie wrzucam kotletów, ale na blogu czasem lubię i już!

      

Z pozdrowieniami dla Torunia  – (Bestia) Ania

 

NIE! dla behawioralnych obrzydliwców. O!

Już kiedyś pisałam, że nasze środowisko nie jest jakieś nadzwyczajne – chociaż niektórzy chcą tak myśleć. W Turcji np. tango jest pasją elitarną. U nas nie, więc mamy cały przekrój społeczny. Dobrze to czy źle – nie będę oceniać. Ten wpis poświęcam pewnemu zjawisku (na szczęście nie nagminnemu), na które w naszym tangowym środowisku NIE daję zgody.

Postać.

Mamy w Warszawie taką postać, która pojawia się na publicznych eventach, gdzie wstęp jest za darmo (na część komercyjnych – tangowych i salsowych – ma zakaz wstępu). Wybiera z publiczności młodą (zawsze i tylko) dziewczynę, która nie umie tańczyć, i maltretuje ją na parkiecie. Udaje, że ją uczy. Macha nią we wszystkie strony, stanowiąc zagrożenie zarówno dla niej (naraża ją na kontuję i uraz), jak i dla otoczenia. Do tego postać ta nie jest nigdy dobrze ubrana (widziałam białe skarpety do sandałów i podkoszulkę bez rękawów), a braku urody oceniać nie będę, bo nie to jest problemem.

Problem: jak na to patrzę, tyłek mi się zaciska, jakbym miała w dupie zęby.

Wszystko mnie boli. Widziałam popisy postaci na różnych tangowych imprezach. Byłam zdziwiona, że organizatorzy tę masakrę tolerują. Z przerażeniem konstatuję, że nasza zachowawczość i bierność góruje nad zdrowym rozsądkiem. „Nie moja sprawa”. „Skoro jej się podoba, to nie ma problemu”. Na nie mojej imprezie nie odważyłam się interweniować, chociaż patrząc na te tortury, każda komórka mojego ciała wyrażała sprzeciw.

Pamiętam siebie z własnych początków.

Kiedy byłam zachwycona, że jakiś „super tańczący” zechciał mnie instruować. Im bardziej machał moimi nogami, tym bardziej mi się podobało. A jak mnie tak wziął i wygiął… A potem przegiął… I moje nogi chciał sobie założyć na szyję… O mamma mia, jaka byłam zachwycona! Że ja tak „pięknie umiem”! To, że taki pseudo maestro chciał mnie zwyczajnie poobmacywać wychodziło potem, kiedy nie zgadzałam się na coraz śmielsze ruchy i ocieractwo.

Nie chcesz się umówić? To pa.

Wielu ówcześnie „zaawansowanych” – w moich oczach – „tancerzy” przestało mną machać i nigdy więcej nie mieli ze mną okoliczności, kiedy wyraźnie postawiłam granicę cielesną i nie chciałam się umówić poza tangiem. Przypadek tej niecnej postaci jest właśnie taki: poluje na dziewczyny, które by chciały tańczyć tango, daje im złudzenie, że ona, ta postać, umie, a że dziewczyny też tańczą i umieją (!). No i uprawia ocieractwo. Kobiety to dziwna rasa… Dają się nabrać na pawie pióra, zamiast sprawdzić konkret…

Osoby nie umiejące tańczyć nie zdają sobie sprawy z zagrożenia.

Dziewczyny nie wiedzą, że narażają się na uraz, że wdrukowują w swoje ciało złą jakość ruchu, że gibnięta za bardzo może doznać urazu kręgosłupa lub stopy. I takie postacie na tym żerują. Czują… jak hiena padlinę… Dopaść, rozszarpać, zeżreć i … szukać kolejnej ofiary.

NIE ma mojej zgody na takie zachowanie!

Jestem zbyt doświadczona – w końcu tańczę (intensywnie) od prawie dziewięciu lat, aby jako organizatorka przejść do porządku dziennego nad uprawianym kaleczniactwem. NIE! Zwłaszcza, kiedy organizuję milongę. Nie będę tolerowała „udzielania lekcji”. Kiedy zwróciłam tejże postaci uwagę, że na milondze nie robi się takich rzeczy, postać zrobiła awanturę, że ją – tę postać – dyskryminuję. Dziewczynę, którą wyginał w niemożebny do zdzierżenia sposób, tak zmanipulował, że uznała mnie za największą tangową sucz, która się czepia… I nie mogła zrozumieć, że akurat ona nic złego nie zrobiła… Bo jej się te wygibasy podobały…

BHP

Jeżeli nie umiesz tańczyć, a ktoś próbuje Ci wmówić, że po lekcji kroku podstawowego jest inaczej – uciekaj. Jeśli na milondze ktoś daje Ci swoją wizytówkę, że niby jest nauczycielem – wywal ją do kosza. Tango, jak język: żeby porozmawiać, trzeba go poznać. Bełkot to nie rozmowa! A i fizycznie możesz się uszkodzić.

Nie będę oceniać organizatorów, którzy nie reagują.

Może dojrzeją. Za to duży szacun dla tych, którzy podzielają moje zdanie i zareagowali, czyli zakazali wstępu. Bo postać jest niereformowalna. Po prostu. Więc niniejszym oświadczam, że jeśli przyjdzie na jakąkolwiek imprezę, w której maczam swoje palce – to albo się zreformuje (nie wierzę), albo postać zostanie wyproszona, zanim upoluje kolejną ofiarę.

(Bestia) Ania