Zawiedzione nadzieje pewnego organizatora

Gorzkie żale naszego kolegi doczekały się specjalnego wpisu.

Zaistniała sytuacja dotyczy mojej Warszawy, w której się urodziłam, mieszkam, żyję na co dzień i tanguję. Ale od początku:

O co chodzi?

Kolega z Polski chciał zrobić festiwal. Nie w swoim mieście i poza swoim środowiskiem. Najpierw wygonili go z Berlina (podobno rasistowsko), potem miał pretensje do Warszawy, że został źle potraktowany, że kolesiostwo, że on tu mistrzów świata chce sprowadzić, a tu taka niechęć… Że to z zawiści, a nawet nienawiści… Czyli: rozgoryczenie i żal.

Źródło: Internet

Ta sytuacja dała mi pole do różnych przemyśleń.

Nie mam kompletu informacji, nie wiem, co się naprawdę wydarzyło, więc do rozmyślań wykorzystam jedynie dostępne mi fakty, a pewne wnioski poprę konkretnymi zachowaniami rozczarowanego kolegi i komentarzami do cytatów z jego wpisu (zachowując oryginalną pisownię i interpunkcję).

Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko koledze i jego działaniom.

A nawet podziwiam konsekwencję, z jaką realizuje się w swojej pasji. Co nie zmienia faktu, że zdziwiła mnie jego brawura. Przy takiej masie warszawskich imprez – on, człowiek z zewnątrz, nie osadzony w warszawskim środowisku, wkracza z tupetem, i to od początku niefortunnie… Wykorzystując frazę, którą posługuje się jeden z warszawskich organizatorów, oraz publikując logo podobne do tego używanego przez innego warszawskiego organizatora – nie wzbudził sympatii. Moim zdaniem albo on, albo jego doradcy się nie popisali, co wyraziłam w swoim komentarzu, jednocześnie informując, że mimo wszystko życzę powodzenia.

Wpisy – mimo próby starannego doboru słów – nie zawsze przekażą intencję.

Może moje wyrażone zdziwienie zostało odebrane jako sprzeciw… Fakt jest taki, że jakby bez porozumienia ze mną przypadkowo mnie skopiował, też bym się wkurzyła. I zaraz wyobraziłam sobie, jakbym to ja chciała zorganizować festiwal w Nowym Jorku albo Rzymie… Porównanie jest adekwatne, bo mam tam znajomych. Czy to wystarczy? Moim zdaniem: 

Źródło: Internet

Mam też apel to wszystkich koleżanek i kolegów organizatorów wydarzeń: popieram bez wyjątku każdego z Was i Wasze działania

– zadeklarował rozczarowany kolega. Cudownie, tylko że taki „apel” wcale o tym nie świadczy. Ileż mejli i próśb skierowanych do niego o umieszczenie informacji na reaktywowanym portalu pozostaje bez odpowiedzi? W ilu imprezach warszawskich organizatorów wziął udział fizycznie – nie mówiąc o obecności towarzyskiej i socjalnej, nietożsamej z tą fizyczną? Bywam organizatorką i ja osobiście nie czuję się przez niego popierana. Powiem więcej: reaktywowany portal to dziecko, które przejął na wychowanie, obiecał o nie dbać, a z sobie znanych powodów po protu je udusił.

Foto: Internet

Brak czasu? Nieudolność? Ukatrupić największy i najbardziej znany swego czasu tangowy portal – mnie się to nie mieści w głowie. Ja także miałam wpływ na jego rozwój od początku powstania, czułam się z nim związana i za to dziecko współodpowiedzialna. Wielokrotnie prosiłam, byśmy porozmawiali na temat wizji, rozwoju i strategii działania. Raz udało się umówić spotkanie, które kolega odwołał. A z osobą, która obdarzyła go zaufaniem i wszystko oddała w jego ręce (bez porozumienia ze mną, bo wierzyła, że to dobre wyjście), nie umie załatwić swoich spraw od lat. Dlatego proszę mnie nie pytać, czemu nie powiem mu tego osobiście – nie mam takiej okazji. A skoro publicznie naskoczył na moje środowisko, ja jeszcze publiczniej na to odpowiadam.

Więc zahaczamy o temat komunikowania się.

Źródło: PoradnikZdrowie.pl

Żeby była jasność: przy wskrzeszaniu truchełka portalu kolega wcale nie musiał kontynuować ze mną współpracy. Mógł mieć inną wizję, mógł zwyczajnie przestać mnie lubić, mógł na etapie zmian w swoim życiu nie znaleźć miejsca na naszą wspólną przestrzeń. Takie jest życie i tango: ludzie pojawiają się na różnych etapach, by nieraz zostać na dłużej, a często – w różnych okolicznościach – zniknąć. I ja to rozumiem, sama przeżyłam wiele relacji, w których formuła na wspólne cokolwiek się wyczerpała. Ale po to ludzie mają dar mówienia, by się komunikować. A jak nie chce się rozmawiać (z różnych względów), można napisać. Kolega unikał jakiejkolwiek komunikacji. Zresztą nie tylko ze mną. Dlatego pitolenie o złej Warszawie i jakimś kolesiostwie, które się na niego uwzięło, odbieram jako roszczeniowość, brak refleksji lub niedojrzałość. Niestety, nie ma tak, że jak czegoś chcą ode mnie, to olewam, ale mnie mają przyjmować z honorami.

Źródło: mjakmama24.pl

Burza po użyciu logo i frazy minęła. Festiwal umiejscowił się w mojej głowie nie dlatego, że miał się odbyć, tylko kiedy go odwołano.

Nie dotarły do mnie żadne informacje poza logo, nieszczęsną frazą i gorzkimi żalami. Oczywiście nie muszę być o wszystkim informowana (niektórzy wolą, jak nie wiem ). Ja też nie muszę informować, a na pewno nie chcę promować wszystkiego, co się dzieje. Na niektórych imprezach – nawet tych przeze mnie wspieranych – nie mogę być, bo też mam ograniczone moce przerobowe. Poza tym zasięg mojego bloga może nie być wystarczający, aby się nim przejmować (fanpage –  posty z linkami do bloga cieszą się większą popularnością niż inne – a ostatnio nie korzystam z płatnych kampanii, generuję wystarczający zasięg organiczny; blog – czytelnicy pochodzą ze wszystkich kontynentów).

Inna sprawa, że mimo iż nie unikam środowiska i jednak jestem obecna zarówno fizycznie, jak i wirtualnie, to jednak o imprezie nie dowiaduję się wtedy, jak ma się odbyć, tylko wtedy, kiedy rozżalony kolega jedzie po warszawskich organizatorach (ukrywając rzeczowy, grzeczny i trafny komentarz naszego warszawskiego tanguero) – to o czym to świadczy..?

Wszystko, w każdej dziedzinie życia, opiera się na relacjach.

Lojalność, zaufanie – na to pracuje się swoimi czynami. Same słowa nie wystarczą. Przy tej masie imprez nie do końca ma znaczenie poziom zaproszonych par czy orkiestry. Odbiorcą masowych imprez – zwłaszcza festiwali – w większości nie są tangowe dinozaury (które w znacznej mierze wyginęły albo im się nie chce), tylko tangowa młodzież tańcząca rok – trzy – pięć. Kiedyś było mało imprez i zapisy rozpoczynały się dosyć wcześnie. Teraz wielu czeka do ostatniej chwili, bo na festiwal i tak można kupić bilet na wejściu. To utrudnia pracę organizatorom, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo 😃

Do międzyludzkich relacji jeszcze wrócę, teraz kolejny cytat:

To cudowne, móc widzieć tyle wydarzeń w niemal każdej części naszego kraju. Proszę Was przy tym osobiście, byście nigdy nie wyrażali się źle o innych organizatorach. Nikt z nas nie jest lepszy czy gorszy. Za to każdy z nas wnosi olbrzymi wkład w rozwój środowiska. Więc róbcie swoje, bo to dobra robota!

Prawie się wzruszyłam… Sorki, nie mogę się oprzeć ironii. Zastanawia mnie tylko, kogo kolega oszukuje: siebie czy nas? A może poprawia sobie samopoczucie po krytycznych uwagach dotyczących organizacji jednej z imprez i braku jego zachowań socjalnych? Zapewniam, że nie są to pomówienia. Chętnie zainteresowanemu wyjaśnię, jeśli uzna, że chciałby wiedzieć. Niestety, są lepsi i gorsi organizatorzy. I nie każdy wnosi wkład w rozwój środowiska. Za to każdy ma rachunki do zapłacenia i jak nie umie liczyć, to do tego dokłada – a nie każdy może (i chce) sobie na to pozwolić. Kameralne towarzyskie milongi organizowane własnym sumptem są super, festiwal raczej taką metodą zrobić trudno.

Źródło: sejfer.pl 

Do organizacji festiwalu w Warszawie zaprosiłem osoby wyjątkowe. Z szacunku do wykonanej przez nich pracy na rzecz tanga. Z pewności co do tego, że mamy doskonale spójną ideę rozwoju tanga. Bardzo im dziękuję za czas, który poświęcili dla dobra sprawy. To nieocenione. To tacy ludzie są i będą dla mnie przykładem. I dowodem, że nie każdy po latach organizacji, nawet w stolicy, ma nos powyżej czoła.

Nie wiem, kto to był (i nie mam głębszej potrzeby dociekania, bo mi to nie potrzebne), więc pisząc, że chyba niezbyt trafny wybór – nie czynię personalnych złośliwości, tylko dzielę się moim odczuciem. Zapytałam: to co zawiodło? Bo wylane żale niestety mnie nie przekonują. Nie otrzymałam odpowiedzi. Więc sobie tak deliberuję – w końcu to mój blog i wolno mi, a przeczyta, kto zechce 😃

Order: „Zasłużony dla górnictwa”. Jakoś mi tu pasuje.

Zaproszenie do współpracy osób „zasłużonych dla tanga” jest ideą zacną, ale bywa, że nic nie wnoszącą, jak honorowy patronat ambasady Argentyny. Stara gwardia jest młokosom (chodzi o staż w tangu, nie wiek) nieznana, więc nie ma przełożenia ani na promocję, ani na frekwencję. Akademia Tanga Argentyńskiego mogłaby być spoiwem (zwłaszcza że coś drgnęło, pojawiła się fajna milonga De Mis Amores z praktyką pod okiem instruktora na drugiej sali), ale dopóki członkowie sami nie poczują sensu istnienia i rozwoju tego stowarzyszenia, przetasowanie się na stanowiskach i dobra wola garstki zaangażowanych osób oraz urok i chęć działania Matki Polskiego Tanga (dla młodych: Pauliny Policzkiewicz-Woźniak ze szkoły tanga Tangolada) – nie wystarczą

Mogło być też tak, że te zasłużone dla tanga osoby i organizatorzy zostali przez kolegę potraktowani instrumentalnie i się na to nie zgodzili. Warszawa okres konfliktów organizatorskich ma dawno za sobą, dlatego obrzucanie ich błotem bez podania faktów nie jest dla mnie wiarygodne.  

Biorąc się za organizowanie, można przyjąć różne strategie działania.

Część wrogości można rozbroić poprzez nawiązanie relacji przed ruszeniem machiny organizacyjnej, a na pewno przed wkroczeniem na jakiś teren. Spontanicznie, bez uprzedzenia sąsiadów, można zrobić domówkę (i to nie za głośną, bo się wkurzą). Po to umiemy mówić, żeby się komunikować. Tak mało ludzi na co dzień o tym pamięta… Konfrontacja to miecz, czasem obosieczny. Biorąc zamach na wroga, można sobie przepołowić głowę. Poza tym warto pamiętać, że nie ma obowiązku współpracy ani witania chlebem i solą. Jak ktoś woli sam – ma do tego prawo. Jak chce odrzucić składaną propozycję – też.

Źródło: zamojska.org

Można mieć wizję i szturmem ją wprowadzać.

Jak się uda – odtrąbić sukces. Jak nie – wyciągnąć wnioski. Wziąć to na klatę, a nie szukać winnego. Dla jasności: nie sugeruję, że kolega chciał coś szturmować. Nie wiem, czego chciał poza zorganizowaniem festiwalu. Wymieniam szturm jako jedną z możliwych strategii. A że akurat kolega biadolił – nie on pierwszy, ale on mnie natchnął na te rozkminki 😃

Można zasięgnąć konsultacji.

W różny sposób i u różnych ludzi. I nie o to chodzi, by trąbić o swoim pomyśle wszystkim miejscowym (ach, jak boimy się „kradzieży”…). Dobranie właściwych osób to duża część sukcesu. A niewłaściwych – pewna klapa.

Można się konsultować, a i tak robić po swojemu.

Znam taką organizatorkę Czasem podejmie dobrą decyzję, czasem złą. Sukces zawsze, niezależnie od strategii, ma wielu ojców, porażka jedną matkę. Tak jest w każdej dziedzinie, w tangu też.

Można pozostać konsumentem i nie zawracać sobie głowy organizacją.

I uprawiać nasz narodowy sport: narzekanie Tyle że na pewnym, najczęściej wczesnym etapie tangowego życia, przy góra drugim zalewie oksytocyny, ma się milion pomysłów i chce się je realizować – oczywiście dla dobra tanga… I wie się lepiej, co i jak organizatorzy „powinni” Ja już tangowo wyrosłam z pouczanek, dzielę się jedynie moimi przemyśleniami i w pełni akceptuję to, że każdy robi, jak uważa – chociaż czasem uważam, że wiem lepiej 😃

Wracamy do relacji.

Żródło: twojwybortwojaprzyszlosc.pl

Przy tej masie imprez współpraca jest podstawą. Żadna impreza jak koncert czy festiwal nie obejdzie się bez wsparcia finansowego i zaangażowania ludzi dobrej woli. Dlatego relacje są podstawą. Ktoś załatwi salę, która nie zamorduje budżetu, kto inny nagłośnienie po kosztach… A jeszcze ktoś dorzuci się do biletów lotniczych zaproszonej orkiestry… I NIE CHODZI O KOLESIOSTWO!!! Na relacje pracuje się własną wiarygodnością, zaufanie buduje się czynami. Bywam organizatorką i jestem po świeżym przeżyciu szoku…

Umówiony od marca na ubiegłą sobotę dj, w czwartek o 21.30. dopytuje o godzinę imprezy, a o 22.40. pisze, że nie przyjedzie… Dobrze, że uprzedził, mógł się nie zjawić Wiem, że zabiera się za organizowanie dwóch dużych imprez. Sorki, ale dla mnie stracił wiarygodność i takiej osobie nie powierzę ani mojego czasu, ani pieniędzy. Ot, takie moje świeże doświadczenie, nie dotyczące kolegi od wylewania gorzkich żali.

Relacje to pomoc.

Wzajemność i równowaga: coś dostaję, coś daję. I nie chodzi o to, że coś za coś, tylko o wrażliwość na drugiego człowieka. Ja akurat, mimo mojej pozornej szorstkości, nie umiem żyć sama dla siebie. Nie szukam rewanżu na siłę, nigdy go też nie wciskam. Branie i dawanie to kompetencje społeczne, których nie jesteśmy uczeni – ale to inny temat. Wracając do relacji – te moje bardzo sobie cenię i jestem za nie wdzięczna.

Milonga w hotelu InterContinental. Ann wyjechała, ale z Piotrem Woźniakiem lubię współpracować do dziś. 

Nigdy do tej pory nie płaciłam za salę – nawet w InterContinentalu (młodzież zapewne nie wie, że sześć lat temu odbywały się tam pierwsze wypasione milongi, z pokazami, loterią świetnych fantów, winem na wstępie, zniżką w barze 60% i biletem wstępu za 15 zł). Od czasu, kiedy sama decyduję, jak będzie wyglądać moja impreza, zawsze płacę współpracownikom w zależności od pozyskanego budżetu (wyjątek: milonga charytatywna SyMfonia Serc na Krakowskim Przedmieściu, która budżetu nie ma – dziękuję serdecznie tym z Was, którzy co roku się angażują – w tym roku zapraszam w drugą niedzielę września).

Umiejętność pozyskania sponsorów opiera się na relacjach.

Czasem wystarczy znać kogoś, kto zna kogoś i być poleconym. Ale na polecenie trzeba zasłużyć. Kandydaci na sponsorów często podnoszą argument (żeby nie wspomóc), że pomagają chorym dzieciom… W wielu wypadkach może tak jest, na szczęście znam takich, którzy mają otwarte serca, szersze horyzonty i dywersyfikują pomoc na chore dzieci, bezdomne psy i dofinansowanie tangowych imprez. Ale znam przypadek, gdzie kandydat na sponsora się umówił, po czym nie odwołał, nie przyszedł, olał. Bywa. Sponsorzy są bezcenni, ale nie mogą dźwigać czyjejś imprezy. Jak organizator popłynie bez zaplecza, to albo dokłada z własnej kieszeni, albo okrywa się niechwałą. Jak ma dobrze działającą szkołę, wpływy z lekcji pokryją ewentualny brak, a impreza może być potraktowana wizerunkowo. Ale jak szkoła jest peryferyjna albo – jak w moim przypadku – jej nie ma, to albo wchodzę we współpracę z mocniejszym ode mnie, albo mierzę siły na zamiary – a jak mi nie wyjdzie, nie mam do nikogo żalu.

Batida del Tango – moja popołudniowa milonga.

Nie zbawi się całego świata i wszystkich pomysłów się nie zrealizuje.

Gdyby tak było, to na eventach byliby tylko organizatorzy i wykonawcy 😃 Jak na promocji pewnego napitku: artystka, jej goście i kelnerzy…

Zanim do tego doszłam, próbowałam różnych dróg (tyle że nigdy nie miałam do nikogo żadnych pretensji). W dzisiejszych czasach nie sprawdzi się strategia: róbmy, a jakoś to będzie (tzn. ludzie przyjdą i zapłacą). Mój znajomy gangster mawiał, że pomysł dopiero wtedy jest dobry, jak zostanie z powodzeniem zrealizowany. I że jak na świetny pomysł nie możesz znaleźć pieniędzy, to znaczy, że coś jest nie tak albo z pomysłem, albo z tobą (owszem, miał profesję niezbyt wysokiego zaufania społecznego, ale żyje – jego koledzy dawno się wystrzelali lub zaćpali – i aktualnie jest poważnym biznesmenem, więc na pomysłach i pieniądzach jakoś tam się zna).

Promowanie imprezy to ciężka orka na ugorze.

Mam Ochotę – druga moja popołudniowa milonga, na której pewien karnawał spędziliśmy na przebierankach – co tydzień inny temat. Było bardzo wesoło 😃

Nie załatwią tego posty na fejsbuku. Zresztą: tak szybko zmieniają się algorytmy, że to, co działało rok temu, dziś jest bezużyteczne. Umiejętność promowania to wyższa szkoła marketingowej jazdy. Od stworzenia odpowiedniej treści, poprzez odpowiednią publikację w odpowiednim czasie, do wykorzystywania fejsbukowych narzędzi, o których 90 % tych, co ma profil, nie ma bladego pojęcia (szacunki są moje, sporządzone na podstawie tego, co i jak jest publikowane). A fejs to niejedyna możliwość. Tyle że taka wiedza kosztuje. Aby przebić się z imprezą w dzisiejszych czasach, trzeba wiedzy, ludzi i zaplecza. Chyba że ma się wyrobioną renomę – ale ona jest związana z wypracowanymi relacjami, nie inaczej. Jednak nie dokona się cudu, jeśli impreza nie ma potencjału (tak bywa: nie to miejsce, nie ten czas, nie taki pomysł, nie ten organizator…).  

Beskid Tango Marathon jest przykładem imprezy, która pięknie się rozwinęła. Prapierwsza edycja odbyła na Szyndzielni, kolejne – w hotelu „Orle Gniazdo”. Ale ta impreza startowała kilka lat temu. Teraz wiadomo: w pierwszy weekend roku wszystkie drogi prowadzą do Szczyrku! Relacja z tegorocznej edycji: TU.

Lokalsi często wcale nie wspierają tego, co ma się wydarzyć na ich terenie, nawet jak organizuje to ich lokalny organizator.

Na pierwszej edycji Recuerdo Warszawy prawie nie było, a nauczyciele przyszli tylko na pokaz i zaraz się zmyli. Druga edycja była już doceniona, ale nie dlatego, że samo się zrobiło, tylko dlatego, że włożono w nią więcej pracy na zapleczu. Nie mam wątpliwości co do tego, że tegoroczna będzie jeszcze lepsza, bo koło ruszyło i nabiera pędu. 

Każda duża impreza ma długą listę zaproszonych gości.

Tak jest na całym świecie. Umiejętne ich dobranie to też duża sztuka Jeśli organizator chce zaoszczędzić i żałuje zaproszeń (nie chodzi bynajmniej o rozdawnictwo), niech się nie dziwi, że promocja nie działa. To ludzie przyciągają ludzi. Obserwuję u Polaków taką prawidłowość: chcieliby być dobrze wynagradzani za swoją pracę czy wiedzę, a jednocześnie oczekują, że inni będą robić za darmo; że polski dj zagra za kieliszek wina i wodę mineralną (maratonowi mają lepiej, przynajmniej mogą skorzystać z imprezy; o dziwo zagranicznym płacą bez sprzeciwu, a ci przecież nie zawsze dobrze grają), a fotograf będzie pstrykał za wstęp na imprezę (na której nie potańczy, jeśli ma zrobić rzetelną dokumentację zdjęciową z przebiegu całej imprezy. Pomijam czas obróbki zdjęć. No ale dużo osób lubi robić zdjęcia, zawsze jakieś będą nawet bez zakontraktowanego fotografa). Znamienne były djskie warsztaty organizowane przez ekipę Radio Tango Uno. Ktoś dopytywał, czemu taka cena, a nie inna. Za ich autorski warsztat, gromadzoną latami wiedzę i doświadczenia! Żenada. 

I tak żalący się kolega spowodował, że zastanowiłam się tak w ogóle nad dzisiejszą sytuacją organizatorów.

Moim zdaniem imprez jest za dużo. Sama się do tego raz w miesiącu przyczyniam 😃I bardzo mi miło, że mam z kim współpracować i że przychodzicie. Nie robię komercyjnej milongi, tylko wydarzenie promujące tango. A że przy okazji tańczący mogą tangolić na doskonałym parkiecie w pięknej sali – nie mogłam odmówić, gdy mnie o to poproszono. Rzecz jasna – dla dobra tanga 😃

Kolejne Tango w Królewskim Wilanowie odbędzie się 9.06. Szczegóły wkrótce.

Wracając do użalającego się kolegi – to nie Warszawa jest zła.

A podejście ludzi, którzy nie umieją się w niej odnaleźć lub uważają, że coś im się należy. Poza tym: zanim ktokolwiek cokolwiek zarzuci złemu warszawiakowi – niech zapyta, skąd taki przyjechał i od kiedy tu mieszka. Przypomnę, że stolicę zamieszkuje głównie ludność napływowa. Nie mam nic przeciwko temu, dopóki nie szkaluje mojego miasta i jego mieszkańców. Może wracać do siebie. Tym bardziej nie mogę przejść obojętnie, kiedy się rzuca oskarżenia bez podania faktów. A przypomnę: dopytywałam, o co chodzi. Wielu warszawiaków dało wyraz swojemu zmartwieniu, że festiwalu nie będzie, twierdząc, że na akurat taki miejsce w zatłoczonym wydarzeniami kalendarzu – jest. Co zrobił kolega? Ukrył merytoryczną odpowiedź na swoje lamenty. 

Każdy zbiera żniwo swoich działań.

Współpraca nie jest mocną stroną Polaków. Wpaja się nam chorą rywalizację, więc niezdrowo funkcjonujemy. W tym miejscu piszę o drugiej stronie medalu: tresowani w rywalizacji, wszędzie dopatrujemy się wrogiej konkurencji. A może zmienić nastawienie i zobaczyć szansę?

Secreto – warszawskie encuentro milonguero – odbędzie się po raz drugi. To impreza doświadczonych organizatorów, a i tak pracuje przy promocji kilka osób. Odbędzie się po raz drugi. 

Punkt widzenia zależy od tego, z której strony się patrzy.

Nikt nikomu nie zabroni organizowania czegokolwiek, ale też nikt nikomu nie nakaże aplauzu. Można z nikim i niczym się nie liczyć – wolna wola. A można inaczej. Szczerze mówiąc mnie się nie podoba ta wolna amerykanka z wchodzeniem sobie w termin i tworzeniem w tym samym czasie kilku dużych krajowych imprez. Ale taka jest rzeczywistość i na razie nikt nie wymyślił, jak to zrobić, żeby dogadywać się na szerszą skalę. A może nie ma takiej woli? Nie wiem, nie organizuję dużych imprez, bo mi się nie chce, wolę bywać 😃

Są tacy, co nigdy nikogo o nic nie pytają, a potem narzekają.

Są tacy, co im się wszystko nie podoba. A są tacy, którzy chętnie wesprą, jak będą wiedzieli, co i jak. Czy konsultować? Czy rozmawiać? Wybór jest zawsze, konsekwencje decyzji – też. Warto je brać pod uwagę przed, żeby nie marudzić po.

Z pozdrowieniami

(Bestyjka) Ania

P.S. Polecam wybrać się na bożociałowy weekend do Bielska Białej na festival Vamos Corason. Świetna para, 30 godzin tańczenia…. a mam wrażenie, że miejscowi nie doceniają ani pary (mało bywają, to i nie znają), ani starań organizatorki. Dla samej tej pary warto przybyć!

P.S.2 Od wpisu minęło kilka godzin, a już się dowiedziałam, że teraz to ja jestem ta zła, która rujnuje kolegi karierę… I że Poznań ma dosyć tego, że kolega idzie jak taran i dzieli środowisko.

Nie, kolego, ja nie robię ci nic złego. Bronię mojego gniazda, które chciałeś zbrukać. Sam sobie pracujesz na opinię złego organizatora. Otwórz wreszcie oczy i wyciągnij wnioski, zamiast mnożyć w swojej głowie wyimaginowanych wrogów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.