Dlaczego panowie nie proszą i nie tańczą?

Uprzedzam: nie ma obrazków. Czytasz ten wpis jak fragment książki, którym zresztą jest 🙄 

Do popełnienia zapisania mych myśli sprowokowały mnie uczestniczki pewnego festiwalu, które były niezadowolone z powodu swojego niewytańczenia i tego, że nie były proszone przez obcych panów, konkretnie: Polaków (nie będę tego komentować, bo to temat na osobny wpis). Kiedy Lechosław Hojnacki wrzucił tłumaczenie świetnego artykułu, uznałam, że Kosmos domaga się mojego głosu w tej sprawie 🙂

Ten wpis skierowany jest do pań.

To one wyrzucają panom, że znowu nie zatańczyli. To one gest przywitania mylą z cabeceo, przez co niektórzy „boją się” witać. To one wyrywają się do nieswojego cabeceo (na szczęście coraz więcej panów jest asertywnych i skutecznie omija niechciane nawet najszerzej rozwarte ramiona).

Nie będzie miło.

Od kiedy usiłuję liderować, mam dla panów więcej zmiłowania w sercu i doskonale rozumiem, dlaczego wolą nie ryzykować z nieznanymi partnerkami. Na maratonach, gdzie przyjeżdżają po to, by tańczyć do upadłego, też zaczynają od tych ulubionych, których na co dzień nie mają. Albo tańczą w gronie, w którym przyjechali – i wolno im. Poza tym tych nieznanych potencjalnych partnerek jest na tyle dużo, że jeśli pan zdecyduje się poprosić (część panów w ogóle przyjeżdża po to, żeby zaznać nowych abrazos), wybiera według swoich przeróżnych kryteriów – i też wolno mu je mieć.

Różne miejsca i sytuacje.

Warszawa i Kraków mają opinię miast, w których miejscowi panowie nie proszą. W Warszawie gospodarz jednej milongi słabo dba o gości (i pandemia niewiele go nauczyła, dlatego dobrze tańczący bywają tam rzadko), drugiej – ma swój dwór i swoich gości, reszta gdzieś tam się plącze przy okazji. Więc na obecnych warszawskich milongach jest różnie. Kraków – raz tylko byłam na bardzo kameralnej milondze (plus jeden maraton i jeden festiwal), która była bardziej towarzyską posiadówą niż tanecznym spotkaniem. Ja byłam zadowolona ze wszystkich krakowskich imprez, ale koleżanki narzekają.

Gospodarze milong to osobny temat (będzie opisany w książce). Każde wydarzenie ma swoją energetykę. Warszawa i Kraków „cieszą się” opinią miast, gdzie na milongach obce panie nie potańczą. Kraków teraz szykuje duży weekend. Krakusy w Warszawie ze mną nie tańczą. Wolno im. I mnie wolno do nich nie jechać.

Nie ma musu!

Warto to zrozumieć. Jeśli idziesz na milongę/jedziesz na event z nastawieniem, że „zapłacone, się należy” (cytat z polskiego filmu) – to najczęściej będziesz rozczarowana. Ci z dłuższym tangowym stażem przychodzą NIE po to, żeby hurtowo tańczyć, a po to, żeby się spotkać z lubianymi ludźmi. Stąd posądzenie o kliki i koterie. Kiedyś tego też nie rozumiałam, bo nie rozumiałam, na czym polega socjalność tanga. Tak naprawdę NIE polega na tym, że „każdy z każdym”, tylko na tym, że jest społeczność, są pewne zasady i wolność wyboru, kiedy i z kim. Nie mogę mieć tysiąca osób blisko, to nierealne. Dlatego pozwalam też innym nie mieć mnie blisko siebie.

Im dłużej jest się w tangu, tym więcej osób się zna, więc ta strefa socjalna siłą rzeczy poszerza się. Ale fajne relacje buduje się czas jakiś i ostateczny kształt nadają im obie strony. Tak jest w życiu i w tangu. Z kimś może mi być po drodze, a z kimś nie. Albo może przestać być. A potem zacząć. Ot, dynamika. Jak w życiu, tak w tangu.

Dlaczego nie proszą?

Najczęstszy powód: bo nie chcą. Po prostu. Ale już to „niechcenie” ma kolejne powody. Niektóre leżą w Tobie, część nie ma z Tobą nic wspólnego.

Myślisz, że umiesz.

Ocho, giro i krok do boku – to są trzy elementy (według mojego nauczyciela, do którego mam zaufanie), po których widać, czy tanguera „umi”. Jedna ze sfrustrowanych Niemek (że Polacy jej nie prosili) napisała, że nie prosili świetnych tanguer, bo są 60+ (czy nawet 65+), a ona tańczy od 35 lat.

Otóż można dreptać po parkiecie od czasów Złotej Ery i robić to słabo. Estetyka tanga się zmienia. Posiadanie przekonania o byciu świetną tanguerą najczęściej nie ma pokrycia w rzeczywistości (u panów wysokie poczucie samoz…ści też rzadko idzie w parze ze stanem faktycznym). Te naprawdę świetne tanguery ciągle coś w swoim tangu poprawiają. Te przekonane o swojej świetności dorabiają teorie do wszystkiego. Także do tego, czemu nie tańczą. Bo wiek. Bo brak mini (w dojrzałym wieku brak mini jest absolutną zaletą).

Jeśli świetnie tańczysz, masz lat 70 i znajomych – potańczysz. Także z nowymi, kiedy spodoba im się to, co zobaczą na parkiecie.

Wierzgasz.

Aktywne tańczenie a swobodne hasanie to dwie różne rzeczy. Ponieważ mam (skromny, ale jest) warsztat jako prowadząca, uważam, że mogę się w tej kwestii wypowiedzieć. Otóż przy kontroli przez osobę prowadzącą przestrzeni, wierzganie i hasanie jest nieznośne. Ja jako mało doświadczona w prowadzeniu, niestety strofuję („Nie wierzgaj!”). I zwykle dziewczyny próbują coś z tym zrobić, na miarę swoich możliwości. Doceniam. Ostatnio mi się trafiła dyskutantka… Że są panowie, co lubią… Tak, ją jako osobę, więc czasem zatańczą.

Jako człowieka nadal ją lubię (naprawdę). Jednak brak tangowej pokory mnie zirytował. A szkoda, bo abrazo ma bardzo przyjemne (szkoda, że poddałam się irytacji, bo po co; i że brak pokory też szkoda, bo bez pokory nie ma rozwoju).

Najgorszy nieogar własnego ciała, z jakim miałam do czynienia, należał do pewnej specjalistki od jogi. O mamusiu… Galareta mało zsiądnięta, bez własnych granic… Miałam wrażenie, że muszę pilnować, żeby się nie rozlała… Stop! Nie o tym wpis. Więcej będzie w książce.

Ostatnie zdanie w tym temacie: brak świadomości followerki, co czyni jej ciało, jest dużym dyskomfortem dla osoby prowadzącej.

Jesteś jak szafa gdańska.

Trudno Cię ruszyć z miejsca. Co ciekawe, nie jest to wcale zależne od masy ciała. Lider prowadzi, podążająca podąża, ale nie może być tak, że jest jak senna ryba w butach z betonu. Potrzeba siły, by ruszyć. A tango nie polega na sile, tylko na precyzji. I to NIE PRAWDA, że dobry partner tak poprowadzi, że wszystko się zatańczy. Dobry partner przestanie się siłować i pozostanie przy tym, co gdańska szafa w miarę da z siebie wykrzesać. Przerywanie niedobrej tandy (przez kobietę i mężczyznę) lub jej nie przerywanie z różnych względów także opiszę w książce.

Wieszasz się.

Po tandzie z Tobą boli go kręgosłup, kolana, dusza… Znam przypadek, gdzie chłop 120 kg został uszkodzony przez kobitkę niespełna 60 kg. Obydwoje nie umieli, ale to inna sprawa.

Nie lubi Cię.

Ta kategoria odnosi się do lokalnych milong. Mnie w warszawskim środowisku wielu nie lubi. Wolno im. Paradoks: ja niektórych lubię, tylko nie zgadzam się na pewnego typu zachowania. Nie ze wszystkimi, których lubię, chcę tańczyć. Dlatego nie mam problemu z tym, że ktoś może nie chcieć tańczyć ze mną.

Za agresywne perfumy.

Dziewczyny! Nawet nie wiecie, jak często faceci obwąchują nas potajemnie, zanim zatańczą! Lepiej mniej się napsikać niż przedobrzyć. Jeżeli ciągle używasz tych samych perfum, tracisz na nie wrażliwość węchową i możesz przesadzić. Rodzaj zapachu to też indywidualna sprawa.

Nie ta stylizacja.

Starsze, przyszarzałe panie narzekają, że są przezroczyste. Ale są starsze panie noszące się elegancko i z klasą. Znacząca część panów lubi odkryte plecy i mocny negliż niezwiędniętego ciała. Ale są też tacy, którzy nie chcą dotykać mokrej gołej skóry obcej kobiety albo czuć jej sutków. I wcale nie ma tych panów tak mało. Więc on może nie tańczyć, bo nie jesteś młoda, chuda i goła, ale może też nie chcieć tańczyć, bo jesteś zbyt goła – nawet jeśli jesteś młoda i smukła.

Tak mi się skojarzyło, że sutki bez stanika to jak penis w zwodzie… Wszystko schowane, chociaż czuć i często widać.

Czasami masz jakiś element garderoby, który go odstrasza. Albo styl, który nie dodaje Ci szyku. Panowie zwracają uwagę na dwa rodzaje naszej odzieży: na ten, który im się podoba i na ten, który im się nie podoba. Znam tylko jednego mężczyznę, który w szczegółach zwraca uwagę, jakie dziewczyny mają sukienki. A kreacje innych pań omawiają panie. Przebieramy się dla siebie, nie dla nich. Wiem, bo sprawdziłam i w relacji z Gryfa opisałam.

Płeć męska to wzrokowcy (żeńska zresztą też! Wolimy pachnącego boga tanga elegancko ubranego niż nieświeżego pana Henia w wiszących portkach, który na parkiecie nas przestawia i poucza). Mój Osobisty Nadworny Konsultant do spraw Wszelakich mówi, że wybiera te z nas, które przyciągną jego wzrok czymś, co w kobietach lubi i co mu się podoba. Co to jest? To jego tajemnica.

Kładziesz rękę nie w tym miejscu.

Na przykład na karku. Nie każdy mężczyzna chce być tak dotykany przez obcą kobietę. W tangu istnieją granice, o których napiszę osobno (w książce heh). Oczywiście: każdy ma je indywidualnie ustawione, ale pewne ogólne – jeśli chce się zdrowo funkcjonować – warto zachować. Pewne gesty warto zarezerwować dla bliższych relacji niż tylko te parkietowe.

Położenie dłoni na karku obcego mężczyzny przez wielu panów (i ich życiowe partnerki) jest odbierane jako przekroczenie granicy, więc jeśli masz taki zwyczaj, to wiedz: ten, który tego nie lubi, a zauważy, że robisz to każdemu – będzie Cię unikał niezależnie od twojego tangowego warsztatu. A ten, co lubi, przybiegnie.

Tańczysz za mało sensualnie.

A on tego szuka. I nie chodzi o prowokacje seksualne, tylko o kontakt, flow, muzykalność i dialog na ten sam temat. Często w tangu widać dwa monologi… Zatem jeżeli on widzi, że trzeba Cię przestawiać, albo kolega mu o tym powie lub się raz natnie – nie będzie tańczył. Na maratonach widzę, że kiedy fajnie mi się zatańczy z Włochem czy Hiszpanem, kolejni potrafią mnie znaleźć. Nie są telepatami, w tłumie często trudno odnaleźć ulubioną partnerkę, a co dopiero wyłowić obcą. Jednak to się dzieje. Po prostu panowie wymieniają się uwagami. Tak jak my hehe.

Tańczysz zbyt seksualnie.

A on ma partnerkę życiową i nie szuka przygód. Więc kiedy jeździsz po nim biustem bez stanika w momentach, w których wcale nie ma rolla, albo kładziesz rękę nie w tym miejscu – u amatora tangowego ocieractwa znajdziesz aprobatę. U tych, co nie tego chcą, nie. Na dodatek jeśli nie podobasz mu się fizycznie, na pewno drugi raz nie przyjdzie.

Wzrost.

Są partnerzy, którzy umieją z każdą. Są też tacy, którzy nie lubią za niskich/za wysokich. Po prostu. I tu akurat nie chodzi o Ciebie, a o niego. Ma prawo lubić lub nie, chcieć lub nie.

Woli młode, chude i gołe.

I wolno mu. Jeśli jest to jego kryterium – tak ma, po to przychodzi, to dostaje. I ma do tego prawo. Ale są tacy, którzy z gołą nie zatańczą (z tą bez stanika też nie), a takiej ocierającej się drugi raz nie poproszą, bo nie tego w tangu szukają. Lecz są tacy, którzy wypatrują gołych i bez stanika. I wolno im! Bo dostają przyzwolenie. A reszta – cóż… To inny temat.

Snob.

W jednym miejscu z tobą tańczy, w innym nie, bo uważa, że nie wypada i poluje na lepsze – według jego kryteriów. Więc masz wybór: tańczyć z nim w tym jednym miejscu? Czy wysłać do diabła? Albo tańczy z Tobą, kiedy nie ma tych ulubionych, a jak są, to już nie. Tak ma, a Ty znowu: masz wybór: tańczyć z nim, kiedy on chce, czy odesłać z kwitkiem.

Tak, wiem, że są panie, które chcą tańczyć z kimkolwiek. No to mają kogokolwiek albo nikogo.

Zmęczony.

Po prostu. Przyszedł, bo nie chciał siedzieć na kanapie samotnie lub z żoną. Nie chce mu się. Ale patrzy. Wiele pań dziwi się, że panowie są, ale nie proszą, to po co przyszli? Po różne rzeczy, ale nie po Ciebie. Wolno im i to zaakceptuj.

Nie ta muzyka.

Tak w ogóle – więc nie tańczy. Albo Ty mu do tej muzy nie pasujesz. Bo np. lubi z tobą milongi, ale kiedy je grają, jesteś już zajęta. A tango woli z kimś innym. Czasem TDJ tak gra, że woli udać się do baru.

Nie ten parkiet.

To akurat bardziej czują pivotujące się dziewczyny, ale dla niektórych leaderów ma to znaczenie. Ja uważam, że dobry prowadzący dostosowuje swoje propozycje do tego, co followerka może zrobić bez stresu, zarówno jeśli chodzi o jej poziom, jak i parkiet. I jeśli jest popołudniówka nad basenem, gdzie podłoże jest antypoślizgowe, to partner NIE prowadzi pivotów! A jeśli prowadzi, to nie rób, dziewczyno, bo będziesz miała zmasakrowane kolana i stopy.

Nie ma nastroju.

Na taniec. Ale chce być wśród ludzi, w muzyce, chce być ot tak. Może pogadać, a może tylko posłuchać i popatrzeć. Albo napić się. Bywa.

Nie zauważył Cię.

Lubi z Tobą tańczyć. Na większości imprez tańczycie. Ale… jesteś w innym końcu sali, na parkiecie tłok… Ty go dostrzegłaś, ale on Ciebie nie! Na dużych imprezach naprawdę łatwo jest kogoś przeoczyć. Chyba że się umówicie, Ty chcesz go znaleźć albo on Ciebie.

Jest zajęty w towarzystwie, które lubi.

Więc nie widzi twojego cabeceo i nie zastanawia się, czy mu odpowiadasz. Jeśli Cię nie zna, aspekt wzrokowy ma znaczenie (nie u wszystkich, ale u większości). Czasem niedowidzi z odległości większej niż 5 metrów. Dlatego czasami, jeśli mam wenę i chcę zatańczyć z konkretnym upatrzonym, staram się znaleźć w jego polu widzenia. Po prostu. I to jest ta klika i koteria: towarzystwo wzajemnej adoracji. Siedzą razem, tańczą ze sobą, nie są otwarci… Jeśli jest to kilka osób – no to jest kilka osób. Jeśli cała milonga jest koterią – rzeczywiście nie potańczysz. Ja też nie.

Co można zrobić?

Jeśli masz upatrzonego partnera i się znacie – idź się przywitać. Jeżeli lubi z Tobą tańczyć, to zwykle wystarcza. Jeżeli nie wystarcza, to znaczy, że… Są różne opcje. Idź się przywitać, ale jeśli on nie rwie Cię na parkiet, daj spokój i odejdź z godnością. Nie, to nie.

Było tak fajnie, że boi się „skwaszenia”.

Ojjj… Niektórzy panowie mają ego napompowane, ale niektórzy mają delikatne. I to delikatne nie chce pozwolić, by pan wypadł gorzej niż poprzednio. Serio. Dlatego czasem rezygnuje. Nie poprosi, zwłaszcza na tej samej imprezie. Woli hodować pamięć o tej jedynej wyjątkowej tandzie…

I to nie jest ściema.

Było za fajnie.

Spotkałam się z taką sytuacją: „Było mi z tobą za dobrze. Boję się, że popłynę…”. Można by rzec: bajerant. Pewnie tacy też są. Ale rozmawiałam kiedyś z moim Czytelnikiem, który nie mieszka w Polsce, i on powiedział: „Nie wyjeżdżam na tangowe wyjazdy, tańczę zachowawczo z nieatrakcyjnymi kobietami, bo mam żonę i dzieci, a znam siebie i boję się, że mógłbym odlecieć. Dlatego tango tak, ale pod kontrolą”.

Niektórzy szukają zatracenia w braku kontroli i jeśli przenoszą to poza parkiet, to… inna historia, będzie w książce. Jak mówi nasza warszawska MM: „W tandę się wchodzi i się z niej wychodzi”. Kobiety pod tym względem szybciej się zatracają i potem cierpią, ale o tym napiszę w książce pt. „Tangowe obyczaje”, o której nie raz tu wspominam.

Nie jesteś partnerką pierwszego wyboru.

Są kobiety bez rankingów, tańczące ze wszystkimi, jak popadnie. Jednak większość doświadczonych tanguer ma tancerzy pierwszego wyboru, drugiego, na rozgrzewkę, na tandę charytatywną… I oni też tak mają. Jeżeli się to w tangu zaakceptuje, nie ma rozczarowań. Bo zmienić się tego nie da.

Zatańczył jednego wieczoru, drugiego nie.

A musiał? Oczekiwanie tego jest dziecinne. Było fajnie, ale może na drugi wieczór ma inny pomysł. Ty znajdź swój.

Nie zna Cię.

Jako (trochę) prowadząca powiem: boję się ryzyka tandy z dziewczyną, której nie znam. Z powodów cielesnych: jeśli będzie mi z nią źle, moja dusza będzie cierpieć. Bywa, że pan jest nieśmiały i dopóki z Tobą nie pogada, choćby chwilę, nie zatańczy. Spotkałam się z tym nie raz. Sytuacja niedawna: pan się dziwi, że do tej pory nie tańczyliśmy. Mówię mu, że starannie omijał mnie wzrokiem. A on na to, że się bał… I nie był to początkujący, a świetnie tańczący.

Nie było Cię w okolicy.

Wielu panów prosi tę, która stoi/siedzi blisko, którą ma pod ręką. Dlatego jeśli mi zależy na zatańczeniu z kimś, staram się znaleźć w jego polu widzenia. Na dużych imprezach wymaga to więcej wysiłku. Stąd kłęby pań w drzwiach i wszędzie tam, którędy prowadzi męski szlak. Ja w tych kłębach rzadko się kłębię, bo najczęściej mi się nie chce, ale jest to jakiś sposób.

Tańczył i przestał.

Kilka milong/eventów z rzędu. I nagle nic… To także opiszę w książce.

Balans.

NIE załatwia wszystkiego. Powoduje, że sala lepiej wygląda. Ale jeśli leader oceni, że z siedzących pań żadna mu nie odpowiada (do tej muzyki, wzrostem, tak w ogóle itd.) – wychodzi z sali. Dlatego czasem odnosi się złudne wrażenie, że jest więcej kobiet. A chodzi o to, że nietańczące siedzą, a panowie są bardziej mobilni.

Nie proszą Cię?

Zechcesz, to po przeczytaniu wyciągniesz wnioski. Co możesz zrobić, żeby zaczęli Cię chętniej prosić? Ja bym zaczęła od prywatnych lekcji u DOBREGO nauczyciela. Zwłaszcza, jeżeli masz przekonanie, że świetnie tańczysz.

Bez techniki, ale z wyglądem cieszącym się powodzeniem u panów – dziewczyny tańczą i nie ma co ściemniać, że jest inaczej. Z techniką bez wyglądu dasz radę. Dłużej to potrwa, ale powoli rozszerzysz grono tych, którzy będą lubili z Tobą tango.

I technika, i wygląd to coś, co można poprawić. „Chcę, żeby tańczyli ze mną dla mnie, a nie dla mojego wyglądu” – czasem słyszę. Jeśli umiesz sobie zbudować takie grono, to ok. Jeśli nie, łatwo nie będzie.

Na zakończenie.

Znam kobiety, które wdzięczą się do mężczyzn i na niektórych to działa, innych zraża. Znam takie, które panów nadmiernie komplementują i jedni puchną z dumy, drudzy są zażenowani ich zachowaniem. Niektóre starają się zaistnieć na różne sposoby – czasem działa. Ja wiem jedno: te kobiety, które chcą tańczyć, robią to. Ich skuteczność polega NIE na oczekiwaniach wobec panów, że będą prosili, a na dobranej strategii możliwej przez nie do zrealizowania. Będzie o tym więcej w książce.

Mistrzowska awantura

Zaczęło się wczoraj. Dzisiaj mój messenger rozgrzał się do czerwoności. „Słyszałaś? Widziałaś, kto daje pokaz?!”; „Co to za promocja tanga, jak pokaz dają amatorzy?!”; a także – i to mnie rozwaliło: „No weź coś z tym zrób!”. A co ja, cudotwórczyni? Nie mój cyrk, nie moje małpy.

O co chodzi?

O to, że na pewnej imprezie pokaz tanga mają dawać tancerze opisani przez organizatorów jako mistrzowie, a w oczach sporej części tangowej braci nie są nawet zawodowcami. Oczywiście nikt nie ma prawa ingerować w to, kto kogo sobie do czego zaprasza , ale to chyba dobra okazja, żeby zwrócić uwagę na kilka rzeczy.

Są imprezy różnego typu.

Dokładnie opiszę je w „Tangowych obyczajach”. Tu chcę pokazać specyfikę jednej, czyli organizowanej za środki publiczne, w prestiżowym miejscu. Tak, to ważne. Lokalne centrum kultury będzie miało mniejszy rozmach niż impreza na głównym placu w mieście albo w znaczącym, charakterystycznym obiekcie. Chociaż Centrum Kultury Wilanów jest lokalne, a razem zrobiliśmy wiele tłumnych milong i jeden mega tłumny koncert (halo Wilanów! Tęsknimy!).

Impreza pokazująca tango.

Może to być koncert, wtedy wszystko jedno, kto zatańczy. Naprawdę. Nawet amatorzy. Ludzie, którzy się nie znają, i tak będą zachwyceni. A ci, co się znają, będą mieli temat do poplotkowania 😆 Na koncercie ma znaczenie akustyka i kto gra (byłam na tangowym koncercie, gdzie skrzypek robił show, i na takim, gdzie skrzypaczka robiła atmosferę pogrzebową).

Co innego, jeśli przewidziana jest także milonga.

Zaczynający przygodę z tangiem nie rozumieją, dlaczego na imprezie, gdzie wstęp jest wolny i często są przyjemne okoliczności towarzyszące, rzadko, a najczęściej wcale, nie ma dobrych tancerzy. W Wilanowie byli. Jak myślisz, dlaczego? Dlatego, że mnie lubią? Część oczywiście tak. Część mnie mało zna, ale ceni za to, co piszę, za rzetelność. Tak, tak właśnie. Nie ściemniam, nie kłamię, nie manipuluję, nie zastraszam moich krytykantów – i to się przekłada na wyrobioną markę. Oczywiście moja opinia jest subiektywna, przefiltrowana przeze mnie, ale biorę pod uwagę także to, co wychodzi poza mój punkt widzenia. Nie każdy dobrze znosi moje upodobanie do neologizmów i kolokwializmów (no lubię, no…) oraz skłonność do ironii. Ale i tak mnie czyta, chociaż nie zmuszam :mrgreen: I krytykuje, tylko rzadko ad rem, najczęściej ad personam. Z anonimami nie dyskutuję i usuwam, pod nazwiskiem nie mają odwagi… Czasem na priv, wtedy rozmawiamy.

Druga strona medalu jest taka, że często jestem proszona o wyrażenie opinii, a jak mówię: „sam/a powiedz!” – to nie, w życiu, żeby nikomu nie podpaść… I rozumiem to. Nie każdy ma siłę na temperowanie wariackich zapędów oskarżycielskich o wyimaginowany hejt. Ja jednak, skoro piszę i jestem czytana, czuję na sobie pewną odpowiedzialność społeczną za uświadamianie. A co z tym kto zrobi – to już jego cyrk.

Czemu do Wilanowa przyjeżdżają dobrzy tancerze?

Oczywiście ma znaczenie podłoże i Tango DJ (nie każdy puszczający tangową muzykę umie to robić, ale o tym innym razem). W Wilanowie parkiet jest boski, a DJ-ów zapraszam takich, którzy są lubiani i mają swoich tangowych fanów. I ogromne znaczenie ma to, kto tańczy pokaz. Oczywiście zdarzyło się, że gościłam parę z mniejszym zapleczem podążających za nią tangueros – wtedy DJ musiał być ubóstwiany. Ale zawodowa para pokazowa to baza. To ona ma renomę, szkołę, wykształconych uczniów, na których miło popatrzeć na parkiecie. To na pokaz pary przyjdą jej fani. To dzięki zawodowej parze parkiet podczas milongi nie wygląda jak five w Ciechocinku, bo to dla dobrej pary przychodzą jej dobrzy uczniowie i potem tańczą na milondze.

NIE KAŻDY, KTO BIERZE SIĘ ZA UCZENIE, JEST ZAWODOWCEM!!!

Ostatnio – nie wiem: po kwarantannie?! – w Warszawie mamy wysyp „nauczycielskich” kaleczniaków. O tym jednak, ku przestrodze zwłaszcza pań! – na końcu.

Wracając do publicznej imprezy za publiczne pieniądze i wstęp free – to para zawodowa robi całą robotę i nie mam wątpliwości co do tego, że także w celu promowania tanga. Nie sądzę, aby takie występy przekładały się na pozyskanie uczniów, bo wiadomo, że przychodzą na nie ludzie dla rozrywki, żeby popatrzeć, a nie zacząć się uczyć. Ale to jest właśnie moment, gdzie można albo tango promować – poprzez pokaz zawodowców i ogarniętych tancerzy w czasie milongi, albo bezcześcić – pokazując milongę jako spotkanie osób człapiących nie zawsze do muzyki.

Informacja nie może wprowadzać w błąd.

Nie można ot tak sobie jakiejkolwiek pary nazwać mistrzowską. To nadużycie i fałsz. Tak jak nie można amatorów nazywać zawodowcami. Tango argentyńskie ma tę zaletę, że nie ma standaryzacji. I tę wadę, że jej nie ma. Ale pewna przyzwoitość obowiązuje, zwłaszcza jeśli informacja jest kierowana do środowiska tangueros. Części oczywiście wszystko jedno, ale skoro mój messenger się rozgrzał, to znaczy, że jednak niezupełnie.

Amatorzy mogą dawać pokazy!

Ja też dwa razy to uczyniłam: raz na jakiejś pogadance o miłości dla nietangowców, a raz na mojej „SyMfonii Serc”, kiedy partnerka tancerza zachorowała. Czasem trzeba ugasić pożar. Ale nie wolno kłamać. Pokaz może zatańczyć para tancerzy tanga argentyńskiego, niekoniecznie mistrzowska i profesjonalna. Bo te określenia zobowiązują. Amator na imprezie za free tego nie wyłapie, ale jeszcze raz podkreślę: chodzi o to, co później, podczas milongi, widać na parkiecie. I jeśli mamy promować tango, warto o to dbać. Organizatorzy nietangowi się nie znają, i to jest pewna bolączka, bo zapraszają niby profesjonalistów. Zapędy do udzielania lekcji i organizowanie milong nie czyni z nikogo profesjonalnego mistrza tanga.

Co to znaczy: profesjonalista?

To ktoś, kto włożył w swój rozwój tangowy kupę czasu i szmalu. To ktoś, kto nadal się rozwija, jako tancerz i nauczyciel (chociaż są też tacy, którzy przestali się rozwijać). To ktoś, kto nauczył się uczyć tanga argentyńskiego! Nie mazura, chachy czy poloneza. Właśnie tanga argentyńskiego. Papiery zawodowe nauczyciela tańca towarzyskiego nie czynią z niego osoby kompetentnej do nauczania tanga argentyńskiego. Jak słucham historii o tym, że pan zawodowy instruktor towarzyski każe robić dziewczynie boleo mówiąc: „A teraz machaj tą nogą! No machaj!”… Albo jak „nauczyciel” tanga argentyńskiego mówi, że na milongi nie warto chodzić… Oczywiście wielu nauczycieli tanga argentyńskiego ma przeszłość towarzyską i w tangu im to nie przeszkadza, ale ja mówię o tych, którzy zawodowymi nauczycielami tanga argentyńskiego nie są, bo nie mają kompetencji do nauczania tanga argentyńskiego.

Mniejsze społeczności.

Tak, wiem: Warszawa to Warszawa, a Kielce, Radom czy Rzeszów to… Kielce, Radom i Rzeszów. W takich miastach jest trochę inna rzeczywistość. Zaczynać można jakkolwiek, ale jeśli tango chwyci… Popchnie dalej i albo zaczną być zapraszani nauczyciele, albo jednak uczniowie zaczną warsztatowo jeździć. Ale Warszawa to Warszawa! I jak na imprezie w prestiżowym miejscu mają tańczyć amatorzy, nie wciskajmy ludziom, że będą tańczyli mistrzowie!

Masz uprawnienia do uczenia seniorów, nie molestuj tangowo młodych!

A przodują w tym panowie na emeryturze (postanowiłam nikogo nie nazywać starym dziadem, chociaż korci…). Wciskanie wizytówek dziewczynom (tak, robią to mężczyźni, nie znam przypadku, by działała tak kobieta) – mnie osobiście mierzi i daję temu głośny sprzeciw, kiedy pseudonauczyciele szukają ofiar. Ostatnio na salonach Warszawy grasuje taki, co to wygląda jak połamaniec, tańczy z łokciem w poprzek (i w poprzek parkietu też), a wmawia dziewczynom, że on je ustawi, bo chodzi na milongi… I żeby nie chodziły do nauczycieli, tylko do niego. TO OSZUSTWO! Zwyczajne wyłudzanie kasy. Aha, opłatę może przyjąć w dowolnej formie…

Dziewczyny! Szanujcie się!

Jak same tego nie zrobicie, nikt za Was tego nie zrobi. Pytajcie, rozmawiajcie, mówcie o takich typach! Chciałabym napisać: dawajcie po pysku… Ale obiecałam sobie być bardziej werbalnie elegancka 😎 Znam jeden przypadek, kiedy chłopak wyłudzający za praktykę 50 zł lub wino stał się całkiem dobrym nauczycielem, ale to dlatego, że trafił na odpowiednią kobietę. Reszta to barbeluchy! Jasne: jak jesteś starszą panią niezbyt sprawną fizycznie, to nauczyciel wymiatacz Ci niepotrzebny. Bierz tego od seniorów. Ale jak jesteś sprawna i chcesz się nauczyć, nie dawaj się łowić w sidła kłusownika! Że taniej? Tanie mięso jedzą psy. I to nie zawsze, bo mój nie. Oczywiście nie chodzi o przepłacanie, ale naprawdę dobrzy nauczyciele mają całkiem przystępne stawki i jakość jest nieporównywalna.

Rekomendacje

Pytacie mnie często o polecenie nauczycieli. U kogo zacząć. U kogo to czy tamto. Wczoraj rozmawiałam z krakowskim kolegą o „Polskim Związku Tanga”, przyznającym rekomendacje. Jest (chyba?) Akademia Tanga Argentyńskiego, która miała ambicje być organizacją zrzeszającą i polecającą, ale jak kilka lat temu napisałam, że jest trupem, to nie przyjęła mnie w swe szeregi, a ja formalnej organizacji zakładać nie zamierzam. Za to mogę zrobić rekomendacje Tango Te Amo. Ktoś mi zabroni?

 

Tangowe obyczaje: wstęp.

Niby wszystko o tangowych obyczajach jest w internecie.

Każda kwestia była poruszana wiele razy, obgadana na milion sposobów. Szkoły tanga i blogi mają na swych stronach zasady tangowego savoir vivre, było mnóstwo wpisów i odezw o higienie i strojach, co i rusz wybuchają dyskusje odnośnie wyższości swobodnego hasania w poprzek parkietu versus sztywna etykieta (lub na odwrót)… Niestety nadal powszechnie nie odróżnia się nuevo od neo (w ruchu i muzyce), cabeceo od mirady (o zgrozo! Nawet tangowcy z dużym stażem potrafią z uporem maniaka pisać cabAceo) i nadal cała rzesza tangowej braci nie rozumie, dlaczego na tradycyjnych milongach tańczenie po rondzie ma sens i energię, a ciupcianie w miejscu nie jest przyjemne.

Z Tadeuszem Karbowskim (niestety nieżyjący już, bardzo sympatyczny, pogodny i kulturalny tanguero). 

Propagując tango, mówi się o jego blaskach.

Często pokazując taniec i kulturę zbyt cukierkowo. Namawia się: chodźcie! Będzie fajnie! I pewnie będzie. Ale niekoniecznie.
Oczywiście nie chodzi o to, by ludzi straszyć. Raczej przygotować na to, że nie zawsze i wszędzie czeka na nich cała masa nowych „friendów”, gotowych ich zabawiać, a nawet tangowo niańczyć. Że w tangu jak w życiu: jest wszystko, czyli ludzie na poziomie i chamstwo, dobroć i kurewstwo, super koleżanki i złodziejki cabeceo, świetni partnerzy i łachmyty wypisujące messengerem to samo do pięciu dziewczyn w jednym czasie, oddani nauczyciele i partacze, świetni gospodarze milong i gbury liczące tylko na zyski, głębokie przyjaźnie, nawet miłości, ale też zdrady i powierzchowne relacje bez żadnego zaangażowania. Pomocni ludzie i wyłudzacze kasy, zwłaszcza od kobiet.

„Batida del Tango” – pierwsza regularna milonga, którą organizowałam. To był piękny czas…

Ludzie przychodzą uczyć się tanga z różnych powodów.

Niekoniecznie tanecznych. I mają przeróżne oczekiwania. Albo – rzadziej – myślą, że tango to nic takiego… Nie wiedzą, że jeśli są wybrańcami tanga, to już nic nie będzie takie samo. Jeśli tango zostanie tylko na poziomie incydentalnej rozrywki, czy nawet hobby, to nic wielkiego się nie stanie. Ale jeśli wskoczy na poziom pasji, to otoczenie i rodzina ma przerąbane… Z hobby możesz zrezygnować. Pasja nie puszcza, choćby nie wiem co. A tango jako pasja jest zaborcze. Oprócz tanga można mieć inną pasję tylko wtedy, kiedy tango nie wyszło poza poziom hobby. Jeśli wyszło, wszystko dostosowuje się do zmienionego na zawsze stylu życia. Większość ludzi nie wkracza na poziom pasji – całe ich szczęście. Na pewno ich życie jest spokojniejsze, mniej konfliktowe z otoczeniem, nie obarczone zwątpieniami (jestem beznadziejna, nic nie umiem).

Dużo osób traktuje tango jako narzędzie socjalnego bytowania.

Liczy się dla nich kontakt z ludźmi, towarzystwo, a samo tańczenie jest gdzieś tam na końcu kolejki. Tak tango traktują Argentyńczycy: jako fiestę, spotkanie z przyjaciółmi, okazję do napicia się wina i pogadania przede wszystkim. Drugi biegun: tańczyć za wszelką cenę, nikomu nie darować! Co ciekawe: za nauczanie początkujących zabierają się głównie panowie nie mający do tego żadnych kompetencji, za to w tańczeniu na akord przodują panie.
O tangowych zaćmieniach, ściemniaczach, pułapkach, rozczarowaniach mówi się rzadko i jedynie w kuluarach. Aferki, wojenki, złamane serca – to także tango.

 

Bo tango jest wszystkim i niczym.

To, co się o nim mówi, może być prawdą lub fałszem.
Ta książka powstaje na Waszą prośbę. Nie będzie to poradnik, a zbiór moich jedenastoletnich obserwacji tego środowiska oraz doświadczeń tangowych, w kraju i za granicą, ostatnio także jako prowadząca.
26.01.2015 Jakub Milonga napisał tekst na fejsie o wybranym aspekcie tangowych obyczajów i zakończył go tak:
Jeżeli macie inny pogląd na sprawy, o których tu napisałem, jeżeli chcielibyście coś skomentować lub rozwinąć jakiś wątek, wzbogacić ten tekst, to podzielcie się tym tu lub w osobnym tekście”.
Jakubie, mój pierwszy nauczycielu: mówisz – masz!

Kobieta prowadząca – liderowanie z damskiej perspektywy

Coraz więcej kobiet uczy się prowadzić. Czy są konkurencją dla panów?

NIGDY nie chciałam prowadzić. Ja?! W życiu! W tangu chcę być z mężczyzną! Tańczę dla tych chwil, kiedy ja, partner, muzyka, parkiet i Kosmos to jedność. Męskie objęcie… Mikroruchy niewidoczne dla najbardziej wnikliwego obserwatora… Miękkość i twardość… Uniesienie w uziemieniu… Flow… To może dać mi tylko mężczyzna!

Zaczęło się od Eli Pe.

Ja i Ela. To tu miał miejsce prapoczątek mojego liderowania.

A właściwie to ode mnie, a raczej od mojej upierdliwości. Szczegóły opisałam, więc nie będę się powtarzać (TU). Ale co to się wyprawia od tamtej pory…

O matko jedyna moja i czyjaś…

O tatusiu mój i innych sierot…

O święci, grzesznicy, tacy i siacy…

JA MAM PROWADZIĆ?!

W życiu! Po co? Nie chcę. Nie potrzebuję. Nie po to jestem w tangu!

Na letnim Beskid Tango Marathon 2019 stawiałam pierwsze większe publiczne kroki jako prowadząca.

Ela: „Prowadź!”.

Ożeszku… Narany… Nożebycie…

Dobra! Nie umiem, więc nic z tego nie wyjdzie!

Coś tam wyszło. Także to, że w pozycji prowadzącej poczułam coś zupełnie innego niż podążająca… Poczułam, że prowadzenie ma moc. Niezdarnie, koślawo – ale wyszło… że moja zaburzona lateralizacja powoduje kompatybilną pracę innych części ciała niż u innych. Czyli mało Eli nie zabiłam gmatwaniną nóg i dysocjacją na poziomie pchania kalesonów przez głowę. Ale…

W tym momencie zmieniło się moje tangowe życie.

Nie, nie postanowiłam być najlepszą liderką ever. Nie chciałam i nie chcę konkurować z mężczyznami ani nie chcę ich pouczać – nie mam zapędów nauczycielskich (mogę poczynić uwagę, jeśli mnie tangowo krzywdzą, ale nie dlatego, że zaczęłam prowadzić – wcześniej także nie zgadzałam się na kleszczenie, kicanie i próbę zamordowania mnie colgadą grożącą wypadnięciem przez okno).

SyMfonia Serc, coroczne charytatywne Tango-Integracja na rzecz Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego. Tu: w objęciach z Beatą Maią Gellert, moją Arcymistrzynią, którą niezdarnie wtedy poprowadziłam w milondze.

W tangu jest dużo kobiet, mało DOBRZE tańczących mężczyzn.

To jest tangowy fakt. Dużo kobiet nie oznacza dużo dobrze tańczących. Nadal uważam, że 60-70% tangueros obu płci nie wzbije się ponad poziom tangowej gimbazy. Ale! Mimo tego NIE przyszło mi do głowy, aby uczyć się prowadzenia, żeby nie siedzieć na milongach – a wiem, że dla wielu pań to jest główną motywacją. Ja akurat wolę posiedzieć niż się męczyć (a od kiedy próbuję prowadzić, doskonale rozumiem ostrożność panów w stosunku do nieznajomych pań i ich niechęć do tych, z którymi im źle).

Nie mam ciągot do zakładania męskiego stroju.

Prowadzę bez obcasów, ale nie udaję faceta. Nie chcę być postrzegana jako facet! I tu składam hołd moim nauczycielom: Kasi Chmielewskiej i Mateuszowi Kwaterce: na zajęciach (na których jestem w roli prowadzącej) podkreślają: „Panowie i Ania”. Bardzo to doceniam i niniejszym dziękuję! Uczę się prowadzenia jako ZUPEŁNIE nowej umiejętności. Podjęłam to wyzwanie, chociaż często mam dość. Pięknie powiedziała Ela Pe. (Eluś, kocham Cię niezmiennie!):

Nie jestem facetem. Jestem prowadzącą kobietą.

Prowadzenie to zupełnie inna umiejętność niż podążanie.

Nadal mam skromny repertuar (ale coraz lepszej jakości!). Przez bardzo długi czas (oj baaardzo) nie garnęłam się do prowadzenia na milongach. Nadal nie jestem wyrywna! Kiedy trwała moja przygoda z Elą (zapisałyśmy się na kurs milongi do Luizy i Marcelo Almiron, obie w roli prowadzących, wymieniałyśmy się. Los Almis – to także dzięki Wam dziewczyny robią mi desant!), tańczyłyśmy razem milongi. Potem Ela nie mogła chodzić na lekcje, Danusia (moja druga kursowa dziewczyna, w roli tylko podążającej) też miała swoje sprawy… Rozmyło się.

Ale czasem coś tam z dziewczynami tańcnęłam.

Ziarno zostało zasiane. Kiełkowało bardzo powoli i opornie. Aż nadszedł ten czas, że postanowiłam jednak podjąć wyzwanie i nie udawać, tylko nauczyć się prowadzić. Po co..?

Pięćset tysięcy razy myślałam: na ch…usteczkę mi to?!

Nudzi mi się w życiu? Mało mam zajęć? Czegoś mi brakuje? Odpowiedź po trzykroć brzmi: NIE, do jasnej cholery! Więc?! I tu jest pieseł pogrzebany! Otóż trafiłam w odpowiednie miejsce do odpowiednich nauczycieli. Po prostu. Kochają to, co robią (materdeju… Ja bym z taką mną jako prowadzącą nie wytrzymała trzech lekcji). Nie ma ściemy.

Caminito, czyli Kasia Chmielewska i Mateusz Kwaterko.

Caminito. To tam się zadomowiłam i postanowiłam, że się nauczę!

Kurs od podstaw przeszłam trzy razy, a nadal czasem czuję, że moje chodzenie w prowadzeniu jest niepewne. Oczywiście jestem z siebie dumna, bo zaburzona lateralizacja mocno utrudnia moje zmagania. Wniosek mam taki (potwierdzający to, co „się mówi”): chodzenie jest najtrudniejsze. I tu nie ma bata: tylko technika! Bredzenie o tańczeniu sercem zostawmy dla nietańczących amatorów lub zwolenników nazywania tangiem nietanga.

Miewam zwątpienia.

Zwłaszcza jak mi nie wychodzi. Na przykład taki lapis… Umiem bardzo ładnie, ale partnerka mi w jego urodzie przeszkadza i wychodzi nieco koślawo. Ale! Cierpliwość popłaca. Nie przeznaczam wystarczającej ilości czasu na doskonalenie prowadzenia, więc i postępy są wolne, jednak poczułam magię liderowania. Brakuje mi umiejętności, ale mam dobrą energię (nie mylić z rozbrykaniem! Partnerka/partner energetyczny to nie ten/ta, co lata jak na aerobiku, o nie!) i muzykalność – więc idę dalej.

Nie znoszę kicania.

A jako prowadząca kicam, kurde!!! Kasia mnie przywołuje do porządku, Mateusz czasem łypie jak na upośledzoną umysłowo, a ja tego kicania nie czuję… W ogóle mam wrażenie, że świadomość ciała jako podążająca a prowadząca to dwa różne światy. Luiza twierdzi, że nie, ale ona nie ma zaburzonej lateralizacji. Przy prowadzeniu to ma ogromne znaczenie, przy podążaniu – nie.

Luiza i Marcelo Almiron – to do nich poszłam na pierwsze zajęcia jako prowadząca.
Foto: Dominika Kołodziejska, Tango w Królewskim Wilanowie.

Czy prowadzenie jest trudniejsze niż podążanie?

Tak. Ale! Błędem jest twierdzenie, że podążające szybciej się uczą. Niektóre tak, cała rzesza NIE. Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ile niby zaawansowanych dziewczyn nie umie chodzić. Jak bardzo wiele damskich ciał jest nieprzyjemnych w objęciu, bo zamiast osi mają galaretę. Ile dziewczyn wierzga, macha tyłkiem i nogami bynajmniej nie we właściwych momentach. Jak bardzo nie wiedzą, że swawolne brykanie nie ma nic wspólnego z aktywnym tańczeniem. Dlatego rozumiem ostrożność panów w proszeniu nieznanych tangowo pań.

Jedną tandę zawsze można się przemęczyć”.

O nie. W tangu jest dokładnie jak w seksie: może być odrabianie pańszczyzny, a może być finezja, pieprz i odjazd. Powiem więcej: łatwiej o orgazm niż tangazm… Ale to dla takich chwil właśnie tańczę. Nie po to tyle pracy wkładam w moje tango, aby się z kimkolwiek męczyć. Czasem zdarzy się zonk, trudno, ale świadomie unikam, jak mogę (dlatego nie znoszę desantu, dopuszczam jedynie wtedy, kiedy warunki są trudne lub kiedy się znamy). Rozumiem, dlaczego panowie proszą nie od pierwszego, a od drugiego lub nawet trzeciego utworu w tandzie: wtedy, kiedy są niepewni, „jak będzie”, albo kiedy z grzeczności zatańczą, ale nie sprawia im to aż takiej przyjemności. Ja jako prowadząca też często tańczę tylko kawałek tandy (albo nawet każdy utwór w tandzie z inną dziewczyną 😄), a powody są dwa: 1. żeby w razie czego nie męczyć się za długo; 2. ponieważ mój repertuar jeszcze jest skromny, nie chcę sobą znudzić i zmęczyć partnerki (polecam to podejście panom na początku tangowej drogi: proście doświadczone tanguery, ale nie męczcie ich sobą przez całą tandę! Pisze o tym także Iwona Siekierska w „Diabelskim Tangu”).

Prowadzisz, nie będą cię prosić”.

Tangowe łamagi na pewno, bo będą się bały zdemaskowania braku umiejętności. Dobrze tańczącym to nie przeszkadza, że kobieta weszła na ich teren. Wręcz przeciwnie. Początkujące nie zaczynają od prowadzenia. Ja osobiście nie chcę tańczyć z szarpaczami i tangowymi nieudacznikami, a to oni zwykle mają przerośnięte ego albo kompleksy. I niech sobie z nimi zostaną. A ci, którym ze mną dobrze, nie wystraszą się tego, że uczę się prowadzić.

Milongaaa… Beskid Tango Marathon, edycja lato 2019

Prowadzą tylko babochłopy”.

To opinia starszych panów cieszących się życiem, nazywanych przeze mnie dziadami. Czy TU prowadzi babochłop? Nie trzeba szukać zagranicy. Kto widział nasze dziewczyny, Becię i Myszusę, jak tańczą milongę, za taką obrazę walnąłby dziada w pysk. Prawda jest taka, że prowadzenie jest wyzwaniem, które podejmuje coraz więcej dziewczyn wcale NIE z powodu tego, że nie są proszone. Efektem ubocznym oczywiście będzie to, że jak wytrwają, będą z dziewczynami tańczyć i będą w tym lepsze niż dziady. Zwłaszcza że tango damsko-damskie też jednak może mieć flow. Przekonałam się o tym, kiedy któregoś razu muza tak mnie porwała, że ja porwałam Beatkę i było super. Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą przyjemność z prowadzenia.

Piersi.

Kiedyś miałam problem w tańcu z kobietami. No bo jak to tak w bliskim objęciu czuć biust na sobie? Albo mój na niej? W ogóle na początku mojego tanga miałam dużo różnych błędnych przekonań, np. co do wzrostu i masy. Uważałam, ze jak jest za chudy/za gruby/za niski/za wysoki, to jest niewygodny (o tym wspominałam w mojej pierwszej książce pt. „Pasja budzi się nocą”). A to były zwyczajne ograniczenia w mojej głowie! Teraz wiem, ze niewygodnie jest wtedy, kiedy partner/ka się pochyla, kiedy nie ma techniki i kiedy po prostu energetycznie jest z innej bajki. A nie kiedy ma lub nie ma piersi, brzucha czy centymetrów!

Wzrost i waga nie ma nic do rzeczy.

Może poza tym, że człowiek z nadmiarem kilogramów szybciej się męczy, bardziej sapie i dużo mocniej się poci. To, że nie postura ma znaczenie, dotarło do mnie na jednym z festiwali, kiedy bardzo ognistą milongę zatańczyłam z osobą wzrostu najwyżej 155 cm (ja mam 170 + obcasy), wagi może z 50 kg. I była to kobieta!

Zauważyłam, że dużo pań prowadzi w objęciu otwartym.

Pewnie przez wspomniane czucie piersi, które bywa krępujące. Ale nie dla mnie. Ja przestałam na nie zwracać uwagę. Serio. Tango dla mnie ma wtedy sens, kiedy tańczy się blisko (oczywiście zmienne objecie ma swój urok i moc, jeśli umie się je stosować). Zresztą: bliskiego objęcia boi się wiele osób początkujących i wynika to w ogóle z lęku przed fizyczną bliskością. No bo jak to tak, z obcym..?

W tej bliskości jest dla mnie magia tanga.

Jestem introwertyczna (tak, pozory mylą). Nie spoufalam się zbyt szybko i nie mam potrzeby przyjaźnić się z całym światem (czasem go tylko próbuję zbawiać, ale trenuję powstrzymywanie się i coraz lepiej mi to wychodzi). Za to tango znosi wszystkie moje mentalne ograniczenia. Często już po cabeceo wiem, że to będzie TO… Po objęciu… Pierwszym kroku… Mam nadzieję, że jako prowadząca też to będę czuć.

Kłopoty z nawigacją.

Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ilu niby zaawansowanych prowadzących ma kłopoty z nawigacją. A tam: kłopoty. Ni umieją, ot co! Dlatego nie prowadzę na ciasnych milongach, bo mnie wkurzają latający w poprzek jak pijane meteoryty. Jednemu takiemu nie omieszkałam fuknąć na głos: „Gdzie mi tu!”, bo nie dość, że zasuwa z wystawionym łokciem, to rzeźbi w te i wewte w sfatygowaną rozgwiazdę. Ale ronda, jej sens i energia to inny, duży temat. Więc moje próby prowadzenia niestety zdemaskowały w moich oczach wielu tylko niby zaawansowanych. Prawdziwy zaawansowany wie, po co są zasady nawigacji i umie z nich korzystać. I nie ogranicza to czerpania przyjemności z tanga.

Czy prowadzenie rozwija podążanie?

Moim zdaniem to całkiem inna umiejętność. Rozwija o tyle, że pewne ćwiczenia techniczne, jak ocho czy bycie w osi, trenujesz w obydwu rolach. Na pewno dziewczyna, która podąża od wielu lat i uczy się prowadzić, jest cenniejsza dla tej początkującej niż mężczyzna, który niewiele umie. Dlatego podpowiadam paniom: nie szukajcie na siłę partnerów! Rozejrzyjcie się za prowadzącą partnerką.

Koledzy pyta, po co mi TO.

Jest tyle innych aktywności, po co kobieta ma się zabierać za prowadzenie? Ja to traktuję jako profilaktykę antyalzheimerowską, jako nabycie nowej umiejętności, jako wyzwanie rzucone samej sobie (przypomnę: mam zaburzoną lateralizację, nie jestem w stanie nauczyć się prostej choreografii, sekwencja złożona z więcej niż jednego kroku powoduje, że czacha mi dymi jak elektrociepłownia Siekierki w sezonie grzewczym. Jako podążającej mi to nie przeszkadza, ale jako liderka to ja mam ogarnąć, co i jak, więc wyzwanie jest!). Odpowiadam, że dla mnie to trening mózgu, że w tej drugiej roli inaczej współpracuję z moim ciałem. Że będę miała dla panów więcej zmiłowania w sercu… 😄

Władza nad kobietą.

Jedna z koleżanek, która także czasem prowadzi, powiedziała, że to fantastyczne uczucie mieć władzę nad kobietą: robi, co każę. Ja tego tak nie czuję. Dla mnie prowadzenie to odpowiedzialność za komfort partnerki. Myślę o tym, czy jej ze mną nie nudno… czy jest jej wygodnie…

I to jest dla mnie główna różnica w prowadzeniu i podążaniu.

Jako podążająca uczę się po to, żeby partnerowi było ze mną wygodnie i przyjemnie, ale moje nastawienie jest takie: chodź, chłopaku, uczyń mi dobrze 😄

W prowadzeniu to ja chcę dobrze zrobić dziewczynie, z którą tańczę. Tak, zamierzam doskonalić tę sztukę.

Na tej imprezie po raz pierwszy zatańczyłam tandę milong, przy czym każdy utwór z inną dziewczyną i z żadną się nie męczyłam! Dzięki temu na nich zrobiłam wrażenie i mogłam udać, że mam bogatszy repertuar 😄

Powyższy wpis jest pierwszym fragmentem większej całości, którą przygotowuję jako „Tangowe obyczaje, czyli co piszczy w subkulturze tanga argentyńskiego”. Będzie o tym, czy tango to seksowny taniec, czy w tym środowisku się romansuje, czy można nawiązać głębsze relacje, a nie tylko powierzchowne, dlaczego wielu niewiele umie, ale bierze się za uczenie, dlaczego oni nie proszą, a one nie chcą, i wiele więcej 😄 Póki co możesz zamówić u mnie moją pierwszą książkę pt. „Pasja budzi się nocą”, w której zawarłam moje początkowe tangowe doświadczenia oraz wprowadzenie na tangowe salony i do przedsionka tangowych obyczajów 😄

Foto: Dominika Kołodziejska. Modelka: Ela, która ma bardzo miłe objęcie.

P.S. 1.

Dowiedziałam się niedawno, że na jednej z warszawskich imprez naszej tangowej koleżance Dorotce Wandrychowskiej ukradziono moje książki, „Pasję…” i „Przenikanie”. Obie były z osobistymi dedykacjami. Fuj, złodzieju. Za to stracisz o wiele więcej.

P.S. 2

„Diabelskie Tango” 1 i 2, czyli tangowe poradniki, można zamówić u mnie.