Beskid Summer Tango Marathon – sierpień 2019

Z powodów różnych publikacja trochę się odwlokła, ale jest! A opisać warto. Wiadomo, że impreza jest na tyle udana, na ile się bawisz. A ja bawiłam się wyśmienicie. Nie zawaham się powiedzieć, że to był mój najbardziej udany maraton. A trochę ich odbyłam, w kraju i za granicą.

 Bardzo dobry poziom tangowy.
 To duży sukces zebrać tylu świetnie tańczących. NIE MIAŁAM ZŁEJ TANDY! Muzyka niosła, partnerzy byli naprawdę ach ach, wiele nowych abrazos okazało się bardzo tak. Dlatego lubię wyjeżdżać: odrywam się od codzienności, jestem tam i nigdzie indziej. Im dłużej jestem w tangu, tym bardziej doceniam jego funkcję socjalną – chociaż nadal jak jadę na tango, to ono jest dla mnie najważniejsze.  
Muzyka niosła.
 
Może trochę inaczej ustawiłabym kolejność grania, ale to jest zawsze kwestia indywidualnych preferencji: ja lubię tak, ktoś może lubić inaczej. Moją szczególną sympatię zdobył TDJ z Grecji, każda tanda była „po mojemu”. Zestaw wszystkich didżejów można znaleźć na opisie minionego wydarzenia, więc nie będę wszystkich wymieniać. Dodam tylko – wcale nie przez sympatię, a w uznaniu – że granie Bielskiej Anielicy Tanga Anny Pietruszewskiej w niedzielne południe było bardzo smaczne. Aż szkoda, że nie wszyscy byli. Pietruszka na śniadanie i obiad – ale nie tylko! Anna gra naprawdę energetycznie, dlatego ze swoim 
soft nuevo zapraszana jest  ma coraz więcej imprez, nie tylko w Polsce. 
Prowadziłam!
Jak już byłam stańczona do upadłego, wskakiwałam w płaskie butki, a czasem prowadziłam też w szpilkach. W końcu nauka u świetnych nauczycieli (Kasi Chmielewskiej i Mateusza Kwaterko z Caminito) zobowiązuje i nadszedł czas, abym była aktywna jako liderka nie dlatego, że nie ma panów (bo byli, balans był ok), tylko dlatego, że mam już co zaproponować partnerkom. Jeszcze skromnie, ale jest progres na tyle, że może tańczyły z grzeczności, ale nie z obrzydzeniem. 
Raz nawet tak się zdarzyło, że kiedy tańczyłam tradycyjnie, jako partnerka, partner w uniesieniu padł mi do stóp...

Atrakcje
Pogoda dopisała, więc przejazd beskidzką ciuchcią do Bielska-Białej był bardzo udany (wiem z opowieści, bo dla mnie godzina była zbyt wczesna). Okolica piękna, więc kilka osób zdecydowało się wspiąć na Klimczok. Ponieważ niedawne pozaszlakowe zdobycie Ślęży wystarczy mi na długo, nie zdecydowałam się na taką eskapadę. 
Warsztaty z naszą polsko-argentyńską parą: Luizą i Marcelo Almiron, bardzo się podobały, a bytność na dodatkowych zajęciach z canyengue widać było na maratonowym parkiecie (wiele par tańczyło!). Pokaz w trakcie sobotniej nocy był pięknym akcentem, rzadko spotykanym na maratonach.  
Zdjęcia Krzysia są TU, TU i TU a Szymona TU, TU i TU. 
A ostatniego dnia zaśpiewał dla nas Gonzales Federico, który ma piękny głos, umie śpiewać (a to nie zawsze oczywiste) i jest słodki... 
Mieszkać w jednym miejscu to zaleta.
Tym razem byliśmy w Bystrej w 4* hotelu Golden Tulip, część osób zatrzymała się w wyremontowanych domkach. Ja z dziewczynami początkowo też byłyśmy w domku, ale uznałyśmy, że czasy skautów mamy za sobą i przeniosłyśmy się do hotelu. Nigdy nie mam czasu, aby skorzystać z atrakcji dodatkowych: SPA, jaccuzi, basenu (ten ostatni nie bardzo lubię, a właściwie nie lubię wcale, bo pływanie mnie nudzi). Kuchnia hotelowa była smaczna: śniadania obfite i urozmaicone, ceny restauracyjne przyjazne – przy dobrej kuchni.  
Hehehe…
Uwielbiam Beskid Tango Marathon.
Edycja letnia udała się fantastycznie. Edycja zimowa udaje się od lat. Od ubiegłego roku odbywa się w hotelu Belweder w Ustroniu – rejestracja w toku! Info o wydarzeniu TU, a miejsce rejestracji znajdziesz TU. Zachęcam do zaplanowania tego w swoim kalendarzu, bo zabawa jest przednia, a w tym roku zagrają TDJ-e znani i lubiani, m.in. nasi warszawscy twórcy Radia Tango Uno i Milongi Uno: Dorota Zyskowska i Marcin Błażejewski. 
Pijama party oczywiście się odbędzie! Relacja z ubiegłego roku: TU (zdjęcia niestety zeżarło po transferze bloga na inny serwer). 
Wylaszczyłam się.
Więc może pomyślę o piżamce seksi… Pisałam kiedyś, że postanowiłam wrócić do dawniejszej formy cielesnej. Udało się. Mój nowy wpis na ten temat niebawem, ale bardzo mnie cieszy ma smukłość osiągnięta (i utrzymywana) wcale nie aż tak bardzo katorżniczo, za to pod czujnym okiem fachowczyni. 
Lubisz mnie czytać?
Zamów moją najnowszą książkę. Przedsprzedaż edycji limitowanej trwa tylko do 30.09.2019 r. To powieść psychologiczno-obyczajowa, tym razem z przedwojennym tangiem jako znaczącym elementem przetrwania II wojny światowej. Akcja dzieje się na przestrzeni dwóch miesięcy 2018 roku. Książka jest o relacjach międzyludzkich, zjawiskach pozazmysłowych i tym, że KAŻDY ma tajemnice…
 Edycja limitowana da Ci:
 * niższą cenę niż wydanie standardowe
 * uszlachetnioną okładkę i lepszy papier druku
 * dedykację wraz z osobistą (dla Ciebie lub dla wskazanej przez Ciebie osoby) przepowiednią Złotego Smoka na rok 2020. Nie wierzysz w „takie rzeczy”? Nie musisz, one wierzą w Ciebie...  
Cena: 35 zł + wysyłka. Chwilowo sklep strajkuje, pisz do mnie na priv.

Souvlaki Tango Marathon – maj 2018

Ania:

Souvlaki Tango Marathon odbywa się na początku maja w Limassol na Cyprze. Idea jest taka, że uczestnicy mają się świetnie bawić, a cały dochód organizatorzy przekazują na pomoc dla bezdomnych zwierząt. Impreza nie odbywała się w hotelu, czyli trzeba było dojechać. Miałyśmy wynajęty samochód, ale z powodów, o których dalej – jeździłyśmy taksówką. To dopiero przygoda! Pierwszego dnia taksówkarz nie wiedział, gdzie chcemy jechać. W końcu coś mu zaświtało i mówi: „Ruskij baljet”. A my: „Nikakoj baljet, my choczjem w tango”. On, że „Ruskij baljet”. My: „Nu dawajtie w tango!” Okazało się, że w tej szkole, w której był maraton, jest szkoła tańca – także baletu – prowadzona przez Rosjankę… Drugi raz spóźnił się pół godziny, trzeci raz przyjechał pijany… To był taksówkarz wzywany przez Eli hotel, stąd miałyśmy okazję zaznajomić się bliżej z jego stylem pracy…

  

Uczestniczki podczas rejestracji odbierały gustowną maratonową bransoletkę i delikatny szal – w czterech kolorach do wyboru… Fot.: Vera Rajentova

Jola:

Sam maraton był doskonale zorganizowany. Ajit, Svetlana – duże ukłony! Goście byli zadowoleni!

Ania:

Organizatorzy zasługują na kilka zdań więcej. Po pierwsze: ekipa liczyła raptem pięć czy sześć osób, a wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku! Sześć dni imprezy to duże obciążenie. Nie wiem, jak organizatorzy to robili, ale cały czas byli z nami!

  

Wszyscy czuliśmy się zaopiekowani, NAPRAWDĘ chętnie przez nich goszczeni i mile widziani. I TAŃCZYLI!!! Nie tylko ze sobą, także ze swoimi gośćmi.

  

Nie chodzili z kijkami w tyłkach, nie robili ważnych min, nie udawali bardzo zajętych – choć z pewnością byli, bo impreza sama się nie ogarnie. Uśmiech, zabawa, integracja – taki to był maraton!

Ajit Bubber i Svetlana Nekrasova – you are an example of perfect organizers for others!

Oczywiście nie obyło się bez kółek wzajemnej adoracji, ale były tak nieliczne, że nie stanowiły problemu. Ale po kolei…

Jola:

Przedmaratonowo, w środę, odbyła się impreza integracyjna. Zero tanga, za to dużo drinków i przesympatycznych rozmów w fajnej przyhotelowej knajpie na plaży. Tu zawiązały się pierwsze znajomości i sympatie… 😉 Oceniłyśmy: niezłe chłopaki 🤣🤣🤣. Wracałyśmy z imprezy rozchichane i pełne optymizmu na kolejne dni.

Ania:

Do integrowania się na takich imprezach zdecydowanie brakuje mi właściwych kompetencji społecznych. Nie zaprzyjaźniam się z całym światem w pięć minut (za to jak już, to… wiedzą ci, którzy przeskoczyli przez mur 🤣). Wolę rolę obserwatorki. Na szczęście dziewczyny były w swoim żywiole: Anielica rozprawiała ze wszystkimi dookoła, do Eli Włosi hurtowo ciągnęli, na Jolandę dybały południowe chłopaki, a ja… robiłam zdjęcia 🤣🤣🤣 I mnie robiono 🤣

  

Jola:

Czwartkowa premilonga odbyła się w amfiteatrze tuż przy plaży. Miejsce bardzo fajne. Jedyne zastrzeżenie: mało sprzyjające podłoże, ale dało się.

Tańczyłyśmy i świetnie się bawiłyśmy, wymieniając pierwsze tangowe opinie🤣🤣🤣 Uznałyśmy, że 90% tand było bardzo dobrych, a wśród nich kilka wręcz znakomitych.

A na koniec Anielica z Jolandką odpląsały chacarerę 😊

Ania:

Im dłużej tańczę, tym niewygodne podłoża mniej mnie rajcują. Jasne, z Bogiem tanga zatańczy się i na krawężniku… Tu były fragmenty kamieni całkiem tępe i mocno śliskie, jak to na takim podłożu. Muzyka niosła, więc i ja  dawałam się ponieść bez zbytniego wybrzydzania 🤣 Na schodach poustawialiśmy sobie różnorakie napoje i biesiada tangowa była przednia.

  

Jola:

W piątek zaczął się maraton. Miejsce trochę na uboczu, ale niezbyt daleko. Sala bardzo ładna, dobry parkiet, jedyne zastrzeżenie to oświetlenie, no ale…. Nie to jest najważniejsze.

  

Ania:

Tu się ciut nie zgodzę – i dobrze, bo samo słodzenie prowadzi do mdłości 🤣 Oświetlenie robi klimat. Nie wiem, dlaczego panuje moda na fioletowo – niebiesko – czerwone reflektory, w których człowiek wygląda jak trup w prosektorium… Na zdjęciach może i ładnie, ale na miejscu oczy bolą. Na festiwalu jestem w stanie to znieść, do maratonu mi kompletnie nie pasuje.

  

Ta konkretna sala ma potencjał, by być inaczej oświetlona. Przeszkadzało mi, jak na popołudniowej milondze, kiedy jeszcze można było skorzystać z promieni zachodzącego słońca, robiono prosektorium… A przecież w sali wiszą przepiękne żyrandole z ciepłym naturalnym oświetleniem, wykorzystanym chyba tylko raz, i to przez dziesięć minut… Nawet zrobiłam zdjęcie, ale gdzieś zniknęło. Do tego nadmiernie mrożąca klima… Nie, nie lubię zimna, w tangu zwłaszcza. Rozumiem, że jak się tańczy, jest gorąco. Ale jak się zamarza od razu po zejściu z parkietu – to nie jest przyjemne. Na szczęście są to drobiazgi, które… może przeszkadzały tylko mnie..?

  

Jola:
Wracając do organizacji: OGROMNA dbałość o uczestników, ich dobry humor, pełne brzuszki i nawilżone gardła 🤣 To pierwszy mój maraton, na którym bez limitu był alkohol wszelkiego rodzaju: wino białe i czerwone, piwo, wódka, whisky… Dostępne na okrągło! A mimo to NIKT nie był pijany. Wszyscy się świetnie bawili.

Ania:

Organizatorzy zadbali również o wino musujące – w tym moje ulubione różowe!

Właśnie z powodu bogato zaopatrzonego baru jeździłyśmy taksówką 🤣 Niektórzy raczyli się tymi mocniejszymi trunkami, ale rzeczywiście podczas całej kilkudniowej imprezy nikt nie przeholował.

Cena maratonu była standardowa, zaopatrzenie rewelacyjne. Przekąski, dania ciepłe, owoce – systematycznie uzupełniane i w żadnym momencie niczego nie brakowało.

Jola:

Zakończenie, czyli after, też był inny. Spotkaliśmy się ponownie bez tanga, tym razem na dzikiej plaży w dość prymitywnych warunkach.

Ania:

Nie było gdzie zrobić siusiu, dlatego ograniczyłam ilość konsumowanych napojów.

Jola:

Tańce oczywiście były, grupowe i solo.

Dużo śmiechu i radości z przebywania ze sobą. Pizza, przekąski i znowu alkohol 🤣

Roman pizzowstąpiony… 

I chociaż było już po maratonie, a alkoholu w bród, to jakoś wszyscy znowu zachowali umiar.
Ania:

Koniecznie muszę napisać, że na jednej z popołudniowych milong TDJ-ką była nasza Ania Pietruszewska. Zagrała set alternatywny. W ciągu półtorej godziny dostała trzy razy (!) brawa i zaproszenie na za rok. Roman Hatalak z Krakowa także zagrał, jak należy.

Spotkanie w gronie organizatorów i TDJ-ów.

Warto też dodać, że na imprezach zagranicznych jest okazja nie tylko do zawarcia międzynarodowych znajomości, ale także tych krajowych, a nawet warszawskich 🤣 Zacznę od tych ostatnich: otóż jest wśród nas niejaki Tomek S., który jest jednym z pionierów nowoczesnego tanga. Od lat się ze mną pięknie wita i żegna, ale nigdy nic nie teges. Na rodzimym parkiecie to jakoś tak nie miałam gotowości… ale na obczyźnie myślę sobie: no nie może tak być! Zatem podeszłam, serdecznie się przywitałam i wprowadziłam jedno z moich najsubtelniejszych cabeceo, czyli: „Na parkiet! Ze mną! Teraz!” Tak się wystraszył, że wykonał… 🤣

Jego partnerka Beatka okazała się bardzo fajową dziewczyną. Chłopaki – świetnie tańczy! Jak się nauczycie, polecam 🤣 Oj no dobrze, nie mogłam się powstrzymać,ale przecież wiecie, że Was doceniam. Przynajmniej kilkunastu 🤣

Ekipa z Krakowa także okazała się super, a panowie z tych świetnie umiejących, więc za granicą wstydu nie było 🤣 No i na koniec międzynarodowe znajomości… Zaraz zapraszam wszystkich na nasz warszawski festiwal Recuerdo. Naprawdę sympatyczni ludzie, do tego dobrze lub świetnie tańczący. Bawiliśmy się fantastycznie.

Na uboczu w eleganckim otoczeniu panie mogły poprzymierzać sukienki, poprawić makijaż i napić się wina 😉

Jola:
Maraton był średniej wielkości, około 140 osób. Poziom jak zawsze zróżnicowany, ale dosyć dobry. Przewaga osób dobrze tańczących, ale tych zajebiście było tylko kilku 😉Pozostali – poziom średni, no i było troszeczkę osób na poziomie podstawowym.

Ania:

Trochę czasu już minęło… Nie pamiętam tych podstawowych… Może z nimi nie tańczyłam..? Pamiętam fantastyczne tandy, świetną muzykę, rewelacyjne abrazos… Czasem na całej imprezie jest miło, ale dupy nie urywa. Na tej mi urwało…

Jola:
Podsumowując – bardzo fajna, wesoła impreza. Warto połączyć z ciut dłuższymi wakacjami, bo wyspa podobno piękna, a pogoda zawsze super 😊

A poza tangiem…

Jola:

Pomysł wyjazdu na Cypr powstał nam w głowie już bardzo dawno. Tam nas jeszcze nie było! W mig ogarnęłyśmy bilety i mieszkanie.

Ania: Oczywiście ogarnęła Jolandka, bo ja w tym względzie jestem trochę specjalnej troski… Jak kiedyś ogarnęłam nam Berlin, to się okazało, że wylądowałyśmy na 4 p. bez windy po stronie dawnej NRD… Ale wtedy Jolandka zwaliła się ze schodów na parterze, żeby nie było!

Jola: Tym razem pojechałyśmy we cztery, oprócz mnie i Ani była z nami kolejna żądna przygód podróżniczka Ania P. i najspokojniejsza, co nie oznacza, że mniej szalona – Ela. Miałyśmy wynajęty samochód, a ruch lewostronny nie był problemem, bo opanowała go do perfekcji Ania P.

Ania: Anielica Bielskiego Tanga – bo o niej mowa – zdradziła nam sekret prowadzenia samochodu po drugiej stronie: trzymać się lewego krawężnika. Przy mojej lateralizacji światła z naprzeciwka pokazujące się z innej strony działały na mnie jak mocny drink: kręciło mi się w głowie i nie wiedziałam za bardzo, co się dzieje. Potraktowałam to jako dodatkową nocną rozrywkę – bo przyleciałyśmy po północy.

Jola: Mieszkałyśmy w świetnym apartamencie tuż przy plaży, więc przedpołudnia spędzałyśmy na słońcu.

Ania:

To znaczy: my we trzy mieszkałyśmy w apartamencie. Ela wybrała hotel – też zresztą przy plaży.

Jednego popołudnia zaprosiła nas na opalanie i lunch.

W eleganckim otoczeniu nie bardzo mogłyśmy się obnażać, więc topless zachowałyśmy na naszą mini plażę. Miło spędziłyśmy czas, w pięknych okolicznościach otoczenia.

  

Tak się wczułyśmy w rolę dam, że zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową w kapeluszu Ani P. – każda po kolei, bo my cztery, a kapelusz jeden 😉 Efektem jestem zachwycona 😁

  

  

W międzyczasie przeglądałyśmy Eli kiecki…

Jola:

Wyspa podobno piękna, ale poza kilkoma pobliskim plażami nic nie zobaczyłyśmy. Czasu mało i jakoś chęci do zwiedzania było brak 😁😁😁

Ania: Raz nawet miałyśmy ambitny plan pojechać na najpiękniejszą plażę tej strony Cypru… ale jakoś nam nie wyszło. Starożytne ruiny też nas nie pociągały – tyle razy widziałyśmy je w różnych stronach świata, że obejrzałyśmy je z pewnej perspektywy (czyli okna samochodu) i uznałyśmy za zaliczone 😁 Ale podobno jest kilka miejsc, które warto zobaczyć…

Wniosek? W maju 2019 – powrót!