Tango Barocco – Żagań 2020

Przełom lipca i sierpnia należał do tego wydarzenia. Zachowując obowiązujące przepisy sanitarne: dezynfekcja rąk, podanie danych osobowych, mierzenie temperatury (jakby nie można się prochami przeciwgorączkowymi nafaszerować heh), przystąpiliśmy do tańczenia. Ponieważ jesteśmy członkami jednej tangowej rodziny (ojjj konfiguracje się zmieniają szybciej niż w „Modzie na sukces”), dystans społeczny nas nie obowiązywał.

Foto: Wojtek Wyżga.

Był czad.

Wygłodniali po niby (moim zdaniem) pandemii, ci niezastraszeni, bawili się świetnie. Pałac Książęcy oferował dwa miejsca do tańczenia: parkiet na dziedzińcu i salę zamkową. Ze strony organizatora: Ideą festiwalu jest łączenie pasjonatów tanga niezależnie od stylu. Planujemy dla Was łącznie 12 milong z podziałem na TRADYCYJNE oraz NUEVO, świetne warsztaty oraz muzykę na żywo. Damy z siebie wszystko, by edycja 2020 była wyjątkowa”.

Foto: Jan Mazur.

Słowa dotrzymali.

Zaczęli w czwartek pre-party z muzyką tradycyjną, zapodaną przez Francisco Saura. Nie było mnie, ale służby operacyjne doniosły, że nie miałabym się do czego przyczepić. Znam Francisco z innych eventów, byłam na organizowanym przez niego encuentro w Maladze, więc nie mam powodów do niedowierzania.

Fot. Jan Mazur.

Piątek

DJ Ayad Zia rozgrzał popołudniowo do czerwoności. Byłam wtedy w drodze, ale słuchy mnie doszły, że było rewelacyjnie. Ayad vel Edi mieszka w Polsce, świetnie tańczy i takoż gra, więc także bez wątpliwości wierzę operacyjnym doniesieniom.

Foto: Meg Skoczylas.

Chacarera.

Pod wieczór na pałacowym dziedzińcu nasza warszawska Urszula Ula (nick fejsbukowy) i argentyński Fernando Romero Chucky uczyli chacarery – jedynego argentyńskiego folkowego tańca, który osobiście toleruję i nawet czasem lubię, a który często się tańczy w środku milongi/maratonu/a tu festiwalu. A jaki dali pokaz… O jeju…

Foto: Meg Skoczylas.

Jest jeden jedyny folkowy taniec argentyński, który uwielbiam: malambo. Chucky jednoosobowo dał czadu z kulami na rzemieniach – na moje oko, bo co to jest, to dokładnie nie wiem, ale robi wrażenie (oj robi…). Chciałabym na żywo zobaczyć hordę czarnych diabłów z bębnami…

Nie, nie było ich… Foto: www.frankwiesenphoto.com 

Warsztaty tangowe.

Były, i owszem. Dla par prowadzili Brigita i Carlos Rodriguez – mistrzowie UK Tango Championship London 2019 w kategorii salon i escenario. Technika dla kobiet z Brygidą. Technika dla mężczyzn z Damianem Thompsonem (mieszka w Polsce, więc to już taki australijski Polak). Nie uczestniczyłam w nich, bo nie ma jak ogarnąć wszystkiego.

Foto: Meg Skoczylas.

Piątkowa noc… I tak do niedzieli.

Dziedziniec… Sala… Dziedziniec… Sala… Bardzo żałuję, że noc z piątku na sobotę była potwornie zimna, bo od 1.00. właśnie na dziedzińcu grała Kasia Gewert, która popełnia różne nietradycyjne wariacje i robi to cudownie. Zimno wypędziło ludzi z dziedzińca… Było 8 st. C w środku lata… Przegapiłam użycie moich wiedźmich mocy, które wykorzystałam dopiero w noc następną: mimo prognoz jeszcze gorszych było stopni 17.

Foto: Wojtek Wyżga.

Sobota.

Dziedziniec… Sala… Dziedziniec… Sala… Poczarowałam i noc była tym razem ciepła (kto mnie zna, wie, że nie żartuję). Pokaz dali Brygida i Carlos Rodriguez, mistrzowie, jak pisałam. Hmm… Nie skupili mojej uwagi, ale może to ja byłam rozkojarzona. Tak jak i uziemiony w Polsce pandemią zespół La SanluisTango Orquesta nie trafił w me serce, ale nie jestem pępkiem świata i przecież nie trzeba schlebiać mym gustom.

Ula & Chucky są w moim guście, absolutnie 🙂 Dawali pokaz do muzy na żywo. Foto: Meg Skoczylas.

Za to muza zapodana w drugiej części nocy przez Tres Muchachos: Francisco Saurę, Luisa Cono i Michała Zorro Kaczmarka była REWELACYJNA. Tak sobie wymyślili, że popijając bynajmniej nie yerba mate, każdy w tandzie grał jeden utwór. Eksperyment się powiódł, efekt był fantastyczny, razem z Beatką zostałyśmy do ostatniej tandy.

Fot.: Wojtek Wyżga.

Niedziela.

To ten czas, kiedy liczy się każda sekunda, bo za chwilę nastąpi czas pożegnania… Chce się nacieszyć tymi ulubionymi… Nie zawsze się uda, ale że poziom tangowy był dobry, można było się pocieszyć równie ulubionymi. Popołudnia ostatniego dnia maratonu czy festiwalu bywają różne i nieprzewidywalne: czasem ludzie rozjeżdżają się wcześniej, czasem zostają do wieczora czy następnego dnia i jest tłumnie. Tu było nas sporo, stańczyłyśmy się do cna.

Selfie: mła.

Muzyka.

Nie słyszałam wszystkich i żałuję, bo nazwiska zacne: oprócz wyżej wymienionych grali także Jarek Kasprzak, Gracja Bryś-Kołodziejczyk, Maria la Bruja, Magdalena Tango Yoga, Esteban Mario Garcia i FANTASTYCZNA Anna Pietruszewska, której śniadaniówki po prostu były MEGA. Polazłam w sobotę w piżamie, że pewnie nic i nikogo, a tu owszem i fota! Piżamę upociłam, więc kolejną noc Beatek musiała mnie znosić w pokoju bez.

Foto: Justyna Wojciechowska.

Wszyscy kojarzą Pietruszkę z nuevovych szalenstw, ale zapewniam, że w tradycji jest równie dobra. Kto chce się przekonać, niech wbija 3.10. do warszawskiej Złotej Milongizaszalejemy!

Foto: Waleria Gusciora. 

Podsumowując: muza owszem, pasowała mi. A niestety po warsztatach djskich prowadzonych przez Dorotę i Marcina z Radio Tango Uno wiem, kiedy zgrzyta i dlaczego, więc bywam w tym względzie chimeryczna. I nie chodzi o to, że chciałabym uchodzić za muzycznego tangowego eksperta (po tylu latach słabo odróżniam orkiestry heh). Nie. Ale układanie muzy to nie jest takie hop siup i wielu niby djów nie wie, że w tym względzie kompletnie brakuje im kompetencji. Tu takich nie było, muza porywała.

Foto: Meg Skoczylas.

Organizatorzy.

Grację Bryś-Kołodziejczyk i Rafała Kołodziejczyka poznałam na Gryfie – fantastyczni, otwarci, pomocni ludzie. Głównego organizatora, Michała Kaczmarka, znam dłuuugooo… Z pewną przerwą, bo był obrażony. Ale już przestał. Wiecie: w relacjach bywa dynamicznie, tych tangowych też. Och, właściwie w tych tangowych to dopiero jest dynamicznie… W każdym razie Michał włożył dużo wysiłku w rzetelne przygotowanie całości, dlatego nie dziwota, że nie miał już siły na przemawianie z entuzjazmem. Team tworzyli także Monika Parker (służby operacyjne doniosły, że bez niej w ogóle ta impreza nie mogłaby się odbyć) i Jarek Kasprzak.

Doznania osobiste.

Po raz pierwszy mi się zdarzyło zatańczyć z kimś, kto nie umiał, ale muzykalnie przytulał… Ach, i było jeszcze coś, ale o tym będzie w książęce…

Całość.

Bardzo udana impreza. Była okazja do ponownego spotkania tych, z którymi tańczyło się dwa tygodnie wcześniej na Gryfie. I tych, z którymi spotykamy się okazjonalnie. Niektórzy spotkali swoje byłe/byłych… W ilości wykraczającej poza sztuk jeden… Taki urok tangowych zawirowań hehe…
Było także udanie towarzysko.

Foto: Meg Skoczylas.

Wirus.

To ciekawe, że na weselach i pogrzebach zarażają się na potęgę, a na tangu do tej pory (stan na dzień 13.09.2020) odnotowano raptem 4 (słownie: cztery!) przypadki. Media robią z ludzi wariatów, podając różne sprzeczne informacje. Do mnie przemawia ta, otrzymana od lekarza z klinicznym doświadczeniem: aby zarazić się covidem, płyn ustrojowy (czyli np. ślina lub glut) musi trafić na uszkodzoną błonę śluzową. W pocie wirusa nie ma. Więc jak się tańczy bez – zwanego przez pewne niewysublimowane kręgi społeczne – walenia w ślinę, wcale nie jest się łatwo zarazić. Jasne, osoby z wszelakimi chorobami są bardziej narażone, dlatego uważajmy na siebie, ale nie dajmy się zwariować.

 

 

4-th Recuerdo Tango Festival is over!

Komu się nie będzie chciało czytać całości, a nie był, powiem krótko: sfrajerzyłeś/łaś się, bejbe. To był rewelacyjny festiwal za niedużą kasę, zwłaszcza jak skorzystało się z rejestracji we wcześniejszym terminie i w parze (nie było takiego musu, jedynie zachęta cenowa, pewnie dlatego był niezły balans, jak rzadko kiedy na festiwalach). Masz kolejną szansę, lepiej jej nie przegap. 
 UWAGA! Następny już za niecały rok!!!

 A konkretnie: 26 – 29.11.2020!!! Aaaaa!!!!! Cudownie. 
 Ten się skończył, ot co.
Ale najpierw wszystko się zaczęło.
4 lata temu pierwsza edycja, tydzień z kawałkiem temu czwarta. Nasz warszawski festiwal rozmościł się w listopadowej porze i znowu ogrzeje nas swoim blaskiem.  
Może południowcy przestaną kręcić nosem na nasz klimat i będą liczniej przyjeżdżać? Chociaż w tym roku goście bardzo dopisali, zagraniczni także.  
Dla niektórych był to pierwszy festiwal w życiu, w którym brali udział.
 
Dla mnie był to nie wiem który, nie liczę (a szkoda; i na pewno niebawem napiszę, czym się różni festiwal od maratonu, bo różnice są zasadnicze).    
Festiwalowe czwartki na całym świecie są mniej liczne.

A u nas był tłum! Oczywiście w piątek i sobotę większy, ale jak na czwartek, było bardzo dużo ludzi.  
Pierwszy festiwalowy pokaz wykonali Gospodarze:
  
Jakub Grzybek & Patrycja Cisowska-Grzybek!  
Przy okazji: w Argentynie zawsze najpierw wymienia się mężczyznę.  
Pati miała zjawiskową suknię w kolorze głębokiej butelkowej zieleni, mieniącą się kryształami Svarovsky’ego.  
Legenda głosi, że Kuba nie spał po nocach, tylko rzeźbił tę suknię tymi brylantami… Ale kto by wierzył w legendy? 
W piątek tłum przybrał na sile.

Pokaz miała para, która w ubiegłym roku wywołała łzy wzruszenia, a nawet z co poniektórych damskich biustów ekstatyczny szloch. 
Facundo Piňero & Vanesa Villalba
 
I tym razem rozgrzali publiczność do czerwoności. Ja osobiście lubię ich estetykę, sprawność, muzykalność i technikę. 
Uważam, że jest to doskonała pokazowa para. Ma dla mnie to coś, co przyciąga uwagę i nie puszcza.
Nawet w zaawansowanej ciąży. 
Sobota należała do Los Totis, ale nie tylko!

Do kogo jeszcze, to za chwilę. 
Los Totis, czyli:
 
Christian Marquez & Virginia Gomez!

Po Gospodarzach i Facundo z Vanesą to trzecia para, która jest na Recuerdo od pierwszej edycji.
Mają wyrobioną markę, należą do światowego TOP. Ich pokazy są mniej szalone, bardziej klasyczne, ale także technicznie perfekcyjne. 
Niedziela to czas pożegnań.

Część gości wyjeżdża, głównie ci z Polski, bo zagraniczni zostają dłużej i można się z nimi spotkać na naszych miejscowych milongach w kolejnym tygodniu. 
😄 😄 😄 😄
Był i pokaz, a jakże! Po raz pierwszy dołączyli:

Juan Malizia & Manuela Rossi! 
Power, wdzięk, gibkość – wszystko było.  
I zjawiskowa suknia też. 
O pokazach nie ma co pisać, je trzeba zobaczyć. Z tymi pokazami to jest tak, że… A nie, o tym napiszę kiedy indziej.
W niedzielę maestros zatańczyli rondę, czyli wszyscy na raz. Wrażenie trochę jak na karuzeli, w głowie może się zakręcić, bo nie wiadomo, na czyje nogi patrzeć... 
Miejsce

Tegoroczne wszystkie cztery festiwalowe gale odbyły się w auli głównej SGH. Moim zdaniem to dobry wybór. Co prawda brakowało paniom garderoby, ale duża szatnia z przesuwaną masą wieszaków robiła za kotarę i jakoś dałyśmy radę.  
Parkiet.

Śliski! Ja osobiście baaardzo lubię. Jacek M. mawiał, że żaden parkiet nie jest za śliski, jeśli się umie tańczyć  😄 
Jakieś pojedyncze jęki do mnie dotarły, że w czwartek o 21.00., kiedy zaczynał się festiwal, jeszcze układali podłogę i że o rety. Ja przyszłam przed 21.30., podłoga była ułożona, za to do 22.00. nie tańczył nikt. Ale co postękał, to jego. 
 
TDJ’s team

Gusta muzyczne są różne, dlatego staram się nie oceniać: gra dobrze czy źle (no chyba że gra źle 😄 ). 
Na marginesie, bez związku z festiwalem: ja osobiście na przykład nie lubię ckliwego smędolenia odbieranego przez niektórych jako romantyczną tkliwość i uważam, że zbyt liryczny nastrój didżeja mający wpływ na dobór muzyki może zepsuć nawet kameralną imprezę, nie mówiąc o dużym iwencie (na marginesie marginesu: spolszczona pisownia angielskich słów jest celowa. Lubię rzeźbić w języku, który nie jest martwą łaciną 😄  Poza tym to mój blog i mogę sobie pisać, jak i co chcę, najwyżej pozgrzytasz zębami😄).  
Zatem bez oceniania i wymieniania całej didżejskiej drużyny (możesz ją znaleźć TU), ocenię i wymienię jednak jej część, bo mi się chce:
  
Dorota Zyskowska & Marcin Błażejewski, czyli Radio Tango UNO!

Pierwsza godzina zagrana z kompa, potem z winyli. Co tu dużo pisać i marnować Twój czas na bezsensowną czytaninę… Krótko i z sensem: 
SĄ NAJLEPSI!

Na miejscu innych didżejów mocno bym się przygotowywała z pół roku, jak miałabym grać na tej samej imprezie co ONI!  
I tak sobie myślę, że ja to mogę wypisywać różne rzeczy, nawet kiedyś może Wam zaśpiewam, ale gdybym miała zapędy didżejskie, to ich pojawienie się skutecznie zachęciłoby mnie do robótek ręcznych, a nie zamęczania ludzi wyjcowanym trzeszczeniem (bo tak gra większość tych z nieuświadomionymi niekompetencjami, mechanizm ten sam co w byciu niby nauczycielem tanga). ONI są zjawiskiem na skalę światową.  
Słyszę ICH często (prowadzą milongę UNO, w grudniu w środy i niedziele!). Razem i osobno. NIE zapodają kichowatych tand! I ta jakość dźwięku…  
Wracając do Recuerdo: w sobotę byłam od 22.00. do 3.00. Nie puścili ani jednej lipy!  
Bufet i restauracja.

Były! Bufet cały czas (z bardzo miłą i ładną obsługą), restauracja trochę (w piątek i sobotę do 2.00.). Słyszałam głos, że słabo, bo nawet za darmo wody nie było. Zrobię o tym osobny wpis, ale tu tylko nadmienię, że na festiwalach nie ma catering included (dobra, wracam do angielskiej pisowni, bo po polsku jednak jakoś głupawo to wygląda). 
Fotę z baru gdzieś zgubiłam, więc dałam tę😄 Chyba ktoś buchnął flachę ze sklepu, bo polewanie jest z zabezpieczeniem 😄  
Dodam jeszcze, że byłam na maratonie (a na maratonach napitki i przekąski co do zasady są), na którym nie było NIC! A dodając jeszcze więcej: taka Turcja na przykład robi połączenie festiwalu z maratonem i tam troszkę jest, troszkę nie… Ale to inny temat. 
Dzwoni na Policję? 😄
Nie było koncertu podczas Gali, były dwa w teatrach.

Po raz pierwszy poczułam, czym jest prawdziwe escenario, rok temu w teatrze Komedia. Można lubić lub nie lubić, ale najczęściej jest to kwestia znania się lub nie, co powoduje, że można lubić lub nie lubić 😄  
Ja pokochałam. I uważam, że złą opinię o nim robią ci, co oglądają połączenie cyrku z baletem (dzięki, Tatuś W., za określenie!). Kiedyś tango sceniczne było karykaturą tanga. Tu, po raz drugi, zobaczyłam, że prawdziwe tango escenario to prawdziwe tango... Nie dziwota, że owacje były na stojąco i klaskaliśmy niemal do utraty dłoni!
Bandonegro!!! Kocham.

Są obłędni! Energia tryska każdym ich porem! Grali w tegorocznym spektaklu „Zapach kobiety” w teatrze Komedia. Robią światową karierę i są doskonałym potwierdzeniem, że jeśli masz talent i wykorzystujesz go w swojej pasji, odnosisz sukces. 
Drugi koncert z pokazami był w teatrze „Syrena”.

Pierwszy głos Argentyny + topowe pary = niesamowite przeżycie.  
Na oba spektakle bilety były wyprzedane. Nie dziwię się. Było warto. Za rok się pospiesz i kup wcześniej, bo nie czekają do ostatniego dnia.
Festiwalowe milongi śniadaniowe.

W sobotę i niedzielę. Moim zdaniem cudowny pomysł! Na pewno bym na nich była, gdybym była przyjezdna. Bo tak to u mnie działa: jak wyjeżdżam, jestem w tangowej imprezie na maksa. A u siebie mam inne sprawy i się nie da… A właściwie po prostu wybieram te inne sprawy, których na wyjeździe nie mam. Można było dołączyć, niezależnie, czy się miało full pass (płatnie). 
Popołudniówki.

To samo, co powyżej. Nie mam nawet zdjęć uczestników… Chyba żaden fotograf nie dotarł. Wstęp był wliczony w full pass, a wejście indywidualne można było kupić na nocnej gali poprzedzającej popołudnie. U drzwi - nie. 
   
Masterclass.

Jak to na festiwalu: TAK!  
Technika dla pań z DIVINAS: całe 5 godzin (3 x 1,5 godz.+ dwie przerwy). Do tego warsztaty z poszczególnymi argentyńskimi parami. 
MOC! 
Podsumowanie było na początku.

Dotarłaś/łeś do końca? Gratuluję Tobie umiejętności skupienia uwagi, a mnie tego, że umiem Ci ją umieć skupić 😄 

Najbliższe plany są najbliższe😄 

Najpierw sylwester. Różne są organizowane, w tym ten: taki mini maraton właściwie, winylowy, z NIMI! No tak, Dorota i Marcin grają TU. 

Pierwszy weekend 2020 należy do Beskid Tango Maraton 

Czekam na szóstą, a właściwie siódmą edycję (pierwsza była na Szyndzielni i zupełnie nie rozumiem, czemu nie jest liczona!). Rejestracja w toku. Panowie, przybywajcie! Kobity szturmują Anielicę Bielskiego Tanga, ale tak jak w piżamkach i koszulkach możemy sobie polatać dla własnej uciechy (a tak, pyjama party to mega petarda humoru i śmiechu co nie miara), tak tańczyć jednak wolimy z Wami.. 
Moje ulubione zdjęcie 😄 W tym roku wszyscy mieszkamy w hotelu Belweder w Ustroniu, szczegóły maratonu znajdziesz TU
Idą mikołajki i gwiazdka!

I dojdą z całą pewnością, więc za długo się nie zastanawiaj, tylko rób prezent sobie, szwagierce, teściowej, sąsiadce... Chcesz z autografem? Pisz do mnie! Da się zrobić😄 

III Recuerdo Warsaw Tango Festival 2018

Zwykle chwilę trzeba poczekać na opis imprezy, w której uczestniczyłam. Powody są różne. Recuerdo też poczekało… tydzień. Po pierwsze chciałam, aby się „to wszystko” we mnie ułożyło, po drugie po raz pierwszy w życiu przeżyłam coś, co mnie powaliło, i to dwa dni z rzędu. Chciałam ochłonąć, by nie być w opisie zbyt egzaltowaną. Czy mi się udało..?

Czwartek – Welcome Gala Milonga i pokaz „naszych”

To nie było jakieś tam pre – party. To była od razu gala. Jak to pierwszego dnia festiwalu: ludzi przyjezdnych jeszcze garstka (wcale nie taka mała), niektórym miejscowym szkoda było wydać kilkadziesiąt złotych – więc nie było mega tłumu (pustki też nie). Miejsce znane z poniedziałkowej Partylongi, lubiane, z elastycznie regulowaną powierzchnią taneczną.

Jak było w czwartek? Z przygodami. Jeden przewrócił sobie krzesło, na którym próbował usiąść. Pogruchotał tyłek, wylał napoje, rozwalił nogami stolik. Pokazowy tangovals… Cudowny! Z powtórnym początkiem z powodów wewnętrznie rozwiązanych...

Nie wiem, czy dawać po argentyńsku, czyli chłopak pierwszy… czy po polsku, czyli pani przodem… Zostanę przy polskim standardzie: Patrycia Cisowska-Grzybek i Jakub Grzybek dali pokaz na poziomie światowym. Ich maestros otwierali buzie w zachwycie.

REWELACJA. I nieważne, że DJ się zaplątał – albo sprzęt – i w połowie pokazu nastąpiła cisza… Były śmiechy, żarty, brawa… A potem show się dopełnił. Może ja się nie znam, ale dusza mi mówi, że to nasza profesjonalna pokazowa najlepsza para. Jestem pod ogromnym wrażeniem ich rozwoju i formy. Mam nadzieję, że Polska będzie ich zapraszać, bo po tym, jak tańczą i po wywiadzie z nimi nie mam wątpliwości, że jakościowo są rewelacyjni. Przeprowadziłam też prywatne śledztwo.

Nie jest łatwo z nimi zatańczyć, bo nie mają czasu bywać na milongach. Ale odnośnie prowadzenia przez nich zajęć słyszałam zachwyty i pochwały. Byłam na technice prowadzonej przez Patrycję i jak zrobi jeszcze raz – też pójdę, a i koleżanki zachęcę. O! Może zorganizujemy coś w Wilanowie w sezonie 2019… Dobra, wracamy do Recuerdo.

Piątek.

Impreza przeniosła się do auli SGH. Miejsce o wiele lepsze niż poprzednie, urokliwe, z pięknym sufitem. Na podłożu ułożono specjalną taneczną podłogę (za makabrycznie wielką kasę), więc tańczyło się świetnie i nie było problemów z pivotami.

Bardzo fajnym rozwiązaniem była rezerwacja stolików: dla gości festiwalu oraz dla tych, którzy mieli full pass. Mam nadzieję, że w przyszłym roku też tak będzie. Warto przekazać tę informację przy rejestracji: masz full pass, masz rezerwację – tyle że kto pierwszy, ten lepszy, bo jednak nie wszyscy mogą się załapać. Bilety u wrót rezerwacji nie mają – więc jak przychodzisz na jeden wieczór, nie pchaj się do zarezerwowanego stolika… Dlatego warto się rejestrować, zwłaszcza kiedy pary są światowym TOP.

Pokaz Marii Ines Bogado i Roberto Zuccarino był energetyczny, skoczny i oczywiście świetny. Pasują do siebie gabarytami 🙂Pokazują, że nie tylko ci chudzi mogą wywijać w dużym tempie. Milongę zatańczyli przemegazaje… Jolanda powiedziała: „O matko, ja w Buenos idę do nich na zajęcia z milongi. Boję się!” 🙂

 Koncert naszego rodzimego zespołu rozgrzał uczestników do białości. Była moc! I świetna akustyka, co jest równie ważne. Nawet ci, co po warsztatach byli padnięci, dostali drugie życie… Bandonegro Tango Orquesta jest jedną z najlepszych i najmłodszych orkiestr tangowych w Europie. Wyróżnia się świeżym brzmieniem wniesionym do świata tradycyjnego argentyńskiego tanga. Zespół powstał w 2010 roku w Polsce i od razu stał się rozpoznawalny w kraju i za granicą. W 2011 roku zespół wygrał międzynarodowy konkurs PIF Castelfidardo we Włoszech, w kategorii muzyki Astora Piazzolli.

Sobota

Drżę do tej pory. Z powodu pokazów. Dwie najlepsze światowe pary. Ale to ta jednyna wprawiła mnie w emocjonalny dygot, łzy w oczach i skurcz krtani.

Wiem, że zobaczyło TO ponad czterysta osób! O milion za mało.

Zacznę od drugiego pokazu Los Totis. Technicznie, muzycznie, tangowo – perfekcyjni. Cudowni. Złoty medal w skali kosmicznej. Każdy ruch był po prostu wyrazem tangowego geniuszu. Ale… emocjonalnie mnie osobiście nie porwali.

Za to Vanesa i Facundo… Umarłam. Po prostu. Czegoś takiego nie przeżyłam NIGDY.

W trakcie myślałam, że jestem jakaś nienormalna, egzaltowana niczym przeterminowana pensjonarka. Bo żeby AŻ TAK?! Tak właśnie, aż tak. Nie byłam jedyna. Były takie (ciekawe: ich pokaz tak bardzo podziałał na kobiety…), które dostały spazmów. Nie przesadzam.

Gdzie tkwi tajemnica?

Perfekcja, sceniczność, ale przede wszystkim connection i miliard % tanga w tangu. Rok i dwa lata temu też byli doskonali (wtedy w dygot wprawili Jolandę), a teraz… Vanesa i Facundo są absolutnymi Bogami tanga. 

Niedziela

Część ludzi pojechała, więc tłoku nie było. Pokaz dała młoda argentyńska para, która była urocza, ale… jeszcze długa droga przed nią.

Patrycja mogłaby młodziutkiej Evie udzielić korepetycji z operowania stopą w boleo i w przestrzeni ponad parkietem… Bo Patrycja ma w tangu stopy cudne. Bez baletowo – cyrkowego przerysowania, technicznie i wizualnie baaardzo tak. Ktoś powie: jesteś tendencyjna w swoich ocenach (tak tak, bywają takie głosy). To ja odpowiem: zobacz. Po prostu.

Integracja backstage

Jeśli się bywa, to się poznaje ludzi. I to jest super! Zajęcia w podgrupach międzymiastowych, a często międzynarodowych, są bardzo kulturalnie wzbogacające 🙂 Bywa tak, że około trzeciej w nocy odpuszczamy tango…

Kiedy czas zbierać się do domu, czasem trzeba pozbierać różne części garderoby…

…którą zostawia się w różnych miejscach i czasem porzuca…

Śniadaniówki

Rewelacyjny pomysł! Milongi śniadaniowe odbywały się w Pożytecznej na Nowym Świecie – miejscu znanym z popołudniowych sobotnich milong.

Wstęp gratis, a śniadanie płatne 15 zł. Przyznam się, że nie dotarłam – chociaż Jolanda motywowała! Ale jakoś nieskutecznie 🙂 Za to zdjęcia i przekaz osób „dotartych” świadczą o tym, że było świetnie 🙂

Popołudniówki

Na Oczki, czyli tam, gdzie pierwsza Gala i gdzie regularnie odbywa się Partylonga.

Byłam w niedzielę. Trochę ludzi zamiejscowych jeszcze było. Część wyjechała i na wieczorną Galę już nie dotarła…

W sobotę odbył się podwójny pokaz. Wystąpiły polskie pary: Ewa Wojtkiewicz&Piotr Roemer z Krakowa oraz Beata Maia Gellert&Łukasz Wiśniewski. Nie byłam, więc nie wiem, jak było, a i służby operacyjne nic nie doniosły poza tym, że nie działał bufet – ale to akurat żadna wina organizatorów, a bufetu.

Cena

Porażająco atrakcyjna. Za cztery galowe milongi tylko 50 euro przy rejestracji w parze i 55 euro przy rejestracji solo. Za TAKIE pary na żywo i TAKI koncert?! Ludzie! Grzechem było nie skorzystać!!! Pierwsza edycja była frekwencyjnie słaba, pokazowo świetna. Przy drugiej frekwencja drgnęła. Teraz było bardzo dobrze, ale nadal nie mogę zrozumieć, JAK osoby biorące się za nauczanie mogą odpuścić zajęcia i pokazy TAKICH par! Kto był, ten wie, o czym piszę…

Cabeceo

Na festiwalach nie jest z tym łatwo. Po pierwsze dlatego, że jest duża przestrzeń i mnóstwo ludzi. Po drugie – festiwal tym się różni od maratonu, że uczestnicy w mniejszym stopniu są nastawieni na tańczenie z jak największą ilością nowych osób i poza tłumem samotnych pań większość to pary.

Dlatego ja, jeśli zobaczyłam znajomego, z którym chciałabym zatańczyć – szłam się przywitać i nie bawiłam się w podchody, tylko mówiłam wprost, że robię cabeceo… Desant? Tak, ale łagodny – mam nadzieję 🙂 A żeby zatańczyć z nieznajomym – trzeba wejść w pole jego wzroku. Siedzenie na krzesełku tego nie spowoduje.

Masterclass

Jakoś tak nie bardzo wiemy, o co chodzi w zajęciach dla profesjonalistów. Myślę sobie, że za rok warto też trochę inaczej sformułować przekaz. Bo zajęcia ekstra, ale dla określonej grupy zaawansowanych (!!!) tangueros. I to nie takich, co chcą poznać nowe figury, żeby przyszpanować na milondze. Nie! To są zajęcia dla tych, którzy mają pokazowe potrzeby. Nie tylko nauczyciele! Chociaż to oni najczęściej występują.

Jest wśród nas znacząca grupa, która czasem lubi zatańczyć na przykład na urodzinach nietangowego przyjaciela. I wtedy elementy profesjonalne bardzo się przydają. Bo to nie jest tak, że nie tangowy wszystko „kupi” i byle jak stawiane nogi będą mu się podobać. Do niedawna tak myślałam. Ale wyprowadziła mnie z błędu moja Mama, a i moja córka ma określone zdanie – a bywała na milongach dość często… Tak więc dla „pokazowiczów” must be.

Teatr

O jej… jej jej… To była moja rozwojowa lekcja. Do tej pory uważałam, że escenario to takie skrzyżowanie cyrku z baletem. Ble! No i cena biletu w dobrym miejscu… Prawie jeden tangowy but!

Grzybków lubię, pary zaje…teges, ale myślę sobie: e tam. Przedstawienie jak przedstawienie. Dwa bilety to dwie tangowe kiecki. Jednak tak się zdarzyło, że pojawiła się dobra wróżka i jak te Kopciuszki zostałyśmy z Jolandą na przedstawienie zaproszone. Teatr pękał w szwach.

O Gracjo Patrycjo I Kubusiu Panie… Po raz drugi zaparło mi dech… Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam absolutnie cudowne escenario! A trochę ich widziałam i byłam mocno zniesmaczona akrobatycznymi wygibasami. Tu: pięć par. Razem i osobno. O matko… Pugliese w wykonaniu Vanesy i Facundo po raz drugi…

I było connection… I były spazmy widzek. Szczerze mówiąc nie przypuszczałam, że będę zachwycona, bo jestem dość oszczędna w szafowaniu zachwytem. A tu tydzień minął, a ja nadal przeżywam to, co widziałam…

Koncert – łołłłł… Solo Tango Orquesta to kwartet z Moskwy, z podobną historią jak Bandonegro:  w tej samej kategorii wygrali włoski konkurs, tyle że w 2010 roku – trzy miesiące od powołania zespołu do życia. Co za chłopaki… Każdy cudny! A z tym na koncertach różnie bywa. Tu było… Nie wiem, co. Mega kurde o matko! Barbarelli włączyło się robienie boleo w fotelu. Niektórzy w swej ekscytacji komentowali dużo i głośno, a przecież nie wszyscy muszą być zainteresowani doznaniami innych…

Ponieważ nie znalazłam zdjęcia, na którym byliby wszyscy muzycy podczas koncertu, zapożyczam ich zdjęcie z ich oficjalnej strony .

Ogólnie publiczność dzieliła się na zelektryzowaną lub pobudzoną. Ewentualnie stan elastycznie ulegał zmianie, dostosowując się do tego, co się działo na scenie, jak abrazo w trakcie tańca…

Sporo było tangowej braci, o czym świadczyły brawa w odpowiednich momentach. Ale dużo też było osób spoza tanga. Jeden z panów w przerwie stwierdził, że „…to, co oni tańczą, jest śmieszne”. Pomyślałam sobie: Matka Natura poskąpiła ci, chłopaku, tanecznej percepcji i gustu… Bo że tango bywa brzydkie – to fakt. Ale akurat nie tu. Doszłam do wniosku, że to jest jak z inną sztuką, smakiem, gustem… Nie bardzo rozumiem fenomen Picassa – moja córka jak dla mnie maluje o wiele ciekawiej.

Nie każdy ma kubki smakowe dojrzałe do jedzenia kawioru i rozkoszowania się wytrawnością dobrego wina. Dacia pomalowana w kolorowe kwiatki każdemu trzylatkowi spodoba się bardziej niż czarne matowe Porche. To jest tak jak z Dorato i Dom Perignon, cyrkonią i brylantem, Zenkiem Martyniukiem i Czesławem Niemenem, sztuczną szczęką i zdrowymi zębami…

Nie będę nikogo przekonywać, że escenario jest boskie, bo dla mnie osobiście na ogół nie jest. Natomiast to konkretne przedstawienie było jak brylant. Czekam na kolejne Recuerdo i kolejne przedstawienie! Już rezerwuję koniec listopada 2019.

Ania

P.S. Świetny fotograf to skarb. A świetna dwójka to kumulacja.
Elu, Szymonie – Wasze foty są FENOMENALNE.

Escenario to też prowadzenie, pokaz to też improwizacja…

Kolejna moja tangowa rozmowa i chociaż o tym samym, to jednak inaczej…
Patrycja Cisowska-Grzybek i Jakub Grzybek to para warszawskich nauczycieli, bardziej znanych za granicą niż w rodzimej Warszawie.

Z racji braku czasu na bywanie, otoczeni są różnymi legendami… 
Jaka jest prawda? 

Ania: Po co Wam festiwal? To kupa roboty… Skąd pomysł?

Patrycja: Przyczyną byli wspaniali nauczyciele, u których się uczyliśmy i chcieliśmy, aby Polska ich poznała. Nie chcieliśmy ograniczać się do samych warsztatów. Nie wiem, czy w tamtym momencie nazywaliśmy to festiwalem…

Jakub: Kiedy musieliśmy przesunąć termin pierwszego Recuerdo o rok, zaczęliśmy rozglądać się za topowymi parami maestros, które są międzynarodowymi gwiazdami, a których Polska nie znała i których nikt jeszcze nie sprowadzał.

P.: Potem poszliśmy na zajęcia do Vanessy Villalby i Facundo Piňero. Wiedzieliśmy, że oni także będą nieodłącznym elementem Recuerdo. Zaraz potem doszła para Los Totis, czyli Christian Marquez i Virginia Gomez.

To jest światowy TOP of the TOP. Jak tego dokonaliście?!

J.: Aby cały zamysł się powiódł, musiałem wszystkim parom powiedzieć, że te inne już się zgodziły…

P.: Zaproszenie Vanessy & Facu zajęło nam trzy tygodnie codziennego nękania, bo codziennie chodziliśmy do nich na zajęcia. Ich kalendarz jest zapełniony na dwa i pół roku do przodu i wtedy też był. Otworzyła go na roku 2017…

J.: …a ja mówię: ale Vanessa, to chodzi o ten rok, 2016! Ona w śmiech i że jestem bardzo dowcipny, ale że jest w Rosji w tym czasie.

P.: Powiedzieliśmy, że nie musi tam być aż trzy tygodnie i żeby skróciła tamten pobyt, bo Rosja ją już miała, a Polska nie… Udało się.

Czyli mieliście misję społeczną, aby polski zaścianek zobaczył doskonałe topowe pary. Wiele osób nawet długo tańczących nie ma pojęcia, co się dzieje na świecie.

J.: To prawda. Duża część ludzi została w tym, co było dziesięć lat temu i zna te pary, które wtedy były zapraszane…

P.: …zresztą nadal są…

J.: … i patrzymy na te duchy przeszłości, które ani nie prowadzą zajęć, ani nie dają w Buenos pokazów, tylko czasem można ich spotkać z jakimś uczniem z Europy, który właśnie ich pamięta sprzed dziesięciu lat i pierwsze kroki kieruje do znanych sobie ludzi. A z festiwalem to było tak, że trochę nas wkurzał brak festiwalu w Warszawie. Nie uważałem, żeby to było niemożliwe. Mamy tyle lokalizacji…

P.: Poza tym lubimy Warszawę, to jest nasze miasto. Inne stolice mają festiwale, a u nas…

Bieda.

J.: No właśnie.

P.: My jak postanowimy, że coś robimy, to robimy, a nie zastanawiamy się za bardzo, czy to wyjdzie, czy nie. Gdybyśmy do wszystkiego podchodzili racjonalnie, to pewnie nic byśmy nie zrobili. Przy pierwszej edycji nie zrobiliśmy żadnych wyliczeń.

J.: Nie policzyliśmy, ile kosztują sale, ile wynajem teatru…

P.: Wiedzieliśmy, jakie chcemy mieć pary i je „klepnęliśmy”.

J.: Na koniec pierwszego Recuerdo, kiedy na ostatniej milondze padaliśmy na twarz, powiedziałem, że chyba zrobiliśmy ten festiwal, bo nie wiedzieliśmy, że jest to niemożliwe… Zrobiliśmy to od początku do końca w dwie osoby. Patrycja była grafikiem, sami robiliśmy stronę internetową, materiały promocyjne, odpisywaliśmy na mejle, prowadziliśmy zapisy… Oczywiście na miejscu była garstka osób do pomocy, ale organizacyjnie ogarnialiśmy sami. Kiedy pojechaliśmy na festiwal do Bratysławy i organizatorzy przedstawiali swoją ekipę, wyszło chyba ze trzydzieści osób. W tym roku oczywiście jest już nas więcej, bo z każdą edycją się czegoś uczymy.

Z każdą edycją jest łatwiej, bo już coś jest wypracowane. A listopad z czego wynika?

P.: Z terminów. W pierwszej edycji w ogóle to był jedyny termin, żeby połączyć te trzy pary, a teraz też wynika to z kalendarza naszych maestros.

Jak rozmawiam z moimi znajomymi z południa Europy i nie tylko, to mówią: „Festiwal w Warszawie? Cudownie! Tylko NIE w listopadzie!” Bo zimno i pada.

J.: Gdybym sam miał wybierać termin festiwalu, to wybrałbym wrzesień, ale ponieważ bardzo lubimy się z organizatorami festiwalu w Łodzi i cieszymy się, że on tam jest, to nie chcielibyśmy, by ludzie musieli wybierać, a przecież rzadko kto przyjedzie na dwa festiwale w ciągu dwóch tygodni. W większym odstępie jest większa szansa, że przyjadą na oba.

P.: W lecie z kolei jest bardzo duża konkurencja imprez, które są w super letnich destynacjach, więc dlaczego ktoś miałby wybrać Warszawę, a nie Poreč czy którąś z imprez włoskich lub greckich?

A piękny miesiąc maj?

P.: W maju mamy już regularnie Krakus Aires Tango Festival.

Może już ten listopad zapadł ludziom w pamięć, więc niech zostanie.

J.: W ubiegłym roku była dobra pogoda, dziesięć stopni i słońce.

Czy przewidujecie jakieś dodatkowe atrakcje?

J.: Tak. Zaprosiliśmy dodatkową argentyńską parę – niespodziankę, którą będzie można zobaczyć w teatrze i da pokaz na jednej z milong. Ostatnio ogłosiliśmy koncert genialnych Bandonegro podczas piątkowej milongi festiwalowej. Poza tym postanowiliśmy otworzyć się na polskie pary i chcemy, by dały pokaz na milongach popołudniowych, które odbędą się w Medyku na Oczki. Chcemy, by było to nagrane jako promocja Polaków.

Super pomysł. Co jeszcze?

J.: Będą też śniadania. Postanowiliśmy odpowiedzieć na potrzeby maratoneros.

Którzy lubią dużo, długo i intensywnie, a nie ecie-pecie…
Uwaga! Milongi popołudniowe i śniadania będą dostępne tylko dla posiadaczy full pass-ów! Nie zwlekajcie – czas rejestracji się kończy! 

J.: Nie każdy lubi formułę festiwali. Ja akurat przepadam, bo uwielbiam dobre pokazy, koncert, teatr, czyli jak coś jeszcze się dzieje. Ale wiemy, że niektórzy przyjeżdżają tylko pod kątem milong. W tym roku chcemy napędzić dużo dobrych milongueros z Europy i świata uda się, bo mamy sporo promotorów, więc musimy im zapewnić dużo tańczenia. Wieczorne milongi to dla nich zbyt mało.

Sponsorów przygarniacie?

J.: Oczywiście. Współpraca opiera się na obopólnych korzyściach.

Jak kalkulujecie cenę wstępu? W ubiegłym roku była bardzo atrakcyjna – jak za pokazy takich par.

P.: W tym roku też jest. Rejestracja w parze to kosz 50 euro od osoby za full pass. Nie ma obowiązku rejestrowania się wspólnie, ale dajemy taki bonus dla par. Rejestracja indywidualna to 55 euro. W dniu wieczornej milongi będzie drożej, a reszta dla niezarejestrowanych osób nie będzie dostępna.

Jak często latacie do Buenos?

P.: Raz do roku.

Jesteście jedyną polską parą, która tak systematycznie w tym Buenos jest, a na dodatek daje tam pokazy.

J.: Pokazy dajemy od trzech lat, jeździmy od ośmiu.

Jak się to załatwia, żeby taki pokaz tam dać?

P.: Nie jest tak łatwo załatwić sobie pokaz. Trzeba mieć bardzo dużo rekomendacji od ludzi stamtąd, ale to nie jest tak, że któryś Maestro idzie i mówi, że ma parę, która by zatańczyła.

J.: To tak nie działa, że ktoś wziął z kimś lekcje czy dwie, a potem poszedł i zatańczył pokaz.

P.: Każdy organizator musi cię najpierw poznać, zobaczyć, co robisz, kto za ciebie ręczy.

J.: Oni potem świecą oczami przed tymi starymi milongueros, którzy siedzą na przykład w Salon Canning, i przed gwiazdami, które przychodzą. Patrzysz, a tu siedzi Moira Castelano, tam Julio Balmaceda, właśnie przyszła Noelia z Carlitosem, za chwilę Chicho… A ty masz tańczyć pokaz. Jeżeli zrobisz popelinę, to organizator ma przechlapane i dostaje pytanie: komu pozwala tańczyć..?

P.: Co robi z tego miejsca? A tak w ogóle to Buenos ma dwa momenty w roku, kiedy milongi żyją i zarabiają na siebie: styczeń – luty oraz kiedy jest u nich mundial (mistrzostwa świata w tangu), czyli od połowy lipca do końca sierpnia. Każda para chce w tym wysokim okresie tańczyć, a przepustowość sali jest ograniczona.

J.: Dziennie w Buenos Aires są trzydzieści trzy milongi.

P.: Ale nie chcesz zatańczyć na każdej z nich, tylko na tych kultowych.

J.: Zanim pojechaliśmy pierwszy raz do Buenos, znaliśmy te miejsca z YouTube, bo tańczyły tam pary, które podziwialiśmy. Wtedy sobie myśleliśmy, że to chyba niemożliwe, żeby tam zatańczyć… A tu mija parę lat i tańczysz. Tak naprawdę zatańczyliśmy wszędzie, gdzie chcieliśmy.

Z Wami jest ten kłopot, że jesteście znani na świecie, a wielu Polaków Was nie zna. Dzięki festiwalowi i Facebookowi przebijacie się do miejscowej świadomości, ale jeszcze do niedawna było: „A co to za jedni i czego chcą?”.

J.: Taaak… Albo: „Oni tańczą tylko scenicznie”, „Nie wiadomo, czy oni w ogóle potrafią tańczyć”, „Oni improwizują czy na milongach też mają choreografię”…

Gadać zawsze będą, bo to jest też taka nasza polaczkowa specyfika.

J.: Wszyscy nasi trenerzy i organizatorzy milong w Buenos mówią nam, że mamy lepsze podłoże do tego, żeby brać udział w mundialu, niż robić cokolwiek w Europie. A my w mistrzostwach świata jeszcze nigdy nie startowaliśmy. Mało która para tyle razy się pokazywała. Polacos to jesteśmy my. Nasi kursanci przychodzą do nas i mówią, że zostaliśmy poleceni w Buenos. Tak się zdarzyło kilka razy.

P.: Kiedyś po pokazie podeszła do nas dziewczyna z Polski i powiedziała, że tyle lat marzyła o podróży do Argentyny, w końcu jest w Buenos Aires, wybrała milongę, by zobaczyć pokaz, a tu tańczą Polacy… 🙂 Na szczęście nie była rozczarowana.

Moim zdaniem – tangowej amatorki od jakiegoś czasu przyglądającej się różnym parom – po pierwsze rozwijacie się, i to w szybkim tempie, a po drugie macie to coś, czyli nie tylko escenario, ale także tango w tangu. Na jednym z koncertów Roberto Siri, kiedy występowało kilka par, owacje dostaliście Wy i Piotrek Woźniak z kapeluszem 🙂

J.: Ludzie nie wiedzą, że dobre tańczenie, które im wygląda na choreografię, wcale nią nie musi być. Wszystkie profesjonalne pary mają swoje sekwencje, ale to nie jest tak, że partner przestaje prowadzić, bo mają wszystko z góry ustalone.

P.: Każda para musi mieć swój znak rozpoznawczy.

J.: Patrzysz na Nacucchio i partnerka nie wie, kiedy dokładnie on zrobi sandwich z obróceniem się o sto osiemdziesiąt stopni i podskokiem, ale prawdopodobnie to zrobi. Tak jak swego czasu wszyscy oczekiwali, że Sebastian Jimenez stanie na puencie czy że Facundo Piňero zakręci giro z trzema rondami w trakcie dwóch kroków partnerki.

P.: Jakieś pięć lat temu mieliśmy lekcje z Sebastianem Arce. Przyszliśmy,a on pyta, co jest naszym znakiem rozpoznawczym, co charakteryzuje nas jako parę.

J.: Show me your sequences.

P.: My na to, że nie mamy… A on: „To jak możecie nazywać siebie profesjonalistami?! Bez swoich sekwencji jesteście amatorami – hobbistami!”.

J.: Czyli chodzi o to, że na przykład takie akurat konkretne giro robi tylko Grzybek.

P.: Chodziło mu o coś, co wynika z nas, a nie że ktoś nam coś pokazał. Powiedział, że jak pokaże, to będzie to sekwencja Arce, tylko przez nas zatańczona, a on chce zobaczyć, jaka jest sekwencja Grzybka. Bardzo nas to ruszyło.

J.: Byłem w szoku.

P.: Do tej pory uważaliśmy, że wszystko musi być zaimprowizowane, a Sebastian zapytał: „JAK ma być zaiprowizowane coś, co będzie nowe w czasie pokazu? Improwizować to sobie możesz na milondze!”.

J.: Pokaz to pokaz. Profesjonaliści mają tańczyć, a nie przeżywać. Przeżywać masz ty, oglądając. Bo jak para przeżywa, a ty widzisz bullshit to coś jest nie tak.

Uważam, że są pary świetne technicznie i nawet dobrze uczą, ale zupełnie nie są pokazowe. Może właśnie dlatego, że nie mają czegoś swojego?

P.: Nie. Myślę, że chodzi o typowo artystyczną rzecz: niektórzy mają X Factor, a niektórzy nie. Wyjdzie jedna para i nie zrobi prawie nic, a ty nie możesz oderwać wzroku, a wyjdzie druga, zrobi to samo albo i więcej, a wyłączasz się, nie skupiasz swojej uwagi. Nie chodzi o to, co te pary tańczą, to jest raczej artystyczna iskra lub jej brak.

Dla mnie to jest energia. I może kwestia dobrania się. Jedna z naszych nauczycielek nie ma szczęścia do swoich partnerów pokazowych, ale widziałam ją tańczącą z innym, był czad – czego nie ma na obecnych pokazach.

J.: Czasem jak patrzę na Patrycję, która w Buenos ma swoich ulubionych partnerów, to jest taka energia i zastanawiam się, czy oni już dają pokaz… A czasem tańczysz z mistrzem świata i nie ma nic…

P.: Tak jak w tangu w ogóle, tak w pokazowym i scenicznym – tango nadal jest tangiem, więc musi być ten element zgrania. Tak jak na milondze: koleżance będzie z kimś dobrze, a tobie nie.

J.: Mamy tak, zresztą Vanessa i Facundo też tak mają, wszyscy tak mają… że po pokazie wydaje ci się, że zawaliłeś totalnie… A patrzysz na nagranie i widzisz, że było dobrze. Oczywiście pewnego poziomu nie zaniżysz, ale czasem wydaje ci się, że osiągnąłeś swój szczyt, że było super, a oglądając nagranie widzisz, że było przeciętnie. Nie ma reguły.

P.: Dlatego ja potrzebuję kilku dni, zanim obejrzę nasz pokaz.

J.: A ja muszę od razu.

P.: Facundo zaraz po pokazie zamyka się w łazience i ogląda, a Vanessa mówi: nawet się do mnie z tym telefonem nie zbliżaj… Po pokazie w La Baldosa poszłam ryczeć i chciałam rzucać przedmiotami…

J.: … a zaczęli do nas podchodzić starzy milongueros i mówić: djenkuja…

P.: … i że mucho tango

J.: Na tej samej milondze był Dimitrij z Olgą i Maria Inez z Jorge, więc zrobiło się takie drugie Recuerdo II w La Baldosa. Jako bonus zatańczyliśmy w trzy pary. Dimitrij i Olga to mistrzowie Rosji, niedawno wygrali mistrzostwa Europy, a to nie do nich podchodziły dziadki, tylko do nas. Oni rozumieją, że coś może się nie do końca udać, jeśli widać, że to jest improwizowane. Siedzą tam ludzie, którzy oglądają pokazy hurtowo. Nie zaskoczysz ich ani sekwencją, ani muzykalnością.

P.: Widzieli już wszystko, a połowa z nich to wszystko tworzyła.

J.: Dlatego niektóre świetnie tańczące pary mają obawy przed występem. Więc czym my mogliśmy ich zaskoczyć? Tym, że przyjechaliśmy z Polski – pewnie część z nich nie ma pojęcia, gdzie ta Polska jest, wiedzą tylko, że bardzo daleko… I są zszokowani, że ktoś w Polsce tańczy – sami pewnie nigdy nie opuścili Buenos. Więc chcą zobaczyć connection i to, że para słyszy muzykę… zrobi pauzę…

P.: Ja na przykład czuję presję, że jestem Polką, a nie Argentynką i czuję szacunek do tych starszych ludzi…

Jak następnym razem będziesz czuła presję, to sobie pomyśl, że wiele Polek na początku XX wieku trafiło do domów publicznych w Buenos Aires i tańczyły tango, więc mamy to we krwi! 🙂 A teraz powiedz, czym się różni tango sceniczne od pokazowego.

P.: Pokaz na milondze ma inne założenia. Są tam ludzie, którzy tańczą tango. Są blisko, wokół, z każdej strony. Scena jest liniowa, to takie pudełko. Oko inaczej rejestruje ruch. Dlatego nie mogę zatańczyć tego samego na scenie i na pokazie. Na scenie musi być choreografia, na pokazie wolę nie. Inaczej odbiera emocje ktoś, kto siedzi pół metra ode mnie, a inaczej, kiedy siedzi kilka metrów od sceny. Z piętnastu metrów nikt nie zauważy, czy ja mam connection, bo nikt tak naprawdę nie widzi nawet mojej twarzy.

J.: Każdy, kto układa choreografię na scenę, dokładnie rozpisuje: skąd się idzie i dokąd, w którym momencie. Bierze pod uwagę, że ruch z tej strony wydaje się dla oka dynamiczniejszy niż z drugiej. Są zasady, wszystko jest rozrysowane, dostajesz kartkę: tu zaczynasz, tam kończysz. Cała scena jest zaaranżowana.

P.: Jak jest więcej par, wszystko też jest dokładnie rozpisane, linie bardziej poprzecinane, poukładane w trójkąty, zwężenia. Na pokazie podczas milongi są inne reguły, możesz improwizować, ale wiesz, że ludzie są wokół, więc musisz sobie zrobić rondę – żeby zobaczyli cię wszyscy, których czujesz. Masz ich niemal na skórze. Oni w tym pokazie uczestniczą, nie ma żadnej bariery. Na scenie jest inaczej, jesteś dalej. Możesz sobie włączyć zasłonę, bo jest odległość, światła, orkiestra – i dopiero ludzie. Na milondze jesteś wśród ludzi, dlatego lubimy przed pokazem zatańczyć wśród nich, żeby poczuć daną energię.

J.: Stage, mimo że to choreografia, jest w niej także prowadzenie. Patrycja nie pójdzie sama, jeśli jej nie poprowadzę, bo nie wie, czy na przykład but mi nie został w desce, więc będzie czekała, pomimo że wie doskonale, co dalej. I tak powinno być, bo inaczej wdziera się fałsz.

W Buenos Aires są tak zwane kampanie tangowe.

J.: Tak. Jeżdżą po Europie i świecie, a rekrutacja jest właśnie w Buenos, gdzie ogłaszane są castingi. Raz sobie na taki casting poszedłem, sam, bez Patrycji. Usiadłem przy stoliku i patrzyłem, jak to wygląda. Często zgłaszają się pary po prostu kiepskie. Ich problemem jest brak pieniędzy, więc mimo że są stamtąd, nie mają dostępu do wiedzy i nauczycieli. Nie mają takich możliwości jak rosyjskie kursantki, które przyjeżdżają, by wziąć z kimś dwadzieścia lekcji i wrócić do siebie. Oni sprzątają studio na przykład Mario Moralesa, by móc wziąć udział w zajęciach grupowych i mieć bezpłatną salę do treningów. Ćwiczą sami, więc nie dostaną informacji, którą by mieli, gdyby wzięli dwie indywidualne lekcje i ktoś by im powiedział: tu zróbcie tak, przenieś biodro, stopy stawiaj w ten sposób… Idą na casting i się dostają. Potem patrzysz na takie tango show i widzisz, że on jeszcze nie wszedł w sacadę, a ona już zrobiła boleo… I to razi.

Tak… Byłyśmy z Jolandą na takim spektaklu…

J.: Dlatego wygrywamy z dużą częścią tamtejszych nauczycieli, bo mamy tę wiedzę i doświadczenie, których oni nie mają. Nie każdy nauczyciel Argentyńczyk jest dobrym nauczycielem.

A z innej beczki: na mieście mówią, że zadzieracie nosa, robicie casting na swoje zajęcia i trzeba przysłać film, żeby się do Was dostać…

J.: Dokładnie 🙂

P.: Czekamy na filmy 🙂

Wy mi się tu nie zgrywajcie. Jakub, sam napisałeś w grupie „Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie”, że robicie selekcję,więc tłumacz się!

J.: Nie każdy rozumie moje sarkastyczno – ironiczne poczucie humoru. A poważnie: nasza szkoła jest kameralna. Postawiliśmy na bliski kontakt i na to, że trzeba się uczniami dobrze zająć, „podotykać” ich. Zajęcia trwają do dwóch godzin, w grupie mamy max sześć par – tylko wtedy jesteśmy w stanie sprawdzić, czy coś uczniom dobrze wychodzi, co jest fizycznie niemożliwe przy dwudziestu parach. Ogólne uwagi daje się w systemie warsztatowym, a w nauczaniu my podchodzimy niemal indywidualnie..

Ktoś chodzi na zajęcia przez dwa lata i niewiele umie…

 

J.: My nie mamy takiego kompleksu, aby mówić ludziom, że się muszą długo uczyć tanga, bo uważamy, że nie trzeba się uczyć długo,jeżeli się uczysz u nas 🙂

Jest taki jeden, co to wypisywał, że inni źle uczą, a jak się przychodzi do niego, to od razu się tańczy…

J.: Tak poważnie: mamy background taneczny, znamy różne techniki ruchu, ja uczę od szesnastego roku życia…

Zacząłeś tańczyć, jak miałeś dwa?!

J.: Pięć. Uczenie jest jak z X Factorem pokazowym: albo to masz, albo tego nie masz. Są nauczyciele z topu światowego, nadal zapraszani na warsztaty – ja ich cenię jako tancerzy, ale podczas uczenia są w stanie tylko pokazać: tak rób jak ja, powtórz ćwiczenie. A nie jest w stanie powiedzieć, co się w tym ruchu dzieje. My mieliśmy takie szczęście…

P.: Nie, to nie było szczęście. Też przeszliśmy przez mnóstwo magików.

J.: Ale ostatecznie trafiliśmy dobrze.

Na kogo?

J.: Nie powiem, bo wszyscy tam pójdą 🙂

Akurat! Przecież to za granicą, a naszym często z Gdańska czy Poznania jest do Warszawy za daleko… Bielsko Biała na przykład ma świetne imprezy, na które zjeżdża cała Polska, pół Europy i kawałek świata, ale sama poza Kraków i Czechy – oprócz Ani Pietruszewskiej – prawie nie jeździ… 

J.: Najśmieszniejsze jest to, że ludziom się wydaje – nam zresztą też się kiedyś tak wydawało – że w Argentynie to jest tyle maestros A tak naprawdę to jest piramida: na dole są kursanci, którzy chodzą na grupówki, ale nie bardzo na milongi. Wyżej są ci, którzy chodzą na lekcje i na milongi. Jeszcze wyżej są milongueros, którzy chodzą regularnie na milongi, uczą się na lekcjach i warsztatach, jeżdżą na festiwale. Potem jest poziom semi profesjonalny: już uczą. Piramidka się zawęża. Potem są ludzie najlepsi w danym regionie, a jeszcze wyżej półfinał mundialu.

I co w związku z tym?

 

J.: To, że z dołu inaczej to widzisz niż z góry. Na dole wydaje ci się, że jest coraz więcej, że rośnie. A jak ocierasz się o szczyt piramidy i rozmawiasz z najlepszymi parami, to się okazuje, że wszyscy w nauce własnej ocierają się raptem o pięć nazwisk…

P.: Nie przesadzaj, jest ich trochę więcej.

J.: Trochę, do dziesięciu. I teraz jak idziemy na lekcję, to obok nas są nauczyciele, u których rok czy dwa lata temu braliśmy lekcje. Albo wychodzimy z lekcji indywidualnej, a po nas wchodzi nasz nauczyciel sprzed 2 lat. Więc my chcemy czerpać wiedzę u źródła i nie chcemy tańczyć jak ktoś, tylko chcemy wiedzieć, kto jest jego nauczycielem i do niego iść.

A macie pedagogiczne sukcesy? Sztandarowych uczniów,którzy wyszli spod Waszych rąk?

(Porozmawialiśmy off road, ponieważ może te osoby nie chciałyby być wymienione z nazwiska… Ale są i rzeczywiście dobrze tańczą. Niektórzy mają aspiracje escenario, ale są też tacy, co tańczą klasycznie i są świetni…Znam, potwierdzam. Jest jedna radosna para, która podobała się mojej Mamie na koncercie w Wilanowie 🙂).

P.: Ludzie mają różne swoje wyobrażenia… Czasem nieosiągalne, bo mają tak spięte ciała… I nie chcą tego rozluźnić… Więc ich ruch nie będzie taki jak pierwowzoru – na przykład Vanessy Villalby – bo jej ciało jest bardzo uwolnione. Dawno temu też miałam taki etap, że chciałam jak ktoś. Kiedy studiowałam śpiew solowy, to chciałam mieć głos jak ktoś. A kiedy pojawiło się w moim życiu tango, odkryłam, że nie ma kogoś takiego, że bym chciała właśnie jak ten ktoś.

Ja nigdy nie chciałam jak ktoś, ale coraz bardziej lubię się uczyć. Mam dość dużą świadomość i wiem, że profesjonalną tancerką to może będę za trzy wcielenia. Opowiadać można różne rzeczy, ale jeśli nie jesteś skoczkiem wzwyż, to wyżej dupy nie podskoczysz. Ale zgodzę się, że może być lepiej, ładniej i wygodniej.

J.: To, co teraz powiem, możesz umieścić w wywiadzie (dziękuję, łaskawco! 🙂 ). Mieliśmy pogadankę z bardzo znaną w Polsce europejską parą maestros, a zarazem naszymi bliskimi znajomymi. A także inną przyjaciółką tangową, założycielką TangoMeet. To były dwie różne rozmowy. I tak sobie rozmawialiśmy, że my jesteśmy parami wygranymi, bo możemy iść na lekcje do każdego, do kogo chcemy. Posłuchać tego samego, ale być może ktoś powie coś w najbardziej trafny sposób. Inni są ograniczeni. „A”. nie pójdzie na lekcję do „P”., bo mu korona z głowy spadnie. Nauczyciele nie pójdą do siebie wzajemnie ani na indywidualne lekcje, ani na grupowe. Chylimy czoła przed Clarissą Aragon i Jonathanem Saavedrą, bo może dlatego, że są młodzi i weszli szturmem w światowy TOP, nie mają kompleksów, by iść na jakieś tam warsztaty.

P.: W połowie stycznia jest Argentina Tango Festival Salon i oni byli na wszystkich grupówkach.

J.: Bo wiedzą, że sobie to wykorzystają na swoim łorkszopie i swoim turze (chodzi o workshop & tour).

Zawsze można się czegoś dowiedzieć.

J.: Zbierając tę wiedzę od ludzi, którzy nam się w życiu trafiali, bywało tak, że wydawaliśmy sto dwadzieścia euro, by się dowiedzieć JEDNEJ rzeczy. Zbiera się doświadczenia przez lata, testuje na uczniach. W topowych fabrykach w Buenos Aires, w których szkolą mistrzów – dochodzących do półfinału i finału na mundialu –jest obowiązek uczenia kursantów od zera. Czym innym jest zrobienie warsztatów i tour, podczas którego nauczysz ludzi sekwencji, a czym innym jest odpowiedzialność, kiedy uczysz od początku. W jednym czy drugim studio w Buenos Aires muszą się odbyć zajęcia, nawet jak przychodzą dwie pary turystów. Nauczyciele na nich nabierają doświadczenia pedagogicznego.

A jak to się ma do Was?

J.: Właśnie ze wspomnianą wcześniej znajomą rozmawialiśmy… I ona zapytała: „Pomyślcie… ile jest takich par, które inwestują koszt nowego samochodu w podróż i lekcje w Buenos?” W Polsce to jesteśmy my… Powiedziała, że są nauczyciele, którzy zamykają się w swojej szkole i siedzą tam przez dwanaście lat i swoją własną wizję tanga kreują na podstawie pytań od kursantów. Uczą już nie tanga argentyńskiego, a tanga swojego własnego.

Wielu nauczycieli się nie rozwija. Wielu tancerzy, nawet pokazowych, nie widzi, że pozostali w estetyce ruchu sprzed dziesięciu lat… A niektórzy nauczyciele argentyńscy – sprzed trzydziestu…

J.: Dlatego my – pomimo tego, że Azja na nas czeka, Bora Bora i cały świat – do tego cholernego Buenos co roku jeździmy 🙂

Świat a kysz… A jesteście otwarci na zaproszenia z Polski?

J.: Oczywiście!

P.: Generalnie lubimy to, co robimy.

Jeśli ktoś zaczynał gdzie indziej, nie u Was – ma szansę dostać się do Was do grupy zaawansowanej? Czy musi wziąć jakieś korepetycje?

J.: Ma szansę, tylko max w grupie zaawansowanej to siedem par i na dzień dzisiejszy został osiągnięty.

P.: Jeśli zebrałaby się nowa cała grupa, to ruszymy.

Zatem: zgłaszajcie się! Chociaż z tym zaawansowaniem bywa różnie… Wiele osób uważa się za zaawansowane, a nie umieją chodzić, nie mówiąc o nawigacji na parkiecie…

J.: Dla nas zaawansowanie jest wtedy, kiedy ktoś tańczy płynnie na milondze. Na każdych zajęciach jest jeden temat.

P.: To są bardziej warsztatowe seminaria: jest technika, jest sekwencja. Zajęcia grupy zaawansowanej trwają dwie godziny.

J.: Jeśli robimy coś do DArienzo, to ćwiczymy dany element, a przez ostatnie pół godziny ćwiczymy przysposobienie tego na przykład do milongi. Jeśli robimy coś na bazie giro, to pokazujemy, jak to zdublować, by pasowało w walcu.

A uczycie tańczyć w muzyce? Jak się zabrałam za prowadzenie milongi, to mimo że znam utwór – jak się chcę coś zrobić, to ten pasujący moment minie, a ja nie zdążę… Jak ktoś tańczy mechanicznie, a nie do muzyki – to jest potworna nuda. Wolę muzykalnego słabszego technicznie niż niemuzykalnego terminatora… A raz mi się zdarzyło mało nie zasnąć…

J.: Jak masz rozgryzione, jaki kompozytor, co i kiedy, to przestaje być trudne.

P.: Masz narzędzia i z nich korzystasz.

J.: Jak wiesz, że będzie fraza z pianinkiem, to wiesz, że będzie czas na ozdobniki. A jak zaczną się skrzypce, to nie skończą się tak szybko, tylko potrwają ze trzy ósemki i wtedy tańczysz do skrzypiec. Rozumiesz?

Nie, ale wierzę. Co w nauczaniu jest dla Was najważniejsze?

J.: To, co później jest najważniejsze dla ludzi w tangu.

P.: Komfort i kontakt.

J.: Komfort samych ze sobą i komfort w parze.

A jak trafiacie na wyjątkowo oporną melepetę, nie tracicie cierpliwości?

J.: Mieliśmy kiedyś taką parę… Może tego nie przeczytają… Było to w komercyjnej szkole tańca, gdzie recepcja wrzuca jak najwięcej ludzi, żeby lekcja była najbardziej rentowna… Nie dość, że para ta szła w przeciwną stronę niż grupa, to jeszcze on szedł przeciw niej i w ogóle wszystko było na opak. Prorokowałem, że jak skończy im się karnet, to nigdy nie wrócą, bo chyba nie są ślepi i widzą, że to nie jest aktywność dla nich. To był jedyny raz, kiedy kogoś oceniłem, że się nie nadaje. A teraz oni są w naszej grupie zaawansowanej…

Samozaparcie drogą do sukcesu.

J.: Też, ale także to, że jesteś pod czyimś dobrym okiem. Nie ma czegoś takiego, że kogoś można nie nauczyć.

Czasami jest limit ruchowy.

P.: Tak, ale zawsze można do niego dojść, a niektórzy zatrzymują się w połowie drogi. Wszystko jest w głowie! Te przypadki, które wyglądały na beznadziejne, spowodowane były blokadami poprzez przekonania, własne teorie i zamknięcie na pewne rzeczy, a nie ciało.

J.: Czasem jest tak, że musisz coś wybrać. Jeśli ktoś jest mało zdolny i połączenie nóg powoduje, że nie wie, co dalej, którą nogą i w którą stronę, to skupiasz się na tym, by koncentrował się na partnerce.

P.: Nie będziemy go na siłę uczyć lapisów i enrosque, a tego,co jest w stanie ogarnąć na dany moment.

J.: Wybierasz, co dla takiego ucznia jest ok, aby zaczął tańczyć.

Dajecie radę ze zwiększonym zapotrzebowaniem na uwagę jednej osoby?

P.: Jesteśmy zazwyczaj we dwoje, radzimy sobie. Dlatego też chcemy mieć małą ilość par.

J.: Niektórzy nam mówią: powiększcie szkołę, to będziecie mieli większy biznes. Moim zdaniem mogę otworzyć jeszcze jedną grupę, ale nie mogę wpuścić na salę dwudziestu par!

P.: Po jakimś czasie i tak zostanie dziewięć – dziesięć. To ja wolę mieć te sześć – siedem par cały czas, niż mieć poczucie, że połowa mi odpadła.

J.: Przy dużych grupach jest mniejsze nauczycielskie poczucie obowiązku. Jak ci z małej grupy ktoś odpada, to czujesz presję, by ta grupa się nie rozpadła. Małe grupy bardziej się czują zintegrowane.

P.: Jako nauczyciel przy małej grupie jesteś bardziej na celowniku, ludzie widzą każdy twój ruch, nie odejdziesz sobie do kantorka…

by pomieszać herbatę…

P.: Widać zaangażowanie w zajęcia. Przy dwudziestu parach niekoniecznie, bo jest tłok, szum, harmider.

J.: Za mało par też jest niedobrze dla grupy, wtedy ludzie czują się obnażeni. Minimum to cztery pary – mamy to przez lata sprawdzone. Wtedy ludzie czują, że są grupą. Trzy pary – to taka grupa semi indywidualna, ale z obcymi. Więc się źle czują, bo przyszli na zajęcia grupowe. Zachowanie złotego środka jest ważne.

Od ilu lat organizujecie wyjazdy?

J.: Od dziewięciu, co roku. Była Lizbona, Porto, Rzym… Dwa ostatnie lata – Poreč. Prowadzimy trzy godziny zajęć, a wieczorem idziemy na festiwalowe milongi.

Super pomysł!

J.: Wiem 🙂 Coraz więcej ludzi się o to dopytuje. Może niekoniecznie chcą siedzieć na warsztatach za sto euro i spędzać dzień w sali. Dlatego my mamy zajęcia w godzinach 10.00. – 13.00., a potem jest czas wolny. Wieczorem festiwalowa milonga. I nasze dziewczyny, z naszej grupy, są proszone. I chociaż na co dzień tańczą tylko ze swoimi mężami, tu przerabiają kilkunastu partnerów. Faceci również prosili lokalne kobiety.

Nie tylko! Jolanda mówiła, że tańczyła z jednym od Was i że był super.

J.: W przyszłym roku chcemy jechać do Valencji albo do Alicante.

O! I na pewno chcecie filmy, zanim przyjmiecie na taki wyjazd.

P.: Nigdy nie chcemy żadnych filmów, ale rozważamy, czy nie poprosić w przypadku zapisów na masterclass u naszych festiwalowych maestros.

Nie prosili – chyba… Ostatnie miejsca zostały – kto ma nauczycielskie ambicje, must be!

J.: W tym roku będą zajęcia dla nauczycieli i dla zaawansowanych.

P.: Maestros poprosili nas, żeby to były pary naprawdę zaawansowane, ponieważ będą z nimi pracować tak jak z parami profesjonalnymi w Buenos Aires. Więc to jest nasza odpowiedzialność.

J.: A jak ktoś się przemknie, to na pewno maestros nie będą zaniżali poziomu.

Tylko że to jest wkurw, bo początkujący na zajęciach dla zaawansowanych zaburzają energię.

P.: To jest wkurw dla nauczycieli, ale i dla uczestników.

J.: Na różnych festiwalowych warsztatach dla zaawansowanych proszą albo o film, albo o rekomendację.

Ja uważam, że to wcale nie jest złe, jeśli zależy organizatorom na wyrównanym wysokim poziomie grupy. Na filmie widać, czy stawia ładnie stopy, jaką ma postawę… A na koniec zapytam o początek: u kogo Wy zaczynaliście? (rozległ się przeciągły jęk i pytanie, czy to kogokolwiek interesuje… Tak! Mnie! Mój wywiad, pytam, o co chcę i oczekuję współpracy 🙂 ).

P.: Za czasów Barrio de Tango – Kasia Lubaś i Magda Lewandowska sprowadziły Facundo Gil Jauregui, który chciał nam jak najwięcej przekazać. Wcześniejsi się nie liczą, to były jakieś mało udane próby. Jeszcze wcześniej pływaliśmy na statkach i dawaliśmy taneczne show. Przypływaliśmy dwa razy w tygodniu do Barcelony.

J.: Tańczyliśmy takie musicalowe kawałki i trochę już nam się to znudziło. O tangu nie wiedzieliśmy nic, ale stwierdziliśmy, że sobie zrobimy jakieś tango show. Wiedzieliśmy, że w Barcelonie stacjonuje trochę Argentyńczyków, więc – kultywując naszą zasadę, że jak się uczyć, to u źródła a nie gdzieś tam – postanowiliśmy zaniechać spacerów po Rambli i pójść się pouczyć tanga.

P.: Przede wszystkim chcieliśmy, żeby ktoś nasze wymysły trochę ogarnął, bo mieliśmy wtedy taką wizję tanga jak ludzie, którzy o nim nie wiedzą nic. Odkryliśmy świat, o którym nie mieliśmy pojęcia. Na tamten moment urozmaiciło to nasze choreografie, a potem…

J.: … zaczęliśmy eksplorować.

P.: Potem pojawiały się pary argentyńskie w Polsce i oczywiście chodziliśmy na lekcje, głównie indywidualne.

J.: Jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby zapisać się na kurs…

P.: Lekcje grupowe odbywały się w czasie, kiedy pracowaliśmy, więc nie mogliśmy w nich uczestniczyć.

Spędzacie ze sobą całą dobę. Jesteście małżeństwem… z osiem lat?

P.: Więcej.

Pobraliście się w przedszkolu?!

P.: Prawie. W 2005 roku wzięliśmy w ślub w tajemnicy.

J.: Wiesz: Romeo i Julia… 🙂

No więc jak to jest być dwadzieścia cztery godziny ze sobą? Wyjeżdżacie gdzieś pojedynczo, żeby od siebie odpocząć? (popatrzyli na mnie jak na niespełna rozumu kosmitkę).

P.: No ale jak to tak odpoczywać od siebie?

J.: Odpoczywamy od siebie, jak śpimy.

P.: Albo jak idziemy na basen – co prawda razem, ale pływamy na osobnych torach!

J.: Wiesz… Jak ktoś już jest tak długo razem, to…

często ma tego zwyczajnie dość.

J.: Nie, jeśli masz tyle wspólnych pasji… My mamy musicale, teatr

No dobra, ale jest tyle pięknych dziewczyn, w Argentynie tylu przystojniaków…

J.: Patrycja nie lubi Argentyńczyków.

P.: Nie mój typ.

J.: Dlatego tak często tam latamy 🙂 Nie czuję zagrożenia.

No dobra… (postanowiłam nie dać się spławić!) Ale przecież są różne pokusy… (albo oni niegramotni, albo ja jakaś nie teges, bo popatrzyli na mnie, jakbym nagle zaczęła jodłować…).

J.: Oglądasz ten sam świat… razem.

P.: Może u nas tak jest, bo w pewnym sensie dorastaliśmy razem.

J.: Jesteśmy inni niż w wieku dziewiętnastu lat, ale jeśli się razem developuje

A nie zdarzyło się, że Cię kobity molestują? (Jakub popatrzył na mnie, jakbym recytowała poezję w sanskrycie…)

J.: Ale że na lekcjach?

Właściwie to nie wiem! Na lekcjach trudno to sobie wyobrazić, na milongi nie chodzisz, to nie dajesz okazji… (poddaję się! Mało są pudelkowi!).

J.: Nie mamy zwyczajnie czasu. Dużo trenujemy, dajemy lekcje, prowadzimy warsztaty, sami się dokształcamy. W Buenos Aires dostaliśmy od Vanessy&Facundo ochrzan, że albo mamy swój trening i lekcję z nimi, albo idziemy na milongę, bo wszystkiego nie damy rady. I albo jesteśmy profesjonalistami, albo jesteśmy świrnięci i chcemy wszystko, ale nie będziemy mieć nic, bo z lekcji nie skorzystamy, a na milondze będziemy nieprzytomni.

A odskocznia od tanga?

P.: Londyn. Mamy tam zakaz mówienia o tangu.

Sami sobie zakazujecie?

P.: Tak. Mam zakaz oglądania filmików na YouTube czy Facebooku. Jedziemy tam i ma być nie tango – ponieważ u nas tango jest wszędzie. Nie mamy innej pracy, nie spotykamy się od 9.00. do 17.00. z innymi ludźmi niż tangowi. 90% naszych znajomych jest z tanga.

J.: Do Londynu latamy mniej więcej raz na półtora miesiąca, oglądamy musicale i sztuki.

P.: Jesteśmy musicalowymi frickami.

J.: Jest też teatr, wystawy…

Ile czasu potrzebujecie na taki reset?

J.: Trzy – cztery dni.

P.: Jak nie pracujemy, to nie zarabiamy, nie mamy płatnego urlopu.

Niemożliwe?! (he he) Czyli wyjazdy do Buenos to nie tylko wydatek tam, ale i tu: czynsz za szkołę trzeba zapłacić… Ile Was taki wyjazd na miesiąc kosztuje? Trzydzieści tysięcy?

P.: Robimy spis: ile nas kosztują bilety, mieszkanie, lekcje, dojazdy – zapisuję wszystko. Plus dodatkowo mamy margines…

J.: … czyli dodatkowa suma, ale nie do ruszenia! I co? W połowie wyjazdu poszły wszystkie pieniądze. Bez skrupułów ruszamy kupkę nie do ruszenia. Potem kartę kredytową… jedną… i drugą…

P.: Czasem kończy się telefonem do mamy

J.: Albo do znajomych: przywieźcie tysiąc dolców!

W tym tysiaku byłam pośredniczką, a mogłam zdefraudować… 🙂

J.: W tym roku też ktoś tysiąc dowoził. Z drugiej strony: jesteśmy tam, jakieś okazje się pojawiają: lekcje, buty… Więc mówimy: TERAZ jesteśmy w tym Buenos… i co..? Nie wziąć..? 🙂

Brać! Życzę Wam wszelkiego powodzenia i do zobaczenia na Recuerdo!

Patrycja i Jakub to najbardziej utytułowana polska para: mistrzowie Europy Tango Escenario z 2014 r. Dają pokazy w Polsce i za granicą. Stali bywalcy milong w Buenos Aires. Festiwal Recuerdo odbędzie się po raz trzeci – rejestracja na full pass tylko do jutra!

 

 

 

 

Warsaw Tango Festival Recuerdo II

Jola:

Jestem pełna uznania dla Patrycji Cisowskiej – Grzybek i Jakuba Grzybka. Ta para jest mało u nas znana i w Polsce niedoceniana. To nie są jacyś tam tancerze i organizatorzy. To są Mistrzowie Europy w Tango Escenario z 2014 roku!

Show w Teatrze Sabat

Ania:

Kiedy kilka lat temu zapytałam Jolandy: „A co to za jedni?”, ona popatrzyła na mnie tymi swoimi zielonymi oczami i powiedziała z wyrzutem: „Jak to: mieszkasz w Warszawie i ich NIE ZNASZ?!”. Zrobiło mi się łyso, ale taki był fakt: nie wiedziałam, ki czort. Na szczęście nadrobiłam braki i muszę przyznać, że obserwując ich nie zawaham się stwierdzić, że jest to jedna z najdynamiczniej rozwijających się tangowo polskich par.

Jola:
Miałam przyjemność oglądać ich pokazy na parkietach Buenos Aires, między innymi w kultowym Salon Caning. A tam nie występuje byle kto i nie każdy może dostać zaproszenie. A niejedni by chcieli. 

  

Ania:

Nie są w Polsce znani, bo bez przerwy jeżdżą po świecie. W Buenos Aires są ze dwa razy w roku, jak nie częściej. Tam dają pokazy i tam czerpią ze źródła, korzystając z lekcji u najlepszych tangowych nauczycieli. W Warszawie prowadzą swoją szkołę tanga. Udzielają lekcji prywatnych. Zwyczajnie nie mają czasu, by bywać na miejscowych milongach.

La Baldosa, Buenos Aires

Jola:

Występują, uczą i jeszcze mają siłę i chęć na zorganizowanie takiej imprezy ❤ A dopięcie eventu tego kalibru to nie lada sztuka, finansowa i logistyczna.

Ania:

Dlatego Warszawa nie miała festiwalu. Są imprezy łączące maraton z festivalito, ale po porażce finansowej dawnego festiwalu sprzed lat – nikt nie chciał podjąć ryzyka. Myślę, że nikt też nie mógł, bo po prostu nikt nie zna świata argentyńskich maestros tak jak oni.

Jola:

Po raz drugi gościliśmy w Warszawie najlepsze pary tangowe świata.
Nie wiem, jak oni tego dokonali… Zaproszenie Vanesy Villalba i Facundo Piñero, Virginii Gomez i Christiana Marquez, Marii Ines Bogado i Jorge Lopez – w jednym terminie! – to rzecz prawie niemożliwa.

Ania:

Do tego doszli Olga Nikolaeva & Dmitry Kuznetsov – vice mistrzowie Europy Tango Escenario 2017, a także finaliści Mundial de Tango Escenario w Buenos Aires trzy lata z rzędu – a jak wiadomo, jest tam ogromna konkurencja…

Jola:
Zeszłoroczna edycja była sukcesem, pomimo małego zainteresowania ze strony naszych rodzimych tangueros i maestros. W tym roku festiwal był jeszcze lepszy.

Ania:

Warszawscy byli także rok emu!! A reszta kraju widocznie myśli, że nie musi, bo po co, skoro i tak ma uczniów, którzy płacą i myślą, że tańczą tango… 

Ale wróćmy do edycji II. 

Czwartkowa Opening milonga odbyła się na warszawskiej Pradze, w industrialnym budynku dawnej fabryki czegoś tam. Kiedy podjechałam i zaparkowałam – czułam się trochę nieswojo… Betonowe magazyny… Rampy… Noc… Nikogo… I tylko osamotniony stojak z bannerem starał się zwrócić na siebie uwagę, bez wskazywania jakiegokolwiek kierunku… Na szczęście ktoś się jednak pojawił i okazało się, że przez magazyn wchodzi się do nowoczesnej sali szkoły tańca (po mega fioletowym dywanie!), z barem, świetną drewnianą podłogą i dobrze zaopatrzonym bufetem. Tłoku nie było – jak to na festiwalu w czwartek (wszędzie na świecie ten dzień nie jest oblegany), ale ilość tangueros była dokładnie taka, jaka powinna być na tej parkietowej powierzchni.

  

Pokaz naszych organizatorów, czyli Patrycji i Jakuba, był bardzo gustowny (zobacz TU). Czasem tak jest, że para jest świetna technicznie, super uczy, ale pokazowo niestety nie wygląda. Z różnych względów. A Patrycja i Jakub zgarnęli całą pulę talentów: umieją wszystko (Jakub jest także świetnym konferansjerem – z polotem i humorem 😀 ). I nadal się rozwijają. To naprawdę w polskich warunkach nie jest powszechne.

    

Jola:

Tak, nawet maestros muszą się uczyć, nie tylko zwykli śmiertelnicy.

Ania:

Dlatego dziwię się, że było tak mało nauczycieli z Polski. Co ciekawe: byli ci najlepsi! Ci, co byli w Buenos. Ci, co dają przepiękne pokazy. Co prowadzą lekcje i chcą je mieć na wysokim poziomie. A krajowa średnia i nauczycielskie przedszkole chyba uznało, że nie musi patrzeć na najlepszych, nie mówiąc o warsztatach. Po co? Skoro uczniowie nie mają za dużych wymagań i mimo wszystko zostawiają u nich kasę… Tak, wiem: mogło komuś coś wypaść, mógł się rozchorować. Ja piszę o tych, którzy są zwykłymi ignorantami, a to plaga wśród polskiego środowiska nauczycielskiego.

Jola:

Piątek należał do Marii Ines Bogado i Jorge Lopeza. Dali pokaz dwukrotnie: na popołudniówce (apartamenty Złota 44, 50. piętro – tak, tam kupił mieszkanie Robert Lewandowski 🙂 ) i na milondze nocnej. Maria Ines jest niesamowita. To tancerka bardzo młodego pokolenia. Zobacz

    

    

Milonga na Złotej była tylko na zaproszenia, które organizatorzy losowali. To niezwykłe miejsce, przede wszystkim ze względu na widok. 50. piętro jest niemal całe przeszklone. To tu znajdują się apartamenty pokazowe.

Ania:

KAŻDY musi pstryknąć sobie fotkę, bo inaczej wizyta się nie liczy 😀 Moje obecne profilowe na fejsie pochodzi właśnie z tej imprezy 🙂

      

Jak festiwal – to i koncert na żywo. Rosyjscy muzycy:Tango En Vivo Orchestra – zespół młodych chłopaków pełnych wigoru – dali czadu… Lubią, by było głośno. Moim zdaniem trochę z decybelami przesadzili. Energii nie robi się przez hałas. No ale pożyją, może nie będą mieli potrzeby walenia po garach na maksa.

    

Grali świetnie, tańczyło się bardzo przyjemnie. Do świtu!
A w sobotę… krew, pot i łzy. Automatyczna masakra mechaniczną piłą tangowej techniki…

Jola:
Jeśli ktoś chciał się uczyć od najlepszych, to miał niebywałą okazję i miał z czego wybierać. Warsztaty z parami argentyńskich maestros to naprawdę okazja do poszerzenia tangowych horyzontów.

   

Ania:

Zwłaszcza jeśli ktoś uważa, że wyszedł z tangowego przedszkola. A jeśli ma aspiracje, by – będąc zwykłym tanguero bez edukacyjnego przygotowania (moim zdaniem zmora tangowego świata, no ale jest) – uczyć innych – to nie skorzystanie z tego, że Buenos przyjeżdża do Warszawy, jest zwykłą ignorancją. Ludzie – pytajcie, gdzie uczyli się Wasi ochotnicy na nauczycieli i jakie mają na to dowody… Na jakich byli międzynarodowych imprezach i kogo widzieli na żywo, a nie tylko na jutjubie… Nie wydawajcie pieniędzy bez sensu! Nie dawajcie sobie wciskać wizytówek na milongach! To NIE są nauczyciele!!!

Jola:

Poszłyśmy na warsztat z techniki. Trzy maestroski (Vanesa Villalba, Virginia Gomez, Maria Ines Bogado) wzięły nas w obroty przez 5 (!) godzin, jedna po drugiej. Było super! Całość kosztowała raptem 300 zł, a naprawdę było gęsto.

   

   
W ogóle cena festiwalu była bardzo niska. 200 zł za całą imprezę ze wszystkimi pokazami – to naprawdę niewiele.

Ania:

Niestety – jest jedna niedogodność: pora roku. Kiedy zachęcałyśmy naszych południowych kolegów do przyjazdu, mówili: „W listopadzie?! Nigdy. Chętnie! Ale w lato”.

Jola:

Jednak niektórzy przyjechali…

Ania:

Hahah na tym jednym zdjęciu widzę przynajmniej takich dwóch…

Wieczorna milonga sobotnia to gala na całego. Wino, buty, ciuchy… Czyli pełne spektrum także okołotangowych przyjemności.

      

Przybyło – UWAGA! – 350 osób! Nic dziwnego, skoro pokazy były dwa, i do tego topowych par. Rozpoczęli Vanesa Villalba i Facundo Piñero. CO TO SIĘ DZIAŁO… Panowie zrywali krawaty/muchy/marynary… Kobiety omdlewały…licząc na ocucenie… szampanem…

      

To był absolutnie pokaz roku w Polsce. Oczywiście – nie widziałam wszystkich pokazów w całej Polsce – ale z reakcji tych, co jeżdżą (nie tylko po naszym kraju), a także z reakcji przybyłych międzynarodowych maestros wnoszę, że TO był pokaz nadzwyczajny. Pierwszy taniec jest TU.

Trudny orzech do zgryzienia mieli Los Totis, czyli Virginia Gomez i Christian Marquez, którzy wystąpili zaraz po. Ale dali radę! Są świetni. Technicznie doskonali. Zobacz!

Obie pary dostały owacje na stojąco i obie uraczyły nas bisem.

Jola:
Sobotni pokaz Vanesy i Facundo powalił mnie na kolana. Zresztą: wszystkie pokazy były na najwyższym poziomie.

Ania:

Każdy typ imprezy ma swoją specyfikę. Niektórzy fukają na „zadęcie” festiwali. Mnie to śmieszy. Festiwal rządzi się swoimi prawami (o szczegółach napiszę kiedy indziej). Piękne wnętrze z marmurową podłogą o dobrym poślizgu jest jak najbardziej TOP (w Buenos tańczy się głównie na podłogach kamiennych. Milonga i festiwal nie ma tylu godzin tańca, żeby to miało być przeszkodą). Jeśli kogoś bolały nogi, to nie od tego konkretnego podłoża, tylko od tego, że nie ma techniki ich stawiania. Stopy i kolana wysiadają na podłodze tępej (dlatego nie ma zbyt śliskiej hehe). Na kamiennej z dobrym poślizgiem nic nie wysiada, jeśli ma się właściwe buty (do tanga, a nie do tańca towarzyskiego) i umie stawiać stopy. A nadęcie? Co to znaczy? Elegancka oprawa i shows rewelacyjnych par to nadęcie? Panie w elegantszych sukienkach i brak panów w t-shirtach? Nie każdy lubi elegancję – i ok. Można zjeść obiad w restauracji Modesta Amaro, a można wsunąć kotleta na obiedzie u cioci Krysi. Nieporozumieniem jest – i nietaktem – kiedy od cioci będziesz wymagać fantazyjnego dania, jakie jest w menu restauracji Amaro. Tak samo: jeśli pójdziesz do Amaro i zaczniesz się domagać kotleta jak u cioci… TAK, festiwal ma zadęcie, bo to taki typ imprezy. W końcu iluż z Was, drodzy Rodacy, widzi chociaż jeden festiwal w roku? My z Jolandą widujemy przynajmniej jeden na kwartał, a tak naprawdę to chyba jeden na dwa miesiące… Albo sześć tygodni… Musimy podliczyć nasz 2017 rok 🙂 Więc jeśli ktoś nie jeździ, niech nie krytykuje. Nie lubisz takich imprez? Ok. Nie każdy lubi szampana. Niektórzy do końca życia zostają przy musującym Dorato… Pokazy par warto oglądać na każdym etapie tangowego życia, bo na każdym etapie coś można z nich wynieść (zwłaszcza na późniejszym, jak już umie się odróżnić dobre jakościowo tango od ściemy).

Jola:

Ogromną niespodzianką był dla mnie niedzielny pokaz rosyjskiej młodej pary: Olgi Nicolaevy i Dimitra Kuznetsov (link wstawimy, jak pokaz zostanie opublikowany).

  

Ania:

Jak mówi nasz rodzimy tanguero Ojciec Wiesław: „Tango kończy się tam, gdzie zaczyna się balet lub cyrk”. Tego ostatniego nie było. Balet – tak, bardzo subtelnie dodany do tanga. Widać, że Olga jest także tancerką klasyczną (jak większość zawodowych tanguer). Ten balet był tak bardzo na miejscu… Z przyjemnością chłonęło się cały występ tej niezwykłej pary, z której biła energia i radość wspólnego tańca.

Ronda maestros zwieńczyła cały festiwal. A afterka w SPATiF-ie, na Milondze Uno, domknęła wierzeje tegorocznego Recuerdo.

Jola:
Z ogromną przyjemnością oglądałam czwartkowy pokaz Patrycji i Jakuba. To cudownie rozwijająca się nasza para. ❤ Mam nadzieję, że będzie można ich zobaczyć nie tylko na festiwalu, ale również na innych polskich wydarzeniach.

Ania:

Jak ich zaproszą, a oni znajdą czas. Już niektórych zazdrość zżera, że tych dwoje może, umie, że im wychodzi. Polacy to specyficzny naród. Wspierają się w kataklizmie i tragediach, nie umieją znieść sukcesów innych. Nie szkodzi. Myślę, że kolejna edycja będzie jeszcze bardziej mega. O ile to możliwe… Ale póki co warto obejrzeć nasz narodowy towar eksportowy :p 

Jola:
Festiwal był świetnie zorganizowany, w pięknych miejscach. Jedyne zastrzeżenie to nagłośnienie na głównych milongach. Chociaż ostatni wieczór pokazał, że dobry dj umie sobie poradzić.

Ania:

Z tym nagłośnieniem auli to jest jakaś dziwna sprawa… Wnętrze nie jest typowe, bo poza swoją monumentalnością, zaułkami i kolumnami – ma szklane sklepienie, czyli kolejny element inny akustycznie. Zaskoczył nas niedzielny dj (Mik Avramenko), który tak wszystko poustawiał, że dźwięk płynął bez przeszkód i był miły dla uszu…

Jola:
Nie będę się odnosiła do poziomu tanecznego uczestników. Każdy mógł znaleźć swoje miejsce i swoich partnerów. 

  

Ania:

Od piątku do niedzieli milongi odbywały się w auli wydziału fizyki Politechniki Warszawskiej (tak jak w ubiegłym roku). To bardzo piękna przestrzeń. W łazience dla pań fullpack pierwszej pomocy (do męskiej nie zaglądałam, wybaczcie) – niespotykany nigdzie na świecie na żadnym festiwalu, a na maratonach tylko niektórych (naszych polskich tak!). Bufecik malutki, ale przecież nie idziemy na festiwal, by konsumować. Na popołudniową milongę dotarłyśmy raz: w niedzielę, do kawiarni Pożyteczna. Był full! Podobno dzień wcześniej na Oczki też było super.

Jola:
Podsumowując: moim zdaniem był to tegoroczny najlepszy polski festiwal i jeden z lepszych w Europie. Nigdy i nigdzie nie widziałam tylu topowych par naraz – a jeżdżę duuużo…
Brawo Patrycja, brawo Jakub, brawo cała ekipa. Czekam na 3. edycję ❤

Ania:

Warto wspomnieć o Tango Dream  w Teatrze Komedia, czyli show wszystkich par tego festiwalu. Wszyscy, którzy byli, stwierdzili jednogłośnie: to było NIESAMOWITE! Nie da się tego opisać. Ponieważ teatr jest stałym elementem Recuerdo, warto za rok upolować bilety i zobaczyć to na żywo.

 

Na koniec dodam, że to był festiwal, który gościł ludzi uczciwych. A tak! Sprawdziłam to osobiście, i nie ja jedna. Zostawiłam w piątek telefon (kręciłam transmisję na żywo dla Tango Te Amo, a potem odłożyłam go na stół i poszłam tańczyć). Jolanda zgubiła złotą bransoletkę, a nasz kolega (co prawda po powrocie z jednej milongi i przed wyjściem na drugą) – ręcznik… Aha, jeszcze Anna P. zgubiła kiecki. Najlepsze jest to, że twierdzi, iż niczego jej nie brakuje… Poza tym wszystko się znalazło. W różnym czasie (kilku godzin) i okolicznościach (szczegółów nie zdradzę), ale jednak 😀 Do zobaczenia za rok!

Kto chciałby zobaczyć, co dokładnie stracił – niech zajrzy na stronę festiwalu i zobaczy PROGRAM. Oraz zapowiedzi, bo pewnie niebawem ukaże się Recuerdo III 2018…

P.S. 1. DLACZEGO ukryliście przede mną tego małego białego cukiereczka?!

Bo bym go zacałowała…

P.S. 2. Festiwalowi Tango DJ-e grali tak, jak im w duszy gra 🙂 Jeden miał zbytnią skłonność do maksymalnie rozdzierających dramatów, ale daliśmy radę 🙂

Granie na festiwalu to nie jest granie na milondze dla dwudziestu par. To duża sztuka, która generalnie się udała.

P.S. 3. Ela – jak zwykle – zrobiła super zdjęcia. Pozwoliłam sobie także skorzystać z fotek Meg. Dziękuję, Dziewczyny!

  

Jola (ta Piękna) i Ania (Bestiaaa…)

 

 

Tango na bielskim zamku – październik 2017

Do niedawna mówiłam, że Ania Pietruszewska jest carycą bielskiego tanga. Trochę się krygowała, trochę zżymała: że caryca niezbyt ładnie brzmi, że to władczyni rządząca twardą ręką, że w ogóle i w szczególe to ależ skąd, nigdy w życiu… I właściwie miała rację. Nie pozostało mi nic innego, jak zmienić zdanie.

Żadna z niej caryca. To Anielica bielskiego tanga (i okolic).

Porywa się z motyką na słońce i dokonuje niemożliwego. Wymyśliła sobie festiwal tanga na bielskim zamku. Kilka dni przed imprezą wystawił ją do wiatru człowiek, który obiecał świetny parkiet (dziedziniec jest marmurowy, więc bano się, że pod wpływem tanga się zniszczy) i profesjonalne oświetlenie. Po drodze słyszała wiele krytycznych głosów, że nie tak, nie siak…

Nie zniechęciła się i co zaplanowała, to zrobiła.

Sobotnie wydarzenie było częścią większej całości, która trwała od czwartku do niedzieli (milongi i warsztaty). Przyjechało trochę ludzi z zewnątrz. Niby łatwo dojechać, bo jest Pendolino… Jednak ono nie kosztuje trzydziestu złotych, ani nawet stu trzydziestu. Na dodatek w tym czasie odbywała się comiesięczna milonga w Olsztynie, a w Warszawie koncert Bandonegro Tango Orquesta z milongą i pokazem naszej najlepszej – według Jolandy – polskiej pary, Jakuba Korczewskiego i Magdy Bochińskiej. Przyjechali goście z Czech, a nawet i nie tylko.

Bielsko-Biała ma cudowną starówkę.

Pięknie odrestaurowane kamieniczki i bajeczną Salę Redutową (to jedna z najpiękniejszych neorenesansowych sal w Polsce), znaną nam z imprez sylwestrowych. Niestety: czymś tak smarują parkiet, że w tym roku Anielica zdecydowała, że nie chce narażać ludzi na przyklejanie butów do podłogi i sylwestra nie będzie. Za to – po raz kolejny – będzie super maraton w Szczyrku – rejestracja trwa, warto tam być!

Ale wróćmy do tanga na bielskim zamku.
Festiwal odbył się w Muzeum Historycznym Zamek Książąt Sułkowskich, który ma malowniczy adres: Wzgórze 16. I beznadziejny dojazd samochodem – a wystarczy
łoby rozwiązać to trochę inaczej… Gorszy jest jedynie wyjazd z dworca we Wrocławiu – tam musiał to projektować jakiś pijany szaleniec, tu zwyczajny bezmysł).

To było bardzo przyjemne spotkanie towarzyskie.

A i tangowe też. Nie było parkietowych „mistrzów świata” (we własnym mniemaniu), i całe szczęście. A kto chciał, mógł przyjemnie zatańczyć. Na parkiecie co prawda panował bałagan, nie było mowy o żadnej rondzie, ale to na takich imprezach standard, także na świecie. Rondy zachowywane są chyba jedynie na maratonach, i to tych encuentro milonguero lub z bardzo silną selekcją. To była kameralna impreza, nie nastawiona na setki uczestników. Dziedziniec i parkiet miały swoją pojemność, a w godzinach szczytowych wypełnione były po brzegi.

  

Każda impreza wyjazdowa jest świetną okazją do nawiązywania nowych znajomości.

Ja np. poznałam przesympatyczne małżeństwo z Warszawy (Celino i Leszku – pozdrawiam!), a także miłego i dobrze tańczącego Czecha. Każdy wyjazd to także okazja do spotkania tych już sobie znanych, z drugiego końca Polski (lub świata). Albo można odnowić znajomość z kimś ze swojego miasta. Ja dowiedziałam się od warszawskiego kolegi, że ostatnio ze mną nie tańczył, bo byłam zbyt mało namiętna… 😀

  

Jeszcze się taki dj nie urodził, co by każdemu dogodził.

Osobiście uważam, że muzyka była na tyle różnorodna, że każdy mógł znaleźć i zatańczyć miłą sobie tandę. Każdy grał inaczej. Rozpoczął Facundo Penalva – systematycznie spolszczany Argentyńczyk, po nim stery przejął nasz bułgarski Polak Vasko Manov (uwielbiam bałkańskie cortiny!), po nim zagrał Mateusz Stach, a zakończyła z przytupem Ania, celowo puszczając cortiny szantowe (na cześć zlotu uczestników tegorocznego Tanga pod Żaglami – bo mało jej, więc i na Mazurach musi poszaleć – już zaplanowała przyszłoroczną edycję…).

    

Festiwale są imprezą dla wszystkich.

Dla tych mniej doświadczonych – ważne, aby nauczyciele uczyli nie tylko kroków, ale też tłumaczyli, dlaczego porządek jest ważny i jakim zagrożeniem jest bałagan, i dla doświadczonych – jak umieją nawigować, łatwiej się w tłoku odnajdą. Najważniejsze na zatłoczonym parkiecie jest, by kobiety pilnowały nóg i nie machały nimi po dzikiemu (nawet jak dostaną za dużo energii), bo mogą zrobić komuś krzywdę, a mężczyźni by nie szli do tyłu i nie wystawiali łokci.

  

Podłoga dostarczyła tańczącym dodatkowych atrakcji.

Zanim ułożono parkiet, nie było widać, że dziedziniec ma spadek, który chyba bardziej odczuwali prowadzący (przynajmniej ja, jak na chwilę weszłam w tę rolę, miałam wrażenie, że lecę w dół…). Powierzchnia okazała się nie być tępa. Tak sobie teraz myślę, że może gdyby miała mniejszy poślizg, spadek byłby mniej odczuwalny? Chociaż ja osobiście nie lubię tępych parkietów i wolę, kiedy pivoty wchodzą jak w masło…

Nie ma podłogi zbyt śliskiej.

Chyba że, jak mówi Jacek Mazurkiewicz, nie umie się stawiać stóp. Ta była – moim zdaniem – w sam raz (Janusz K. słusznie zauważył, że bardziej śliska podłoga jest lepsza dla stawów niż zbyt tępa), jedynie nieco skośna. Dobra cena Prosecco w zamkowej restauracji pozwalała na systematyczne wizyty w barze, dzięki czemu można było oszukiwać błędnik i trzymać zarówno pion, jak i właściwy poziom. Uczestnicy tego „eksperymentu społecznego” w sumie dobrze się bawili, traktując dodatkowe parkietowe walory jako wyzwanie.

Jak festiwal, to pokaz.

Gwiazdami wieczoru byli Marie Loy z Grecji i Facundo Penalva – wcześniejszy dj, który na co dzień uczy w szkole bielskiej Anielicy. Marie miała tańczyć ze swoim partnerem, z którym była na tegorocznym Tangu pod Żaglami. Niestety tydzień przed festiwalem, przygotowując się do pokazu – Matis złamał nogę. Tak więc Marie wystąpiła z Facundo – ze względu na wspomniany spadek parkietu – w wyższej części dziedzińca.

    

Film nakręcony przez Leszka Wdowińskiego można zobaczyć TU.

Życzę wszystkim organizatorom takiego zapału i wytrwałości, jak ma bielska Anielica.
A tangowców zachęcam: jeździjcie. Doświadczcie. Poznajcie. Warto.

Foto: Sona Komarkova Photo Tango.

Ania (Bestiaaa)

 

 

 

 

 

Sitges 2017 – XIV Tango Festiwal w Hiszpanii

Jola:

O festiwalu w Sitges słyszałam od wielu osób. Tegoroczna edycja odbyła się po raz XXIV! To jeden z najstarszych festiwali w Europie. Lipiec, Barcelona tuż obok, plaża, super jedzonko i tango – to wszystko zadecydowało o kolejnej wyprawie do Hiszpanii: pięć dni w Sitges, dwa w Barcelonie.

Ania:

Po encuentro w Maladze (o tamtej wyprawie możesz przeczytać TU) – zakochałam się w Hiszpanii, hiszpańskich imprezach, różanej cavie i ichniejszych kalmarach… Bardzo byłam ciekawa tego festiwalu. Miałam nadzieję, że ponownie spotkam część osób tam poznanych. I nie mogłam się doczekać nowych znajomości i nowych abrazos… oraz Barcelony, do której wybierałam się trzy razy (raz nawet miałam kupiony bilet i zarezerwowany hotel), ale z przyczyn losowych nie udało mi się dotrzeć.

  

Jola:
Festiwal organizuje (od 1993 roku, zawsze w połowie lipca) Associacion Barcelona Tango Club. Tę edycję rozpoczęto spektaklem w wykonaniu Compañia Tango Amado w centrum kulturalnym El Retiro, na którym był komplet widzów. Potem milonga. Kiedy festiwal zaczyna się w środę – wiadomo, że wielkich tłumów tej nocy nie będzie. Co nie oznacza, że nie będzie z kim tańczyć! Oj… tu było… Nowe znajomości zaowocowały imprezą do białego rana, niekoniecznie tangową… 

   

Ania:

Wszystkie festiwalowe milongi odbywały się w El Retiro. System biletowy był nowoczesny, komputerowy. Cudowne było to, że tańczyliśmy na powietrzu! Hiszpańskie lato wcale nie jest jakoś bardzo upalne, przynajmniej nie w Sitges. Wieczory były przyjemnie ciepłe, ale nie gorące. Podobno rok wcześniej padał deszcz… Tym razem trochę się chmurzyło, ale ostatecznie nie musieliśmy się chować pod zadaszeniem restauracji. Minusem była kamienna podłoga z umiarkowanym poślizgiem. I niestety bałagan na parkiecie. Zwłaszcza w weekend dał się we znaki, kiedy przybyło bardzo dużo osób. O żadnej rondzie nie było mowy. W ogóle poziom tangowy – jak to na festiwalach – był średni. Towarzyski na 5+ 🙂 Ale i tu znalazły się ubraniowe i obuwnicze męskie dziwadła. To ciekawe (zdecydowanie temat gender), że paniom nie przychodzi do głowy założyć na nogi czegś, co okropnie wygląda… 

  

Jola:
K
olejne dni festiwalu to dla wielu uczestników czas na doskonalenie umiejętności pod okiem zaproszonych maestros. Byli to Gustavo Rojas i Gisele Natoli oraz Veronica Palacios i Jorge Pahl. Obie pary oczywiście dały pokaz na nocnych milongach.

Ania:

Szczególne wrażenie zrobiła na mnie milonga w wykonaniu Veroniki i Jorge. Matko, jak ona zasuwała tymi stópkami… Jakby miała w nich motorek… Jorge to kawał przystojnego faceta. Zasadzałam się na taniec z nim. Wyszło, ale… na innej imprezie 🙂 Szczegóły wkrótce. Bardzo bym chciała, aby ta para przyjechała do Polski – nie jest to trudne, ponieważ na co dzień Veronica i Jorge mieszkają i uczą w Barcelonie. A jak tańczą – można zobaczyć TU 

   

Zdjęcia pochodzą z profilu  na Facebooku Veroniki Palacios i mają status publiczny.

Jola:
Festiwalowe dni wyglądały podobnie: wieczorne milongi w El Retiro, a popołudniowe na plaży – które mają swoich zwolenników i przeciwników. Ja osobiście nie przepadam za tańczeniem na ubitym, mokrym piasku, lecz wiele osób było zachwyconych.

Ania:

Nie znoszę tańczenia na piachu czy w wodzie. Może to wygląda malowniczo i romantycznie, ale dla mnie trudne piwotowanie jest zbyt dużym dyskomfortem i nie chce mi się nadwyrężać stawów, bo i po co? Dlatego byłyśmy tylko na jednej. A wystarczyłoby przenieść tangolenie kilka metrów dalej. Było miejsce. Zdecydowanie wygodniejsze niż piach. Widać taka była idea. Więc więcej czasu miałyśmy na knajpki, w których jedzenie i wino wiadomo, jakie jest. Niestety pyszne. Niestety, bo po powrocie do Polski trzeba przechodzić na dietę :p

   

Jola:
Nocne milongi zaczynały się o 21.30, kończyły o 2.00,, czyli jakoś specjalnie długie nie były. Ale po milongach głównych następowało after party. Pierwsze odbyło się na maleńkim cypelku, tuż nad skalistą przepaścią, na trudnym kamiennym podłożu.

Ania:

Czegoś takiego nie przeżyłam w życiu… Jak zobaczyłam tę przepastną otchłań – pomyślałam: nie ma mowy! Usiadłam sobie z boczku i ze ścierpniętym tyłkiem obserwowałam, jak Jolanda pląsa. Matko… Mam jakiś taki ukryty lęk wysokości. Mogę być na 50. piętrze, jeśli są barierki i zabezpieczenia. Tu było po prostu urwisko, jak w filmie grozy. Jednak tak całkiem nie udało mi się wymigać. Tańczyłam… i do dziś, jak sobie przypomnę, znowu cierpnie mi tyłek. Aaa!!!

  

Jola:
Nocne milongi odbywały się w różnym składzie, ponieważ każdego dnia sporo osób dojeżdżało z Barcelony. To powodowało większą rotację partnerów i nowe doznania ? Ja co prawda miałam grono moich ulubionych, ale… zawsze to miło zatańczyć z kimś innym.

Ania:

Generalnie na milongach głównych teren był tangu przyjazny. Stoły i krzesła były ustawione wokół parkietu i było ich na tyle dużo, że nie trzeba było walczyć o posadowienie czterech liter. Dj-e grali dobrze, bez smęcenia i wyjcowania. Tandy zmian i hocki – klocki nas akurat nie interesowały, ale ponieważ – jak to na festiwalach – było więcej pań, one mogły skorzystać i dorwać się do tangueros 🙂 To było zwyczajne polowanie… Nie, zdecydowanie nie chcę brać w czymś takim udziału, ale jak ktoś lubi – niech bierze. My na szczęście nie narzekałyśmy na brak chętnych do wspólnego tanga. Zarówno ja, jak i Jolanda – odpuszczamy uganianie się za mężczyznami w jakiejkolwiek formie. To za nami warto się uganiać :p Była pani bez skrępowania desantująca panów (czasem się nacięła na odmowę), były dziewczyny prowadzące. Wszystko było 🙂

  

Jola:
Festiwal miał kilka niespodzianek miłych i przerażających. Dobrze, że after party zostało przeniesione znad urwiska pod sam kościół, bo co noc było więcej osób i wszyscy na cypelku by się nie zmieścili. Cudowną niespodzianką był koncert Federico Gonzaleza z Buenos Aires. Federico nie dość, że pięknie zaśpiewał na sobotniej after party, to jeszcze miał takie objęcie, że ech…?
Zresztą:
nie tylko on …???

  

Ania:

Tą przerażającą niespodzianką dla mnie był „Tango coaching”. Ja w takich hopsztosach z zasady nie uczestniczę. Jolanda lubi nowe doznania, więc wzięła i się zgłosiła. Już pierwszej nocy umówiła się na kołczowanie z takim jednym. Ja nie chciałam za żadne skarby, bo jako jednostka mało socjalna nie lubię cudaczenia z obcymi ludźmi i dobrze mi z tym. Nie chcę przełamywać żadnych barier, bo to moje barierki ochronne, znane i przeze mnie akceptowane. Nie wiem, ki czort mnie opętał, że zmieniłam zdanie. Na dzień przed zapytałam Yaniny (prowadzącej – cudowna, ciepła kobieta!) – z nadzieją na odmowę – czy mogę dołączyć. Myślałam, że nie będzie partnera… Niestety był. Ale po kolei. Założeniem tango coachingu było wyzwolenie w tangueros „prawdziwego tangowego ja”; żeby zacząć tańczyć, nie udając kogoś innego. No i fajowo. Tylko że ja nikogo nie udaję, więc nie mam czego wyzwalać. Jolanda wystawiła do wiatru tego, z którym się umówiła (zapracował na to), i kołczowała się całkiem przyjemnie z kimś innym. Ja dostałam z przydziału (oczywiście było więcej kobiet, więc męscy organizatorzy przyszli z odsieczą) sapiącego, gniotącego moją talię i plecy jak ciasto na pierogi takiego jednego, co to najpierw mnie zadziwił, wkurzył, potem rozśmieszył (sapaniem i gnieceniem), a w efekcie końcowym ubawił, bo w taki sposób wczuwał się w connection, że pękałam ze śmiechu. Przy całej sympatii do tangowej kołczini – nie chciałabym tego powtórzyć nigdy więcej. Moim zdaniem takie zajęcia są dobre dla tych, co by chcieli się trochę pomiętosić, ale nie znają się na tyle, by mieli śmiałość 🙂

  

Jola:
To był cudowny czas. Do zobaczenia za rok na jubileuszowym XXV Festival International de Tango Sitges ❤

Ania:

To znaczy, że jedziemy..? OK!

WRAŻENIA PODRÓŻNICZE – POZATANGOWE

  

Jola:

Sitges leży zaledwie 35 km od Barcelony i jest doskonale z nią skomunikowane. Autobus kursuje całą dobę (w dzień co 15 min., w nocy co półtorej godziny) i kosztuje 4 €. Niestety nie zdążłyśmy na ten o północy. Samolot miał 30 minut opóźnienia i zabrakło nam dosłownie 5 minut… Skutek: 1,5 godziny oczekiwania na następny ? Nie zepsuło nam to humoru absolutnie, bo liczy się doborowe towarzystwo ??? Na miejsce dotarłyśmy koło 3 w nocy.

Ania:

Wylatywałyśmy z Modlina. To chyba najgorsze lotnisko świata. Z kontrolą bezpieczeństwa wariują jeszcze bardziej niż na Okęciu. Jolanda musiała zrobić awanturkę, bo służbista przyczepił się do czegoś, na co na lotniskach całego świata nie zwracają uwagi. I wieczne opóźnienia… Czy jakikolwiek samolot wystartował punktualnie? To są niby drobiazgi – dla tych, którzy rzadko podróżują. Dla nas to zwyczajnie wkurzająca strata czasu. Mamy porównanie, jak funkcjonują inne lotniska na świecie. Nasze polskie muszą być oczywiście pasażerom nieprzyjazne, bo po co ma być sprawnie i miło, kiedy może być do dupy?

Jola:

Na szczęście zawsze jakoś dolatujemy. Z lotniska autobusem dojechałyśmy do centrum. Tam musiałyśmy znaleźć przystanek do Sitges. Połaziłyśmy w tę i z powrotem i na około, a po kilkunastu minutach zorientowałyśmy się, że miałyśmy przystanek pod nosem :D 😀

 

Ania:

Czekając na właściwy autobus na właściwym przystanku – uciełyśmy sobie pogawędkę ze zmęczoną balangowiczką narodowości brazylijskiej i zjadłyśmy resztki prowiantu z torby Jolandy, która miewa zaopatrzenie, bo zaczyna podróż znacznie wcześniej niż ja (dojeżdża z Olsztyna). Kiedy dojechałyśmy na miejsce, też trochę połaziłyśmy w te i wewte, bo mapa wujka gugla działa, jak chce. Czasem z opóźnieniem, czasem dziwnie się ustawia i idzie się nie w tę stronę… Kiedy namierzyłyśmy właściwy azymut i doczłapałyśmy prawie pod wejście, hurgot walizek ciągniętych po bruku zaalarmował naszego gospodarza, który przez domofon zaczął nawoływać Jolandę… Nie jest tajemnicą, że to ona robiła rezerwację. Jak zwykle zresztą. Jest dobra w te klocki i tyle. Jak ja raz zarezerwowałam Berlin, to się okazało, że w cholerę daleko i IV piętro bez windy…

Jola:

Nasze mieszkanie okazało się być bardzo przyjemne i wygodne: wyposażona kuchnia, czysta łazienka i nasza sypialnia z cudownym tarasem oraz wszechobecnym, bardzo przyjacielskim kotem Pimpim.
Mieszkałyśmy na jednej z głównych ulic, bardzo blisko plaży i w niewielkiej odległości od imprez festiwalowych. Mogłyśmy się wygodnie relaksować 🙂

   

Ania:

Dobra lokalizacja niestety zazwyczaj związana jest z hałasem. Poza Tel Avivem, gdzie w bocznej małej uliczce w nocy panował straszny hałas (samochody dostawcze, śmieciarki, marcujące w maju wolno żyjące koty… Cała relacja jest TU) – to było najgłośniejsze miejsce, w jakim nocowałyśmy. Od bladego świtu zasuwały ciężarówki, autobusy i chyba cały kataloński ciężki transport…

Jola:
Sitges to dla Hiszpanów takie ichnie Saint Tropez. Kurort, do którego przyjeżdża się zabawić i poleżec na plaży. To miejsce słynie również z niezwykłej tolerancji – jest hiszpańską stolicą gejów i podobno cieszy się największą popularnością w Europie. Jestem tolerancyjna i widok par o innej orientacji niż moja zupełnie mi nie przeszkadza. Knajpka z najlepszymi kalmarami była tuż obok, więc próbowałyśmy się wczuć…

 

Ania:

Lipiec to szczyt sezonu. Plaża pełna ludzi. Nie ma naszych nadbałtyckich parawanów, ale ręcznik leży przy ręczniku. A w weekend jest jeszcze ciaśniej. Pierwsze dwa dni chodziłyśmy na zwykłą plażę. Aż odkryłyśmy tę drugą – okazała się mniej tłoczna. Co ciekawe: na nią także przychodziły rodziny z dziećmi. Oczywiście widać było dziewczyny trzymające się za ręce i chłopaków dających sobie całusy, ale standardowe rodziny nie należały do rzadkości. Tyle tylko, że skoro na takiej plaży leżałyśmy z Jolandą obok siebie – nie mogłyśmy liczyć na awanse mężczyzn poza chłopakiem sprzedającym napoje. Ojjj… podobał się chłopakom, a my podobałyśmy się jemu 🙂 Ponieważ miejsce trochę zobowiązuje, nakazałam Jolandzie smarować moje plecki z większą niż zwykle czułością :p

   

Jola:
Sitges
to bardzo urokliwe miasteczko. Główną atrakcją turystyczną jest kościół świętego Bartłomieja z XVII wieku – dla Ani był to zamek ? Tu właśnie, na placu kościelnym, odbywały się nasze after party ?

Liczne bary zapraszają na całonocne imprezy. Knajpki ze wspaniałym jedzeniem to hiszpańska codzienność… Chociaż najlepsze kalmary jadłyśmy w Pic Nic przy samej plaży (z jakim widokiem!). Zamówiłyśmy po dwie porcje. Ich smak śni mi się do dziś ?

  

Ania:

Co ciekawe: życie mocno nocne i wczesnoporanne tętni tylko w weekend (w tygodniu jednak krócej to wszystko trwa i w czasie powrotu z afterek byłyśmy jednymi z nielicznych na ulicy), tak więc Sitges nie jest typową hiszpańską imprezownią. Myślałam, że w lipcu w Hiszpanii to… o matko i jeszcze więcej. A tu cisza, spokój… Jak na afterce za głośno zagrali, to przyjechała Policja… Normalnie miasteczko emerytów 😀 Co nie zmienia faktu, że kocham Hiszpanię. Po prostu.

  

     

 

Lo de Silvia Festival Tango – Tel Aviv 2017

Jola:

O Izraelu marzyłam od dawna, ale jakoś nie wpisywał się w moje tangowe podróże. Aż tu zupełnie niespodziewana wiadomość od Ani: „Jolando – jest festiwal w Tel Avivie, termin idealny, poopalamy dupki, potańczymy, zobaczymy niezwykły kraj . Kocham Tel Aviv. Jedziemy?” 🙂
Ania ogarnia rejestrację na festiwal, ja bilety na samolot i mieszkanie. Uwielbiam ten moment. Szukanie dobrego i taniego lotu oraz dobrze położonego mieszkania w dobrej cenie to nie lada sztuka. Nie chwaląc się – jestem w tym specjalistką 🙂

Ania:

Byłam w Izraelu 9 lat temu. Zakochałam się w Tel Avivie. Po załatwieniu formalności dotarło do mnie, że w tym samym czasie jest nasze warszawskie Secreto Encuentro, na które też się zapisałam…

Do Izraela nie lata się ot tak.

Zwłaszcza na tango. Postanowiłyśmy, że niezależnie od poziomu czy organizacji – po prostu chcemy tam być. Festiwal zorganizowała przesympatyczna Silvia Rajschmir. Nietypowo, bo zaczynał się w środę, a kończył w sobotę. Zaprosiła świetne pary. Ariadna Naveira i Fernando Sanchez to ulubieńcy Jolandy. Ja miałam okazję widzieć ich po raz trzeci. Ich pokaz był jak zwykle elegancki, bez zbędnych udziwnień. Graciela Gonzalez to tangowa legenda. Przyjechała z młodym tancerzem, niejakim Leonardo Sardella. To, co Graciela robi ze stopami w milondze, to po prostu majstersztyk. Lekkości i sprawności może jej pozazdrościć niejedna zawodowa tancerka. Analia Vega i Marcelo Varela znani są z muzykalności. Różnorodność par to świetny pomysł.

Ariadna Naveira & Fernando Sanchez.
Fot. Yakov Zak

Jola:

Byłam bardzo ciekawa tego festiwalu, szczególnie że zainteresowało mnie zachowanie mężczyzn tych takich zwyczajnych, nietangowych. Ja, kobieta, którą kochają mężczyźni ciepłych krajów – tu byłam przezroczysta. Mijający mnie faceci traktowali mnie jak powietrze. O co chodzi? Czy w tangu też tak będzie?
Dzień pierwszy i pierwsze miejsce nie aż tak złe, choć nieporywające. Poziom tangowy średni. Ludzie mili, choć nie skorzy do integracji. Wyglądało na to , że wszyscy się znali i świetnie się bawili we własnym towarzystwie. Mimo wszystko nie było tak źle. Tańczyłyśmy bardzo dużo, z jakością bywało różnie.
Inne dni wyglądały podobnie, choć  czasami miejsce było  delikatnie ujmując  w czarnej du….


Podsumowując: organizatorka bardzo miła,  bardzo dobre pary maestros, podłogi do przyjęcia, o samych miejscach  nie mogę wyrazić się za dobrze.
Odwiedziłyśmy codzienne milongi. Ten sam skład,  miejsca równie  obskurne  i mało bezpieczne. Ale już nie byłyśmy obce.
Tangowo nie było idealnie, ale sam pobyt w tym cudownym kraju wynagrodził wszystko.

Ania:

Nie wiem, która to była edycja tego festiwalu. Może pierwsza? Jedno z miejsc było bardzo komunikacyjnie bardzo niewygodne. To cud, że tam trafiłyśmy. Na szczęście Izraelczycy byli bardzo pomocni, zawsze mogłyśmy liczyć na podwiezienie. To bardzo ważne, bo o ile w przeróżne miejsca jakoś docierałyśmy (jakoś, czyli na piechotę i raz autobusem – co było dobrą okazją do przyjrzenia się różnym obliczom nocnego Tel Avivu), to wracać nad ranem na stańczonych nogach byłoby bardzo trudno. A taksówki drogie jak diabli. W jednym miejscu była podłoga kamienna. Poślizg miała świetny, ale ze względu na twardość – stopy jednak dotkliwie ją odczuwały. W ciągu dnia poza plażą także chodziłyśmy, więc jednego wieczoru, właśnie na tej kamiennej podłodze, po dwóch godzinach tangolenia, moje stopy kategorycznie odmówiły mi posłuszeństwa.

Strategia

Będąc bogate w różne doświadczenia, przyjęłyśmy strategię: pierwszego dnia tańczymy ze wszystkimi, drugiego – prawie, trzeciego – z ulubionymi, czwartego – z wybrańcami. I był to nasz udany festiwal. Tak sobie myślę, że jeśli sama kobieta przychodzi tylko na jedną milongę festiwalową – nie może być zadowolona. Panowie potrzebują czasu. Na oglądanie też 🙂 Średnia wieku była dość wysoka, ale znalazło się kilku niestarych rodzynków. Było ich więcej, tyle że także tu, jak na całym świecie, było towarzystwo wzajemnej adoracji, które kisiło się tylko ze sobą. Grupka Rosjan mieszkających w Tel Avivie nie dopuszczała nikogo do swych łask. „Nie choczesz – nie nada. Zachoczesz – nie budziet”, ot co! Z jednym takim zatańczyłam na naszej ostatniej milondze. Miałam wrażenie, że traktuje mnie jak narzędzie do onanizowania mną swojego ego i tańca.

Atmosfera była mniej festiwalowa, bardziej na luzie.

Nie widać było specjalnie strojnych sukni. Sporo panów było ubranych dość niedbale, w dżinsy i t-shirt. Zdarzył się jeden w krótkich portkach… Miałam nadzieję na spotkanie Izraelczyka, z którym tańczyłam w Berlinie – niestety nie było go.

Tanda życia mi się nie przydarzyła, ale bardzo przyjemnie się wytańczyłam. Przeżyłam też lekkie załamanie nerwowe, kiedy podczas ostatniego dnia festiwalu okazało się, że mało jest uważnych tangueros… Niestety ogólnie był dość spory bałagan na parkiecie. Zaskakująco mało kto tańczył po rondzie. Ostatniego dnia parkiet miał pewien problematyczny fragment. Postanowiłyśmy, że nie tańczymy z tymi, którzy wprowadzają nań partnerki. Okazało się, że ładują się tam prawie wszyscy, a ja zostałam nań wtarabaniona już w pierwszej mojej tandzie, chociaż palcem pokazałam, co omijać. A kiedy argentyński maestro zaczął pivotować na tym czymś swoją partnerkę, uznałam, że tango chyba nie ma sensu…

Dwie rzeczy godne były naśladowania.

Pierwszego dnia dostałyśmy podpisane imiennie kopertki, a w nich bileciki na każdą milongę. Niby nic nadzwyczajnego, ale adres na każdym bilecie zdecydowanie ułatwiał planowanie trasy dotarcia. Nie trzeba było nerwowo przeszukiwać fejsa. Bilety zabrano przy wejściu, ale kopertkę sobie zostawiłam na pamiątkę 🙂

Każdy uczestnik dostał także wachlarz. Po pierwsze użytecznie, po drugie to także miła pamiątka. I praktyczna, bo mieści się do mniejszej torebki lub do tylnej kieszeni męskich spodni.

Adela i Jakub

Przesympatyczną parę Polaków, mieszkających w Szwecji i Izraelu, poznałyśmy na Majorce. Wracałyśmy z plaży. Chciałyśmy pójść na skróty. Dotarłyśmy do muru. Mówię: „Nie wracamy się, nie ma rady – przełazimy”. Jolanda miała tak wąskie spodnie, że nie mogła zadrzeć nogi i musiała je zdjąć. I przetarabaniając się z gołym tyłkiem napatoczyła się własnie na nich 🙂 Miło było ich spotkać, bo są przemili i mają świetne poczucie humoru.


Fot. Yakov Zak

Practica czyli milonga

Cztery dni festiwalu… i co dalej? Okazało się, że jest! Nazwane praktikami, ale z normalnymi tandami i cortinami. Muzyka była lepsza niż na naszej niejednej milondze… Byłyśmy na dwóch. Czyli na 9 dni pobytu – 6 dni z tangiem = ok 🙂 Wstęp dość drogi jak na polskie warunki: 30 szekli od osoby (ok. 30 zł). Jak na Tel Aviv to taniocha 🙂 Po festiwalu panowie byli wzrokowo z nami zapoznani, więc praktycznie nie schodziłyśmy parkietu. Nie widziałam, aby panie odmawiały. Poza nami. Z upływem czasu byłyśmy coraz wybredniejsze. Zarówno podczas festiwalu, jak i później – niestety górował desant. Dojrzała tanguera mi wyjaśniła, że kiedy oni w młodości byli uczeni tańca towarzyskiego, kawaler musiał podejść do panny, z fasonem strzelić obcasami i wyciągnąć rękę… I rzeczywiście desantowcy byli w słusznym wieku. Młodsi oraz kilku mieszkających tam Argentyńczyków na szczęście nie zachowywało się aż tak bezpośrednio. Jeden – nazwany przez nas „wczuwaczem” – Argentyńczyk właśnie, trochę za bardzo się wczuwał, przytulał i jeździł ręką po plecach. Ale w cabeceo był wytrwały, nie podchodził z desantu. Więc mimo że widziałam, jak obłapiał Jolandę, postanowiłam wynagrodzić jego wytrwałość i raz raczyłam. Inny w ramach mirady stroił przedziwne miny. Odbyłyśmy na tę okoliczność taką rozmowę:

Jolanda: Zobacz, stoi tu taki jeden i się krzywi.
Ania: A bo to takie cabeceo.

J.: A skąd wiesz?

A.: Bo zrobiłam mu tak samo i poszliśmy tańczyć.

Poza tangiem – część podróżnicza

Ania:

Lotnisko Chopina – koszmar kontroli nadgorliwych funkcjonariuszy

Muszę to napisać: to jakiś obłęd. Bardzo dużo podróżujemy. Kiedy po raz pierwszy leciałam tanimi liniami do Lizbony i okazało się, że w zimie mogę na tydzień spakować się w tzw. bagaż kabinowy – postanowiłam tak właśnie podróżować: z bagażem podręcznym. Razem z nim przechodzę kontrolę. Bywam na wielu lotniskach świata, ale takiego cyrku, jaki robią z kosmetykami u nas na Chopina, nie spotkałam NIGDZIE. Zarówno w Berlinie, jak i Tel Avivie, nawet napoje nie stanowiły problemu. U nas czepiają się kremów, a podobno błyszczyków do ust i soczewek jednorazowych też. Dwa razy wywaliłam drogie balsamy do ciała (obstawiam, że po służbie dzielą się zdobytymi dobrami, bo innego powodu nadgorliwości nie widzę). Tym razem z Jolandą powiedziałyśmy: NIE! Kiedy pan od kontroli zaczął na nas pohukiwać, zabrałyśmy walizeczki i poszłyśmy do stanowiska odpraw, żeby nadać bagaż. Okazało się, że w Wizzair chcą za to prawie trzy stówy! W liniach regularnych bez problemu można oddać bagaż podręczny, w tanich nie – chyba że nie ma miejsca w kabinie i sami zabierają. No więc kombinowałyśmy, co zrobić. Panowie z obsługi chcieli nas poratować większymi plastikowymi woreczkami, ale… nie mieli. Więc przepakowałyśmy się (co nie jest proste, kiedy w walizce wszystko poukładane jak puzzle) i poszłyśmy do innego stanowiska kontroli. Obsługiwała je pani, która poprzednim razem była bezwzględna. Tym razem miała lepszy humor i prawie się udało (musiałam poświęcić odżywkę do włosów, a Jolanda płyn micearny). Przed nami panowie wywalali markowe wody toaletowe, żele pod prysznic, szampony… Myślę, że taka bezwzględność jest typowo polska: pokazać wyższość nawet w zarządzaniu płynem do higieny intymnej udręczonego pasażera.

Kiedyś wjazd do Izraela i wyjazd stemplowano w paszporcie. Było to kłopotliwe, jeśli chciało się później wybrać chociażby do Emiratów Arabskich, które nie są w stanie wojny z Izraelem, ale jednak to kraj arabski. Teraz – aby nie stawiać ludzi w kłopotliwej sytuacji proszenia o stempel na osobnej kartce (tak zrobiłam poprzednio) – drukują specjalny „bilet” pozwalający na wjazd i pobyt przez trzy miesiące (bez prawa podjęcia pracy).

Z powrotem

Śmiałyśmy się, że linie lotnicze wysyłają codziennie informację z przypomnieniem o wylocie i sugestią, aby być trzy godziny wcześniej. Ja zwykle jestem godzinę przed i wystarcza. Tu pomyślałyśmy: Izrael, kontrola, przeszukania bagażu… No dobra, będziemy wcześniej. Nie trzy godziny, ale dwie i pół. Okazało się, że musimy autobusem (lotniskowym) przejechać do innego terminala. Trzeba przyznać, że nie ma problemu z uzyskaniem informacji. Pracownicy lotniska stoją co kilka kroków i chętnie pomagają zbłąkanym podróżnikom. No więc zapakowałyśmy się w autobus i jedziemy. Autostradą! Wcale nie tak krótko, bo około kwadransa. Nawet się zastanawiałyśmy, czy aby na pewno zmierzamy tam, gdzie trzeba… Kiedy dotarłyśmy, najpierw od razu nas przechwycono i chciano skierować do odprawy, którą przecież miałyśmy zrobioną internetowo. Ze trzy osoby niedowierzały, że nasze walizki są bagażem podręcznym. Pokazując bording pass w końcu mogłyśmy wejść do terminalu. A tam… nic poza bufetem i stanowiskiem kontroli. Chciałam kupić jakieś słodycze na prezenty, a tu sklepów nie ma! Za to są sprawni pracownicy, którzy nas kierują, gdzie trzeba. Nie ma rozbebeszania walizek. Cała kontrola sprowadza się do pytań: Kto pakował walizki? Czy zostawiałyśmy je bez nadzoru? Czy dostałyśmy jakiś prezent od kogokolwiek (i owszem, ale odpowiedz brzmiała: no!)? Czy ktoś dał nam coś do przewiezienia? Jolanda bez problemu wniosła wodę w dużej butelce. No i tak się zastanawiam: skoro Izraelczycy nie robią problemów, po cholerę robią je inni? Niech jadą do nich na przeszkolenie i nie utrudniają ludziom życia w podróży.

Po kontroli okazało się, że… mamy znowu wsiąść w autobus i wrócić do poprzedniego terminala. Tym razem wieziono nas po terenie lotniska i wysadzono przy wewnętrznym wejściu. Zrozumiałyśmy, dlaczego tyle razy upominano nas, aby być trzy godziny wcześniej. Będąc standardowe dwie – mógłby być problem ze zdążeniem.

Izrael jest długi i chudy.

Wszerz można go przejechać w dwie godziny (tyle trwa podróż nad Morze Martwe), wzdłuż to kilkunastogodzinna wyprawa. To niezwykłe miejsce z kilkoma strefami klimatycznymi. Nie będziemy powielać informacji dostępnych w przewodnikach i internecie, bo i po co.

Mapa zaczerpnięta z serwisu www.globtroter.pl

Na miejscu

Jola:

Do Tel Avivu docieramy nocą. Uwielbiam moment, kiedy po raz pierwszy wciągam w płuca powietrze nowego miejsca i czuję jego zapach. To zawsze powoduje uśmiech. Tym razem oprócz uśmiechu wkradły się wątpliwości. Napisy, które nic nie mówią, napawają lekkim strachem. Okazało się, że nie jest tak źle i z niewielką pomocą dotarłyśmy z lotniska do naszego lokum. Mieszkanie spore, gospodyni miła, jak dla mnie ok. Ania kręci nosem, bo jakość łazienki jej nie pasuje. Hahaha, przyzwyczaj się – mówię – nie jest źle .

Ania:

Tel Aviv jawił mi się jako miasto, w którym mogłabym mieszkać. Byłam w nim przejazdem przez cztery godziny dziewięć lat temu i jakoś tak mi się wydawało, że to wyjątkowo piękne miejscde. Wtedy byłam z wycieczką, czyli przywozili i odwozili. Z zorganizowaną grupą zdecydowanie zaoszczędza się czas na przemieszczaniu, ale tylko indywidualnie jest szansa na poznanie prawdziwego oblicza odwiedzanego miejsca. Pamiętam piękną plażę, gargamelowaty różowy hotel na niej (teraz go nie znalazłam), ciepłe morze… Czystość, biel budynków i dużo psów na smyczach z zadowolonymi właścicielami. Niestety teraz zmieniłam zdanie: nie chciałabym tam mieszkać. To jeden wielki plac budowy, mnóstwo zrujnowanych willi – kiedyś zapewne pięknych i Bauhaus wypierany przez wieżowce – często wizualnie po prostu paskudne. Budują metro! Pierwszą linię. Jakżesz mi miło, że Warszawa ma prawie aż dwie…

Apartament, w którym mieszkałyśmy, był dość przestronny (miałyśmy swoją sypialnię i salon haha), ale łazienkę i kuchnię miał zapewne z lat 60. ubiegłego wieku. Jolanda mówi, że w krajach południowych to normalne i że tylko u nas remontuje się mieszkanie, bo coś jest niemodne.

Na szczęście nie było robali. Widziałyśmy ogromne karaluchy łażące nocą po ulicach, ale była to chyba odmiana podwórkowa. Magda, dzięki której możesz czytać te słowa (to ona ogarnęła wordpressa),  powiedziała, że one w ciągu dnia… siedzą na drzewach. O matko!!! A ja, zachwycona pniami, podchodziłam tak blisko… Na szczęście nie przyglądałam się gałęziom. Podobno w Buenos karaluchy są wszędzie. Zatem na moją relację nie ma co liczyć, bo nie ma mowy, żebym tam pojechała.

To, co wyróżnia Tel Aviv od innych południowych miast, to to, że nie ma obnośnego handlu, nagabywaczy i straganów – wszystkie sklepy/sklepiki są w lokalach. Chociaż w Alghero na Sardynii były, ale jakoś tak cywilizowanie, bez handlarzej nachalności.

Izrael wzbogacił się na nowych technologiach. Tymczasem bilet autobusowy kupuje się u kierowcy, albo wsiadając przednimi drzwiami pokazuje się aktualność karty miejskiej. Nie ma pracy dla „kanarów”.

Jola:

Tel Aviv to miasto kontrastów. Bardzo nowoczesna architektura, nastawienie na turystów i kasę. Bardzo piękna, ale nie wyróżniającą się niczym . Pozbawiona duszy. Szklane drapacze. Gdybym nie wiedziała, że jestem w Tel Avivie, to zapewne mogło by to być każde inne wielkie miasto. Beton, szkło i stal wkrada się wszędzie, przytłaczając starą niską zabudowę.

Choć moim zdaniem nie są to perełki architektury. Tel Aviv jest stosunkowo nowym miastem. Powstał w 1909 roku na peryferiach starej Jafy. Jedynym miejscem, które łączy starą cześć Tel Avivu z nową, jest Zespół Białego Miasta, czyli Bauhaus znajdujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Z przykrością stwierdzam, że nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia.

Ania:

Ależ mnie poprzednio zachwycił właśnie Bauhaus! Miałam wrażenie opływowej spójności, a jasność elewacji podwajała wrażenie czystości. Teraz niestety bardzo dużo willi jest w opłakanym stanie. Szkoda, że zamiast odnawiać to, co dla mnie osobiście ma ogromny urok – stawia się betonowe szkarady.

Tel Aviv – Jaffo

Jola:

Stara Jafa (Izraelczycy mówią: Jaffo) to zupełnie inna opowieść. Poszłyśmy tam brzegiem morza. Piękny spacer i cudowne widoki. Jafa to starożytne miasto z bogatą historią, dziś całkowicie wchłonięte przez nowoczesny Tel Aviv. Spacer nadbrzeżnymi uliczkami starego portu, Wieża Zegarowa, Meczet Mahmudiego, Synagoga Best Zuzana czy Muzeum Starożytności to obowiązkowe punkty na mapie Jafy. To wyjątkowe miejsce, zdominowane przez kulturę arabską. Jeśli wrócę do Tel Avivu, to spędzę tu dużo więcej czasu.

Zabawa

Ania:

Od piątku po południu do soboty włącznie transport publiczny i usługi zamierają. W Jerozolimie właśnie wtedy jest największy ścisk pod Ścianą Płaczu. Mieszkańcy Tel Avivu są mniej religijni, a właściwie tych religijnych widać tam niewielu. Tel Aviv to miasto Izraelczyków, rzadko można zobaczyć muzułmaninów. Ale jeśli akurat wypada pora ich modlitwy – robią to.

Podczas szabasu autobusy miejskie nie jeżdżą w całym Izraelu (prywatne tak). W Tel Avivie większość sklepów i restauracji jest otwarta. Szabas to czas rodzinnych odwiedzin, a dla niereligijnych to czas wzmożonej zabawy. Od wczesnych godzin popołudniowych słychać muzykę, widać tańczących ludzi w restauracjach i lejący się alkohol.

Pije się wszędzie, bez skrępowania: na plaży, na skwerach, na ławkach, na schodach fontanny… Alkohol nie musi być zamaskowany. Butelka whisky stoi sobie na kamiennym blacie parkowego stolika i nikomu to nie przeszkadza. Nie widziałam nikogo pijanego. Zdarzają się osoby bezdomne śpiące na ławkach, ale jest ich zdecydowanie mniej niż w jakimkolwiek innym mieście, w którym byłam.

Ludzie

9 lat temu wydawało mi się, że Izraelczycy są wyniośli, a jeśli ktoś jest otwarty, to Arabowie. Teraz – koncentrując się na Tel Avivie i nie podróżując na tereny Autonomii Palestyńskiej – przyznaję, że mieszkańcy Tel Avivu są bardzo uczynni i pomocni. Kiedy zakałapućkałyśmy się przy wyjściu z lotniska – pewien pan sam się zainteresował i zapytał, w czym nam pomóc. Zawsze, jak byłyśmy w potrzebie, otrzymywałyśmy pomoc. Nawet wtedy, kiedy panie (bardzo uczynne!) mówiły tylko po hebrajsku… Otwierały telefon, wstukiwały mapę i po prostu pokazywały… My nie miałyśmy internetu poza Wi-Fi w miejscu noclegu, ponieważ transmisja danych jest bardzo droga (połączenia też: wychodzące prawie dychę, przychodzące prawie piątaka). Jeśli ktoś ma jakieś wyobrażenie, jak wygląda osoba pochodzenia żydowskiego – niech pojedzie do Izraela. Aby tam zamieszkać, trzeba przedstawić swoje udokumentowne żydowskie pochodzenie. Każdy jest skądś i mieszkańcy mają tak różny wygląd, jak różni są ludzie. Wiele razy zwracano się do mnie po hebrajsku. Blondynki i niebieskoocy nie są jakimś wyjątkiem.

Podryw

Przez pierwsze trzy dni wydawało nam się, że Tel Aviv to miasto samych gejów. Nie ma na ulicy uśmiechających się do kobiet mężczyzn. Nie ma komplementów charakterystycznych dla południowych krain. „To kraj nieprzyjazny kobietom!” – zakrzyknęła Jolanda. Ja dodałam, że nie tyle kobietom, co turystkom nastawionym na podziw 🙂 Jakże się myliłyśmy… Oni po prostu mają inną strategię. Nie wprost. Mogłyśmy tego doświadczyć, kiedy na dwa dni się rozdzieliłyśmy. Mężczyzni południa głośno dają wyraz swojemu zachwytowi kobietą, nawet jeśli nic z tego nie wynika. Po prostu tak mają. Izraelczycy są pragmatyczni. Przez pierwsze dni czułyśmy się przezroczyste. Wynikało to z tego, że w ich kulturę nie jest wpisane „zaczepianie”. Za to kombinują całkiem niezle 🙂 Zostałam zapytana, jak nazywa się plaża, na której jesteśmy? Kiedy odpowiedziałam, pan się zdziwił, po czym zapytał, skąd jestem, na jak długo, opowiedział mi o swojej karierze i zaproponował pójście do baru dla ochłody… Inny poprosił, żebym zerknęła na jego rzeczy, kiedy on pójdzie się kąpać. Nawet nie doszedł do morza, kiedy wrócił, podziękował, przedstawił się jako trener siatkarzy i zaproponował masaż… Jeszcze inny zapytał: „W taki upał wolisz wódkę z lemoniadą czy piwo?” 🙂 Tak więc Tel Aviv nie jest miastem tylko gejów. A w Jerozolimie nawet pod Ścianą Płaczu nie każdy przychodzi po to, by się jedynie modlić…

Hałas przez całą dobę

Mieszkałyśmy przy małej bocznej uliczce, a jednak hałas był nie do zniesienia przez cały czas. Śmieciarka o świcie, jakiś agregat warczący całą dobę, nocne harce kotów z rozdzierającymi miaukami… Co ciekawe – koty w Izraelu są zwierzętami wolno żyjącymi – dzięki temu nie ma problemów z myszami i szczurami. Pełno ich na każdym kroku. Ludzie wystawiają im miski z wodą i tacki z karmą – bardzo często częstują się także psy, których również jest dużo (żyją z ludźmi w domach i prowadzane są na smyczy). Przewodniki podają, że Tel Aviv to miasto, które nigdy nie zasypia. Może jakaś jego część. Mieszkałyśmy w samym centrum i kiedy wracałyśmy z milong (ok. 4-5 rano), wszystko spało i wydawało się, że jest tak cicho…

Plaża

Jola:
Srebrno – błękitne morze, delikatnie złoty piasek i nowoczesna architektura wokół robi wrażenie. Jest cudownie. Opalając się poczyniamy pierwsze obserwacje ?
Plaża jest pełna mężczyzn, są tu w znaczącej przewadze. Leżą parami, grupkami, widać, że świetnie się ze sobą bawią. Czujemy się jak samotna blond wysepka na czarnym oceanie. Ocean jest spokojny, wysepka go nie interesuje ? DLACZEGO??? Niestety panowie wolą zdecydowanie panów i nawet pojawienie się takich dwie blond Wenus tego nie zmieniły ???


Tel Aviv słynie ze swoich przepięknych plaż, które ciągną się na przestrzeni kilku kilometrów. Większość jest strzeżona. Wybrzeże jest łatwo dostępne i bezpieczne. Bary, leżaki, parasole ,prysznice i kosze na śmieci są w zasięgu ręki ?

Ania:

Tel Aviv jest o tyle cudny, że centrum miasta leży niedaleko plaży. Co jakiś czas rozlega się apel w czterech językach (hebrajski, angielski, rosyjski i francuski), aby zachować czystość, nie wnosić szklanych butelek i nie kąpać się poza wyznaczoną strefą. Generalnie Tel Aviv jest miastem czystym, chociaż chodząc na milongi widziałyśmy jego brudniejsze zaułki. Plażę obsługują panowie od leżaków i parasoli, ratownicy oraz supervisorzy – cokolwiek to znaczy.

Woda z każdym dniem stawała się cieplejsza. Za to piach… Pogoda była piękna, ale wiatr postanowił sobie z nami pofiglować. Był taki dzień, że w ogóle nie wiał (lampa non stop, 32 stopnie w cieniu – poszłyśmy na plażę dopiero ok. 15.00.). W inne dni wiał różnie. Miałam wrażenie, że przyjął strategię eskalacji wciskania pyłu w tyłek. Generalnie powiewał dość przyjemnie, ale był taki dzień, kiedy… oszalał.

Okazało się, że ten piękny jasny piasek jest cholernym pieprzonym pyłem, który wdziera się w każdy otwór twojego ciała. Po pięciu minutach jesteś nim pokryta tak, że nie widać twoich rysów twarzy. Oj, zatęskniłam do drobniutkich brązowych kamyczków Malagi… Nie ma handlu obnośnego, nikt cię nie nagabuje. Przez dziewięć dni widziałam dwa razy pana z lodami i sokami.

Ceny

Masakrycznie wysokie. 1 szekla to mniej więcej 1 zł. Tel Aviv to dobre miasto, jeśli chcesz odpocząć od nałogów (papierosy – 30 szekli, 0.7 Sobieskiego – 119 szekli, piwo – najtańsze widziałam za 7.50, ale normalnie kosztuje ponad 25).

To także dobre miasto, jeśli chcesz przestać nadmiernie jeść. Zakupy w sklepie na 2 dni to wydatek 90 szekli. Knajpy – stówa od osoby, chyba że chce się pójść do baru, gdzie danie z humusem kosztuje 30). Jednorazowy przejazd autobusem – 5.80, kolejka z Savidor na lotnisko – 13 z kawałkiem. Chcesz zjeść loda? W sklepie 9 szekli, na plaży 20.

Żołnierze

W Tel Avivie widoczni głównie na dworcach, w Jerozolimie ich więcej. To dzieciaki zaraz po szkole średniej. Dziewczyny służą dwa lata, chłopcy trzy. Nie są zbyt postawni, często karabin jest niemal wielkości wątłego ciała. Poprzednio widziałam, jak wchodzili do morza (bez munduru, ale nie wypuszczając karabinu z rąk), albo jak w knajpie tańczyli (w mundurach i z karabinami). Czasem nie mają munduru, ale karabin tak. A czasem w mundurze są bez karabinu. Na poniższym zdjęciu po prawej widać arabsko – żydowską knajpkę. Na co dzień nie czuć żadnego konfliktu.

Morze Martwe – czyli upał, sól i błoto

Ania:

Trzeba pojechać, jak już jest się w Izraelu. Z mojej poprzedniej wizyty pamiętam przezroczystą wodę i jasny piasek. Bo byłam w innym miejscu. Plaża Morza Martwego dostępna z Tel Avivu (jedzie się przez Jerozolimę) jest tą najpopularniejszą i nazywa się Kalya. Po wyjściu z liniowego autobusu natknęłyśmy się na busika, który za darmo nas zawiózł na samą plażę. Z powrotem już nie było tak fajnie. Bus jadący z plaży do Jerozolimy kosztował dwa razy drożej niż ten liniowy. Więc z plaży drałowałyśmy do przystanku na piechotę (około pół godziny). Potraktowałyśmy to jako element dbania o kibić 🙂 A że była godzina 18.00. – słońce grzało, ale nie tak strasznie jak w południe. Ze względu na położenie Izraela, od godziny 10.00. do 17.00. słońce jest w zenicie. Z której strony nie patrzeć i jak się nie ustawiać – jest nad głową i już.

Na tej konkretnej plaży, a właściwie w wodzie, było to osławione błoto, którym za naszego pobytu smarowali się głównie panowie – także po łysych czaszkach. Może liczyli na poprawę urody i odrost loków?

Na plaży nie było piachu, a jakieś ubite klepisko. Na szczęście były dostępne krzesła, leżaki i parasole. Upał był potworny, na słońcu trudno było wytrzymać nawet nam, lubiącym opalanie. Wejście do morza było bardzo śliskie ze względu na to błoto, które miało konsystencję szlamu. Brrr…Z tego względu woda była mętna. Kostiumy kąpielowe w jasnych barwach słabo ją znosiły. Mój już w Warszawie wymoczyłam w odplamiaczu i jakoś doszedł do siebie.

Jola:

Wyprawa nad Morze Martwe miała być hitem naszego pobytu w Izraelu, szczególnie że zaplanowana była na dzień moich urodzin. Czy była? I tak, i nie…
Podróż zajmuje około dwóch godzin i kosztuje (razem z autobusem miejskim) około 75 szekli od osoby. Wstęp na plażę jest płatny – nasza kosztowała 57 szekli, ale podobno są również o wiele droższe. Autobus wysadził nas w szczerym polu, a upał niemal powalił. Pierwsza myśl: O matko, gdzie my jesteśmy?! Gdzie jest to Morze Martwe?! Dokąd mamy iść?! Na szczęście był kierunkowskaz i ….. busik, który czekał na turystów. Szczęśliwe, że nie musimy iść w tym upale, docieramy do celu i możemy wreszcie skorzystać z osławionego na całym świecie dobra narodowego. Droga do samego morza wiodła przez świetnie zagospodarowany teren: knajpki, sklepy, leżanki, piękny ogród. Widok z góry na morze, które jest w zasadzie bezodpływowym zbiornikiem położonym 471 metrów poniżej poziomu (wąską strużką dopływa jedynie rzeka Jordan), robi wrażenie: otoczony pustynią i fragmentami zamglony przez unoszony wiatrem pustynny piach.

Zeszłyśmy w potwornym upale z niezliczonej ilości schodów. Chwila odpoczynku w cieniu i z determinacją oświadczyłam, że idę zażywać kąpieli. Postawienie gołych stóp na nagrzanej ziemi o mało nie spowodowało zawału, w podskokach wracałam po klapki. Następne wyzwanie to wejście do wody. Jest bardzo ślisko, każdy krok to walka, ale po pokonaniu trudności – reszta okazuje się być frajdą. Woda była bardzo przyjemna, a smarowanie się błotkiem to niezła zabawa.

Jerozolima

Ania:

Miasto smaków, zapachów, miejsce mocy… Uważam, że KAŻDY – bez względu na religię/wiarę/filozofię/ateizm/cudanakiju – powinien ją odwiedzić. I jest o połowę tańsza niż Tel Aviv 🙂 Nie każdy wie – a i w żadnym przewodniku nie znalazłam o tym informacji – że Jerozolima ma drugi poziom, wybudowany na… dachach. Rosną na nim drzewa i trawa, pasą się kozy, wybudowane są mniejsze kamieniczki, w których mieszkają całe rodziny, często chasydzkie (ortodoksyjnie religijni). Niewierni są dla nich przezroczyści. Nie istnieją. Jak bardzo trzeba być wytrenowanym w nie widzeniu… Są w tym mistrzami. Trzeba wiedzieć, jak tam wejść. I być uważnym, bo łatwo stracić schody z oczu, a bez nich raczej się nie zejdzie i żaden chasyd w tym nie pomoże.

Jola:

Wyprawa do Jerozolimy była absolutnie niezwykła. Szkoda, że byłam tam tak krótko. Na zobaczenie starej części potrzeba dwóch dni. Ja miałam tylko kilka godzin.
Z Tel Avivu jedzie się klimatyzowanym autobusem z WiFi ? Przejazd trwa ok. 45 minut i kosztuje 22 szekle. Cała w szczęściu, że jestem już na miejscu, miałam zamiar udać się na zwiedzanie. I tu pojawił się problem: byłam bez mapy, przewodnika, internetu i nieprzygotowana. Na dodatek nikogo wokół. Szłam zgodnie z intuicją. Nagle nie wiadomo skąd pojawiał się stary Żyd. Popatrzyłam na niego z nadzieją, a on zapytał, w czym mi pomóc. Musiałam wyglądać na zdesperowaną, bo mężczyzna wziął moje dłonie w swoje, tak jakby chciał mnie uspokoić. Wytłumaczył mi, jak dojechać i gdzie wysiąść. Dotarłam do Bramy Damasceńskiej. Idąc starymi kamiennymi chodnikami mijałam tłumy turystów i przedstawicieli wielu religii. Moją uwagę przykuwali oczywiście ortodoksyjni Żydzi. Początkowo błądziłam bez celu po wąskich uliczkach. Uwielbiam to. Zapachy i różnorodne dźwięki sprawiają, że czuję się cudownie. I tu z pomocą przyszedł mi kolejny starszy Żyd: po standardowym pytaniu, w czym mi pomóc, dał mi mapę Starej Jerozolimy i język rosyjski wcale mi nie przeszkadzał.


W Jerozolimie jest sporo miejsc wartych uwagi. Ja skupię się na dwóch, które wywarły  na mnie największe wrażenie.

Stara Jerozolima jest dobrze oznakowana, a podzielona jest na dzielnice chrześcijańską, muzułmańską,  żydowską i ormiańską.
Zanim dotarłam do Bazyliki Grobu Pańskiego, przeszłam częściowo drogę krzyżową. Gorąco polecam nawet osobom nieszczególnie religijnym. Idąc ostatnią drogą Chrystusa, mijamy stare uliczki, na których czas zatrzymał się dawno temu.
W bazylice stanęłam przy kamieniu namaszczenia. Czułam niezwykłą energię tego miejsca: skupienie, łzy, modlitwy i delikatny dotyk płyty zrobiły na mnie wrażenie. Podziwiałam kopułę. Z otworu spływało niebieskie światło. W kolejce do grobu Pańskiego panowała cisza. Po wyjściu potrzebowałam kilku minut, by ochłonąć.


W drodze do Ściany Płaczu – świętego miejsca wyznawców judaizmu – zostałam poczęstowana pyszną kawą z kardamonem ? Pod samą ścianą szczegółowo mnie skontrolowano pod względem bezpieczeństwa i właściwego ubioru, a zrobiła to bardzo miła, aczkolwiek stanowcza Żydówka. Z zainteresowaniem przyglądałam się otaczającym mnie ludziom. Strona męska (pięć razy większa niż żeńska) jest dla kobiet niedostępna, więc tylko z daleka mogłam popatrzeć na modlących się mężczyzn. Gdy dotarłam do części właściwej dla mojej płci, zobaczyłam tłum kobiet, które trzymały w rękach Torę, zakrywając nią twarze. Panowała tam niezwykłą cisza. Kobiety modliły się kiwając w transie, a po ich twarzach spływały łzy. Niezwykłe wrażenie. Patrząc na te płaczące w ciszy kobiety miałam łzy w oczach i dreszcze na całym ciele. Byłam całą sobą w ich bólu, prośbach i podziękowaniach. Ich widok ciągle mam pod powiekami.

Miejsca warte odwiedzenia

Ania:

W Izraelu jest tylko jedno lotnisko. Można też polecieć do Jordanii, odwiedzić Petrę (jest niesamowita) i strefę bezcłową w Ammanie. Kiedy byłam poprzednio, dolar kosztował 2 zł. Napakowałam całą walizę różności. Mój bagaż ważył 65 kg 🙂 Na lotnisku „usłużny” pan chciał mi „pomóc” włożyć walizkę na taśmę przy kontroli (licząc na bakszysz, jak to w krajach arabskich), ale nie zdołał jej nawet podnieść 🙂 W Izraelu nie ma wyciągania łap po cokolwiek. W każdym arabskim kraju warto mieć odliczone pieniądze na bilet w autobusie, bo resztę trudno wyegzekwować. Tu nie ma problemu z wydaniem reszty nawet z banknotu stuszeklowego – chociaż tuż po przyjezdzie kierowca jednak sobie zaokrąglił i po dwadzieścia groszy na nas zarobił 🙂

Kiedy byłam poprzednim razem, zostałam obwieziona po wszystkich najważniejszych miejscach. Byłam w Tyberiadzie, Nazarecie, Betlejem (widziałam teoretyczne miejsce narodzin Jezusa. Za to kontrole przy wjeździe i wyjeździe ze strefy Autonomii Palestyńskiej to dopiero zabawa…), Haifie (ogrody Bahaistów to istny cud. Ich religia bardzo mi się spodobała, ale kiedy okazało się, że oni także spotykają się e wspólnocie, by czytać swoje święte księgi, mój rys antysocjalny wziął górę i zrezygnowałam), nad Jeziorem Galilejskim (nigdzie na świecie nie było mi tak gorąco, jak tam), w Jerychu (wjeżdżając czteroosobowym szczelnie zamkniętym plastikowym wagonikiem na wzgórze, na którym w klasztorze mieszkał mnich-samotnik, po raz pierwszy w życiu widziałam, jak z ludzi cieknie pot dosłownie strumieniem), w Ejlacie (najbrzydszy nadmorski kurort, jaki kiedykolwiek widziałam, a woda w Morzu Czerwonym była w lipcu dla mnie za chłodna). Organizacja kibuców robi wrażenie. To niesamowite, że na tak trudnym, suchym terenie udało się zrobić pola uprawne i plantacje. Warto to zobaczyć. Będąc na indywidualnej wyprawie też można to wszystko ogarnąć, jednak trzeba by zrezygnować z plażowania. Jolanda może się smażyć godzinami. Ja lubię się powygrzewać dwie godziny, więcej to dla mnie strata czasu, a i moja skóra nie ma takiego pigmentu, aby dawać się nadmiernie jarać…

W Izraelu widziałam kilka śmiesznych pojazdków. Poprzednio będąc w Jerozolimie, z zachwytem obserwowałam, jak na bardzo wąskiej uliczce mijają się dwa ciągniczki. Owszem, były małe, ale uliczka była tak wąska i zastawiona straganami, że wydawało się to po prostu niemożliwe… Teraz rozbawiło mnie jednoosobowe autko i mini-samochodzik sprzątający z kierowcą po lewej stronie (!), a zachwycił powszechny model roweru. Chciałabym!