Warsaw Tango Festival Recuerdo II

Jola:

Jestem pełna uznania dla Patrycji Cisowskiej – Grzybek i Jakuba Grzybka. Ta para jest mało u nas znana i w Polsce niedoceniana. To nie są jacyś tam tancerze i organizatorzy. To są Mistrzowie Europy w Tango Escenario z 2014 roku!

Show w Teatrze Sabat

Ania:

Kiedy kilka lat temu zapytałam Jolandy: „A co to za jedni?”, ona popatrzyła na mnie tymi swoimi zielonymi oczami i powiedziała z wyrzutem: „Jak to: mieszkasz w Warszawie i ich NIE ZNASZ?!”. Zrobiło mi się łyso, ale taki był fakt: nie wiedziałam, ki czort. Na szczęście nadrobiłam braki i muszę przyznać, że obserwując ich nie zawaham się stwierdzić, że jest to jedna z najdynamiczniej rozwijających się tangowo polskich par.

Jola:
Miałam przyjemność oglądać ich pokazy na parkietach Buenos Aires, między innymi w kultowym Salon Caning. A tam nie występuje byle kto i nie każdy może dostać zaproszenie. A niejedni by chcieli. 

  

Ania:

Nie są w Polsce znani, bo bez przerwy jeżdżą po świecie. W Buenos Aires są ze dwa razy w roku, jak nie częściej. Tam dają pokazy i tam czerpią ze źródła, korzystając z lekcji u najlepszych tangowych nauczycieli. W Warszawie prowadzą swoją szkołę tanga. Udzielają lekcji prywatnych. Zwyczajnie nie mają czasu, by bywać na miejscowych milongach.

La Baldosa, Buenos Aires

Jola:

Występują, uczą i jeszcze mają siłę i chęć na zorganizowanie takiej imprezy ❤ A dopięcie eventu tego kalibru to nie lada sztuka, finansowa i logistyczna.

Ania:

Dlatego Warszawa nie miała festiwalu. Są imprezy łączące maraton z festivalito, ale po porażce finansowej dawnego festiwalu sprzed lat – nikt nie chciał podjąć ryzyka. Myślę, że nikt też nie mógł, bo po prostu nikt nie zna świata argentyńskich maestros tak jak oni.

Jola:

Po raz drugi gościliśmy w Warszawie najlepsze pary tangowe świata.
Nie wiem, jak oni tego dokonali… Zaproszenie Vanesy Villalba i Facundo Piñero, Virginii Gomez i Christiana Marquez, Marii Ines Bogado i Jorge Lopez – w jednym terminie! – to rzecz prawie niemożliwa.

Ania:

Do tego doszli Olga Nikolaeva & Dmitry Kuznetsov – vice mistrzowie Europy Tango Escenario 2017, a także finaliści Mundial de Tango Escenario w Buenos Aires trzy lata z rzędu – a jak wiadomo, jest tam ogromna konkurencja…

Jola:
Zeszłoroczna edycja była sukcesem, pomimo małego zainteresowania ze strony naszych rodzimych tangueros i maestros. W tym roku festiwal był jeszcze lepszy.

Ania:

Warszawscy byli także rok emu!! A reszta kraju widocznie myśli, że nie musi, bo po co, skoro i tak ma uczniów, którzy płacą i myślą, że tańczą tango… 

Ale wróćmy do edycji II. 

Czwartkowa Opening milonga odbyła się na warszawskiej Pradze, w industrialnym budynku dawnej fabryki czegoś tam. Kiedy podjechałam i zaparkowałam – czułam się trochę nieswojo… Betonowe magazyny… Rampy… Noc… Nikogo… I tylko osamotniony stojak z bannerem starał się zwrócić na siebie uwagę, bez wskazywania jakiegokolwiek kierunku… Na szczęście ktoś się jednak pojawił i okazało się, że przez magazyn wchodzi się do nowoczesnej sali szkoły tańca (po mega fioletowym dywanie!), z barem, świetną drewnianą podłogą i dobrze zaopatrzonym bufetem. Tłoku nie było – jak to na festiwalu w czwartek (wszędzie na świecie ten dzień nie jest oblegany), ale ilość tangueros była dokładnie taka, jaka powinna być na tej parkietowej powierzchni.

  

Pokaz naszych organizatorów, czyli Patrycji i Jakuba, był bardzo gustowny (zobacz TU). Czasem tak jest, że para jest świetna technicznie, super uczy, ale pokazowo niestety nie wygląda. Z różnych względów. A Patrycja i Jakub zgarnęli całą pulę talentów: umieją wszystko (Jakub jest także świetnym konferansjerem – z polotem i humorem 😀 ). I nadal się rozwijają. To naprawdę w polskich warunkach nie jest powszechne.

    

Jola:

Tak, nawet maestros muszą się uczyć, nie tylko zwykli śmiertelnicy.

Ania:

Dlatego dziwię się, że było tak mało nauczycieli z Polski. Co ciekawe: byli ci najlepsi! Ci, co byli w Buenos. Ci, co dają przepiękne pokazy. Co prowadzą lekcje i chcą je mieć na wysokim poziomie. A krajowa średnia i nauczycielskie przedszkole chyba uznało, że nie musi patrzeć na najlepszych, nie mówiąc o warsztatach. Po co? Skoro uczniowie nie mają za dużych wymagań i mimo wszystko zostawiają u nich kasę… Tak, wiem: mogło komuś coś wypaść, mógł się rozchorować. Ja piszę o tych, którzy są zwykłymi ignorantami, a to plaga wśród polskiego środowiska nauczycielskiego.

Jola:

Piątek należał do Marii Ines Bogado i Jorge Lopeza. Dali pokaz dwukrotnie: na popołudniówce (apartamenty Złota 44, 50. piętro – tak, tam kupił mieszkanie Robert Lewandowski 🙂 ) i na milondze nocnej. Maria Ines jest niesamowita. To tancerka bardzo młodego pokolenia. Zobacz

    

    

Milonga na Złotej była tylko na zaproszenia, które organizatorzy losowali. To niezwykłe miejsce, przede wszystkim ze względu na widok. 50. piętro jest niemal całe przeszklone. To tu znajdują się apartamenty pokazowe.

Ania:

KAŻDY musi pstryknąć sobie fotkę, bo inaczej wizyta się nie liczy 😀 Moje obecne profilowe na fejsie pochodzi właśnie z tej imprezy 🙂

      

Jak festiwal – to i koncert na żywo. Rosyjscy muzycy:Tango En Vivo Orchestra – zespół młodych chłopaków pełnych wigoru – dali czadu… Lubią, by było głośno. Moim zdaniem trochę z decybelami przesadzili. Energii nie robi się przez hałas. No ale pożyją, może nie będą mieli potrzeby walenia po garach na maksa.

    

Grali świetnie, tańczyło się bardzo przyjemnie. Do świtu!
A w sobotę… krew, pot i łzy. Automatyczna masakra mechaniczną piłą tangowej techniki…

Jola:
Jeśli ktoś chciał się uczyć od najlepszych, to miał niebywałą okazję i miał z czego wybierać. Warsztaty z parami argentyńskich maestros to naprawdę okazja do poszerzenia tangowych horyzontów.

   

Ania:

Zwłaszcza jeśli ktoś uważa, że wyszedł z tangowego przedszkola. A jeśli ma aspiracje, by – będąc zwykłym tanguero bez edukacyjnego przygotowania (moim zdaniem zmora tangowego świata, no ale jest) – uczyć innych – to nie skorzystanie z tego, że Buenos przyjeżdża do Warszawy, jest zwykłą ignorancją. Ludzie – pytajcie, gdzie uczyli się Wasi ochotnicy na nauczycieli i jakie mają na to dowody… Na jakich byli międzynarodowych imprezach i kogo widzieli na żywo, a nie tylko na jutjubie… Nie wydawajcie pieniędzy bez sensu! Nie dawajcie sobie wciskać wizytówek na milongach! To NIE są nauczyciele!!!

Jola:

Poszłyśmy na warsztat z techniki. Trzy maestroski (Vanesa Villalba, Virginia Gomez, Maria Ines Bogado) wzięły nas w obroty przez 5 (!) godzin, jedna po drugiej. Było super! Całość kosztowała raptem 300 zł, a naprawdę było gęsto.

   

   
W ogóle cena festiwalu była bardzo niska. 200 zł za całą imprezę ze wszystkimi pokazami – to naprawdę niewiele.

Ania:

Niestety – jest jedna niedogodność: pora roku. Kiedy zachęcałyśmy naszych południowych kolegów do przyjazdu, mówili: „W listopadzie?! Nigdy. Chętnie! Ale w lato”.

Jola:

Jednak niektórzy przyjechali…

Ania:

Hahah na tym jednym zdjęciu widzę przynajmniej takich dwóch…

Wieczorna milonga sobotnia to gala na całego. Wino, buty, ciuchy… Czyli pełne spektrum także okołotangowych przyjemności.

      

Przybyło – UWAGA! – 350 osób! Nic dziwnego, skoro pokazy były dwa, i do tego topowych par. Rozpoczęli Vanesa Villalba i Facundo Piñero. CO TO SIĘ DZIAŁO… Panowie zrywali krawaty/muchy/marynary… Kobiety omdlewały…licząc na ocucenie… szampanem…

      

To był absolutnie pokaz roku w Polsce. Oczywiście – nie widziałam wszystkich pokazów w całej Polsce – ale z reakcji tych, co jeżdżą (nie tylko po naszym kraju), a także z reakcji przybyłych międzynarodowych maestros wnoszę, że TO był pokaz nadzwyczajny. Pierwszy taniec jest TU.

Trudny orzech do zgryzienia mieli Los Totis, czyli Virginia Gomez i Christian Marquez, którzy wystąpili zaraz po. Ale dali radę! Są świetni. Technicznie doskonali. Zobacz!

Obie pary dostały owacje na stojąco i obie uraczyły nas bisem.

Jola:
Sobotni pokaz Vanesy i Facundo powalił mnie na kolana. Zresztą: wszystkie pokazy były na najwyższym poziomie.

Ania:

Każdy typ imprezy ma swoją specyfikę. Niektórzy fukają na „zadęcie” festiwali. Mnie to śmieszy. Festiwal rządzi się swoimi prawami (o szczegółach napiszę kiedy indziej). Piękne wnętrze z marmurową podłogą o dobrym poślizgu jest jak najbardziej TOP (w Buenos tańczy się głównie na podłogach kamiennych. Milonga i festiwal nie ma tylu godzin tańca, żeby to miało być przeszkodą). Jeśli kogoś bolały nogi, to nie od tego konkretnego podłoża, tylko od tego, że nie ma techniki ich stawiania. Stopy i kolana wysiadają na podłodze tępej (dlatego nie ma zbyt śliskiej hehe). Na kamiennej z dobrym poślizgiem nic nie wysiada, jeśli ma się właściwe buty (do tanga, a nie do tańca towarzyskiego) i umie stawiać stopy. A nadęcie? Co to znaczy? Elegancka oprawa i shows rewelacyjnych par to nadęcie? Panie w elegantszych sukienkach i brak panów w t-shirtach? Nie każdy lubi elegancję – i ok. Można zjeść obiad w restauracji Modesta Amaro, a można wsunąć kotleta na obiedzie u cioci Krysi. Nieporozumieniem jest – i nietaktem – kiedy od cioci będziesz wymagać fantazyjnego dania, jakie jest w menu restauracji Amaro. Tak samo: jeśli pójdziesz do Amaro i zaczniesz się domagać kotleta jak u cioci… TAK, festiwal ma zadęcie, bo to taki typ imprezy. W końcu iluż z Was, drodzy Rodacy, widzi chociaż jeden festiwal w roku? My z Jolandą widujemy przynajmniej jeden na kwartał, a tak naprawdę to chyba jeden na dwa miesiące… Albo sześć tygodni… Musimy podliczyć nasz 2017 rok 🙂 Więc jeśli ktoś nie jeździ, niech nie krytykuje. Nie lubisz takich imprez? Ok. Nie każdy lubi szampana. Niektórzy do końca życia zostają przy musującym Dorato… Pokazy par warto oglądać na każdym etapie tangowego życia, bo na każdym etapie coś można z nich wynieść (zwłaszcza na późniejszym, jak już umie się odróżnić dobre jakościowo tango od ściemy).

Jola:

Ogromną niespodzianką był dla mnie niedzielny pokaz rosyjskiej młodej pary: Olgi Nicolaevy i Dimitra Kuznetsov (link wstawimy, jak pokaz zostanie opublikowany).

  

Ania:

Jak mówi nasz rodzimy tanguero Ojciec Wiesław: „Tango kończy się tam, gdzie zaczyna się balet lub cyrk”. Tego ostatniego nie było. Balet – tak, bardzo subtelnie dodany do tanga. Widać, że Olga jest także tancerką klasyczną (jak większość zawodowych tanguer). Ten balet był tak bardzo na miejscu… Z przyjemnością chłonęło się cały występ tej niezwykłej pary, z której biła energia i radość wspólnego tańca.

Ronda maestros zwieńczyła cały festiwal. A afterka w SPATiF-ie, na Milondze Uno, domknęła wierzeje tegorocznego Recuerdo.

Jola:
Z ogromną przyjemnością oglądałam czwartkowy pokaz Patrycji i Jakuba. To cudownie rozwijająca się nasza para. ❤ Mam nadzieję, że będzie można ich zobaczyć nie tylko na festiwalu, ale również na innych polskich wydarzeniach.

Ania:

Jak ich zaproszą, a oni znajdą czas. Już niektórych zazdrość zżera, że tych dwoje może, umie, że im wychodzi. Polacy to specyficzny naród. Wspierają się w kataklizmie i tragediach, nie umieją znieść sukcesów innych. Nie szkodzi. Myślę, że kolejna edycja będzie jeszcze bardziej mega. O ile to możliwe… Ale póki co warto obejrzeć nasz narodowy towar eksportowy :p 

Jola:
Festiwal był świetnie zorganizowany, w pięknych miejscach. Jedyne zastrzeżenie to nagłośnienie na głównych milongach. Chociaż ostatni wieczór pokazał, że dobry dj umie sobie poradzić.

Ania:

Z tym nagłośnieniem auli to jest jakaś dziwna sprawa… Wnętrze nie jest typowe, bo poza swoją monumentalnością, zaułkami i kolumnami – ma szklane sklepienie, czyli kolejny element inny akustycznie. Zaskoczył nas niedzielny dj (Mik Avramenko), który tak wszystko poustawiał, że dźwięk płynął bez przeszkód i był miły dla uszu…

Jola:
Nie będę się odnosiła do poziomu tanecznego uczestników. Każdy mógł znaleźć swoje miejsce i swoich partnerów. 

  

Ania:

Od piątku do niedzieli milongi odbywały się w auli wydziału fizyki Politechniki Warszawskiej (tak jak w ubiegłym roku). To bardzo piękna przestrzeń. W łazience dla pań fullpack pierwszej pomocy (do męskiej nie zaglądałam, wybaczcie) – niespotykany nigdzie na świecie na żadnym festiwalu, a na maratonach tylko niektórych (naszych polskich tak!). Bufecik malutki, ale przecież nie idziemy na festiwal, by konsumować. Na popołudniową milongę dotarłyśmy raz: w niedzielę, do kawiarni Pożyteczna. Był full! Podobno dzień wcześniej na Oczki też było super.

Jola:
Podsumowując: moim zdaniem był to tegoroczny najlepszy polski festiwal i jeden z lepszych w Europie. Nigdy i nigdzie nie widziałam tylu topowych par naraz – a jeżdżę duuużo…
Brawo Patrycja, brawo Jakub, brawo cała ekipa. Czekam na 3. edycję ❤

Ania:

Warto wspomnieć o Tango Dream  w Teatrze Komedia, czyli show wszystkich par tego festiwalu. Wszyscy, którzy byli, stwierdzili jednogłośnie: to było NIESAMOWITE! Nie da się tego opisać. Ponieważ teatr jest stałym elementem Recuerdo, warto za rok upolować bilety i zobaczyć to na żywo.

 

Na koniec dodam, że to był festiwal, który gościł ludzi uczciwych. A tak! Sprawdziłam to osobiście, i nie ja jedna. Zostawiłam w piątek telefon (kręciłam transmisję na żywo dla Tango Te Amo, a potem odłożyłam go na stół i poszłam tańczyć). Jolanda zgubiła złotą bransoletkę, a nasz kolega (co prawda po powrocie z jednej milongi i przed wyjściem na drugą) – ręcznik… Aha, jeszcze Anna P. zgubiła kiecki. Najlepsze jest to, że twierdzi, iż niczego jej nie brakuje… Poza tym wszystko się znalazło. W różnym czasie (kilku godzin) i okolicznościach (szczegółów nie zdradzę), ale jednak 😀 Do zobaczenia za rok!

Kto chciałby zobaczyć, co dokładnie stracił – niech zajrzy na stronę festiwalu i zobaczy PROGRAM. Oraz zapowiedzi, bo pewnie niebawem ukaże się Recuerdo III 2018…

P.S. 1. DLACZEGO ukryliście przede mną tego małego białego cukiereczka?!

Bo bym go zacałowała…

P.S. 2. Festiwalowi Tango DJ-e grali tak, jak im w duszy gra 🙂 Jeden miał zbytnią skłonność do maksymalnie rozdzierających dramatów, ale daliśmy radę 🙂

Granie na festiwalu to nie jest granie na milondze dla dwudziestu par. To duża sztuka, która generalnie się udała.

P.S. 3. Ela – jak zwykle – zrobiła super zdjęcia. Pozwoliłam sobie także skorzystać z fotek Meg. Dziękuję, Dziewczyny!

  

Jola (ta Piękna) i Ania (Bestiaaa…)

 

 

Tango na bielskim zamku – październik 2017

Do niedawna mówiłam, że Ania Pietruszewska jest carycą bielskiego tanga. Trochę się krygowała, trochę zżymała: że caryca niezbyt ładnie brzmi, że to władczyni rządząca twardą ręką, że w ogóle i w szczególe to ależ skąd, nigdy w życiu… I właściwie miała rację. Nie pozostało mi nic innego, jak zmienić zdanie.

Żadna z niej caryca. To Anielica bielskiego tanga (i okolic).

Porywa się z motyką na słońce i dokonuje niemożliwego. Wymyśliła sobie festiwal tanga na bielskim zamku. Kilka dni przed imprezą wystawił ją do wiatru człowiek, który obiecał świetny parkiet (dziedziniec jest marmurowy, więc bano się, że pod wpływem tanga się zniszczy) i profesjonalne oświetlenie. Po drodze słyszała wiele krytycznych głosów, że nie tak, nie siak…

Nie zniechęciła się i co zaplanowała, to zrobiła.

Sobotnie wydarzenie było częścią większej całości, która trwała od czwartku do niedzieli (milongi i warsztaty). Przyjechało trochę ludzi z zewnątrz. Niby łatwo dojechać, bo jest Pendolino… Jednak ono nie kosztuje trzydziestu złotych, ani nawet stu trzydziestu. Na dodatek w tym czasie odbywała się comiesięczna milonga w Olsztynie, a w Warszawie koncert Bandonegro Tango Orquesta z milongą i pokazem naszej najlepszej – według Jolandy – polskiej pary, Jakuba Korczewskiego i Magdy Bochińskiej. Przyjechali goście z Czech, a nawet i nie tylko.

Bielsko-Biała ma cudowną starówkę.

Pięknie odrestaurowane kamieniczki i bajeczną Salę Redutową (to jedna z najpiękniejszych neorenesansowych sal w Polsce), znaną nam z imprez sylwestrowych. Niestety: czymś tak smarują parkiet, że w tym roku Anielica zdecydowała, że nie chce narażać ludzi na przyklejanie butów do podłogi i sylwestra nie będzie. Za to – po raz kolejny – będzie super maraton w Szczyrku – rejestracja trwa, warto tam być!

Ale wróćmy do tanga na bielskim zamku.
Festiwal odbył się w Muzeum Historycznym Zamek Książąt Sułkowskich, który ma malowniczy adres: Wzgórze 16. I beznadziejny dojazd samochodem – a wystarczy
łoby rozwiązać to trochę inaczej… Gorszy jest jedynie wyjazd z dworca we Wrocławiu – tam musiał to projektować jakiś pijany szaleniec, tu zwyczajny bezmysł).

To było bardzo przyjemne spotkanie towarzyskie.

A i tangowe też. Nie było parkietowych „mistrzów świata” (we własnym mniemaniu), i całe szczęście. A kto chciał, mógł przyjemnie zatańczyć. Na parkiecie co prawda panował bałagan, nie było mowy o żadnej rondzie, ale to na takich imprezach standard, także na świecie. Rondy zachowywane są chyba jedynie na maratonach, i to tych encuentro milonguero lub z bardzo silną selekcją. To była kameralna impreza, nie nastawiona na setki uczestników. Dziedziniec i parkiet miały swoją pojemność, a w godzinach szczytowych wypełnione były po brzegi.

  

Każda impreza wyjazdowa jest świetną okazją do nawiązywania nowych znajomości.

Ja np. poznałam przesympatyczne małżeństwo z Warszawy (Celino i Leszku – pozdrawiam!), a także miłego i dobrze tańczącego Czecha. Każdy wyjazd to także okazja do spotkania tych już sobie znanych, z drugiego końca Polski (lub świata). Albo można odnowić znajomość z kimś ze swojego miasta. Ja dowiedziałam się od warszawskiego kolegi, że ostatnio ze mną nie tańczył, bo byłam zbyt mało namiętna… 😀

  

Jeszcze się taki dj nie urodził, co by każdemu dogodził.

Osobiście uważam, że muzyka była na tyle różnorodna, że każdy mógł znaleźć i zatańczyć miłą sobie tandę. Każdy grał inaczej. Rozpoczął Facundo Penalva – systematycznie spolszczany Argentyńczyk, po nim stery przejął nasz bułgarski Polak Vasko Manov (uwielbiam bałkańskie cortiny!), po nim zagrał Mateusz Stach, a zakończyła z przytupem Ania, celowo puszczając cortiny szantowe (na cześć zlotu uczestników tegorocznego Tanga pod Żaglami – bo mało jej, więc i na Mazurach musi poszaleć – już zaplanowała przyszłoroczną edycję…).

    

Festiwale są imprezą dla wszystkich.

Dla tych mniej doświadczonych – ważne, aby nauczyciele uczyli nie tylko kroków, ale też tłumaczyli, dlaczego porządek jest ważny i jakim zagrożeniem jest bałagan, i dla doświadczonych – jak umieją nawigować, łatwiej się w tłoku odnajdą. Najważniejsze na zatłoczonym parkiecie jest, by kobiety pilnowały nóg i nie machały nimi po dzikiemu (nawet jak dostaną za dużo energii), bo mogą zrobić komuś krzywdę, a mężczyźni by nie szli do tyłu i nie wystawiali łokci.

  

Podłoga dostarczyła tańczącym dodatkowych atrakcji.

Zanim ułożono parkiet, nie było widać, że dziedziniec ma spadek, który chyba bardziej odczuwali prowadzący (przynajmniej ja, jak na chwilę weszłam w tę rolę, miałam wrażenie, że lecę w dół…). Powierzchnia okazała się nie być tępa. Tak sobie teraz myślę, że może gdyby miała mniejszy poślizg, spadek byłby mniej odczuwalny? Chociaż ja osobiście nie lubię tępych parkietów i wolę, kiedy pivoty wchodzą jak w masło…

Nie ma podłogi zbyt śliskiej.

Chyba że, jak mówi Jacek Mazurkiewicz, nie umie się stawiać stóp. Ta była – moim zdaniem – w sam raz (Janusz K. słusznie zauważył, że bardziej śliska podłoga jest lepsza dla stawów niż zbyt tępa), jedynie nieco skośna. Dobra cena Prosecco w zamkowej restauracji pozwalała na systematyczne wizyty w barze, dzięki czemu można było oszukiwać błędnik i trzymać zarówno pion, jak i właściwy poziom. Uczestnicy tego „eksperymentu społecznego” w sumie dobrze się bawili, traktując dodatkowe parkietowe walory jako wyzwanie.

Jak festiwal, to pokaz.

Gwiazdami wieczoru byli Marie Loy z Grecji i Facundo Penalva – wcześniejszy dj, który na co dzień uczy w szkole bielskiej Anielicy. Marie miała tańczyć ze swoim partnerem, z którym była na tegorocznym Tangu pod Żaglami. Niestety tydzień przed festiwalem, przygotowując się do pokazu – Matis złamał nogę. Tak więc Marie wystąpiła z Facundo – ze względu na wspomniany spadek parkietu – w wyższej części dziedzińca.

    

Film nakręcony przez Leszka Wdowińskiego można zobaczyć TU.

Życzę wszystkim organizatorom takiego zapału i wytrwałości, jak ma bielska Anielica.
A tangowców zachęcam: jeździjcie. Doświadczcie. Poznajcie. Warto.

Foto: Sona Komarkova Photo Tango.

Ania (Bestiaaa)

 

 

 

 

 

Sitges 2017 – XIV Tango Festiwal w Hiszpanii

Jola:

O festiwalu w Sitges słyszałam od wielu osób. Tegoroczna edycja odbyła się po raz XXIV! To jeden z najstarszych festiwali w Europie. Lipiec, Barcelona tuż obok, plaża, super jedzonko i tango – to wszystko zadecydowało o kolejnej wyprawie do Hiszpanii: pięć dni w Sitges, dwa w Barcelonie.

Ania:

Po encuentro w Maladze (o tamtej wyprawie możesz przeczytać TU) – zakochałam się w Hiszpanii, hiszpańskich imprezach, różanej cavie i ichniejszych kalmarach… Bardzo byłam ciekawa tego festiwalu. Miałam nadzieję, że ponownie spotkam część osób tam poznanych. I nie mogłam się doczekać nowych znajomości i nowych abrazos… oraz Barcelony, do której wybierałam się trzy razy (raz nawet miałam kupiony bilet i zarezerwowany hotel), ale z przyczyn losowych nie udało mi się dotrzeć.

  

Jola:
Festiwal organizuje (od 1993 roku, zawsze w połowie lipca) Associacion Barcelona Tango Club. Tę edycję rozpoczęto spektaklem w wykonaniu Compañia Tango Amado w centrum kulturalnym El Retiro, na którym był komplet widzów. Potem milonga. Kiedy festiwal zaczyna się w środę – wiadomo, że wielkich tłumów tej nocy nie będzie. Co nie oznacza, że nie będzie z kim tańczyć! Oj… tu było… Nowe znajomości zaowocowały imprezą do białego rana, niekoniecznie tangową… 

   

Ania:

Wszystkie festiwalowe milongi odbywały się w El Retiro. System biletowy był nowoczesny, komputerowy. Cudowne było to, że tańczyliśmy na powietrzu! Hiszpańskie lato wcale nie jest jakoś bardzo upalne, przynajmniej nie w Sitges. Wieczory były przyjemnie ciepłe, ale nie gorące. Podobno rok wcześniej padał deszcz… Tym razem trochę się chmurzyło, ale ostatecznie nie musieliśmy się chować pod zadaszeniem restauracji. Minusem była kamienna podłoga z umiarkowanym poślizgiem. I niestety bałagan na parkiecie. Zwłaszcza w weekend dał się we znaki, kiedy przybyło bardzo dużo osób. O żadnej rondzie nie było mowy. W ogóle poziom tangowy – jak to na festiwalach – był średni. Towarzyski na 5+ 🙂 Ale i tu znalazły się ubraniowe i obuwnicze męskie dziwadła. To ciekawe (zdecydowanie temat gender), że paniom nie przychodzi do głowy założyć na nogi czegś, co okropnie wygląda… 

  

Jola:
K
olejne dni festiwalu to dla wielu uczestników czas na doskonalenie umiejętności pod okiem zaproszonych maestros. Byli to Gustavo Rojas i Gisele Natoli oraz Veronica Palacios i Jorge Pahl. Obie pary oczywiście dały pokaz na nocnych milongach.

Ania:

Szczególne wrażenie zrobiła na mnie milonga w wykonaniu Veroniki i Jorge. Matko, jak ona zasuwała tymi stópkami… Jakby miała w nich motorek… Jorge to kawał przystojnego faceta. Zasadzałam się na taniec z nim. Wyszło, ale… na innej imprezie 🙂 Szczegóły wkrótce. Bardzo bym chciała, aby ta para przyjechała do Polski – nie jest to trudne, ponieważ na co dzień Veronica i Jorge mieszkają i uczą w Barcelonie. A jak tańczą – można zobaczyć TU 

   

Zdjęcia pochodzą z profilu  na Facebooku Veroniki Palacios i mają status publiczny.

Jola:
Festiwalowe dni wyglądały podobnie: wieczorne milongi w El Retiro, a popołudniowe na plaży – które mają swoich zwolenników i przeciwników. Ja osobiście nie przepadam za tańczeniem na ubitym, mokrym piasku, lecz wiele osób było zachwyconych.

Ania:

Nie znoszę tańczenia na piachu czy w wodzie. Może to wygląda malowniczo i romantycznie, ale dla mnie trudne piwotowanie jest zbyt dużym dyskomfortem i nie chce mi się nadwyrężać stawów, bo i po co? Dlatego byłyśmy tylko na jednej. A wystarczyłoby przenieść tangolenie kilka metrów dalej. Było miejsce. Zdecydowanie wygodniejsze niż piach. Widać taka była idea. Więc więcej czasu miałyśmy na knajpki, w których jedzenie i wino wiadomo, jakie jest. Niestety pyszne. Niestety, bo po powrocie do Polski trzeba przechodzić na dietę :p

   

Jola:
Nocne milongi zaczynały się o 21.30, kończyły o 2.00,, czyli jakoś specjalnie długie nie były. Ale po milongach głównych następowało after party. Pierwsze odbyło się na maleńkim cypelku, tuż nad skalistą przepaścią, na trudnym kamiennym podłożu.

Ania:

Czegoś takiego nie przeżyłam w życiu… Jak zobaczyłam tę przepastną otchłań – pomyślałam: nie ma mowy! Usiadłam sobie z boczku i ze ścierpniętym tyłkiem obserwowałam, jak Jolanda pląsa. Matko… Mam jakiś taki ukryty lęk wysokości. Mogę być na 50. piętrze, jeśli są barierki i zabezpieczenia. Tu było po prostu urwisko, jak w filmie grozy. Jednak tak całkiem nie udało mi się wymigać. Tańczyłam… i do dziś, jak sobie przypomnę, znowu cierpnie mi tyłek. Aaa!!!

  

Jola:
Nocne milongi odbywały się w różnym składzie, ponieważ każdego dnia sporo osób dojeżdżało z Barcelony. To powodowało większą rotację partnerów i nowe doznania ? Ja co prawda miałam grono moich ulubionych, ale… zawsze to miło zatańczyć z kimś innym.

Ania:

Generalnie na milongach głównych teren był tangu przyjazny. Stoły i krzesła były ustawione wokół parkietu i było ich na tyle dużo, że nie trzeba było walczyć o posadowienie czterech liter. Dj-e grali dobrze, bez smęcenia i wyjcowania. Tandy zmian i hocki – klocki nas akurat nie interesowały, ale ponieważ – jak to na festiwalach – było więcej pań, one mogły skorzystać i dorwać się do tangueros 🙂 To było zwyczajne polowanie… Nie, zdecydowanie nie chcę brać w czymś takim udziału, ale jak ktoś lubi – niech bierze. My na szczęście nie narzekałyśmy na brak chętnych do wspólnego tanga. Zarówno ja, jak i Jolanda – odpuszczamy uganianie się za mężczyznami w jakiejkolwiek formie. To za nami warto się uganiać :p Była pani bez skrępowania desantująca panów (czasem się nacięła na odmowę), były dziewczyny prowadzące. Wszystko było 🙂

  

Jola:
Festiwal miał kilka niespodzianek miłych i przerażających. Dobrze, że after party zostało przeniesione znad urwiska pod sam kościół, bo co noc było więcej osób i wszyscy na cypelku by się nie zmieścili. Cudowną niespodzianką był koncert Federico Gonzaleza z Buenos Aires. Federico nie dość, że pięknie zaśpiewał na sobotniej after party, to jeszcze miał takie objęcie, że ech…?
Zresztą:
nie tylko on …???

  

Ania:

Tą przerażającą niespodzianką dla mnie był „Tango coaching”. Ja w takich hopsztosach z zasady nie uczestniczę. Jolanda lubi nowe doznania, więc wzięła i się zgłosiła. Już pierwszej nocy umówiła się na kołczowanie z takim jednym. Ja nie chciałam za żadne skarby, bo jako jednostka mało socjalna nie lubię cudaczenia z obcymi ludźmi i dobrze mi z tym. Nie chcę przełamywać żadnych barier, bo to moje barierki ochronne, znane i przeze mnie akceptowane. Nie wiem, ki czort mnie opętał, że zmieniłam zdanie. Na dzień przed zapytałam Yaniny (prowadzącej – cudowna, ciepła kobieta!) – z nadzieją na odmowę – czy mogę dołączyć. Myślałam, że nie będzie partnera… Niestety był. Ale po kolei. Założeniem tango coachingu było wyzwolenie w tangueros „prawdziwego tangowego ja”; żeby zacząć tańczyć, nie udając kogoś innego. No i fajowo. Tylko że ja nikogo nie udaję, więc nie mam czego wyzwalać. Jolanda wystawiła do wiatru tego, z którym się umówiła (zapracował na to), i kołczowała się całkiem przyjemnie z kimś innym. Ja dostałam z przydziału (oczywiście było więcej kobiet, więc męscy organizatorzy przyszli z odsieczą) sapiącego, gniotącego moją talię i plecy jak ciasto na pierogi takiego jednego, co to najpierw mnie zadziwił, wkurzył, potem rozśmieszył (sapaniem i gnieceniem), a w efekcie końcowym ubawił, bo w taki sposób wczuwał się w connection, że pękałam ze śmiechu. Przy całej sympatii do tangowej kołczini – nie chciałabym tego powtórzyć nigdy więcej. Moim zdaniem takie zajęcia są dobre dla tych, co by chcieli się trochę pomiętosić, ale nie znają się na tyle, by mieli śmiałość 🙂

  

Jola:
To był cudowny czas. Do zobaczenia za rok na jubileuszowym XXV Festival International de Tango Sitges ❤

Ania:

To znaczy, że jedziemy..? OK!

WRAŻENIA PODRÓŻNICZE – POZATANGOWE

  

Jola:

Sitges leży zaledwie 35 km od Barcelony i jest doskonale z nią skomunikowane. Autobus kursuje całą dobę (w dzień co 15 min., w nocy co półtorej godziny) i kosztuje 4 €. Niestety nie zdążłyśmy na ten o północy. Samolot miał 30 minut opóźnienia i zabrakło nam dosłownie 5 minut… Skutek: 1,5 godziny oczekiwania na następny ? Nie zepsuło nam to humoru absolutnie, bo liczy się doborowe towarzystwo ??? Na miejsce dotarłyśmy koło 3 w nocy.

Ania:

Wylatywałyśmy z Modlina. To chyba najgorsze lotnisko świata. Z kontrolą bezpieczeństwa wariują jeszcze bardziej niż na Okęciu. Jolanda musiała zrobić awanturkę, bo służbista przyczepił się do czegoś, na co na lotniskach całego świata nie zwracają uwagi. I wieczne opóźnienia… Czy jakikolwiek samolot wystartował punktualnie? To są niby drobiazgi – dla tych, którzy rzadko podróżują. Dla nas to zwyczajnie wkurzająca strata czasu. Mamy porównanie, jak funkcjonują inne lotniska na świecie. Nasze polskie muszą być oczywiście pasażerom nieprzyjazne, bo po co ma być sprawnie i miło, kiedy może być do dupy?

Jola:

Na szczęście zawsze jakoś dolatujemy. Z lotniska autobusem dojechałyśmy do centrum. Tam musiałyśmy znaleźć przystanek do Sitges. Połaziłyśmy w tę i z powrotem i na około, a po kilkunastu minutach zorientowałyśmy się, że miałyśmy przystanek pod nosem :D 😀

 

Ania:

Czekając na właściwy autobus na właściwym przystanku – uciełyśmy sobie pogawędkę ze zmęczoną balangowiczką narodowości brazylijskiej i zjadłyśmy resztki prowiantu z torby Jolandy, która miewa zaopatrzenie, bo zaczyna podróż znacznie wcześniej niż ja (dojeżdża z Olsztyna). Kiedy dojechałyśmy na miejsce, też trochę połaziłyśmy w te i wewte, bo mapa wujka gugla działa, jak chce. Czasem z opóźnieniem, czasem dziwnie się ustawia i idzie się nie w tę stronę… Kiedy namierzyłyśmy właściwy azymut i doczłapałyśmy prawie pod wejście, hurgot walizek ciągniętych po bruku zaalarmował naszego gospodarza, który przez domofon zaczął nawoływać Jolandę… Nie jest tajemnicą, że to ona robiła rezerwację. Jak zwykle zresztą. Jest dobra w te klocki i tyle. Jak ja raz zarezerwowałam Berlin, to się okazało, że w cholerę daleko i IV piętro bez windy…

Jola:

Nasze mieszkanie okazało się być bardzo przyjemne i wygodne: wyposażona kuchnia, czysta łazienka i nasza sypialnia z cudownym tarasem oraz wszechobecnym, bardzo przyjacielskim kotem Pimpim.
Mieszkałyśmy na jednej z głównych ulic, bardzo blisko plaży i w niewielkiej odległości od imprez festiwalowych. Mogłyśmy się wygodnie relaksować 🙂

   

Ania:

Dobra lokalizacja niestety zazwyczaj związana jest z hałasem. Poza Tel Avivem, gdzie w bocznej małej uliczce w nocy panował straszny hałas (samochody dostawcze, śmieciarki, marcujące w maju wolno żyjące koty… Cała relacja jest TU) – to było najgłośniejsze miejsce, w jakim nocowałyśmy. Od bladego świtu zasuwały ciężarówki, autobusy i chyba cały kataloński ciężki transport…

Jola:
Sitges to dla Hiszpanów takie ichnie Saint Tropez. Kurort, do którego przyjeżdża się zabawić i poleżec na plaży. To miejsce słynie również z niezwykłej tolerancji – jest hiszpańską stolicą gejów i podobno cieszy się największą popularnością w Europie. Jestem tolerancyjna i widok par o innej orientacji niż moja zupełnie mi nie przeszkadza. Knajpka z najlepszymi kalmarami była tuż obok, więc próbowałyśmy się wczuć…

 

Ania:

Lipiec to szczyt sezonu. Plaża pełna ludzi. Nie ma naszych nadbałtyckich parawanów, ale ręcznik leży przy ręczniku. A w weekend jest jeszcze ciaśniej. Pierwsze dwa dni chodziłyśmy na zwykłą plażę. Aż odkryłyśmy tę drugą – okazała się mniej tłoczna. Co ciekawe: na nią także przychodziły rodziny z dziećmi. Oczywiście widać było dziewczyny trzymające się za ręce i chłopaków dających sobie całusy, ale standardowe rodziny nie należały do rzadkości. Tyle tylko, że skoro na takiej plaży leżałyśmy z Jolandą obok siebie – nie mogłyśmy liczyć na awanse mężczyzn poza chłopakiem sprzedającym napoje. Ojjj… podobał się chłopakom, a my podobałyśmy się jemu 🙂 Ponieważ miejsce trochę zobowiązuje, nakazałam Jolandzie smarować moje plecki z większą niż zwykle czułością :p

   

Jola:
Sitges
to bardzo urokliwe miasteczko. Główną atrakcją turystyczną jest kościół świętego Bartłomieja z XVII wieku – dla Ani był to zamek ? Tu właśnie, na placu kościelnym, odbywały się nasze after party ?

Liczne bary zapraszają na całonocne imprezy. Knajpki ze wspaniałym jedzeniem to hiszpańska codzienność… Chociaż najlepsze kalmary jadłyśmy w Pic Nic przy samej plaży (z jakim widokiem!). Zamówiłyśmy po dwie porcje. Ich smak śni mi się do dziś ?

  

Ania:

Co ciekawe: życie mocno nocne i wczesnoporanne tętni tylko w weekend (w tygodniu jednak krócej to wszystko trwa i w czasie powrotu z afterek byłyśmy jednymi z nielicznych na ulicy), tak więc Sitges nie jest typową hiszpańską imprezownią. Myślałam, że w lipcu w Hiszpanii to… o matko i jeszcze więcej. A tu cisza, spokój… Jak na afterce za głośno zagrali, to przyjechała Policja… Normalnie miasteczko emerytów 😀 Co nie zmienia faktu, że kocham Hiszpanię. Po prostu.