Open Air Tango Festival – Ustroń 2021

Imprezy Pietruszki są zawsze udane.

W drogę! Z „moją dziewczyną” i „adoptowanym dzieckiem”.

Kiedy nie może spać – myśli. A jak wymyśli, to robi.

Przełom lipca i sierpnia należał do Ustronia. Po intensywnym imprezowo lipcu, ostatni weekend był także intensywny. Trzy pary, dwa koncerty… I Prażakówka, Dom Kultury w Ustroniu, który gościł nas, tangueros, kolejny raz.

Ludzie zaglądali. co to się wyprawiało…

Milongi tematyczne kolorystycznie.

Pre party było, ale nie pod konkretnym wezwaniem, za to milonga piątkowa i owszem: biała. Nie musiało być wszystko na biało, akcent też się liczył. Sala wyglądała, jakby anioły najczystsze zstąpiły z niebios na ziemię… Takiemu jednemu skojarzyło się z balem kelnerów – to zapewne zazdrości, że nie mógł tam być.

Podczas tej milongi odbył się koncert na żywo: zagrał kwartet ReTango. Jestem ostrożna, jeśli chodzi o tańczenie do muzyki granej przez zespół, zwłaszcza kiedy nie znam muzyków. Ograniczyłam się do słuchania i… trochę szkoda, bo grali naprawdę dobrze.

Publiczność.

Ta nietańcząca, miejscowa, podziwiała z balkonu tańczące pary. A ja rozpoczęłam bytność od… rozstawiania krzeseł z „moją dziewczyną” i „adoptowanym dzieckiem”. No naprawdę coś z tymi krzesłami jest u mnie na rzeczy… Drugiego dnia doszło przestawianie stołu. To się nazywa adaptacja wnętrza do potrzeb użytkowników.

Amfiteatr

W sobotę po popołudniówce poszliśmy do ustrońskiego amfiteatru na koncert.

Fota sprzed rozpoczęcia koncertu. Potem amfiteatr był prawie pełen.

Pokaz dały trzy pary: Luiza i Marcelo Almiron zatańczyli tango i milongę, Urszula Nowocin i Fernando Romero Chucky dali pokaz chacarery, zamby i tanga nuevo zatańczonego do nietangowej muzyki, Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek zatańczyli walca i tango do jednego z utworów Astora Piazzoli (do dziś niektórzy Argentyńczycy uważają, że Piazzoli się nie tańczy. Jak „sie umi”, to można!). Ponownie zagrał kwartet ReTango, a całość swoim popisowym numerem rozpoczął Luciano de Esbornia z Berlina, który jest nie tylko wszechstronnym tancerzem, ale także robi świetne masaże z elementami akupresury.

Z koncertu będzie film, ale za chwilę, po montażu. Koncert był miłym urozmaiceniem ustrońskiego festiwalu tanga, który (ten festiwal) chyba już na stałe wpisał się w to miejsce.

Rodzice tańczyli, dziecko się zmęczyło 🙂

Pogoda dopisała.

Tak w ogóle, chociaż prognozy były słabe. Padało dopiero w niedzielę. A to był ważny czynnik, zwłaszcza w dniu koncertu, bo mimo że amfiteatr jest zadaszony, przyjemniej było bez deszczu, a i ludzi więcej przyszło.

Na zakończenie miała być mini milonga, ok. półgodzinna. Zatańczona była jedna tanda, bo zabrakło czasu.

Milonga czerwona w Prażakówce wzywała…

Nie powiem, jakie miał skojarzenia taki jeden.

Zwykle na imprezach jest kilka pań w czerwonych sukienkach, teraz były prawie wszystkie. Panowie występowali w czerwonych koszulach, a niektórzy ograniczali się tylko do czerwonego akcentu. Ja miałam czerwoną bluzkę i buty.

Niedziela była pod wezwaniem milongi złotej.

Taki jeden nie miał żadnych skojarzeń. Tym razem ja ograniczyłam się do dwóch złotych elementów i był nim haft Tango Barocco oraz bransoletka.

To był ostatni dzień, więc ludzi ubywało, ale niektórzy dotańczali z tymi, z którymi nie złożyło się podczas dwóch poprzednich dni (ja tak miałam).

Warszawa 🙂 Panowie też byli, ale nie pozowali 🙂

I czas pożegnań…

Gdzie następne spotkanie? Może na Poznań Tango Weekend?

After.

Był, a jakże, już nie w Prażakówce. My z Beatkiem musiałyśmy wracać do domu, ale sporej części uczestników było mało. Służby operacyjne doniosły, że niektórzy zalegli w łóżkach i zaspali…

A moja refleksja jest taka: w czwarty weekend tanga z rzędu, to była moja pierwsza impreza, na której nie było afterki prywatnej… Większość była skonana całym lipcem. Pandemia wzięła żniwo, u niektórych forma nie ta… A u niektórych ta, ale trochę inaczej.

Ekipa DJ-ska zagrała od czwartku do niedzieli.

W kolejności: Maria Kownacka (Poznań), Adam Noras (Tychy), Luis Cono (Chile/PL), Francisco Saura (Hiszpania), Robert Kovacs (Węgry), Lechosław Hojnacki (Bielsko-Biała), Ivo Ambrosi (Włochy), Esteban Mario Garcia (Argentyna).

Dyrekcja.

Prażakówka ma szczęście. Zarządza nią pani dyrektor Urszula Broda-Gawełek, która z mężem zaczęła uczyć się tanga! (i starosta cieszyński też). Dzięki jej wsparciu mieszkańcy Ustronia oraz turyści będący tam i wtedy, mogli posmakować pierwszych kroków na bezpłatnej lekcji. Prowadził Roberto La Barbera, a statystowała mu i tłumaczyła Ania Pietruszewska (Roberto jest Syczylijczykiem mówiącym po angielsku).

Atmosfera.

Niektórzy mieli aktywne tangowo wszystkie lipcowe weekendy, inni większość. Dla mnie i „mojej dziewczyny” to była czwarta impreza z rzędu. Nie jest tajemnicą, że lubię jeździć na eventy Pietruszki. Zawsze się dobrze bawię. W Prażakówce mamy takie specjalne miejsce do pewnego specjalnego zbiorowego rytuału…

Gospodarze.

Nie wiem, jak oni to robią, ale fakt jest faktem: dbają o gości, widać ich, aktywnie tańczą. Mówię o Ani Pietruszewskiej i Lechosławie Hojnackim
(foto: Francisco Saura).

Wspiera ich dzielnie ekipa wolontaryjna, ale to na nich spoczywa główny ciężar organizacji. Oczekiwania niektórych są takie, że gospodarze powinni wszystkich obtańczyć. Nawet gdyby się sklonowali, nie daliby rady, ale robią, co mogą. Panie omdlewają z rozkoszy w ramionach Lechosława (nie, nie przesadzam. Czasem widzę wzrok pań po skończonej tandzie… Obie z Beatkiem uważamy, że spośród wszystkich partnerów, z jakimi mamy do czynienia, Lechosław tańczy najbardziej eleganckie tango). Ania także jest dostępna, zawsze uśmiechnięta i życzliwa.

Niektórzy organizatorzy twierdzą, że sprawy organizacyjne pochłaniają całą ich uwagę podczas całej imprezy. Na pewno nie tu. Organizatorzy są z gośćmi i dla gości, obserwuję to na każdej bielskiej czy ustrońskiej imprezie.

Balans.

Pietruszka stara się, by był. Dlatego jest rejestracja. Wiem, że co roku zdarza się wjazd jakiejś niezapisanej pani. Proponuję uszczelnić bramkę i żeby od następnego razu niezapisana mysz się nie przemknęła. To nieeleganckie tak robić. Nie wiem, ktosia i cosia, ale… Damy tak nie robią.

Balans c.d.

Był w porządku, chociaż jest złudnym wyznacznikiem tańczenia. Natomiast wpływa na estetykę sali. Dlaczego złudnym? Bo jeśli panom nie wpada w oko pani, z którą by chcieli, wychodzą z sali. Nietańczące panie siedzą, panowie są bardziej mobilni, stąd czasem bierze się błędne przekonanie o braku balansu. Już o tym pisałam, ale może nie każdy czytał.

Socjalnie.

Jak zwykle: działo się. Ten socjal przychodzi z czasem. Najpierw (przez jakieś milion parkietowych kilometrów) jest się głodną tańczenia (tak, pań to bardziej dotyczy). Potem dostrzega się fajność ludzi… Ich osobowości… To „coś”…

Foty.

Użyte w tym wpisie robiłam głównie ja, ale oczywiście był oficjalny fotograf, Krzysztof Erszman, zdjęcia jego autorstwa są na jego profilu (czwartek, piątek po południu, piątek noc, sobota, niedziela). Zdjęcie wyróżniające ten wpis także jest jego autorstwa.

Lista kandydatów na męża „mojej dziewczyny”.

Beatek jest nieokiełznana w tym względzie, a kandydaci ciągle chcą się dopisywać. Ale! Jeden sam się z niej wypisał, twierdząc, że „przez rok od ubiegłego tygodnia o tym myślał i już nie chce”.

A tak w ogóle to straciłam rachubę, więc listę unieważniam i oświadczam, że prowadzona nie będzie. Jeśli który bardzo chce, to od razu klękać z pierścionkiem. Niepoważnych propozycji nie uwzględnia się!

P.S. Klękać przed Beatkiem. Ale! Pierścionki do mnie.

Willa Kolor.

Spałyśmy w niej kolejny raz i kiedy nastąpi kolejny raz, też będziemy tam spały. Tym razem, kiedy wkroczyłyśmy, miła pani z recepcji przywitała nas słowami:

– Dzień dobry! Pani Ania, pani Beata… Mam tutaj dla pań sukienki.

My na siebie: ale że jakie sukienki?! Nie chcemy żadnych sukienek!
Pani zanurzyła się w otchłani szafki i mówi:

– Czasem goście coś zostawiają, czego nie chcą, ale nie sądzę, żeby te sukienki były niechciane…

I położyła je na ladzie. Sztuk trzy.

– Matko, moje sukienki! – zakrzyknęła Beatek.

Zostały po poprzednim razie.

Nie, nie chciała ich zostawić. Były bardzo chciane!

Nie zrobiłam foty, kurde.

Ciekawe, że trafiłyśmy akurat na tę panią… I ona nas rozpoznała…

Przy rozpakowywaniu i przez ponad trzy miesiące (byłyśmy tam w maju) Beatek nie zorientowała się, że czegoś jej w szafach brakuje. A były to te ulubione!

Wniosek: nie ma ulubionych, jedynych, najwspanialszych… Zawsze jest alternatywa. I tak jak w wielu sukienkach możemy pięknie wyglądać, tak z różnymi mężczyznami możemy być szczęśliwe. Często nie warto się kurczowo trzymać jednej opcji i jeśli jesteś studzona, zamiast płonąć – wystygnij.

Chwalę Willę Kolor i nie, nie płacą mi za reklamę. Za to porządnie prowadzą fajną miejscówkę.

Pokoje wygodne, obsługa bardzo sympatyczna i uczynna. Co prawda menu skromne, ale swojskie i można jeść na raty (kto był, ten wie).

Na pewno kiedy będzie tango w Ustroniu, to ja i „moja dziewczyna” tam przybędziemy.

Tango pod Żaglami 2021

Co to się będzie działo!

Po okresie zminimalizowania aktywności tangowych następuje rozkwit.
Tu, w tym miejscu tekstowym, były napisane przeze mnie moje (no przecież nie czyjeś) przemyślenia odnośnie pandemicznych wynurzeń, ale je usunęłam
(żałuj! Piękne były me przemyślenia… I jakie kwieciste…).

Nadchodzi piękny czas!

Jaram się lipcem i do lipca ograniczę ten wpis. A właściwie do maratonowych lipcowych imprez, bez uwzględniania obozów. Czemu tak? Bo to mój wpis i tak mi się chce. Ach… Uwielbiam zmieniać zdanie. Wpisy będą pojedyncze, chronologiczne, codzienne. Nigdy tak nie było…

Co do ogółu – wychodzi na to, że KAŻDY weekend będę miała zajęty! Sorry, trzecia książko (czwarta, piąta i szósta też), filmie, adaptacjo i… (no… Ty już wiesz, Ty…) – nie będę zbyt dyspozycyjna, a właściwie nie będę dyspozycyjna wcale. Siła wyższa, czyli imprezy tangowe, że hej…

Teraz o pierwszej:

Tango pod Żaglami

Pietruszka jest niemożliwa. Wymyśliła takie coś, bo sama jest sternikiem i kocha żeglować. A ja kocham żeglowanie jak pies sałatę (hmmm… Moja Miniutka uwielbia wszystko, zwłaszcza ogórki Moniki B., więc to chyba nie jest trafne porównanie). Pietruszka robi imprę na całego! W dzień włóczą się po jeziorach, wieczorem tańczą na milongach. W tym roku będzie ich prawie czterdziestka, więc warto na milongi wpaść (a goście się zapowiedzieli, więc będzie się działo!). Tangowi dje są zacni:

TDJ Roberto La Barbera „El Panormo” (Italy/PL);

TDJ Fernando Romero Chucky (Arg/PL);

TDJ Mateusz Stach (PL, Brzeg);

TDJ Marta Zatarska (PL, Szczecin);

TDJ Anna „La Pola” (PL, Bielsko-Biała) – debiut!!! Nie, nie didżejski. Pseudonimowy!
O pseudonimach pięknie pisze Luis Cono, jego posty są ilustracją wtorkową grupy „Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie?” w sekcji #dokształcanie

Cymesik: gościnnie Milonga Kapitańska na zakończenie Tanga Pod Żaglami TDJ Krzysztof Rumiński PL, Toruń.

Gdzie i kiedy konkretnie? Anno, dawaj rozkład jazdy! Mnie korci, żeby jakoś tak trochę wpaść… Może piątek – sobota w lipcu..?

No i Belltango… Anno… Ten deszczyk w słońcu… Co prawda w mojej historii był park, ale może zmienimy na… przyportowy park…

Tango pod Żaglami

26.06. zbiórka, 3.07. koniec. Milongi. Jeju… Korci mnie ich odwiedzić…

P.S. Mówi się, że jesteśmy generacją obrazkową, że nie umiemy czytać do końca. Kto jednak dobrnął – poproszę reakcję w postaci serduszka heh 🙂 

I World Gym Tango Challenge – Ustroń 2021

Wszystkie zamieszczone zdjęcia by Alicja Kajdrys
Aliszja Ka photography

Trening odbywał się zgodnie z wytycznymi:
podczas treningu zawodnicy bez masek, poza obiektem – w maskach.

Dawno udowodniono, że przetrwa wcale nie najsilniejszy ani nie najmądrzejszy, a ten, który jest elastyczny i potrafi dostosować się do warunków.

Miał się odbyć Beskid TANGO Marathon 7th Winter Edition.

Ale czasy są, jakie są. Przepisy się zmieniają w zależności od nie wiadomo czego. Po zmianach terminów (nie raz i nie dwa!) podyktowanych zamknięciem hoteli wypatrywałam, co też Anna P. wymyśli. Cóż za ekscytujące przeżycie! Jak kto umiał poluzować gumę w gatkach, to taka zgaduj-zgadula: odbędzie się czy nie? – mogła urozmaicić szarą codzienność. Może niekoniecznie organizatorom (nie mieli humorów jak Amerykanie podczas świątecznej loterii), ale emocje były.

Organizatorzy nie poddali się.

W końcu tango to absolutnie sport wyczynowy. Każdy, kto wytrwał dłużej niż 3 lata, zalicza się do kadry reprezentacyjnej. Są wśród nas także mistrzowie, a co! Zatem żeby towarzystwo w pandemii nie utraciło formy, konieczne jest organizowanie wyjazdowych treningów sportowych. Bez udziału publiczności. Halowe Mistrzostwa Europy w lekkiej atletyce też się tak odbyły (Polacy zdobyli 10 medali: 1 złoty, 4 srebrne i 5 brązowych), więc i formę w tangu trzeba trzymać.

Zawodnicy rozumieli powagę sytuacji i absolutnie się do niej dostosowali.

Są tacy, co należą do tangowych kółek artystycznych i co tydzień trenują choreografię czirliderską na Mistrzostwa Polski Taekwondo, biorą udział w próbach do spektakli lub uczestniczą w przedstawieniach z udziałem publiczności (wolno), ale sport to sport, trening to trening. Ja tam wolę się mocno wytrenować. Wtedy wiem, że żyję.

Rozpoczęliśmy w czwartek.

Normalnie to by się nazywało pre-party, a tak to chyba był przedtrening do treningu głównego. Dojechałyśmy, jak już zawodnicy byli rozgrzani i wykazywali się świetną kondycją. Pierwsza moja treningowa tanda odbyła się w kooperacji polsko-włoskiej. Co to był za czaaad… Roberto jest także świetnym TDJ-em i był podczas treningu jednym z trenerów. Gra tak jak tańczy: cudownie. Po Wielkanocy spodziewajcie się, że w pewną sobotę przeprowadzi Was po ścieżkach parku Krasińskich. Tak samo jak drugi znakomity tancerz, który także umie zacnie drużynę przetrenować. Ayad zwany Eddim także się szykuje, więc zaglądajcie do grupy „Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie” – tam z wyprzedzeniem zapowiem, co i jak.

Trening to trening: nóżka do przodu, nóżka do tyłu i raz, dwa, trzy…

Piątek był dla mnie najbardziej energetyczny.

Wiecie, jak to jest: na tyle dobrze trenujesz, na ile dobrze trenujesz. To był dla mnie mega intensywny i energetyczny trening. Taki, jak lubię.

Zawodniczka w pełni przygotowana do startu.

Balans.

Ponieważ ze względu na obostrzenia i wymysły władz nie był to typowy maraton, standardowe procedury maratonowe nie były do końca zachowane. Sportsmenki były tak stęsknione treningu wyczynowego, że w ostatniej fazie przyjmowania były informowane, że jest ich więcej.

Prowadzące panie to coraz częstszy widok. I to jak prowadzące… I robią to nie dlatego, że nie są proszone. Ta była rozchwytywana: młoda, piękna, zgrabna, świetnie tańcząca. A jak prowadzi… 

NIE balans jest najważniejszy.

Nie to powoduje: trenujesz, dziewczyno, czy nie. Bo jak jest balans, a nie ma tych, z którymi panowie chcą trenować, to i tak nic z tego: siedzą, piją napoje (d)regeneracyjne i pożytku z nich nie ma. Jak jest tłok, a są moi ulubieni partnerzy i chcę z nimi potrenować, podejmuję aktywność i tyle (damska aktywność to osobny temat, w sam raz do „Tangowych obyczajów” – będą, ale później, zarobiona jestem nowym pomysłem, szczegóły niebawem). Natomiast niestety prawda jest taka, drogie zawodniczki, że:

To panowie lubią balans.

Tak mi wynika z rozmów z nimi. Jak jest nas trochę więcej, to im nie przeszkadza, ale jak jest babiniec, czują się przytłoczeni i nagabywani. Powiecie: biedaczki. Tak, oni też mają problemy z asertywnością. Tak jak kobiety nie umieją odmówić niechcianej tandy, tak i panowie się krępują nadaktywnością niektórych pań. Na szczęście większość jednak nie jest nadmiernie ekspansywna, co pozwala na dobre wykorzystanie energii.

Bo w sporcie chodzi o to, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Sobota – to był czad.

Frekwencja treningowa większa niż w piątek. Ponieważ moje stopy odwykły od tak intensywnego treningu, zwolniłam trochę obroty. Mogłam się oddać życiu sportowemu w nieco innym wymiarze, które na takich treningach o pewnej porze zaczyna być aktywne.

To jest cudowny aspekt zgrupowania kadry: intensywny trening, ale i spotkania z dawno nie widzianymi zawodnikami.

Nasza Dorotka Wandrychowska, która ratuje najbiedniejsze psy z biednych, przywiozła piękne kalendarze, z których całkowity dochód poszedł na ich rzecz.

Trenerzy mieli stanowisko dowodzenia na podwyższonej scenie. 

Czujnie patrzyli, czy zawodnicy trenują jak należy, zgodnie z kunsztem zawodników wyczynowych.

Niedziela była na dobicie.

Ale w końcu to poważny trening sportowców wyczynowych, do tego w sekcji gimnastycznej, więc to nie mogło być żadne lelum-polelum. Jak to w niedzielę: większość ludzi po południu wyjeżdża. Nadszedł czas pożegnań. I właśnie podczas pożegnania spotkało mnie, jako autorkę, coś, co motywuje mnie do pisania. Było to z kategorii społecznościowo-socjalnej. Ale to też opiszę w „Tangowych obyczajach”.

Wiadomo: jak trening, to i obuwie musi być odpowiednie…

…i stroje nie od pardy, a od sportu wyczynowego!

Pewne nieporozumienie.

Jest tak, że na większych imprezach trener trenuje i czasem nie ćwiczy, czasem mało i z nielicznymi. Wiem, że nie jest to dobrze odbierane. O tym też kiedyś napisze szerzej, tu chcę jedynie coś sprostować. Otóż to NIE było tak, ze elyta se wlazła na scenę, żeby się alienować za suto zastawionym stołem tylko dla wybrańców i patrzeć na innych z góry. Zresztą: nic nie widzieli, bo w pewnym momencie coś się stało z oświetleniem i lampiło im prosto w oczy heh. Z tym stołem to było tak, że miało być wygodniej trenerowi, który pilnował konsoli, i nie trener to wymyślił. Dosiedli się jego znajomi. I więcej nikt, a na tej scenie stały inne stoły i można było tam siedzieć. Tylko nikt nie chciał, bo to było słabe miejsce. Więc dementuję: nie, nie było to celowe. Co oczywiście niewiele zmienia w ogólnej integracji, ale tak to jest: nie ze wszystkimi da się radę. A jak z tymi, to czemu nie z tamtymi? Bycie pod obstrzałem nie jest łatwe.

Dobre nastawienie to podstawa wszystkich działań, sportowych zwłaszcza.

Zakwaterowanie.

Nie byliśmy wszyscy razem. Nie było takiej możliwości ze względu na przepisy. Ale poradziliśmy sobie i jak ktoś będzie w Ustroniu, mogę z czystym sumieniem polecić miejsce, gdzie nocowałam: czysto, przemiła uczynna obsługa, wygodne pokoje.

Gratulacje dla organizatorów!

To było wyzwanie pod presją. Anno Pietruszewska & Lechosławie Hojnacki – doskonały z Was team! My trenowaliśmy, ale to Wy wygraliście te zawody! 

Podsumowanie:

Bardzo udany trening. Trenerzy trzymali właściwe tempo, zawodnicy dali radę, atmosfera była prawdziwie sportowa. Na każdych zawodach pojawiają się nowe twarze, ponieważ nowe osoby dołączają do grona tangowych gimnastyków sportowych. Tak już jest, że czasem trenuje się więcej, czasem mniej, i dotyczy to zarówno starych, jak i nowych bywalców. Ogólnie słyszałam, że zawodnicy byli zadowoleni mimo tego, że parkiet postanowił pylić. Ale nie był tępy! Więc ja się nie czepiam, zwłaszcza że ekipa ratunkowa zadziałała błyskawicznie i sprawnie, a buty spokojnie się doczyściły.

Jakie będą kolejne formuły naszych spotkań?

Zapowiada się tak:

9-11.04. – Tango Barocco/Zamek na Skale

14-17.05. – Magic Castle Tango Marathon/Książ

17-20.06. – Recuerdo Tango Festival

26.06. – 3.07. – Tango pod Żaglami VI edycja

30.07. – 1.08. – Ustroń Tango Open Air Festival

P.S. Nie wiem, dlaczego różne akapity napisały się różnymi czcionkami. Pisałam to o 1 w nocy, nie będę rozkminiać. Da się przeczytać? Da.

I szafa gra.

P.S. 2 „Pasja budzi się nocą” – powieść wprowadzająca w świat subkultury tanga, do zamóienia z dedykacją u mnie.

Drugą powieść pt. „Przenikanie” zamówisz pod linkiem

na empik.com

BB Tango – spotkanie ze mną w roli głównej i Festivalito

Z powodów intensywnie osobistych nie bardzo potrafię do końca powiedzieć, kiedy odbyła się premiera mojej drugiej książki pt. „Przenikanie”. Ogłoszenie terminu na fejsie to jedno, proces produkcyjny – drugie, a życie – trzecie.

Jest! Wreszcie! Kto już ma? 🙂

O czwartym i piątym (do potęgi szóstej) – zamilczę.

Dom Kultury „Olszówka”, prowadzący Jakub Abrahamowicz (aktor; przeczytał me dzieło, podobało mu się, więc go luuubię!), ilustracja taneczno-muzyczna w wykonaniu Lucii i Joerga, muza puszczana przez TangoDealera Lecha, i ja… w mojej mega sexy kreacji… i trampkach.

Gawędzimy…

Nie, nie zapomniałam butów na zmianę.

Co mi się kiedyś, na wyjeździe (dwie międzynarodowe imprezy w dwóch państwach jedna po drugiej), zdarzyło. Teraz raczyłam koślawo stąpnąć i skręciłam kostkę, więc inne obuwie niż trampki (ewentualnie mogłabym wzuć walonki) nie bardzo dawały radę. To była jedna z mych dolegliwości. Zwykle nie miewam żadnych, tym razem szły w parze.

Dobry humor i autoironia to podstawa zdrowia psychicznego 🙂

Przeziębienie.

Nabyte tydzień wcześniej, było dość słyszalne w mym głosie i okazało się mocno ekspansywne: zaraziłam Anielicę Bielskiego Tanga Annę Pietruszewską, a po powrocie mojego tatę, córkę i kilku znajomych. Beatka, z którą na wyjeździe byłam baaardzo blisko (a fe, świntuchy!), na szczęście okazała się odporna na mojego wirusa.

Bardzo lubię tych Czytelników 🙂

Dość farmazonów, czas na konkrety.

Tango to znak firmowy mojej twórczości, dlatego spotkania autorskie ze mną są dość charakterystyczne: każdemu towarzyszy pokaz tanga. Tym razem ilustrację wizualną stworzyła para, która często gości w Bielsku-Białej: Lucia Kubasova i Joerg Palm. Jednak najprzyjemniejsza dla mnie część odbyła się po tej oficjalnej…

Ależ tu się dzieje… 🙂

Właściwe zaproszenie do tanga.

Gdzie mogę, opowiadam (ostatnio dzisiaj w Wilanowie), że milonga to nie potupajka w remizie i nie godzi się, by dżentelmen strzelał obcasami z wyciągniętą łapą w stronę damy.

Najpierw gra wstępna!

Kobiety lubią, kiedy trwa nawet kilka tygodni, a nie że dzwonisz, kiedy chcesz ten teges i myślisz, że ona będzie gotowa… Ale to temat na inny wpis.

Cieszę się, że czytują mnie także mężczyźni 🙂

Przewaga tanga nad seksem

Ku obopólnej satysfakcji, w tangu gra wstępna może trwać zaledwie kilka sekund. Ktoś, kto to wymyślił, był GENIALNY. Ten, kto nie docenia, nie odkrył istoty tej gry (też o tym napiszę).

Elementem pogadanki było zaprezentowanie mirady i cabeceo. Tak przyszpiliłam Joerga mym głębokim spojrzeniem, że Anielica zeznała, iż doznała ciarek na ciele i umyśle. Uczyniłam Joergowi abrazo takie jak lubię i posunęliśmy po parkiecie kilka prostych kroków (nigdy wcześniej nie mając ze sobą do czynienia). W tym miejscu powinno być zdjęcie ilustrujące to zajście, jednak – ku mojemu ubolewaniu – nie ma.

To w tangu kocham.

Z zupełnie obcym człowiekiem można odpłynąć w inny wymiar. Po objęciu już wiem, czy będzie mi dobrze, a trzy pierwsze kroki zdradzają wszystko: będzie ognisty dwunastominutowy romans czy nudne bajdolenie o niczym…

Tańcząc, miewamy różne miny. Beatek pięknie się uśmiecha, ale są ludzie, którzy tangolą z miną seryjnego zabójcy, jakby mieli zatwardzenie lub wręcz przeciwnie – jakby walczyli z napierającą sraczką…

Festivalito.

W bielskim klubie jazzowym „Metrum” odbyło się po raz drugi. Koncert i dwa sety milongi Live zagrał zespół Wiesław Prządka Tango Trio.

Wiesław jest wirtuozem zarówno akordeonu, jak i bandoneonu – o którym świetnie opowiadał 🙂
Ten bandoneon to zupełnie inny instrument…

Didżejował bielski Tango Dealer Lechosław Hojnacki, z pokazem wystąpili Lucia i Joerg, którzy także prowadzili warsztaty.

Tangowe weekendy to często wieczorna przyjemność, ale dzienny znój…

Konsultacje.

Ortopedyczno-fizjoterapeutyczne odbyłam w trakcie milongi, ponieważ przy naszym stole siedział bielski fizjoterapeuta-cudotwórca. Obejrzał mą przetrąconą kostkę i zakazał tangolenia przez trzy tygodnie.

Bardzom zasmucona perspektywą trzech tygodni bez tanga…

Nie dało się.

Dnia następnego, po spotkaniu autorskim, Anielica urządziła tzw. domówkę. Co to była za impreza… Cóż za abrazos… Przeziębienie mi przeszło, o kostce zapomniałam i pozwoliłam się pochłonąć tej nocy… Tęsknię! Zdjęć nie ma, bo to była nieoficjalna część oficjalnych tegesów.

Każdy rachunek trzeba zapłacić.

Czasem z odsetkami. Po powrocie do Warszawy przeziębienie mnie sieknęło ze zdwojona siłą (nadal dochodzę do siebie), a kostka była jak balon (jeszcze nie powróciła do pełnej formy). Ale!

No, rien de rien…

Przebieram nóżkami w oczekiwaniu na zimowy Beskid Tango Marathon. Co roku jest mega superowo. MEGA! Letnia edycja była moją najlepszą imprezą jak do tej pory (a trochę świata w pogoni za „tym czymś” zjechałam…). Wylaszczyłam się (o tym też niebawem zrobię wpis podsumowujący), na pijama party wskoczę w jakąś koszulkę…

Tu akurat byłam w piżamce, bynajmniej nie sexy 🙂 Większość poszła już spać, więc fotę zbiorową trzeba robić zdecydowanie wcześniej.

Mam szczęście.

Imprezy, które wybieram, są naprawdę bardzo udane.

Czasem nie ma tandy życia, ale reszta jest bardzo przyjemna. Coraz bardziej doceniam socjalny aspekt tanga.

Plany?

Jesiennozimową porą na polskich włościach:

* Recuerdo Tango Festival!!! Nasz, warszawski, na światowym poziomie, z MEGA tangowymi gwiazdami. Rejestracja się zamyka 15.11., u wrót bilet droższy. Pokazy par – co ja będę pisać… Trzeba zobaczyć.

Foto: spektakl rok temu. FANTASTYCZNY! Nie wiem, czy na ten w tym roku są jeszcze bilety…
Warto baaardzo.

* Pierwsza edycja maratonu w Białymstoku. Ekipa zacna. Czuję, że będzie czad! A mam intuicję do imprez i do mężczyzn hehe…

* Sylwester po warszawsku! Na winyLOVE! Zjeżdża kawałek świata, więc i ja zjadę (samochodem na parking), o!

Będziemy! Na sylwestrze i na Beskidzie, bo w trakcie Białegostoku Dorota zdobywa szczyty Ameryki Południowej, a Beata rozkochuje w sobie Argentyńczyków w Buenos…

* Beskid Tango Marathon!!! Rejestracja TU, szczegóły fejsbukowe TU. O matko, chcę już! Ekscytuję się jak uczennica żeńskiego liceum balem w technikum samochodowym…

Do zobaczenia?

Tak, tę sukienkę też zabiorę.

P.S. Jeśli jesteś ciekaw/a, co nawypisywałam w moich powieściach – daj znać 🙂

V Beskid Tango Marathon 2019 plus niespodzianka!

To dla mnie najlepszy polski maraton. Impreza wyjazdowa, nikt nie mieszka w miejscu tego maratonu, najwyżej w okolicy. Dlatego wszyscy są przyjezdni! I fajnie.

Hall hotelu Belweder. Foto: Basia Maliszewska

Mieszkamy sobie razem, integrujemy się na basenie, w jacuzzi i … na spacerach (nie ze mną, bo nie lubię ani basenu, ani zbytniego łażenia, ale nie ja jedna jestem na maratonie).

Foto: Basia Maliszewska

Ze mną można się integrować na parkiecie, podczas wypasionego śniadania albo kolacji…

Foto: Basia Maliszewska

No ale to wszystko już pisałam po poprzednich edycjach. Świetna atmosfera i doskonała zabawa są niezmienne. Pewne rytuały też.

Uroczyste wręczenie ciupag maratonowym TDjom to już tradycja.

Ta impreza jednak była trochę inna.

 

Na pięciolecie odbyła się w 5* hotelu Belweder w Ustroniu. Moc była z nami, a zwłaszcza z organizatorką, Anielicą Bielskiego Tanga Anie Pietruszewską, ponieważ w Szczyrku ogłosili w tym czasie stan klęski żywiołowej, tak im śnieg napadał.

Nam też spadł, ale u nas było romantycznie, tam – dramatycznie: nikt nie mógł dojechać. U nas szczęśliwie wszystko szło według planu.

Czwartkowa premilonga zgromadziła całkiem sporą liczbę uczestników. Miałam pewne obawy o nawigację, bo sala z parkietem nie była okrągła, kwadratowa ani prostokątna. Była w kształcie dużego zawijasa, czyli mocno oryginalnie.

Foto: Basia Maliszewska

Daliśmy radę! Poziom tangowy całej imprezy był niezły, każdy mógł znaleźć właściwego partnera. A i bardziej intensywne tandy się zdarzały…

Popołudnia także cieszyły się powodzeniem.

Piątek przywitał nas kuligiem i góralską muzyką.

Foto: Basia Maliszewska

Duża część uczestników była zachwycona, zwłaszcza cudzoziemcy. Ja nie uczestniczę w takich aktywnościach, bo: 1. mam uczulenie na końską sierść, 2. obawiam się, że za dużo ludzi ładuje się na jedne sanie i koniom ciężko, 3. nie lubię góralskiej muzyki (na pocieszenie – pewnie słabe i nie wiem, komu – dodam, że żadnego folkloru nie lubię, tak mam). Ale każdy robi, co uważa, o!

Pidżama party

Tylko tam, gdzie się mieszka w miejscu maratonu, jest to możliwe! Dlatego to sztandarowy element tej imprezy. W edycji zerowej, czyli na Szyndzielni i potem na dwóch pierwszych maratonach w Szczyrku, słychać było sceptyczne głosy: że jak to tak… Ano tak!

Jest wesoło jak nigdzie! Niektórzy idą w stylizację domową, inni w sexy, a jeszcze inni w zgrywy – i to jest najlepsze!

Koleżanka Danuta powiedziała, że słabo się odnajduje, bo tango kojarzy jej się z dostojnością i elegancją, a nie wygłupami. A ja uważam, że tango jest każde i wszystko w nim jest, wygłupy też.

Ja osobiście chcę w tangu namiętności i polotu, więc pidżama bardzo mi pasuje – chociaż w tym roku postawiłam na domowy „luk” (nie do końca prawdziwy, bo nie mam piżamy, więc pożyczyłam od córki).

Tak się wytańczyłam, że zapomniałam o wspólnym zdjęciu i zdezerterowałam do pokoju tuż przed, więc mnie, gapy, nie ma.

Podsumowanie:

* mega czas! 3 noce i 4 dni spędzone na namiętnościach, wygłupach i…przyjaźni. I to jest moje tangowe odkrycie ostatnich dwóch lat! Wcześniej jakoś nie łączyłam tangowych znajomości z życiem prywatnym… O niej zrobię osobny wpis, a zdjęcie poniżej nie odnosi się do tej treści – chodzi mi o przyjaźń, w której kobiety nie wydrapują sobie mężczyzn i nie lecą na ich tanie messengery, wysyłane do pięciu innych;

* taki wyjazdowy reset dobrze robi ciału i duszy, nawiązuje się znajomości, poznaje inne objęcia…

* świetna muzyka (z drobnymi wyjątkami – moim zdaniem, ale to kwestia gustu), sala atrakcyjna w noc i dzień;

* wygodny obiekt, piękne tereny spacerowe (po raz pierwszy włąśnie w tej edycji udało mi się wyjść z hotelu na pół godziny), obfite śniadania, bar hotelowy dobrze zaopatrzony, bufet uzupełniany;

* możliwość zakupu tangowych butów i ciuchów: zarówno od Agnieszki Lewickiej (info TU), jak i tych używanych, od koleżanek;

Sylwia Tomczyk – tłumaczyła na angielski, Anna Pietruszewska – organizatorka

* tango, tango, tango! Bez przerwy od popołudnia do świtu. Ruch się tak rozkładał, że poza godzinami szczytu (w piątek ok. 23.00. i w sobotę od wieczora, z przeluźnieniem na przebranie się w piżamę, do rana) można było nawet powywijać.

Większych kolizji nie było.

Foto: Bohdan Kryk. Moje ulubione 🙂

Odtańczyliśmy chacarerę, a jakże! Że nie lubię folkloru? A bo to zależy,
z kim…

A teraz niespodzianka: hajda na letnią edycję!

Anielica w miejscu nie usiedzi i jeszcze nie zdążyliśmy się rozjechać, jak już kazała nam wracać! Letnia edycja odbędzie się w nowym obiekcie hotelowo – rekreacyjnym w Bystrej. Rejestracja otwarta (szczegóły TU)! Panowie, radzę się zapisać. Nie będziemy tangolić w piżamach (w lato to żadna atrakcja, skoro i tak wszyscy porozbierani), ale może zorganizujemy jakieś bikini albo hawai party… Okolica ciekawa, warto zwiedzić Bielsko-Białą. Wiem, że Anielica planuje coś fantastycznego, bez ładowania się na bryczki, ale z wesołym transportem – więc jestem za! Planujemy długi sierpniowy weekend w Bystrej! Do zobaczenia!

Rozkład jazdy: styczeń 2018 i zapowiedź lutego

Jak początek roku – to wiadomo: Beskid Tango Maraton. Inny niż wszystkie. Wyjątkowy.
Dlaczego warto na nim być? Bo:

  • To REWELACYJNA impreza tangowo – towarzyska. Poznajesz ludzi z całego świata! Z roku na rok przyjeżdża coraz więcej cudzoziemców, z roku na rok każdy ze stałych bywalców (a jest ich mnostwo!) lepiej tańczy, z roku na rok pojawiają się nowe osoby. Można dojechać z lotnisk w Krakowie i Katowicach, jest bus podstawiony na dworcu w Bielsku białej (szczegóły na stronie wydarzenia TU). Anielica bielskiego tanga, Ania Pietruszewska, dba o to, by muzycznie, kulinarnie i właśnie towarzysko było zawsze super. Kto kiedykolwiek organizował choćby kinder bal, wie, że nie jest to takie proste.

  • Poziom tangowy jest taki, że każdy, jeśli chce, się wytańczy. Nie ma gwiazd prima sort super zaawansowanych limited edition (Magda K. vel T.! Anektuję to określenie, jest boskie!), ale to chyba lepiej, zwłaszcza że z niektórymi wcale nie lubię tańczyć, więc tylko by mi najlepsze ciastka z bufetu wyjadały. Za to wszyscy, którzy przyjeżdżają, chcą po prostu super spędzić czas i to im się do tej pory udawało i nie widzę powodu, by w tym roku miało być inaczej. Oczywiście: jest selekcja, bo jednak jest to impreza tangowa.

  • Wszyscy jesteśmy zakwaterowani w jednym miejscu: dużym hotelu z różnymi ciekawymi zakamarkami, w tym sauną, SPA i biblioteką (szczegóły: TU ). To bardzo zbliża. Tzn. nie tylko sauna i biblioteka, tylko w ogóle wspólne bliskie mieszkanie. W tym roku impreza zaczyna się już w piątek w południe, a pierwszy pociąg z Warszawy przyjeżdża o 12.00. Hotel jest na tyle duży (sala taneczna też, a parkiet do tej pory był wyśmienity, więc jest szansa, że taki będzie i tym razem), że pomieści nas wszystkich + tych zdecydowanych w ostatniej chwili, a i tak będzie komfortowo. Aaa!!! Hotel jest po remoncie, dotychczasowi bywalcy go nie poznają…
      

  • Maratonowy bufet jest dobrze zaopatrzony. Nawet kawa nie była z tych z najniższej półki (co się rzadko na maratonach zdarza, zwykle jest fuja). Pyszna kolacja podawana jest o takiej porze, że można tańczyć do świtu. Gorące kubki i świeże kanapki pozwalają przetrwać czas od śniadania do kolacji, wiec tak naprawdę jak ktoś nie ma ochoty wydawać dodatkowych pieniędzy, to nie musi i przeżyje najedzony. A w niedzielę jeszcze brało się prowiant na drogę powrotną. Teraz, po zakupie nowych stołów i w ogóle wielkich zmianach – musi być jeszcze lepiej 😁
     

    W tym roku warto się nie spieszyć i zostać do poniedziałku, bo zapowiada się mega afterka w bielskim klubie Metrum, który słynie z doskonałego parkietu i nagłośnienia. A kto ma czas – niech przyjedzie w czwartek na beforkę. Zapowiedziało się kilkadziesiąt osób!
    I nadszedł ten czas… Poniżej mój bardzo lubiony punkt programu…

    • Tak, przyznaję: uwielbiam szalone pomysły i cieszę się, że Anielica też ma diabła za skórą 😁 Jedyne takie regularne party – nie boję się stwierdzić: na świecie!
      PIJAMA PARTY! W późną (bardzo) noc, z soboty na niedzielę, wskakujemy w bieliznę nocną lub nocnopodobną i… tangolimy jak gdyby nigdy nic, tyle że mamy z tego niezły ubaw 😁 Oczywiście nie każdy lubi tańcować w galotach, nie każda pani czuje się dobrze w sexy koszulce. Dlatego chyba wymyślono t-shirty i spodenki lub leginsy 😁
      A jeśli ktoś uważa, że jako poważny księgowy czy menadżer do spraw zarządzania kurzem w podwórzu nie może sobie pozwolić na takie występy – może pozostać w ubraniu, przecież na siłę nikt nie rozbiera (sami to robimy z przyjemnością 😁). Najmniej tolerancyjni opuszczają imprezę. I nie wiedzą, co tracą. Bo to nie jest tak, że wszyscy są jacyś bardziej frywolni. Tylko niektórzy! 😁 A tak naprawdę traktujemy to jako powód do śmichów-chichów. Szlafmyce, czepki… W ubiegłym roku Ojciec Wiesław np. lansował modę elegante (skarpetki) + sport (gacie) + podżama (góra), a w tym zapowiedział się w sułtańskich portkach…

      Tyle jest problemów na co dzień, że raz w roku naprawdę można się wyluzować. Ja do tej pory bywałam w bawełnianych pidżamkach i góralskich bamboszach.

      W tym roku stawiam na koszulkę i koronki!

  • Tereny wokół są atrakcyjne spacerowo (podobno, bo ja jakoś nie mam ciągot do łażenia, a i czasu przez te wszystkie poprzednie edycje też nie znalazłabym, choćbym chciała). Zapaleńcy mogą także pojeździć na nartach – są piękne nowe trasy, oświetlone wieczorem.

    Więc jak ktoś ma życzenie – może zaczerpnąć świeżego powietrza i zażyć ruchu innego niż tango.

  • Cena jest bardzo dobra! Zarówno hotelu, jak i maratonu w tym wydaniu. Ja sobie nie wyobrażam nie być. Nawet Jolanda jest zawsze, która bywa na największej liczbie światowych tangowych parkietów, a o tej porze już jest myślami w Buenos (tak! Znowu leci na dwa miechy, i to w styczniu).

    Zachęcam do odwiedzenia strony wydarzenia ( TU ) i kontaktu z organizatorką.

    Zapowiedzi: luty 2017

  1. 3 lutego rusza nowa popołudniowa milonga: Królewski Wilanów.

    W bardzo bliskim sąsiedztwie pałacu. Będzie się odbywać cyklicznie, raz w miesiącu, w każdą pierwszą sobotę, do czerwca tego roku (potem zobaczymy, mam nadzieję, że będzie letnie tango plenerowe, a jesienią wrócimy do tej formuły). Szczegóły już niebawem, ale mogę zdradzić, że:
    * zawsze będzie dobry TDJ,
    * zawsze będzie pokaz
    * zawsze będzie wstęp wolny!
    * zawsze będzie krótka lekcja kroku podstawowego, więc już myślcie, kogo z nietangowych znajomych warto przyprowadzić.
    Piękna sala z drewnianym parkietem na ul. Kolegiackiej już na nas czeka. Dojazd świetny (tuż przy pętli w Wilanowie – dojeżdża mnóstwo autobusów), dla zmotoryzowanych parking.
  • 4 lutego odbędą się dłuuuugo wyczekiwane warsztaty dla TDJ – jów prowadzone przez duet Radio i Milonga Tango Uno: Dorotę Zyskowską i Marcina Błażejewskiego (szczegóły TU ).

    Z tej okazji przemeblowałam moje plany, bo nie wyobrażam sobie nie być! Nie, nie zamierzam nigdy grać 😁 Ale lubię się znać na różnych rzeczach, o!

    Chcesz być na bieżąco w warszawskich zwłaszcza, ale nie tylko, wydarzeniach – polub fanpage Tango Te Amo i odwiedzaj tego bloga 😁

     (Bestia) Ania

Tango na bielskim zamku – październik 2017

Do niedawna mówiłam, że Ania Pietruszewska jest carycą bielskiego tanga. Trochę się krygowała, trochę zżymała: że caryca niezbyt ładnie brzmi, że to władczyni rządząca twardą ręką, że w ogóle i w szczególe to ależ skąd, nigdy w życiu… I właściwie miała rację. Nie pozostało mi nic innego, jak zmienić zdanie.

Żadna z niej caryca. To Anielica bielskiego tanga (i okolic).

Porywa się z motyką na słońce i dokonuje niemożliwego. Wymyśliła sobie festiwal tanga na bielskim zamku. Kilka dni przed imprezą wystawił ją do wiatru człowiek, który obiecał świetny parkiet (dziedziniec jest marmurowy, więc bano się, że pod wpływem tanga się zniszczy) i profesjonalne oświetlenie. Po drodze słyszała wiele krytycznych głosów, że nie tak, nie siak…

Nie zniechęciła się i co zaplanowała, to zrobiła.

Sobotnie wydarzenie było częścią większej całości, która trwała od czwartku do niedzieli (milongi i warsztaty). Przyjechało trochę ludzi z zewnątrz. Niby łatwo dojechać, bo jest Pendolino… Jednak ono nie kosztuje trzydziestu złotych, ani nawet stu trzydziestu. Na dodatek w tym czasie odbywała się comiesięczna milonga w Olsztynie, a w Warszawie koncert Bandonegro Tango Orquesta z milongą i pokazem naszej najlepszej – według Jolandy – polskiej pary, Jakuba Korczewskiego i Magdy Bochińskiej. Przyjechali goście z Czech, a nawet i nie tylko.

Bielsko-Biała ma cudowną starówkę.

Pięknie odrestaurowane kamieniczki i bajeczną Salę Redutową (to jedna z najpiękniejszych neorenesansowych sal w Polsce), znaną nam z imprez sylwestrowych. Niestety: czymś tak smarują parkiet, że w tym roku Anielica zdecydowała, że nie chce narażać ludzi na przyklejanie butów do podłogi i sylwestra nie będzie. Za to – po raz kolejny – będzie super maraton w Szczyrku – rejestracja trwa, warto tam być!

Ale wróćmy do tanga na bielskim zamku.
Festiwal odbył się w Muzeum Historycznym Zamek Książąt Sułkowskich, który ma malowniczy adres: Wzgórze 16. I beznadziejny dojazd samochodem – a wystarczy
łoby rozwiązać to trochę inaczej… Gorszy jest jedynie wyjazd z dworca we Wrocławiu – tam musiał to projektować jakiś pijany szaleniec, tu zwyczajny bezmysł).

To było bardzo przyjemne spotkanie towarzyskie.

A i tangowe też. Nie było parkietowych „mistrzów świata” (we własnym mniemaniu), i całe szczęście. A kto chciał, mógł przyjemnie zatańczyć. Na parkiecie co prawda panował bałagan, nie było mowy o żadnej rondzie, ale to na takich imprezach standard, także na świecie. Rondy zachowywane są chyba jedynie na maratonach, i to tych encuentro milonguero lub z bardzo silną selekcją. To była kameralna impreza, nie nastawiona na setki uczestników. Dziedziniec i parkiet miały swoją pojemność, a w godzinach szczytowych wypełnione były po brzegi.

  

Każda impreza wyjazdowa jest świetną okazją do nawiązywania nowych znajomości.

Ja np. poznałam przesympatyczne małżeństwo z Warszawy (Celino i Leszku – pozdrawiam!), a także miłego i dobrze tańczącego Czecha. Każdy wyjazd to także okazja do spotkania tych już sobie znanych, z drugiego końca Polski (lub świata). Albo można odnowić znajomość z kimś ze swojego miasta. Ja dowiedziałam się od warszawskiego kolegi, że ostatnio ze mną nie tańczył, bo byłam zbyt mało namiętna… 😀

  

Jeszcze się taki dj nie urodził, co by każdemu dogodził.

Osobiście uważam, że muzyka była na tyle różnorodna, że każdy mógł znaleźć i zatańczyć miłą sobie tandę. Każdy grał inaczej. Rozpoczął Facundo Penalva – systematycznie spolszczany Argentyńczyk, po nim stery przejął nasz bułgarski Polak Vasko Manov (uwielbiam bałkańskie cortiny!), po nim zagrał Mateusz Stach, a zakończyła z przytupem Ania, celowo puszczając cortiny szantowe (na cześć zlotu uczestników tegorocznego Tanga pod Żaglami – bo mało jej, więc i na Mazurach musi poszaleć – już zaplanowała przyszłoroczną edycję…).

    

Festiwale są imprezą dla wszystkich.

Dla tych mniej doświadczonych – ważne, aby nauczyciele uczyli nie tylko kroków, ale też tłumaczyli, dlaczego porządek jest ważny i jakim zagrożeniem jest bałagan, i dla doświadczonych – jak umieją nawigować, łatwiej się w tłoku odnajdą. Najważniejsze na zatłoczonym parkiecie jest, by kobiety pilnowały nóg i nie machały nimi po dzikiemu (nawet jak dostaną za dużo energii), bo mogą zrobić komuś krzywdę, a mężczyźni by nie szli do tyłu i nie wystawiali łokci.

  

Podłoga dostarczyła tańczącym dodatkowych atrakcji.

Zanim ułożono parkiet, nie było widać, że dziedziniec ma spadek, który chyba bardziej odczuwali prowadzący (przynajmniej ja, jak na chwilę weszłam w tę rolę, miałam wrażenie, że lecę w dół…). Powierzchnia okazała się nie być tępa. Tak sobie teraz myślę, że może gdyby miała mniejszy poślizg, spadek byłby mniej odczuwalny? Chociaż ja osobiście nie lubię tępych parkietów i wolę, kiedy pivoty wchodzą jak w masło…

Nie ma podłogi zbyt śliskiej.

Chyba że, jak mówi Jacek Mazurkiewicz, nie umie się stawiać stóp. Ta była – moim zdaniem – w sam raz (Janusz K. słusznie zauważył, że bardziej śliska podłoga jest lepsza dla stawów niż zbyt tępa), jedynie nieco skośna. Dobra cena Prosecco w zamkowej restauracji pozwalała na systematyczne wizyty w barze, dzięki czemu można było oszukiwać błędnik i trzymać zarówno pion, jak i właściwy poziom. Uczestnicy tego „eksperymentu społecznego” w sumie dobrze się bawili, traktując dodatkowe parkietowe walory jako wyzwanie.

Jak festiwal, to pokaz.

Gwiazdami wieczoru byli Marie Loy z Grecji i Facundo Penalva – wcześniejszy dj, który na co dzień uczy w szkole bielskiej Anielicy. Marie miała tańczyć ze swoim partnerem, z którym była na tegorocznym Tangu pod Żaglami. Niestety tydzień przed festiwalem, przygotowując się do pokazu – Matis złamał nogę. Tak więc Marie wystąpiła z Facundo – ze względu na wspomniany spadek parkietu – w wyższej części dziedzińca.

    

Film nakręcony przez Leszka Wdowińskiego można zobaczyć TU.

Życzę wszystkim organizatorom takiego zapału i wytrwałości, jak ma bielska Anielica.
A tangowców zachęcam: jeździjcie. Doświadczcie. Poznajcie. Warto.

Foto: Sona Komarkova Photo Tango.

Ania (Bestiaaa)