BB Tango – spotkanie ze mną w roli głównej i Festivalito

Z powodów intensywnie osobistych nie bardzo potrafię do końca powiedzieć, kiedy odbyła się premiera mojej drugiej książki pt. „Przenikanie”. Ogłoszenie terminu na fejsie to jedno, proces produkcyjny – drugie, a życie – trzecie.

Jest! Wreszcie! Kto już ma? 🙂

O czwartym i piątym (do potęgi szóstej) – zamilczę.

Dom Kultury „Olszówka”, prowadzący Jakub Abrahamowicz (aktor; przeczytał me dzieło, podobało mu się, więc go luuubię!), ilustracja taneczno-muzyczna w wykonaniu Lucii i Joerga, muza puszczana przez TangoDealera Lecha, i ja… w mojej mega sexy kreacji… i trampkach.

Gawędzimy…

Nie, nie zapomniałam butów na zmianę.

Co mi się kiedyś, na wyjeździe (dwie międzynarodowe imprezy w dwóch państwach jedna po drugiej), zdarzyło. Teraz raczyłam koślawo stąpnąć i skręciłam kostkę, więc inne obuwie niż trampki (ewentualnie mogłabym wzuć walonki) nie bardzo dawały radę. To była jedna z mych dolegliwości. Zwykle nie miewam żadnych, tym razem szły w parze.

Dobry humor i autoironia to podstawa zdrowia psychicznego 🙂

Przeziębienie.

Nabyte tydzień wcześniej, było dość słyszalne w mym głosie i okazało się mocno ekspansywne: zaraziłam Anielicę Bielskiego Tanga Annę Pietruszewską, a po powrocie mojego tatę, córkę i kilku znajomych. Beatka, z którą na wyjeździe byłam baaardzo blisko (a fe, świntuchy!), na szczęście okazała się odporna na mojego wirusa.

Bardzo lubię tych Czytelników 🙂

Dość farmazonów, czas na konkrety.

Tango to znak firmowy mojej twórczości, dlatego spotkania autorskie ze mną są dość charakterystyczne: każdemu towarzyszy pokaz tanga. Tym razem ilustrację wizualną stworzyła para, która często gości w Bielsku-Białej: Lucia Kubasova i Joerg Palm. Jednak najprzyjemniejsza dla mnie część odbyła się po tej oficjalnej…

Ależ tu się dzieje… 🙂

Właściwe zaproszenie do tanga.

Gdzie mogę, opowiadam (ostatnio dzisiaj w Wilanowie), że milonga to nie potupajka w remizie i nie godzi się, by dżentelmen strzelał obcasami z wyciągniętą łapą w stronę damy.

Najpierw gra wstępna!

Kobiety lubią, kiedy trwa nawet kilka tygodni, a nie że dzwonisz, kiedy chcesz ten teges i myślisz, że ona będzie gotowa… Ale to temat na inny wpis.

Cieszę się, że czytują mnie także mężczyźni 🙂

Przewaga tanga nad seksem

Ku obopólnej satysfakcji, w tangu gra wstępna może trwać zaledwie kilka sekund. Ktoś, kto to wymyślił, był GENIALNY. Ten, kto nie docenia, nie odkrył istoty tej gry (też o tym napiszę).

Elementem pogadanki było zaprezentowanie mirady i cabeceo. Tak przyszpiliłam Joerga mym głębokim spojrzeniem, że Anielica zeznała, iż doznała ciarek na ciele i umyśle. Uczyniłam Joergowi abrazo takie jak lubię i posunęliśmy po parkiecie kilka prostych kroków (nigdy wcześniej nie mając ze sobą do czynienia). W tym miejscu powinno być zdjęcie ilustrujące to zajście, jednak – ku mojemu ubolewaniu – nie ma.

To w tangu kocham.

Z zupełnie obcym człowiekiem można odpłynąć w inny wymiar. Po objęciu już wiem, czy będzie mi dobrze, a trzy pierwsze kroki zdradzają wszystko: będzie ognisty dwunastominutowy romans czy nudne bajdolenie o niczym…

Tańcząc, miewamy różne miny. Beatek pięknie się uśmiecha, ale są ludzie, którzy tangolą z miną seryjnego zabójcy, jakby mieli zatwardzenie lub wręcz przeciwnie – jakby walczyli z napierającą sraczką…

Festivalito.

W bielskim klubie jazzowym „Metrum” odbyło się po raz drugi. Koncert i dwa sety milongi Live zagrał zespół Wiesław Prządka Tango Trio.

Wiesław jest wirtuozem zarówno akordeonu, jak i bandoneonu – o którym świetnie opowiadał 🙂
Ten bandoneon to zupełnie inny instrument…

Didżejował bielski Tango Dealer Lechosław Hojnacki, z pokazem wystąpili Lucia i Joerg, którzy także prowadzili warsztaty.

Tangowe weekendy to często wieczorna przyjemność, ale dzienny znój…

Konsultacje.

Ortopedyczno-fizjoterapeutyczne odbyłam w trakcie milongi, ponieważ przy naszym stole siedział bielski fizjoterapeuta-cudotwórca. Obejrzał mą przetrąconą kostkę i zakazał tangolenia przez trzy tygodnie.

Bardzom zasmucona perspektywą trzech tygodni bez tanga…

Nie dało się.

Dnia następnego, po spotkaniu autorskim, Anielica urządziła tzw. domówkę. Co to była za impreza… Cóż za abrazos… Przeziębienie mi przeszło, o kostce zapomniałam i pozwoliłam się pochłonąć tej nocy… Tęsknię! Zdjęć nie ma, bo to była nieoficjalna część oficjalnych tegesów.

Każdy rachunek trzeba zapłacić.

Czasem z odsetkami. Po powrocie do Warszawy przeziębienie mnie sieknęło ze zdwojona siłą (nadal dochodzę do siebie), a kostka była jak balon (jeszcze nie powróciła do pełnej formy). Ale!

No, rien de rien…

Przebieram nóżkami w oczekiwaniu na zimowy Beskid Tango Marathon. Co roku jest mega superowo. MEGA! Letnia edycja była moją najlepszą imprezą jak do tej pory (a trochę świata w pogoni za „tym czymś” zjechałam…). Wylaszczyłam się (o tym też niebawem zrobię wpis podsumowujący), na pijama party wskoczę w jakąś koszulkę…

Tu akurat byłam w piżamce, bynajmniej nie sexy 🙂 Większość poszła już spać, więc fotę zbiorową trzeba robić zdecydowanie wcześniej.

Mam szczęście.

Imprezy, które wybieram, są naprawdę bardzo udane.

Czasem nie ma tandy życia, ale reszta jest bardzo przyjemna. Coraz bardziej doceniam socjalny aspekt tanga.

Plany?

Jesiennozimową porą na polskich włościach:

* Recuerdo Tango Festival!!! Nasz, warszawski, na światowym poziomie, z MEGA tangowymi gwiazdami. Rejestracja się zamyka 15.11., u wrót bilet droższy. Pokazy par – co ja będę pisać… Trzeba zobaczyć.

Foto: spektakl rok temu. FANTASTYCZNY! Nie wiem, czy na ten w tym roku są jeszcze bilety…
Warto baaardzo.

* Pierwsza edycja maratonu w Białymstoku. Ekipa zacna. Czuję, że będzie czad! A mam intuicję do imprez i do mężczyzn hehe…

* Sylwester po warszawsku! Na winyLOVE! Zjeżdża kawałek świata, więc i ja zjadę (samochodem na parking), o!

Będziemy! Na sylwestrze i na Beskidzie, bo w trakcie Białegostoku Dorota zdobywa szczyty Ameryki Południowej, a Beata rozkochuje w sobie Argentyńczyków w Buenos…

* Beskid Tango Marathon!!! Rejestracja TU, szczegóły fejsbukowe TU. O matko, chcę już! Ekscytuję się jak uczennica żeńskiego liceum balem w technikum samochodowym…

Do zobaczenia?

Tak, tę sukienkę też zabiorę.

P.S. Jeśli jesteś ciekaw/a, co nawypisywałam w moich powieściach – daj znać 🙂

Rozkład jazdy: styczeń 2018 i zapowiedź lutego

Jak początek roku – to wiadomo: Beskid Tango Maraton. Inny niż wszystkie. Wyjątkowy.
Dlaczego warto na nim być? Bo:

  • To REWELACYJNA impreza tangowo – towarzyska. Poznajesz ludzi z całego świata! Z roku na rok przyjeżdża coraz więcej cudzoziemców, z roku na rok każdy ze stałych bywalców (a jest ich mnostwo!) lepiej tańczy, z roku na rok pojawiają się nowe osoby. Można dojechać z lotnisk w Krakowie i Katowicach, jest bus podstawiony na dworcu w Bielsku białej (szczegóły na stronie wydarzenia TU). Anielica bielskiego tanga, Ania Pietruszewska, dba o to, by muzycznie, kulinarnie i właśnie towarzysko było zawsze super. Kto kiedykolwiek organizował choćby kinder bal, wie, że nie jest to takie proste.

  • Poziom tangowy jest taki, że każdy, jeśli chce, się wytańczy. Nie ma gwiazd prima sort super zaawansowanych limited edition (Magda K. vel T.! Anektuję to określenie, jest boskie!), ale to chyba lepiej, zwłaszcza że z niektórymi wcale nie lubię tańczyć, więc tylko by mi najlepsze ciastka z bufetu wyjadały. Za to wszyscy, którzy przyjeżdżają, chcą po prostu super spędzić czas i to im się do tej pory udawało i nie widzę powodu, by w tym roku miało być inaczej. Oczywiście: jest selekcja, bo jednak jest to impreza tangowa.

  • Wszyscy jesteśmy zakwaterowani w jednym miejscu: dużym hotelu z różnymi ciekawymi zakamarkami, w tym sauną, SPA i biblioteką (szczegóły: TU ). To bardzo zbliża. Tzn. nie tylko sauna i biblioteka, tylko w ogóle wspólne bliskie mieszkanie. W tym roku impreza zaczyna się już w piątek w południe, a pierwszy pociąg z Warszawy przyjeżdża o 12.00. Hotel jest na tyle duży (sala taneczna też, a parkiet do tej pory był wyśmienity, więc jest szansa, że taki będzie i tym razem), że pomieści nas wszystkich + tych zdecydowanych w ostatniej chwili, a i tak będzie komfortowo. Aaa!!! Hotel jest po remoncie, dotychczasowi bywalcy go nie poznają…
      

  • Maratonowy bufet jest dobrze zaopatrzony. Nawet kawa nie była z tych z najniższej półki (co się rzadko na maratonach zdarza, zwykle jest fuja). Pyszna kolacja podawana jest o takiej porze, że można tańczyć do świtu. Gorące kubki i świeże kanapki pozwalają przetrwać czas od śniadania do kolacji, wiec tak naprawdę jak ktoś nie ma ochoty wydawać dodatkowych pieniędzy, to nie musi i przeżyje najedzony. A w niedzielę jeszcze brało się prowiant na drogę powrotną. Teraz, po zakupie nowych stołów i w ogóle wielkich zmianach – musi być jeszcze lepiej 😁
     

    W tym roku warto się nie spieszyć i zostać do poniedziałku, bo zapowiada się mega afterka w bielskim klubie Metrum, który słynie z doskonałego parkietu i nagłośnienia. A kto ma czas – niech przyjedzie w czwartek na beforkę. Zapowiedziało się kilkadziesiąt osób!
    I nadszedł ten czas… Poniżej mój bardzo lubiony punkt programu…

    • Tak, przyznaję: uwielbiam szalone pomysły i cieszę się, że Anielica też ma diabła za skórą 😁 Jedyne takie regularne party – nie boję się stwierdzić: na świecie!
      PIJAMA PARTY! W późną (bardzo) noc, z soboty na niedzielę, wskakujemy w bieliznę nocną lub nocnopodobną i… tangolimy jak gdyby nigdy nic, tyle że mamy z tego niezły ubaw 😁 Oczywiście nie każdy lubi tańcować w galotach, nie każda pani czuje się dobrze w sexy koszulce. Dlatego chyba wymyślono t-shirty i spodenki lub leginsy 😁
      A jeśli ktoś uważa, że jako poważny księgowy czy menadżer do spraw zarządzania kurzem w podwórzu nie może sobie pozwolić na takie występy – może pozostać w ubraniu, przecież na siłę nikt nie rozbiera (sami to robimy z przyjemnością 😁). Najmniej tolerancyjni opuszczają imprezę. I nie wiedzą, co tracą. Bo to nie jest tak, że wszyscy są jacyś bardziej frywolni. Tylko niektórzy! 😁 A tak naprawdę traktujemy to jako powód do śmichów-chichów. Szlafmyce, czepki… W ubiegłym roku Ojciec Wiesław np. lansował modę elegante (skarpetki) + sport (gacie) + podżama (góra), a w tym zapowiedział się w sułtańskich portkach…

      Tyle jest problemów na co dzień, że raz w roku naprawdę można się wyluzować. Ja do tej pory bywałam w bawełnianych pidżamkach i góralskich bamboszach.

      W tym roku stawiam na koszulkę i koronki!

  • Tereny wokół są atrakcyjne spacerowo (podobno, bo ja jakoś nie mam ciągot do łażenia, a i czasu przez te wszystkie poprzednie edycje też nie znalazłabym, choćbym chciała). Zapaleńcy mogą także pojeździć na nartach – są piękne nowe trasy, oświetlone wieczorem.

    Więc jak ktoś ma życzenie – może zaczerpnąć świeżego powietrza i zażyć ruchu innego niż tango.

  • Cena jest bardzo dobra! Zarówno hotelu, jak i maratonu w tym wydaniu. Ja sobie nie wyobrażam nie być. Nawet Jolanda jest zawsze, która bywa na największej liczbie światowych tangowych parkietów, a o tej porze już jest myślami w Buenos (tak! Znowu leci na dwa miechy, i to w styczniu).

    Zachęcam do odwiedzenia strony wydarzenia ( TU ) i kontaktu z organizatorką.

    Zapowiedzi: luty 2017

  1. 3 lutego rusza nowa popołudniowa milonga: Królewski Wilanów.

    W bardzo bliskim sąsiedztwie pałacu. Będzie się odbywać cyklicznie, raz w miesiącu, w każdą pierwszą sobotę, do czerwca tego roku (potem zobaczymy, mam nadzieję, że będzie letnie tango plenerowe, a jesienią wrócimy do tej formuły). Szczegóły już niebawem, ale mogę zdradzić, że:
    * zawsze będzie dobry TDJ,
    * zawsze będzie pokaz
    * zawsze będzie wstęp wolny!
    * zawsze będzie krótka lekcja kroku podstawowego, więc już myślcie, kogo z nietangowych znajomych warto przyprowadzić.
    Piękna sala z drewnianym parkietem na ul. Kolegiackiej już na nas czeka. Dojazd świetny (tuż przy pętli w Wilanowie – dojeżdża mnóstwo autobusów), dla zmotoryzowanych parking.
  • 4 lutego odbędą się dłuuuugo wyczekiwane warsztaty dla TDJ – jów prowadzone przez duet Radio i Milonga Tango Uno: Dorotę Zyskowską i Marcina Błażejewskiego (szczegóły TU ).

    Z tej okazji przemeblowałam moje plany, bo nie wyobrażam sobie nie być! Nie, nie zamierzam nigdy grać 😁 Ale lubię się znać na różnych rzeczach, o!

    Chcesz być na bieżąco w warszawskich zwłaszcza, ale nie tylko, wydarzeniach – polub fanpage Tango Te Amo i odwiedzaj tego bloga 😁

     (Bestia) Ania

Tango na bielskim zamku – październik 2017

Do niedawna mówiłam, że Ania Pietruszewska jest carycą bielskiego tanga. Trochę się krygowała, trochę zżymała: że caryca niezbyt ładnie brzmi, że to władczyni rządząca twardą ręką, że w ogóle i w szczególe to ależ skąd, nigdy w życiu… I właściwie miała rację. Nie pozostało mi nic innego, jak zmienić zdanie.

Żadna z niej caryca. To Anielica bielskiego tanga (i okolic).

Porywa się z motyką na słońce i dokonuje niemożliwego. Wymyśliła sobie festiwal tanga na bielskim zamku. Kilka dni przed imprezą wystawił ją do wiatru człowiek, który obiecał świetny parkiet (dziedziniec jest marmurowy, więc bano się, że pod wpływem tanga się zniszczy) i profesjonalne oświetlenie. Po drodze słyszała wiele krytycznych głosów, że nie tak, nie siak…

Nie zniechęciła się i co zaplanowała, to zrobiła.

Sobotnie wydarzenie było częścią większej całości, która trwała od czwartku do niedzieli (milongi i warsztaty). Przyjechało trochę ludzi z zewnątrz. Niby łatwo dojechać, bo jest Pendolino… Jednak ono nie kosztuje trzydziestu złotych, ani nawet stu trzydziestu. Na dodatek w tym czasie odbywała się comiesięczna milonga w Olsztynie, a w Warszawie koncert Bandonegro Tango Orquesta z milongą i pokazem naszej najlepszej – według Jolandy – polskiej pary, Jakuba Korczewskiego i Magdy Bochińskiej. Przyjechali goście z Czech, a nawet i nie tylko.

Bielsko-Biała ma cudowną starówkę.

Pięknie odrestaurowane kamieniczki i bajeczną Salę Redutową (to jedna z najpiękniejszych neorenesansowych sal w Polsce), znaną nam z imprez sylwestrowych. Niestety: czymś tak smarują parkiet, że w tym roku Anielica zdecydowała, że nie chce narażać ludzi na przyklejanie butów do podłogi i sylwestra nie będzie. Za to – po raz kolejny – będzie super maraton w Szczyrku – rejestracja trwa, warto tam być!

Ale wróćmy do tanga na bielskim zamku.
Festiwal odbył się w Muzeum Historycznym Zamek Książąt Sułkowskich, który ma malowniczy adres: Wzgórze 16. I beznadziejny dojazd samochodem – a wystarczy
łoby rozwiązać to trochę inaczej… Gorszy jest jedynie wyjazd z dworca we Wrocławiu – tam musiał to projektować jakiś pijany szaleniec, tu zwyczajny bezmysł).

To było bardzo przyjemne spotkanie towarzyskie.

A i tangowe też. Nie było parkietowych „mistrzów świata” (we własnym mniemaniu), i całe szczęście. A kto chciał, mógł przyjemnie zatańczyć. Na parkiecie co prawda panował bałagan, nie było mowy o żadnej rondzie, ale to na takich imprezach standard, także na świecie. Rondy zachowywane są chyba jedynie na maratonach, i to tych encuentro milonguero lub z bardzo silną selekcją. To była kameralna impreza, nie nastawiona na setki uczestników. Dziedziniec i parkiet miały swoją pojemność, a w godzinach szczytowych wypełnione były po brzegi.

  

Każda impreza wyjazdowa jest świetną okazją do nawiązywania nowych znajomości.

Ja np. poznałam przesympatyczne małżeństwo z Warszawy (Celino i Leszku – pozdrawiam!), a także miłego i dobrze tańczącego Czecha. Każdy wyjazd to także okazja do spotkania tych już sobie znanych, z drugiego końca Polski (lub świata). Albo można odnowić znajomość z kimś ze swojego miasta. Ja dowiedziałam się od warszawskiego kolegi, że ostatnio ze mną nie tańczył, bo byłam zbyt mało namiętna… 😀

  

Jeszcze się taki dj nie urodził, co by każdemu dogodził.

Osobiście uważam, że muzyka była na tyle różnorodna, że każdy mógł znaleźć i zatańczyć miłą sobie tandę. Każdy grał inaczej. Rozpoczął Facundo Penalva – systematycznie spolszczany Argentyńczyk, po nim stery przejął nasz bułgarski Polak Vasko Manov (uwielbiam bałkańskie cortiny!), po nim zagrał Mateusz Stach, a zakończyła z przytupem Ania, celowo puszczając cortiny szantowe (na cześć zlotu uczestników tegorocznego Tanga pod Żaglami – bo mało jej, więc i na Mazurach musi poszaleć – już zaplanowała przyszłoroczną edycję…).

    

Festiwale są imprezą dla wszystkich.

Dla tych mniej doświadczonych – ważne, aby nauczyciele uczyli nie tylko kroków, ale też tłumaczyli, dlaczego porządek jest ważny i jakim zagrożeniem jest bałagan, i dla doświadczonych – jak umieją nawigować, łatwiej się w tłoku odnajdą. Najważniejsze na zatłoczonym parkiecie jest, by kobiety pilnowały nóg i nie machały nimi po dzikiemu (nawet jak dostaną za dużo energii), bo mogą zrobić komuś krzywdę, a mężczyźni by nie szli do tyłu i nie wystawiali łokci.

  

Podłoga dostarczyła tańczącym dodatkowych atrakcji.

Zanim ułożono parkiet, nie było widać, że dziedziniec ma spadek, który chyba bardziej odczuwali prowadzący (przynajmniej ja, jak na chwilę weszłam w tę rolę, miałam wrażenie, że lecę w dół…). Powierzchnia okazała się nie być tępa. Tak sobie teraz myślę, że może gdyby miała mniejszy poślizg, spadek byłby mniej odczuwalny? Chociaż ja osobiście nie lubię tępych parkietów i wolę, kiedy pivoty wchodzą jak w masło…

Nie ma podłogi zbyt śliskiej.

Chyba że, jak mówi Jacek Mazurkiewicz, nie umie się stawiać stóp. Ta była – moim zdaniem – w sam raz (Janusz K. słusznie zauważył, że bardziej śliska podłoga jest lepsza dla stawów niż zbyt tępa), jedynie nieco skośna. Dobra cena Prosecco w zamkowej restauracji pozwalała na systematyczne wizyty w barze, dzięki czemu można było oszukiwać błędnik i trzymać zarówno pion, jak i właściwy poziom. Uczestnicy tego „eksperymentu społecznego” w sumie dobrze się bawili, traktując dodatkowe parkietowe walory jako wyzwanie.

Jak festiwal, to pokaz.

Gwiazdami wieczoru byli Marie Loy z Grecji i Facundo Penalva – wcześniejszy dj, który na co dzień uczy w szkole bielskiej Anielicy. Marie miała tańczyć ze swoim partnerem, z którym była na tegorocznym Tangu pod Żaglami. Niestety tydzień przed festiwalem, przygotowując się do pokazu – Matis złamał nogę. Tak więc Marie wystąpiła z Facundo – ze względu na wspomniany spadek parkietu – w wyższej części dziedzińca.

    

Film nakręcony przez Leszka Wdowińskiego można zobaczyć TU.

Życzę wszystkim organizatorom takiego zapału i wytrwałości, jak ma bielska Anielica.
A tangowców zachęcam: jeździjcie. Doświadczcie. Poznajcie. Warto.

Foto: Sona Komarkova Photo Tango.

Ania (Bestiaaa)