Show me your tango – koncert Izabeli Kopeć

W oczekiwaniu na Divina…
Show me your tango
Pod takim tytułem ukazała się płyta naszej tangowej Divy, Diviny, mezzosopranistki lirycznej Izabeli Kopeć. Było to w maju 2012 roku, ale od czasu do czasu można posłuchać pieśni Astora Piazzoli na żywo, podczas koncertu Izy. Tak też było dzisiaj, a w zasadzie już wczoraj.  
Kuźnia Kulturalna
To znaczące miejsce na mapie Wilanowa. Mieści się tam restauracja, ale Kuźnia to także scena artystycznych wystąpień. Można połączyć przyjemne z pożytecznym: zjeść pyszną kolację, a zaraz po uczestniczyć w uczcie dla duszy. 
Iza to Bogini.
Nasza znajomość rozpoczęła się właśnie w 2012 roku. Jedna z koleżanek tangowych powiedziała mi, że Iza wydaje płytę, chce nakręcić teledysk i potrzebuje tangowych ludzi, żeby zatańczyli. Skrzyknęłam kilka osób i tańczyliśmy do Oblivion dobrych pięć godzin. I za każdym razem to było inne tango… Uważny widz zobaczy moje włosy, które zagrały przez 0,2 sekundy 😄    
Zakochałam się w Jej głosie.
Polubiłyśmy się i jestem bardzo szczęśliwa, że mam w gronie znajomych TAKĄ artystkę: niezwykle utalentowaną, z charyzmą, absolutną profesjonalistkę. Iza tańczy tango, może dlatego Piazzola w Jej wykonaniu po prostu przeszywa serce na wskroś... 
Zawsze, jak coś mnie ekscytuje, dostaję dreszczy.
Tym razem też, od pierwszego dźwięku. Iza zawsze występuje z rewelacyjnymi muzykami, czującymi każdą nutę całym ciałem. Byłam na różnych tangowych koncertach. A to skrzypek nie miał Boga muzyki w sercu, a to rzekomo koncert do tańczenia spoodował depresyjne siedzenie 80% uczestników, a to wokal nie dawał rady… Izę na żywo słyszałam wiele razy (to wszechstronna Diva mająca w repertuarze utwory klasyczne, a także jazzowe i crossoverowe – łączące klasyczny śpiew z elektronicznym brzmieniem instrumentów).  
Muzycy byli niesamowici.
Skład był następujący:
Izabela Kopeć - mezzosopran
Gilberto Pereyra - bandoneon
Tomasz Filipczak - fortepian
Robert Horna - gitara klasyczna
Maciej Lulek - skrzypce
Wojciech Gumiński – kontrabas. 
Moje kobiece serce skradł kontrabasista.
Wyglądał ogniście jak rodowity Argentyńczyk (którym był bandoneonista), a tu niespodzianka: Polak, na dodatek Wojtek (uwielbiam to imię)! Wszyscy muzycy grali z pasją, ale nie wyobrażam sobie, by Iza zaprosiła muzyków bez pasji! Z niej samej tryska ona każdą komórką. I ten ruch… Idealnie dobrany do warunków scenicznych (a widziałam ją na różnych scenach). 
Kto z tangowej braci Jej nie zna, niech się wstydzi.
Proszę Ją wyyoutubować. Oczywiście to nie zastąpi kontaktu na żywo (po koncercie Iza podpisywała swoje płyty), ale lepszy rydz niż nic. A jak mnie poprosisz, to Ci załatwię płytę z autografem. Warto po stokroć. Dla tangowych i nie. Po prostu mega moc i prawdziwa Sztuka. 
Służby operacyjne doniosły, że następny koncert będzie w lutym.
Co prawda nie w Kuźni (a szkoda! Ale jak będzie, zmontujemy ekipę na kolację), za to na większej scenie. Może Warszawa się obudzi? Nie widziałam NIKOGO z naszego grona (poza kolegą, który uwieczniał występ kręcąc film). Na koncercie Izy w Filharmonii Bałtyckiej było całe trójmiejskie środowisko tangowe. W Bielsku-Białej na tangowym koncercie Trio Wiesława Prządki była większość tangowa Południa Polski (a z Warszawy ja z Beatkiem). Dzisiaj byłam sama… Beatek usprawiedliwiona, bo tangoli w Buenos Aires. Ela usprawiedliwiona, bo na festiwalu w Alicante. Dorocia usprawiedliwiona, bo po zdobywaniu szczytów Ameryki Południowej i zjeździe z wulkanu dopadł ją jet lag.

A GDZIE BYŁA RESZTA? 
Nie interesuje Was tangowa muzyka na żywo w TAKIM wykonaniu? Żałujecie kasy na bilet?! Kuźnia to kameralna scena. Miejsca były zapełnione nietangową publicznością, która hojnie nagradzała brawami każdy utwór, a na koniec zaserwowała owacje na stojąco. To nietangowcy walą drzwiami i oknami, a warszawskim tangowcom się nie chce? Wychodzi na to, że Warszawa jest prowincjuszką wśród tangowej braci.
Wstyd mi.
Iza nie koncertuje co drugi dzień. Jej występ jest naprawdę rewelacyjnym przeżyciem. Nie wierzę, że tylko ja mam ciary na ciele, umyśle i w sercu, kiedy słyszę TAKIE wykonanie. Jej brawurowa wokaliza do Libertango cisnęła w me błękitne oczęta łzy wzruszenia… Wolność… Tak ważna dla mnie osobiście życiowa wartość… Tak przepięknie wyśpiewana… I to poczucie, że w tym wcieleniu chyba już nie zrealizuję mojego marzenia, aby z profesjonalnymi muzykami z duszą i pasją zaśpiewać tango…  

4-th Recuerdo Tango Festival is over!

Komu się nie będzie chciało czytać całości, a nie był, powiem krótko: sfrajerzyłeś/łaś się, bejbe. To był rewelacyjny festiwal za niedużą kasę, zwłaszcza jak skorzystało się z rejestracji we wcześniejszym terminie i w parze (nie było takiego musu, jedynie zachęta cenowa, pewnie dlatego był niezły balans, jak rzadko kiedy na festiwalach). Masz kolejną szansę, lepiej jej nie przegap. 
 UWAGA! Następny już za niecały rok!!!

 A konkretnie: 26 – 29.11.2020!!! Aaaaa!!!!! Cudownie. 
 Ten się skończył, ot co.
Ale najpierw wszystko się zaczęło.
4 lata temu pierwsza edycja, tydzień z kawałkiem temu czwarta. Nasz warszawski festiwal rozmościł się w listopadowej porze i znowu ogrzeje nas swoim blaskiem.  
Może południowcy przestaną kręcić nosem na nasz klimat i będą liczniej przyjeżdżać? Chociaż w tym roku goście bardzo dopisali, zagraniczni także.  
Dla niektórych był to pierwszy festiwal w życiu, w którym brali udział.
 
Dla mnie był to nie wiem który, nie liczę (a szkoda; i na pewno niebawem napiszę, czym się różni festiwal od maratonu, bo różnice są zasadnicze).    
Festiwalowe czwartki na całym świecie są mniej liczne.

A u nas był tłum! Oczywiście w piątek i sobotę większy, ale jak na czwartek, było bardzo dużo ludzi.  
Pierwszy festiwalowy pokaz wykonali Gospodarze:
  
Jakub Grzybek & Patrycja Cisowska-Grzybek!  
Przy okazji: w Argentynie zawsze najpierw wymienia się mężczyznę.  
Pati miała zjawiskową suknię w kolorze głębokiej butelkowej zieleni, mieniącą się kryształami Svarovsky’ego.  
Legenda głosi, że Kuba nie spał po nocach, tylko rzeźbił tę suknię tymi brylantami… Ale kto by wierzył w legendy? 
W piątek tłum przybrał na sile.

Pokaz miała para, która w ubiegłym roku wywołała łzy wzruszenia, a nawet z co poniektórych damskich biustów ekstatyczny szloch. 
Facundo Piňero & Vanesa Villalba
 
I tym razem rozgrzali publiczność do czerwoności. Ja osobiście lubię ich estetykę, sprawność, muzykalność i technikę. 
Uważam, że jest to doskonała pokazowa para. Ma dla mnie to coś, co przyciąga uwagę i nie puszcza.
Nawet w zaawansowanej ciąży. 
Sobota należała do Los Totis, ale nie tylko!

Do kogo jeszcze, to za chwilę. 
Los Totis, czyli:
 
Christian Marquez & Virginia Gomez!

Po Gospodarzach i Facundo z Vanesą to trzecia para, która jest na Recuerdo od pierwszej edycji.
Mają wyrobioną markę, należą do światowego TOP. Ich pokazy są mniej szalone, bardziej klasyczne, ale także technicznie perfekcyjne. 
Niedziela to czas pożegnań.

Część gości wyjeżdża, głównie ci z Polski, bo zagraniczni zostają dłużej i można się z nimi spotkać na naszych miejscowych milongach w kolejnym tygodniu. 
😄 😄 😄 😄
Był i pokaz, a jakże! Po raz pierwszy dołączyli:

Juan Malizia & Manuela Rossi! 
Power, wdzięk, gibkość – wszystko było.  
I zjawiskowa suknia też. 
O pokazach nie ma co pisać, je trzeba zobaczyć. Z tymi pokazami to jest tak, że… A nie, o tym napiszę kiedy indziej.
W niedzielę maestros zatańczyli rondę, czyli wszyscy na raz. Wrażenie trochę jak na karuzeli, w głowie może się zakręcić, bo nie wiadomo, na czyje nogi patrzeć... 
Miejsce

Tegoroczne wszystkie cztery festiwalowe gale odbyły się w auli głównej SGH. Moim zdaniem to dobry wybór. Co prawda brakowało paniom garderoby, ale duża szatnia z przesuwaną masą wieszaków robiła za kotarę i jakoś dałyśmy radę.  
Parkiet.

Śliski! Ja osobiście baaardzo lubię. Jacek M. mawiał, że żaden parkiet nie jest za śliski, jeśli się umie tańczyć  😄 
Jakieś pojedyncze jęki do mnie dotarły, że w czwartek o 21.00., kiedy zaczynał się festiwal, jeszcze układali podłogę i że o rety. Ja przyszłam przed 21.30., podłoga była ułożona, za to do 22.00. nie tańczył nikt. Ale co postękał, to jego. 
 
TDJ’s team

Gusta muzyczne są różne, dlatego staram się nie oceniać: gra dobrze czy źle (no chyba że gra źle 😄 ). 
Na marginesie, bez związku z festiwalem: ja osobiście na przykład nie lubię ckliwego smędolenia odbieranego przez niektórych jako romantyczną tkliwość i uważam, że zbyt liryczny nastrój didżeja mający wpływ na dobór muzyki może zepsuć nawet kameralną imprezę, nie mówiąc o dużym iwencie (na marginesie marginesu: spolszczona pisownia angielskich słów jest celowa. Lubię rzeźbić w języku, który nie jest martwą łaciną 😄  Poza tym to mój blog i mogę sobie pisać, jak i co chcę, najwyżej pozgrzytasz zębami😄).  
Zatem bez oceniania i wymieniania całej didżejskiej drużyny (możesz ją znaleźć TU), ocenię i wymienię jednak jej część, bo mi się chce:
  
Dorota Zyskowska & Marcin Błażejewski, czyli Radio Tango UNO!

Pierwsza godzina zagrana z kompa, potem z winyli. Co tu dużo pisać i marnować Twój czas na bezsensowną czytaninę… Krótko i z sensem: 
SĄ NAJLEPSI!

Na miejscu innych didżejów mocno bym się przygotowywała z pół roku, jak miałabym grać na tej samej imprezie co ONI!  
I tak sobie myślę, że ja to mogę wypisywać różne rzeczy, nawet kiedyś może Wam zaśpiewam, ale gdybym miała zapędy didżejskie, to ich pojawienie się skutecznie zachęciłoby mnie do robótek ręcznych, a nie zamęczania ludzi wyjcowanym trzeszczeniem (bo tak gra większość tych z nieuświadomionymi niekompetencjami, mechanizm ten sam co w byciu niby nauczycielem tanga). ONI są zjawiskiem na skalę światową.  
Słyszę ICH często (prowadzą milongę UNO, w grudniu w środy i niedziele!). Razem i osobno. NIE zapodają kichowatych tand! I ta jakość dźwięku…  
Wracając do Recuerdo: w sobotę byłam od 22.00. do 3.00. Nie puścili ani jednej lipy!  
Bufet i restauracja.

Były! Bufet cały czas (z bardzo miłą i ładną obsługą), restauracja trochę (w piątek i sobotę do 2.00.). Słyszałam głos, że słabo, bo nawet za darmo wody nie było. Zrobię o tym osobny wpis, ale tu tylko nadmienię, że na festiwalach nie ma catering included (dobra, wracam do angielskiej pisowni, bo po polsku jednak jakoś głupawo to wygląda). 
Fotę z baru gdzieś zgubiłam, więc dałam tę😄 Chyba ktoś buchnął flachę ze sklepu, bo polewanie jest z zabezpieczeniem 😄  
Dodam jeszcze, że byłam na maratonie (a na maratonach napitki i przekąski co do zasady są), na którym nie było NIC! A dodając jeszcze więcej: taka Turcja na przykład robi połączenie festiwalu z maratonem i tam troszkę jest, troszkę nie… Ale to inny temat. 
Dzwoni na Policję? 😄
Nie było koncertu podczas Gali, były dwa w teatrach.

Po raz pierwszy poczułam, czym jest prawdziwe escenario, rok temu w teatrze Komedia. Można lubić lub nie lubić, ale najczęściej jest to kwestia znania się lub nie, co powoduje, że można lubić lub nie lubić 😄  
Ja pokochałam. I uważam, że złą opinię o nim robią ci, co oglądają połączenie cyrku z baletem (dzięki, Tatuś W., za określenie!). Kiedyś tango sceniczne było karykaturą tanga. Tu, po raz drugi, zobaczyłam, że prawdziwe tango escenario to prawdziwe tango... Nie dziwota, że owacje były na stojąco i klaskaliśmy niemal do utraty dłoni!
Bandonegro!!! Kocham.

Są obłędni! Energia tryska każdym ich porem! Grali w tegorocznym spektaklu „Zapach kobiety” w teatrze Komedia. Robią światową karierę i są doskonałym potwierdzeniem, że jeśli masz talent i wykorzystujesz go w swojej pasji, odnosisz sukces. 
Drugi koncert z pokazami był w teatrze „Syrena”.

Pierwszy głos Argentyny + topowe pary = niesamowite przeżycie.  
Na oba spektakle bilety były wyprzedane. Nie dziwię się. Było warto. Za rok się pospiesz i kup wcześniej, bo nie czekają do ostatniego dnia.
Festiwalowe milongi śniadaniowe.

W sobotę i niedzielę. Moim zdaniem cudowny pomysł! Na pewno bym na nich była, gdybym była przyjezdna. Bo tak to u mnie działa: jak wyjeżdżam, jestem w tangowej imprezie na maksa. A u siebie mam inne sprawy i się nie da… A właściwie po prostu wybieram te inne sprawy, których na wyjeździe nie mam. Można było dołączyć, niezależnie, czy się miało full pass (płatnie). 
Popołudniówki.

To samo, co powyżej. Nie mam nawet zdjęć uczestników… Chyba żaden fotograf nie dotarł. Wstęp był wliczony w full pass, a wejście indywidualne można było kupić na nocnej gali poprzedzającej popołudnie. U drzwi - nie. 
   
Masterclass.

Jak to na festiwalu: TAK!  
Technika dla pań z DIVINAS: całe 5 godzin (3 x 1,5 godz.+ dwie przerwy). Do tego warsztaty z poszczególnymi argentyńskimi parami. 
MOC! 
Podsumowanie było na początku.

Dotarłaś/łeś do końca? Gratuluję Tobie umiejętności skupienia uwagi, a mnie tego, że umiem Ci ją umieć skupić 😄 

Najbliższe plany są najbliższe😄 

Najpierw sylwester. Różne są organizowane, w tym ten: taki mini maraton właściwie, winylowy, z NIMI! No tak, Dorota i Marcin grają TU. 

Pierwszy weekend 2020 należy do Beskid Tango Maraton 

Czekam na szóstą, a właściwie siódmą edycję (pierwsza była na Szyndzielni i zupełnie nie rozumiem, czemu nie jest liczona!). Rejestracja w toku. Panowie, przybywajcie! Kobity szturmują Anielicę Bielskiego Tanga, ale tak jak w piżamkach i koszulkach możemy sobie polatać dla własnej uciechy (a tak, pyjama party to mega petarda humoru i śmiechu co nie miara), tak tańczyć jednak wolimy z Wami.. 
Moje ulubione zdjęcie 😄 W tym roku wszyscy mieszkamy w hotelu Belweder w Ustroniu, szczegóły maratonu znajdziesz TU
Idą mikołajki i gwiazdka!

I dojdą z całą pewnością, więc za długo się nie zastanawiaj, tylko rób prezent sobie, szwagierce, teściowej, sąsiadce... Chcesz z autografem? Pisz do mnie! Da się zrobić😄 

BB Tango – spotkanie ze mną w roli głównej i Festivalito

Z powodów intensywnie osobistych nie bardzo potrafię do końca powiedzieć, kiedy odbyła się premiera mojej drugiej książki pt. „Przenikanie”. Ogłoszenie terminu na fejsie to jedno, proces produkcyjny – drugie, a życie – trzecie.

Jest! Wreszcie! Kto już ma? 🙂

O czwartym i piątym (do potęgi szóstej) – zamilczę.

Dom Kultury „Olszówka”, prowadzący Jakub Abrahamowicz (aktor; przeczytał me dzieło, podobało mu się, więc go luuubię!), ilustracja taneczno-muzyczna w wykonaniu Lucii i Joerga, muza puszczana przez TangoDealera Lecha, i ja… w mojej mega sexy kreacji… i trampkach.

Gawędzimy…

Nie, nie zapomniałam butów na zmianę.

Co mi się kiedyś, na wyjeździe (dwie międzynarodowe imprezy w dwóch państwach jedna po drugiej), zdarzyło. Teraz raczyłam koślawo stąpnąć i skręciłam kostkę, więc inne obuwie niż trampki (ewentualnie mogłabym wzuć walonki) nie bardzo dawały radę. To była jedna z mych dolegliwości. Zwykle nie miewam żadnych, tym razem szły w parze.

Dobry humor i autoironia to podstawa zdrowia psychicznego 🙂

Przeziębienie.

Nabyte tydzień wcześniej, było dość słyszalne w mym głosie i okazało się mocno ekspansywne: zaraziłam Anielicę Bielskiego Tanga Annę Pietruszewską, a po powrocie mojego tatę, córkę i kilku znajomych. Beatka, z którą na wyjeździe byłam baaardzo blisko (a fe, świntuchy!), na szczęście okazała się odporna na mojego wirusa.

Bardzo lubię tych Czytelników 🙂

Dość farmazonów, czas na konkrety.

Tango to znak firmowy mojej twórczości, dlatego spotkania autorskie ze mną są dość charakterystyczne: każdemu towarzyszy pokaz tanga. Tym razem ilustrację wizualną stworzyła para, która często gości w Bielsku-Białej: Lucia Kubasova i Joerg Palm. Jednak najprzyjemniejsza dla mnie część odbyła się po tej oficjalnej…

Ależ tu się dzieje… 🙂

Właściwe zaproszenie do tanga.

Gdzie mogę, opowiadam (ostatnio dzisiaj w Wilanowie), że milonga to nie potupajka w remizie i nie godzi się, by dżentelmen strzelał obcasami z wyciągniętą łapą w stronę damy.

Najpierw gra wstępna!

Kobiety lubią, kiedy trwa nawet kilka tygodni, a nie że dzwonisz, kiedy chcesz ten teges i myślisz, że ona będzie gotowa… Ale to temat na inny wpis.

Cieszę się, że czytują mnie także mężczyźni 🙂

Przewaga tanga nad seksem

Ku obopólnej satysfakcji, w tangu gra wstępna może trwać zaledwie kilka sekund. Ktoś, kto to wymyślił, był GENIALNY. Ten, kto nie docenia, nie odkrył istoty tej gry (też o tym napiszę).

Elementem pogadanki było zaprezentowanie mirady i cabeceo. Tak przyszpiliłam Joerga mym głębokim spojrzeniem, że Anielica zeznała, iż doznała ciarek na ciele i umyśle. Uczyniłam Joergowi abrazo takie jak lubię i posunęliśmy po parkiecie kilka prostych kroków (nigdy wcześniej nie mając ze sobą do czynienia). W tym miejscu powinno być zdjęcie ilustrujące to zajście, jednak – ku mojemu ubolewaniu – nie ma.

To w tangu kocham.

Z zupełnie obcym człowiekiem można odpłynąć w inny wymiar. Po objęciu już wiem, czy będzie mi dobrze, a trzy pierwsze kroki zdradzają wszystko: będzie ognisty dwunastominutowy romans czy nudne bajdolenie o niczym…

Tańcząc, miewamy różne miny. Beatek pięknie się uśmiecha, ale są ludzie, którzy tangolą z miną seryjnego zabójcy, jakby mieli zatwardzenie lub wręcz przeciwnie – jakby walczyli z napierającą sraczką…

Festivalito.

W bielskim klubie jazzowym „Metrum” odbyło się po raz drugi. Koncert i dwa sety milongi Live zagrał zespół Wiesław Prządka Tango Trio.

Wiesław jest wirtuozem zarówno akordeonu, jak i bandoneonu – o którym świetnie opowiadał 🙂
Ten bandoneon to zupełnie inny instrument…

Didżejował bielski Tango Dealer Lechosław Hojnacki, z pokazem wystąpili Lucia i Joerg, którzy także prowadzili warsztaty.

Tangowe weekendy to często wieczorna przyjemność, ale dzienny znój…

Konsultacje.

Ortopedyczno-fizjoterapeutyczne odbyłam w trakcie milongi, ponieważ przy naszym stole siedział bielski fizjoterapeuta-cudotwórca. Obejrzał mą przetrąconą kostkę i zakazał tangolenia przez trzy tygodnie.

Bardzom zasmucona perspektywą trzech tygodni bez tanga…

Nie dało się.

Dnia następnego, po spotkaniu autorskim, Anielica urządziła tzw. domówkę. Co to była za impreza… Cóż za abrazos… Przeziębienie mi przeszło, o kostce zapomniałam i pozwoliłam się pochłonąć tej nocy… Tęsknię! Zdjęć nie ma, bo to była nieoficjalna część oficjalnych tegesów.

Każdy rachunek trzeba zapłacić.

Czasem z odsetkami. Po powrocie do Warszawy przeziębienie mnie sieknęło ze zdwojona siłą (nadal dochodzę do siebie), a kostka była jak balon (jeszcze nie powróciła do pełnej formy). Ale!

No, rien de rien…

Przebieram nóżkami w oczekiwaniu na zimowy Beskid Tango Marathon. Co roku jest mega superowo. MEGA! Letnia edycja była moją najlepszą imprezą jak do tej pory (a trochę świata w pogoni za „tym czymś” zjechałam…). Wylaszczyłam się (o tym też niebawem zrobię wpis podsumowujący), na pijama party wskoczę w jakąś koszulkę…

Tu akurat byłam w piżamce, bynajmniej nie sexy 🙂 Większość poszła już spać, więc fotę zbiorową trzeba robić zdecydowanie wcześniej.

Mam szczęście.

Imprezy, które wybieram, są naprawdę bardzo udane.

Czasem nie ma tandy życia, ale reszta jest bardzo przyjemna. Coraz bardziej doceniam socjalny aspekt tanga.

Plany?

Jesiennozimową porą na polskich włościach:

* Recuerdo Tango Festival!!! Nasz, warszawski, na światowym poziomie, z MEGA tangowymi gwiazdami. Rejestracja się zamyka 15.11., u wrót bilet droższy. Pokazy par – co ja będę pisać… Trzeba zobaczyć.

Foto: spektakl rok temu. FANTASTYCZNY! Nie wiem, czy na ten w tym roku są jeszcze bilety…
Warto baaardzo.

* Pierwsza edycja maratonu w Białymstoku. Ekipa zacna. Czuję, że będzie czad! A mam intuicję do imprez i do mężczyzn hehe…

* Sylwester po warszawsku! Na winyLOVE! Zjeżdża kawałek świata, więc i ja zjadę (samochodem na parking), o!

Będziemy! Na sylwestrze i na Beskidzie, bo w trakcie Białegostoku Dorota zdobywa szczyty Ameryki Południowej, a Beata rozkochuje w sobie Argentyńczyków w Buenos…

* Beskid Tango Marathon!!! Rejestracja TU, szczegóły fejsbukowe TU. O matko, chcę już! Ekscytuję się jak uczennica żeńskiego liceum balem w technikum samochodowym…

Do zobaczenia?

Tak, tę sukienkę też zabiorę.

P.S. Jeśli jesteś ciekaw/a, co nawypisywałam w moich powieściach – daj znać 🙂

Beskid Summer Tango Marathon – sierpień 2019

Z powodów różnych publikacja trochę się odwlokła, ale jest! A opisać warto. Wiadomo, że impreza jest na tyle udana, na ile się bawisz. A ja bawiłam się wyśmienicie. Nie zawaham się powiedzieć, że to był mój najbardziej udany maraton. A trochę ich odbyłam, w kraju i za granicą.

 Bardzo dobry poziom tangowy.
 To duży sukces zebrać tylu świetnie tańczących. NIE MIAŁAM ZŁEJ TANDY! Muzyka niosła, partnerzy byli naprawdę ach ach, wiele nowych abrazos okazało się bardzo tak. Dlatego lubię wyjeżdżać: odrywam się od codzienności, jestem tam i nigdzie indziej. Im dłużej jestem w tangu, tym bardziej doceniam jego funkcję socjalną – chociaż nadal jak jadę na tango, to ono jest dla mnie najważniejsze.  
Muzyka niosła.
 
Może trochę inaczej ustawiłabym kolejność grania, ale to jest zawsze kwestia indywidualnych preferencji: ja lubię tak, ktoś może lubić inaczej. Moją szczególną sympatię zdobył TDJ z Grecji, każda tanda była „po mojemu”. Zestaw wszystkich didżejów można znaleźć na opisie minionego wydarzenia, więc nie będę wszystkich wymieniać. Dodam tylko – wcale nie przez sympatię, a w uznaniu – że granie Bielskiej Anielicy Tanga Anny Pietruszewskiej w niedzielne południe było bardzo smaczne. Aż szkoda, że nie wszyscy byli. Pietruszka na śniadanie i obiad – ale nie tylko! Anna gra naprawdę energetycznie, dlatego ze swoim 
soft nuevo zapraszana jest  ma coraz więcej imprez, nie tylko w Polsce. 
Prowadziłam!
Jak już byłam stańczona do upadłego, wskakiwałam w płaskie butki, a czasem prowadziłam też w szpilkach. W końcu nauka u świetnych nauczycieli (Kasi Chmielewskiej i Mateusza Kwaterko z Caminito) zobowiązuje i nadszedł czas, abym była aktywna jako liderka nie dlatego, że nie ma panów (bo byli, balans był ok), tylko dlatego, że mam już co zaproponować partnerkom. Jeszcze skromnie, ale jest progres na tyle, że może tańczyły z grzeczności, ale nie z obrzydzeniem. 
Raz nawet tak się zdarzyło, że kiedy tańczyłam tradycyjnie, jako partnerka, partner w uniesieniu padł mi do stóp...

Atrakcje
Pogoda dopisała, więc przejazd beskidzką ciuchcią do Bielska-Białej był bardzo udany (wiem z opowieści, bo dla mnie godzina była zbyt wczesna). Okolica piękna, więc kilka osób zdecydowało się wspiąć na Klimczok. Ponieważ niedawne pozaszlakowe zdobycie Ślęży wystarczy mi na długo, nie zdecydowałam się na taką eskapadę. 
Warsztaty z naszą polsko-argentyńską parą: Luizą i Marcelo Almiron, bardzo się podobały, a bytność na dodatkowych zajęciach z canyengue widać było na maratonowym parkiecie (wiele par tańczyło!). Pokaz w trakcie sobotniej nocy był pięknym akcentem, rzadko spotykanym na maratonach.  
Zdjęcia Krzysia są TU, TU i TU a Szymona TU, TU i TU. 
A ostatniego dnia zaśpiewał dla nas Gonzales Federico, który ma piękny głos, umie śpiewać (a to nie zawsze oczywiste) i jest słodki... 
Mieszkać w jednym miejscu to zaleta.
Tym razem byliśmy w Bystrej w 4* hotelu Golden Tulip, część osób zatrzymała się w wyremontowanych domkach. Ja z dziewczynami początkowo też byłyśmy w domku, ale uznałyśmy, że czasy skautów mamy za sobą i przeniosłyśmy się do hotelu. Nigdy nie mam czasu, aby skorzystać z atrakcji dodatkowych: SPA, jaccuzi, basenu (ten ostatni nie bardzo lubię, a właściwie nie lubię wcale, bo pływanie mnie nudzi). Kuchnia hotelowa była smaczna: śniadania obfite i urozmaicone, ceny restauracyjne przyjazne – przy dobrej kuchni.  
Hehehe…
Uwielbiam Beskid Tango Marathon.
Edycja letnia udała się fantastycznie. Edycja zimowa udaje się od lat. Od ubiegłego roku odbywa się w hotelu Belweder w Ustroniu – rejestracja w toku! Info o wydarzeniu TU, a miejsce rejestracji znajdziesz TU. Zachęcam do zaplanowania tego w swoim kalendarzu, bo zabawa jest przednia, a w tym roku zagrają TDJ-e znani i lubiani, m.in. nasi warszawscy twórcy Radia Tango Uno i Milongi Uno: Dorota Zyskowska i Marcin Błażejewski. 
Pijama party oczywiście się odbędzie! Relacja z ubiegłego roku: TU (zdjęcia niestety zeżarło po transferze bloga na inny serwer). 
Wylaszczyłam się.
Więc może pomyślę o piżamce seksi… Pisałam kiedyś, że postanowiłam wrócić do dawniejszej formy cielesnej. Udało się. Mój nowy wpis na ten temat niebawem, ale bardzo mnie cieszy ma smukłość osiągnięta (i utrzymywana) wcale nie aż tak bardzo katorżniczo, za to pod czujnym okiem fachowczyni. 
Lubisz mnie czytać?
Zamów moją najnowszą książkę. Przedsprzedaż edycji limitowanej trwa tylko do 30.09.2019 r. To powieść psychologiczno-obyczajowa, tym razem z przedwojennym tangiem jako znaczącym elementem przetrwania II wojny światowej. Akcja dzieje się na przestrzeni dwóch miesięcy 2018 roku. Książka jest o relacjach międzyludzkich, zjawiskach pozazmysłowych i tym, że KAŻDY ma tajemnice…
 Edycja limitowana da Ci:
 * niższą cenę niż wydanie standardowe
 * uszlachetnioną okładkę i lepszy papier druku
 * dedykację wraz z osobistą (dla Ciebie lub dla wskazanej przez Ciebie osoby) przepowiednią Złotego Smoka na rok 2020. Nie wierzysz w „takie rzeczy”? Nie musisz, one wierzą w Ciebie...  
Cena: 35 zł + wysyłka. Chwilowo sklep strajkuje, pisz do mnie na priv.

Złota Milonga – urodziny Eli

Złota Milonga, 10/11.08.2019

Foto: Ela Fijałkowska

Dlaczego opisuję urodziny jednej z tanguer? Tej, a nie jakiejś innej? Swoich też nie opisałam. A mogłam! Przyszło prawie 80 osób, więc właściwie powinnam. A może opisałam i nie pamiętam? To prawdopodobne, bo nie żyję przeszłością. 
Urodziny były w sobotę!
Złota Milonga ożyła jak za dawnych lat. Kiedyś były bale! Karnawałowe… Przebierańcowe… Ostatnio mam wrażenie, że ta najpiękniejsza tangowa sala na świecie (znasz piękniejszą? Pokaż!) nie chce żyć milongami. Może się mylę? Może, jak staruszka, niepotrzebnie wracam do przeszłości? Może polityka firmy jest nastawiona na kursy? Ale nie o tym ten post. Wróćmy do urodzin.



Jubilatka jest niezwykłą tangową osobą. 
Po pierwsze: nie marudzi. A my, tangowcy, to uwielbiamy! A to nie ta godzina, miejsce, muzyka (o, to JA. Nie znoszę starych smętnych rzępołów i trzeszczących żyłopodcinaczy), nie ci partnerzy (też JA), nie te partnerki (a tak, tak), za gorąco (to w życiu NIE JA! W tangu ma być gorąco!), za ślisko (NIE JA! Nie znoszę tępoty w żadnym aspekcie), za tępo (JA absolutnie!)…


Kameralnie.

Ela wspiera tango.
A to zaprosi świetną argentyńską parę (NIE! Nie „sprowadzi”. Robi to bezinteresownie i dostała za to po nosie). A to dofinansuje imprezę jedną i drugą. Co ma w zamian? Różnie ma. Życie. 
Sto lat!
Zaśpiewaliśmy pełną piersią, niezależnie od jej rozmiaru. Gospodarz zauważył, że byli nawet tacy, co nie fałszowali hehe. Nie wierzysz? Zobacz! Cudownie, że pogoda dopisała i mogło się wszystko odbyć tak, jak się odbyło.
Iza Kopeć - tangowa diva jest jedna!
Zaśpiewała ot tak, bez przygotowania, utwór Piazzoli. Nooo... Ale to jest DIVA! Nagrała płytę tangową, w grudniu będzie miała koncert w Warszawie - must be!!! 



Było lepiej niż w sylwestra.  
Tak powiedziała Pani Ania, a przecież wie, co mówi. Ela zadbała o wypasiony catering (krewetki, cuda na patyczku + pyszne desery – ja w ograniczonym zakresie, bo nadal się wylaszczam). Jakub Milonga zorganizował strzelające (po cichu!) ognie, co było bardzo fajne, widowiskowe, nieinwazyjne dla uszu (ludzi i okolicznych zwierzaków). Zresztą: zobacz TU. Krzysztof Ersz ma mały sprzęcik (nie projektować! Chodzi o foto/video!), ale sprytny! 

Tort.


Mniamuśny. Dwa torty. Beza… Owoce… A ja grzeczna. Pokazałam mojej pani doktor od diety, jak chcę zgrzeszyć (mini mini!!!), a ona mi 1/5 zwykłej porcji zredukowała do 1/100. No trudno. Smak poczułam. Pycha! W szampanie toastowym (nie byle jakim, o nie!) nawet nie zamoczyłam ust.

 

Odbijango.
Jak to na urodzinach. Fajne było to, że gospodarz zarządził parkietem: panowie ustawiają się w kolejce. Czasem chaos jest fajny, ale mnie się ten porządek podobał. Jubilatka oszołomiona i szczęśliwa – i o to chodziło. A na koniec znowu zapłonął ogień… Zobaczcie TU, oglądajcie do ostatniej sekundy.
Żadnych kwiatów.
Nie wszyscy się zastosowali (nie doczytali prośby Eli albo jednak chcieli wręczyć urodzinowego kwiata – były pojedyncze sztuki, bardzo piękne). Jubilatka prosiła też, żeby zamiast prezentów wpłacić na fundację, której posty udostępnia, a która zbiera pieniądze na ciężko chore dzieci (wpłacać można cały czas, KLIKNIJ). My z grupką dziewcząt, która lubi Elę, poza wpłatą zrzuciłyśmy się na mały prezencik, za to spersonalizowany. Bo tak całkiem bez symbolicznego podarunku jednak nie chciałyśmy świętować. 
Szaleństwo zaczęło się po.
Muzykę puszczał nasz polski Argentyńczyk, Marcelo Almiron. Tango tangiem, ale szaleństwo sobotniej nocy odbyło się, kiedy tangowcy opuścili parkiet... 
To była gorąca noc. Żyj nam, Elu, zdrowo i smacznie jak do tej pory!
Dziewczyny zaczęły szaleć, a Jurek sobie zaszalał ze sobą…
A tu wcześniej. Jadł z ręki, tylko do zdjęcia się krygował…
Janusz miał swoje, a zerkał łapczywie na Beatkowe…
Towarzystwo ą ę…
… a Kubuś największy łakomczuch!
Kiedy tango nie przeszkadza…
… a nogi mają różne kolory i stan zużycia…
… to potem się idzie przez park.

Harce w Kikowie – obóz tangowy, lipiec 2019

Fot. Anna Gołosz
Jedziemy! Ja jako liderka, dziewczyny jako podążające. Tak, miałyśmy jechać we trzy. Zawirowania jednej z nas sprawiły, że pojechałyśmy we trzy, ale trochę inaczej i ta trzecia zorganizowała sobie partnera. Zajęcia prowadziły naprzemiennie dwie pary: warszawska ze szkoły Caminito, czyli Kasia Chmielewska & Mateusz Kwaterko oraz Ola Niesler & Michał Zachariasiewicz z Katowic. Nie mam ich wspólnej foty, więc dam widoczek. 
Widok z naszego pokoju, który mieścił się w przyziemiu i miał wyjście na coś, co kiedyś będzie tarasem z piękną panoramą widokową.
Jak obóz, to i opieka kaowca, co nie?
Tak to sobie wyobrażałam, pamiętając wyjazdy na kolonie i obozy młodzieżowe. Czas się przyznać: nigdy nie byłam na obozie tangowym! Maratony, festiwale, drugie krańce świata, a obozu nie zaliczyłam… Najpierw się nie składało, potem też nie, a później uznałam, że mi się nie chce. Aż tu mi się zachciało, tylko w tej drugiej roli.
Fot. Anna Gołosz.
Kików to znane miejsce warsztatowe.
Odbywają się tu zajęcia z różnych dziedzin, także odjechanych. Otoczenie przepięknie sielskie, przyroda o tej porze roku w rozkwicie pobudzała zmysły. Kuchnia obfita i pyszna, generalnie wegetariańska, chociaż pojawiała się swojska kiełbasa na śniadanie i można było zamówić kurczaka na sobotni obiad. Zajęliśmy cały ośrodek. Byliśmy podzieleni na dwie grupy, a ponieważ sala była jedna, zajęcia były prowadzone naprzemiennie (każda grupa miała tyle samo zajęć z obydwiema parami na zmianę). 
Fot. Anna Gołosz.
Zaczęliśmy w czwartek 25.07. 
Moja grupa ruszyła od razu po przyjeździe o 15.30., potem salę przejęła druga grupa, następnie spotkaliśmy się wszyscy na kolacji. W planie był wieczór filmowy. Myślałam, że to takie hasło wywoławcze i że czas spędzimy dynamiczniej, integrując się (przyjechaliśmy z całej Polski, ja prawie nikogo nie znałam). A tu nie! Grzecznie zalegliśmy na materacach, co poniektórzy z flaszką wina, i obejrzeliśmy „Lekcję tanga” Sally Potter (ciekawe, czemu nie używa pierwszego, jakże słodkiego imienia: Charlotte?). 
Foto: Internet.
Film uroczy i bardzo edukacyjny. 
Estetyka ruchu zmieniła się tak bardzo… Te kroki wyglądające niezdarnie... Boleo bez wdzięku... Okazuje się, że to ostatnie wraca do łask i nawet się później uczyliśmy jako boleo retro... Tak więc wieczór był spokojnie udany, ale mało integracyjny, bo jak tu się integrować, kiedy każdy rozwalony na swoim kawałku materaca? Pewnie jakiś quiz dałby nam się poznać, może nawet byłoby wesoło? Można zadać tyle pytań… Na przykład: po cholerę ludziom tango? Opowiedz jednym zdaniem: … Albo: obejrzyj video i powiedz, jakich głupich skojarzeń przypadkiem nie masz... 
Kuchnia nas rozpieszczała.
Siusiu i spać!
Bo od świtu o 8.30., praca z ciałem! Czyli rozciąganie, które nieforsownie, z dużym wdziękiem i skutecznie (czuliśmy to, a jakże!) prowadziła Kasia. Bardzo nas zgrabnie motywowała. Na każdy nasz pokraczny ruch seksownie muczała: „...dobrze… cudownie… bosko...”. Tak, ja we własnym imieniu i ciele lazłam razem z jutrzenką, by prężyć me mięśnie i rozluźniać powięzie. A wieczorem powtórka. 
Był czas na słoneczne lenistwo, a to lubię.
Zajęcia były dwa razy dziennie.
Więc znajdowałam czas na słoneczny relaks. Plus praktyka. Beatka powiedziała, że jeszcze godzinę techniki by wrzuciła, ale na szczęście nie przyszło im to do głowy i trochę można się było powylegiwać, bo jak by ta technika była, oczywiście bym poszła, a wolę leżeć. 
Nie tylko ja lubiłam leżeć, nie tylko ja…
No dobra, ja czasem też.
I kotka lubiła!
I pies lubił! Fot. Anna Gołosz.
Ogólnie zajęcia były bardzo fajne. Na praktyce nauczyciele byli do dyspozycji i poświęcali tyle czasu, ile kto wymagał. A ja wymagałam specjalnej troski… Miałam pewne obawy, że nie sprostam jako prowadząca (Kwaterki lubują się w katowaniu biedaków sacadami i bolełami w ilościach hurtowych i na raz), że Beatka będzie się ze mną męczyła/nudziła/wkurzała... 
Dałyśmy radę! 
Wszystkie zajęcia były rozwijające niezależnie od tego, ile kto tańczył. Bo oczywiście jak zwykle najważniejsze i nie do zdarcia są podstawy… Które na wyższym etapie swojej tangowej edukacji można w zupełnie inny sposób eksplorować. 
Na suficie mieliśmy milongowe urozmaicenie.
Milongi były dwie.
W tym jedna w dniu moich imienin. Nawet się przygotowałam, czyli przywiozłam ze sobą stosowne wiktuały. Ale ponieważ nie jem takich rzeczy (po co - pisałam TU, a jak mi idzie – TU i niebawem nowy wpis w tym akurat temacie!), a zajęcia były absorbujące – wieczorem zapomniałam o wałówce i została w pokoju. A tu przypomnieli sobie po północy, że Anie (dwie już poszły, zostałyśmy we dwie), że jakiś walc… 
O matko!
Kazali tańcować na środku! Bardzo to było sympatyczne, bo przyszli panowie, którzy tak normalnie nie garnęli się do tandy. Dlaczego – okazało się później (więc o tym później). Ale żeby nie było tak po prostu, Ola i Kasia też przyszły… I to ja miałam je prowadzić! W walcu! Nie obie naraz, po kolei. Normalnie mało zawału nie dostałam.
Kolejnego dnia ożywienie wprowadziły urodziny Jacka.
Naszego, warszawskiego. Mam nadzieję, że zaczną z żoną znowu chodzić na milongi. Honor imienin Ań uratowała inna solenizantka, która rozstawiła słodkości od hallu po salę balową. Jubilat polał prosecco. Poza tymi dwoma przerywnikami milongi toczyły się spokojnie i bez szaleństwa. Obydwaj dje zadbali, abyśmy się zbytnio nie zmęczyli i nie rozbrykali, tylko grzecznie szli spać i mogli wstać na poranną gimnastykę. 
Taki kandydat na tanguero nas odwiedził. Był przeuroczy i bardzo przyjazny.
Nadszedł czas ostatnich zajęć.
Moja grupa miała jako pierwsza, więc podczas opalania podglądałam grupę drugą.  
Podglądałam przez okno hehe…
Relaks po trudzie i znoju…
My mieliśmy boleło ze szczytowaniem „na trzy”, oni – grane finale. I na koniec relaks. Tak się wczułam w okoliczności całości, że chcąc ukazać piękno otoczenia, omal nie waliłam się w przepaść...
Taras był solidny, drewniany, jednak bez barierki, a w dół jakieś 2,5 – 3 metry…
Na szczęście skończyło się osunięciem ze stopnia (kto ciekawy – podgląd TU).
Uściski, całusy,,, Czyli czas pożegnania.
Najpierw oczywiście zbiorowa fota. 
Ustawiamy się do zdjęcia…
W takich sytuacjach wychodzi charakter… 
…ustawiamy…
Jedni ustawiają się ze śmiechem, inni na poważnie, a i wypchnięcie koleżanki z kadru się zdarzyło… 

Udało się! Jesteśmy prawie w komplecie – bo zawsze kogoś jednak brakuje…
Foto: Ania i Sławek Sulenccy.
Potem pyszny obiad i… adieu! 
Właśnie przy pożegnaniach wyszło, że troszkę tej integracji na początku zabrakło… Że panowie nie rwali się do tańczenia z nieznanymi sobie dziewczynami, bo byli onieśmieleni… Jeden nawet napisaną przeze mnie książką! I zastanawiam się: może czas przybrać pseudonim? Kostek Anecki – czyż nie uroczo? 
My wyjeżdżamy, następni przyjeżdżają…
Czy warto było jechać taki kawał..?
Ależ po stokroć tak!!! Ja w ogóle uwielbiam wyjazdowe imprezy, bo jednak zawsze poznaje się nowych ludzi. Poza tym na wyjeździe jestem na wyjeździe i nie myślę o tym, że zapomniałam kupić papier toaletowy. A i pigułka tangowa jest bardziej skondensowana, nie można się nie rozwinąć. 
Fot. Anna Gołosz.
Najbliższy wyjazd?
Summer Beskid Tango Maraton. Nocujemy w jednym miejscu, w nowym hotelu świeżo wybudowanym. Zarzynamy się tańczeniem dla przyjemności. Odpoczywamy z widokiem na Klimczok. Chcesz dołączyć? Daj znać, spróbujemy podziałać…

Oto książka, którą onieśmieliłam przesympatycznego kolegę – do zamówienia u mnie, wezmę kilka na Beskid. Do zobaczenia!

UNO – urodzinowo!

Przygotowania.

Nie wiem, czy oni specjalnie tak się dobrali? Stworzyli unikatowy, rewelacyjny duet djski w skali świata (a tak! Pokażcie mi taki drugi! Nie ma!). Obojętnie, które z nich gra (osobno lub razem), wiadomo, że lipy nie będzie. Mało tego! Urodzili się w jednym tygodniu (Dorota raptem dwadzieścia lat temu, Marcin ze dwadzieścia dwa przed nią), więc zasadne jest, że robią urodziny razem.

Grafika z zasobów Doroty i Marcina na Facebooku.

Nie dziwota, że kiedy jest Milonga Uno, Samo Centrum Wszechświata pęka w szwach. I że przyszły tłumy. Także zagraniczne.

Wesoło i energetycznie.

Gospodarze (jakby kto nie wiedział – a może, bo środowisko się rozwija, coraz nas więcej i może ktoś tu zawita po raz pierwszy?), czyli Dorota Zyskowska & Marcin Błażejewski = Radio Tango Uno, sprawnie radzili sobie z witaniem gości, przyjmowaniem życzeń i tańczeniem, a przecież jeszcze trzeba było grać!

Foto: Dorota Mtanguera.

Dorota chyba zatrudniła sobowtórkę, bo świetnie łączyła wszystkie role.

Foto: Dorota Mtanguera.

Marcin był tak skołowany ilością prezentów i świetną atmosferą, że w pewnym momencie poczuł się nie jak jubilat, a pan młody. Jednak nie dopadły go urojenia i nie słyszał „gorzko! gorzko!”, bo nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby otumaniony szczęściem wziął Dorotę za pannę młodą i dorwał się do całowania…

Jak urodziny, to walc odbijany.

Na żywo! I to był doskonały pomysł. Ja miałam taki, żeby z powodu ilości chętnych zagrać całą tandę, ale byłoby to niepraktyczne, bo zbyt wąskie gardło wstępu na salę taneczną uniemożliwiło uczestniczenie w tym obrządku ponad połowie gości.

Żeby się dostać do pana młodego… Stop! Jubilata! Trzeba czasem podskoczyć, czasem podfrunąć…

„Opowiedzieć, co tam się dzieje? To ja może…”
„… pokażę. O! Tak tańczą!”

Więc walc wybrzmiał jeden, za to Troilo. I tu kolejna niespodzianka: na akordeonie zagrała Ula Wojtkowiak, znana jako dj Ulita, mistrzyni gyrokinesis (takie hocki-klocki usprawniające ciało, bardzo przydatne w tangu) i tanguera, która sprowadza rewelacyjne buty do tanga włoskiej firmy Entonces (mam dwie pary, moje stopy je kochają). Nie wiedziałam, że gra na czymkolwiek (dowiedziałam się, że na pianinie też), a ona na dokładkę zaśpiewała! Na skrzypcach zagrała Joanna Okoń, która występuje tylko w miejscach o światowej renomie, czyli np. Carnegie Hall w Nowym Jorku i na Milondze Uno…

Asia, Ula i Wojtek Czekoladka jako wsparcie techniczne 😄

Jak urodziny, to i słodkości.

U bram czekał na wszystkich gości talon na wino, stoły usiane były bonbonami, a punktem kulminacyjnym był oczywiście tort (podarowany przez córkę Marcina – Hanię i jej mamę Agnieszkę) oraz BABECZKI… Aaa!!!ale jakie!!!

Winyle w wersji mniam 😄 Zdjęcie: Agata Dębowiak.

Nie od dziś wiadomo, że nasza warszawska tanguera Agata Dębowiak robi takie cuda, że aż szkoda zjeść! A smakują równie pysznie, jak wyglądają.

Agatka (w środku) sprawia, że ślina cieknie po brodach zarówno dam, jak i dżentelmenów 😄

Niestety tym razem nie spróbowałam, bo się wylaszczam i jestem konsekwentna (po co – napisałam TU, a jak mi idzie – TU). Za to lud częstował się tak łakomie, że co nieco wylądowało na podłodze… Czekoladowe płyty winylowe zostały pochłonięte, czekoladowy gramofon Marcin wiózł do domu niczym najdroższe trofeum 😄

Marcin się bał, że jakiś złoczyniec podstępnie się zakradnie i pożre… Zdjęcie: Agata Dębowiak.
Edit: Marcin się dopatrzył, że jego gramofon nie ma napisu „Tango”. Przeprowadził błyskawiczne dochodzenie w temacie: kto zlizał?! Okazało się, że napis odpadł przed imprezą i pewnie Agatka go zjadła…
Ściana z luster od ziemi do sufitu robi wrażenie. Zwłaszcza na panach – służby operacyjne doniosły, że tak ustawiają partnerki, aby je podziwiać w pełnej krasie… Foto: Dorota Mtanuera.

Najbliższa Milonga UNO już w tę niedzielę!
Czyli 21.07.2019 r.

Poniżej kilka zdjęć – te bez podpisu popełniła Dorota Mtanguera.

❤️
Za chwilę odpalenie tortu. Ten przystojniak po lewej powiedział, że zaczyna naukę tanga!
Sto lat! Sto lat!
Tłumy…
Na parkiecie nie było bałaganu.
Tłumy…

Paparazzi podglądają słodkości…
Kto na co dzień prowadzi hulaszczy tryb życia, na imprezie potrzebuje czasem odsapnąć…

Niby nietangowo, a jednak! Część 2

Mija miesiąc, od kiedy wprowadziłam rewolucyjno-opresyjną politykę konsumpcyjną. Po co? Bo tak! Gdyby kto był dociekliwy, to TU są szczegóły.

W drodze na szczyt…

Jak coś robię, to robię na maxa albo wcale.

Dlatego weszłam w cały program dietetyczny. Nigdy w życiu nie jadłam tak dużo i tak często. Podstawowym błędem przy redukcji masy jest nadmierne ograniczanie kalorii. Jak ma w piecu buchać, jak się do niego nie dorzuca? Konar płonie, następnie się tli, a potem zostaje popiół. Trzeba do pieca dokładać. No więc mój piec jest ciągle zasilany. Moja egzystencja koncentruje się na jedzeniu, piciu 4 litrów wody z mikroelementami i sikaniu. Reszta czynności wykonywana jest niejako przy okazji. No i trenuję.

Pedałowanie mnie nudzi, ale trzeba…

Dobrze by było 5 x w tyg., ale to niemożliwe. Dodatkowo są wakacje, więc jakieś wyjazdy wpadają… Gotowych posiłków wtedy nie mam, ale jestem konsekwentna. Zgrzeszyłam raz: jak się wspięłam na Ślężę.

Smaczny grzech…

Podsumowując:

1. Wyniki badań lepsze, chociaż nie były złe. A lepsze parametry to skuteczniejsza profilaktyka. Lepsza jakość ciała. Zwiększona wydolność. Lepsze samopoczucie (ja akurat nie mam z nim problemu, ale gdyby osoby depresyjne i z zaburzeniami nastroju zaczęły od dobrze dobranej diety, efekty zobaczyłyby bardzo szybko.

BMI i masa tłuszczowa zmalała, mięśniowa niestety też. popracuję nad tym.

2. Na minusie 2 kg. Nie jest to dużo, ale podobno widać. Za to w obwodzie brzucha – 4 cm!!! Niestety aparatura pokazała, że oprócz tłuszczu spaliłam też 40 dkg mięśni, a to z powodu zaniedbania picia białkowo-enzymatycznych koktajli. Jestem najedzona, nie mam na nie miejsca! Ale trudno, wcisnę, zobaczymy efekt za miesiąc.

Koktajl proteinowy i elektrolity z mikroelementami. Lubię.

3. Tak to jest zorganizowane, że codziennie (oprócz sobót i niedziel) jadę po odbiór diety, przy okazji ćwiczę w kameralnej sali treningowej. Nie lubię, bo jestem z natury leniwa, ale widzę, że jednak się rozkręcam i coraz mniej się zmuszam, a coraz bardziej zaczynam lubić. Aaa! Straszne heh. Radochę sprawia mi taki kręciołek na ręce. Fajowy!

100 obrotów do przodu, 100 do tyłu. Liczę! Opór regulowany.

I nieźle znoszę bieżnię. Powie ktoś: a nie lepiej zasuwać w plenerze? Dla stawów na pewno nie, bo jednak to bieżnia, a nie asfalt czy chodnik, ma podłoże skonstruowane specjalnie do chodzenia/biegania. Ktoś powie: przy normalnej pracy to niemożliwe. Zapewniam: kwestia chęci i zarządzenia sobą w czasie. Moim zdaniem lepiej przez dwa miesiące dostosować tryb funkcjonowania do poprawienia jakości własnego życia niż potem tracić czas na lekarzy, diagnozy i nie zawsze skuteczne medykamenta.

4. Dzięki składnikom, które pochłaniam, nie mam ochoty na żadne śmieci, mam energię i nie jestem senna – co jest dziwne, bo mam niskie ciśnienie, a pogoda ostatnio wariuje.

Jest jeden minus.

Który może mieć znaczenie dla osób praktykujących zero waste. Dotyczy wszystkich tego typu diet, a niektórych nawet bardziej. Codziennie pozostaje góra plastiku (diety w opakowaniach steropianowych to jeszcze gorsze rozwiązanie). Mam nadzieję, że niebawem naczynia biodegradowalne zadomowią się na naszym rynku – zmierzamy do zakazu używania plastikowych jednorazówek i mam nadzieję, że do niego dojdziemy.

Widzę zmianę, która będzie moim nawykiem.

Nie doceniałam kasz! A to podobno one powodują, że nie ma się ochoty na pięterko ptasiego mleczka czy orzechowe Prince Polo. Słodycze mi jak ręką odjęło! W diecie czasem zdarzyły się dwa posiłki na słodko. Poprosiłam o jeden, w zupełności wystarczy.

Po treningu.

Z radością wkraczam w drugi miesiąc.

UNO VinyLove – Samo Centrum Wszechświata

Miałam napisać jeden post podsumowujący ostatnie imprezy, ale TA zdecydowanie zasługuje na indywidualny wpis. Po pierwsze: w Warszawie TAKA milonga odbyła się po raz pierwszy. Po drugie: po pierwsze wystarczy 🙂 Na początek trochę informacji ogólnych.

Milonga UNO na stałe wpisała się w tangową przestrzeń stolicy.

W rzeczywistości budynek wygląda ładniej 🙂

Miejsce na Chłodnej 29 – „Samo Centrum Wszechświata” – jest klimatyczne i przyjazne. Oczywiście znajdą się ci, dla których jest za ciepło/za ciasno/za jakoś, natomiast fakty są takie:

* przychodzą tu ci, których gdzie indziej rzadko można spotkać;

* NIE MA bałaganu na parkiecie! Tańczący w poprzek zdarzają się rzadko, a ci, których przyuważyłam, to niby tangowi wyjadacze, a jednak tetrycy. O poziomie tanguero nie świadczy ilość machniętych sakad i boleł (hehe…), a umiejętność docenienia tańczenia w rondzie. Dla tych, którzy nie rozumieją, dlaczego lepszy fun niż brykanie w rozgwiazdę daje porządek na parkiecie i że ronda nie jest „ograniczeniem ekspresji”, a właśnie zwiększeniem energetyki – niebawem stworzę osobny wpis;

* pewność DOSKONAŁEJ muzyki. Dorota i Marcin, razem i osobno – grają rewelacyjnie. Nie ma smędolenia, jest zróżnicowana energetyka, jakość dźwięków zawsze świetna. Konstrukcja tand, przerwy pomiędzy utworami i długość cortin są zawsze właściwe. Po warsztatach djskich, które Dorota z Marcinem organizowali, umiem odróżnić dobrze i źle ułożoną i zagraną playlistę, ale pogodziłam się, że ludzie rwą się zarówno do uczenia, jak i do grania – nie mając o tym pojęcia, a jedynie wyobrażenia… Wiem! Ja Wam zagram i Was nauczę! Chyba na cymbałach gry w głuchy telefon…;

* średnia wieku jest zadowalająca dla wszystkich bywalców (nie słyszałam, by ktoś narzekał);

* można uraczyć podniebienie pysznymi drinkami, ciachami i lodami;

* obsługa jest FANTASTYCZNA! Miła, uśmiechnięta, dowcipna 🙂 Pan menadżer jest przystojny, w bardzo odpowiednim wieku, ma dobre gabaryty i diabła w oczach. To wszystko marnowałoby się po próżnicy, ale! Obiecał, że będzie tańczyć! A sposobność nauczenia się nastąpi już niedługo, ponieważ przed środowymi milongami ruszą lekcje pod dowództwem Marcina, czyli połówki Radia Tango Uno. Służby operacyjne mi doniosły, że uczy rewelacyjnie. To dobrze, bo czekam na menadżera na parkiecie…

* parkiet większy niż był U Aktorów, cały posypany talkiem, więc na poślizg nie można narzekać. Dyskretne oświetlenie pomaga stworzyć sympatyczny nastrój, chociaż wiadomo, że ten tworzą (oprócz gospodarzy) ludzie i na milondze UNO dobrze im wychodzi.

Organizacja przestrzeni – jak dla mnie – jest odpowiednia.

W sali do tańczenia się tańczy, a kabeceuje, gawędzi i flirtuje w przestrzeni do relaksu z dobrze zaopatrzonym barem.

Jak frekwencja przyłomocze, co zdarza się coraz częściej, bywa ciasno, ale moim zdaniem lekka atmosfera i powiew świeżości rekompensuje ewentualne zagęszczenie. Można odetchnąć na zewnątrz w kawiarnianym miniogródku. Ci, co chcą ze sobą zatańczyć, odnajdują się bez problemu.

In tuch: „Nie leń się, tylko wbijaj!”

W lato ma być ciepło.

Ja osobiście NIE ZNOSZĘ!!! sztucznie i nadmiernie wyziębionych sal, więc nie znoszę też narzekania, że „jest za gorąco”. NIE MA ZA GORĄCO! Chyba że słońce świeci na głowę w środku lata, ale wtedy wystarczy założyć kapelutek i gotowe. Tu klima jest nieinwazyjna i tylko w przestrzeni barowej. Jak się tańczy, jest ciepło (w sali pootwierane są okna), i dobrze! Polscy panowie, zamiast narzekać na gorąco i kleić się od potu już po pierwszej tandzie, mogliby wziąć przykład z kolegów z południa, gdzie zimno bywa rzadko, a oni są świeżutcy do końca milongi.

Sekret południowców jest prosty.

Idąc na milongę, psikają/smarują antyperspirantem nie tylko pachy, ale czoło, tors i plecy. Dzięki temu przyjemnie z nimi tańczyć nawet w trzeciej godzinie milongi. Ale to inny temat.

UNO VinyLove – WE LOVE IT!

Frekwencja dopisała. Ba! Dowaliła. Miejsce pękało w szwach. Zjechali się ludzie z wielu miast. To świadczy, że stajemy się bardziej świadomi i wyrobieni. Zagranicznych też nie brakowało. Sam sprzęt do odtwarzania płyt robił wrażenie. I to jakie! Zagranie milongi z winyli to nie jest puszczenie playlisty daj Toshiby, to nawet nie jest układanie jej na bieżąco podczas milongi. To ogromne wyzwanie i kawał trudniej roboty. Jakość dźwięku z płyty winylowej od dźwięku cyfrowego odróżnią zapewne jedynie co wprawniejsi słuchacze, dlatego dobrym pomysłem jest zorganizowanie milongi, na której można by zaprezentować dany utwór z winyla i cyfrowy (tak było na końcu tej milongi, ale nie wszyscy doczekali).

Podpytałam o szczegóły techniczne TAKIEGO grania.

* „Non stop pełna uwaga, nawet sobie wypić nie można” 🙂

* płytę się zmienia z kawałka na kawałek, albo Dorota gra dwa utwory, Marcin jeden i cortinę, lub Dorota pierwszy utwór, Marcin drugi z innej płyty, a potem różnie… Najlepiej by było mieć dwie takie same płyty, bo czasem utwór pasujący do tandy jest na drugiej stronie. Do tego odpowiedni anturaż… Dorota zawładnęła wyobraźnią panów, wdziewając do białej sukni białe przylegające rękawiczki… „Winyle nie lubią palców, po których zostają ślady, do których z kolei przylega kurz, ten potem się zapieka pod igłą i słychać trzaski” – stwierdził Marcin, a Dorota: „Kiedy w zrobienie jedzenia wkładamy serce posiłek nie tylko smakuje lepiej, lecz często pojawia się jakaś magia. Kiedy gramy tango, wkładamy w to serce, a szacunek do muzyki ubrany jest w białe rękawiczki”;

* raczej nie ma całej tandy z jednej płyty, bo byłoby nudno (zdaniem Marcina, choć tu były trzy, z przygodami). A jak jest, to dodatkowa trudność, bo trzeba pilnować trafienia w „rowki” 🙂 „Żeby tanda była ciekawa, trzeba z takiej płyty wybrać najlepsze perełki, co się wiąże z tym, że puszczasz najpierw utwór drugi, potem siódmy, następnie odwracasz płytę i puszczasz utwór czwarty, a potem pierwszy. I cały czas trzeba pilnować celowania w „rowki. Ręka nie może drgnąć i trzeba robić to szybko, bo przerwa między utworami powinna wynosić około 4 sek., maksymalnie 7, potem ludzie zaczynają niecierpliwie zerkać w stronę didżeja”;

* „Najlepiej zmieniać płyty co utwór. Jeśli mamy kilka płyt na tandę, jest mniejszy stres i zapewniona płynność”;

* trzeba uważać, by przy dotykaniu płyty igłą mikser był ściszony, bo inaczej rozlega się nieprzyjemny, bardzo głośny zgrzyt i ludzie na parkiecie narażeni są na utratę słuchu. Złe policzenie utworów i nie trafienie w odpowiedni „rowek” skutkuje tym, że w tandzie tang pojawia się milonga…;

* „Zapewniam, że za stołem didżejskim adrenalina jest na najwyższych obrotach”.

Pasja to nie wszystko.

Tu trzeba być zdrowo nawiedzonym, żeby ładować ogrom forsy w podróże do BA, zakup płyt, transport i czyszczenie, a potem jeszcze targać to wszystko (gabaryty pakunków to mniej więcej pojemność bagaży przewożonych dyliżansem na początku XX wieku). Dorota zademonstrowała, jak na co dzień trzeba się z płytami obchodzić. W białych rękawiczkach to mało powiedziane! A ile męskich fantazji tym wzbudziła…

NAJWIĘKSZY, NAJCIĘŻSZY BŁĄD IMPREZY – Edit: NAPRAWIONY!

Okropny. Tragiczny. No bo jak to tak? Wszędzie trąbią, że nie należy dokazywać bez. A tu nikt nie pomyślał o! O czym? No o czym?! Nie o czym, a o kim!!! O fotografie z prawdziwego zdarzenia, z właściwym sprzętem! Który by pstryknął odpowiednie foty, kiedy Dorota w tej sukience i rękawiczkach oddawała się czułym głaskom…

Zdjęcia są! Warto rzucić okiem na ALBUM Agatki.

Za wcześnie wyszłam.

Mam sporo pracy twórczej, więc trochę się szamoczę z uciekającym czasem, a właściwie z sobą samą… Do tego jestem w trakcie żywieniowej rewolucji, co skutkuje np. tym, że zachciewa mi się spać o godzinie 23.00. (kładę to na karb detoksykacji i regeneracji,która następuje właśnie podczas snu). Następnym razem najwyżej zdrzemnę się w ogródku, ale wytrwam!

Czy potrzebna jest większa przestrzeń?

Na milongę UNO moim zdaniem nie, to jest świetne. Na VinyLove – przydałaby się. Z dużo wcześniejszym ogłoszeniem terminu. Myślimy nad miejscem!

A oto garść opinii o tym, co się działo:

* „Genialna akcja! Ekipo Uno – dzięki serdeczne! Przyznam, że do tej pory nie wgłębiałem się w jakość dźwięku ponad: trzeszczy czy nie trzeszczy/dudni czy nie dudni” – Łukasz W.;

* „Magią tchnęły te białe rękawiczki – sterylna laboratoryjna czystość odczuwalna nie tylko słuchem, ale i wzrokiem” – Piotr;.

* „Od dawna jesteście moimi muzycznymi idolami, a z każdą Waszą akcją podziw i wdzięczność rosną” Beata Maia;

* „Te niestandardowe układy tand, te dysocjacje w głośnikach różnych instrumentów MNIAM !!!” – Marcinu (nie, to nie błąd, wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi 🙂 ).

Wypowiedzi entuzjastów zaczerpnęłam z podziękowań pod postem w grupie Milonga Uno. Wypowiedzi Marcina B. są cytatem z krótkiej naszej pogawędki. Szykujemy się do wywiadu, tylko zgramy terminy!

Ania.

P.S. Kto chce moją książkę na wakacje – dla siebie, na prezent, dla tangowych i nie – ostatnie egzemplarze u mnie i w Złotej Milondze!

Niby nietangowo, a jednak! Część 1

Tango to ruch, czasem wielogodzinny. Czyli niby zdrowo. To dlaczego tak wielu z nas ma kłopoty zdrowotne i nieładną sylwetkę? Kiedy zaczynałam tangową przygodę, przez pierwszy rok tańczyłam trzy razy dziennie: na lekcji, praktyce i milondze. Albo na lekcji grupowej, prywatnej i milondze. Byłam albo w drodze na tango, na tangu lub w drodze pomiędzy tangami… Byłam smukła jak trzcinka.

Z czasem ciało przyzwyczaja się do określonego wysiłku.

Napędza się metabolizm. Ale! I to jest słowo, które rujnuje wszystko co jest przed nim! Z czasem zmniejszasz intensywność ruchu, bo „więcej umiesz i już nie musisz uczyć się tak intensywnie”. Albo Twoje treningi są „bardziej skondensowane”, lub „nie masz czasu”. Do tego zaczynasz konsumować różne rzeczy, bo przecież „masz taką figurę”, to „ci wolno”.

Masz taką figurę, dopóki prowadzisz ustalony (wcześniej, ze sobą) tryb życia.
Jak go zmienisz – utyjesz. Jedna z warszawskich nauczycielek była trzcinką, teraz jest rozłożystym dębem. Inna miewała różne etapy, teraz wygląda lepiej niż 10 lat temu. Dramaty losowe mogą znacznie zredukować masę ciała – o ile ktoś, jak ja, jest dramatospalaczem, bo są tacy, co kryzys zajadają w trójnasób. Mnie dobrze robiły miłosne zawirowania, ale chyba już wszystkie przeżyłam i dawno żadne zawirowanie nie zrobiło na mnie wrażenia.

Tłustość jest chora.
Zanim rzucą się na mnie obrońcy rozmiaru XXXL, niech przeczytają ze zrozumieniem:
* nie komentuję estetyki – de gustibus
* NIE ZNAM człowieka z nadwagą, który byłby zdrowy!
* chudość zewnętrzna MOŻE BYĆ tłusta w środku – i o tym napiszę dalej.

Ale po chu…steczkę piszę to TU?
Bo mam dobre serce 🙂 Chciałabym, żebyśmy byli zdrowi i sprawni do późnych lat. Może kogoś zainspiruję do zdrowej zmiany? Można mnie spotkać, obejrzeć, jak wyglądam dziś. Zobaczyć, jak będę wyglądała za dwa miesiące… Mnie toksyny przemiany materii oblepiają równomiernie, ale nagminnie widzi się wystające męskie brzuchy (przy często mikrawym korpusiku), rozdęte damskie talie na cienkich nóżkach… Mogą się komuś podobać, mogą komuś nie przeszkadzać, ale warto mieć świadomość, że NIE są oznaką zdrowia. Są osoby wręcz chude, które sprawiają takie wrażenie, bo nie mają masy mięśniowej, za to tę niezdrową tkankę tłuszczową, z cholesterolem, i owszem.

Są też osoby (dotyczy to pań), które chwalą się, że wszystko jedzą i są szczupłe i zdrowe. Oby. Ale z perspektywy 10 lat mojego tańczenia widzę, że niestety to „wszystko” jednak zawsze wyjdzie, prędzej czy później, w zdrowej oponce hehe…

Tłuszcz jest potrzebny.

Nie można się go całkowicie pozbyć, ale wszystko zależy od proporcji. Warto to sprawdzić. Wczoraj to zrobiłam i… Skład oraz konsystencja mojego ciała nie są dla mnie zadowalające. Generalnie jestem zdrowa. Jakieś tam guzki na tarczycy, czasem łupnie mnie w stawie jednym lub drugim… Cytologia I, ciśnienie w normie, BMI właściwe, czego się czepiać?

Proporcji masy mięśniowej do tłuszczu.

Niektórzy wmawiają innym, że „wiek robi swoje”. Zapewne, jeśli się o siebie nie dba. A ja przez ostatnie kilka lat żyłam, jakby jutra miało nie być. I jakbym miała metabolicznie napędzony organizm jak 10 lat temu. Wystarczy obejrzeć zdjęcia tangowe sprzed 10, 8, 5 lat… Nogi pań często tak samo zgrabne, ale korpus, ramiona, szyja, twarz… Ja też nie jestem taka jak 10 lat temu. I nie będę. Ale toksyn się pozbędę. Postanowione.

Próbowałam… się oszukiwać.

Słuchałam domorosłych specjalistów od diet („najważniejsze są kalorie”, „keto! Tłuszcze górą”, „lody nie tuczą”…), nie umiejących pozbyć się swoich toksycznych złogów. Coś tam ograniczałam, jakąś dietę zamówiłam, suplementy, koktaile, grupa na fejsbuku… Ostatnio pomyślałam o Ewie Chodakowskiej (jej trening chyba by mnie zmiótł z tego świata). Podsumowując: uprawiałam dłubaninę bez nadzoru. I jeśli teraz myślisz, że jakiś nadzór będę chciała Ci sprzedać – to nic z tego. Każdy robi, co uważa.

Odkryłam dla siebie rozwiązanie dostępne na wyciągnięcie ręki.

Tango jest niesamowite dlatego, że mamy w swoim środowisku wszystko i wszystkich. Mamy specjalistów, wynalazców, naukowców. I mamy tanguerę, która jest lekarzem, na dodatek zrobiła doktorat z żywienia leczniczego, a teraz robi habilitację. Nie dość, że ludzi odchudza (bez efektu jojo!), to także leczy – i ma na to stertę badań prowadzonych od 20 lat. Sama wygląda bardzo dobrze, jest reklamą tego, co robi. Nie dowierzam znajomym (lub nie), którzy wciskają drogie kremy albo urządzenia, którymi handlują, a sami wyglądają jak purchawki.

Wracając do zdrowego żywienia – do niedawna słyszałam, że ludzie jeżdżą do dietetyka do Łodzi. Warszawiacy mają na miejscu. Postanowiłam zakończyć latanie z wywieszonym jęzorem za własnymi złudzeniami, tylko wziąć się za siebie, po prostu.

Wszystko zaczyna się w jelitach.

Coraz więcej badań pokazuje, że choroby cywilizacji to dieta napchana złymi kaloriami i uboga w składniki odżywcze. Dlatego w krajach wysoko rozwiniętych ludzie z uboższych środowisk są otyli. „Życie jest za krótkie, żeby sobie odmawiać” (przetworzonych syfów, fastfoodów, chemicznych napojów…) – tylko co to za życie, jak człowiek chory? Ja się uważam za osobę, która poza grzechami generalnie zdrowo się odżywia. Okazuje się, że robię błędy żywieniowe. Mój ukochany zakwas z buraków, który uwielbiam i piję szklankę dziennie, powinnam albo rozcieńczać, albo wypić z litr wody, ponieważ skoncentrowany wcale dobrze mi nie robi…

Depresja, Hashimoto, słabe libido, choroby narządów i wiele innych – leczy się dietą!

Ja postanowiłam zadziałać prewencyjne i wziąć się za sprzątnięcie swojego organizmu, bo go lubię, o! Co wymyśliłam? Ano:

Po pierwsze: poszłam do fachowca. Koniec z domorosłymi eksperymentami. Zerwałam się bladym świtem, o 8.00. – ci, którzy mnie znają, wiedzą, że o tej porze to nawet mój pies nie otwiera oka.

Od początku wykazałam się bohaterstwem! Dostałam skierowanie na komplet badań. Ponieważ nic mi nie dolega, a jednak mam poczucie, że czasem przebadać się trzeba – wcześniejsze skierowanie na badania noszę ze sobą już trzeci rok… Tym razem je zrobię.

Po drugie: dieta. Adios pikantne skrzydełka (5 sztuk – 900 syfiastych kilokalorii), adios Prosecco (nie za duży kieliszek ponad 100 kkal.), adios mleczna czekolado… Z tym magnezem w niej to ściema (ma go tylko prawdziwa, gorzka), za to ponad 500 kkal. jest realna jak diabli. Sama gotować nie mam serca, więc weszłam w program gotowego jedzenia. Ale nie jakiegoś z internetu, o nie! Na konsultacji pani doktor zrobiła mi pomiar parametrów ciała (niedożywienie komórkowe, zatrzymana woda przy odwodnieniu komórek, za dużo tłuszczu, za mało mięśni) i na tej podstawie została dobrana właściwa dla mnie dieta. Dziś zaczęłam. Tyle jedzenia to miałam na tydzień… We właściwej diecie chodzi o to, by jeść.

Po trzecie: trening cardio. Intensywny. 5 x w tygodniu. O matko… Zaczęłam wczoraj. Tak właśnie. Milongi i zajęcia tangowe będą tylko uzupełnieniem. Czy wytrwam? Po to ta moja wypisywanka, żeby głupio mi było, choćby przed Wami…

Trochę o motywacji.

Lubisz amerykańskie poradniki? „Ważna jest motywacja wewnętrzna, a nie zewnętrzna!!!”? To nie czytaj dalej. Każdy ma swój rodzaj motywacji i może ona być zewnętrzna. Na dodatek może się zmieniać. Co ciekawe: rzadko kogo motywuje własne zdrowie, bo mamy tendencję do myślenia magicznego. Ja też. Może dlatego nie choruję? 🙂 Kolega tangowy opowiedział, że zdecydował się odchudzić nie ze względów zdrowotnych, a z powodu wstydu, że przez brzuszydło nie mógł zawiązać butów. Na mnie dobrze działał mężczyzna, jeśli mnie kręcił. Chciałam ładnie w łóżku wyglądać 🙂 Jakoś specjalnie brzydko nie wyglądam, ale mogę ładniej. Zwłaszcza że zależy mi, abym na bardzo ważnej imprezie, która odbędzie się jesienią, wyglądała jak papryczka chili, a nie rozgotowana klucha. To jest moja motywacja. I to, że sukienka koleżanki, która powinna być za duża, okazała się dobra…

Wszystko oceniamy subiektywnie, swój wygląd też. Jedni mają nadmierne kompleksy, inni bez skrępowania wystawiają swe cielesne toksyny. Okropne? Prawdziwe, ale nie będę pisać o stosowności stroju lub jej braku, tylko o motywacji. Sekret tkwi w tym, że jeśli NAPRAWDĘ czegoś chcesz, to żadne amerykańskie zaklęcia Ci niepotrzebne. Jeśli chcesz schudnąć, a wpieprzasz pączki i golonkę – to ściemniasz. Po prostu. Jeśli już chorujesz i chcesz być zdrowy, a jarasz wagon fajek – to ściemniasz. Może masz program energetyczny na chorobę? Może taka karma? Bo tylko na logikę wydaje się, że każdy chce być zdrowy, piękny i bogaty. Nie, nie każdy. Większość ściemnia. Dlaczego? To już inny temat. U mnie ze ściemą KONIEC.