Depresja

Światowy Dzień Walki z Depresją

Po pierwsze: fatalna nazwa tego dnia, ale o tym dalej.
O depresji powiedziano wiele. Mimo to nadal krąży mnóstwo fałszywych przekonań. W punktach podam podstawy:

Podejście naukowe:

1. Depresja jest chorobą, którą się leczy. To NIE jest zaburzenie nastroju, bo facet miał się odezwać o 15.00., minęły dwie minuty, a on nic!

Aby leczyć, potrzebna jest trafna diagnoza. Za moich klinicznych czasów diagnostami byli psychologowie kliniczni. Psychiatrzy ustawiali farmakoterapię. Teraz psychologowie na studiach nie mają zajęć w placówkach klinicznych, nie mają praktyk, na staż trudno się dostać. W czasie wizyty u psychiatry to on diagnozuje. Warto iść do takiego lekarza, który ma skończoną także szkołę terapii. Leczenie depresji polega na psychoterapii, farmakoterapii albo obu naraz.

2. Depresja może prowadzić do próby samobójczej. I NIE! To NIE prawda, że ten, kto mówi, że się zabije, nigdy tego nie zrobi. TO MIT! Wielu cierpiących ludzi szuka ratunku, wysyłając sygnały otoczeniu. Zdarza się, że ktoś podejmie nagłą decyzję i jeśli nikt i nic mu nie przeszkodzi, to robi to. Jeśli zdarzy się niespodziewany telefon czy dzwonek do drzwi, niedoszły samobójca pomysł zarzuca i często nie podejmuje drugiej próby. Niestety bywa, że niektórzy próbują do skutku.

3. Podstawą jest diagnostyka i trafne dobranie leczenia, co nie zawsze od razu się udaje. Ale! Zanim zaczniesz przyjmować leki, najpierw sprawdź kilka rzeczy w swojej krwi. Zacznij od poziomu hormonów. Taka tarczyca potrafi nieźle narozrabiać. Nadmiar prolaktyny czy brak równowagi estrogenowo-progesteronowej także daje w kość. Przy zaburzeniach nastroju oraz złym samopoczuciu psychicznym i fizycznym, warto zbadać poziom hormonów przysadkowych. Zaburzona praca nadnerczy także ma wpływ na ogólne samopoczucie.

Warto sprawdzić poziom witamin: D3 i wszystkich z grupy B, zwłaszcza B1 (tiamina), B3 (niacyna lub inaczej: witamina PP), B5 (kwas pantoneowy), B9 (kwas foliowy), B12. Ich niedobory źle działają na układ nerwowy i samopoczucie. WAŻNE! Dowiedziałam się od dr Anny Lewit, dietetyk klinicznej, że jeżeli masz poziom przy dolnej granicy normy, to znaczy, że jest we krwi, ale nie dociera do komórek i konieczna jest dobra suplementacja!

Kolejny aspekt: kiedy brałam udział w studium dotyczącym Post Traumatic Stress Disorder (zespół stresu pourazowego) na Uniwersytecie Warszawskim, jeden z wykładowców, niemiecki profesor (pracujący także z osobami z zaburzeniami osobowości), opowiedział o swoim odkryciu: otóż wielu pacjentów leczonych na depresję ma niezdiagnozowany zespół stresu pourazowego (prosty – w wyniku jednego zdarzenia, lub złożony – może występować np. u ofiar przemocy domowej).

Zwrócę uwagę na jeszcze jedną rzecz: używki. Spożywane zbyt często w nadmiernych ilościach mogą prowadzić do stanów depresyjnych, a nawet psychozy. Przy czym „zbyt często” i „nadmierne ilości” dla każdego są inne. Niewinna trawa nie jest niewinna, zwłaszcza w rękach młodych ludzi. Systematycznie palona prowadzi do otępienia, spadku życiowej motywacji i zaburzeń nastroju, a to może skutkować próbą samobójczą. Największe niebezpieczeństwo tkwi w tym, że nie da się oszacować, co na kogo i w jakich ilościach wpłynie tak, że będzie to droga bez powrotu.

4. Depresja ma różne objawy i różne ich nasilenie.

Objawy psychologiczne to lęk, długotrwale utrzymujący się zły nastrój, zniechęcenie, brak poczucia sensu, utrata zainteresowań, brak radości i cieszenia się czymkolwiek, osłabienie koncentracji, niska samoocena, brak wiary w siebie, brak widzenia perspektyw na przyszłość, poczucie winy, myśli samobójcze (czasem zrealizowane).

Objawy somatyczne to bóle w różnych częściach ciała, kłopoty trawienne, zaburzony apetyt (nadmierny lub zbyt skąpy), zmiana wagi w krótkim czasie nie spowodowana celowym odchudzaniem się, zaburzenia snu (bezsenność lub nadmierna senność), spadek libido, u kobiet zaburzenie miesiączkowania.

5. Istnieją różne rodzaje depresji:

* endogenna (nazywana wrodzoną. Źle funkcjonuje układ nerwowy, dlatego nawraca, więc pacjenci są większość życia na lekach),

* reaktywna (jako odpowiedź na trudne doświadczenie),

* poporodowa (zmiany hormonalne po porodzie),

* lękowa (tzw. agitowaną. Obciążona wysokim ryzykiem samobójstwa),

* nerwicowa (dystymia. Charakteryzuje się stałym obniżeniem nastroju, co często brane jest za cechę osobowości, a to przewlekła choroba),

* sezonowa (spowodowana brakiem światła słonecznego),

* w chorobie afektywnej dwubiegunowej (pojawia się w młodym wieku i trwa – z okresami remisji – przez całe życie),

* podeszłego wieku (spowodowana zaburzeniami w neuroprzekaźnictwie i wewnętrznym wydzielaniu. Seniorzy biorą leki do końca życia),

* depresja maskowana (na zewnątrz wszystko wygląda ok, człowiek daje radę prozie życia, chodzi do pracy, uśmiecha się, jednak w środku cierpi. Taka osoba obarczona jest ryzykiem podjęcia próby samobójczej nagłej – pisałam o tym wyżej. Jeśli próba okaże się skuteczna, otoczenie i rodzina się dziwi: przecież była wesoła, miała kochającą rodzinę, więc co się stało..?).

Samotność także sprzyja zaburzeniom nastroju. Człowiek jest stworzeniem stadnym i poza pewnymi zaburzeniami osobowości, kiedy nie ma całkowicie potrzeb socjalnych, w większym lub mniejszym stopniu, ale jednak, potrzebuje interakcji, więzi, bliskości, dotyku. Kobiety mają łatwiej: wcierają krem w twarz, balsamują swoje ciała, dotykają się. Statystyczny samobójca jest mężczyzną…

Bycie singlem to osobny, ciekawy temat. Niedługo o tym napiszę.

Podejście poza oficjalnym nurtem naukowym.

Za długo żyję i jestem zbyt dobrą obserwatorką, aby NIE wiedzieć, że istnieje dużo więcej poza oficjalnie uznaną wiedzą. Sceptycy i zwolennicy intelektu nie biorą pod uwagę, że nie wszystko wiedzą, nie we wszystkich badaniach zostały wysnute właściwe wnioski. To, czego nie widzą, nie znaczy, że nie istnieje.

Medycyna chińska w rękach fachowca działa cuda. Nadal jednak podstawą jest medycyna konwencjonalna.

Coraz powszechniej prowadzone są badania zupełnie innego typu niż do tej pory. Coraz głośniej mówi się o podejściach niekonwencjonalnych. Na przykład według totalnej biologii, depresja jest wynikiem terytorialnego konfliktu wewnętrznego z hormonalnym patem (jak w szachach: nie ma ruchu, partia nie rozegrana): mózg nie jest zdolny do walki, uciekać też nie chce, więc zastyga.

Zwolennicy metod pracy z energią rodu mają jeszcze inne podejście. Uważają, że wszystkich naszych przodków nosimy w sobie i jeśli coś się dzieje (wypadki, czarna owca w rodzie, depresja), to znaczy, że jakaś rodowa sprawa domaga się energetycznego uporządkowania.

A ja? Jestem psychologiem. Mocno stąpam po ziemi. Procesy intelektualne nie są mi obce. Ale tylu rzeczy doświadczyłam spoza świata fizycznego, że wiem na pewno: jest dużo więcej, niż sądzimy, i jest to o wiele prostsze, tylko na razie sami komplikujemy.

Na szczęście świat nauki się zmienia. Prowadzone są badania (przez „normalnych” naukowców za pomocą skomplikowanej aparatury) nad mocą intencji i grupowych działań medytacyjnych.
Od zawsze więcej czułam. Kiedyś, na imprezie andrzejkowej, „robiłam” za „Cyganka prawdę ci powie”. Nooo… Wszyscy, którzy skorzystali, byli zdziwieni… 
Moja szefowa od nieruchomości zapytała mnie, czy noga po złamaniu jest ok. Lekarz jej powiedział, że tak. A ja, że nie i ma iść natychmiast do innego specjalisty. Efekt: ponowna operacja i składanie nogi. Gdyby zaczęła używać jej takiej niezrośniętej, byłaby kaleką. 
Niedawno mojemu R. znalazłam buty, które zgubił. Na odległość. Powiedział, że gdyby nie doświadczył, że TO się stało, to by nie uwierzył 🙂 

 Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ludzie są w stanie wierzyć w ogień piekielny i karzącego dziadka z brodą, a nie przyjmują faktu, że procesy energetyczne – bo tym jest to, co opisałam, a nie żadnymi czarami – po prostu zachodzą. Jest grawitacja, prąd, fale radiowe, WiFi. Wszystko jest nadajnikiem i odbiornikiem, człowiek też. 

Nie znam odpowiedzi na wiele pytań. Rozkminiam sens umierania ludzi o kryształowych sercach (mam pewne przemyślenia…). Uważam, że moc naszego umysłu i nasza energetyka jest niesamowita, tylko nie znamy jej potencjału. Przygnietliśmy intuicję mejnstrimowymi śmieciami. Dajemy się zastraszać (lęk jest mężem depresji). Przyswajamy to, co chcą manipulatorzy światem.

Masaru Emoto jako pierwszy już dawno temu zrobił eksperyment z wodą. Pokazał, co się dzieje z jej cząsteczkami pod wpływem działania emocji wspierających, a co się dzieje, kiedy wkroczą te destrukcyjne. My składamy się głównie z wody. Nasza Ziemia też. Pomyśl o tym. 
Różne aparatury pokazują, jak pod wpływem emocji zmieniają się reakcje w mózgu i procesy w ciele. Ba! Dowiedziono, że emocje mają wpływ na DNA, które jest nośnikiem informacji, ale równie ważna jest pamięć komórkowa.

Czyli magia jest w nas. Możemy się sami uzdrawiać. Tyle że często zbyt dużo energii by to pochłonęło, dlatego warto nabrać sił z zewnętrznym wsparciem właściwie dobranego leczenia.

Jak zapobiegać depresji:

* właściwa dieta zapobiegająca niedoborom;

* ruch! Bez ruchu nie ma życia. Jednym z elementów psychoterapii w depresji jest zachęcanie pacjentów do wysiłku fizycznego (oczywiście na ich miarę);

* życzliwość i wdzięczność jako styl życia. Oczywiście: nie dajemy się krzywdzić, bronimy się. Rezygnacja z postawy walki powoduje, że nasz mózg przestaje wyszukiwać sytuacje, w których trzeba walczyć. Dlatego też nazwa dzisiejszego dnia jest dla mnie po prostu zła. Z chorobą się nie walczy (bo najczęściej się przegra), tylko się ją leczy;

* wysypianie się i regularne odpoczywanie. Pracoholizm często jest oznaką ucieczki od bliskości i rodziny. I nie mówię o okresach wytężonej pracy, by pojechać na wakacje. Często osoby przedsiębiorcze tak się organizują: dwa miesiące wysiłek, dwa tygodnie wyjazd;

* otaczanie się wspierającymi ludźmi, odsunięcie tych, którzy podcinają skrzydła. Zobacz, kim się otaczasz, a zobaczysz, jaką energią wibrujesz. Nie masz wpływu na decyzje światowych potentatów (serio wierzysz, że Putin, UE i USA nie są dogadani? Hehe…). NIE karm się lękiem. Obawy o przyszłość miewa każdy, ale życie w poczuciu zagrożenia to prosta droga do różnorakich zaburzeń, psychicznych i somatycznych;

* przyjrzyj się swoim nawykom: czy na pewno Ci służą? Od jedzeniowych, po życiowe. Czym karmisz swój mózg?

* równowaga – dla każdego może być inna. Dla Ciebie dobra jest ta, która daje Ci poczucie spełnienia i dobrostanu.

Od jakiegoś czasu fascynuje mnie jedno z najstarszych, najprostszych, ale niełatwych sposobów opisywania człowieka i świata: energetyka Yin&Yang. Nieźle się w niej poruszam i cały czas poszerzam doświadczanie.

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, możesz go udostępnić, a autorce postawić kawę klikając TU

Zapraszam na: @anna kossak autorka (Facebook) i @anna_kossak (Instagram) –niebawem w tematyce Yin&Yang zadzieje się coś więcej, tam znajdziesz informacje.

Więcej moich artykułów psychologicznych przeczytasz TU.

Napisałam dwie powieści obyczajowe z aspektami psychologii, opinie o pierwszej znajdziesz TU (nie tylko, to jeden z linków), o drugiej TU (ta zawiera elementy ezoteryczne).
Obie książki możesz zamówić u mnie.

Sekrety zdrowej skóry głowy i pięknych włosów

Włosy. Te na głowie! Ja moje traktuję jak skarb, bardzo je lubię, z wzajemnością. I oby tak zostało. Ich posiadanie to dla mnie oczywistość: od lat mam prawie do pasa, nie narzekam na gęstość i strukturę. Mogłyby się kręcić heh, ale wtedy pewnie chciałabym proste.

Z Asią Skrzypczak poznałyśmy się na tangu. Tak jakoś się dzieje, że ciągnie mnie do osób, z którymi warto porozmawiać. Bo w zasadzie jestem małomówna i nie znoszę pogaduszek o niczym. Wolę milczeć. Idąc do gabinetu na przegląd mego owłosienia – Asia jest kosmetologiem-trychologiem, czyli mega specjalistką od skóry głowy i włosów – zastanawiałam się, czego ciekawego mogę się dowiedzieć? Czy Asia ma receptę, by w tym naszym tangu zaroiło się od czarnych diabłów z gęstymi czuprynami..?

Gabinet Asi znajduje się w Warszawie niedaleko stacji metra Wilanowska.

Myłam głowę w poniedziałek, dzisiaj jest czwartek.

(Ogląda, dotyka) Ładne te włosy. Będą mięciutkie po zabiegu i głowa będzie lekka. Miałaś kiedyś peeling skóry głowy?

W życiu! A to nie jest jakieś dziwactwo? Twarz masz bez włosów, to sobie peelingujesz, ale włosy?!

Peelingiem oczyszczamy tylko skórę. Nie włosy. Nakładam ci peeling, jakbym ci nakładała farbę na odrost. Raz w miesiącu taki zabieg wystarczy, możesz go sama zrobić w domu – o ile nie masz problemów ze skórą głowy (uff nie mam…). Jeśli skóra jest zbyt tłusta, robi się peeling raz na dwa tygodnie, przy łupieżach czasem raz w tygodniu – częstotliwość zależy od tego, jaki jest problem.

Zrzut z Insta – na otwarciu gabinetu moja głowa poszła pod lupę, a właściwie pod kamerkę.

Czy te peelingi masz różne w zależności od rodzaju włosów?

W zależności od rodzaju skóry głowy (Asia często to podkreślała: problemem nie są włosy, a skóra głowy właśnie!). Mieszam je. Głównie to są kwasy, ale też enzymy, żeby rozpuścić zrogowaciały naskórek – tak, na głowie też, jak na ciele, się rogowaci. Przez to, że na głowie są włosy, trudniej ten naskórek się odkleja. Czasem robi się na głowie warstwa krystalizacji.

A to co?!

Łój, brud, kiedy skóra jest niedomyta albo używa się złych szamponów. Tworzy się taka warstewka trudna do usunięcia.

Dokładne obejrzenie skóry głowy to podstawa diagnostyki.

Jesteś przeciwniczką suchych szamponów. Moja córka twierdzi, że można ich używać, tylko trzeba umieć myć głowę.

Prawda, ale trzeba wiedzieć: jak i czym myć. Ja po suchym szamponie musiałam od razu zrobić piling, bo tak mnie skóra głowy swędziała. Jeśli używasz raz na jakiś czas, to w porządku. Jeśli często, to gorzej.

Moja córka wali suchy szampon hurtowo.

Niech przyjdzie do mnie, pokażę jej, co na tej głowie ma.

O! Dobra myśl. Czy do trychologa przychodzi się wtedy, kiedy ma się problem ze skórą głowy? Czy można, jak ja, profilaktycznie i na przegląd?

Głównie trafiają osoby, które mają problem i sobie nie radzą. Przychodzą też ci, co szukają porad w internecie, próbują różnych wynalazków w pielęgnacji – a i tak nie mogą sobie z problemem poradzić. Wtedy wprowadzamy różne działania, na przykład infuzję tlenową. Przychodzą też panie, które chcą się dowiedzieć, jakiego szamponu używać, by chronić skórę głowy. Myślą, że wszystko jest ok, a okazuje się, że nie jest. Szampon to podstawa. Ludzie nie wiedzą, jakiego używać.

To ja! Chciałabym fajny szampon. Żeby włosy się nie puszyły…

To odżywka.

i żeby były takie sypkie, a nie jak naleśnik.

Czyli bogatsze objętościowo. Szampon dobieramy do skóry głowy (!), dam ci taki dla ciebie: do blondu – ładnie utrzyma kolor, nie będą takie żółte (o matko! Są żółte???), wzmocni włosy, odbuduje. Ma witaminy, aminokwasy, odżywia. Objętość – podniesie ci się po peelingu. Nie będzie naleśnika. Za strukturę włosa odpowiada odżywka. Po regeneracji łodygi włosa – co właśnie robimy – nie będą ci się tak puszyły. Najpierw oczyszczanie skóry głowy, potem zabieg regeneracji łodygi włosa. Odżywka odpowiada za strukturę włosa. Po regeneracji łodygi nie będą się puszyły, bo będą nawilżone. Zabieg składa się z czterech etapów: pierwszy – oczyszczający, ściągamy z łuski zanieczyszczenia, metale ciężkie. W zależności od twardości wody, włosy inaczej się zachowują (teraz jestem po pilingu na tzw. myjce. Asia mnie mizia po głowie i chyba od niej nie wyjdę!). Zdejmujemy brud, włosy będą „piszczące”. Zamykamy łuskę. Potem kładziemy serum, które zawiera keratynę dziewiętnastoaminokwasową – dokładnie taką, jak nasza keratyna. Ma cząsteczki różnej wielkości, więc wnika w warstwy kory włosa tam, gdzie trzeba. Na koniec kładę maskę pielęgnacyjną. Włosy z odżywką rozczesuję przed spłukaniem, żeby dokładnie je pokryła.

Mgr kosmetolog-trycholog Joanna Skrzypczak

Jak często warto do Ciebie przychodzić na taka konserwację?

Raz na trzy miesiące, na tyle ten zabieg wystarcza. To jest rozwiązanie dla pacjentek bez większych problemów ze skórą głowy. Jeżeli komuś włosy wypadają, robimy różnego rodzaju zabiegi. Podstawą jest konsultacja. Czasem trzeba wykonać badania laboratoryjne. Jeśli są niedobory, to je uzupełniamy. A często zaczynamy od prawidłowej pielęgnacji. Pierwszy krok to dobranie szamponu. Czasami wystarczy, jak pacjentka dostanie wytyczne i widzimy się na kontroli po dwóch miesiącach. Sporo pacjentek ma łuszczycę lub łojotokowe zapalenie skóry głowy. Wtedy wchodzą specjalistyczne zabiegi, także z użyciem różnego rodzaju sprzętu. Zawsze wszystko jest indywidualnie dopasowane.

Masz sprzęt do diagnostyki i robisz różne zabiegi.

Tak, mam trichoskop – zaawansowany sprzęt do badania skóry głowy i stanu włosów. Na otwarciu gabinetu oglądałam was, żadna nie miała tragedii. Twoją obejrzymy po, zobaczysz, jaka będzie czysta. Stosuję mezoterapię mikroigłową (mini nakłucia tworzące kanaliki, dzięki którym substancje aktywne lub lek mogą łatwiej wniknąć w głąb skóry), laser LLLT (poprawia krążenie mikronaczyń, zmniejsza stan zapalnym zwiększa energię komórkową, wydłuża fazę wzrostu włosów, więc rzadziej wypadają), darsonwal (wytwarza dezynfekujący ozon, poprawia ukrwienie i odżywienie skóry), lampę UVB (do zabiegów naświetlania przy łuszczycach, łojotokach i trądzikach), karboksyterapię (m.in. udrażnia zwężone naczynia krwionośne i pomaga powstawać nowym). Ale najważniejsze: mam swoją głowę, a w niej wiedzę.

Czy warto inwestować w drogie kosmetyki? Może te z sieciówek wystarczą?

Jeżeli jest problem, to warto inwestować. Podstawowy błąd robiony powszechnie: dobieranie szamponu do włosów, a nie do skóry głowy. Przychodzi pacjentka z problemem przetłuszczania: rano umyła głowę, wieczorem ponownie nadaje się do mycia. Pytam o to, jakiego używa szamponu oraz w jaki sposób myje? Okazuje się, że raz…

…ja też myję raz! Nakładam szampon, szoruję, spłukuję i daję odżywkę. Patrzyłyśmy poprzednio, nie było źle, skóra głowy była czysta.

Zwykle bywa inaczej. Niewłaściwe mycie i cała pielęgnacja powoduje złą pracę gruczołów łojowych, nie ma czegoś, co ograniczy wydzielanie sebum. Ludzie borykają się z danym problemem, a nic nie zrobili, żeby go zniwelować. Ja sama teraz używam tylko trychologicznych szamponów i widzę różnicę. Odżywkę można z drogerii, bo nie ma znaczenia, co kładziesz na łodygę.

Ma znaczenie, bo jak chcę mieć włosy objętościowo sypkie i nie naleśniki…

to dobierasz odżywkę do włosów, a podkreślę kolejny raz: szampon do skóry głowy.

Nie spotkałam dobrej drogeryjnej odżywki.

To, jak zachowują się włosy, zależy też od umycia skóry głowy. Kiedy umyjesz szamponem trychologicznym i zastosujesz tę samą drogeryjną odżywkę co wcześniej, zobaczysz, że włosy są zupełnie inne.

Trychologiczne kosmetyki do skóry głowy i włosów.

Ja po umyciu nakładam odżywkę lub maskę, spłukuję, potem w mokre włosy jakiś olej, a po wysuszeniu wygładzam kremem bez spłukiwania…

Na łodygę możesz nakładać dużo różnych rzeczy. Chodzi o skórę głowy. Na każdym centymetrze kwadratowym masz dwieście do trzystu włosów. Każdy włos ma swój gruczoł łojowy. Najwięcej ich jest na skórze twarzy i właśnie głowy. Każdy gruczoł wydziela sebum. Dlatego warto myć skórę głowy dwukrotnie, bo pierwsze mycie nawadnia skórę i rozpuszcza brud. Jak jest od włosów gęsto, trudno za pierwszym razem dokładnie ten szampon rozprowadzić. Drugie mycie powoduje, że brud ma szansę odkleić się od skóry głowy. Zacznij myć dwa razy, zobaczysz różnicę.

Czy temperatura wody ma znaczenie?

Tak, powinna mieć około 37 stopni. Nie za gorąca, ale też nie za zimna. I na koniec nie ma potrzeby spłukiwać zimną wodą, bo odżywki mają taki skład, że zamykają łuskę. Poza tym szampon też nie otwiera łuski, więc nie trzeba się męczyć z zimną wodą. Sens ma masaż głowy wykonywany na zmianę ciepłą i zimną wodą – pobudza krążenie. To, co ci robię – wyjdzie pani zadowolona.

Nie wątpię. Miziasz mnie bardzo przyjemnie… A czy są jakieś zalecane szczotki?

Będą działały relaksująco, bo na głowie mamy dużo receptorów czuciowych. Jak ktoś cię dotknie po skórze głowy, we włosach, to czujesz to. Włosy należy czesać od skóry głowy, aby ją masować. Ale nie szorować szczotką! Najgorzej dla włosa jest, kiedy jest umyty, nie było odżywki i trzemy ręcznikiem. Szampon wymywa także lipidy odpowiedzialne za to, by włos był miękki. Bez odżywki są bardziej podatne na uszkodzenia. Dlatego jak kładziesz odżywkę na włosy po umyciu, przed spłukaniem te włosy rozczesz. Wtedy ma szansę wszędzie wniknąć, a włosy będzie się łatwiej rozczesywało. Będą zupełnie inne.

Moje inne włosy – tak, jest różnica!

Czy udało Ci się zrobić z łysego faceta osobnika z lwią grzywą?

Jeżeli jest duże wyłysienie i od dawna, to raczej trudno. Coś może odrośnie. Ale lepiej, żeby mężczyzna zaczynał (rewitalizację czupryny, panowie!) od razu, jak zauważy, że zaczyna łysieć. Na konsultacji sprawdzam diagnostycznie, czy jest aktywność mieszków włosowych. Jeśli nie są aktywne, to nie podziałamy. Więc u niektórych naszych panów na tangu nie wskrzesimy czupryny, nie zrobię z nich lwów z grzywami (adios, wizja: pełen parkiet świetnie tańczących czarnych diabłów…).

Proponujesz na pobudzenie wzrostu i kondycji włosa laser, który nie jest upierdliwy.

To jest tak zwany laser niskoemisyjny, zwany ciepłym laserem. Takie urządzenie warto mieć w domu, zwłaszcza przy łysieniu androgenowym, częstym u panów. W wielu krajach jest to urządzenie medyczne. Ma formę opaski lub grzebienia, jest dostępne w moim gabinecie. Tyle że takie naświetlanie musi wejść w nawyk, jak mycie zębów. Jeśli po 20 tygodniach nie zauważysz poprawy, możesz urządzenie oddać i otrzymasz zwrot gotówki.

Profilaktycznie – ma sens taki laser na głowie?

Tak, bo będzie stymulował włos w fazie wzrostu. Mamy cztery fazy wzrostu włosa. Faza anagenu, czyli wzrostu, jest najdłuższa. Trwa od dwóch do siedmiu lat i to jest zaprogramowane genetycznie.

Moja skóra głowy 🙂 

Ja mam włosy do pasa. Moje koleżanki nie mogą zapuścić do łopatek.

Mogą mieć skróconą fazę anagenu. Zwykle trwa od dwóch do nawet siedmiu lat. Odpowiednimi zabiegami jesteśmy w stanie spowodować, by ten włos dłużej rósł.

Czyli jak ktoś ma włosy do ziemi, to znaczy, że nie wypada po dwóch latach, tylko po piętnastu?

Włosy do ziemi są odchyleniem, bo normalnie włos rośnie około centymetra miesięcznie, więc nawet jeśli faza wzrostu trwa siedem lat, to przez ten czas urosną jakieś osiemdziesiąt centymetrów. Więc prawdopodobnie ci, co mają włosy do ziemi, mają szybszy poziom wzrostu (albo sprawniej posługują się photoshopem). Nie jest powiedziane, że będzie tak zawsze. Różne czynniki wpływają na to, w jakim tempie rośnie włos, na przykład metabolizm. Każdy włos żyje swoim życiem. Mieszki włosowe w żaden sposób nie są od siebie zależne. Na głowie masz około stu pięćdziesięciu tysięcy włosów.

To dlatego ludzie z wymyślnymi fryzurami muszą je co miesiąc – półtora przycinać, bo włosy rosną po swojemu i w swoim tempie. A co z siwieniem?

Jeżeli ktoś zauważył, że zbyt szybko siwieje, warto zbadać poziom cynku w organizmie. To on odpowiada za utrzymanie koloru, ale nadaje go melanina – tak samo jak skórze. Włosy ciemne są lepiej chronione przed promieniowaniem UV. Siwe w ogóle nie są chronione, dlatego warto je farbować. Siwy włos pochłania całe promieniowanie UV, które dociera do mieszka. Kolor z farby przechwytuje to promieniowanie. Mamy dwa rodzaje melaniny. Naturalny kolor włosów zależy od tego, w jakich one są proporcjach. Dlatego kolor potrafi się zmieniać. Kiedyś były blond, teraz są ciemne.

Ile razy w życiu wymieniają się wszystkie włosy?

Faza wzrostu, uśpienia, wypadnięcia – powtarza się dwadzieścia do trzydziestu razy. Z wiekiem też mamy coraz mniej włosów.

Jak możemy zapobiegać wypadaniu włosów wraz z wiekiem? Kobiety lubią mieć ich dużo.

Mieszki włosów się starzeją, skóra głowy też, więc warto raz na jakiś czas zrobić sobie zabieg stymulujący, na przykład mezoterapię mikroigłową, tak prewencyjnie, dwa – trzy razy w roku. Ja też sobie robię, dlatego widzisz, ile mam na czole „bejbiherów”.

Boli?

Do przeżycia. Skronie i potylica są najbardziej ukrwione, ale zarówno panie, jak i panowie wytrzymują bez problemu. Mezoterapia na twarzy boli bardziej, bo na głowie wkłuwamy się płycej. Ważne, żeby trafić do dobrego specjalisty, a nie takiego po kursach weekendowych. Ja na studiach podyplomowych dopiero po pół roku byłam w stanie właściwie odczytać obraz z trichoskopu. Pomaga mi tez kosmetologia. Znam reakcje skóry, wiem, co zmienić, jeśli nie ma poprawy. Często łuszczyca mylona jest z atopowym zapaleniem skóry, trudno na pierwszy rzut oka te dwie choroby odróżnić. Nawet dermatolodzy miewają z tym problem. Patrzeć trzeba, w jaki sposób rozkłada się rumień, zmiana skórna, na układ naczyń krwionośnych. Świąd, łupież – to kolejne częste problemy.

W życiu nie miałam łupieżu. Co to w ogóle jest?

Łupież jest chorobą przewlekłą, bardzo popularną. I co najgorsze – nawracającą. Powodują go grzyby. Na mikrobiom skóry składają się grzyby, bakterie i roztocza – a lubią różne środowisko. Jeśli będzie ciepło, wilgotno – to dobre warunki do namnażania się i kolonizowania grzybów. Łupież jest częstym efektem chodzenia spać z mokrą głową. Spadek odporności, stres – będą powodować, że łupież będzie nawracać. Dlatego powtarzam: suszyć skórę głowy. Końcówki włosów można pozostawiać do wyschnięcia. Czasem zdarza się łupież kosmetyczny, kiedy na przykład szampon jest źle spłukany ze skóry głowy albo niewłaściwie użyta pianka, lub przy zmianie kosmetyków.

Czy łupież jest zaraźliwy?

Łuszczyca, atopowe zapalenie skóry czy łupież nie są zaraźliwe. Ważne, aby kurację przeciwłupieżową przeprowadzić właściwie, bo jak za bardzo wybijemy grzyby, rozrosną się bakterie, które dla odmiany bardzo lubią pot.

Trichoskop – nie każdy gabinet go ma. Asia tak!

Zdarza się sucha skóra głowy i bardzo suche włosy. Co robić?

Przyjść do trychologa po właściwie dobraną pielęgnację. Skóra głowy rzadko jest sucha. A bardzo suchy włos występuje wtedy, kiedy ma inną strukturę, albo jest zniszczony lub źle pielęgnowany.

Odżywkę nakładamy na włos, a czy są takie do skóry głowy?

Tak, ale jest ich niewiele i są to raczej specjalistyczne produkty, w drogeriach nie do kupienia. Najważniejsze: skórę głowy myć dwukrotnie! Masując, nie szorować, bo jest wrażliwa i przy uszkodzeniu na przykład paznokciem, może wdać się stan zapalny. Włosów też nie szorować. Spływająca piana poradzi sobie z brudem. Pianę wytwarzać w dłoniach, a nie bezpośrednio na skórze.

Zanim wytworzę pianę, połowa mi wyleci.

Można stosować metodę buteleczkową: szampon + woda, wymieszać i tym polać głowę. Wtedy też zużywa się mniej szamponu, bo chodzi przecież o pianę.

Są szampony, które się nie pienią. Nie znoszę.

Jak mi się coś nie pieni, mam wrażenie, że jestem nieumyta, więc rozumiem. Tak samo nie stosujemy szamponu i odżywki dwa w jednym. Nie jest to produkt odpowiedni ani do łodygi, ani do skóry głowy. Odżywka musi mieć niższe ph, substancje nabłyszczające, silikony (tak! Dla włosów są dobre!), a to nie jest właściwe dla skóry głowy.

Zabiegi keratynowe – co o tym myślisz?

Wykorzystują wysoką temperaturę, co nigdy nie jest dla łodygi korzystne.

Pielęgnacja dziecięca a dorosła – jest różnica?

Tak, skóra ma inne potrzeby. Dorośli nie powinni stosować szamponów dla dzieci, zwłaszcza tych „przeciwłzowych”. Mają ph 7, jak łzy, dlatego nie szczypią w oczy. Dzieciom nie przetłuszcza się skóra głowy. Dorosły ma aktywne gruczoły łojowe i inną mikroflorę. W okresie dojrzewania, burzy hormonów i szaleństwa gruczołów, kiedy skóra głowy nie jest myta we właściwy sposób, pojawiają się problemy: łojotok, czy łupież. U seniorów aktywność gruczołów łojowych spada, a skóra staje się sucha i napięta, naskórek się wolniej złuszcza, inne jest rogowacenie i skóra jest bardziej szorstka. Zadbana skóra głowy to ogólna lekkość. Zachęcam.

Ostatni element: suszenie.

Podsumowując: jeśli cokolwiek cię niepokoi w stanie twoich włosów i skóry głowy – nie kombinuj, chodź do Asi!

Ta rozmowa odbyła się prawie miesiąc temu. Asia poddała moje włosy peelingowi i zabiegowi rekonstrukcji łodygi. Zaczęłam myć skórę głowy dwukrotnie szamponem, który mi poleciła. Rozczesuję włosy po nałożeniu odżywki, przed spłukaniem Efekt zabiegu się utrzymuje, włosy są miękkie i przyjemne, bardziej sypkie.

Z Asią umówisz się TU.

Joanna Skrzypczak

Mgr kosmetolog-trycholog, po 8 latach rzuciła korpo. Szukając swojego ja, po 30. skończyła studia podyplomowe: trychologia kosmetyczna.

Od sierpnia 2020 prowadzi gabinet trychologiczny, jest dystrybutorem kosmetyków trychologicznych Simone Trichology. Wykładowca akademicki WSIiZ w Warszawie na kierunku kosmetologia.

W social mediach znana jako ekspert kosmetyczny – na Instagramie ma 25 tys. obserwujących. Uczy Polki, jak dbać o siebie i włosy.

Tango Barocco – Żagań 2020

Przełom lipca i sierpnia należał do tego wydarzenia. Zachowując obowiązujące przepisy sanitarne: dezynfekcja rąk, podanie danych osobowych, mierzenie temperatury (jakby nie można się prochami przeciwgorączkowymi nafaszerować heh), przystąpiliśmy do tańczenia. Ponieważ jesteśmy członkami jednej tangowej rodziny (ojjj konfiguracje się zmieniają szybciej niż w „Modzie na sukces”), dystans społeczny nas nie obowiązywał.

Foto: Wojtek Wyżga.

Był czad.

Wygłodniali po niby (moim zdaniem) pandemii, ci niezastraszeni, bawili się świetnie. Pałac Książęcy oferował dwa miejsca do tańczenia: parkiet na dziedzińcu i salę zamkową. Ze strony organizatora: Ideą festiwalu jest łączenie pasjonatów tanga niezależnie od stylu. Planujemy dla Was łącznie 12 milong z podziałem na TRADYCYJNE oraz NUEVO, świetne warsztaty oraz muzykę na żywo. Damy z siebie wszystko, by edycja 2020 była wyjątkowa”.

Foto: Jan Mazur.

Słowa dotrzymali.

Zaczęli w czwartek pre-party z muzyką tradycyjną, zapodaną przez Francisco Saura. Nie było mnie, ale służby operacyjne doniosły, że nie miałabym się do czego przyczepić. Znam Francisco z innych eventów, byłam na organizowanym przez niego encuentro w Maladze, więc nie mam powodów do niedowierzania.

Fot. Jan Mazur.

Piątek

DJ Ayad Zia rozgrzał popołudniowo do czerwoności. Byłam wtedy w drodze, ale słuchy mnie doszły, że było rewelacyjnie. Ayad vel Edi mieszka w Polsce, świetnie tańczy i takoż gra, więc także bez wątpliwości wierzę operacyjnym doniesieniom.

Foto: Meg Skoczylas.

Chacarera.

Pod wieczór na pałacowym dziedzińcu nasza warszawska Urszula Ula (nick fejsbukowy) i argentyński Fernando Romero Chucky uczyli chacarery – jedynego argentyńskiego folkowego tańca, który osobiście toleruję i nawet czasem lubię, a który często się tańczy w środku milongi/maratonu/a tu festiwalu. A jaki dali pokaz… O jeju…

Foto: Meg Skoczylas.

Jest jeden jedyny folkowy taniec argentyński, który uwielbiam: malambo. Chucky jednoosobowo dał czadu z kulami na rzemieniach – na moje oko, bo co to jest, to dokładnie nie wiem, ale robi wrażenie (oj robi…). Chciałabym na żywo zobaczyć hordę czarnych diabłów z bębnami…

Nie, nie było ich… Foto: www.frankwiesenphoto.com 

Warsztaty tangowe.

Były, i owszem. Dla par prowadzili Brigita i Carlos Rodriguez – mistrzowie UK Tango Championship London 2019 w kategorii salon i escenario. Technika dla kobiet z Brygidą. Technika dla mężczyzn z Damianem Thompsonem (mieszka w Polsce, więc to już taki australijski Polak). Nie uczestniczyłam w nich, bo nie ma jak ogarnąć wszystkiego.

Foto: Meg Skoczylas.

Piątkowa noc… I tak do niedzieli.

Dziedziniec… Sala… Dziedziniec… Sala… Bardzo żałuję, że noc z piątku na sobotę była potwornie zimna, bo od 1.00. właśnie na dziedzińcu grała Kasia Gewert, która popełnia różne nietradycyjne wariacje i robi to cudownie. Zimno wypędziło ludzi z dziedzińca… Było 8 st. C w środku lata… Przegapiłam użycie moich wiedźmich mocy, które wykorzystałam dopiero w noc następną: mimo prognoz jeszcze gorszych było stopni 17.

Foto: Wojtek Wyżga.

Sobota.

Dziedziniec… Sala… Dziedziniec… Sala… Poczarowałam i noc była tym razem ciepła (kto mnie zna, wie, że nie żartuję). Pokaz dali Brygida i Carlos Rodriguez, mistrzowie, jak pisałam. Hmm… Nie skupili mojej uwagi, ale może to ja byłam rozkojarzona. Tak jak i uziemiony w Polsce pandemią zespół La SanluisTango Orquesta nie trafił w me serce, ale nie jestem pępkiem świata i przecież nie trzeba schlebiać mym gustom.

Ula & Chucky są w moim guście, absolutnie 🙂 Dawali pokaz do muzy na żywo. Foto: Meg Skoczylas.

Za to muza zapodana w drugiej części nocy przez Tres Muchachos: Francisco Saurę, Luisa Cono i Michała Zorro Kaczmarka była REWELACYJNA. Tak sobie wymyślili, że popijając bynajmniej nie yerba mate, każdy w tandzie grał jeden utwór. Eksperyment się powiódł, efekt był fantastyczny, razem z Beatką zostałyśmy do ostatniej tandy.

Fot.: Wojtek Wyżga.

Niedziela.

To ten czas, kiedy liczy się każda sekunda, bo za chwilę nastąpi czas pożegnania… Chce się nacieszyć tymi ulubionymi… Nie zawsze się uda, ale że poziom tangowy był dobry, można było się pocieszyć równie ulubionymi. Popołudnia ostatniego dnia maratonu czy festiwalu bywają różne i nieprzewidywalne: czasem ludzie rozjeżdżają się wcześniej, czasem zostają do wieczora czy następnego dnia i jest tłumnie. Tu było nas sporo, stańczyłyśmy się do cna.

Selfie: mła.

Muzyka.

Nie słyszałam wszystkich i żałuję, bo nazwiska zacne: oprócz wyżej wymienionych grali także Jarek Kasprzak, Gracja Bryś-Kołodziejczyk, Maria la Bruja, Magdalena Tango Yoga, Esteban Mario Garcia i FANTASTYCZNA Anna Pietruszewska, której śniadaniówki po prostu były MEGA. Polazłam w sobotę w piżamie, że pewnie nic i nikogo, a tu owszem i fota! Piżamę upociłam, więc kolejną noc Beatek musiała mnie znosić w pokoju bez.

Foto: Justyna Wojciechowska.

Wszyscy kojarzą Pietruszkę z nuevovych szalenstw, ale zapewniam, że w tradycji jest równie dobra. Kto chce się przekonać, niech wbija 3.10. do warszawskiej Złotej Milongizaszalejemy!

Foto: Waleria Gusciora. 

Podsumowując: muza owszem, pasowała mi. A niestety po warsztatach djskich prowadzonych przez Dorotę i Marcina z Radio Tango Uno wiem, kiedy zgrzyta i dlaczego, więc bywam w tym względzie chimeryczna. I nie chodzi o to, że chciałabym uchodzić za muzycznego tangowego eksperta (po tylu latach słabo odróżniam orkiestry heh). Nie. Ale układanie muzy to nie jest takie hop siup i wielu niby djów nie wie, że w tym względzie kompletnie brakuje im kompetencji. Tu takich nie było, muza porywała.

Foto: Meg Skoczylas.

Organizatorzy.

Grację Bryś-Kołodziejczyk i Rafała Kołodziejczyka poznałam na Gryfie – fantastyczni, otwarci, pomocni ludzie. Głównego organizatora, Michała Kaczmarka, znam dłuuugooo… Z pewną przerwą, bo był obrażony. Ale już przestał. Wiecie: w relacjach bywa dynamicznie, tych tangowych też. Och, właściwie w tych tangowych to dopiero jest dynamicznie… W każdym razie Michał włożył dużo wysiłku w rzetelne przygotowanie całości, dlatego nie dziwota, że nie miał już siły na przemawianie z entuzjazmem. Team tworzyli także Monika Parker (służby operacyjne doniosły, że bez niej w ogóle ta impreza nie mogłaby się odbyć) i Jarek Kasprzak.

Doznania osobiste.

Po raz pierwszy mi się zdarzyło zatańczyć z kimś, kto nie umiał, ale muzykalnie przytulał… Ach, i było jeszcze coś, ale o tym będzie w książęce…

Całość.

Bardzo udana impreza. Była okazja do ponownego spotkania tych, z którymi tańczyło się dwa tygodnie wcześniej na Gryfie. I tych, z którymi spotykamy się okazjonalnie. Niektórzy spotkali swoje byłe/byłych… W ilości wykraczającej poza sztuk jeden… Taki urok tangowych zawirowań hehe…
Było także udanie towarzysko.

Foto: Meg Skoczylas.

Wirus.

To ciekawe, że na weselach i pogrzebach zarażają się na potęgę, a na tangu do tej pory (stan na dzień 13.09.2020) odnotowano raptem 4 (słownie: cztery!) przypadki. Media robią z ludzi wariatów, podając różne sprzeczne informacje. Do mnie przemawia ta, otrzymana od lekarza z klinicznym doświadczeniem: aby zarazić się covidem, płyn ustrojowy (czyli np. ślina lub glut) musi trafić na uszkodzoną błonę śluzową. W pocie wirusa nie ma. Więc jak się tańczy bez – zwanego przez pewne niewysublimowane kręgi społeczne – walenia w ślinę, wcale nie jest się łatwo zarazić. Jasne, osoby z wszelakimi chorobami są bardziej narażone, dlatego uważajmy na siebie, ale nie dajmy się zwariować.

 

 

V Gryf Tango Marathon – lipiec 2020

Co to była za impreza!!!

Po pseudozarazowej izolacji to był pierwszy maraton, który się odbył. Nie będę tu dyskutować na temat lęku/odpowiedzialności/zastraszaniu – nie chce mi się. Jak jest naprawdę – kto to wie… Ale wiem jedno: ja nie dam się wpędzić w wegetację za życia i dołączam do tych, którzy też się nie dają.

I tak sobie myślę, że zamiast pouczać, co kto powinien/nie powinien w sprawie zdrowia i choroby, lepiej zadbać o rzeczywiste relacje. Może zrobić w nich porządek, żeby reszta życia była przyjemniejsza? Może nie tracić czasu na osoby, które podcinają skrzydła? Może wyciągnąć wnioski z przeszłych doświadczeń? Może powiedzieć komuś, że się go kocha? Albo przeciwnie: może czas zostawić kogoś w spokoju i zrozumieć, że w tym wcieleniu nic z tego?

Matko, jakaś sentymentalna się zrobiłam. Ach, no tak: dzieje się tak, kiedy wpadam w powyjazdowy dół. Poziom endorfin spada… I powrót myślami do fantastycznych abrazos nie wystarcza…

Miejsce

Tegoroczna edycja odbyła się jak zwykle w Centrum Kultury Stara Rzeźnia (co ciekawe: w miejscu tym kiedyś mordowano zwierzęta, ale energetycznie ono jest już wyczyszczone…), jednak w innej sali. I to było super!

Więcej przestrzeni, okna, wygodnie ustawione stoły – dobre warunki do cabeceo, tańczenia i odsapki. A także do pogaduszek i integracji.

400 metrów powierzchni, 180 metrów parkietu, bufet dobrze zaopatrzony, uczestników odpowiednia ilość do wielkości miejsca, balans. Organizatorzy bardzo przestrzegali równowagi i udało im się. 

Drugi kubek zasilił maratonową kolekcję.

Muzyka

Świetna. Nie słyszałam co prawda Joasi Kozłowskiej (za to chyba grał nie wymieniony tu Michał Kaczmarek..?), ale z przyjemnością stwierdzam, że na naszych polskich maratonach naprawdę fajnie nam grają (na Barocco też, ale o tym w następnym wpisie). Wiadomo: gusta muzyczne są różne. Ja mam swój: nie lubię smędolenia (przez niektórych zwanego romantyzmem) i jednego kopyta. Inna sprawa, że muzykę też się odbiera poprzez partnerów…

Poziom tangowy

Ja nie miałam ŻADNEJ słabej tandy. A miałam wiele fantastycznych… I nowe odkrycia… Biorąc pod uwagę moje wrażenia i bezkolizyjność na parkiecie, stawiam tezę, że poziom był bardzo dobry. Nie wiem, czy to z powodu wyposzczenia tangowego, w każdym razie wszyscy tańczyli chętnie i ze wszystkimi. Dla większości kwarantanna była łaskawa. Niektórym wrzuciła parę kilo, co się niestety przekłada na ciężkość parkietową. Mnie na szczęście oszczędziła, a właściwie sama się oszczędziłam, dbając o to, co jadam i pijam.

Organizacja

V Gryf, mój drugi. Na pewno nie ostatni!

Wszystko było jak trzeba, także w związku z nieco innymi warunkami. Podczas rejestracji mierzono temperaturę, wypełnialiśmy także ankiety z danymi. Minęły ponad 2 tygodnie i wszystko wskazuje na to, że będą bezużyteczne. Dwie osoby tańczyły w maskach. Moim zdaniem nie miało to większego znaczenia, ale jak komuś daje poczucie, że o siebie i innych w ten sposób dba – niech sobie zakrywa, co chce.

Atrakcje dodatkowe

Był, a jakże, flashmob, na którym nie tylko tańczyli tango, ale również jakieś takie cudactwo zwane belgijką, do której jest chorografia. Prosta, ale jest. Dobrze, że mnie tam nie było, bo jakby tak przyszło komu do głowy ze mną to popląsać, z pewnością finał byłby opłakany (z powodu zaburzonej lateralizacji nie jestem w stanie zapamiętać żadnej, nawet najprostszej choreografii, więc z pewnością wywołałabym niejedną stłuczkową katastrofę).  

Ktoś nakręcił fajny filmik z tej belgijki, ale gdzieś mi zniknął. Edit: tajny współpracownik K. jest szybszy niż błyskawica, dzięki niemu możecie zobaczyć TO  😆  Te hocki-klocki wyczyniali pod przewodnictwem Adriana Grygiera, który nie tylko jest nauczycielem tanga, ale wraz z Dorotą prowadzą szkołę tańca, a poza tym Adrian to profesjonalny DJ i zawodowy wodzirej dobry na każdą imprezę (wesela, rocznice, bale karnawałowe), polecam!

Taneczna rodzina w komplecie. Dorota i Adrian Grygierowie to główni organizatorzy Gryfu.

Folklor

Były warsztaty, prowadzili je Anita Escobar i Adrian Luppi. 

Jedyny folklor, jaki (z trudem) trawię, to chacarera (i to nie każda). Ale! Uważam, że czasem jest to sympatyczny przerywnik milongowy i jeśli któryś z panów mocno się uprze  (bardzo mocno i kategorycznie), to tańcnę. Nawet się z tego przeszkoliłam, żeby nie wyglądać w razie czego jak najostatniejsza łamaga. Tu, na Gryfie, też czakarerzyli, a jakże. 

Jak to na takiej imprezie – buty, ciuchy, biżuteria są nieodłącznym dodatkiem. 

Stałym elementem jest także rejs po Odrze, a jakże, z tangiem. Pogoda dopisała, więc był to miło spędzony czas. Beze mnie, ponieważ nocowałam u wiedźmy i trochę zajmowały mnie także nasze wiedźmie sprawy.  

Zbiorowe zdjęcie musi być! Ja rzadko na takich występuję, zwykle stoję/siedzę z boku.

Zdjęcie: Foto Milonguero.

Pozatangowo

W ostatniej części maratonowego popołudnia pozwoliłam sobie przyprowadzić gościa. Elena, u której nocowałam, jest nie tylko wiedźmą (tak tak…), jest też instruktorką kizomby. Przyszło jej do głowy, że może czas na nowe wyzwanie i będzie nim tango. Zelektryzowała zdecydowaną większość panów. Byli tacy wyrywni, co natychmiast chcieli z nią tańczyć 😈  Niektórzy myśleli, że to Blanka, moja córka (mają coś wspólnego, owszem) 😆  Oj, panowie… Jak Elena zdecyduje się na tango, wielu z was pożegna się z rozumem na długo…

Prawda jest taka, że uroda to jedno, ale wiedźmy mają pewną specyficzną energię i to ona tak naprawdę przyciąga jak magnes. Albo odstrasza. Tu nie ma szarości. Albo się nas kocha, albo nie znosi…   

Drugi raz byłam na Gryfie.

I teraz mam nasze polskie dwie ulubione imprezy, na których nie wyobrażam sobie nie być: Beskid i właśnie Gryf. Tęsknię!

A teraz Barocco…

Tangowe obyczaje: wstęp.

Niby wszystko o tangowych obyczajach jest w internecie.

Każda kwestia była poruszana wiele razy, obgadana na milion sposobów. Szkoły tanga i blogi mają na swych stronach zasady tangowego savoir vivre, było mnóstwo wpisów i odezw o higienie i strojach, co i rusz wybuchają dyskusje odnośnie wyższości swobodnego hasania w poprzek parkietu versus sztywna etykieta (lub na odwrót)… Niestety nadal powszechnie nie odróżnia się nuevo od neo (w ruchu i muzyce), cabeceo od mirady (o zgrozo! Nawet tangowcy z dużym stażem potrafią z uporem maniaka pisać cabAceo) i nadal cała rzesza tangowej braci nie rozumie, dlaczego na tradycyjnych milongach tańczenie po rondzie ma sens i energię, a ciupcianie w miejscu nie jest przyjemne.

Z Tadeuszem Karbowskim (niestety nieżyjący już, bardzo sympatyczny, pogodny i kulturalny tanguero). 

Propagując tango, mówi się o jego blaskach.

Często pokazując taniec i kulturę zbyt cukierkowo. Namawia się: chodźcie! Będzie fajnie! I pewnie będzie. Ale niekoniecznie.
Oczywiście nie chodzi o to, by ludzi straszyć. Raczej przygotować na to, że nie zawsze i wszędzie czeka na nich cała masa nowych „friendów”, gotowych ich zabawiać, a nawet tangowo niańczyć. Że w tangu jak w życiu: jest wszystko, czyli ludzie na poziomie i chamstwo, dobroć i kurewstwo, super koleżanki i złodziejki cabeceo, świetni partnerzy i łachmyty wypisujące messengerem to samo do pięciu dziewczyn w jednym czasie, oddani nauczyciele i partacze, świetni gospodarze milong i gbury liczące tylko na zyski, głębokie przyjaźnie, nawet miłości, ale też zdrady i powierzchowne relacje bez żadnego zaangażowania. Pomocni ludzie i wyłudzacze kasy, zwłaszcza od kobiet.

„Batida del Tango” – pierwsza regularna milonga, którą organizowałam. To był piękny czas…

Ludzie przychodzą uczyć się tanga z różnych powodów.

Niekoniecznie tanecznych. I mają przeróżne oczekiwania. Albo – rzadziej – myślą, że tango to nic takiego… Nie wiedzą, że jeśli są wybrańcami tanga, to już nic nie będzie takie samo. Jeśli tango zostanie tylko na poziomie incydentalnej rozrywki, czy nawet hobby, to nic wielkiego się nie stanie. Ale jeśli wskoczy na poziom pasji, to otoczenie i rodzina ma przerąbane… Z hobby możesz zrezygnować. Pasja nie puszcza, choćby nie wiem co. A tango jako pasja jest zaborcze. Oprócz tanga można mieć inną pasję tylko wtedy, kiedy tango nie wyszło poza poziom hobby. Jeśli wyszło, wszystko dostosowuje się do zmienionego na zawsze stylu życia. Większość ludzi nie wkracza na poziom pasji – całe ich szczęście. Na pewno ich życie jest spokojniejsze, mniej konfliktowe z otoczeniem, nie obarczone zwątpieniami (jestem beznadziejna, nic nie umiem).

Dużo osób traktuje tango jako narzędzie socjalnego bytowania.

Liczy się dla nich kontakt z ludźmi, towarzystwo, a samo tańczenie jest gdzieś tam na końcu kolejki. Tak tango traktują Argentyńczycy: jako fiestę, spotkanie z przyjaciółmi, okazję do napicia się wina i pogadania przede wszystkim. Drugi biegun: tańczyć za wszelką cenę, nikomu nie darować! Co ciekawe: za nauczanie początkujących zabierają się głównie panowie nie mający do tego żadnych kompetencji, za to w tańczeniu na akord przodują panie.
O tangowych zaćmieniach, ściemniaczach, pułapkach, rozczarowaniach mówi się rzadko i jedynie w kuluarach. Aferki, wojenki, złamane serca – to także tango.

 

Bo tango jest wszystkim i niczym.

To, co się o nim mówi, może być prawdą lub fałszem.
Ta książka powstaje na Waszą prośbę. Nie będzie to poradnik, a zbiór moich jedenastoletnich obserwacji tego środowiska oraz doświadczeń tangowych, w kraju i za granicą, ostatnio także jako prowadząca.
26.01.2015 Jakub Milonga napisał tekst na fejsie o wybranym aspekcie tangowych obyczajów i zakończył go tak:
Jeżeli macie inny pogląd na sprawy, o których tu napisałem, jeżeli chcielibyście coś skomentować lub rozwinąć jakiś wątek, wzbogacić ten tekst, to podzielcie się tym tu lub w osobnym tekście”.
Jakubie, mój pierwszy nauczycielu: mówisz – masz!

„Pasja budzi się nocą” – opinie

Moja pierwsza książka pt. „Pasja budzi się nocą” (Wydawnictwo Prozami, Warszawa 2013) powstała pod wpływem moich doświadczeń nabywanych w toku tangowej edukacji. Tak bardzo chciałam światu opowiedzieć o fenomenie tanga, wprowadzić w jego (sub)kulturę…

Ale kogo interesują tangazmy jakiejś Anny, jeśli nawet jest Kossak?! – myślałam. Postanowiłam opowieść o tangu opakować w pewną historię. Pojawili się bohaterowie. Mój pierwszy tangowy partner był natchnieniem do stworzenia mrocznego wątku :mrgreen: 
Tak powstał komediowo-obyczajowy thriller.  
Wpisując w wyszukiwarkę tytuł, można trafić na różne recenzje.
Jedną z moich ulubionych jest TA

Każdy twórca lubi, kiedy jego sztuka cieszy się uznaniem. Dla mnie ważne jest, by to, co piszę, czemuś służyło. Miało sens. Dawało do myślenia.

Pierwsza recenzja napisana przez tangowego znajomego, która pojawiła się na Facebooku, może być niedostępna w linku, dlatego wklejam treść, jaką  Janusz T. raczył był napisać:

„Pasja budzi się nocą” nie jest „Ulissesem” Joyce’a. Jednak ile osób przeglądających ten post przeczytało największe dzieło największego irlandzkiego pisarza? Ja próbowałem. Zabrało mi to około dwudziestu lat i szacuję, że przebrnąłem przez nie więcej niż 150 stron (łącznie z tymi już tylko kartkowanymi podczas drugiej dekady). W tym czasie łatwiej mi już było przeczytać od dechy do dechy Stary i Nowy Testament oraz siedem do ośmiu tysięcy stron Clavella ;-). „Pasja…” nie stanie też w szranki w historii literatury polskiej z dziełami Gombrowicza ani nawet Głowackiego czy Tokarczuk. Prawdopodobnie w ogóle nie wejdzie do innej historii, niż historia polskiego środowiska tangowego. Mnie to jednak zupełnie nie przeszkadzało przeczytać ją w kilka dni z dużym zainteresowaniem, a teraz poddać ją bezlitosnej krytyce konsumenckiej ;-).

Po pierwsze „piękna” okładka tak bardzo mi się nie podoba, że gdybym trafił na nią w księgarni lub Internecie, to – choć nie wiem czy spontanicznie bym ją w ogóle dostrzegł – z pewnością właśnie ze względu na jej „walory graficzne” nie sięgnąłbym po książkę nawet żeby przeczytać notkę na obwolucie. Ponieważ jednak powieść została napisana przez tangową koleżankę, to zadałem sobie trud aby zdobyć egzemplarz jeszcze przed oficjalną promocją. I doprawdy nie żałuję wydanych pieniędzy. Apeluję więc do tych wrażliwszych estetycznie: nie sugerujcie się tym w jakie szatki ubrano literaturę spod pióra Anny Kossak! W środku jest dużo lepiej!  

Po drugie, ci którzy tańczą tango znajdą tam naprawdę sporo o tym tańcu i tangowym stylu życia. Będą mieli okazję z czymś się zgodzić, a na coś oburzyć. Mogą też zabawić się trochę w detektywów lub konsumentów plotek i podomyślać, które to konkretne postacie z naszego otoczenia stały się inspiracją dla Autorki do stworzenia jakiegoś opisu lub wygłoszenia opinii ustami narratora albo którejś z bohaterek. Przy okazji, nawet jeśli za zasygnalizowanymi męskimi postaciami tangowymi nikt konkretny nie stoi ;-))), to myślę, że wielu tangueros może zobaczyć w literackim zwierciadle również mgnienia własnych odbić.

Z kolei ci, którzy tanga nie tańczą, znajdą tu bez wątpienia obraz szczególnego i porywającego hobby bardziej prawdziwy, bliski rzeczywistości niż dostępny w rozmaitych artykułach prasowych, wywiadach itp.

Po trzecie czytając „Pasję…”, wielokrotnie miałem wrażenie, że Autorka balansuje na krawędzi między popularną powieścią, a dość poważnym poradnictwem psychologicznym. „Dość poważnym”, to nie znaczy, że aż  na poziomie popularnonaukowych wydawnictw ale stanowczo na bardziej pogłębionym i wieloaspektowym, niż poradnictwo pism ilustrowanych. Charakterystyczne i nadające lekkości jest tu użycie percepcji i aparatu myślowego bohaterek – atrakcyjnych, odważnych życiowo, nowoczesnych kobiet, a nie bibrzenie narratora ex cathedra. Osobiście odebrałem ten aspekt powieści jako interesujący mnie jako mężczyznę ale także uważam za potencjalnie interesujący i użyteczny dla młodych, mniej doświadczonych czy po prostu bardziej normatywnych pań.

Wreszcie mamy do czynienia z fabułą. Nie jestem czytelnikiem „babskich powieści” ale tak właśnie wyobrażam sobie opisywane w nich historie. Mamy tu sporo kobiet – pięknych lub choćby seksownych, mądrych lub choćby inteligentnych, mamy facetów przez duże „F” i przez całkiem malutkie, prawie niewidoczne „fe”, są też „złe charaktery”, a jeden co najmniej diaboliczny. Są rozstania, uwiedzenia, wzorcowe związki, miłosne niewypały, złożone relacje interpersonalne (nie powodujące jednak nadmiernego bólu głowy), szczęście w nieszczęściu i na koniec … tego zdradzać nie wypada ale zaręczam, że nie jest to po prostu happy end. Wszystko przyprawione duchem thrillera. Mnie czytało się dobrze, choć jako facet przez zwykłe „f”, wolałbym trochę więcej strzelaniny. Seksu jest dość ;-).

Zdecydowanie polecam (z zastrzeżeniami pierwszego akapitu). Tangowe towarzystwo powinno nabyć obowiązkowo – to w końcu po trosze nasze wspólne dzieło. Osoby spoza tanga będą miały ponad 250 stron lekkiej ale nie głupiej, wartkiej literatury popularnej z tangiem i sensacją w tle. 

Kobieta prowadząca – liderowanie z damskiej perspektywy

Coraz więcej kobiet uczy się prowadzić.

 

Osobiście NIGDY nie chciałam prowadzić. Ja?! W życiu! W tangu chcę być z mężczyzną! Tańczę dla tych chwil, kiedy ja, partner, muzyka, parkiet i Kosmos to jedność. Męskie objęcie… Mikroruchy niewidoczne dla najbardziej wnikliwego obserwatora… Miękkość i zdecydowanie… Uniesienie w uziemieniu… Flow… To może dać mi tylko mężczyzna!

Zaczęło się od Eli Pe.

Ja i Ela. To tu podstępnie narodziło się moje liderowanie.

 

Właściwie to wszystko zaczęło się od mojej upierdliwości. Szczegóły opisałam, więc nie będę się powtarzać (TU). Ale co to się wyprawia od tamtej pory…

O matko jedyna moja i czyjaś…

O tatusiu mój i innych sierot…

O święci, grzesznicy, tacy i siacy…

JA MAM PROWADZIĆ?!

W życiu! Po co? Nie chcę. Nie potrzebuję. Nie po to jestem w tangu!

Na letnim Beskid Tango Marathon 2019 stawiałam pierwsze większe publiczne kroki jako prowadząca.

 

Ela: „Prowadź!”.

Ożeszku… Narany… Nożebycie…

Dobra! Nie umiem, więc nic z tego nie wyjdzie!

Coś tam wyszło. Także to, że w pozycji prowadzącej poczułam coś zupełnie innego niż podążająca… Inną energię. Poczułam, że prowadzenie ma moc. Niezdarnie, koślawo – ale wyszło… że moja zaburzona lateralizacja powoduje kompatybilną pracę różnych części ciała zdecydowanie inną niż u „normalnych” ludzi. Czyli mało Eli nie zabiłam gmatwaniną nóg i dysocjacją na poziomie pchania kalesonów przez głowę. Ale…

W tym momencie zmieniło się moje tangowe życie.

Nie, nie postanowiłam być najlepszą liderką ever. Nie chciałam i nie chcę konkurować z mężczyznami ani nie chcę ich pouczać – nie mam zapędów nauczycielskich (mogę poczynić uwagę, jeśli mnie tangowo krzywdzą, ale nie dlatego, że zaczęłam prowadzić – wcześniej także nie zgadzałam się na kleszczenie, kicanie i próbę zamordowania mnie colgadą grożącą wypadnięciem przez okno).

SyMfonia Serc, coroczne charytatywne Tango-Integracja na rzecz Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego. Tu: w objęciach z Beatą Maią Gellert, moją Arcymistrzynią, którą niezdarnie wtedy poprowadziłam w milondze.

 

W tangu jest dużo kobiet, mniej DOBRZE tańczących mężczyzn.

To jest tangowy fakt. Dużo kobiet nie oznacza dużo dobrze tańczących, ale proporcjonalnie jest ich więcej niż panów. Nadal uważam, że jakieś 60% tangueros obu płci nie wzbije się ponad poziom tangowej gimbazy. Ale! Mimo tego NIE przyszło mi do głowy, aby uczyć się prowadzenia, żeby nie siedzieć na milongach – a wiem, że dla wielu pań to jest główną motywacją. Ja akurat wolę posiedzieć niż się męczyć (a od kiedy próbuję prowadzić, doskonale rozumiem ostrożność panów w stosunku do nieznajomych pań i ich niechęć do tych, z którymi im źle).

Nie mam ciągot do zakładania męskiego stroju.

Prowadzę bez obcasów, ale nie udaję faceta. Nie chcę być postrzegana jako facet! I tu składam hołd moim nauczycielom: Kasi Chmielewskiej i Mateuszowi Kwaterce. Na zajęciach (na których byłam w roli prowadzącej) podkreślali: „Panowie i Ania”. Bardzo to doceniam i niniejszym dziękuję! Uczę się prowadzenia jako ZUPEŁNIE nowej umiejętności. Podjęłam to wyzwanie, chociaż często mam dość. Pięknie powiedziała Ela Pe (Eluś, kocham Cię niezmiennie!):

Nie jestem facetem. Jestem prowadzącą kobietą.

Prowadzenie to zupełnie inna umiejętność niż podążanie.

 

Nadal mam skromny repertuar (ale coraz lepszej jakości!). Przez bardzo długi czas (oj baaardzo) nie garnęłam się do prowadzenia na milongach. Nadal nie jestem wyrywna! Kiedy trwała moja przygoda z Elą (zapisałyśmy się na kurs milongi do Luizy i Marcelo Almiron, obie w roli prowadzących, wymieniałyśmy się. Los Almis – to także dzięki Wam dziewczyny robią mi desant!), tańczyłyśmy razem milongi. Potem Ela nie mogła chodzić na lekcje, Danusia (moja druga kursowa dziewczyna, w roli tylko podążającej) też miała swoje sprawy… Rozmyło się.

Ale czasem coś tam z dziewczynami tańcnęłam.

Ziarno zostało zasiane. Kiełkowało bardzo powoli i opornie. Aż nadszedł ten czas, że postanowiłam jednak podjąć wyzwanie i nie udawać, tylko nauczyć się prowadzić. Po co?

Pięćset tysięcy razy myślałam: na ch…usteczkę mi to?!

Nudzi mi się w życiu? Mało mam zajęć? Czegoś mi brakuje? Odpowiedź po trzykroć brzmi: NIE, do jasnej cholery! Więc?! I tu jest pieseł pogrzebany! Otóż trafiłam w odpowiednie miejsce do odpowiednich nauczycieli. Po prostu. Kochają to, co robią (materdeju… Ja bym z taką mną jako prowadzącą nie wytrzymała trzech lekcji). Nie ma ściemy.

Caminito, czyli Kasia Chmielewska i Mateusz Kwaterko.

Caminito. To tam się zadomowiłam i postanowiłam, że się nauczę!

 

Kurs od podstaw przeszłam trzy razy, a nadal czasem czuję, że moje chodzenie w prowadzeniu jest niepewne. Oczywiście jestem z siebie dumna, bo zaburzona lateralizacja mocno utrudnia moje zmagania. Wniosek mam taki (potwierdzający to, co „się mówi”): chodzenie jest najtrudniejsze. I tu nie ma bata: tylko technika! Bredzenie o tańczeniu sercem zostawmy dla nietańczących amatorów lub zwolenników nazywania tangiem nietanga.

Miewam zwątpienia.

Zwłaszcza jak mi nie wychodzi. Na przykład taki lapis… Umiem bardzo ładnie, ale bez partnerki 😄 Zdecydowanie mi przeszkadza w wykonaniu go z urodą, bo wychodzi nieco koślawo. Ale! Jestem pewna, że cierpliwość popłaca. Nie przeznaczam wystarczającej ilości czasu na doskonalenie prowadzenia, więc i postępy są wolne. Jednak poczułam magię liderowania. Brakuje mi umiejętności, ale mam dobrą energię (nie mylić z rozbrykaniem! Partnerka/partner energetyczny to nie ten/ta, co lata jak na aerobiku, o nie!) i muzykalność – więc idę dalej. 

Nie znoszę kicania.

A jako prowadząca zdarza mi się kicać, kurde!!! Kasia mnie przywołuje do porządku, Mateusz czasem łypie jak na upośledzoną umysłowo, a ja tego kicania nie czuję… W ogóle mam wrażenie, że świadomość ciała jako podążająca a prowadząca to dwa różne światy. Luiza twierdzi, że nie, ale ona nie ma zaburzonej lateralizacji. Przy prowadzeniu to ma ogromne znaczenie, przy podążaniu – nie.

Luiza i Marcelo Almiron – to do nich poszłam na pierwsze zajęcia jako prowadząca.
Foto: Dominika Kołodziejska, Tango w Królewskim Wilanowie.

 

Czy prowadzenie jest trudniejsze niż podążanie?

Tak. Ale! Błędem jest twierdzenie, że podążające szybciej się uczą. Niektóre tak, cała rzesza NIE. Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ile niby zaawansowanych dziewczyn nie umie chodzić. Jak bardzo wiele damskich ciał jest nieprzyjemnych w objęciu, bo zamiast osi mają galaretę, a zamiast elastycznego objęcia – betonowy blok. Ile dziewczyn wierzga, macha pupą jak w latino i nie panuje nad nogami. Jak bardzo nie wiedzą, że swawolne brykanie nie ma nic wspólnego z aktywnym tańczeniem. Dlatego rozumiem ostrożność panów w proszeniu nieznanych tangowo pań.

Jedną tandę zawsze można się przemęczyć”.

W tangu jest dokładnie jak w seksie: może być odrabianie pańszczyzny, a może być finezja, pieprz i odjazd. Powiem więcej: moim zdaniem łatwiej o orgazm niż tangazm… A ja dla takich chwil właśnie tańczę. Nie po to tyle pracy wkładam w moje tango, aby się z kimkolwiek męczyć. Czasem zdarzy się zonk, trudno, ale świadomie unikam, jak mogę. Dlatego nie znoszę desantu, dopuszczam jedynie wtedy, kiedy warunki są trudne lub kiedy się znamy, bo naprawdę da się tak stanąć w polu widzenia kobiety, żeby zauważyła (jeśli nie, to znaczy, że nie chce). 

Czasem z powodów towarzyskich odbywa się „charytatywną” tandę (niezależnie od roli, to działa w obie strony i dzieje się, kiedy się kogoś lubi jako człowieka. Wtedy na przetrwanie sprawdza się strategia gadania w czasie tańca 😄).

Rozumiem, dlaczego panowie proszą nie od pierwszego, a od drugiego lub nawet trzeciego utworu w tandzie: wtedy, kiedy są niepewni, „jak będzie”, albo kiedy z grzeczności zatańczą, ale nie sprawia im to aż takiej przyjemności. Ja jako prowadząca też często tańczę tylko kawałek tandy (albo nawet każdy utwór w tandzie z inną dziewczyną 😄), a powody są dwa: 1. żeby w razie czego nie męczyć się za długo; 2. ponieważ mój repertuar jeszcze jest skromny, nie chcę sobą znudzić i zmęczyć partnerki (polecam to podejście panom na początku tangowej drogi: proście doświadczone tanguery, ale nie męczcie ich sobą przez całą tandę!).

Prowadzisz, nie będą cię prosić”.

Ci z morzem niekompetencji na pewno (ponieważ postanowiłam nieco delikatniej opisywać pewne zjawiska, to przy uaktualnianiu tego wpisu zrezygnowałam z określenia „tangowe łamagi”),  bo będą się bali zdemaskowania braku umiejętności. Dobrze tańczącym to nie przeszkadza, że kobieta weszła na ich teren. Wręcz przeciwnie. Wiedzą, że początkujące nie zaczynają od prowadzenia, więc jest szansa na fajną tandę z nią jako podążającą. Ja unikam tańczenia z panami, którzy w ofercie mają szarpanie i siłowanie się („nie robi, to docisnę…”), bo to oni zwykle mają przerośnięte ego i duże pole nieświadomości, co czynią. Ci, którzy umieją oszacować swoje umiejętności, nie wystraszą się prowadzącej kobiety. Ci, którym ze mną dobrze, nie wystraszą się tego, że uczę się prowadzić.

Milongaaa… Beskid Tango Marathon, edycja lato 2019.

 

Prowadzą tylko babochłopy”.

To opinia starszych panów cieszących się życiem, drzewiej nazywanych przeze mnie dziadami. Czy TU prowadzi babochłop? Nie trzeba szukać zagranicy. Kto widział nasze dziewczyny, Becię i Myszusę, jak tańczą milongę, za taką obrazę walnąłby dziada w pysk.

Ups… Miało być delikatnie, ale niestety prawda jest taka, że część panów swoim zachowaniem naprawdę zasługuje na zdecydowaną reakcję (słowną, mimo wszystko nie zachęcam do bicia), której często nie ma (z różnych względów). Tym razem jeszcze postanowiłam usprawiedliwić mój brak delikatności, ponieważ rozbawiło mnie wczorajsze stwierdzenie Mirka Cz. (a wiecie, że to świetny astrolog?): „Istnieje obywatelskie nieposłuszeństwo, tak samo istnieje obywatelskie spoliczkowanie po głupiej mordzie”😄 Myśląc ciągiem logicznych skojarzeń: jeśli gada się głupoty, to otwór, z którego one się wydobywają, jest głupi… 😄

Czy prowadzące kobiety są konkurencją dla panów?

Prowadzenie jest wyzwaniem, które podejmuje coraz więcej dziewczyn wcale NIE z powodu tego, że nie są proszone. Efektem ubocznym nauki liderowania oczywiście będzie to, że jak wytrwają, będą z dziewczynami tańczyć i będą w tym lepsze niż niejeden malkontent nie umiejący tak samo od piętnastu lat. Zwłaszcza że tango damsko-damskie też jednak może mieć flow. Przekonałam się o tym, kiedy któregoś razu muza tak mnie porwała, że ja porwałam Beatkę i było super. Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą przyjemność z prowadzenia i stwierdzam, że jako leaderka przeżyłam moją tandę życia 😄.


Piersi.

Kiedyś miałam problem w tańcu z kobietami. No bo jak to tak w bliskim objęciu czuć biust na sobie? Albo mój na niej? W ogóle na początku mojego tanga miałam dużo różnych błędnych przekonań, np. co do wzrostu i masy. Uważałam, ze jak jest za chudy/za gruby/za niski/za wysoki, to jest niewygodny (o tym wspominałam w mojej pierwszej książce pt. „Pasja budzi się nocą”). A to były zwyczajne ograniczenia w mojej głowie! Teraz wiem, ze niewygodnie jest wtedy, kiedy partner/ka się pochyla, kiedy nie ma techniki i kiedy po prostu energetycznie jest z innej bajki. A nie kiedy ma lub nie ma piersi, brzucha czy centymetrów!

Wzrost i waga nie mają nic do rzeczy.

Może poza tym, że człowiek z nadmiarem kilogramów szybciej się męczy, bardziej sapie i dużo mocniej się poci. To, że nie postura ma znaczenie, dotarło do mnie na jednym z festiwali, kiedy bardzo ognistą milongę zatańczyłam z osobą wzrostu najwyżej 155 cm (ja mam 170 + obcasy), wagi może ze 45 kg. I była to kobieta!

Zauważyłam, że dużo pań prowadzi w objęciu otwartym.

Pewnie przez wspomniane czucie piersi, które bywa krępujące. Ale nie dla mnie. Ja przestałam na nie zwracać uwagę. Serio. Tango dla mnie ma wtedy sens, kiedy tańczy się blisko (oczywiście zmienne objecie ma swój urok i moc, jeśli umie się je stosować). Zresztą: bliskiego objęcia boi się wiele osób początkujących i wynika to w ogóle z lęku przed fizyczną bliskością. No bo jak to tak, z obcym..?

W tej bliskości jest dla mnie magia tanga.

Jestem introwertyczna (tak, pozory mylą). Nie spoufalam się zbyt szybko i nie mam potrzeby przyjaźnić się z całym światem (czasem go tylko próbuję zbawiać, ale trenuję powstrzymywanie się i coraz lepiej mi to wychodzi). Nie rzucam się wszystkim w objęcia. Sporo czasu mi zajęło nauczenie się powszechnego cmokania na dzień dobry i do widzenia. A niesamowite jest to, że tango znosi wszystkie moje mentalne ograniczenia. Często już po cabeceo wiem, że to będzie TO… Po objęciu… Pierwszym kroku… Mam nadzieję, że jako prowadząca też to będę czuć, bo chociaż pandemia przerwała mój rozwój, zamierzam na tę ścieżkę powrócić.

 

Kłopoty z nawigacją.

Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ilu niby zaawansowanych prowadzących ma kłopoty z nawigacją. A tam: kłopoty. Nie umieją, ot co! Dlatego nie prowadzę na ciasnych milongach, bo mnie wkurzają latający w poprzek jak pijane meteoryty. Jednemu takiemu nie omieszkałam fuknąć na głos: „Gdzie mi tu!”, bo nie dość, że zasuwa z wystawionym łokciem, to rzeźbi w te i wewte w sfatygowaną rozgwiazdę (i zabrał się za uczenie…). Ronda, jej sens i energia to inny, duży temat. Więc moje próby prowadzenia niestety zdemaskowały w moich oczach wielu tylko niby zaawansowanych. Prawdziwy zaawansowany wie, po co są zasady nawigacji i umie z nich korzystać. I nie ogranicza to czerpania przyjemności z tanga.

Czy prowadzenie rozwija podążanie?

Moim zdaniem to całkiem inna umiejętność. Rozwija o tyle, że pewne ćwiczenia techniczne, jak ocho czy bycie w osi, trenujesz w obydwu rolach. Na pewno dziewczyna, która podąża od wielu lat i uczy się prowadzić, jest cenniejsza dla tej początkującej niż mężczyzna, który niewiele umie. Dlatego podpowiadam paniom: nie szukajcie na siłę partnerów! Rozejrzyjcie się za prowadzącą partnerką. Uczyć się możesz z kobietą i na lekcjach prywatnych i jeśli włożysz w to swoją pracę i serce, szybko nadejdzie czas, że zaczniesz tańczyć na milongach. 

Koledzy pyta, po co mi TO.

Jest tyle innych aktywności, po co kobieta ma się zabierać za prowadzenie? Ja to traktuję jako profilaktykę antyalzheimerowską, jako nabycie nowej umiejętności, jako wyzwanie rzucone samej sobie (przypomnę: mam zaburzoną lateralizację, nie jestem w stanie nauczyć się prostej choreografii, sekwencja złożona z więcej niż jednego kroku powoduje, że czacha mi dymi jak elektrociepłownia Siekierki w sezonie grzewczym. Jako podążającej mi to nie przeszkadza, ale jako liderka to ja mam ogarnąć, co i jak, więc wyzwanie jest!). Odpowiadam, że dla mnie to trening mózgu, że w tej drugiej roli inaczej współpracuję z moim ciałem. Że będę miała dla panów więcej zmiłowania w sercu… 😄

 

Władza nad kobietą.

Jedna z koleżanek, która także czasem prowadzi, powiedziała, że to fantastyczne uczucie mieć władzę nad kobietą: robi, co każę. Ja tego tak nie czuję. Dla mnie prowadzenie to odpowiedzialność za komfort partnerki. Myślę o tym, czy jej ze mną nie nudno… czy jest jej wygodnie…

I to jest dla mnie główna różnica w prowadzeniu i podążaniu.

Jako podążająca uczę się po to, żeby partnerowi było ze mną wygodnie i przyjemnie, ale moje nastawienie jest takie: chodź, chłopaku, uczyń mi dobrze 😄

W prowadzeniu to ja chcę dobrze zrobić dziewczynie, z którą tańczę. Tak, zamierzam doskonalić tę sztukę.

Na tej imprezie po raz pierwszy zatańczyłam tandę milong, przy czym każdy utwór z inną dziewczyną i z żadną się nie męczyłam! Dzięki temu na nich zrobiłam wrażenie i mogłam udać, że mam bogatszy repertuar 😄

 

Powyższy wpis jest pierwszym fragmentem większej całości, którą przygotowuję jako „Tangowe obyczaje, czyli co piszczy w subkulturze tanga argentyńskiego”. Będzie o tym, czy tango to seksowny taniec, czy w tym środowisku się romansuje, co to znaczy socjalność tanga, dlaczego to środowisko jest subkulturą, jak się uczyć, czy można nawiązać głębsze relacje, a nie tylko powierzchowne, dlaczego wielu niewiele umie, ale bierze się za uczenie, dlaczego oni nie proszą, a one nie chcą, i wiele więcej 😄 Póki co możesz zamówić u mnie moją pierwszą książkę pt. „Pasja budzi się nocą”, w której zawarłam moje początkowe tangowe doświadczenia. Poprzez niezwykłą historię wprowadzam na tangowe salony i do przedsionka tangowych obyczajów 😄

Jeśli lubisz mnie czytać, doceniasz czas, serce i zaangażowanie, które wkładam w tango, postaw mi kawę 🙂  

Foto: Dominika Kołodziejska. Modelka: Ela, która ma bardzo miłe objęcie.

 

P.S.

Dowiedziałam się, że na jednej z warszawskich imprez naszej tangowej koleżance Dorotce Wandrychowskiej ukradziono moje książki, „Pasję…” i „Przenikanie”. Obie były z osobistymi dedykacjami. Fuj, złodzieju. Rzucam na ciebie urok: stracisz o wiele więcej.

„Maria de Buenos Aires” – Basen Artystyczny

Sceneria dla tego przedstawienia jak dla mnie jest rewelacyjna. Szkoda, że nie mam lepszych zdjęć.
To wydarzenie przyszło do mnie nagle. Widocznie Kosmos uznał, że powinnam je zobaczyć. Słyszałam, że grają, ale ponieważ wiele tangowych koncertów i nieco tangowych spektakli widziałam, jakoś tak nie miałam parcia, chociaż Tango Attack i Grześka Bożewicza z bandoneonem bardzo lubię i nigdy ich dość. Co ciekawe, premiera odbyła się w tym roku i to w moje urodziny... Widocznie pisane nam było się spotkać, chociaż nie planowałam. 
Basen Artystyczny – Warszawska Opera Kameralna.

Zacznę od miejsca: byłam tu po raz pierwszy (nie jest łatwo trafić i ludzie się gubią: idzie się ul. Konopnickiej, a potem alejką – wieczorem przyjemnie oświetloną lampionami – na tył teatru Buffo). Podczas tego spektaklu nie ma tradycyjnych teatralnych rzędów, tylko ośmioosobowe stoliki w niezbyt dużej przestrzeni (na moje oko mieści się jakieś 160 osób i w gruncie rzeczy siedzi się wygodnie). 
Usadzamy się przed rozpoczęciem. Trumna na scenie robi wrażenie. Nie mówili, że zakaz zdjęć, więc chociaż ciemno, spróbuję kilka zrobić.
Przestrzeń tego miejsca jest absolutnie niezwykła!

Nowoczesna, alternatywna dla klasycznego pojmowania teatralnej sceny. Tu się wszystko dzieje wszędzie! W tym konkretnym przedstawieniu aktorzy pojawiają się ze wszystkich stron. Przechadzają się przez salę. Zaglądają w oczy widzom i nagle umierają...
Trup się posłał u mych stóp.
Kiedy tuż przede mną „umarła” pierwsza dziewczyna, mój smartfon się przestraszył i sam z siebie trzasnął czarno-białą fotkę!
Nie wiesz, z której strony co się wydarzy. Aktorzy drą się, głaszczą widzów, częstują empanadami... Jedna ze ścian wygląda jak mieszanka białej i ciemnej czekolady. Rusza się w czterech miejscach w takt muzyki, co wygląda trochę horrorowato... Ale apetycznie i mnie się właśnie kojarzyło z masą czekoladową. Mój praktyczny zmysł odnotował, że musiano zatrudnić cztery osoby do ruszania tą magmą!   
Górna część tej ściany się rusza, tak jakby spod jej powłoki chciał się uwolnić jakiś twór… Nad głowami widzów przedstawienie trwa w najlepsze. Idąc, warto nie wybierać miejsc przy samych ścianach, bo w nich się też dużo dzieje!
Na biletach wystosowano prośbę o stroje wieczorowe.

A pierwsze zdanie przedstawienia brzmi: „O kurwa, złamałem skrzydło”. Po obejrzeniu całości mogę stwierdzić, że gdyby wybrzmiało po hiszpańsku (z tłumaczeniem sprawnie wyświetlanym w różnych miejscach, tak aby każdy mógł przeczytać – co zresztą było czynione podczas śpiewania: wyświetlał się tekst tłumaczenia w trzech miejscach, więc niezależnie od tego, gdzie się siedziało, było dobrze widać) – bardziej by pasowało. Nasza polska kurwa była tu jak z innej opowieści.  
Przerwa. Dzięki temu, że są stoliki, można przy okazji urządzić imprezkę.
Obsada.

Całość znajdziesz TU.

Wiadomo, że zawsze są dwa składy obsady. Ja trafiłam na Alicję Węgorzewską jako Marię. Reżyser spektaklu, Michał Znaniecki, od wielu lat mieszka w Buenos Aires i wydaje mi się, że zaopatrzył bohaterkę w buty tangowe zaprojektowane według najnowszych trendów, jeszcze na warszawskich parkietach nie widziane (takie z szerokim pasem jak od spodni wokół kostki – i mój praktyczny zmysł od razu mi podpowiada, że krótkie nogi w krótkich spódnicach nie będą dobrze w nich wyglądały… Ale Alicja nie ma krótkich nóg i nie była w krótkiej spódnicy, więc wyglądała ok). 
Foto: mosh mosh. Maria miała takie, tylko czarne.
Jak pisałam, wiele spektakli i koncertów za mną. 

To ma swoje minusy: trudno zrobić na mnie wrażenie. Zwłaszcza że znam repertuar Piazzolli i słyszałam wiele różnych wykonań. Poza tym mam taką swoją teorię, że aby z sercem wykonywać tango, trzeba chociaż trochę je "liznąć" na parkiecie. To argentyńskie oczywiście. Nie trzeba być mistrzem, ale trening na potrzeby spektaklu moim zdaniem nie wystarcza. Może przesadzam? Ale ja tak mam: słyszę, kto z wykonawców (grających lub śpiewających) wie, o co chodzi, a komu się tylko wydaje… "Serce tanga bije na milongach" - powiedziała Beata Maia w wywiadzie. Nie odda ducha tanga ten, kto tylko je trenuje.
  
Tanga nie można udawać. Ciało nie kłamie.
   
Dlatego kiedy słyszę naszą tangową Divę i mezzosopranową Divinę Izę Kopeć, jak śpiewa: „Yo soy Maria de Buenos Aires…” - to ja jej wierzę…  




W tych oknach są żywi aktorzy! Chociaż na zdjęciu wyglądają jak namalowani.
Muzyka.

Kto zna Tango Attack (Grzegorz Bożewicz – bandoneon, Piotr Malicki – gitary, Hadrian Filip Tabęcki - fortepian), ten wie, że jest moc. Opera Kameralna proponuje udział dodatkowych instrumentów, w sumie jest ich aż 14. Nie będę opowiadać o muzyce, jej się słucha.
   
Taniec.
Duży zespół tańca współczesnego robi wrażenie. Aż dziw, że się wszyscy zmieścili w tej niewielkiej przestrzeni :) Tuż przy moim stoliku dwóch tancerzy wykonało kawałek męskiego tanga, anioły z Marią też postawiły ze trzy pas … Taneczne sceny bicia i zabijania kobiet – mocne. 
 
Scenografia.
Uwielbiam takie klimaty: tajemnica, mrok, nieoczywistość… Mnie się bardzo podobała. Cała! Zarówno scena, jak i to, co było z boków. Niestety zdjęcia nie oddają uroku otoczenia. Trailer zobaczysz TU. 
Nie tylko ściana, ale obramowanie sceny też wygląda jak zrobione z czekolady.
Wyjątkowy dzień.

Okazało się, że w tym dniu córka Alicji Węgorzewskiej kończy 18 lat. Była obecna, więc już po oklaskach końcowych mama i zespół odśpiewali jej „Sto lat”, a wszyscy, także publiczność, zostali zaproszeni na tort i wino.  
Tort przygotowany dla Jubilatki…
…inspirowany programem spektaklu.
Podsumowanie.

 * Niecodziennie. Podejrzewam, że w Basenie Artystycznym wszystkie spektakle są „inne” (pójdę z pewnością, przygotowana na głaski rozdawane przez aktorów), chociaż widziałam na zdjęciach także normalne, teatralne ustawienie krzeseł. 
  
 * Interakcja z widzami jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu (już we
foyer), to ciekawe doświadczenie. Nieprzewidywalność całości – to duże wyzwanie dla introwertyków, czyli dla mnie. Wolę obserwować z boku. Dotyk nieznanych osób nie robi mi dobrze (chyba że w tangu, ale to co innego). Ale ci, którzy szukają mocniejszych wrażeń i niecodziennego spektaklu, znajdą to właśnie tu (zwłaszcza jak usiądą przy stole na samym środku), a ja potraktowałam to doświadczenie jako poszerzanie swoich granic.

 * Dla osób wysokoreaktywnych (czyli mocno reagujących na niewielki bodziec) może to być bardzo mocne doświadczenie, zwłaszcza że klimat całości nie jest zabawowy i dużo jest scen związanych z przemocą, charakterystyczną dla Buenos Aires początku XX wieku. Ja akurat jestem niskoreaktywna (więc trudno mnie przestraszyć, ale i zachwycić) i tak jak niekomfortowo czułam się, kiedy aktor mnie dotykał, tak w tej całej bardzo dużej dynamice i hałasie odczuwałam monotonię. Pomyślałam, że właściwie po pierwszej części mogłabym już iść, bo chyba nic innego się nie wydarzy... Na szczęście zostałam i nie żałuję.

 * To jest spektakl, gdzie warto wiedzieć, na co się idzie, czyli przed przeczytać libretto. Ja tego nie zrobiłam. Wydawało mi się, że idę na przedstawienie o tangu i z tangiem. A to nie tak! Więc nie bardzo skumałam, o czym jest opowieść. Maria umarła, snuje się jako duch, ale co z tego? Jak sobie doczytałam, to przynajmniej wiem, o co chodziło heh. 
Oklaski końcowe i „Sto lat” dla Jubilatki.
Zabrakło mi:

 * Widoku grających muzyków. Jedynie Grzegorz się pokazał na scenie (bardzo fajnie to wyglądało). Nie wiem, gdzie by mieli być, bo jak pisałam, przestrzeń jest ograniczona, ale lubię widzieć, jak grają. Tak mam. Może w scenerii innego miejsca można na nich popatrzeć… W każdym razie w tym miejscu akurat ten spektakl warto obejrzeć, mimo wizualnej nieobecności muzyków oprócz Grzegorza.

 * Namiętności. Przemoc przesłoniła wszystko (martwię się, czy dziewczynka grająca małą Marię nie jest tym spektaklem straumatyzowana) i ja osobiście nie odnotowałam czułości, miłości, pożądania. Za mało zróżnicowania emocjonalnego, brak ciarek spowodowanych dreszczem namiętnej ekscytacji. Szkoda.
  
 * Tańczonego tanga. Miłośnicy tańca współczesnego będą z pewnością zadowoleni, tancerze są zawodowcami. Ja osobiście jednak, zamiast padaczkowych drgawek, chętnie zobaczyłabym dobrze zatańczone proste, portowe tango… Bez nóg na suficie, nie escenario, tylko to opowiadające o tęsknocie… miłości… zawiedzionych nadziejach… albo tych świeżych, które jeszcze nie wiedzą, że umrą za jakiś czas… 
Muzyków zobaczyłam na końcu, nad moją głową 🙂
Czy polecam?

Tak! Jeśli jesteś otwarta/y na inne środki wyrazu niż na tradycyjnej scenie, przeczytasz libretto (przyjdź wcześniej i kup na miejscu, koszt to tylko dycha) oraz wywiad z reżyserem (jest w tej samej broszurze) i nie nastawisz się na oglądanie tanga, tylko na słuchanie i zanurzenie się w mrocznej opowieści – z pewnością nie stracisz czasu. Miej oczy dookoła głowy, bo spektakl trwa wszędzie! Muzyka jest niezwykła, forma całości inna! Sztuka ma zostawiać ślad, a ta zostawia!  

Piazzolla był uznawany za kompozytora tang do słuchania - do tej pory wielu zwolenników klasyki uważa, że "się Piazzolli nie tańczy". Może dlatego nie zobaczysz tanga? Ale zobaczysz coś, co Cię zaskoczy... Minęła doba, a ja coraz bardziej myślę o tym, czego doświadczyłam... 
Foyer w oczekiwaniu na gości Jubilatki, w tym zaproszoną publiczność. Proza życia wygrała: niehandlowa niedziela, pusta lodówka i późna godzina pognały mnie po zakupy, zanim zamkną sklepy czynne do 23.00.
Na zakończenie tego niezwykłego wieczoru można sobie strzelić fotę na ściance, a każdy pozuje, jak umie...

P.S. Sztuka nie jest po to, by odpowiadać na gusta i zadowalać. Ona ma zostawiać trwały ślad. We mnie zostawiła.

Sylwester na winylach 2019 – nie taki całkiem mini maraton!

W Warszawie mini maraton mamy cały rok.

Rzadko zdarzają się dni, w których nie ma milongi. Nowy rok przetasował miejsca i wydarzenia. Jedne zniknęły, inne powstały. Życie jest cyklem. Wszystko jest cyklem. Nawet jak jest raz, bo „...nic dwa razy…”. Tylko w święta nie ma milongi i żadnej praktyki. Na co dzień się tangoli, czasem w aż za wielu miejscach w jednym czasie. Ale zaraz! Ja nie o tym, tylko o tym, że sylwestry tangowe były dwa plus jeden tangowo-nietangowy.  
Przedsylwestrowe przygotowania – w tym roku loki!
Ten na winylach był jedyny.

Hotel Airport Okęcie mieści się przy lotnisku. Na regularne milongi położenie jest słabe, na incydentalne – nie przeszkadza. Swego czasu chcieli, bym organizowała u nich popołudniówki w Café Czekolada, ale mieliśmy inne wzajemne oczekiwania. To w clubie Aviator na XII piętrze odbywały się milongi Aviator. Tu także odbyła się posylwestrowa popołudniówka i milonga noworoczna, obie w ramach karnetu sylwestrowego, a dla osób witających Nowy Rok gdzie indziej - dodatkowo płatne, ale o nich nie będę się rozpisywać. W skrócie: frekwencja dopisała. Na popołudniowej był słodki bufet + napoje. 
Mniam.
Tylko Adrian mógł takiego sylwestra zorganizować!” 
 
Powiedział jeden z tangowych kolegów. Coś w tym jest… Bo i Duża Warszawska, i Aviator miały swoją rangę. Zrobić sylwestra w takim (drogim!) miejscu w normalnej cenie – no no… Cmokam z podziwu. Zwłaszcza że – sami to mówicie - Adrian nie ma miana przyjaciela wszystkich stworzeń na ziemi i w komunikacji bywa specyficzny. 
A jednak właśnie Jemu się udaje. 
Drużyna Adriana nie jest specjalnie liczna.

Bo nie ilość, a jakość się liczy. Dziewczyny są bardzo przyjazne i myślę, że to one ogarniają pracę u podstaw. Ale organizatorem jest Adrian (Otocki, jak ten hrabia-wynalazca z powieści Bolesława Prusa pt. „Lalka”. Adrian jest zawodowym tancerzem, dyplomowanym instruktorem tańca i tanga - tak, jest „coś” takiego!, animatorem tanga w Warszawie i Lublinie). W wystąpieniu dziękował Lubelskiemu Stowarzyszeniu Tanga Tango Paraiso. 
Adrian i jego Team (od lewej): Samanta Zarzycka, Patrycja Tomaszuk, Monika Piekarz i Nina Krawczyk.
Przygotowania.

Byłam pod wrażeniem. Informacje były wrzucane na bieżąco. A to, że jest parking. A to, jak się odnaleźć wśród dużych stołów… O, stoły to osobny temat.
Koncepcja, jak „to” ma wyglądać, klarowała się do ostatnich dni. Najpierw w ogóle nie było przewidzianych rezerwacji, co mnie zniechęciło do udziału w imprezie. Kobieta ma torebkę, szal, na eleganckim evencie powinna mieć swoje miejsce. Nie musi na nim tkwić, ale ja uważam, że pewien porządek powinien być. I moje miejsce, z moją torebką i szalem, taki porządek mi zapewnia.  
Rezerwowane czarne krzesła.
W końcu pojawiła się koncepcja – utrzymana do końca - rezerwacji stołów ośmioosobowych, z wyznaczonym „opiekunem stołu”. Czyli trzeba się było zgłaszać ósemkami. Nie było innej opcji. Osiem – do stolika z czarnymi krzesłami. Bez rezerwacji - do krzeseł białych. Nie na odwrót! Tak mi się skojarzyło (tak, miewam dziwaczne skojarzenia, wiem  😄): „(…) czwórkami do nieba szli żołnierze z Westerplatte...”, a na sylwestrowicze na bal ósemkami. Każdy miał zapewnione miejsce siedzące.  
Dobrze to czy źle?
Wszyscy sobie poradzili, z organizatorami włącznie, chociaż na początku osoby bez rezerwacji były trochę zagubione, zwłaszcza jak przyszły/li solo. Ja bym tam system uprościła, bo wiadomo, że na każdej większej imprezie usadzenie gości jest kluczowe. 
Adrian co prawda mówił, że to nie ma być impreza zasiadana, ale sylwester to sylwester, a nie lokalna milonga. Ja bym nie sadzała stada ludzi się znających, bo oni mają siebie na co dzień. Skoro był balans (no, prawie), to można było postawić na integrację, zwłaszcza że stoły stały w dwóch częściach, co tejże nie służyło. 
Wygląda, jakby był na parkiecie luz. Był. Tylko chwilowy 😄
Muzyka.
Najlepsza na świecie. Każdy organizator, który zaprosi duet djski Radio Tango Uno, odniesie sukces. Jak zaprosi pół duetu – też. Bez udziwnień, Klasycznie. Energetycznie. W dobrej jakości. Początkowo mechanicznie, w środku z winyli. Że im się chce! Zwłaszcza że amatorzy nie słyszą różnicy. Za to na pewno waflowanie płytami robi wrażenie nawet na muzycznych abnegatach, a Dorota w białych rękawiczkach jest sexy. Marcin – sorry Marcin – mniej 😄    
Panowie mi mówili, że Dorota wyzwala w nich fantazje: rękawiczki i szpilki… 😄
Na tę imprezę zjechało dużo ludzi, a kraju i zagranicy. Dla mnie to dziwne, bo mam ich pod ręką (organizują w środy i niektóre niedziele milongę Uno, Dorota grała na milondze w Wilanowie, obydwoje jeżdżą jako dje na maratony i festiwale w różne zakątki świata), ale wiele osób, zachwyconych puszczaną muzą, przyznało, że słyszy ich po raz pierwszy i nie wie, co to Radio Tango Uno! Kliknij TU i się dowiedz, bo obciach!  
Marcin Błażejewski & Dorota Zyskowska, czyli Radio Tango Uno i Molonga Uno.
Parkiet
Z atrakcjami. Widać, że niejedna impreza na nim hulała. Na tę ilość ludzi mógłby być większy, zwłaszcza że muzyka wyrywała od stołów. Kiedy go zdewastowaliśmy i ciutkę się rozjechał, ekipa będąca w pogotowiu szybko się z nim uporała. 
Ekipa techniczno-parkietowa w pogotowiu.
I to w sposób wyglądający dość tanecznie. Panowie się wykazali sprytem, sprawnie operowali nogami i młotkami. I całkiem dobrze wyglądali. Lepiej niż niejeden zwolennik „wolnych pląsów” nazywanych neotangiem😄   
Ekipa zwarta i sprawna!
Bufet 
Dobrze zaopatrzony. "Niech żyyyje bal..."! 
„Za wujka Marcina…” 😄
Obfity w jadło i napitki. Obsługa bardzo sprawna, ale to akurat mnie nie dziwi, bo ten hotel słynie z dobrej kuchni i serwisu. 
Kelnerzy przynosili trunki do stołu. Amatorzy drinków mogli zamawiać je w barze.
Duży atut: brak hocków-klocków.   
Wiele imprez sili się na jakiś program artystyczny nie wiadomo po co. Widziałam imprezy z różnymi przeszkadzaczami, złymi pokazami, koncertem muzyki tangowej słabej do tańczenia. To dodatkowy koszt, często naprawdę zbędny. Tu tego na szczęście nie było. 
Na imprezie spotkałam znajomego z Izraela, którego poznałam na festiwalu w Tel Avivie.
Za to uroczym akcentem były noworocznie składane życzenia, radośnie i naprawdę miło. 
Trwało to długo, bo też dwie części sali się przemieszczały i wreszcie przemieszały.   
Ten rok będzie dla tangueros szczęśliwy, już Mirek o to zadbał, odpowiednio traktując kieliszek… 
Podsumowanie
Sylwester bardzo udany. Najmocniejsze punkty: muzyka i bufet. 
Gratuluję Adrianowi i dziewczynom!   

Milonga Retro 1919

Dworzec Warszawa Główna

Tam się spotkaliśmy, by potangolić w klimacie roku 1919. Oczywiście stylizacje i ten rok były kwestią umowną. Ja na przykład dzień wcześniej nabyłam sukienkę, której sznytu chciałam dodać adekwatną do stylu opaską z piórem (leciałam ją kupić z wywieszonym językiem tuż przed imprezą). Niestety, została w torebeczce na stole, a zamiast niej zapakowałam torebkę na psią kupę. Więc w efekcie była stylizacja bez stylizacji.
Foto: Dominika Kołodziejska
Foty to mocny element tej imprezy.

Fajnie poczuć się jak w innej epoce, zwłaszcza że główna organizatorka, Paulina Policzkiewicz-Woźniak (i Akademia Tanga Argentyńskiego, o której korci mnie, żeby napisać, ale przez ogromną sympatię do Pauliny jednak się wstrzymuję... I nie chodzi o dawne wygłupy z pismem z dupy, które nadal mnie śmieszy - Pau nie miała z tym nic wspólnego), a więc Paulina zawsze aranżuje buduarowy kącik idealny do sesji zdjęciowych. Elfik Dominiczka wyczaiła zaparowane okno, no i poniosła nas fantazja...
Foto: mła! Jak to powiedziała Dominiczka: Nie ma to jak trup ożywiający imprezę…
…a co dopiero dwa trupy…
Foty Dominiki możesz obejrzeć (OJJJ... WARTO...) TU i TU i TU i TU!
Ela, jak zawsze, z klasą.
Trochę historii

W lutym 2013 roku miała premierę moja książka pt. "Pasja budzi się nocą". Opisywałam tam pomysł zorganizowania milongi pod wezwaniem "Tango w przedwojennej Warszawie". W grudniu po raz pierwszy Akademia Tanga Argentyńskiego zorganizowała milongę 1913. I cudownie! Co prawda nie wiem, dlaczego Edi z tego powodu przestała się ze mną kolegować, ale cieszę się, że Milonga Retro na stałe wpisała się w warszawski grudzień. A w październiku tego roku ukazała się moja druga książka, z tangiem w przedwojennej Warszawie właśnie. 
Jak to powiedziała Dominiczka: trudno ze starych kawałków upleść dobrą milongę, czy jakoś tak… W każdym razie Darek Tybińkowski (tak, to on! Nikt go nie poznał…) dał radę!
Miejsce

Warszawa Główna to dawny dworzec kolejowy, obecnie Stacja Muzeum. Ma swój klimat. Czy do tanga? Podłoga jest niewątpliwie słabym ogniwem tego miejsca, ale dworcowa energia (i zapach, mimo tylu lat!) ma swój urok... No i te foty...
Zapach mężczyzny…
Foto: Dominiczka.
Dla takich zdjęć warto przyjść!
Foto: Domi.
Foty, foty, foty...

Główną fotografką była znana, uznana, ulubiona przez niektórych, uwielbiana przez masy Ela Petryka - koniecznie obejrzyj jej niesamowity album (TU). Chciałabym zrobić z Elą wywiad odnośnie funkcji milongowego fotografa, zdjęć, organizatorów, foto obyczajów... Ale mi się miga, więc proszę o zachętę dla Eli pod postem z tym wpisem!
Może Wasz aplauz ją przekona, że warto ze mną pogadać..?
Podsumowanie:

1. Muza i foty: świetne!
2. Bezproblemowe parkowanie!!! Uwielbiam się tym nie stresować.
3. Miejsce: klimatyczne, ale niełatwe.
4. Zupa: była pyszna! Jednak biorąc pod uwagę wentylację...
5. Szkoda, że Milonga Retro pokryła się z przedświąteczną milongą w Złotej. Wiele osób planowało milondżing, ale nas np. zatrzymały foty i już nie ruszyłyśmy dalej. Ela ze Złotej dotarła, ale część osób tam została.
6. Występ artystyczny, czyli czarodziej (nie zanotowałam, jak się nazywał - jakoś tak bardzo elegancko - a w wydarzeniu był przedstawiony jedynie jako zaplanowany występ niezaplanowany albo odwrotnie...): iluzjonistycznie pasował do klimatu drugiej dekady XX wieku.
Co on wyprawiał z tymi linami…
Ja też robiłam foty.

I zrobiłam komiks, bo czasem lubię zaszaleć...
…a potem było dużo amatorek robienia zdjęć.
Niektórzy zapominają, że kobiet nie trzeba rozumieć, tylko kochać.
Kandydatka na fotografkę wymagała przeszkolenia.
Krótkiego przeszkolenia.
Inna kandydatka na fotografkę nie miała problemu ze sprzętem, tylko jakość modelek jej nie zadowalała…
Ale że ktoś ma decydować, czy one się nadają?! Obserwatorka ma swoje zdanie…
Dała szansę.
Instrukcji c.d., a zabawa toczy się dalej…
…i instrukcję. A impreza toczyła się dalej…
A wtedy zmieniła się kandydatka na fotografkę i znowu wkroczyła Ona… Z propozycją swojej aktywności.
Krótkie merytoryczne konsultacje zawsze w cenie.
Pomysły się zmieniały, jak kandydatki na fotografki.
Kandydatka na śpiewaczkę wykazała się bystrością w postrzeganiu.
Przypomniała sobie, po co tu przyszła.
Poszła uzgodnić repertuar, a kolejna kandydatka na fotografkę traciła cierpliwość do modelek.
Impreza toczyła się w dobrym tempie wewnętrznych zmian.
Podglądacz zawsze się znajdzie.
Pewne zdanie i ogólna wesołość przyciągnęły mą uwagę…
…i wtedy Dominiczka zabrała mnie na parapet…