Poznański Tango Weekend – wrzesień 2021

Uprzejmie informuję, że to jest mój osobisty blog, moje osobiste opinie i przyjmuję do wiadomości, że każdy może mieć swoje. I swojego bloga też!

Foto: Krzysztof Rwicz

Kolejna impreza przemknęła niczym sen… Poznań Tango Weekend nie był pierwszym weekendowym wydarzeniem w tym mieście, ale był inny niż poprzednie, w których brałam udział (dawno temu). Kolejny będzie w styczniu 2022. Tym organizatorom chyba podłączyli baterie króliczkowe. Dziś zaczęli Barocco w Zamku na Skale. Szykują też festiwal!

„Ach, co to był za weekend!”.

Sala Biała, hotel Bazar. Fot. Maciej Borowiec.

Drugi Poznański Tango Weekend, który łączy! Dzięki współpracy trzech szkół tanga: Oscar Dance (Grzegorz Kałmuczak), Tango La Vida (Iwona Piwońska) i Casa Buena (Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek) raz w roku tworzymy otwarty, pełen dobrej energii i pasji event w stolicy Wielkopolski – napisał Michał Kaczmarek, główny organizator.

Marzyli o tangu w Sali Białej od lat.

Sala Biała. Foto: Tango Te Amo.

Pogoda dopisała, nastroje też. Jakieś tam małe dramy były, ale zauważalne tylko dla niezwykle bystrych obserwatorów (ktoś kogoś rzucił… Komuś z kimś nie wyszło… ale pocieszył się kimś innym… Ktoś miał nadzieję… A ktoś niczego poza tangiem nie szukał i mimo wszystko znalazł, ktoś nie… Tango ma wiele warstw, dla wielu niedostrzegalnych). Generalnie atmosfera była wesoła i przyjacielska.

Super było!

Zwłaszcza w klubie „Buenos Aires”.

Foto: Tango Te Amo

Oczarowało mnie to miejsce! Warszawa się chowa ze swoim klimatem. Do wyboru w tygodniu jest pięć miejsc, ale albo gospodarz nie bardzo dba o obcy lud, albo fajne miejsce z potencjałem jest gaszone złą energetyką, albo nie wiem, co. Nie gra i tyle. Dlatego wolę wyjeżdżać.
Chyba że… UNO! Wracaj!!! Gdziekolwiek. Podobno dwa nowe miejsca na warszawskiej mapie się szykują, ale nie wiem, czy będę miała po drodze.

A w tym poznańskim klubie…

Foto: Tango Te Amo

Czyli w „Buenos Aires”, stworzonym przez tangueros dla tangueros, naprawdę jest klimat tanga argentyńskiego z Buenos Aires: social, bez napinki, integracja, empanadas, napoje (woda za darmo i bez ograniczeń), biesiadny stół. Tu się odbywały popołudniówki i afterki. Tu się działo. Tangowo i towarzysko.

Socjal.

Jeden z tangowych kolegów poruszył temat niby tangowych egocentryków: że są głośni, że swoim zachowaniem zakłócają przebieg imprezy. A ja myślę, że każdy event ma swoją specyfikę. I ten weekend doskonale to pokazał: w piątek tańczenie i trochę gadania, w sobotni wieczór „bątą” w Sali Białej, na popołudniówkach luzik, a na afterkach klubowo-tangowy misz-masz. Jeśli odgłosy socjala zakłócają tańczącym odbiór muzyki, to znaczy, że sala jest przeładowana ludźmi i nagłośnienie nie daje rady. A jeśli poza parkietem jest głośno, ale na parkiecie słychać muzykę, to znaczy, że jest ok.

Nad ranem. Najwytrwalsi. Foto: Tango Te Amo.

Ludzie z różnych miast, a nawet krajów, kiedy raz na jakiś czas się spotkają, bywa, że chcą pobiesiadować. Kiedy jest wesoło, to rozlega się śmiech. Argentyńczycy stawiają właśnie na ten socjal: siedzą w lubianym towarzystwie, jedzą, piją, śmieją się i rozmawiają, a tańczą przy okazji. Kto lubi trumienną atmosferę, niech przyjedzie do Warszawy. Podpowiem, gdzie iść.

Wniosek.

Jedna z moich tangowych córek (właściwie nie uczestnicząca w biesiadowaniu) powiedziała mi, że dopiero po tym weekendzie zrozumiała, dlaczego tak lubię wyjazdy i dlaczego na warszawskich milongach bywam rzadko. Bo to jest tak: kiedy wyjeżdżasz, nie jesteś w domu i z prozą życia, tylko poza nią. Cokolwiek TAM (czyli w prozie) się dzieje, to jesteś gdzie indziej. Ciałem i emocjami. I parkiet oraz objęcia inaczej smakują.

Muza.

M&Ms na afterce po sobotniej głównej zawładnęły parkietem i naszymi sercami. Zagrali rewelacyjnie. A kto się kryje pod tą ksywką? A poznaniaki: Magda i Maciej Szymańscy. Ideą tego poznańskiego tango weekendu jest, że mają grać miejscowi didżeje. Pomysł fajny, jednak szkoda, że nie zagrał Zorro alias El Monje. A może następnym razem właśnie M&Ms?

Milonga główna.

Hotel Bazar. Fota z internetów zapewne, ja pożyczyłam od Iwony Piwońskiej.

Sala historyczna, wolnościowa i niepodległościwa. Wszyscy powinni wiedzieć, że jedynym wygranym powstaniem w naszej historii było Powstanie Wielkopolskie.
Cały gmach hotelu Bazar jest neorenesansową perełką: w XIX wieku wzniesiono go z inicjatywy Karola Marcinkowskiego. „Ważnym wydarzeniem w historii hotelu Bazar była wizyta Ignacego Jana Paderewskiego 26 grudnia 1918r. Z okna apartamentu na pierwszym piętrze (bezpośrednio nad portalem głównym) wygłosił przemówienie do mieszkańców Poznania zgromadzonych na obecnym placu Wolności. To rozbudziło nastroje patriotyczne i przyczyniło się do wybuchu powstania wielkopolskiego (1918-1919)” – kto jest głodny historii, przeczyta TU.

Sala robiła wrażenie. Wszyscy zachowywali się nobliwie, jak na okoliczności przystało. Fotografowie chcieli mieć fajne ujęcia. Ale nie ze środka parkietu! Fotografem nie jestem (chociaż mam oko do ujęć), ale wiem: tangowy fotograf szuka kadrów bez przeszkadzania tancerzom i nie używa lampy błyskowej. Polecam.

Łazienka była wygodna i duża, jak to w eleganckim hotelu.

Milonga piątkowa.

Lokalizacja: na końcu poznańskiego świata. Ludzi dużo, chociaż trafić niełatwo. Dzięki uczestnikom ten wieczór był dla nas udany. Jednak uznałyśmy z „moją dziewczyną”, że jeśli kolejna poznańska impreza będzie zaczynała się w tym miejscu, to my zaczniemy od soboty.

Fot: Maciej Borowiec.

Na szczęście spontanicznie ogłoszono afterkę, na którą z radością pojechałyśmy.

„Buenos Aires” rządzi!

Powtarzam się, ale uwielbiam: popołudnia i afterki, klimat miejsca, muzyka…
Klub został stworzony dużym nakładem energii i finansów Michała Kaczmarka i Agaty Czartoryskiej, wspiera ich dzielnie Ania Kosela. I to jest takie miejsce, które ja bym chciała mieć w Warszawie… Cała ekipa warszawska jest zachwycona. Jesteśmy gotowi jechać tam na milongę!

W BA nie było czasu na foty. Milonga piątkowa. Foto: Dorota Pisula.

Pokaz.

W Sali Białej hotelu Bazar: Beata Maia Gellert & Łukasz Wiśniewski. Znam ich od początku mojego tanga. Maia to moja pierwsza nauczycielka techniki. Darzę ich sympatią i mogę polecić jako nauczycieli (dodatkowo Maia prowadzi na platformie tzw. Ciałorusz i jogę twarzy). Ale nie dlatego chwalę pokaz.

Zatańczyli rewelacyjnie.

Na jakiej podstawie oceniam? Na takiej, że wiem, na co patrzeć.

Oj… Jak ja tu patrzę… Jak patrzę… 🙂 Foto: Dorota Pisula.

Nie muszę być mistrzynią mundialową. Sprawozdawcy sportowi też nie są olimpijczykami. Krytycy sztuki nie tworzą dzieł. Właściwie to mogłabym w ogóle nie tańczyć, a się wypowiadać. Elżbieta Zapędowska nie śpiewa, a jest jurorką w konkursach wokalnych. Nawet umie uczyć śpiewu! Wystarczy posłuchać Edyty Górniak.
Wracając do pokazu – WOW. Widziałam kilka wcześniej. Ten był naprawdę fantastyczny. Maia i Łukasz bardzo rozwinęli się jako para. Jest moc!

Spełniło się marzenie.

Chacarera była! Foto: Tango Te Amo.

Organizatorów: zatańczyć tango na Białej Sali. Nie będę rozpisywała się odnośnie tego, kto w jakiej konwencji marzył, ale życie pokazuje, że marzenia się spełniają. Czasem daleko w czasie, z kimś innym, ale jednak. I często ta konwencja okazuje się znacznie lepsza od pierwotnych wyobrażeń.

Wytańczeni! Foto: Tango Te Amo.

Poza tangiem.

Mój bardzo tajny redaktor zwrócił mi uwagę, że ta pozatangowa część opowieści zajmuje więcej miejsca niż ta tangowa. Co poradzę, że nie mogę obejść się bez doznań? Pisać lubię, Czytelników mam, tak wychodzi. Kogo nie interesują moje szaleństwa, może skończyć w tym miejscu.

Życie lubi mnie stymulować. A skoro mnie, to i osoby mi towarzyszące.

Część ekipy warszawskiej przyjechała pociągiem. I odjeżdżała takoż – jak mawia Pietruszka. W luźnych pogawędkach wyszło nam, że chociaż przyjechaliśmy różnie, to wracamy razem. Och, jak fajnie! Warsie – przybywamy!

Idziemy z Beatkiem na dworzec. Szukamy peronu. Dobra, są drogowskazy. Docieramy. A po drodze mijamy koleżankę Agnieszkę z amokiem w oczach (brakowało toczonej śliny), która ucieka z tego peronu mamrocząc, że „to nie tu!”. Myślimy: coś jej się na rozum rzuciło, jak nic. W końcu tango to szaleństwo, więc ze zrozumieniem zaakceptowałyśmy, że postradała zmysły.

Niespiesznie zjeżdżamy na peron.

Pani w megafonie ogłasza opóźnienie 10 minut. Luzik.

Dołączamy do znajomych. Gadu-gadu, heheszki, fiki-miki. I nagle mi przyszło do blond główki zapytać kolegi Leszka o numer wagonu. On, że 268. Ja patrzę na mój bilet: wagon nr 14, więc mówię do niego: „To chyba nie tym pociągiem jedziesz”. Leszek spojrzał na godzinę odjazdu, numer pociągu i odpowiada: „To ty nim nie jedziesz”.

Aaaaa!!!

W międzyczasie Beatek oddaliła się. A my nie na tym peronie! Jej walizka została… Do odjazdu moment…

Poznańska koleżanka, będąca świadkiem, zachowała zimną krew i zaordynowała: „Idziemy!”. Złapała walizkę Beatki i pognała, ja za nią.

Dwie minuty.

Ktoś mądry tak ułożył rozkład jazdy, że pociągi jadące przez Poznań do Warszawy były dwa, a różnica w odjeździe do kompletu: dwie (!!!) minuty. 12.42. i 12.44. Perony tych pociągów były tak obok siebie, jak milonga piątkowa i sobotnia.

Beatek gdzieś.

Walentyna (o jedyna! Gdyby nie Ty…) wiedziała, dokąd biec, więc dotarłyśmy na właściwy peron (Agnieszko, Twój amok był mniejszy niż mój!). Ale Beatek gdzie?! Dzwonię. Odbiera. Mówię, jak jest. A ona… nie umie znaleźć peronu, bo ten jest w pi..u!!!
Bezradność. To jedno z najgorszych uczuć. Nie miałam żadnej mocy, żeby nią pokierować, bo nie wiedziałam, gdzie jest. Pomijam moją cudowną zaletę gubienia się w kierunkach. Z perspektywy czasu bardzo się z tego cieszę, bo gdybym próbowała Beatce mówić, jak ma iść, pewnie zamiast peronu znalazłaby dworzec autobusowy.

Walizka.

Jestem w pociągu. Moim właściwym. Beatki nie ma. Deliberujemy z Walentyną: walizka Beatki ma jechać? Zostać? Ja mam jechać? Wysiąść?

Sygnał odjazdu i zamykania drzwi… Otwieram. I tak trzy razy. Czyli trąbili, ale na szczęście nie blokowali.

Zwrot akcji.

Walentyna mówi, że jakaś dziewczyna z dużymi włosami ubrana na biało wskoczyła do pociągu. Czy Beatek była ubrana na biało??? Nie wiem!!! Ale dzwoni, że jest w ostatnim wagonie.
Pociąg rusza.
Akcja miałaby ciąg dalszy, gdybym oddała walizkę Walentynie, pociąg by ruszył z Beatką, ale bez jej walizki. Tfu tfu! Na psa urok!

Trochę wcześniej…

Na dworcu pojawiła się Monia. Usłyszała o opóźnieniu i uznała, że ma duuużo czasu. Spokojnie, stylowo („Pośpiech upokarza” – to maxima, której mnie nauczyła) przemierzyła dworcową połać i wkroczyła posuwiście (schodami ruchomymi) na peron, na którym był Leszek. Ledwo znalazła się na peronie, a on mówi: „Mój pociąg nie jest twój!”.

Monia miała bilet na nasz pociąg.

Rzuciła się w otchłań poznańskiego dworca, by znaleźć odpowiedni peron, ale mimo czynności tej wykonywanej skrupulatnie i w upokarzającym pośpiechu, dane jej było zobaczyć jedynie kuper naszego pociągu. Więc rzucając się w głębię upokorzenia, pognała z powrotem, by zdążyć na ten nie jej. Dzięki temu, że był opóźniony, udało się.

Bilet.

Masz na dany pociąg albo nie masz. Jeśli nie masz, płacisz karę albo kupujesz ten właściwy. Ewentualnie, dzięki życzliwej obsłudze, wysiadasz w Koninie. Z całą masą innych ludzi, którzy też nie zauważyli różnicy w biletach, pociągach, peronach…

Foto: Monika Jankowska-Kapica.

Podsumowanie.

Lubię Poznań i pojadę. Nawet pociągiem.
Na razie szykowałam się na Barocco. Szlafrok z emblematem prawie spakowany. Niestety. Zamek na Skale musi na mnie poczekać. To pierwszy raz, kiedy jestem zmuszona zmienić tangowe plany w ostatniej chwili. 
Skoro piszę, że ludzie z infekcjami powinni siedzieć w domu, dając społeczny przykład, nie mogę postąpić inaczej. „Moja dziewczyna” mówi, że wyjazd beze mnie to tylko połowa przyjemności. A ja powiem: zostając w domu mam 100% nieprzyjemności! 
Życie.

Autor: Ania TangoTeAmo

Tango to moja pasja. Podróżuję, by tańczyć. Opisuję tangowe imprezy i obyczaje. Piszę książki, w których zawsze obecne jest tango.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.