Milonga w Casino di Venezia – 1 kwietnia 2017

 

 

 

 

Jola:

Ten wyjazd był zupełnie przeze mnie nieplanowany. Byłam jeszcze w Buenos Aires, kiedy Ania napisała: „Jolando – jedziemy do Wenecji!”. Policzyłam: między jednym a drugim będę w domu – w którym nie byłam od dwóch miesięcy – tylko dziesięć dni… „I wystarczy!” – napisała Ania 😀
Tyle pięknych wspomnień z poprzedniego pobytu… Perspektywa tańczenia w wyjątkowym miejscu… OK! I stało się tak, że zaczęło to być jedno z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie wydarzeń.

 

 

 

 

 

 

 

Ania:

Milonga w Casino di Venezia odbywa się tylko raz w roku.  Gospodarzem i Tango Dj – em jest bardzo lubiany Roberto Rampini. Pomyślałam: milonga w pałacu i kasynie jednocześnie – toż to dla mnie raj! Uwielbiam pałace, lubię ruletkę (niestety rzadko grywam), Roberto na pewno zagra energetycznie…
Pierwszy zimny prysznic – a właściwie wiadro lodowatej wody – chlusnęło we mnie już na lotnisku: nie wzięłam tangowych butów… AAA!!!!! Ich brak na nogach tanguery podczas milongi to tak, jakby piłkarze rozgrywali mecz na bosaka albo w tenisówkach!

 

 

 

 

 

 

 

Przeczesałyśmy z Jolandą internety, Cristina – partnerka Roberto – jak mogła, starała się pomóc… Dziękuję Ci! Okazało się, że jest! Sklep z butami tanecznymi, w tym do tanga!!! Jedziemy! Niemal na drugi koniec Włoch… A konkretnie: do nowej części Wenecji, tej na stałym lądzie. Wyprawa: ponad godzinę w jedną stronę. Niestety: butów do tanga trzy pary i żadna dla mnie. Cóż zrobić, kupiłam do salsy. Nie był to komfort mojej ulubionej tangowej marki, ale lepszy rydz niż nic! A buty bardzo ładne.
Wyrychtowałyśmy się jak ta lala i w drogę!

 

 

 

 

 

 

 

Jola:

Wstęp na milongę nie był tani (40 € milonga + 20 € wejście do kasyna). Obowiązywały stroje wieczorowe. No ale przecież był to pałac i Casino di Venezia! Już samo wejście robiło wrażenie, a kiedy zobaczyłam właściwe wnętrza – stwierdziłam, że będzie to uczta dla ciała i ducha.

                                                                         

 

 

 

 

 

 

 

Na zdjęciu: Dorotka Wandrychowska, dzięki której dowiedziałyśmy się o tej milondze.

Przepiękna, spora (jednak nie za duża) sala balowa, świetny parkiet, który chciało się wypróbować… Lecz na to trzeba było zaczekać. Bal rozpoczęła najzwyczajniej na świecie wyżerka 🙂 Dużo pysznego jedzenia i bardzo dużo naszego ulubionego Prosecco, którego nie żałowano 🙂

   

Ania:

Po dotarciu na początku trochę się zmartwiłam. Wnętrza piękne, ale ludzi multum… Rozstawione krzesła były już w większości zajęte, nie było szans na dobrą miejscówkę… Perspektywa stania w butach na obcasach – zwłaszcza salsowych, które mimo ich urody moje nogi znosiły słabo – mocno mnie przerażała… Jeśli chodzi o przybyłych – głównie pary, w mocno starszym wieku. A ruletka… Zamiast krupiera jakieś automatyczne dziwadło! Miejsce piękne, tylko czy będziemy się dobrze bawić..?

Rozpoczęcie imprezy sutą kolacją było dobrym pomysłem. Szwedzki stół, wybór i dostateczna ilość jedzenia oraz liczba obsługi zapewniły, że nikt głodny nie pozostał. Raczyłyśmy się z Jolandą dość długo, zwłaszcza Prosecco 🙂 Bez pośpiechu zmieniałyśmy bufety, bo tak ciągle brać z jednego trochę się wstydziłyśmy 🙂

Kolej Jolandy pójścia po kolejkę :p 

W tym czasie, w którym my się delektowałyśmy wszystkim naokoło poza tańcem, co szybsi – zjedli, zatańczyli, zmęczyli się i poszli. Kiedy postanowiłyśmy wyruszyć na podbój parkietu, okazało się, że średnia wieku spadła, wcale nie ma tak strasznego tłoku, można usiąść i wygodnie kabeceować. Muzyka niosła! Zwłaszcza tandy walców Roberto dobrał tak, że przepięknie komponowały się z wnętrzem i nami 🙂

                                                 

 

 

 

 

 

Roberto Rampini, gospodarz wieczoru i Tango Dj.

Postanowiłam jeden utwór tanecznie odpuścić i nagrać film. Później, kiedy chciałam opublikować – zauważyłam, że jedną parę dość mocno poniósł i walc, i żarliwy pocałunek… Nie opublikuję (a szkoda, bo walc przepiękny!). Przynajmniej do czasu, aż nie zweryfikuję, czy poniosło parę stałą, czy tylko jednotandową… Cóż, w emocjach jednak czasem może coś się wymknąć spod kontroli… Dodam tylko, że najpiękniejszą tandę tego wieczoru (i jedną z piękniejszych moich do tej pory) – miałam właśnie tu, i była to tanda walców, na dodatek z… warszawskim kolegą 😀

Jola:

Podsumowując: było miło, szczególnie cieszyły spotkania z przyjaciółmi nie widzianymi od lat… Ale poziom tańczących raczej przeciętny. Co nie zmienia faktu, że atmosfera była świetna i bawiłyśmy się doskonale.
Piękna impreza godna polecenia!

Ania:

Wiadomo, że tangowo człowiek ocenia imprezę po tym, jak się bawi. Ja nie mogłam narzekać. Zwłaszcza że moje stopy nie chciały zaprzyjaźnić się z salsowymi butami (tzn. na parkiecie o nich zapominały, ale stać, a nawet siedzieć w nich było koszmarem). Podłoga rewelacyjna, a nagłośnienie to po prostu mistrzostwo świata. Miejsce niezwykłe – nawet to ruletkowe dziwadło nie przeszkodziło mi w zanurzeniu się w klimacie dawnych energii… To po prostu warto poczuć…

  

Na parkiecie z porządkiem bywało różnie – ale im więcej bywam, tym bardziej jestem przekonana, że nad żywiołem i hasaniem można chyba zapanować jedynie w formule encuentro milonguero.
Myślę, że jest to fantastyczna impreza dla par, które chcą w romantycznym miejscu spędzić kilka dni, a przy okazji potańczyć w pałacu. I dla wszystkich tych, którzy do tej pory nie byli w Wenecji, byli w niej dawno lub z niewłaściwą osobą 🙂 A dla singielek – jeśli nie mają wygórowanych wymagań tanecznych i umieją korzystać z mirady i cabeceo. Nie spotkałam desantu! Na pewno NIE jest to impreza dla pań, które siedzą jak królewny i czekają na odnalezienie przez księcia…


Moje salsowe buty z „brylantami ” dały radę, ale…

… w pewnym momencie zastąpiły je trampki do sukni. Też nie było źle i parkiet dał radę
🙂

Album ze zdjęciami Vincenzo Cerati z milongi znajdziesz TU

SFERA POZATANGOWA, PODRÓŻNICZA

Ania:
Oczywiście kontrola bezpieczeństwa na Okęciu to jedno wielkie polowanie na rzeczy podróżnych. Tym razem straciłam najwięcej. Bo też najgorzej się spakowałam. Ale już wiem, jak tych nadgorliwców przechytrzyć! Przy najbliższej okazji – czyli już niebawem – sprawdzę, czy moja metoda działa…

Byłam w Wenecji trzy razy: dawno temu i zawsze we wrześniu. Za każdym razem myślałam, że tam jeszcze musi być ciepło, a tu za każdym razem okazywało się, że było około ośmiu stopni i lało. Bardziej zmarzłam jedynie w Lizbonie (ale z innych względów). Wrzesień ileś lat temu był absolutnym końcem sezonu: pustki, prawie wszystko pozamykane, szaro i smętnie. Miasto opuszczone przez turystów wyglądało na wymarłe… Pomyślałam: sprawdźmy przełom marca i kwietnia!

Jola:
Dotarłyśmy 30 marca. U nas zimno, a tu cudowne słońce i rozkoszne ciepełko!
Z lotniska do naszego miejsca zamieszkania bezpośrednio docieramy vaporetto. Doskonały środek transportu, jedyny możliwy w dotarciu do starej części położonej na wyspie – a tylko ta jest turystycznie atrakcyjna. Warto kupić bilet kilkudniowy, bo nie jest to tani środek lokomocji.

Ania:

Mieszkałyśmy w fajnym miejscu. Apartament był wygodny, świetnie położony – chociaż gdyby kolega Marek T. po nas nie wyszedł, to mogłybyśmy w bocznych uliczkach trochę się go naszukać… I posiadał – apartament, ale kolega w sumie też hehe – dodatkowe wyposażenie – tak żeby turyści mogli sobie zrobić pamiątkową fotkę 🙂

  

Jola:

Poznawałyśmy Wenecję głównie na własnych nogach. Wszędzie jest łatwo trafić, bo ma bardzo dobre oznakowania (na każdym rogu uliczki na budynku wiszą tabliczki z nazwami i kierunkami) – trzeba tylko zwracać na nie uwagę. Jeśli coś się przegapi, to spacer malowniczymi uliczkami wśród niezwykłej architektury, kanałów, pływających gondol i przystojnych gondolierów wynagrodzi nadłożone kilometry.

    

Ania:

Nie wszyscy gondolierzy są przystojni. Jeśli miałabym wydawać kupę forsy, to raczej nie brałabym takiego niewyględnego… A co, tylko mężczyźni mogą zwracać uwagę na wygląd? W tym przypadku to także element pracy, jak u hostessy. Mi dispiace, ragazzo brutto, ale bym cię nie chciała i już!

Pamiętałam Wenecję jako szarą, odrapaną, opustoszałą i zimną. A tu przywitało mnie słońce, lazurowa woda, kolorowe i jakoś mniej odrapane budynki (UNESCO podarowało znaczące fundusze na ratowanie dziedzictwa kultury i chociaż nadal niektóre są mocno nadgryzione zębem czasu i niedofinansowania – zniknęło moje poprzednie wrażenie, że Wenecja to przegniła tektura i zaraz się rozpadnie…).

  

Jola:
O tym, co należy podziwiać w Wenecji, piszą w każdym przewodniku, więc nie będę się nad tym rozwodziła. Osobiście polecam spacer bez określonego celu, kawę, pyszne jedzonko i wino. Wenecja jest tak piękna, że gdzie się nie dotrze, jest się zachwyconym. Nie jest tania, ale na kawę, pizzę, wino, parę ciuszków i cudowne buty było nas stać 🙂

       

Polecam wycieczkę tramwajem wodnym po Canale Grande. Z wody można podziwiać pałace usytuowane wzdłuż i w szerz kanału.

Ania:

Przejażdżka – a właściwie przepływka wodnym tramwajem po Canale Grande – jest tyleż przyjemna, co tłoczna. Zaskoczyła mnie ilość turystów! Uznawałam, że koniec marca to jeszcze nie sezon. Jakże się myliłam! Wszędzie tłumy, i to do późnej nocy. A vaporetto pękało w szwach. Widoki – obłędne… Kamieniczki bajkowe…

  

Z powodu tłoku czasem bywało nerwowo. Nikt nie lubi, żeby mu wchodzić na głowę. Byłyśmy świadkami awantury starego Włocha z młodą Amerykanką. Dziewczynie pomyliła się komunikacja miejska ze statkiem wycieczkowym. Wepchnęła się między siedzenia, żeby trzaskać selfie, atakując swoim tyłkiem siedzącego staruszka, który głośno wyraził swój sprzeciw. Do tej pory zastanawiam się: powinnam zwrócić jej uwagę czy nie brać się za wychowywanie całego świata…?

    

Postanowiłyśmy popłynąć na Lido. Jest to niewielki kurort, który na przełomie marca i kwietnia nienachalnie tętni życiem (wyobrażam sobie, co tu musi dziać się latem…) – a przecież plażować już można, tylko my jednak jeszcze nie zdecydowałyśmy się na bikini…

   

Biorąc pod uwagę, że w Warszawie występowały opady i temperatura oscylowała w okolicach zera – my nie narzekałyśmy, mogąc wypić kawę i zjeść lody w kawiarnianym ogródku 🙂

  

Jolanda zarządziła obowiązkową kawę na Placu św. Marka. Uznałyśmy, że trudno: zrujnujemy nasze finanse, ale NIE wypić kawy w takim miejscu po prostu nie uchodzi! Okazało się, że nie było aż tak strasznie. Jasne: cztery dychy za kawę stawia włosy dęba, ale 10 € już tak nie przeraziło 🙂
Żegnaj, Wenecjo! A może: do zobaczenia…?

  

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.