Malaga tiki taki…

Jola:
Do Malagi przybyłyśmy rzecz jasna z powodu tanga ? Zaprosił nas cudowny Tango Dj i organizator Milongero del Sol – Francisco Saura. Impreza organizowana jest dwa razy w roku, wiosną i jesienią. Cieszy się dużym powodzeniem. Nie ma o niej informacji w ogólnym obiegu, nie znajdziesz wydarzenia na Facebooku.

Ania:

Kiedy Jolanda zarządziła Hiszpanię, zgodziłam się bez wahania. Dopiero po jakimś czasie mnie uświadomiła, że to nie taki pierwszy lepszy maraton, tylko impreza dla wybranych i wcale nie tak łatwo się na nią załapać, zwłaszcza bez rejestracyjnego partnera (a my, jak wiadomo, głównie jeździmy we dwie). Pewnie dlatego oprócz nas była tylko jedna polska para – Ewa i Tadeusz z Łodzi. Polskim akcentem był też Dj Michał Kaczmarek z Poznania.
Jednak zanim rozpoczął się maraton, trafiłyśmy na miejscową milongę. Było dość tłoczno. Poznałyśmy tanguero, który po każdej przetańczonej tandzie dawał partnerce różę. Ale nie jakąkolwiek! Starannie dobierał, aby pasowała. Ja dostałam w kolorze moich oczu, Jolanda – pasującą kolorystycznie do bluzki.

Jola:

Maraton odbywał się w hotelu z dobrą restauracją i bardzo klimatycznym patio. Jedynym mankamentem było to, że hotel był położony dosyć daleko od centrum miasta i plaży. Jeśli ktoś nie mieszkał na miejscu, to w nocy pozostawała tylko taksówka.

Ania:

Położenie maratonowego hotelu zniechęcało nas do jakichkolwiek wypraw. Ponieważ byłyśmy w Maladze od kilku dni – bez żalu rezydowałyśmy na tarasie przynależącym do pokoju, który był na tyle duży, że spokojnie mogłyśmy utrwalać opaleniznę. Lubię, kiedy mieszka się na miejscu. Wtedy impreza ma inny klimat, łatwiej się integrować.

Integracji sprzyjały okrągłe ośmio czy dziesięcioosobowe stoły, przy których spotykaliśmy się na obfitych i smacznych kolacjach. Maraton trwał typowo od piątku do niedzieli. Nie było pre-milongi i afterparty, ale czasu wystarczyło, aby się wytańczyć. Zwłaszcza bez tangowych butów! Przyleciałyśmy prosto po milondze w Wenecji. Mogłam tu, na maratonie, kupić nawet moje ulubione Bandolery, ale po pierwsze miałam już kupione trzy nietangowe pary, po drugie – nie było w moich gabarytach takich, które rozpaliłyby we mnie żądzę posiadania. Salsowe i tu musiały dać radę.

Jola:
Formuła tego maratonu to t
ypowe encuentro milongero, ze ścisłym podziałem na strefę męską i żeńską. Dobrze rozstawione krzesełka dawały możliwość mirady i cabeceo. Sala była spora, z dobrym parkietem, klimatyzowana.

Ania:

Ale tego na początku nie zarejestrowałyśmy. W piątkowe popołudnie – bo wtedy się wszystko zaczęło – dostrzegłyśmy masakrycznie wysoką średnią wieku… Po dziesięciu minutach Jolanda stwierdziła, że jej się nie podoba i tańczyć nie będzie! A ja pomyślałam rozczarowana, że nastawiałam się na ogniste czarne diabły, a tu geriatria… którą mam u siebie… No dobrze, ale skoro już jesteśmy i przez trzy dni nie mamy innej opcji, zaordynowałam: tańczymy!

Jola:

I tu miłe, bardzo miłe zaskoczenie. Panowie tańczyli świetnie, byli szarmanccy i ładnie pachnieli! Z godziny na godzinę przybywało nowych uczestników i w efekcie średnia wieku mocno się obniżyła ?, a przyjemność z kolejnych tand była coraz większa. Każdy dzień przynosił nowe znajomości tangowe i towarzyskie. Kilka z nich pozostanie na długo w mojej pamięci. Cudowny czas i piękne miejsce idealne na wiosenną beztroskę ?

Ania:

Formuła maratonu powodowała, że nawet jak się trochę na parkiecie pobałaganiło, to bez ofiar, ponieważ nikt nie wierzgał. Nikt też nie uprawiał polki – galopki, dzięki czemu panów nie zalewały siódme poty i dłużej zachowywali świeżość. Co nie znaczy, że nic się nie działo! Ależ działo się!!! I wcale nie było tylko „dorosło”. Przypomniało mi się, że Serbowie są bardzo przystojni… 🙂
Szkoda, że kiedy nastąpił czas oficjalnych podziękowań i pożegnań, nasz polski dj gdzieś się zawieruszył.

To był mój pierwszy maraton w takiej formule. Złapałam bakcyla. Ja w ogóle lubię bardzo bliskie objęcie i dla mnie tango w otwartym to nie jest tango, tylko aerobik, więc
milonguero wpisuje się w moją przyjemność. Dla pań ważna jest strategia siadania, zwłaszcza pierwszego dnia i w sobotnie popołudnie. Nie ma mowy o wyrywaniu się na parkiet! Jeśli nie chce się nieporozumień, musi być zachowana kolejność: mirada, cabeceo, mężczyzna podchodzi, a kobieta CZEKA, utrzymując z nim kontakt wzrokowy. Zdarzyło się, że ruszyło do mnie dwóch panów. Zdarzyło się, że pan poszedł do pani za mną i gdybym się wyrwała, byłoby mi głupio.
Maratonowy bufet nie był nadmiernie obfity. Powiedziałabym, że jeden z uboższych, jakie do tej pory spotykałam. Woda, jakieś soki czy napoje, czasem ciastko i plasterek wędliny… I tyle. Ale atmosfera, miejsce i muzyka były świetne. Bardzo chętnie to powtórzę. U nas wiosną zimno, tam już czuć gorącą atmosferę lata.

SFERA POZATANGOWA – CZYLI PODRÓŻNICZO PO NASZEMU
Jola:

Wenecja wskoczyła nam ot tak, za to Malagę zaplanowałyśmy od dawna. Hiszpania to kraj, który kocham i on kocha mnie. Że przecież kocham Buenos? Owszem. Buenos Aires to miłość bezwarunkowa. Śródziemnomorska cześć Europy to takie letnie zatracenie ?
W Maladze byłyśmy w sumie osiem dni. Mieszkałyśmy we współdzielonym z właścicielami mieszkaniu, świetnie położonym, blisko plaży i Starego Miasta. Nasi gospodarze – cudowni, ciepli, otwarci i chętni do pomocy – dbali o nas jak o małe dziewczynki.

Ania:

Mieszkanie było bardzo wygodne i niebywale czyste. Dwie łazienki zapewniały bezkolizyjne korzystanie. Kawa, herbata, własnoręcznie upieczone przez gospodynię ciasto oraz ciepłe rozmowy pełne poczucia humoru sprawiały, że każdy dzień zaczynałyśmy bardzo przyjemnie. Droga na plażę obfitowała w bujną roślinność. W Polsce zimno, a tam cudownie ciepło… Bardzo lubię tak wkraczać w wiosnę.

Jola:
Każde południe zaczynałyśmy od plażowania. W pierwszych dniach kwietnia nie ma za wiele ludzi, mimo to można było nawiązać przyjaźnie ?

Ania:
W różnych miejscach na świecie się opalałam, ale to tu, w Maladze, po raz pierwszy w życiu złamałam swoją zasadę (że cycki pokazuję tylko wybrańcom) i zrobiłam to topless… A potem musiałam się chować, bo moja skóra jednak jest dość jasna i muszę uważać, żeby nie przesadzić.

Jola:

Po południu szłyśmy na Stare Miasto. Renesansowa katedra z ołtarzem zbudowana na miejscu dawnego meczetu, Alcazaba, Casillo de Gibralfaro, twierdza i zespół pałacowy – pozostałość po muzułmańskim emirze, Teatro Romano z I wieku p.n.e., Plaza de Toros de La Malagueta dla miłośników walk byków – nie ma tu dużo do zwiedzania i da się to ogarnąć w 3 dni.

Ania:

W naszych podróżach nie nastawiamy się na muzea i galerie. Wolimy chłonąć atmosferę miasta i ludzi. Ale być w Maladze i nie odwiedzić Muzeum Picassa – no nie… Nie wiedzieć czemu obowiązywał zakaz fotografowania. Boją się, że jak człowiek zobaczy zdjęcie, to nie przyjedzie, żeby zapłacić za wstęp? Czy mają obawy, że jednak to muzeum nie jest jakieś nadzwyczajne i wyjdzie to na zdjęciach? Odwiedziłyśmy też dom sławnego malarza. Również nic specjalnego. Ale – jak powiedziałam – pewne miejsca odwiedzić po prostu wypada, choćby raz w życiu. 


Jola:
Z
przykrością muszę stwierdzić, że muzeum wrażenia na mnie nie zrobiło. Zwłaszcza że ja akurat uwielbiam szwendanie się bez celu po uliczkach… Tu lody, tam pyszne kalmary, boquerones czy krewetki w sosie czosnkowym… I do tego wino… Koniecznie różana Cava! Jest pyszna! Czego chcieć więcej? No może jeszcze jakiś drobiażdżek miły dla każdej kobiety…


Ania:
To był bardzo hedonistyczny czas… Jedzenie, wino, słońce i południowe flirty… W tym momencie nasuwa mi się taka dygresja: jeśli ktoś mówi, że pieniądze nie są ważne, to znaczy, że nigdy ich nie miał. Bez odpowiedniej ich ilości można pojechać jedynie do Radomia, a jak to powiedziała kiedyś Pierwsza Dama polskiego filmu Beata Tyszkiewicz: „Bycie w Radomiu nie jest czymś specjalnie oryginalnym”… Tak więc zanurzyłyśmy się w przyjemnościach bez wyrzutów sumienia 🙂 I kiedy zostałyśmy zawiezione do najbardziej znanej knajpy specjalizującej się w owocach morza i rybach – folgowanie sobie ograniczała nam jedynie pojemność naszych żołądków 🙂

Ania:

Różana Cava to najlepsze wino musujące, jakie piłam. Wyprzedziło nawet moje ulubione różowe Prosecco 🙂 Bardzo mi się w Maladze podobało. To kameralne miasto z uroczymi kamieniczkami. Myślę, że w szczycie sezonu, kiedy przeżywa oblężenie, może tu być nie do wytrzymania. Ale na początki kwietnia jest bardzo przyjemnie: ciepło w dzień, rześko wieczorem. Bardzo chętnie odwiedzę Malagę za rok.

 

Oprócz doznań smakowych przeżyłam jeden szok duchowy. Byłyśmy w Maladze przed świętami wielkanocnymi. Jak to w południowym katolickim kraju – ruszyły przygotowania do procesji. Nigdy nie widziałam na żywca, jak to się odbywa. Nasze polskie smętne zawodzenie to pikuś. Tam to jest całe misterium. Najpierw trafiłyśmy na trening orkiestry. Mijając w parku kołyszących się kilkadziesiąt osób z różnymi instrumentami, poczułam się jak w filmie grozy… Ale prawdziwe przedstawienie nastąpiło kolejnej nocy. Procesja przechodziła obok miejscowej milongi. Pochodnie, ogromny krzyż, Jezus i Maria… i to wszystko niesione przez tłum miarowo kołyszący się do ponuro-transowej muzyki… Trudno mi sobie wyobrazić, jak taka procesja wygląda w Meksyku lub Brazylii… A jak to wyglądało? ZOBACZ

 




 


Jedna myśl w temacie “Malaga tiki taki…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.