Tango to niekończąca się historia…

Ktoś kiedyś tak powiedział, a ja nie zamierzam sobie przywłaszczać tego zdania. Ale uważam dokładnie tak samo.
I uważam, że właśnie to w tangu jest najpiękniejsze.

Tango to niekończąca się historia dla tych, którzy chcą je odkrywać bardziej i mocniej.

Którzy chcą zgłębiać wiedzę tajemną, mimo że nigdy nie osiągną wierzchołka góry i zawsze będą mieli z tangiem co robić. Dla tych, którzy chcą czerpać z niego nie tylko przyjemność, ale też satysfakcję z przekraczania własnych granic i pokonywania trudności. Wreszcie dla tych, którzy chcą doświadczać nowych wrażeń, przeżyć i uczuć.

Tango wymaga od nas nieustannej pracy nad sobą.

Stale musimy doskonalić nasze umiejętności i wzbijać się coraz wyżej. Ale celem nie jest osiągnięcie najwyżej położonego punktu, bo cóż by to była za przyjemność, gdybyśmy nagle stanęli na szczycie i doszli do wniosku, że już nie ma nic więcej do zrobienia… Nie ma już niczego do poznania… Że już wszystko o tangu wiemy i wszystko potrafimy.

Celem jest zwiększająca się przyjemność z tańca zarówno dla nas jak i dla partnerów czy partnerek.

Oczywiście zdarzają się wyjątkowi „geniusze”, którzy już niczego nie muszą się uczyć, a to, co potrafią, jest dla nich wystarczające. Uważają, że tańczą doskonale i nie potrzebują nad niczym pracować. Oni osiągnęli swój szczyt, który jest ledwie niewielkim pagórkiem, i nie chcą od tanga już niczego. Tylko że takie osoby mogą mieć spory problem w tanecznym porozumieniu się z tymi, którzy od tanga oczekują jednak więcej.

Bo przecież tanga nie można nauczyć się do końca.

Zawsze trzeba coś szlifować, coś poprawiać, wracać do podstaw, ćwiczyć technikę. Nawet nauczyciele ciągle się uczą. Jakież to szczęście, gdy jesteśmy tego świadomi i traktujemy ten fakt jako wartość dodaną.

Jeśli jesteśmy w tangu naprawdę. 

A tango jest w nas. Choćby nie wiem, co się działo w naszym życiu – zawsze będziemy o nim myśleć. Jest nałogiem, który tak jak alkoholizm zostaje w człowieku na całe życie. Dlatego nigdy się nie kończy. Ale nie kończy się też dlatego, że ciągle pisze dla nas nowe scenariusze, daje nowe możliwości, motywuje do nowych działań. Ciągle poznajemy nowych ludzi i nowe miejsca.

Nieustannie jesteśmy zaskakiwani.

Kiedy wydaje się, że akurat teraz nic nadzwyczajnego nie może się wydarzyć, tango daje nam tak silną dawkę emocji, że mamy problem z powrotem do świata rzeczywistego. Dlatego chcemy ciągle więcej. Dlatego ciągle szukamy. Te poszukiwania, przeżycia i emocje sprawiają, że tango staje się jedną z ważniejszych części naszego życia. Dlatego trzeba uważać, aby się w nim nie zatracić. Kiedy przychodzi ten moment, gdy odkryjemy, jakie pokłady przyjemności możemy czerpać z tańca i że sami też potrafimy dawać tę przyjemność, wtedy czujemy, jakbyśmy złapali szczęście za nogi. I trzymamy się tego, tańczymy wszędzie gdzie się da i tak długo, jak tylko pozawala nam na to nasz organizm.

Czyli do upadłego.

Na szczęście z tego szaleństwa wyrywają nas nasze rosnące potrzeby tangowe i dzięki temu udaje się nie zatańczyć się na śmierć. Mimo to ciągle tańczymy i jest nam w tańcu coraz lepiej.

Na pewno przychodzi kiedyś taki dzień, gdy mamy już dość, gdy poczujemy się zmęczeni, gdy za bardzo nam ta aktywność spowszednieje, a może i się znudzi. Wtedy bierzemy sobie urlop od tanga, krótszy lub dłuższy. Ale tango ciągle jest w nas.

Anna Kwiecień – o sobie mówi tak: Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Dlatego słucham, śpiewam i tańczę.
Tango nie opuszcza mnie już od 7 lat. Zmieniło mnie. Otworzyło na ludzi i świat. Z tagiem podróżuję i poznaję ciekawych ludzi. Od 3 lat śpiewam w Formacji Tango Para Todos, a kiedyś być może uda mi się zostać TDj-ką ?

Fot.: www.fotojark.pl

Trzęsienie mojej Ziemi z Elą Pe

Patrzę – w El Palacio praktyka.

Nie to akurat wprawiło mnie w ekscytację – bo prowadzona jest od dawna – ale temat: volcady. Po tylu latach tańczenia trudno nie umieć (chociaż zdarzają się i takie przypadki), jednak tym razem temat zainteresował mnie od drugiej strony, czyli prowadzenia. Mnie tam żadne prowadzenie tanga nie kręci, ale myślę sobie tak: Ela Pe się uczy, potrenuje na mnie, a ja się dowiem, jak w razie łamania kręgosłupa poinstruować gamonia, co ma robić. No i pomyślałam, że uczyć się prowadzenia w tangu to ja nie chcę – bo i po co? – ale akuracik mogę się nauczyć prowadzić volcadę.
O ja naiwna ignorantka bez pewnego rodzaju świadomości…

Wiele dziewczyn mówi: „Volcada? Nie znoszę!”

A to dlatego, że panowie ją lubią robić, ale niewielu umie. Oczywiście czasami dziewczyny też nie umieją się w niej zachować: luzują lub usztywniają nie to, co trzeba. Dobrze poprowadzona krzywdy nie zrobi, a z doświadczenia wiem, że takowa jest baaardzo przyjemna. No, Ela! Prowadź, wodzu!

Kobieta niewielkiej postury i jeszcze mniejszej wiary

Ela nie bardzo wierzyła w powodzenie tego wieczoru. Pewnie nastawiała się na to, że coś tam sobie mnie poprowadzi (niekoniecznie w temacie praktyki), w ramach treningu na dziewczynach z różnym wzrostem. Napisała mi tak: „Myślę, że fragment z wolkadami będzie elementem humorystycznym tej praktiki, bo ja jestem od Ciebie dużo niższa. Zobaczymy…”.
No i zobaczyłyśmy…

To rzeczywiście trudny element tanga.

Myślę, że nie każdy jest w stanie opanować dobre prowadzenie volcady (tak jak nie każdy jest w stanie w ogóle dobrze prowadzić – z różnych względów). To figura, przy której trzeba mieć dużą świadomość swojego ciała (partner) i techniki (partner i partnerka). Jeśli mężczyzna „nie daje klaty” albo „nie umie wziąć na ramię” – łamie dziewczynie kręgosłup. Jeśli właśnie taki chce ze mną tańczyć – ja osobiście nie mam oporów, by poprosić: „Ok. Ale nie rób mi volcad”. Tak właśnie. Nie boję się. W końcu jestem Bestią 🙂 Powiem więcej: jeśli zdarzy się to po raz pierwszy na milondze, też nie mam oporów, by powiedzieć w trakcie tanga: „Mam prośbę: nie rób mi volcad”. Po prostu. To NIE jest zwracanie uwagi i musztrowanie. To samoobrona i walka o przetrwanie.
No dobrze, ale w
róćmy do praktyki z Elą Pe.

Zaczęłyśmy od tego, że poplątały nam się nogi.

Tzn. zaczęłyśmy oczywiście od rozgrzewki. Potem Bernasie pięknie pokazały, jak wolkadzić. Mówię do Eli: „Dawaj!”. No i wtedy nam się trochę poplątało. A tak! Właśnie w tej figurze mogą się nogi poplątać! Kiedy Ela rozkminiała, co i jak, ja czułam się całkowicie bezradna. Okazało się, że nie mogę się nauczyć prowadzić volcady, kiedy nie umiem prowadzić. Przekracza to możliwości nienauczonego prowadzenia ciała. Dlatego pan, który nie panuje nad własnym ciałem i podstawowymi elementami prowadzenia, powinien mieć BEZWZGLĘDNY ZAKAZ robienia volcad.

Ela się NIE poddała.

Próbowałyśmy, zasięgałyśmy konsultacji Justyny i Andrzeja, i – wyszło! Ela wolkadzi, że hej. I w ogóle nie ma znaczenia to, że jest dwa razy mniejsza niż ja. ANI RAZU nie odczułam łamania w kręgosłupie. Jeszcze chwila i Ela będzie obiektem pożądania tangowego większości pań 🙂 Śmiałam się, że tak się do mnie przyzwyczai, że tylko ze mną będzie jej w volcadzie dobrze jako partnerowi 🙂 Kobitki niestety mogą sprawiać, że prowadzenie ich jest udręką. A potem się dziwią, czemu nie są proszone…

Trzęsienie mojej Ziemi miało dopiero nastąpić.

Volcady jak volcady: Ela się nauczyła, ja się zorientowałam, że nie ma czegoś takiego jak nauka prowadzenia jednej figury (o ile chce się prowadzić DOBRZE, czyli przyjemnie dla wszystkich: siebie, partnerki, ludzi wokół. Trzeba zacząć od chodzenia, jak w życiu). I nagle… to ja niby jestem ta bestia… a tu Ela mi rzecze stanowczo:

Prowadź!”

Zgłupiałam. Że ja…? Ale ja nie chcę… Na co Ela mi powiedziała, że skoro mamy iść razem na kurs milongi (no tak! Przyszło mi do blond główki, że milongę to bym chciała prowadzić… bo to nie tango), to nie mogę NIE umieć prowadzić! O matko ty moja jedyna… Moja Ziemia zadrżała… Ja mam prowadzić w tangu, gdzie dla mnie cała jego rozkosz tkwi w tym, że NIE muszę myśleć o tym, co robić… Poddaję się… Daję się ponieść… czasem bardzo 🙂 A tu: „Prowadź!”?! Ratunku!!!

Dysocjacja!

Ela mnie przeszkoliła na okoliczność (co dla mnie – z zaburzoną lateralizacją – nie jest proste): co i jak w kroku do przodu. Moim, jako prowadzącej. No i… poprowadziłam… !!! Ja!!! AAAAA!!!!! Do przodu, do tyłu, i „tik-tik-tik” – bo jestem muzykalna i mnie niesie 🙂 I troszkę do boku. Ale poprowadzenie ocho na ten moment przerosło moje możliwości.

Wnioski mam następujące:

Kto chce się wzbić na wyższy poziom tanga, bez poznania drugiej strony tego nie zrobi. Tak jak prowadzący powinien znać rolę podążającej (choćby po to, żeby wiedział, co jej robi), tak podążająca powinna chociaż spróbować prowadzenia (otwiera się klapka zrozumienia: o cholera! Oni JEDNOCZEŚNIE muszą myśleć, uważać, dawać podążającej przyjemność…).

Zrozumienie złagodziło moje podejście

Jestem wybredna, nie tańczę ze wszystkimi. Oczywiście nie wszyscy też tańczą ze mną 🙂 „Nakaz” prowadzenia uzmysłowił mi, że to jest NAPRAWDĘ bardzo trudne. Że wytrwanie w tangu jest o wiele większym wyzwaniem dla prowadzących, niż dla nas. Że ogólna kondycja ciała przekłada się na sprawność i miękkość w tangu (dlatego warto ćwiczyć rozciąganie). Śmiałyśmy się, że Ela uruchomiła we mnie pokłady litości 🙂 Ale też spowodowała trzęsienie mojej Ziemi. Bo nie chciałam prowadzić, a poczułam, że… będę trenować prowadzenie. To niesamowicie wzbogaca. Ela – szykuj się! Idziemy na to coś z narkotykami w tytule, ale bez narkotyków!

Do zobaczenia!
Bestia Ania

El Palacio, praktyka w każdą niedzielę od 20.30.