Kobieta prowadząca – liderowanie z damskiej perspektywy

Coraz więcej kobiet uczy się prowadzić. Czy są konkurencją dla panów?

NIGDY nie chciałam prowadzić. Ja?! W życiu! W tangu chcę być z mężczyzną! Tańczę dla tych chwil, kiedy ja, partner, muzyka, parkiet i Kosmos to jedność. Męskie objęcie… Mikroruchy niewidoczne dla najbardziej wnikliwego obserwatora… Miękkość i twardość… Uniesienie w uziemieniu… Flow… To może dać mi tylko mężczyzna!

Zaczęło się od Eli Pe.

Ja i Ela. To tu miał miejsce prapoczątek mojego liderowania.

A właściwie to ode mnie, a raczej od mojej upierdliwości. Szczegóły opisałam, więc nie będę się powtarzać (TU). Ale co to się wyprawia od tamtej pory…

O matko jedyna moja i czyjaś…

O tatusiu mój i innych sierot…

O święci, grzesznicy, tacy i siacy…

JA MAM PROWADZIĆ?!

W życiu! Po co? Nie chcę. Nie potrzebuję. Nie po to jestem w tangu!

Na letnim Beskid Tango Marathon 2019 stawiałam pierwsze większe publiczne kroki jako prowadząca.

Ela: „Prowadź!”.

Ożeszku… Narany… Nożebycie…

Dobra! Nie umiem, więc nic z tego nie wyjdzie!

Coś tam wyszło. Także to, że w pozycji prowadzącej poczułam coś zupełnie innego niż podążająca… Poczułam, że prowadzenie ma moc. Niezdarnie, koślawo – ale wyszło… że moja zaburzona lateralizacja powoduje kompatybilną pracę innych części ciała niż u innych. Czyli mało Eli nie zabiłam gmatwaniną nóg i dysocjacją na poziomie pchania kalesonów przez głowę. Ale…

W tym momencie zmieniło się moje tangowe życie.

Nie, nie postanowiłam być najlepszą liderką ever. Nie chciałam i nie chcę konkurować z mężczyznami ani nie chcę ich pouczać – nie mam zapędów nauczycielskich (mogę poczynić uwagę, jeśli mnie tangowo krzywdzą, ale nie dlatego, że zaczęłam prowadzić – wcześniej także nie zgadzałam się na kleszczenie, kicanie i próbę zamordowania mnie colgadą grożącą wypadnięciem przez okno).

SyMfonia Serc, coroczne charytatywne Tango-Integracja na rzecz Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego. Tu: w objęciach z Beatą Maią Gellert, moją Arcymistrzynią, którą niezdarnie wtedy poprowadziłam w milondze.

W tangu jest dużo kobiet, mało DOBRZE tańczących mężczyzn.

To jest tangowy fakt. Dużo kobiet nie oznacza dużo dobrze tańczących. Nadal uważam, że 60-70% tangueros obu płci nie wzbije się ponad poziom tangowej gimbazy. Ale! Mimo tego NIE przyszło mi do głowy, aby uczyć się prowadzenia, żeby nie siedzieć na milongach – a wiem, że dla wielu pań to jest główną motywacją. Ja akurat wolę posiedzieć niż się męczyć (a od kiedy próbuję prowadzić, doskonale rozumiem ostrożność panów w stosunku do nieznajomych pań i ich niechęć do tych, z którymi im źle).

Nie mam ciągot do zakładania męskiego stroju.

Prowadzę bez obcasów, ale nie udaję faceta. Nie chcę być postrzegana jako facet! I tu składam hołd moim nauczycielom: Kasi Chmielewskiej i Mateuszowi Kwaterce: na zajęciach (na których jestem w roli prowadzącej) podkreślają: „Panowie i Ania”. Bardzo to doceniam i niniejszym dziękuję! Uczę się prowadzenia jako ZUPEŁNIE nowej umiejętności. Podjęłam to wyzwanie, chociaż często mam dość. Pięknie powiedziała Ela Pe. (Eluś, kocham Cię niezmiennie!):

Nie jestem facetem. Jestem prowadzącą kobietą.

Prowadzenie to zupełnie inna umiejętność niż podążanie.

Nadal mam skromny repertuar (ale coraz lepszej jakości!). Przez bardzo długi czas (oj baaardzo) nie garnęłam się do prowadzenia na milongach. Nadal nie jestem wyrywna! Kiedy trwała moja przygoda z Elą (zapisałyśmy się na kurs milongi do Luizy i Marcelo Almiron, obie w roli prowadzących, wymieniałyśmy się. Los Almis – to także dzięki Wam dziewczyny robią mi desant!), tańczyłyśmy razem milongi. Potem Ela nie mogła chodzić na lekcje, Danusia (moja druga kursowa dziewczyna, w roli tylko podążającej) też miała swoje sprawy… Rozmyło się.

Ale czasem coś tam z dziewczynami tańcnęłam.

Ziarno zostało zasiane. Kiełkowało bardzo powoli i opornie. Aż nadszedł ten czas, że postanowiłam jednak podjąć wyzwanie i nie udawać, tylko nauczyć się prowadzić. Po co..?

Pięćset tysięcy razy myślałam: na ch…usteczkę mi to?!

Nudzi mi się w życiu? Mało mam zajęć? Czegoś mi brakuje? Odpowiedź po trzykroć brzmi: NIE, do jasnej cholery! Więc?! I tu jest pieseł pogrzebany! Otóż trafiłam w odpowiednie miejsce do odpowiednich nauczycieli. Po prostu. Kochają to, co robią (materdeju… Ja bym z taką mną jako prowadzącą nie wytrzymała trzech lekcji). Nie ma ściemy.

Caminito, czyli Kasia Chmielewska i Mateusz Kwaterko.

Caminito. To tam się zadomowiłam i postanowiłam, że się nauczę!

Kurs od podstaw przeszłam trzy razy, a nadal czasem czuję, że moje chodzenie w prowadzeniu jest niepewne. Oczywiście jestem z siebie dumna, bo zaburzona lateralizacja mocno utrudnia moje zmagania. Wniosek mam taki (potwierdzający to, co „się mówi”): chodzenie jest najtrudniejsze. I tu nie ma bata: tylko technika! Bredzenie o tańczeniu sercem zostawmy dla nietańczących amatorów lub zwolenników nazywania tangiem nietanga.

Miewam zwątpienia.

Zwłaszcza jak mi nie wychodzi. Na przykład taki lapis… Umiem bardzo ładnie, ale partnerka mi w jego urodzie przeszkadza i wychodzi nieco koślawo. Ale! Cierpliwość popłaca. Nie przeznaczam wystarczającej ilości czasu na doskonalenie prowadzenia, więc i postępy są wolne, jednak poczułam magię liderowania. Brakuje mi umiejętności, ale mam dobrą energię (nie mylić z rozbrykaniem! Partnerka/partner energetyczny to nie ten/ta, co lata jak na aerobiku, o nie!) i muzykalność – więc idę dalej.

Nie znoszę kicania.

A jako prowadząca kicam, kurde!!! Kasia mnie przywołuje do porządku, Mateusz czasem łypie jak na upośledzoną umysłowo, a ja tego kicania nie czuję… W ogóle mam wrażenie, że świadomość ciała jako podążająca a prowadząca to dwa różne światy. Luiza twierdzi, że nie, ale ona nie ma zaburzonej lateralizacji. Przy prowadzeniu to ma ogromne znaczenie, przy podążaniu – nie.

Luiza i Marcelo Almiron – to do nich poszłam na pierwsze zajęcia jako prowadząca.
Foto: Dominika Kołodziejska, Tango w Królewskim Wilanowie.

Czy prowadzenie jest trudniejsze niż podążanie?

Tak. Ale! Błędem jest twierdzenie, że podążające szybciej się uczą. Niektóre tak, cała rzesza NIE. Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ile niby zaawansowanych dziewczyn nie umie chodzić. Jak bardzo wiele damskich ciał jest nieprzyjemnych w objęciu, bo zamiast osi mają galaretę. Ile dziewczyn wierzga, macha tyłkiem i nogami bynajmniej nie we właściwych momentach. Jak bardzo nie wiedzą, że swawolne brykanie nie ma nic wspólnego z aktywnym tańczeniem. Dlatego rozumiem ostrożność panów w proszeniu nieznanych tangowo pań.

Jedną tandę zawsze można się przemęczyć”.

O nie. W tangu jest dokładnie jak w seksie: może być odrabianie pańszczyzny, a może być finezja, pieprz i odjazd. Powiem więcej: łatwiej o orgazm niż tangazm… Ale to dla takich chwil właśnie tańczę. Nie po to tyle pracy wkładam w moje tango, aby się z kimkolwiek męczyć. Czasem zdarzy się zonk, trudno, ale świadomie unikam, jak mogę (dlatego nie znoszę desantu, dopuszczam jedynie wtedy, kiedy warunki są trudne lub kiedy się znamy). Rozumiem, dlaczego panowie proszą nie od pierwszego, a od drugiego lub nawet trzeciego utworu w tandzie: wtedy, kiedy są niepewni, „jak będzie”, albo kiedy z grzeczności zatańczą, ale nie sprawia im to aż takiej przyjemności. Ja jako prowadząca też często tańczę tylko kawałek tandy (albo nawet każdy utwór w tandzie z inną dziewczyną 😄), a powody są dwa: 1. żeby w razie czego nie męczyć się za długo; 2. ponieważ mój repertuar jeszcze jest skromny, nie chcę sobą znudzić i zmęczyć partnerki (polecam to podejście panom na początku tangowej drogi: proście doświadczone tanguery, ale nie męczcie ich sobą przez całą tandę! Pisze o tym także Iwona Siekierska w „Diabelskim Tangu”).

Prowadzisz, nie będą cię prosić”.

Tangowe łamagi na pewno, bo będą się bały zdemaskowania braku umiejętności. Dobrze tańczącym to nie przeszkadza, że kobieta weszła na ich teren. Wręcz przeciwnie. Początkujące nie zaczynają od prowadzenia. Ja osobiście nie chcę tańczyć z szarpaczami i tangowymi nieudacznikami, a to oni zwykle mają przerośnięte ego albo kompleksy. I niech sobie z nimi zostaną. A ci, którym ze mną dobrze, nie wystraszą się tego, że uczę się prowadzić.

Milongaaa… Beskid Tango Marathon, edycja lato 2019

Prowadzą tylko babochłopy”.

To opinia starszych panów cieszących się życiem, nazywanych przeze mnie dziadami. Czy TU prowadzi babochłop? Nie trzeba szukać zagranicy. Kto widział nasze dziewczyny, Becię i Myszusę, jak tańczą milongę, za taką obrazę walnąłby dziada w pysk. Prawda jest taka, że prowadzenie jest wyzwaniem, które podejmuje coraz więcej dziewczyn wcale NIE z powodu tego, że nie są proszone. Efektem ubocznym oczywiście będzie to, że jak wytrwają, będą z dziewczynami tańczyć i będą w tym lepsze niż dziady. Zwłaszcza że tango damsko-damskie też jednak może mieć flow. Przekonałam się o tym, kiedy któregoś razu muza tak mnie porwała, że ja porwałam Beatkę i było super. Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą przyjemność z prowadzenia.

Piersi.

Kiedyś miałam problem w tańcu z kobietami. No bo jak to tak w bliskim objęciu czuć biust na sobie? Albo mój na niej? W ogóle na początku mojego tanga miałam dużo różnych błędnych przekonań, np. co do wzrostu i masy. Uważałam, ze jak jest za chudy/za gruby/za niski/za wysoki, to jest niewygodny (o tym wspominałam w mojej pierwszej książce pt. „Pasja budzi się nocą”). A to były zwyczajne ograniczenia w mojej głowie! Teraz wiem, ze niewygodnie jest wtedy, kiedy partner/ka się pochyla, kiedy nie ma techniki i kiedy po prostu energetycznie jest z innej bajki. A nie kiedy ma lub nie ma piersi, brzucha czy centymetrów!

Wzrost i waga nie ma nic do rzeczy.

Może poza tym, że człowiek z nadmiarem kilogramów szybciej się męczy, bardziej sapie i dużo mocniej się poci. To, że nie postura ma znaczenie, dotarło do mnie na jednym z festiwali, kiedy bardzo ognistą milongę zatańczyłam z osobą wzrostu najwyżej 155 cm (ja mam 170 + obcasy), wagi może z 50 kg. I była to kobieta!

Zauważyłam, że dużo pań prowadzi w objęciu otwartym.

Pewnie przez wspomniane czucie piersi, które bywa krępujące. Ale nie dla mnie. Ja przestałam na nie zwracać uwagę. Serio. Tango dla mnie ma wtedy sens, kiedy tańczy się blisko (oczywiście zmienne objecie ma swój urok i moc, jeśli umie się je stosować). Zresztą: bliskiego objęcia boi się wiele osób początkujących i wynika to w ogóle z lęku przed fizyczną bliskością. No bo jak to tak, z obcym..?

W tej bliskości jest dla mnie magia tanga.

Jestem introwertyczna (tak, pozory mylą). Nie spoufalam się zbyt szybko i nie mam potrzeby przyjaźnić się z całym światem (czasem go tylko próbuję zbawiać, ale trenuję powstrzymywanie się i coraz lepiej mi to wychodzi). Za to tango znosi wszystkie moje mentalne ograniczenia. Często już po cabeceo wiem, że to będzie TO… Po objęciu… Pierwszym kroku… Mam nadzieję, że jako prowadząca też to będę czuć.

Kłopoty z nawigacją.

Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ilu niby zaawansowanych prowadzących ma kłopoty z nawigacją. A tam: kłopoty. Ni umieją, ot co! Dlatego nie prowadzę na ciasnych milongach, bo mnie wkurzają latający w poprzek jak pijane meteoryty. Jednemu takiemu nie omieszkałam fuknąć na głos: „Gdzie mi tu!”, bo nie dość, że zasuwa z wystawionym łokciem, to rzeźbi w te i wewte w sfatygowaną rozgwiazdę. Ale ronda, jej sens i energia to inny, duży temat. Więc moje próby prowadzenia niestety zdemaskowały w moich oczach wielu tylko niby zaawansowanych. Prawdziwy zaawansowany wie, po co są zasady nawigacji i umie z nich korzystać. I nie ogranicza to czerpania przyjemności z tanga.

Czy prowadzenie rozwija podążanie?

Moim zdaniem to całkiem inna umiejętność. Rozwija o tyle, że pewne ćwiczenia techniczne, jak ocho czy bycie w osi, trenujesz w obydwu rolach. Na pewno dziewczyna, która podąża od wielu lat i uczy się prowadzić, jest cenniejsza dla tej początkującej niż mężczyzna, który niewiele umie. Dlatego podpowiadam paniom: nie szukajcie na siłę partnerów! Rozejrzyjcie się za prowadzącą partnerką.

Koledzy pyta, po co mi TO.

Jest tyle innych aktywności, po co kobieta ma się zabierać za prowadzenie? Ja to traktuję jako profilaktykę antyalzheimerowską, jako nabycie nowej umiejętności, jako wyzwanie rzucone samej sobie (przypomnę: mam zaburzoną lateralizację, nie jestem w stanie nauczyć się prostej choreografii, sekwencja złożona z więcej niż jednego kroku powoduje, że czacha mi dymi jak elektrociepłownia Siekierki w sezonie grzewczym. Jako podążającej mi to nie przeszkadza, ale jako liderka to ja mam ogarnąć, co i jak, więc wyzwanie jest!). Odpowiadam, że dla mnie to trening mózgu, że w tej drugiej roli inaczej współpracuję z moim ciałem. Że będę miała dla panów więcej zmiłowania w sercu… 😄

Władza nad kobietą.

Jedna z koleżanek, która także czasem prowadzi, powiedziała, że to fantastyczne uczucie mieć władzę nad kobietą: robi, co każę. Ja tego tak nie czuję. Dla mnie prowadzenie to odpowiedzialność za komfort partnerki. Myślę o tym, czy jej ze mną nie nudno… czy jest jej wygodnie…

I to jest dla mnie główna różnica w prowadzeniu i podążaniu.

Jako podążająca uczę się po to, żeby partnerowi było ze mną wygodnie i przyjemnie, ale moje nastawienie jest takie: chodź, chłopaku, uczyń mi dobrze 😄

W prowadzeniu to ja chcę dobrze zrobić dziewczynie, z którą tańczę. Tak, zamierzam doskonalić tę sztukę.

Na tej imprezie po raz pierwszy zatańczyłam tandę milong, przy czym każdy utwór z inną dziewczyną i z żadną się nie męczyłam! Dzięki temu na nich zrobiłam wrażenie i mogłam udać, że mam bogatszy repertuar 😄

Powyższy wpis jest pierwszym fragmentem większej całości, którą przygotowuję jako „Tangowe obyczaje, czyli co piszczy w subkulturze tanga argentyńskiego”. Będzie o tym, czy tango to seksowny taniec, czy w tym środowisku się romansuje, czy można nawiązać głębsze relacje, a nie tylko powierzchowne, dlaczego wielu niewiele umie, ale bierze się za uczenie, dlaczego oni nie proszą, a one nie chcą, i wiele więcej 😄 Póki co możesz zamówić u mnie moją pierwszą książkę pt. „Pasja budzi się nocą”, w której zawarłam moje początkowe tangowe doświadczenia oraz wprowadzenie na tangowe salony i do przedsionka tangowych obyczajów 😄

Foto: Dominika Kołodziejska. Modelka: Ela, która ma bardzo miłe objęcie.

P.S. 1.

Dowiedziałam się niedawno, że na jednej z warszawskich imprez naszej tangowej koleżance Dorotce Wandrychowskiej ukradziono moje książki, „Pasję…” i „Przenikanie”. Obie były z osobistymi dedykacjami. Fuj, złodzieju. Za to stracisz o wiele więcej.

P.S. 2

„Diabelskie Tango” 1 i 2, czyli tangowe poradniki, można zamówić u mnie.

Tango to niekończąca się historia…

Ktoś kiedyś tak powiedział, a ja nie zamierzam sobie przywłaszczać tego zdania. Ale uważam dokładnie tak samo.
I uważam, że właśnie to w tangu jest najpiękniejsze.

Tango to niekończąca się historia dla tych, którzy chcą je odkrywać bardziej i mocniej.

Którzy chcą zgłębiać wiedzę tajemną, mimo że nigdy nie osiągną wierzchołka góry i zawsze będą mieli z tangiem co robić. Dla tych, którzy chcą czerpać z niego nie tylko przyjemność, ale też satysfakcję z przekraczania własnych granic i pokonywania trudności. Wreszcie dla tych, którzy chcą doświadczać nowych wrażeń, przeżyć i uczuć.

Tango wymaga od nas nieustannej pracy nad sobą.

Stale musimy doskonalić nasze umiejętności i wzbijać się coraz wyżej. Ale celem nie jest osiągnięcie najwyżej położonego punktu, bo cóż by to była za przyjemność, gdybyśmy nagle stanęli na szczycie i doszli do wniosku, że już nie ma nic więcej do zrobienia… Nie ma już niczego do poznania… Że już wszystko o tangu wiemy i wszystko potrafimy.

Celem jest zwiększająca się przyjemność z tańca zarówno dla nas jak i dla partnerów czy partnerek.

Oczywiście zdarzają się wyjątkowi „geniusze”, którzy już niczego nie muszą się uczyć, a to, co potrafią, jest dla nich wystarczające. Uważają, że tańczą doskonale i nie potrzebują nad niczym pracować. Oni osiągnęli swój szczyt, który jest ledwie niewielkim pagórkiem, i nie chcą od tanga już niczego. Tylko że takie osoby mogą mieć spory problem w tanecznym porozumieniu się z tymi, którzy od tanga oczekują jednak więcej.

Bo przecież tanga nie można nauczyć się do końca.

Zawsze trzeba coś szlifować, coś poprawiać, wracać do podstaw, ćwiczyć technikę. Nawet nauczyciele ciągle się uczą. Jakież to szczęście, gdy jesteśmy tego świadomi i traktujemy ten fakt jako wartość dodaną.

Jeśli jesteśmy w tangu naprawdę. 

A tango jest w nas. Choćby nie wiem, co się działo w naszym życiu – zawsze będziemy o nim myśleć. Jest nałogiem, który tak jak alkoholizm zostaje w człowieku na całe życie. Dlatego nigdy się nie kończy. Ale nie kończy się też dlatego, że ciągle pisze dla nas nowe scenariusze, daje nowe możliwości, motywuje do nowych działań. Ciągle poznajemy nowych ludzi i nowe miejsca.

Nieustannie jesteśmy zaskakiwani.

Kiedy wydaje się, że akurat teraz nic nadzwyczajnego nie może się wydarzyć, tango daje nam tak silną dawkę emocji, że mamy problem z powrotem do świata rzeczywistego. Dlatego chcemy ciągle więcej. Dlatego ciągle szukamy. Te poszukiwania, przeżycia i emocje sprawiają, że tango staje się jedną z ważniejszych części naszego życia. Dlatego trzeba uważać, aby się w nim nie zatracić. Kiedy przychodzi ten moment, gdy odkryjemy, jakie pokłady przyjemności możemy czerpać z tańca i że sami też potrafimy dawać tę przyjemność, wtedy czujemy, jakbyśmy złapali szczęście za nogi. I trzymamy się tego, tańczymy wszędzie gdzie się da i tak długo, jak tylko pozawala nam na to nasz organizm.

Czyli do upadłego.

Na szczęście z tego szaleństwa wyrywają nas nasze rosnące potrzeby tangowe i dzięki temu udaje się nie zatańczyć się na śmierć. Mimo to ciągle tańczymy i jest nam w tańcu coraz lepiej.

Na pewno przychodzi kiedyś taki dzień, gdy mamy już dość, gdy poczujemy się zmęczeni, gdy za bardzo nam ta aktywność spowszednieje, a może i się znudzi. Wtedy bierzemy sobie urlop od tanga, krótszy lub dłuższy. Ale tango ciągle jest w nas.

Anna Kwiecień – o sobie mówi tak: Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Dlatego słucham, śpiewam i tańczę.
Tango nie opuszcza mnie już od 7 lat. Zmieniło mnie. Otworzyło na ludzi i świat. Z tagiem podróżuję i poznaję ciekawych ludzi. Od 3 lat śpiewam w Formacji Tango Para Todos, a kiedyś być może uda mi się zostać TDj-ką ?

Fot.: www.fotojark.pl

Trzęsienie mojej Ziemi z Elą Pe

Patrzę – w El Palacio praktyka.

Nie to akurat wprawiło mnie w ekscytację – bo prowadzona jest od dawna – ale temat: volcady. Po tylu latach tańczenia trudno nie umieć (chociaż zdarzają się i takie przypadki), jednak tym razem temat zainteresował mnie od drugiej strony, czyli prowadzenia. Mnie tam żadne prowadzenie tanga nie kręci, ale myślę sobie tak: Ela Pe się uczy, potrenuje na mnie, a ja się dowiem, jak w razie łamania kręgosłupa poinstruować gamonia, co ma robić. No i pomyślałam, że uczyć się prowadzenia w tangu to ja nie chcę – bo i po co? – ale akuracik mogę się nauczyć prowadzić volcadę.
O ja naiwna ignorantka bez pewnego rodzaju świadomości…

Wiele dziewczyn mówi: „Volcada? Nie znoszę!”

A to dlatego, że panowie ją lubią robić, ale niewielu umie. Oczywiście czasami dziewczyny też nie umieją się w niej zachować: luzują lub usztywniają nie to, co trzeba. Dobrze poprowadzona krzywdy nie zrobi, a z doświadczenia wiem, że takowa jest baaardzo przyjemna. No, Ela! Prowadź, wodzu!

Kobieta niewielkiej postury i jeszcze mniejszej wiary

Ela nie bardzo wierzyła w powodzenie tego wieczoru. Pewnie nastawiała się na to, że coś tam sobie mnie poprowadzi (niekoniecznie w temacie praktyki), w ramach treningu na dziewczynach z różnym wzrostem. Napisała mi tak: „Myślę, że fragment z wolkadami będzie elementem humorystycznym tej praktiki, bo ja jestem od Ciebie dużo niższa. Zobaczymy…”.
No i zobaczyłyśmy…

To rzeczywiście trudny element tanga.

Myślę, że nie każdy jest w stanie opanować dobre prowadzenie volcady (tak jak nie każdy jest w stanie w ogóle dobrze prowadzić – z różnych względów). To figura, przy której trzeba mieć dużą świadomość swojego ciała (partner) i techniki (partner i partnerka). Jeśli mężczyzna „nie daje klaty” albo „nie umie wziąć na ramię” – łamie dziewczynie kręgosłup. Jeśli właśnie taki chce ze mną tańczyć – ja osobiście nie mam oporów, by poprosić: „Ok. Ale nie rób mi volcad”. Tak właśnie. Nie boję się. W końcu jestem Bestią 🙂 Powiem więcej: jeśli zdarzy się to po raz pierwszy na milondze, też nie mam oporów, by powiedzieć w trakcie tanga: „Mam prośbę: nie rób mi volcad”. Po prostu. To NIE jest zwracanie uwagi i musztrowanie. To samoobrona i walka o przetrwanie.
No dobrze, ale w
róćmy do praktyki z Elą Pe.

Zaczęłyśmy od tego, że poplątały nam się nogi.

Tzn. zaczęłyśmy oczywiście od rozgrzewki. Potem Bernasie pięknie pokazały, jak wolkadzić. Mówię do Eli: „Dawaj!”. No i wtedy nam się trochę poplątało. A tak! Właśnie w tej figurze mogą się nogi poplątać! Kiedy Ela rozkminiała, co i jak, ja czułam się całkowicie bezradna. Okazało się, że nie mogę się nauczyć prowadzić volcady, kiedy nie umiem prowadzić. Przekracza to możliwości nienauczonego prowadzenia ciała. Dlatego pan, który nie panuje nad własnym ciałem i podstawowymi elementami prowadzenia, powinien mieć BEZWZGLĘDNY ZAKAZ robienia volcad.

Ela się NIE poddała.

Próbowałyśmy, zasięgałyśmy konsultacji Justyny i Andrzeja, i – wyszło! Ela wolkadzi, że hej. I w ogóle nie ma znaczenia to, że jest dwa razy mniejsza niż ja. ANI RAZU nie odczułam łamania w kręgosłupie. Jeszcze chwila i Ela będzie obiektem pożądania tangowego większości pań 🙂 Śmiałam się, że tak się do mnie przyzwyczai, że tylko ze mną będzie jej w volcadzie dobrze jako partnerowi 🙂 Kobitki niestety mogą sprawiać, że prowadzenie ich jest udręką. A potem się dziwią, czemu nie są proszone…

Trzęsienie mojej Ziemi miało dopiero nastąpić.

Volcady jak volcady: Ela się nauczyła, ja się zorientowałam, że nie ma czegoś takiego jak nauka prowadzenia jednej figury (o ile chce się prowadzić DOBRZE, czyli przyjemnie dla wszystkich: siebie, partnerki, ludzi wokół. Trzeba zacząć od chodzenia, jak w życiu). I nagle… to ja niby jestem ta bestia… a tu Ela mi rzecze stanowczo:

Prowadź!”

Zgłupiałam. Że ja…? Ale ja nie chcę… Na co Ela mi powiedziała, że skoro mamy iść razem na kurs milongi (no tak! Przyszło mi do blond główki, że milongę to bym chciała prowadzić… bo to nie tango), to nie mogę NIE umieć prowadzić! O matko ty moja jedyna… Moja Ziemia zadrżała… Ja mam prowadzić w tangu, gdzie dla mnie cała jego rozkosz tkwi w tym, że NIE muszę myśleć o tym, co robić… Poddaję się… Daję się ponieść… czasem bardzo 🙂 A tu: „Prowadź!”?! Ratunku!!!

Dysocjacja!

Ela mnie przeszkoliła na okoliczność (co dla mnie – z zaburzoną lateralizacją – nie jest proste): co i jak w kroku do przodu. Moim, jako prowadzącej. No i… poprowadziłam… !!! Ja!!! AAAAA!!!!! Do przodu, do tyłu, i „tik-tik-tik” – bo jestem muzykalna i mnie niesie 🙂 I troszkę do boku. Ale poprowadzenie ocho na ten moment przerosło moje możliwości.

Wnioski mam następujące:

Kto chce się wzbić na wyższy poziom tanga, bez poznania drugiej strony tego nie zrobi. Tak jak prowadzący powinien znać rolę podążającej (choćby po to, żeby wiedział, co jej robi), tak podążająca powinna chociaż spróbować prowadzenia (otwiera się klapka zrozumienia: o cholera! Oni JEDNOCZEŚNIE muszą myśleć, uważać, dawać podążającej przyjemność…).

Zrozumienie złagodziło moje podejście

Jestem wybredna, nie tańczę ze wszystkimi. Oczywiście nie wszyscy też tańczą ze mną 🙂 „Nakaz” prowadzenia uzmysłowił mi, że to jest NAPRAWDĘ bardzo trudne. Że wytrwanie w tangu jest o wiele większym wyzwaniem dla prowadzących, niż dla nas. Że ogólna kondycja ciała przekłada się na sprawność i miękkość w tangu (dlatego warto ćwiczyć rozciąganie). Śmiałyśmy się, że Ela uruchomiła we mnie pokłady litości 🙂 Ale też spowodowała trzęsienie mojej Ziemi. Bo nie chciałam prowadzić, a poczułam, że… będę trenować prowadzenie. To niesamowicie wzbogaca. Ela – szykuj się! Idziemy na to coś z narkotykami w tytule, ale bez narkotyków!

Do zobaczenia!
Bestia Ania

El Palacio, praktyka w każdą niedzielę od 20.30.