„Płatne sprawy na rzecz tanga”

Zostałam zapytana przez nauczyciela, który dzięki mnie zaistniał w młodszej stażem tangowej społeczności, czy może umieścić w mojej grupie info dotyczące jego komercyjnego przedsięwzięcia. Zatem ja zapytałam, co proponuje w zamian. Na co on, że nie wiedział, że to „płatne sprawy”, tylko że to grupa „na rzecz tanga”.

Ponieważ obiecałam sobie, że nie będę nikogo wyzywać od skisłych dziadów, pomyślałam: „A Ty chłoptasiu w ząbek czesany… Kiedy Ty COKOLWIEK zrobiłeś na rzecz tanga? Pożytek socjalny z Ciebie żaden. Robisz tylko bardzo płatne rzeczy. Na dodatek sugerujesz, że ja za umieszczenie informacji chcę pieniędzy. Nieładnie! I manipulacyjnie”.

Ale dobrze się stało, bo przy tej okazji wsadzę głębiej kij w mrowisko.

Tak głębiej, że niektórzy odczują go w d…

Zacznę od tego, że moja grupa powstała w konkretnym celu: informowania, gdzie DZIŚ tańczy się tango w Warszawie. Taka jest idea przewodnia i tego się trzymam. Wszystko, co poza tym, czyli informowanie z wyprzedzeniem o eventach, publikowanie moich blogowych artykułów czy czasem coś spoza tanga, jest dodatkiem po moim uważaniu. Dominiczka mi pomaga, za co jestem jej wdzięczna, bo codzienne, systematyczne publikowanie postów, na dodatek najpóźniej w okolicach południa, żeby można było się przygotować na wieczór, to spore wyzwanie. Jeżeli – z różnych względów – uznam, że warto, aby każdy członek grupy otrzymał szansę na zapoznanie się z jakąś informacją, wykorzystuję narzędzie, które ma administrator grupy.

Komu się to nie podoba, po prostu opuszcza grupę

I tu się na chwilę zatrzymam. Wiem, że niektórzy się wkurzają, że są automatycznie oznaczani, że nie jest to spersonalizowany komunikat, tylko zbiorówka. Zachęcam do zmiany przekonania: zamiast uważać, że administrator (w jakiejkolwiek grupie) robi coś niewłaściwego, uznaj, że Ty uzyskujesz informacje (także te bez oznaczenia), w które ktoś włożył pracę i energię (jak ja i Dominiczka w codzienne posty), w zamian nie oburzasz się, że czasem zostaniesz oznaczony przy czymś, z czego nie skorzystasz. Prosta wymiana energii.

Wracamy do „ płatnych spraw” versus „na rzecz tanga”

Ci, co znają mnie od lat, wiedzą, że kiedy organizowałam płatne milongi, zawsze po pierwsze płaciłam dj-om, po drugie dbałam, by atmosfera była socjalna i dj-e także mieli w tym udział, taka była umowa (jeden z obecnych organizatorów, który dba o socjal swoich imprez, przeniósł ten wzorzec do siebie i chwała mu).

W tangu z jednej strony mówi się, że „nikt nic nie musi”, z drugiej niektórzy oczekują, że „każdy z każdym”. O tym będzie osobny wpis. Tu tylko zaznaczę, że jako uczestniczka jestem zwolenniczką pierwszej tezy (nie chcę nikogo do siebie zmuszać, także organizatora, dla którego liczy się tylko zapłacony bilet, a nie atmosfera, nie mówiąc o mojej skromnej osobie, którą bynajmniej nie darzy sympatią, bo usłyszał lub przeczytał parę słów), ale jako organizatorka, także imprez z wstępem wolnym, lubię, by ludzie się dobrze czuli.

Organizatorzy są różni

Są tacy, którzy na swoich imprezach mają sporą listę gości (wzajemna wymiana usług i energii). Ale spora część jest taka, że chce zarobić, a usługi dostać za darmo, nie proponując w zamian nic lub niewiele. Podam przykłady:

* fotograf – powszechną praktyką jest, że organizator dużych eventów jako gratyfikację za zdjęcia proponuje udział w imprezie. „Nie można zrobić zdjęć z imprezy nie będąc na imprezie” – powiedział/a fotograf/ka w moim wywiadzie (halo, dawaj foty, wywiad czas opublikować!). Polując na wyjątkowe ujęcia raczej nie potańczy. A przecież fotograf musi gdzieś zamieszkać, coś zjeść i spędzić mnóstwo czasu na selekcji i obróbce zdjęć, żeby się je przyjemnie oglądało. Jeżeli fotograf jest z osobą towarzyszącą, która ma status gościa organizatora, to ok, jakaś korzyść jest, choćby oszczędnościowa. Ktoś pracuje nad porfolio i chce zaistnieć – ok (tylko często zamieszcza pięćset koszmarnych zdjęć z podobnymi ujęciami i tymi samymi osobami). Dobry organizator wie, że ludzie lubią mieć ładne pamiątkowe fotki, więc przewiduje na to budżet. Tylko to się dzieje głównie za granicą. Dobry fotograf zamiast pięciuset zdjęć opublikuje sto, ładnie obrobionych, świetnych ujęć, co jest doskonałą promocją dla eventu (ważne, jeśli ma być powtórzony);

* dj – ten ma lepiej, bo zagra set i może się bawić. Wikt i spanie ma zapewnione (co w przypadku fotografa bywa różne). Jeśli jest z osobą towarzyszącą o statusie gościa, jak powyżej. Tu też zdarzają się tacy, którzy debiutują na większych eventach, więc zgodzą się na wszystko. Świetny dj się ceni. Od doboru składu dj-ów zależy, jaką rangę ma impreza. Cała masa uczestników się nie zna, wybierają imprezę z innych względów, ale znacząca część jednak się zna i to, kto gra, przesądza: jadę czy nie. Więc kalkulując koszty imprezy dobrze jest tak zaplanować budżet, by zapewnić muzyczną jakość;

* promocja – jeśli idzie tylko kanałem danej szkoły czy organizatora, dociera tylko do odbiorców danej szkoły czy organizatora. Efekt: na różnych imprezach są ciągle ci sami ludzie, zero świeżości. Budowanie zaangażowanej społeczności, która ma zaufanie do tego, co się proponuje, wymaga czasu, systematycznej pracy i wiarygodności. Są różne narzędzia do poszerzania zasięgów, ale trzeba wiedzieć, jak z nich skorzystać. Można się przeszkolić (odpłatnie), ale social media szybko się zmieniają i taką wiedzę trzeba aktualizować. Można korzystać z płatnych reklam, ale też trzeba wiedzieć, w jaki sposób, żeby nie przepalić budżetu. Promocja sama się nie robi.

Kilka przykładów tangowych organizatorskich obyczajów:

* Niektórzy organizatorzy chcieliby potraktować moją grupę jak słup ogłoszeniowy, a nawet gorzej: bez zapytania o zgodę chcą zamieścić informację o swojej komercyjnej imprezie na zasadzie wrzucenia ziemniaków do piwnicy (ten, który jest inspiracją owego wpisu, przynajmniej zapytał). Był czas, że promowałam różne eventy. W pewnym momencie jednak uznałam, że nie ma w tym równowagi. Nie można tylko dawać, bo efekt jest taki, że organizator komercji uważa, że mu się należy. Chce skorzystać z zasięgów wypracowanych przez kogoś innego pod przykrywką wykorzystania „działania na rzecz tanga”.

* Koleżanka, która prowadzi grupę z informacjami tangowymi z całej Polski, a i zagranica często gości, ma niewesoło. Roszczeniowcy oczekują, że będzie robiła, co oni chcą i że zaspokoi ich potrzeby, w zamian dają fochy i dezaprobatę. Obu nam się zdarza, że ktoś pisze, żebyśmy coś zamieściły, ale nawet mu się nie chce przygotować rzetelnej informacji. Nie dość, że mamy opublikować, to jeszcze przygotować. Ja Kasię podziwiam, bo często nie ogarniam Warszawy (na szczęście mi wtedy podpowiadacie – z wdzięcznością dziękuję!), a ona idzie szerokim frontem i stara się na bieżąco zamieszczać informacje o wszystkim, co się tangowo dzieje. Zapytałam jej: „Wyszukujesz, ogłaszasz, przypominasz. Czy którykolwiek z organizatorów kiedykolwiek Cię zaprosił?”. Okazuje się, że jedynie Ania Pietruszewska. Innym nie przyszło to do głowy, a systematycznie posiłkują się jej zasięgami. Czy którykolwiek z organizatorów korzystających z publikacji swojego wydarzenia, w ramach podziękowania i docenienia, podarował Kasi choćby tabliczkę czekolady?

W tangowej Polsce tylko my dwie jesteśmy ponad szkołami, organizatorami i tangową polityką.

Kasia ma tę przewagę, że tylko informuje, więc chyba jednak ma mniej niechętnych sobie niż ja heh.

* Jedna z nauczycielek bezprawnie użyła zdjęcia do promocji swoich komercyjnych działań. Na propozycję fotografa, że w zamian za zgodę poprosi lekcję prywatną, wolała podmienić zdjęcie na gorsze, niż coś dać od siebie.

* Kto inny obiecał lekcję, która od kilku lat nie dochodzi do skutku. Nie ma propozycji: „Umówmy się na jakiś termin”. Liczy, że obiekt zapomniał?

* Kuriozum kuriozów dla mnie osobiście było to, kiedy na milongę z pokazem przybyła cała masa ludzi dzięki temu, że zobaczyli informację w mojej grupie, więc mimo że od lat w tym miejscu NIE bywają – przyszli. Reakcja? Kręcenie nosem, bo ja za tym stałam. Ale forsę zapłaconą przez uczestników skrzętnie przyjęto i przykra nie była.

* Organizator jednego z festiwali uznał, że przez lata zrobiłam swoje i promocja już mu niepotrzebna. Po dojściu do tego wniosku za udział w festiwalu kazał mi normalnie zapłacić (a korzystał z promocji każdego swojego komercyjnego posunięcia, także lekcji, warsztatów i wyjazdów, nie mówiąc o tym, ilu uczniów mu wysłałam i że dzięki mnie zaistniał na południu Polski). Mieliśmy od lat wypracowaną metodę współpracy. Zmienił jej warunki, ale nadal uważał, że jednostronnie obowiązują i dopiero po trzecim razie nieskutecznego wrzucenia ziemniaków do piwnicy zapytał” Ej no, co jest?”. Dosłownie. I się zdziwił, że dostrzegłam brak balansu.

Żeby była jasność: nikt nic nie musi, ale niektórzy po prostu przekraczają granicę przyzwoitości

Ponoszę koszt domeny i serwera, żebyś mógł/mogła mnie czytać. Płacę pewną cenę za swoją szczerość.
A pisać lubię i umiem – że tak skromnie stwierdzę 😛

Natomiast nie będę na każde zawołanie.

Opisywałam wiele imprez, w których uczestniczyłam jak każdy, płacąc. Teraz uznałam, że oczywiście: jeśli będzie coś naprawdę wyjątkowego do przekazania, z tangową wartością dla Was, to opiszę, niezależnie od tego, czy byłam gościem, czy płaciłam za udział jak inni. Ale jeśli to będzie event „nic nadzwyczajnego”, to szkoda mojej energii.

Zwłaszcza że skupiam się na pozytywach, a czasem bywa więcej negatywów

Zdarzyło się, że ja coś zaproponowałam organizatorowi w zamian za zaproszenie, ale nie miał potrzeby skorzystać – i to jest ok. Zdarza się, że nie z każdego zaproszenia ja mogę skorzystać. Życie. Ale też rezygnuję z imprez, np. kiedy wiem, że maraton nie powinien się odbyć w jakimś miejscu, bo miejsce się do tego nie nadaje. Nie poszłabym tam jako gość, bo na zasadzie wymiany coś by trzeba napisać, a niestety można by tylko niefajnie. Był taki event, na którym świetnie bawili się organizatorzy. Uczestnicy w kuluarach wyrażali zatrważające opinie, ale publicznie nikt nie odważył się powiedzieć, że to była lipa i że niektórzy po prostu czuli się oszukani.

Inną kwestią jest tak zwana tangowa społeczność

Kto mnie zna, ten wie, że aspekt nie krzywdzenia i nie wykorzystywania jest dla mnie ważny. Zatem postawa i uczynki organizatorów też. To nie jest tak, że jestem na kogoś pogniewana. NIE. Ale jeśli ktoś jako organizator słabo się zachowa, to jeśli na skalę kameralną, to kameralnie o tym mówię. A jeśli z rozmachem, to w równowadze, ja też z rozmachem. Zwłaszcza że służby operacyjne działają i dowiaduję się z kilku źródeł o każdej niefajnej sprawie. Tak to już jest: fajne przyjmujemy bez echa, niefajne ludzie lubią rozkładać na czynniki pierwsze. I mówić o tym za moim pośrednictwem, żeby nie narobić sobie wrogów… 😎 Oczywiście nie piszę o wszystkim, bo musiałabym nie odchodzić od laptopa.

Znaczna część tańczących tango ma inaczej niż ja

Nie obchodzi ich, jaki jest gospodarz. Płacą za muzykę, parkiet i towarzystwo. Chcą się dobrze bawić bez zagłębiania się w niuanse. Gdyby jednak ludzie bardziej przykładali wagę do roli i funkcji gospodarza i organizatora, byłaby szansa na to, że gospodarze i organizatorzy zaczęliby się starać za pieniądze, które im płacisz. A biorąc pod uwagę mnogość imprez, dotarcie do potencjalnych uczestników będzie coraz trudniejsze.

Ale żeby nie było, że ci organizatorzy to samo zło: NIE!

Ja naprawdę nie oczekuję nie wiadomo czego. Dostaję podziękowania, dzięki czemu wiem, że to, co robię, ma sens. Natomiast nie lubię być traktowana instrumentalnie. Sama bywam organizatorką.

Tango Te Amo wraz z Los Almis organizuje budżetowego sylwestra

Przy okazji – to się wydarzyło naprawdę: dzwoni do mnie kolega, którego bardzo lubię człowieczo i tangowo. Pyta o szczegóły. Zaprasza mnie z R. na imprezę, którą z paczką tangowych par organizują w jakiejś restauracji. I mówi, że jest zainteresowany naszym sylwestrem pod warunkiem, że nikt na tym nie zarobi.

WTF? Ludzie, qrde, co z Wami?!

Mamy stawkę dwie stówy za osobę – wszyscy zadeklarowani dokonali wpłat, dotarły!), dwóch dj-ów, wynajętą salę, max 50 osób i nie chcę, żeby było bidnie w bufecie, a ktoś mi stawia warunki?! Gdybyśmy robili imprezę na 300 osób za 300 euro, to byśmy zarobili. A tak w ogóle co to za podejście? Robicie, Panie Przenikliwy, imprezę w restauracji, zarabia restauracja (a może płaci % od utargu załatwiaczowi restauracji, tylko Ty, Panie Przenikliwy, o tym nie wiesz?). Ogarniamy wystrój, muzykę, ciężkie butelki z winem i zgrzewki wody, będziemy to wszystko targać po schodach, z nastawieniem, że ma być fajnie (zapowiada się, że będzie, połowa miejsc zajęta i naprawdę przyjemny skład). I jak zostanie stówa, to co? Mam oddać Panu Przenikliwemu? Czy podrzeć i wyrzucić?

Podsumowując „płatne sprawy na rzecz tanga”:

* Organizujesz komercyjne wydarzenie, zarabiasz na tym – pomyśl o usługodawcach, którzy pracują na Twój sukces. Skorzystaj i się odwdzięcz. Bo jeśli ich wykorzystasz, pierdyknie Ci w innych obszarach (tak działa energia).

* Ty, organizatorze, starasz się lub nie. Ja i Kasia od tangowych historii staramy się zawsze. Niczego od Ciebie nie chcemy. Ale jeśli Ty chcesz od nas, zaproponuj coś. Aaa!!! Piszę to bez konsultacji z koleżanką.

Edit: pytacie, co taki organizaror lub nauczyciel miałby zaproponować?

  • Wdzięczność.
  • „Przy najbliższej okazji zapraszam na wodę mineralną”.
  • A jeśli nie ma pomysłu, to nic i niech się spodziewa tego samego.

* Nikt nic nie musi. Ale ja dbam o równowagę energetyczną, więc dawanie i przyjmowanie to podstawa. Ach, miałam obiecany jakiś masaż… Pewnie stracił aktualność.

* Na nikogo się nie gniewam. Nikogo nie traktuję jak wroga. Zawsze odnoszę się do tego, co zostało zrobione lub powiedziane (albo nie, a powinno), więc chodzi o postawę lub zachowanie, a nie o człowieka.

* Mam nadzieję, że odnajdą wartość w tym wpisie ci, którzy chcą tworzyć tangową społeczność, a nie tylko być w tangowym środowisku.

Na koniec:

Pietruszka, świetna organizatorka, po raz kolejny robi Beskid Tango Marathon, który wraca do hotelu! Wszystko w jednym miejscu, pijama party, będzie się działo! Rejestracja otwarta, nie zwlekaj, bo ilość pokoi jest ograniczona.

P.S. 1.

Żebyś mógł/mogła przeczytać ten wpis, ja zainwestowałam 6 godzin mojego czasu + 3 godziny redaktora, który sprawdzał, czy wszystko jest zrozumiałe, nanosił poprawki (bo to, co jest dla mnie jasne, gdyż mam to w głowie, może nie być jasne dla Czytelnika/czki). Codzienny wpis w grupie zajmuje mi od 5 do 30 minut (zależy, czy szukam ilustracji, czy już ją mam). Kasia z tangowych historii ślęczy nad aktualizacjami o wiele dłużej. Tak, nikt nam nie każe. Robimy, bo lubimy. I dlatego robimy, co uważamy za stosowne, a co stosowne dla nas nie jest, to nie robimy (to piszę po konsulatcji 😆 ).

P.S. 2.

Dość szybko w komentarzach na fejsie pojawiła się taka kwestia, że przeciętny tangowicz może coś niby reklamować (bez uzgodnienia z organizatorem), a potem „chcieć egzekwować” gratyfikację.  Po pierwsze: reklamować trzeba umieć (forma, opis, narzędzia dotarcia z informacją – wiedza bynajmniej niepowszechna); po drugie: chcieć a móc to dwie różne rzeczy (rekalmować i egzekwować hehe); po trzecie: kiedy ludzie pytają mnie o nauczycieli, to najpierw rozmawiamy o ich potrzebach i oczekiwaniach, a potem podpowiadam, do kogo iść. Bez konsultacji polecam. Nie przyszłoby mi do głowy czegoś chcieć, a za swoje lekcje płacę.

P.S. 3

Zdjęcie nr 1 – Batida del Tango, to moje trampki 🙂 Kto robił zdjęcie, z kim tańczyłam… Nie pamiętam.
Reszta grafik: zasoby internetu, niektóre nie podpisane, nie znalazłam linka do źródła.

Wykluczenie 2021

Przedgwiazdkowe zawirowanie.

Czasy takie, że ludziom odbija bardziej niż kiedykolwiek. Niektórzy zachowują się, jakby pierwsza gwiazdka już pierdyknęła ich w głowę. Ego jak meteoryt rzuca się w odmęt szaleństwa… Inni to widzą, śmieją się po kątach, ale na niewłaściwe zachowania nie reagują.

Prosperity.

Kiedy lokal lub cykliczne wydarzenie jest na fali, gospodarz myśli, że będzie tak zawsze; że jak walą drzwiami i oknami, to brak zadowolenia poszczególnych osób nie ma znaczenia.
Od początku mojego tanga (13 maja 2009) byłam świadkiem wielu wzlotów i upadków tangowych miejsc. Większość była nieopłacalna dla lokalu. Stałe miejsca notują przypływy i odpływy – z różnych powodów. Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. I nadpełza następna. Albo nie.

Mój blog, moje zdanie 🙂 

Zabieram głos w różnych tangowych sprawach. Wszystko, co piszę, jest filtrowane przeze mnie. Nie biorę udziału w prywatnych animozjach (sama czasem takie miewam, ale szybko mi przechodzi, bo szkoda życia na hodowanie urazy).
To tytułem wstępu nr 1.

Wstęp nr 2.

Dla tych, którzy mają mniejszy tangowy staż, pewne wyjaśnienie: tangowe imprezy są różnego typu, z różną odpowiedzialnością gospodarzy. Inna jest na lokalnej milondze, inna na fieście, jeszcze inna na festiwalu czy maratonie. Są eventy dla początkujących, są dla tangowych wyjadaczy (pewne milongi i maratony), są też takie, gdzie spotykają się młodziaki ze starszakami (niektóre milongi i festiwale).

Tangowe” pieniądze.

Gdzie je zostawiasz? Ja w różnych miejscach. W Warszawie w niewielu – z różnych powodów. Wymienię dwa: mili gospodarze mają słabe miejsca; fantastyczne miejsca mają słabych gospodarzy. Słabych, czyli olewających, nie doceniających obecności gości, humorzastych, leniwych, zadufanych, niegrzecznych. Ostatnie wydarzenia z warszawskiego podwórka wbiły mi szczękę w podłogę. Nadal ją próbuję zebrać.

Taki „bątą”, jakie towarzystwo.

Będzie z grubej rury, bo temat jest niemiły.
Z okazji Międzynarodowego Dnia Tanga było świętowanie. Ogłoszono specjalne imprezy. Na jednej z nich, ostatniego dnia, miała być „ronda de maestros”. Założenie było, że dla wszystkich, nawet dla tych, co biorą się za nauczanie nie mając o nim pojęcia. Bo jak święto, to święto. A tu bach! Persony kształtujące polskie środowisko tanga, czyli doświadczeni tangueros i maestros, w dniu wspólnego święta NIE ZROBIŁY NIC, kiedy jedna z ważniejszych osób dla obecnego polskiego tanga socjalnego została jednym zdaniem zlekceważona i wykluczona ze świętowania.

Jak ja bym się czuła?

Gdybym wtedy tam stała na parkiecie, szykując się do zatańczenia w rondzie..? Po pierwsze: byłabym zażenowana sposobem prezentacji maestros, a raczej jego brakiem. No ale to była fiesta dla wyjadaczy, wszyscy się znali, może prezentacja była niepotrzebna. Natomiast po usłyszeniu, że właśnie odsunięto od udziału w rondzie jednego z lepszych nauczycieli i tangueros… Gdybym ja tam stała na tym parkiecie… Czułabym się jak pacynka wyciągnięta na środek do krakowiaka przez nieudolnego pana przedszkolanka. I kiedy mój kolega, świetny nauczyciel tanga, zostałby odprawiony do kąta, wiem, że poszłabym tam razem z nim, z adekwatnym komentarzem. Zrobiła tak tylko jedna osoba, nie będąca w gronie maestros.

Przypominam: mówię za siebie.

Wstydziłabym się, że jak ten baran w stadzie łaziłam po zagrodzie, do której w uniesieniu poczucia swojej samozajebistości zagonił mnie wilk w skórze pasterza. Byliśmy w takim szoku całością atmosfery, sposobem wywoływania nas, formułą przemówienia, że zbaranieliśmy i po prostu nie byliśmy w stanie zareagować” – dowiedziałam się następnego dnia.
Ok, przyjmuję. Człowiek zszokowany może doznać zamrożenia myślenia i czucia. Jestem tylko ciekawa, ile osób  ma kaca moralnego. Do ilu dotarło, co tak naprawdę się stało. Ile osób pomyśli nad prawdziwymi intencjami założenia pewnej organizacji i swojej prawdziwej w niej roli.

Jak bym się czuła wśród publiczności?

Skąpej, ale jednak, która śmiała się jak głupi do sera w całkiem nieadekwatnym momencie, zamiast zareagować i wykrzyczeć, że właśnie z kolegą z kąta należy świętować tango, bo jest w tym świetny (dla mnie: jeden z najlepszych. Bardzo serdeczny, socjalny, uczynny. Nie gwiazdorzy. Z chęcią (!) tańczy na milongach i to jak… A jak uczy! Bardzo lubię tańczyć z jego uczniami).

Solidarność.

Świadczy o tym, jaka jest relacja. Powierzchowna czy głębsza? Czasem w imię przyjaźni podejmuje się pewne kroki właśnie ze względu na głębię relacji, jeśli uczucia przyjaciela są ważniejsze niż ten krok.
Powyższa sytuacja była żenująca. Nie powinna się wydarzyć. Chcę pozostać w nadziei, że to szok pozbawił wielu refleksu i błagam, nie odzierajcie mnie z tej iluzji, jeśli nią jest…
Nawiązałam w tangu mnóstwo fantastycznych znajomości. Znam wielu organizatorów, dla których uczestnik i po prostu drugi człowiek są ważni. Moim zdaniem właśnie takich warto wspierać swoją obecnością i pieniędzmi.

Na zakończenie.

Czasem jestem zaproszona na imprezę, której po fakcie z różnych powodów nie mogę pochwalić. Np. widzę pokaz, w którym jedynym plusem jest to, że w parze widać czułość. Ja uwielbiam, ale to trochę za mała zachęta, żeby ludzie kolejny raz wydali pieniądze i żebym ja to opisała jako walor, bo w pokazie zdecydowanie chodzi o coś więcej. Postanowiłam nie krytykować organizacyjnych błędów, ponieważ każda organizacja to duży wysiłek. „User”, który co najwyżej zorganizował kinder bal, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak duży (dlatego daje rady z d..y heh). Dla wielu nawet zachowanie gospodarza nie jest ważne, bo przychodzą w konkretnym celu i na dużych imprezach często w ogóle go nie znają.

Więc co?

Z beznadziejną sytuacją tamtej milongi – pewnie już nic. Rzymianie mawiali: „Milczenie oznacza zgodę”. Mnóstwo ludzi nie chce się konfrontować, robić sobie wrogów itp. To jest tak jak z jednym moim tangowym kolegą, któremu powiedziałam, że kleszczy, że nie tylko mnie to przeszkadza i że dziewczyny w kuluarach się skarżą. On wytrzeszczył oczy (tańczy kilkanaście lat) i powiedział, że żadna mu o tym nie mówiła. No właśnie: skąd ktoś ma wiedzieć, że robi coś złego, skoro wszyscy udają, że jest ok?
Gdyby kilkanaście osób solidarnie ruszyło do wyjścia, wymusiłoby reakcję, a być może przemyślenia na przyszłość.

Pojawiły się głosy na ścianach.

Solidaryzujące się z wykluczonym kolegą. Lepiej późno niż wcale. Lepsze to niż nic. 
Teraz będzie brutalnie i do bólu. I żeby była jasność: piszę o sobie, więc nie dorabiać żadnych sugestii.

Powtórzę: dotyczy to MNIE.

Otóż gdybym to ja tamtego wieczoru stała zamrożona i zamiast pójść z kolegą do kąta, jednak odtańczyłabym – w moim osobistym mniemaniu – chocholi taniec, opublikowałabym na swojej ścianie: „Zatańczyłam. W takich okolicznościach czuję się jak ścierka”.

Warszawskie historie – koniec roku 2021

Przedgwiazdkowe zawirowanie.

Czasy takie, że ludziom odbija bardziej niż kiedykolwiek. Niektórzy zachowują się, jakby pierwsza gwiazdka już pierdyknęła ich w głowę. Ego jak meteoryt rzuca się w odmęt szaleństwa… Inni to widzą, po kątach się śmieją, ale na niewłaściwe zachowanie szaleńca nie reagują.

Prosperity.

Kiedy lokal lub cykliczne wydarzenie jest na fali, gospodarz myśli, że będzie tak zawsze; że jak walą drzwiami i oknami, to zadowolenie poszczególnych osób nie ma znaczenia; że jak już taka Kossak pomogła zaistnieć na gościnnych występach tu i tam, to teraz nie jest potrzebna i może odejść.

Kossak się nie pcha, gdzie jej nie chcą (dalsza część wpisu nie ma związku z tą częścią. No!).

A imprezy są różnego typu i na nich gospodarze mają różną odpowiedzialność. Inną na lokalnej milondze, inną na fieście, jeszcze inną na festiwalu czy maratonie – ale to inny temat.

Gdzie zostawiasz tangowe pieniądze?

Ja w różnych miejscach. W Warszawie w niewielu – z różnych powodów. Wymienię dwa: mili gospodarze mają słabe miejsce; fantastyczne miejsca mają słabych gospodarzy. Słabych, czyli olewających, nie doceniających obecności gości, humorzastych, leniwych, zadufanych, niegrzecznych. Ostatnie wydarzenia z warszawskiego podwórka wbiły mi szczękę w podłogę i nadal ją próbuję zebrać.

Taki „bątą”, jakie towarzystwo.

Będzie z grubej rury.

Miała być „ronda de maestros” dla wszystkich, nawet dla tych, co za nauczanie się biorą nie mając o nim pojęcia. Bo jak święto, to święto. A tu bach! Persony kształtujące polskie środowisko tanga, czyli doświadczeni tangueros i maestros, w dniu wspólnego święta NIE ZROBIŁY NIC, kiedy jedna z ważniejszych osób dla polskiego tanga socjalnego została ze świętowania wykluczona słowami: „Nie, folkloru dzisiaj nie świętujemy”.

Jak ja bym się czuła?

Gdybym wtedy tam stała, czułabym się jak pacynka wyciągnięta na środek przez nieudolnego pana przedszkolanka do krakowiaka. I kiedy mój kolega – lepszy w uczeniu tanga od niejednej z innych pacynekzostałby odprawiony do kąta, wiem, że poszłabym tam razem z nim – z adekwatnym komentarzem. Ale inne pacynki ochoczo czekały na zapodanie krakowiaka.

Jak bym się czuła wśród publiczności?

Skąpej, ale jednak, która śmiała się jak głupi do sera w całkiem nieadekwatnym momencie, zamiast zareagować i wykrzyczeć, że właśnie z kolegą z kąta należy świętować tango, bo jest w tym świetny. Dla mnie: jeden z najlepszych. Bardzo serdeczny, socjalny, uczynny. Nie gwiazdorzy. Z chęcią (!) tańczy na milongach i to jak… A jak uczy! Bardzo lubię tańczyć z jego uczniami.

Gdybym była pacynką, byłoby mi wstyd.

Że jak ten baran w stadzie łaziłam po zagrodzie, do której w uniesieniu poczucia swojej samozajebistości zagonił mnie wilk w skórze pasterza.

Byliśmy w takim szoku całością atmosfery, sposobem wywoływania nas, formułą przemówienia, że zbaranieliśmy i po prostu nie byliśmy w stanie zareagować” – powiedziała jedna z pacynek.

Ok, przyjmuję. Człowiek zszokowany może doznać zamrożenia myślenia i czucia.

A wyciągniecie wnioski?

Podsumowanie.

Piszę Wam o różnych tangowych historiach. To moje odczucia i przemyślenia. I najnowsza myśl: nie nadaję się na kronikarkę. Czasem jest tak, że jestem zaproszona na imprezę, której nie mogę pochwalić. Z różnych powodów. Np. widzę pokaz, w którym jedynym plusem jest to, że w parze widać czułość. Ja uwielbiam, ale to trochę za mała zachęta, żeby ludzie kolejny raz wydali pieniądze i żebym ja to opisała jako walor, bo w pokazie chodzi o coś więcej. Postanowiłam nie krytykować organizacyjnych błędów, bo każda organizacja to duży wysiłek. „User” nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaki (dlatego czasem daje rady z d..y heh). Ale zachowanie gospodarza jest kluczowe.

Więc co?

Z beznadziejnym wieczorem tamtej milongi – pewnie już nic. Pacynki pójdą spać. Może pomyślą nad warszawskim fajnym miejscem, gdzie będzie polski social. W Warszawie tego brakuje: miejsca milongi, gdzie nie będzie po argentyńsku, tylko po tak polsku, jak Polacy chcą wierzyć: gościnnie, serdecznie, cieplutko… Ale z pazurem…

 

Dlaczego panowie nie proszą i nie tańczą?

Uprzedzam: nie ma obrazków. Czytasz ten wpis jak fragment książki, którym zresztą jest : 

Do popełnienia zapisania mych myśli sprowokowały mnie uczestniczki pewnego festiwalu, które były niezadowolone z powodu swojego niewytańczenia i tego, że nie były proszone przez obcych panów, konkretnie: Polaków (nie będę tego komentować, bo to temat na osobny wpis). Kiedy Lechosław Hojnacki wrzucił tłumaczenie świetnego artykułu, uznałam, że Kosmos domaga się mojego głosu w tej sprawie 🙂

Ten wpis skierowany jest do pań.

To one wyrzucają panom, że znowu nie zatańczyli. To one gest przywitania mylą z cabeceo, przez co niektórzy „boją się” witać. To one wyrywają się do nieswojej mirady (na szczęście coraz więcej panów jest asertywnych i skutecznie omija niechciane, nawet najszerzej rozwarte ramiona).

Nie będzie miło.

Od kiedy usiłuję liderować, mam dla panów więcej zmiłowania w sercu i doskonale rozumiem, dlaczego z nieznanymi partnerkami wolą nie ryzykować tańca. Na maratonach, gdzie przyjeżdżają po to, by tańczyć do upadłego, też zaczynają od tych ulubionych, których na co dzień nie mają. Albo tańczą w gronie, w którym przyjechali – i wolno im. Poza tym tych nieznanych potencjalnych partnerek jest na tyle dużo, że jeśli pan zdecyduje się poprosić (część panów w ogóle przyjeżdża po to, żeby zaznać nowych abrazos, a część poprzestaje na tych znanych, spotykanych okazjonalnie), wybiera według swoich przeróżnych kryteriów – i też wolno mu je mieć.

Różne miejsca i sytuacje.

Warszawa i Kraków mają opinię miast, w których miejscowi panowie nie proszą. W Warszawie gospodarz jednej milongi słabo dba o gości (i pandemia niewiele go nauczyła, dlatego dobrze tańczący bywają tam rzadko), drugiej – ma swój dwór i swoich gości, reszta gdzieś tam się plącze przy okazji. Więc na obecnych warszawskich milongach jest różnie. Kraków – raz tylko byłam na bardzo kameralnej milondze (plus jeden maraton i jeden festiwal), która była bardziej towarzyską posiadówą niż tanecznym spotkaniem. Ja byłam zadowolona ze wszystkich krakowskich imprez, ale koleżanki narzekają.

Gospodarze milong to osobny temat. Każde wydarzenie ma swoją energetykę. Warszawa i Kraków „cieszą się” opinią miast, gdzie na milongach obce panie nie potańczą. Kraków co i rusz miewa spore imprezy. Krakusy w Warszawie ze mną nie tańczą. Wolno im. I mnie wolno do nich nie jechać.

Nie ma musu!

Warto to zrozumieć. Jeśli idziesz na milongę/jedziesz na event z nastawieniem, że „zapłacone, się należy” (cytat z polskiego filmu) – to najczęściej będziesz rozczarowana. Ci z dłuższym tangowym stażem przychodzą NIE po to, żeby hurtowo tańczyć, a po to, żeby się spotkać z lubianymi ludźmi. Stąd posądzenie o kliki i koterie. Kiedyś tego też nie rozumiałam, bo nie rozumiałam, na czym polega socjalność tanga. Tak naprawdę NIE polega na tym, że „każdy z każdym”, tylko na tym, że jest społeczność, są pewne zasady i wolność wyboru, kiedy i z kim. Nie mogę mieć tysiąca osób blisko, to nierealne. Dlatego pozwalam też innym nie mieć mnie blisko siebie.

Im dłużej jest się w tangu, tym więcej osób się zna, więc ta strefa socjalna siłą rzeczy poszerza się. Fajne relacje buduje się przez dłuższy czas i ostateczny kształt nadają im obie strony. Tak jest w życiu i w tangu. Z kimś może mi być po drodze, a z kimś nie. Albo może przestać być. A potem zacząć. Ot, dynamika. Jak w życiu, tak w tangu.

Dlaczego nie proszą?

Najczęstszy powód: bo nie chcą. Po prostu. Ale już to „niechcenie” ma kolejne powody. Niektóre leżą w Tobie, część nie ma z Tobą nic wspólnego.

Myślisz, że umiesz.

Ocho, giro i krok do boku – to są trzy elementy (według mojego nauczyciela, do którego mam zaufanie), po których widać, czy tanguera „umi”. Jedna ze sfrustrowanych Niemek (że Polacy jej nie prosili) napisała, że nie prosili świetnych tanguer, bo są 60+ (czy nawet 65+), a ona tańczy od 35 lat.

Otóż można dreptać po parkiecie od czasów Złotej Ery i robić to słabo. Estetyka tanga się zmienia. Posiadanie przekonania o byciu świetną tanguerą najczęściej nie ma pokrycia w rzeczywistości (u panów wysokie poczucie samoz…ści też rzadko idzie w parze ze stanem faktycznym). Te naprawdę świetne tanguery ciągle coś w swoim tangu poprawiają. Te przekonane o swojej świetności dorabiają teorie do wszystkiego. Także do tego, czemu nie tańczą. Bo wiek. Bo brak mini czy dużego dekoltu (w dojrzałym wieku te braki są absolutną zaletą).

Jeśli świetnie tańczysz, masz lat 70 i znajomych – potańczysz. Także z nowymi, kiedy spodoba im się to, co zobaczą na parkiecie.

Wierzgasz.

Aktywne tańczenie a swobodne hasanie to dwie różne rzeczy. Ponieważ mam (skromny, ale jest) warsztat jako prowadząca, uważam, że mogę się w tej kwestii wypowiedzieć. Osoba prowadząca kontroluje przestrzeń, na niej spoczywa odpowiedzialność bezkolizyjnego tańczenia, dlatego samowolne wierzganie i hasanie osoby podążającej jest nieznośne. Ja jako mało doświadczona w prowadzeniu, niestety strofuję („Nie wierzgaj!”). I zwykle dziewczyny próbują coś z tym zrobić, na miarę swoich możliwości. Doceniam. Ostatnio mi się trafiła dyskutantka… Że są panowie, co lubią… Tak, ją jako osobę, więc czasem zatańczą, ale wierzgania nie znoszą (wiem, bo o tym mówią, tylko niestety nie tym wierzgającym, a szkoda. Gdyby wiedziały, miałyby szansę się ogarnąć).

Brak tangowej pokory powoduje brak rozwoju.

Najgorszy nieogar własnego ciała, z jakim miałam do czynienia, należał do pewnej specjalistki od jogi. O mamusiu… Galareta mało zsiądnięta, bez własnych granic… Miałam wrażenie, że muszę pilnować, żeby się nie rozlała… Brak świadomości followerki, co czyni jej ciało, jest dużym dyskomfortem dla osoby prowadzącej.

Jesteś jak szafa gdańska.

Trudno Cię ruszyć z miejsca. Co ciekawe, nie jest to wcale zależne od masy ciała. Lider prowadzi, podążająca podąża, ale nie może być tak, że jest jak senna ryba w butach z betonu. Potrzeba siły, by ruszyć. A tango nie polega na sile, tylko na precyzji. I to NIE jest PRAWDA, że dobry partner tak poprowadzi, że wszystko się zatańczy. Dobry partner przestanie się siłować i pozostanie przy tym, co gdańska szafa w miarę da z siebie wykrzesać. Przerywanie niedobrej tandy (przez kobietę i mężczyznę) lub jej nie przerywanie z różnych względów to osobny temat.

Wieszasz się.

Po tandzie z Tobą boli go kręgosłup, kolana, dusza… Znam przypadek, gdzie chłop 120 kg został uszkodzony przez kobitkę niespełna 60 kg. Obydwoje nie umieli, ale to inna sprawa. Tutaj należy wspomnieć o prawej dłoni podążającej: otóż różne są upodobania co do tego, jak followerka powinna/nie powinna nią pracować. Są panowie, którzy nie chcą jej czuć, a są tacy, którzy lubią, bo wtedy czują większe uziemienie. To, czy jesteś dobra, wychodzi także przy robieniu ocho, które potrzebuje dynamiki z ciała, a nie z ręki. 

Nie lubi Cię.

Ta kategoria odnosi się do lokalnych milong. Mnie w warszawskim środowisku wielu nie lubi. Wolno im. Paradoks: ja niektórych lubię, tylko nie zgadzam się na pewnego typu zachowania. Nie ze wszystkimi, których lubię, chcę tańczyć. Dlatego nie mam problemu z tym, że ktoś może nie chcieć tańczyć ze mną. Moje wypisywanki przynoszą mi tyle samo zwolenników co przeciwników. Część podobno się mnie boi. Trudno! Ja lubię odważnych mężczyzn, w obszarze tanga i życia stojących w męskiej energii Yang (działanie i sprawczość).

Za agresywne perfumy.

Dziewczyny! Nawet nie wiecie, jak często faceci obwąchują nas potajemnie, zanim zatańczą! Lepiej mniej się napsikać niż przedobrzyć. Jeżeli ciągle używasz tych samych perfum, tracisz na nie wrażliwość węchową i możesz przesadzić. Rodzaj zapachu to też indywidualna sprawa. I w życiu, i w tangu o wiele lepiej działa zapach, który swoją intensywnością nie razi otoczenia.  

Nie ta stylizacja.

Starsze, przyszarzałe panie narzekają, że są przezroczyste. Ale są starsze panie noszące się elegancko i z klasą. Znacząca część panów lubi odkryte plecy i mocny negliż niezwiędniętego ciała. Ale są też tacy, którzy nie chcą dotykać mokrej gołej skóry obcej kobiety albo czuć jej sutków. I wcale nie ma tych panów tak mało. Więc on może nie tańczyć, bo nie jesteś młoda, chuda i goła, ale może też nie chcieć tańczyć, bo jesteś zbyt goła – nawet jeśli jesteś młoda i smukła.

Tak mi się skojarzyło, że sutki bez stanika to jak penis w zwodzie… Wszystko schowane, chociaż czuć i często widać.

Czasami masz jakiś element garderoby, który go odstrasza. Albo styl, który nie dodaje Ci szyku. Panowie zwracają uwagę na dwa rodzaje naszej odzieży: na ten, który im się podoba i na ten, który im się nie podoba. Znam tylko jednego mężczyznę, który w szczegółach zwraca uwagę, jakie dziewczyny mają sukienki. Kreacje pań omawiają inne panie i „wymyślne” szmatki stanowią niezły temat do żartów. Prawda jest taka, że przebieramy się dla siebie, nie dla mężczyzn. Wiem, bo sprawdziłam i w relacji z Gryfa opisałam. Im się albo coś podoba, albo nie. 

Płeć męska to wzrokowcy (żeńska zresztą też! Wolimy elegancko ubranego, pachnącego boga tanga  niż nieświeżego pana Henia w wiszących portkach, który na parkiecie nas przestawia i poucza). Mój Osobisty Nadworny Konsultant do Spraw Wszelakich mówi, że wybiera te z nas, które przyciągną jego wzrok czymś, co w kobietach lubi i co mu się podoba. Co to jest? To Jego tajemnica.

Kładziesz rękę nie w tym miejscu.

Na przykład na karku. Nie każdy mężczyzna chce być tak dotykany przez obcą kobietę. W tangu istnieją granice, o których napiszę osobno. Oczywiście: każdy ma je indywidualnie ustawione, ale pewne ogólne – jeśli chce się zdrowo funkcjonować – warto zachować. Pewne gesty warto zarezerwować dla bliższych relacji niż tylko te parkietowe.

Położenie dłoni na karku obcego mężczyzny przez wielu panów (i ich życiowe partnerki) jest odbierane jako przekroczenie granicy, więc jeśli masz taki zwyczaj, to wiedz: ten, który tego nie lubi, a zauważy, że robisz to każdemu – będzie Cię unikał niezależnie od twojego tangowego warsztatu. A ten, co lubi, przybiegnie.

Tańczysz za mało sensualnie.

A on tego szuka. I nie chodzi o prowokacje seksualne, tylko o kontakt, flow, muzykalność i dialog na ten sam temat. Często w tangu widać dwa monologi… Zatem jeżeli on widzi, że trzeba Cię przestawiać, albo kolega mu o tym powie lub się raz natnie – nie będzie z Tobą tańczył. Na maratonach widzę, że kiedy fajnie mi się zatańczy z Włochem czy Hiszpanem, kolejni potrafią mnie znaleźć. Nie są telepatami, w tłumie często trudno odnaleźć ulubioną partnerkę, a co dopiero wyłowić obcą. Jednak to się dzieje. Po prostu panowie wymieniają się uwagami. Tak jak my hehe.

Tańczysz zbyt seksualnie.

A on ma partnerkę życiową i nie szuka przygód. Więc kiedy jeździsz po nim biustem bez stanika w momentach, w których wcale nie ma rolla (bajdełej: dobrze zrobiony roll nie jest ocieraniem), albo kładziesz rękę nie w tym miejscu – u amatora tangowego ocieractwa znajdziesz aprobatę. U tych, co nie tego chcą, nie. Na dodatek jeśli nie podobasz mu się fizycznie, na pewno drugi raz nie przyjdzie.

Wzrost.

Są partnerzy, którzy umieją z każdą. Są też tacy, którzy nie lubią za niskich/za wysokich. Po prostu. I tu akurat nie chodzi o Ciebie, a o niego. Ma prawo lubić lub nie, chcieć lub nie.

Woli młode, chude i gołe.

I wolno mu. Jeśli jest to jego kryterium – tak ma, po to przychodzi, to dostaje. I ma do tego prawo. Ale są tacy, którzy z gołą nie zatańczą (z tą bez stanika też nie), a takiej ocierającej się drugi raz nie poproszą, bo nie tego w tangu szukają. Lecz są tacy, którzy wypatrują gołych i bez stanika. I wolno im! Bo dostają przyzwolenie. Z drugiej strony: jest taki jeden, który ciągle ma na parkiecie wzwód i tak prowadzi, żeby dziewczyny „się zaplątały”. Szkoda, bo tańczy fajnie, ale ja nie po to wychodzę na parkiet, żeby się potykać o obcą belkę.

Snob.

W jednym miejscu z tobą tańczy, w innym nie, bo uważa, że nie wypada i poluje na lepsze – według jego kryteriów. Więc masz wybór: tańczyć z nim w tym jednym miejscu? Czy wysłać do diabła? Albo tańczy z Tobą, kiedy nie ma tych ulubionych, a jak są, to już nie. Tak ma, a Ty znowu: masz wybór: tańczyć z nim, kiedy on chce, czy odesłać z kwitkiem.

Tak, wiem, że są panie, które chcą tańczyć z kimkolwiek. No to mają kogokolwiek albo nikogo.

Zmęczony.

Po prostu. Przyszedł, bo nie chciał siedzieć na kanapie samotnie lub z żoną. Nie chce mu się. Ale patrzy. Wiele pań dziwi się, że panowie są, ale nie proszą, to po co przyszli? Po różne rzeczy, ale nie po taniec z Tobą.  

Nie ta muzyka.

Tak w ogóle – więc nie tańczy. Albo Ty mu do tej muzy nie pasujesz. Bo np. lubi z tobą valse, ale kiedy je grają, jesteś już zajęta. A tango woli z kimś innym. Czasem TDJ tak gra, że pan woli udać się do baru. 

Nie ten parkiet.

To akurat bardziej czują pivotujące się dziewczyny, ale dla niektórych leaderów ma to znaczenie. Ja uważam, że dobry prowadzący dostosowuje swoje propozycje do tego, co followerka może zrobić bez stresu, zarówno jeśli chodzi o jej poziom, jak i parkiet. I jeśli jest popołudniówka nad basenem, gdzie podłoże jest antypoślizgowe, to partner NIE prowadzi pivotów! A jeśli prowadzi, to nie rób, dziewczyno, bo będziesz miała zmasakrowane kolana i stopy.

Nie ma nastroju.

Na taniec. Ale chce być wśród ludzi, w muzyce, chce być ot tak. Może pogadać, a może tylko posłuchać i popatrzeć. Albo napić się. Bywa.

Nie zauważył Cię.

Lubi z Tobą tańczyć. Na większości imprez tańczycie. Ale… jesteś w innym końcu sali, na parkiecie tłok… Ty go dostrzegłaś, ale on Ciebie nie! Na dużych imprezach naprawdę łatwo jest kogoś przeoczyć. Chyba że się umówicie, Ty chcesz go znaleźć albo on Ciebie. Niestety doświadczenie mi pokazuje, że na każdej imprezie jest tyle dobrze tańczących dziewczyn, że nawet jeśli chciałby z Tobą, to łeśli się nie napatoczysz, łatwo zadowala się kim innym. 

Jest zajęty w towarzystwie, które lubi.

Więc nie widzi twojego cabeceo i nie zastanawia się, czy mu w danym momencie pasujesz. Jeśli Cię nie zna, aspekt wzrokowy ma znaczenie (nie u wszystkich, ale u większości). Wyłowienie mężczyzny z grupy jest trudne, ale nie niemożliwe. Kobiety często krępują się aktywnego cabeceo, uważając „gapienie się” za uwłaczające (bez sensu, ale to inny temat). Czasem pan niedowidzi i z odległości większej niż 5 metrów nie wie, co się dzieje. Dlatego czasami, jeśli mam wenę i chcę zatańczyć z konkretnym upatrzonym, staram się znaleźć w jego polu widzenia. Po prostu.

Towarzystwo siedzące ze sobą i bawiące się głównie we własnym gronie jest tą kliką i koterią, towarzystwem wzajemnej adoracji. Siedzą razem, tańczą ze sobą, nie są otwarci. Jeśli jest to kilka osób – no to jest kilka osób. Jeśli cała milonga jest koterią – rzeczywiście nie potańczysz. Ja też nie.

Takie biesiadowanie na milondze uskuteczniają głównie ci, co byli w Buenos i zobaczyli, że dla Argentyńczyków milonga jest przede wszystkim spotkaniem towarzyskim, na pierwszym planie jest wspólne jedzenie i picie, a taniec jest drugorzędny. Są tacy, których rażą takie pseudoargentyńskie zachowania, ale cóż, wolno im.

Co można zrobić?

Jeśli masz upatrzonego partnera i się znacie – idź się przywitać. Jeżeli lubi z Tobą tańczyć, to zwykle wystarcza. Jeżeli nie wystarcza, to znaczy, że… Są różne opcje. Idź się przywitać, ale jeśli on nie rwie Cię na parkiet, daj spokój i odejdź z godnością. Nie, to nie.

Było tak fajnie, że boi się „skwaszenia”.

Ojjj… Niektórzy panowie mają ego napompowane, niektórzy mają delikatne. I to delikatne nie chce pozwolić, by pan wypadł gorzej niż poprzednio. Serio. Dlatego czasem rezygnuje. Nie poprosi, zwłaszcza na tej samej imprezie. Woli hodować pamięć o tej jedynej wyjątkowej tandzie…

I to nie jest ściema.

Było za fajnie.

Spotkałam się z taką sytuacją: „Było mi z tobą za dobrze. Boję się, że popłynę…”. Można by rzec: bajerant. Pewnie tacy też są. Ale rozmawiałam kiedyś z moim Czytelnikiem, który nie mieszka w Polsce, i on powiedział: „Nie wyjeżdżam na tangowe wyjazdy, tańczę zachowawczo z nieatrakcyjnymi kobietami, bo mam żonę i dzieci, a znam siebie i boję się, że mógłbym odlecieć. Dlatego tango tak, ale pod kontrolą”.

Niektórzy szukają zatracenia w braku kontroli i jeśli przenoszą to poza parkiet, to… inna historia. Jak mówi nasza warszawska MM: „W tandę się wchodzi i się z niej wychodzi”. Kobiety pod tym względem szybciej się zatracają i potem cierpią, ale o tym napiszę w książce pt. „Tangowe obyczaje”, którą już zaczęłam…

Nie jesteś partnerką pierwszego wyboru.

Są kobiety bez rankingów, tańczące ze wszystkimi, jak popadnie. Jednak większość doświadczonych tanguer ma tancerzy pierwszego wyboru, drugiego, na rozgrzewkę, na tandę charytatywną… I oni też tak mają. Jeżeli się to w tangu zaakceptuje, nie ma rozczarowań. Bo zmienić się tego nie da. Powtórzę jeszcze raz: w socjalności tanga nie chodzi o to, że każdy z każdym, tylko o to, że można, kiedy się chce. A jeśli chęci nie ma, to nic na siłę.

Zatańczył jednego wieczoru, drugiego nie.

A musiał? Oczekiwanie tego jest dziecinne. Było fajnie, ale może na drugi wieczór ma inny pomysł. Ty znajdź swój. I owszem, też miewam takie momenty (coraz rzadziej, ale jednak), że sobie myślę: WTF? Ale już się nauczyłam nie zawracać sobie głowy czymś, na co nie mam wpływu. Zdarzyła się taka milonga, na którą przyszedł obcy (chyba cudzoziemiec). Popatrzył przez dwie czy trzy tandy, a potem po kolei zatańczył ze wszystkimi słabszymi partnerkami, starannie omijając te lepsze i atrakcyjniejsze wizualnie. WTF? Nie mam pojęcia, ale taki miał klucz.  

Nie zna Cię.

Jako (trochę) prowadząca powiem: boję się ryzyka tandy z dziewczyną, której nie znam. Z powodów cielesnych: jeśli będzie mi z nią źle, moja dusza będzie cierpieć. Bywa, że pan jest nieśmiały i dopóki z Tobą nie pogada, choćby chwilę, nie zatańczy. Spotkałam się z tym nie raz. Sytuacja niedawna: pan się dziwi, że do tej pory nie tańczyliśmy. Mówię mu, że starannie omijał mnie wzrokiem. A on na to, że się bał… I nie był początkujący, a świetnie tańczący.

Nie było Cię w okolicy.

Wielu panów prosi tę, która stoi/siedzi blisko, którą ma pod ręką. Dlatego jeśli mi zależy na zatańczeniu z kimś, staram się znaleźć w jego polu widzenia. Na dużych imprezach wymaga to więcej wysiłku. Stąd kłęby pań w drzwiach i wszędzie tam, którędy prowadzi męski szlak. Ja w tych kłębach rzadko się kłębię, bo najczęściej mi się nie chce, ale jest to wypracowany sposób przez łowne panie.

Tańczył i przestał.

Kilka milong/eventów z rzędu. I nagle nic… Powody są różne. Jeśli stało się to w krótkim czasie, to może mu się odwidziało. Jeśli w dłuższym, to może uznał, że się nie rozwijasz i nie jest już mu z Tobą wygodnie. Albo próbował się z Tobą umówić, a kiedy dotarło, że nic z tego, to dał sobie spokój także z tańczeniem (a tak, osobiście przeżyłam to wielokrotnie, zwłaszcza na początku mojej tangowej drogi). Tangowi uwodziciele to osobny temat.

Balans.

NIE załatwia wszystkiego. Jeśli leader oceni, że z siedzących pań żadna mu nie odpowiada (do tej muzyki, wzrostem, tak w ogóle itd.) – wychodzi z sali. Dlatego czasem odnosi się złudne wrażenie, że jest więcej kobiet. A chodzi o to, że nietańczące siedzą, a panowie są bardziej mobilni. Organizatorzy czasem nie zdają sobie sprawy z tego, że dziewczyny chcące wziąć udział w jakiejś imprezie stosują różne sztuczki, z oszustwem włącznie, ale o tym napiszę kiedy indziej.

Nie proszą Cię?

Zechcesz, to po przeczytaniu wyciągniesz wnioski. Co możesz zrobić, żeby zaczęli Cię chętniej prosić? Ja bym zaczęła od prywatnych lekcji u DOBREGO nauczyciela. Zwłaszcza, jeżeli masz przekonanie, że świetnie tańczysz.

Bez techniki, ale z wyglądem cieszącym się powodzeniem u panów – dziewczyny tańczą i nie ma co ściemniać, że jest inaczej. Z techniką bez wyglądu dasz radę. Dłużej to potrwa, ale powoli rozszerzysz grono tych, którzy będą lubili z Tobą tango.

I technika, i wygląd to coś, co można poprawić. „Chcę, żeby tańczyli ze mną dla mnie, a nie dla mojego wyglądu” – czasem słyszę. Jeśli umiesz sobie zbudować takie grono, to ok. Jeśli nie, łatwo nie będzie.

Na zakończenie.

Znam kobiety, które wdzięczą się do mężczyzn i na niektórych to działa, innych zraża. Znam takie, które panów nadmiernie komplementują i jedni puchną z dumy, drudzy są zażenowani ich zachowaniem. Niektóre starają się zaistnieć na różne sposoby – czasem działa. Ja wiem jedno: te kobiety, które chcą tańczyć, robią to. Ich skuteczność polega NIE na oczekiwaniach wobec panów, że będą prosili, a na dobranej strategii możliwej przez nie do zrealizowania.

Jeśli uważasz ten wpis za przydatny, możesz go udostępnić, przesłać znajomemu, a mi postawić kawę klikając TU

Moje książki zamówisz poprzez wiadomość wysłaną TU 

NIE ma hejtu w tangu!

Słowo wstępne.

Za ten wpis zabierałam się długo i niechętnie. Odwlekałam. Chciałam to rzucić w diabły, ale wiem, że dużo osób na niego czeka. Załatwiam trochę sprawę pewnego lokalnego środowiska tangowego, które nie umie sobie poradzić ze szkodliwym zachowaniem jednej (!) osoby. Przyjęta przez nie (to środowisko) strategia milczenia dała przyzwolenie na to, że ta jedna osoba doprowadziła połowę tegoż środowiska niemal na skraj załamania nerwowego, a na wspomnienie jej nazwiska (zwę ją dalej blogerką), znaczna część tangowej Polski dostaje czkawki.

To jest najtrudniejszy energetycznie dla mnie wpis.

Na czym skupiamy uwagę, zasilamy to. Ja swoją wolę kierować do odbiorcy, który z niej skorzysta. Tu skorzystają pokrzywdzeni i inni, ku przestrodze – także w życiu prywatnym.
Nasze tangowe środowisko dotknęło zjawisko, kiedy to osoba oskarżająca o napaść i czyhanie na życie (serio), ciągająca hurtowo ludzi po policjach i pozywająca ich do sądu – pozuje na ofiarę.

Mam dość.

Stawiania społeczności tangowej w złym świetle. Patrząc na wpisy blogerki, człowiek postronny może pomyśleć: to tango to jakiś związek szajbusów (miałby rację hehe, ale nie w tym znaczeniu). Skłóciła się już niemal ze wszystkimi, wysyła pozwy sądowe. Ja podobno mam być wezwana w charakterze świadka. Serio? W takim razie się do tego przygotuję.

Wspierałam ją.

Zwróciła się do mnie z propozycją współpracy przy promowaniu jej działalności. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że pomagam. Z drugiej strony jestem szczera – co u wielu nie przysparza mi sympatii. Są jednak tacy, którzy właśnie to we mnie cenią. Intuicja mówiła: nie wchodź w to! Rozum: no już nie bądź takim psychologiem zawsze i wszędzie. Skoro kwiat lokalnych nauczycieli się z nią fotografował i wyrażał dobre opinie, uznałam, że może jestem przewrażliwiona, zbyt krytyczna i postanowiłam dać jej szansę.

Zapoznałam się z jej poradnikami.

Nawet wzięłam udział w ich współtworzeniu. Podzieliłam się z nią moją opinią o nich, np. że warto publikacji nadać ISBN albo że pierwsza część zawiera jej osobiste spostrzeżenia, ale nie pokazuje pełnego obrazu, tylko pewien niewielki wycinek. Obecny, jednak zbyt wąski, by przez ten pryzmat patrzeć na całe środowisko tangowe. Że opisane rzeczy czasem się zdarzają, ale nie jest to standard.

Problem.

Zaczęła walkę z tymi, którzy wyrazili jakąkolwiek dezaprobatę w stosunku do treści czy formy „prezentowania” przez nią jej twórczości, piśmienniczej i blogowej. Nie trzeba być super specjalistą z zakresu social media, wystarczy być zwykłym użytkownikiem popularnej platformy, by wiedzieć, że ludzi wkurzy hurtowe wrzucanie tej samej treści (kopiuj + wklej) we wszystkich możliwych miejscach. Jak dostaną kilkanaście powiadomień z grup, do których należą, i zobaczą, że po raz kolejny wyskakuje im coś, czym nie są zainteresowani, to zareagują bynajmniej nie z aprobatą. Od tego się zaczęła eskalacja jej walki z każdym, kto zwrócił jej uwagę. Zarzucano jej brak kompetencji do doradzania w sprawach tangowych, manipulację, kreowanie konfliktów i nieprawdziwego obrazu społeczności tangowej.

Konflikt.

Nie wiem, kiedy dokładnie się zaczął, ale mogę przypuszczać, że wtedy, kiedy ludzie zwracali jej uwagę, że to, co i jak robi, nie podoba im się. Po prostu. Mieli do tego prawo, nie robili nic złego. Nie byli niegrzeczni. Kiedy jeszcze nie wiedziałam, co tak naprawdę się dzieje, blogerka przysyłała mi wiadomości, że znowu hejterzy ją atakują. Pytałam: gdzie? W odpowiedzi przysyłała screeny (to ona nauczyła ludzi, żeby je robić – dzięki temu to, co napisała, nie zginęło). Nie było w nich NIC, co wskazywałoby na jakikolwiek hejt. Była jedynie krytyka jej poczynań. Rzeczowa i z zachowaniem kultury (w tym przypadku screenów nie mam, bo nie wiedziałam, że będą potrzebne, a zablokowała mnie na messengerze i nie mam do nich dostępu. Nie szkodzi, inni z pewnością mają).

W podobnej sprawie, czyli kiedy bloger domagał się usunięcia krytyki, zapadło orzeczenie, w którym Sąd stwierdził:

Aktywny uczestnik forów internetowych, będąc osobą znaną i rozpoznawalną w tej społeczności, jest w tym znaczeniu i dla tego środowiska osobą publiczną. Internauta jako osoba publiczna, uczestnicząc w dyskusji i wygłaszając swoje poglądy, wyraża zgodę na ich ocenę i musi się liczyć z tym, że zostaną one poddane krytyce, niekiedy radykalnej, innych użytkowników oraz wykazać większy stopień tolerancji i odporności nawet wobec niepochlebnych opinii, a nawet brutalnych ataków” (wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, I ACa 949/09).

Ona postanowiła wszystkie uwagi uznać za hejt i nękanie.

Screeny mogą być mało czytelne (macie wyraźniejsze, wiem).
Napisała na swoim blogu oświadczenie. Ja też się na chwilę dałam na to nabrać (chociaż intuicja świeciła mi czerwoną lampą w poprzek mózgu):

Po kolei odniosę się do zaznaczonych przeze mnie punktów:

Jedynka – nękanie przez nauczyciela.

Chłopak, wobec którego blogerka wysunęła ten zarzut, nie jest i nie był nauczycielem. Nie zabraniał jej też pisać bloga czy książek. Jedynie głośno mówił, że według niego ona nie ma kompetencji, by komukolwiek cokolwiek w tangu doradzać. Ale to nie jest żaden hejt i żadne nękanie! Tylko wyrażenie swojej opinii (robił to w grzeczny sposób). Tę opinię wielu podzielało, wiem to z odbytych rozmów. Proszę zwrócić uwagę na screen poniżej i zdanie: „Podejrzewam, że jego celem jest to, abym przestała pisać”. Takie sformułowanie spełnia w moim mniemaniu przesłankę insynuacji i próbę zaszczepienia w percepcji czytelnika czegoś, czego nie ma.

Co do jej kompetencji – zamieszczając poniższy wpis, sama dała do zrozumienia, że nie ma wystarczającej wiedzy w temacie, na który się wypowiada.

Aby zacząć naukę prowadzenia, nie trzeba być silną kobietą i posiadać charyzmy – jakkolwiek rozumianej. Wystarczy chęć poznania tanga z drugiej strony. A czasem podstęp – jak było w moim przypadku. Tak, uczę się prowadzić, ale nie dlatego, że jestem silną kobietą. To samo z podążaniem. Ono nie jest bierne! Jeśli partnerka tylko daje się przestawiać, to partner się męczy, a nie tańczy tango! Nie śledzę wpisów blogerki, więc nie wiem, ile jeszcze tego typu kwiatków zamieściła. Dla osób, które tańczą tango (a jej region jest jednym z lepszych), ten jest wystarczający.

Fałszywy obraz tanga.

Poniżej screeny dwóch „żarcików” ze strony blogerki. „Żarcik” nr 1:

„Żarcik” nr 2: 

 

Być może obie sytuacje miały miejsce. Powtórzę: być może, bo pewności nie mam. Dla mnie to nie żarciki, a obraz nieżyczliwych dla siebie kobiet. Po przeczytaniu pierwszej części jej poradnika osobiście z nią rozmawiałam w kontekście tego, że nieżyczliwość NIE jest w tangu standardem. Powiedziałam, że w społeczności tangowej są różni ludzie, że spora część jest pomocna (w znalezieniu pracy, zebraniu środków na leczenie, odnowieniu domu po pożarze, w ratowaniu życia…). Tak, konflikty się zdarzają, ale nie one są napędem, sensem i celem. Czasem rozpadnie się małżeństwo, ludzie uprawiają towarzysko-erotyczne przekładańce, ktoś komuś wejdzie z czymś w drogę, ale to NIE jest codzienność, powszechność i styl socjalny tanga.

Zła strona tanga”.

Taki screen dostałam – z pytaniem, czy ona nie widzi, że chcąc zdobyć popularność i korzyści majątkowe (sprzedaje swoje poradniki za kasę), niszczy wizerunek innych osób:

W moim przekonaniu takie stwierdzenia demonizują jedną z najprzyjemniejszych ludzkich aktywności. Bo złe strony mają ludzie, nie tango! Owszem, wszystko, co się na nie składa, może być pewnym katalizatorem, może objawić prawdziwą twarz skrywaną pod tysiącem masek, ale to ludzie podejmują decyzje, działania i ponoszą ich konsekwencje, a nie tango.

Mnie też się zdarza, że ktoś się ze mną nie zgadza.

Każdy, kto publicznie się wypowiada, prędzej czy później z tym się zmierzy. Prowadząc zamkniętą grupę w statusie prywatnym, jasno wielokrotnie dawałam do zrozumienia, że moja grupa, moje zasady. Ale! Zawsze porozmawiam na argumenty, nie na emocje (nie dotyczy polityki, tu nie mam tolerancji i jasno o tym mówię). Wpisy na blogu też są różnie komentowane. Nie zawsze pochwalnie. Lecz nie przyszło mi do głowy, by kogokolwiek nazwać hejterem, ciągać na Policję i pozywać! Nie aprobuję anonimowej krytyki, zresztą ludzie bez nazwisk rzadko robią to konstruktywnie. Kiedy argument daje mi do myślenia, to nie walczę, tylko biorę go pod uwagę. W przypadku tejże blogerki nie ma mowy o żadnej dyskusji. Łatwiej jest zablokować możliwość wypowiedzi niż podyskutować. Zablokowanie dodawania recenzji to zablokowanie dodawania opinii.

Sprawy w sądzie i „samo mięso” to wątki poboczne w kontekście tego wpisu. Są, bo jakbym wycięła, jakość screema byłaby masakryczna.

Wyrzucanie ze znajomych i blokowanie jako główne narzędzie.

Jak dyskusja nie po myśli blogerki – a żadna nie była – ban i kasowanie całego wątku. Trudno się ludziom dziwić, że sobie z tego żartują. Ale to nie jest żaden hejt i żadne nękanie! To konsekwencje zachowania blogerki.

Nikt, będący do tej pory w przestrzeni publicznej tanga, nie zachowywał się w ten sposób.

To jej zarzucono nękanie ludzi. Widziałam wpis: ktoś ją o coś zapytał, a ona na to, że nie musi odpowiadać (też zapewne ktoś ma screen). Za to sama cisnęła…

Dwójka: oskarżenie o napaść.

Gruby kaliber. Najgrubszy. Spowodował, że postanowiłam dokonać tego wpisu, bo jako osoba upośledzona społeczną misyjnością nie mogę przejść obojętnie obok krzywdzenia niewinnego człowieka. I nie jest to pierwszy raz w jej, blogerki, życiu.

Otóż jeden z nauczycieli tanga, z jej miejscowego środowiska, został przez nią oskarżony o napaść. Człowiek, który w tangu jest od jego początku. Prowadzi szkołę. Jest osobą publiczną. Cieszy się zaufaniem i sympatią. Zarzuciła mu we wpisie na blogu, że ją osaczył, zmuszał do rozmowy, że czuła się zagrożona. Nie znałam go wtedy osobiście. Potem poznałam. Jest połowy jej postury, więc nie ma fizycznych możliwości do jej osaczenia.

Ale wtedy tego nie wiedziałam. Wypowiedziałam się pod wpisem, że JEŻELI jest to prawda, to absolutnie nie wolno tego zamiatać pod dywan, bo tego typu zachowania nie mogą mieć miejsca nie tylko w przestrzeni społeczności tangowej, ale w ogóle, w życiu. Zastanowiło mnie, że z komentarzy wynikało, jakoby to ona była agresywna i atakowała. Wszystko skrzętnie usunęła. Ale screeny z pewnością są. Wytresowała w tym swoich interlokutorów.

Nagle…

Pojawił się jej wpis z propozycją „dogadania się”. Pomyślałam: ale że jak to..? Taka ofiara rzekomo tak wielkiej przemocy, a tu apeluje o zgodę?! Był początek lockdown-u. Pomyślałam: nerwowo nie daje rady, boi się wirusa… Ale kiedy wpis w podobnym tonie ukazał się po raz drugi – nie wytrzymałam.

Po pierwsze: warto zwrócić uwagę na historię edycji tego posta. Po drugie: nikt nie zamieścił żadnego nieprawdziwego wpisu szkalującego jej dobre imię. Sama zapracowała na każdy gram niechęci, jaką ludzie do niej czuli. Skrycie, bo się bali, więc nikt nic nie pisał. Ale o zastraszaniu za chwilę.

Zobaczyłam to „wezwanie do zgody” i mi się zagotowało.

Najpierw rozpętuje aferę na sto fajerek, a potem „pogódźmy się”?! Wpiera otoczeniu, że zawistnicy psują jej wizerunek, straszy pozwami – także tych, którzy lajkują nieprzychylne jej komentarze (swoją drogą, już sobie to wyobrażam: „Policja? Proszę przyjechać na fejsbuka! Kowalski polajkował post, w którym zarzucają mi, że wszędzie się wpycham z moim blogiem i wyskakuję z lodówki!”), po czym „proponuje zgodę”?! Uznałam, że skoro publicznie publikuje, to ja publicznie zapytam: o co chodzi?

Usuwanie niewygodnych komentarzy, blokowanie ludzi mających inne zdnie. Najpierw usunęła moje pytanie, potem mnie zablokowała. A po kilku dniach napisała do mnie na priv. Więc chwilowo odblokowała:

Kategorycznie i jednoznacznie jej napisałam, co myślę o jej zachowaniu:

Wróćmy do omówienia głównych punktów oświadczenia blogerki – dla przypomnienia wrzucam screen ponownie:

Trzy i cztery:

W trójce przypomnę, że świadkowie zdarzenia zarzucali agresywność i przeklinanie blogerce. Złożone pozwy do Sądu – o tym będzie przy zastraszaniu.

Dodam, że blogerka chce utajnienia procesu, w którym pozwała wspomnianego nauczyciela. A całe miejscowe środowisko czeka, że będzie jawny.

Pięć i sześć:

Uważam, że ta cała afera nie miałaby takiego zasięgu, gdyby lokalne środowisko tangowe jasno i otwarcie zakomunikowało swoją niezgodę na niesłuszne oskarżenia. Spróbował jeden z nauczycieli, ale został przez nią zakrzyczany, więc towarzystwo wolało podkulić ogony.

Widzę, co robisz i nie zgadzam się na to!” – jest lepszą strategią niż ostracyzm. Braliście udział w jej działalności? Ja też. Nadal wszyscy tkwimy na jej blogu, mimo że z nami wojuje! Bez nas ten blog nie miałby żadnej treści. Bez nas druga część jej poradnika nie istnieje. Wzięła od nas zgody na nieodpłatne wykorzystanie w nim naszej wiedzy i sprzedając go, zarabia.

Siedem: Jeżeli blogerka miała mnie na myśli, to sama doskonale wie, że nikt jej ze mną nie poróżnił. Zdemaskowałam ją, więc mnie zablokowała. Innych znajomych w Warszawie nie miała, skoro nie było nikogo, kto chciałby dla niej odebrać ode mnie poradniki, mimo jej apeli. To kolejna sprawa, z której chciała zrobić aferę, ale ponieważ to drobiazg przy innych, pominę milczeniem.

Osiem: „(…) osoby, które podżegały (…) sami nie zamieszczali żadnych komentarzy (…)” – pomijam składnię, ale sens tej wypowiedzi sugeruje podziemny spisek, tymczasem blogerka oskarżeniami i pozwami sparaliżowała miejscowe środowisko na tyle,że to przez nią ludzie bali się cokolwiek napisać, żeby nie dostać wezwania na Policję, do prokuratury albo pozwu do sądu.

Zastraszanie.

Ludzie dali się zastraszyć. W Polsce powszechna jest postawa: nie wychylać się, po co mi to, za plecami pogadam, ale wprost to nie. Prawda, że w szkole nie jesteśmy uczeni radzenia sobie z osobami konfliktowymi, więc wiem, że mało kto w tak ekstremalnej sytuacji, jaka tu się wytworzyła, da sobie radę psychicznie i emocjonalnie.

Zwłaszcza że blogerka jest zaprawiona w konfliktowym boju.

Wiele lat temu dość głośna była sprawa, w której oskarżyła szkolną nauczycielkę o prześladowanie jej (blogerki) syna. Nasłała na nią kontrolę z kuratorium. Dlaczego? Bo nauczycielka stwierdziła, że dziecko blogerki często się spóźnia i bywa nieprzygotowane. Blogerka się rozszalała. Rodzice innych dzieci z klasy próbowali ją namówić, żeby przestała, stanęli w obronie nauczycielki. Co zrobiła nasza blogerka? Wszystkich oskarżyła o nękanie i zgłosiła na Policję. Całość afery była opisana przez Gazetę Wyborczą i portal Onet.pl, z podaniem jej nazwiska. Kilka tygodni temu blogerka spowodowała, że Wyborcza artykuł usunęła, a Onet zmodyfikował. Ale ja czytałam wersję oryginalną.

Wróćmy do zastraszania.

Jeden: „(…) odpowiedzą za hejt ci, co teraz komentują”. Jasne?

Dwa: proszę dokładnie ten punkt przeczytać. Wiedzę mam taką, że blogerka nie ma żadnych dowodów, by ktoś chciałby jej coś zrobić.

Trzy: „(…) bo z tego, co wiem, nie jestem pierwszą osobą, którą środowisko chciało zniszczyć, o ile jest to prawda, bo może jest to plotka” – brzmi dramatycznie. A prawda jest taka, że w każdym lokalnym środowisku dochodzi do „objawień”, powielania, przeszeregowań. Działań promujących tango argentyńskie (jak flesh mob czy open air), ale też szkodliwych (wiele osób bez kompetencji nauczycielskich bierze się za udzielanie lekcji; wiele osób, które nie zorganizowały w życiu nawet kinder balu, chce pouczać organizatorów; pokazy dają amatorskie pary, określające się w wydarzeniach mianem mistrzowskich). Black&White. Jak w życiu. Wymienia się opinie. Chwali. Krytykuje. Czasem padną mocniejsze słowa. Ale to nie jest hejt, nękanie czy niszczenie kogokolwiek.

Zastraszanie cz. 2

Pozdrawiam cieplutko” to jej znak rozpoznawczy.

Jeden pozew więcej czy mniej…

Zastraszanie przez blogerkę cz. 3.

Zażyczyła sobie usunięcia wpisu na profilu kolegi po moim komentarzu. Nie, nie napisała do mnie w sprawie mojego komentarza. Do niego.

Usuwanie komentarzy.

Jak to tłumaczyła? Dbała o poziom:

Blogerka wymagała minimum średniego poziomu inteligencji, erudycji i elokwencji.

Tymczasem zamieściła wpis:

Pierwszą osobą, która napisała książkę pt. „Emocje tanga”, był warszawiak i zrobił to z piętnaście lat temu. Lechosław Hojnacki zamieścił kawał tangowej wiedzy w formie poradnika na stronie etaniec.org – za darmo i nie wiem, czy nie zaczynał przed warszawiakiem. Moja „Pasja budzi się nocą” – powieść, ale wprowadzająca w kulturę tanga, premierę miała w 2013 roku.

Ten wpis po kilku godzinach usunęła. Zamieściła inny, który edytowała kilka razy.

Opinie o blogerce.

 

 

Opinia nr 2 

Opinia nr 3 – ostatnia, chociaż mam ich dużo więcej:

Modus operandi.

Poniższy screen jest fragmentem jej trzeciego dzieła. Dostałam to z adnotacją: „Zobacz, Ania, opisała swój modus operandi”. Na wszystkie powyższe opinie – a jest ich o wiele więcej, wszystkie w tym samym tonie – zapracowała sama swoim zachowaniem.

Ostrzeżenia.

Dawno oznajmiłam, że o tym napiszę. Dziękuję za Waszą troskę. Otrzymałam od Was, moich Czytelników, kilka ostrzeżeń.

W dalszej części konwersacji wyjaśniłam, że ja nie wojuję. To nie jest moja wojenka! To jest wojna blogerki z brakiem akceptacji jej zachowania i działań.
Dostałam wiadomość, że powinnam uważać na siebie, żeby móc się obronić.

Najazd blogerki na moją koleżankę adwokatkę.

Po eskalacji ataków blogerki na ludzi, którzy po prostu nie chcieli mieć z nią do czynienia, oznajmiłam, że opiszę, jak działa, ku przestrodze, ale też by zachęcić ludzi do samoobrony. Wpadłam na pomysł, że porozmawiam z moją koleżanką adwokatką (nasze córki chodziły razem do przedszkola) o tym, jak zwykły człowiek może się prawnie obronić przed fałszywymi oskarżeniami. Zamieściłam screen z naszej rozmowy na ten temat.

 

 

I to było wszystko w tym temacie. Nie mówiłam o żadnej konkretnej sytuacji, nie wspominałam o blogerce. Screen zamieściłam z imieniem i nazwiskiem koleżanki, żeby nie było, że jakieś anonimowe historie zapowiadam. Nie wpadłam na to, że blogerka znajdzie telefon do kancelarii, zadzwoni i oznajmi, że ma pełną dokumentację naszej konwersacji i że reprezentując mnie (!), koleżanka stanęła na czele grupy nękającej blogerkę.

Zdumienie mej koleżanki było sporawe, bo po pierwsze mnie nie reprezentuje, po drugie nie miała pojęcia, kim jest blogerka.

Próba zastraszenia mnie.

Została podjęta raz. Dostałam pismo od prawnika blogerki po tym, jak zaanonsowałam, że napiszę o jej złych praktykach.

 

Ponumerowałam te niedorzeczne punkty, ale nie wymagają komentarza. Śmiało mogę je potraktować jako próbę zastraszenia. Tylko że ja się nie boję i ze względu na dobro społeczne – nie mogę milczeć.

Jak sobie radzić?

Strategia pokątnych szeptów i jawnego milczenia prowadzi donikąd, a właściwie do poczucia bezkarności osoby szkodzącej. Jedynym sposobem na poradzenie sobie jest konsekwencja w operowaniu faktami, zbieranie dowodów i jawne demaskowanie niewłaściwych zachowań, a tym jest ciąganie stada ludzi po sądach z byle powodu, nie mającego uzasadnienia. Prawnicy określają to mianem pieniactwa

W jedności społecznej siła, w stanowczym „nie”. Osoby z osobowością konfliktową często udają, że chcą zrobić coś dobrego, a kiedy nie dostają akceptacji, generują konflikt. Bez refleksji, bez skrupułów. Zakrzykiwanie, zarzucanie oskarżeniami, stawianie się w roli ofiary mają wytrenowane do perfekcji.

Osoby działające publicznie wystawiają się na ocenę.

Bloger/ka, w jakiejkolwiek dziedzinie, taką osobą jest. Jeśli ktoś komentowałby wygląd, można by dopatrywać się hejtu. Ale jeśli oceniana jest fachowość w zakresie tego, co się publikuje jako bloger/ka, częstotliwość, forma czy treść – to nawet miażdżąca krytyka poparta argumentami NIE jest hejtem.

Hejt jest podszyty nienawiścią, a jego wyrażanie agresywne.

Stąd jego nazwa. Można kogoś nie lubić i dawać to do zrozumienia, ale to nie jest hejt. Mózgotrzepacze od nie zawsze właściwie pojmowanego rozwoju osobistego namieszali ludziom w głowach hasłami typu: „Nie oceniaj!” (które są słuszne w założeniu, jednak nie chodzi o zgadzanie się na wszystko i kulenie ogona w sytuacji krzywdzącej), że niektórzy zgłupieli i boją się jakkolwiek reagować, żeby nie być posądzonym, o ironio, o hejt.

Fałszywe ofiary niehejtu.

Niektórzy tak bardzo nie umieją znieść niezgody na swoje zachowanie albo krytyki swoich metod działania, że głośno krzyczą o byciu ofiarą rzekomego hejtu, a tak naprawdę odstawiają niezłe manipulacyjne przedstawienie. A na to mojej osobistej zgody nie ma i uważam, że takie postawy warto demaskować, bo są etycznie niewłaściwe i emocjonalnie dla otoczenia obciążające.

Ważne: Jeśli na Twojej drodze stanie hejter albo osoba udająca ofiarę, a sama będąca agresorem – szukaj wsparcia.

I pamiętaj: nie ma żadnego hejtu w tangu.

P.S. Spraw sobie moją książkę na gwiazdkę – poleca się „Przeniaknie”

 

Mistrzowska awantura

Zaczęło się wczoraj. Dzisiaj mój messenger rozgrzał się do czerwoności. „Słyszałaś? Widziałaś, kto daje pokaz?!”; „Co to za promocja tanga, jak pokaz dają amatorzy?!”; a także – i to mnie rozwaliło: „No weź coś z tym zrób!”. A co ja, cudotwórczyni? Nie mój cyrk, nie moje małpy.

O co chodzi?

O to, że na pewnej imprezie pokaz tanga mają dawać tancerze opisani przez organizatorów jako mistrzowie, a w oczach sporej części tangowej braci nie są nawet zawodowcami. Oczywiście nikt nie ma prawa ingerować w to, kto kogo sobie do czego zaprasza , ale to chyba dobra okazja, żeby zwrócić uwagę na kilka rzeczy.

Są imprezy różnego typu.

Dokładnie opiszę je w „Tangowych obyczajach”. Tu chcę pokazać specyfikę jednej, czyli organizowanej za środki publiczne, w prestiżowym miejscu. Tak, to ważne. Lokalne centrum kultury będzie miało mniejszy rozmach niż impreza na głównym placu w mieście albo w znaczącym, charakterystycznym obiekcie. Chociaż Centrum Kultury Wilanów jest lokalne, a razem zrobiliśmy wiele tłumnych milong i jeden mega tłumny koncert (halo Wilanów! Tęsknimy!).

Impreza pokazująca tango.

Może to być koncert, wtedy wszystko jedno, kto zatańczy. Naprawdę. Nawet amatorzy. Ludzie, którzy się nie znają, i tak będą zachwyceni. A ci, co się znają, będą mieli temat do poplotkowania 😆 Na koncercie ma znaczenie akustyka i kto gra (byłam na tangowym koncercie, gdzie skrzypek robił show, i na takim, gdzie skrzypaczka robiła atmosferę pogrzebową).

Co innego, jeśli przewidziana jest także milonga.

Zaczynający przygodę z tangiem nie rozumieją, dlaczego na imprezie, gdzie wstęp jest wolny i często są przyjemne okoliczności towarzyszące, rzadko, a najczęściej wcale, nie ma dobrych tancerzy. W Wilanowie byli. Jak myślisz, dlaczego? Dlatego, że mnie lubią? Część oczywiście tak. Część mnie mało zna, ale ceni za to, co piszę, za rzetelność. Tak, tak właśnie. Nie ściemniam, nie kłamię, nie manipuluję, nie zastraszam moich krytykantów – i to się przekłada na wyrobioną markę. Oczywiście moja opinia jest subiektywna, przefiltrowana przeze mnie, ale biorę pod uwagę także to, co wychodzi poza mój punkt widzenia. Nie każdy dobrze znosi moje upodobanie do neologizmów i kolokwializmów (no lubię, no…) oraz skłonność do ironii. Ale i tak mnie czyta, chociaż nie zmuszam :mrgreen: I krytykuje, tylko rzadko ad rem, najczęściej ad personam. Z anonimami nie dyskutuję i usuwam, pod nazwiskiem nie mają odwagi… Czasem na priv, wtedy rozmawiamy.

Druga strona medalu jest taka, że często jestem proszona o wyrażenie opinii, a jak mówię: „sam/a powiedz!” – to nie, w życiu, żeby nikomu nie podpaść… I rozumiem to. Nie każdy ma siłę na temperowanie wariackich zapędów oskarżycielskich o wyimaginowany hejt. Ja jednak, skoro piszę i jestem czytana, czuję na sobie pewną odpowiedzialność społeczną za uświadamianie. A co z tym kto zrobi – to już jego cyrk.

Czemu do Wilanowa przyjeżdżają dobrzy tancerze?

Oczywiście ma znaczenie podłoże i Tango DJ (nie każdy puszczający tangową muzykę umie to robić, ale o tym innym razem). W Wilanowie parkiet jest boski, a DJ-ów zapraszam takich, którzy są lubiani i mają swoich tangowych fanów. I ogromne znaczenie ma to, kto tańczy pokaz. Oczywiście zdarzyło się, że gościłam parę z mniejszym zapleczem podążających za nią tangueros – wtedy DJ musiał być ubóstwiany. Ale zawodowa para pokazowa to baza. To ona ma renomę, szkołę, wykształconych uczniów, na których miło popatrzeć na parkiecie. To na pokaz pary przyjdą jej fani. To dzięki zawodowej parze parkiet podczas milongi nie wygląda jak five w Ciechocinku, bo to dla dobrej pary przychodzą jej dobrzy uczniowie i potem tańczą na milondze.

NIE KAŻDY, KTO BIERZE SIĘ ZA UCZENIE, JEST ZAWODOWCEM!!!

Ostatnio – nie wiem: po kwarantannie?! – w Warszawie mamy wysyp „nauczycielskich” kaleczniaków. O tym jednak, ku przestrodze zwłaszcza pań! – na końcu.

Wracając do publicznej imprezy za publiczne pieniądze i wstęp free – to para zawodowa robi całą robotę i nie mam wątpliwości co do tego, że także w celu promowania tanga. Nie sądzę, aby takie występy przekładały się na pozyskanie uczniów, bo wiadomo, że przychodzą na nie ludzie dla rozrywki, żeby popatrzeć, a nie zacząć się uczyć. Ale to jest właśnie moment, gdzie można albo tango promować – poprzez pokaz zawodowców i ogarniętych tancerzy w czasie milongi, albo bezcześcić – pokazując milongę jako spotkanie osób człapiących nie zawsze do muzyki.

Informacja nie może wprowadzać w błąd.

Nie można ot tak sobie jakiejkolwiek pary nazwać mistrzowską. To nadużycie i fałsz. Tak jak nie można amatorów nazywać zawodowcami. Tango argentyńskie ma tę zaletę, że nie ma standaryzacji. I tę wadę, że jej nie ma. Ale pewna przyzwoitość obowiązuje, zwłaszcza jeśli informacja jest kierowana do środowiska tangueros. Części oczywiście wszystko jedno, ale skoro mój messenger się rozgrzał, to znaczy, że jednak niezupełnie.

Amatorzy mogą dawać pokazy!

Ja też dwa razy to uczyniłam: raz na jakiejś pogadance o miłości dla nietangowców, a raz na mojej „SyMfonii Serc”, kiedy partnerka tancerza zachorowała. Czasem trzeba ugasić pożar. Ale nie wolno kłamać. Pokaz może zatańczyć para tancerzy tanga argentyńskiego, niekoniecznie mistrzowska i profesjonalna. Bo te określenia zobowiązują. Amator na imprezie za free tego nie wyłapie, ale jeszcze raz podkreślę: chodzi o to, co później, podczas milongi, widać na parkiecie. I jeśli mamy promować tango, warto o to dbać. Organizatorzy nietangowi się nie znają, i to jest pewna bolączka, bo zapraszają niby profesjonalistów. Zapędy do udzielania lekcji i organizowanie milong nie czyni z nikogo profesjonalnego mistrza tanga.

Co to znaczy: profesjonalista?

To ktoś, kto włożył w swój rozwój tangowy kupę czasu i szmalu. To ktoś, kto nadal się rozwija, jako tancerz i nauczyciel (chociaż są też tacy, którzy przestali się rozwijać). To ktoś, kto nauczył się uczyć tanga argentyńskiego! Nie mazura, chachy czy poloneza. Właśnie tanga argentyńskiego. Papiery zawodowe nauczyciela tańca towarzyskiego nie czynią z niego osoby kompetentnej do nauczania tanga argentyńskiego. Jak słucham historii o tym, że pan zawodowy instruktor towarzyski każe robić dziewczynie boleo mówiąc: „A teraz machaj tą nogą! No machaj!”… Albo jak „nauczyciel” tanga argentyńskiego mówi, że na milongi nie warto chodzić… Oczywiście wielu nauczycieli tanga argentyńskiego ma przeszłość towarzyską i w tangu im to nie przeszkadza, ale ja mówię o tych, którzy zawodowymi nauczycielami tanga argentyńskiego nie są, bo nie mają kompetencji do nauczania tanga argentyńskiego.

Mniejsze społeczności.

Tak, wiem: Warszawa to Warszawa, a Kielce, Radom czy Rzeszów to… Kielce, Radom i Rzeszów. W takich miastach jest trochę inna rzeczywistość. Zaczynać można jakkolwiek, ale jeśli tango chwyci… Popchnie dalej i albo zaczną być zapraszani nauczyciele, albo jednak uczniowie zaczną warsztatowo jeździć. Ale Warszawa to Warszawa! I jak na imprezie w prestiżowym miejscu mają tańczyć amatorzy, nie wciskajmy ludziom, że będą tańczyli mistrzowie!

Masz uprawnienia do uczenia seniorów, nie molestuj tangowo młodych!

A przodują w tym panowie na emeryturze (postanowiłam nikogo nie nazywać starym dziadem, chociaż korci…). Wciskanie wizytówek dziewczynom (tak, robią to mężczyźni, nie znam przypadku, by działała tak kobieta) – mnie osobiście mierzi i daję temu głośny sprzeciw, kiedy pseudonauczyciele szukają ofiar. Ostatnio na salonach Warszawy grasuje taki, co to wygląda jak połamaniec, tańczy z łokciem w poprzek (i w poprzek parkietu też), a wmawia dziewczynom, że on je ustawi, bo chodzi na milongi… I żeby nie chodziły do nauczycieli, tylko do niego. TO OSZUSTWO! Zwyczajne wyłudzanie kasy. Aha, opłatę może przyjąć w dowolnej formie…

Dziewczyny! Szanujcie się!

Jak same tego nie zrobicie, nikt za Was tego nie zrobi. Pytajcie, rozmawiajcie, mówcie o takich typach! Chciałabym napisać: dawajcie po pysku… Ale obiecałam sobie być bardziej werbalnie elegancka 😎 Znam jeden przypadek, kiedy chłopak wyłudzający za praktykę 50 zł lub wino stał się całkiem dobrym nauczycielem, ale to dlatego, że trafił na odpowiednią kobietę. Reszta to barbeluchy! Jasne: jak jesteś starszą panią niezbyt sprawną fizycznie, to nauczyciel wymiatacz Ci niepotrzebny. Bierz tego od seniorów. Ale jak jesteś sprawna i chcesz się nauczyć, nie dawaj się łowić w sidła kłusownika! Że taniej? Tanie mięso jedzą psy. I to nie zawsze, bo mój nie. Oczywiście nie chodzi o przepłacanie, ale naprawdę dobrzy nauczyciele mają całkiem przystępne stawki i jakość jest nieporównywalna.

Rekomendacje

Pytacie mnie często o polecenie nauczycieli. U kogo zacząć. U kogo to czy tamto. Wczoraj rozmawiałam z krakowskim kolegą o „Polskim Związku Tanga”, przyznającym rekomendacje. Jest (chyba?) Akademia Tanga Argentyńskiego, która miała ambicje być organizacją zrzeszającą i polecającą, ale jak kilka lat temu napisałam, że jest trupem, to nie przyjęła mnie w swe szeregi, a ja formalnej organizacji zakładać nie zamierzam. Za to mogę zrobić rekomendacje Tango Te Amo. Ktoś mi zabroni?

 

Tangowe obyczaje: wstęp.

Niby wszystko o tangowych obyczajach jest w internecie.

Każda kwestia była poruszana wiele razy, obgadana na milion sposobów. Szkoły tanga i blogi mają na swych stronach zasady tangowego savoir vivre, było mnóstwo wpisów i odezw o higienie i strojach, co i rusz wybuchają dyskusje odnośnie wyższości swobodnego hasania w poprzek parkietu versus sztywna etykieta (lub na odwrót)… Niestety nadal powszechnie nie odróżnia się nuevo od neo (w ruchu i muzyce), cabeceo od mirady (o zgrozo! Nawet tangowcy z dużym stażem potrafią z uporem maniaka pisać cabAceo) i nadal cała rzesza tangowej braci nie rozumie, dlaczego na tradycyjnych milongach tańczenie po rondzie ma sens i energię, a ciupcianie w miejscu nie jest przyjemne.

Z Tadeuszem Karbowskim (niestety nieżyjący już, bardzo sympatyczny, pogodny i kulturalny tanguero). 

Propagując tango, mówi się o jego blaskach.

Często pokazując taniec i kulturę zbyt cukierkowo. Namawia się: chodźcie! Będzie fajnie! I pewnie będzie. Ale niekoniecznie.
Oczywiście nie chodzi o to, by ludzi straszyć. Raczej przygotować na to, że nie zawsze i wszędzie czeka na nich cała masa nowych „friendów”, gotowych ich zabawiać, a nawet tangowo niańczyć. Że w tangu jak w życiu: jest wszystko, czyli ludzie na poziomie i chamstwo, dobroć i kurewstwo, super koleżanki i złodziejki cabeceo, świetni partnerzy i łachmyty wypisujące messengerem to samo do pięciu dziewczyn w jednym czasie, oddani nauczyciele i partacze, świetni gospodarze milong i gbury liczące tylko na zyski, głębokie przyjaźnie, nawet miłości, ale też zdrady i powierzchowne relacje bez żadnego zaangażowania. Pomocni ludzie i wyłudzacze kasy, zwłaszcza od kobiet.

„Batida del Tango” – pierwsza regularna milonga, którą organizowałam. To był piękny czas…

Ludzie przychodzą uczyć się tanga z różnych powodów.

Niekoniecznie tanecznych. I mają przeróżne oczekiwania. Albo – rzadziej – myślą, że tango to nic takiego… Nie wiedzą, że jeśli są wybrańcami tanga, to już nic nie będzie takie samo. Jeśli tango zostanie tylko na poziomie incydentalnej rozrywki, czy nawet hobby, to nic wielkiego się nie stanie. Ale jeśli wskoczy na poziom pasji, to otoczenie i rodzina ma przerąbane… Z hobby możesz zrezygnować. Pasja nie puszcza, choćby nie wiem co. A tango jako pasja jest zaborcze. Oprócz tanga można mieć inną pasję tylko wtedy, kiedy tango nie wyszło poza poziom hobby. Jeśli wyszło, wszystko dostosowuje się do zmienionego na zawsze stylu życia. Większość ludzi nie wkracza na poziom pasji – całe ich szczęście. Na pewno ich życie jest spokojniejsze, mniej konfliktowe z otoczeniem, nie obarczone zwątpieniami (jestem beznadziejna, nic nie umiem).

Dużo osób traktuje tango jako narzędzie socjalnego bytowania.

Liczy się dla nich kontakt z ludźmi, towarzystwo, a samo tańczenie jest gdzieś tam na końcu kolejki. Tak tango traktują Argentyńczycy: jako fiestę, spotkanie z przyjaciółmi, okazję do napicia się wina i pogadania przede wszystkim. Drugi biegun: tańczyć za wszelką cenę, nikomu nie darować! Co ciekawe: za nauczanie początkujących zabierają się głównie panowie nie mający do tego żadnych kompetencji, za to w tańczeniu na akord przodują panie.
O tangowych zaćmieniach, ściemniaczach, pułapkach, rozczarowaniach mówi się rzadko i jedynie w kuluarach. Aferki, wojenki, złamane serca – to także tango.

 

Bo tango jest wszystkim i niczym.

To, co się o nim mówi, może być prawdą lub fałszem.
Ta książka powstaje na Waszą prośbę. Nie będzie to poradnik, a zbiór moich jedenastoletnich obserwacji tego środowiska oraz doświadczeń tangowych, w kraju i za granicą, ostatnio także jako prowadząca.
26.01.2015 Jakub Milonga napisał tekst na fejsie o wybranym aspekcie tangowych obyczajów i zakończył go tak:
Jeżeli macie inny pogląd na sprawy, o których tu napisałem, jeżeli chcielibyście coś skomentować lub rozwinąć jakiś wątek, wzbogacić ten tekst, to podzielcie się tym tu lub w osobnym tekście”.
Jakubie, mój pierwszy nauczycielu: mówisz – masz!

Kobieta prowadząca – liderowanie z damskiej perspektywy

Coraz więcej kobiet uczy się prowadzić.

 

Osobiście NIGDY nie chciałam prowadzić. Ja?! W życiu! W tangu chcę być z mężczyzną! Tańczę dla tych chwil, kiedy ja, partner, muzyka, parkiet i Kosmos to jedność. Męskie objęcie… Mikroruchy niewidoczne dla najbardziej wnikliwego obserwatora… Miękkość i zdecydowanie… Uniesienie w uziemieniu… Flow… To może dać mi tylko mężczyzna!

Zaczęło się od Eli Pe.

Ja i Ela. To tu podstępnie narodziło się moje liderowanie.

 

Właściwie to wszystko zaczęło się od mojej upierdliwości. Szczegóły opisałam, więc nie będę się powtarzać (TU). Ale co to się wyprawia od tamtej pory…

O matko jedyna moja i czyjaś…

O tatusiu mój i innych sierot…

O święci, grzesznicy, tacy i siacy…

JA MAM PROWADZIĆ?!

W życiu! Po co? Nie chcę. Nie potrzebuję. Nie po to jestem w tangu!

Na letnim Beskid Tango Marathon 2019 stawiałam pierwsze większe publiczne kroki jako prowadząca.

 

Ela: „Prowadź!”.

Ożeszku… Narany… Nożebycie…

Dobra! Nie umiem, więc nic z tego nie wyjdzie!

Coś tam wyszło. Także to, że w pozycji prowadzącej poczułam coś zupełnie innego niż podążająca… Inną energię. Poczułam, że prowadzenie ma moc. Niezdarnie, koślawo – ale wyszło… że moja zaburzona lateralizacja powoduje kompatybilną pracę różnych części ciała zdecydowanie inną niż u „normalnych” ludzi. Czyli mało Eli nie zabiłam gmatwaniną nóg i dysocjacją na poziomie pchania kalesonów przez głowę. Ale…

W tym momencie zmieniło się moje tangowe życie.

Nie, nie postanowiłam być najlepszą liderką ever. Nie chciałam i nie chcę konkurować z mężczyznami ani nie chcę ich pouczać – nie mam zapędów nauczycielskich (mogę poczynić uwagę, jeśli mnie tangowo krzywdzą, ale nie dlatego, że zaczęłam prowadzić – wcześniej także nie zgadzałam się na kleszczenie, kicanie i próbę zamordowania mnie colgadą grożącą wypadnięciem przez okno).

SyMfonia Serc, coroczne charytatywne Tango-Integracja na rzecz Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego. Tu: w objęciach z Beatą Maią Gellert, moją Arcymistrzynią, którą niezdarnie wtedy poprowadziłam w milondze.

 

W tangu jest dużo kobiet, mniej DOBRZE tańczących mężczyzn.

To jest tangowy fakt. Dużo kobiet nie oznacza dużo dobrze tańczących, ale proporcjonalnie jest ich więcej niż panów. Nadal uważam, że jakieś 60% tangueros obu płci nie wzbije się ponad poziom tangowej gimbazy. Ale! Mimo tego NIE przyszło mi do głowy, aby uczyć się prowadzenia, żeby nie siedzieć na milongach – a wiem, że dla wielu pań to jest główną motywacją. Ja akurat wolę posiedzieć niż się męczyć (a od kiedy próbuję prowadzić, doskonale rozumiem ostrożność panów w stosunku do nieznajomych pań i ich niechęć do tych, z którymi im źle).

Nie mam ciągot do zakładania męskiego stroju.

Prowadzę bez obcasów, ale nie udaję faceta. Nie chcę być postrzegana jako facet! I tu składam hołd moim nauczycielom: Kasi Chmielewskiej i Mateuszowi Kwaterce. Na zajęciach (na których byłam w roli prowadzącej) podkreślali: „Panowie i Ania”. Bardzo to doceniam i niniejszym dziękuję! Uczę się prowadzenia jako ZUPEŁNIE nowej umiejętności. Podjęłam to wyzwanie, chociaż często mam dość. Pięknie powiedziała Ela Pe (Eluś, kocham Cię niezmiennie!):

Nie jestem facetem. Jestem prowadzącą kobietą.

Prowadzenie to zupełnie inna umiejętność niż podążanie.

 

Nadal mam skromny repertuar (ale coraz lepszej jakości!). Przez bardzo długi czas (oj baaardzo) nie garnęłam się do prowadzenia na milongach. Nadal nie jestem wyrywna! Kiedy trwała moja przygoda z Elą (zapisałyśmy się na kurs milongi do Luizy i Marcelo Almiron, obie w roli prowadzących, wymieniałyśmy się. Los Almis – to także dzięki Wam dziewczyny robią mi desant!), tańczyłyśmy razem milongi. Potem Ela nie mogła chodzić na lekcje, Danusia (moja druga kursowa dziewczyna, w roli tylko podążającej) też miała swoje sprawy… Rozmyło się.

Ale czasem coś tam z dziewczynami tańcnęłam.

Ziarno zostało zasiane. Kiełkowało bardzo powoli i opornie. Aż nadszedł ten czas, że postanowiłam jednak podjąć wyzwanie i nie udawać, tylko nauczyć się prowadzić. Po co?

Pięćset tysięcy razy myślałam: na ch…usteczkę mi to?!

Nudzi mi się w życiu? Mało mam zajęć? Czegoś mi brakuje? Odpowiedź po trzykroć brzmi: NIE, do jasnej cholery! Więc?! I tu jest pieseł pogrzebany! Otóż trafiłam w odpowiednie miejsce do odpowiednich nauczycieli. Po prostu. Kochają to, co robią (materdeju… Ja bym z taką mną jako prowadzącą nie wytrzymała trzech lekcji). Nie ma ściemy.

Caminito, czyli Kasia Chmielewska i Mateusz Kwaterko.

Caminito. To tam się zadomowiłam i postanowiłam, że się nauczę!

 

Kurs od podstaw przeszłam trzy razy, a nadal czasem czuję, że moje chodzenie w prowadzeniu jest niepewne. Oczywiście jestem z siebie dumna, bo zaburzona lateralizacja mocno utrudnia moje zmagania. Wniosek mam taki (potwierdzający to, co „się mówi”): chodzenie jest najtrudniejsze. I tu nie ma bata: tylko technika! Bredzenie o tańczeniu sercem zostawmy dla nietańczących amatorów lub zwolenników nazywania tangiem nietanga.

Miewam zwątpienia.

Zwłaszcza jak mi nie wychodzi. Na przykład taki lapis… Umiem bardzo ładnie, ale bez partnerki 😄 Zdecydowanie mi przeszkadza w wykonaniu go z urodą, bo wychodzi nieco koślawo. Ale! Jestem pewna, że cierpliwość popłaca. Nie przeznaczam wystarczającej ilości czasu na doskonalenie prowadzenia, więc i postępy są wolne. Jednak poczułam magię liderowania. Brakuje mi umiejętności, ale mam dobrą energię (nie mylić z rozbrykaniem! Partnerka/partner energetyczny to nie ten/ta, co lata jak na aerobiku, o nie!) i muzykalność – więc idę dalej. 

Nie znoszę kicania.

A jako prowadząca zdarza mi się kicać, kurde!!! Kasia mnie przywołuje do porządku, Mateusz czasem łypie jak na upośledzoną umysłowo, a ja tego kicania nie czuję… W ogóle mam wrażenie, że świadomość ciała jako podążająca a prowadząca to dwa różne światy. Luiza twierdzi, że nie, ale ona nie ma zaburzonej lateralizacji. Przy prowadzeniu to ma ogromne znaczenie, przy podążaniu – nie.

Luiza i Marcelo Almiron – to do nich poszłam na pierwsze zajęcia jako prowadząca.
Foto: Dominika Kołodziejska, Tango w Królewskim Wilanowie.

 

Czy prowadzenie jest trudniejsze niż podążanie?

Tak. Ale! Błędem jest twierdzenie, że podążające szybciej się uczą. Niektóre tak, cała rzesza NIE. Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ile niby zaawansowanych dziewczyn nie umie chodzić. Jak bardzo wiele damskich ciał jest nieprzyjemnych w objęciu, bo zamiast osi mają galaretę, a zamiast elastycznego objęcia – betonowy blok. Ile dziewczyn wierzga, macha pupą jak w latino i nie panuje nad nogami. Jak bardzo nie wiedzą, że swawolne brykanie nie ma nic wspólnego z aktywnym tańczeniem. Dlatego rozumiem ostrożność panów w proszeniu nieznanych tangowo pań.

Jedną tandę zawsze można się przemęczyć”.

W tangu jest dokładnie jak w seksie: może być odrabianie pańszczyzny, a może być finezja, pieprz i odjazd. Powiem więcej: moim zdaniem łatwiej o orgazm niż tangazm… A ja dla takich chwil właśnie tańczę. Nie po to tyle pracy wkładam w moje tango, aby się z kimkolwiek męczyć. Czasem zdarzy się zonk, trudno, ale świadomie unikam, jak mogę. Dlatego nie znoszę desantu, dopuszczam jedynie wtedy, kiedy warunki są trudne lub kiedy się znamy, bo naprawdę da się tak stanąć w polu widzenia kobiety, żeby zauważyła (jeśli nie, to znaczy, że nie chce). 

Czasem z powodów towarzyskich odbywa się „charytatywną” tandę (niezależnie od roli, to działa w obie strony i dzieje się, kiedy się kogoś lubi jako człowieka. Wtedy na przetrwanie sprawdza się strategia gadania w czasie tańca 😄).

Rozumiem, dlaczego panowie proszą nie od pierwszego, a od drugiego lub nawet trzeciego utworu w tandzie: wtedy, kiedy są niepewni, „jak będzie”, albo kiedy z grzeczności zatańczą, ale nie sprawia im to aż takiej przyjemności. Ja jako prowadząca też często tańczę tylko kawałek tandy (albo nawet każdy utwór w tandzie z inną dziewczyną 😄), a powody są dwa: 1. żeby w razie czego nie męczyć się za długo; 2. ponieważ mój repertuar jeszcze jest skromny, nie chcę sobą znudzić i zmęczyć partnerki (polecam to podejście panom na początku tangowej drogi: proście doświadczone tanguery, ale nie męczcie ich sobą przez całą tandę!).

Prowadzisz, nie będą cię prosić”.

Ci z morzem niekompetencji na pewno (ponieważ postanowiłam nieco delikatniej opisywać pewne zjawiska, to przy uaktualnianiu tego wpisu zrezygnowałam z określenia „tangowe łamagi”),  bo będą się bali zdemaskowania braku umiejętności. Dobrze tańczącym to nie przeszkadza, że kobieta weszła na ich teren. Wręcz przeciwnie. Wiedzą, że początkujące nie zaczynają od prowadzenia, więc jest szansa na fajną tandę z nią jako podążającą. Ja unikam tańczenia z panami, którzy w ofercie mają szarpanie i siłowanie się („nie robi, to docisnę…”), bo to oni zwykle mają przerośnięte ego i duże pole nieświadomości, co czynią. Ci, którzy umieją oszacować swoje umiejętności, nie wystraszą się prowadzącej kobiety. Ci, którym ze mną dobrze, nie wystraszą się tego, że uczę się prowadzić.

Milongaaa… Beskid Tango Marathon, edycja lato 2019.

 

Prowadzą tylko babochłopy”.

To opinia starszych panów cieszących się życiem, drzewiej nazywanych przeze mnie dziadami. Czy TU prowadzi babochłop? Nie trzeba szukać zagranicy. Kto widział nasze dziewczyny, Becię i Myszusę, jak tańczą milongę, za taką obrazę walnąłby dziada w pysk.

Ups… Miało być delikatnie, ale niestety prawda jest taka, że część panów swoim zachowaniem naprawdę zasługuje na zdecydowaną reakcję (słowną, mimo wszystko nie zachęcam do bicia), której często nie ma (z różnych względów). Tym razem jeszcze postanowiłam usprawiedliwić mój brak delikatności, ponieważ rozbawiło mnie wczorajsze stwierdzenie Mirka Cz. (a wiecie, że to świetny astrolog?): „Istnieje obywatelskie nieposłuszeństwo, tak samo istnieje obywatelskie spoliczkowanie po głupiej mordzie”😄 Myśląc ciągiem logicznych skojarzeń: jeśli gada się głupoty, to otwór, z którego one się wydobywają, jest głupi… 😄

Czy prowadzące kobiety są konkurencją dla panów?

Prowadzenie jest wyzwaniem, które podejmuje coraz więcej dziewczyn wcale NIE z powodu tego, że nie są proszone. Efektem ubocznym nauki liderowania oczywiście będzie to, że jak wytrwają, będą z dziewczynami tańczyć i będą w tym lepsze niż niejeden malkontent nie umiejący tak samo od piętnastu lat. Zwłaszcza że tango damsko-damskie też jednak może mieć flow. Przekonałam się o tym, kiedy któregoś razu muza tak mnie porwała, że ja porwałam Beatkę i było super. Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą przyjemność z prowadzenia i stwierdzam, że jako leaderka przeżyłam moją tandę życia 😄.


Piersi.

Kiedyś miałam problem w tańcu z kobietami. No bo jak to tak w bliskim objęciu czuć biust na sobie? Albo mój na niej? W ogóle na początku mojego tanga miałam dużo różnych błędnych przekonań, np. co do wzrostu i masy. Uważałam, ze jak jest za chudy/za gruby/za niski/za wysoki, to jest niewygodny (o tym wspominałam w mojej pierwszej książce pt. „Pasja budzi się nocą”). A to były zwyczajne ograniczenia w mojej głowie! Teraz wiem, ze niewygodnie jest wtedy, kiedy partner/ka się pochyla, kiedy nie ma techniki i kiedy po prostu energetycznie jest z innej bajki. A nie kiedy ma lub nie ma piersi, brzucha czy centymetrów!

Wzrost i waga nie mają nic do rzeczy.

Może poza tym, że człowiek z nadmiarem kilogramów szybciej się męczy, bardziej sapie i dużo mocniej się poci. To, że nie postura ma znaczenie, dotarło do mnie na jednym z festiwali, kiedy bardzo ognistą milongę zatańczyłam z osobą wzrostu najwyżej 155 cm (ja mam 170 + obcasy), wagi może ze 45 kg. I była to kobieta!

Zauważyłam, że dużo pań prowadzi w objęciu otwartym.

Pewnie przez wspomniane czucie piersi, które bywa krępujące. Ale nie dla mnie. Ja przestałam na nie zwracać uwagę. Serio. Tango dla mnie ma wtedy sens, kiedy tańczy się blisko (oczywiście zmienne objecie ma swój urok i moc, jeśli umie się je stosować). Zresztą: bliskiego objęcia boi się wiele osób początkujących i wynika to w ogóle z lęku przed fizyczną bliskością. No bo jak to tak, z obcym..?

W tej bliskości jest dla mnie magia tanga.

Jestem introwertyczna (tak, pozory mylą). Nie spoufalam się zbyt szybko i nie mam potrzeby przyjaźnić się z całym światem (czasem go tylko próbuję zbawiać, ale trenuję powstrzymywanie się i coraz lepiej mi to wychodzi). Nie rzucam się wszystkim w objęcia. Sporo czasu mi zajęło nauczenie się powszechnego cmokania na dzień dobry i do widzenia. A niesamowite jest to, że tango znosi wszystkie moje mentalne ograniczenia. Często już po cabeceo wiem, że to będzie TO… Po objęciu… Pierwszym kroku… Mam nadzieję, że jako prowadząca też to będę czuć, bo chociaż pandemia przerwała mój rozwój, zamierzam na tę ścieżkę powrócić.

 

Kłopoty z nawigacją.

Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ilu niby zaawansowanych prowadzących ma kłopoty z nawigacją. A tam: kłopoty. Nie umieją, ot co! Dlatego nie prowadzę na ciasnych milongach, bo mnie wkurzają latający w poprzek jak pijane meteoryty. Jednemu takiemu nie omieszkałam fuknąć na głos: „Gdzie mi tu!”, bo nie dość, że zasuwa z wystawionym łokciem, to rzeźbi w te i wewte w sfatygowaną rozgwiazdę (i zabrał się za uczenie…). Ronda, jej sens i energia to inny, duży temat. Więc moje próby prowadzenia niestety zdemaskowały w moich oczach wielu tylko niby zaawansowanych. Prawdziwy zaawansowany wie, po co są zasady nawigacji i umie z nich korzystać. I nie ogranicza to czerpania przyjemności z tanga.

Czy prowadzenie rozwija podążanie?

Moim zdaniem to całkiem inna umiejętność. Rozwija o tyle, że pewne ćwiczenia techniczne, jak ocho czy bycie w osi, trenujesz w obydwu rolach. Na pewno dziewczyna, która podąża od wielu lat i uczy się prowadzić, jest cenniejsza dla tej początkującej niż mężczyzna, który niewiele umie. Dlatego podpowiadam paniom: nie szukajcie na siłę partnerów! Rozejrzyjcie się za prowadzącą partnerką. Uczyć się możesz z kobietą i na lekcjach prywatnych i jeśli włożysz w to swoją pracę i serce, szybko nadejdzie czas, że zaczniesz tańczyć na milongach. 

Koledzy pyta, po co mi TO.

Jest tyle innych aktywności, po co kobieta ma się zabierać za prowadzenie? Ja to traktuję jako profilaktykę antyalzheimerowską, jako nabycie nowej umiejętności, jako wyzwanie rzucone samej sobie (przypomnę: mam zaburzoną lateralizację, nie jestem w stanie nauczyć się prostej choreografii, sekwencja złożona z więcej niż jednego kroku powoduje, że czacha mi dymi jak elektrociepłownia Siekierki w sezonie grzewczym. Jako podążającej mi to nie przeszkadza, ale jako liderka to ja mam ogarnąć, co i jak, więc wyzwanie jest!). Odpowiadam, że dla mnie to trening mózgu, że w tej drugiej roli inaczej współpracuję z moim ciałem. Że będę miała dla panów więcej zmiłowania w sercu… 😄

 

Władza nad kobietą.

Jedna z koleżanek, która także czasem prowadzi, powiedziała, że to fantastyczne uczucie mieć władzę nad kobietą: robi, co każę. Ja tego tak nie czuję. Dla mnie prowadzenie to odpowiedzialność za komfort partnerki. Myślę o tym, czy jej ze mną nie nudno… czy jest jej wygodnie…

I to jest dla mnie główna różnica w prowadzeniu i podążaniu.

Jako podążająca uczę się po to, żeby partnerowi było ze mną wygodnie i przyjemnie, ale moje nastawienie jest takie: chodź, chłopaku, uczyń mi dobrze 😄

W prowadzeniu to ja chcę dobrze zrobić dziewczynie, z którą tańczę. Tak, zamierzam doskonalić tę sztukę.

Na tej imprezie po raz pierwszy zatańczyłam tandę milong, przy czym każdy utwór z inną dziewczyną i z żadną się nie męczyłam! Dzięki temu na nich zrobiłam wrażenie i mogłam udać, że mam bogatszy repertuar 😄

 

Powyższy wpis jest pierwszym fragmentem większej całości, którą przygotowuję jako „Tangowe obyczaje, czyli co piszczy w subkulturze tanga argentyńskiego”. Będzie o tym, czy tango to seksowny taniec, czy w tym środowisku się romansuje, co to znaczy socjalność tanga, dlaczego to środowisko jest subkulturą, jak się uczyć, czy można nawiązać głębsze relacje, a nie tylko powierzchowne, dlaczego wielu niewiele umie, ale bierze się za uczenie, dlaczego oni nie proszą, a one nie chcą, i wiele więcej 😄 Póki co możesz zamówić u mnie moją pierwszą książkę pt. „Pasja budzi się nocą”, w której zawarłam moje początkowe tangowe doświadczenia. Poprzez niezwykłą historię wprowadzam na tangowe salony i do przedsionka tangowych obyczajów 😄

Jeśli lubisz mnie czytać, doceniasz czas, serce i zaangażowanie, które wkładam w tango, postaw mi kawę 🙂  

Foto: Dominika Kołodziejska. Modelka: Ela, która ma bardzo miłe objęcie.

 

P.S.

Dowiedziałam się, że na jednej z warszawskich imprez naszej tangowej koleżance Dorotce Wandrychowskiej ukradziono moje książki, „Pasję…” i „Przenikanie”. Obie były z osobistymi dedykacjami. Fuj, złodzieju. Rzucam na ciebie urok: stracisz o wiele więcej.

Tango w czasie zarazy

Czy TO nas czeka w tangu..?

Ze względu na ochronę mojego starszego taty, podjęłam decyzję, że do końca marca nie będę chodziła na milongi. Nie ze strachu, że ja zachoruję, a z troski, żeby moje tango nie zabiło schorowanego człowieka.

Praktyczne zalecenie dla każdego: pij kilka łyków wody, najlepiej bardzo ciepłej!, co 15 minut. Dlaczego?
Jeśli wirus dostanie się do Twojej jamy ustnej, pita woda (lub inne płyny) spłukują go do żołądka, a tam kwasy trawienne już sobie z nim poradzą.

Badania

Pokazują, że w zamkniętej, klimatyzowanej przestrzeni koronawirus Covid19 może rozprzestrzeniać się nawet na odległość 4,5 m i przetrwać w niej w formie zaerozolizowanej nawet 30 minut. Na gładkich powierzchniach, takich jak.uchwyty, przyciski, blaty, szyby, może nawet w wysokich temperaturach przetrwać kilka dni. Dlatego krytycznie ważne jest jak najczęstsze odkażanie środków zbiorowej komunikacji i wstrzymanie się od zbędnych podróży!

Izrael zarządził przymusową kwarantannę.

Dla wszystkich, którzy przybywają do tego kraju. W Buenos Aires milonga La Parrilla wprowadziła specjalną procedurę (m.in. „alkohol dla wszystkich w barze i łazience” – brzmi ciekawie… Zajrzyj TU koniecznie). U nas marcowy maraton winylowy przeniósł się na 2021 rok, milonga Tu i Teraz odwołała się do 8.04. włącznie. Tango w Królewskim Wilanowie, zaplanowane na 5.04., na razie nie odwołane, ale i oficjalnie jeszcze nie ogłoszone.

Maski zostały wymyślone dla chirurgów, żeby nie infekowali operowanych pacjentów. Zdrowe osoby nie mają powodu, by je nosić na stałe.
Źródło: zasoby internetów.

Bez paniki!

Ale z rozsądkiem. Link do konkretnego artykułu: TU.

Fachowcy mówią, że fala zachorowań wzrośnie. Wszędzie. Wykluwanie się tego świństwa jest długie. Infekcja może przebiegać prawie bezobjawowo – i to jest coś, co ma wpływ na szerzenie się epidemii.

Źródło: zasoby internetów.

Moje przemyślenia są takie:

* Jeżdżę samochodem, więc jestem w grupie mniejszego ryzyka zarażenia/nosicielstwa.

Ale! To jedno słowo zmienia sens wcześniejszego stwierdzenia.

* Tańczę tango, więc jestem w grupie mocno zwiększonego ryzyka. Nawet jeśli wiem, gdzie był/nie był partner, z którym jestem w tańcu fizycznie bardzo blisko, nie wiem, gdzie była jego żona/córka/przyjaciółka, z kim miał styczność w pracy (systemy wentylacyjne w biurowcach to masakra XXI wieku, mówię Wam!) czy autobusie;

* Samolot to najbardziej niebezpieczny środek lokomocji, niezależnie od tego, skąd przylatuje i dokąd leci. To zamknięta puszka. Jak zauważyła koleżanka podróżniczka: ktoś z przodu puści bąka albo sprawdza zapach perfum, a czuć w całym samolocie. Ludzie chodzą do WC. Nie ma bata, by ten sposób podróżowania był bezpieczny zdrowotnie.

I to jest zagrożeniem.

Jeśli nie dla mnie, to dla mojego taty, który jest starszy i schorowany. A każdy z nas przecież ma w swoim bliskim otoczeniu kogoś, kto może nie przeżyć najnowszego modelu infekcji. Nie wiem, czy osoba, z którą tańczę, nie leciała samolotem albo nie była blisko z osobą, która leciała w puszce.

Inicjatywa społeczna pomocy sąsiedzkiej dla seniorów – bezcenna.
Źródło: fejsbukowy „Sok z buraka”.

Nie da się wycofać z życia.

Tango to oczywiście wybór: mogę iść na milongę lub nie, ale już do sklepu nie da się tak całkiem nie chodzić (zakupy przez internet nie załatwią wszystkiego). A nawet jak nie pójdę, to stykam się z osobami, które chodzą. Których dzieci chodzą do szkoły z dziećmi, które ferie spędziły na nartach we Włoszech…

Każdy robi/nie robi, co uważa.

Czasami z niewiedzy. Nieraz głupieje pod wpływem natłoku informacji. Ja postanowiłam tak:

* Odpuszczam imprezy międzynarodowe do połowy kwietnia, te wyjazdowe, ale i krajowe;

* NIE PANIKOWAĆ! Ale myśleć i podejmować decyzje zgodne z moją intuicją;

* Nie chodzić na żadne imprezy, które są organizowane w miejscach z kłopotami wentylacyjnymi. Jeśli znam warunki lokalowe i wiem, że zaproszenie setki ludzi przekracza możliwości danego miejsca, nie dość, że nie pójdę, to dam publiczny wyraz mojej dezaprobaty dla organizacji zbiegowiska ludzkiego w złym miejscu i czasie. Biznes nie może brać góry nad przyzwoitością;

* Brawo! Imprezy tangowe są masowo odwoływane. Ekonomicznie ucierpią nie tylko tangowi organizatorzy, takie życie. Jeśli masz chociaż jedną bliską osobę w grupie ryzyka, że nie przeżyje infekcji, nie narażaj jej. Zawsze można zrobić mini tangową prywatkę, poćwiczyć solo przed lustrem, poczytać książki, choćby „Przenikanie” albo „Pasję…” 🙂

* Wilanów – z decyzją poczekam. Wydarzenie ogłoszę pod koniec tygodnia, ale jak będzie – czas pokaże.

P.S. Wpis Bożeny Przyłuskiej na Facebooku jest najbardziej esencjonalny:

1. Minęły 2 tygodnie od pierwszego zachorowania we Włoszech, a dziś cały Półwysep Apeniński ogłoszono „strefą pomarańczową”. Drastyczne ograniczenie ruchu w całym kraju – tylko dojazd do pracy i szpitala, inaczej tylko w uzasadnionych sytuacjach. Absolutny zakaz poruszania się osób poddanych kwarantannie i z potwierdzonym wirusem.
2. Dzieci i młodzież chorują dużo rzadziej, ale transmitują wirus.
3. Choroba trwale uszkadza płuca, a w niektórych przypadkach, już po wyleczeniu z infekcji, uszkodzenie staje się postępujące…
4. Najbardziej ryzykujesz w zbiorkomie, przedszkolu, szkole, w kinie, teatrze, na koncercie, w sklepach.
5. W temperaturze 4 st wirus może przetrwać na przedmiotach nawet 4 tygodnie (np. lodówka!), w temperaturze ciała (na dłoniach) ok 15 minut.
6. Epidemiolodzy przewidują, że wirus ma potencjał by objąć 50-70% populacji ziemskiej.
Myjcie ręce, dezynfekujcie smartfony, róbcie zakupy przez Internet i jeśli możecie (w obliczu zagrożenia dla życia) siedźcie w domach.
Nie chcę straszyć, dzielę się wiedzą, bo myślę, że też chcecie ją mieć.

Zawiedzione nadzieje pewnego organizatora

Gorzkie żale naszego kolegi doczekały się specjalnego wpisu.

Zaistniała sytuacja dotyczy mojej Warszawy, w której się urodziłam, mieszkam, żyję na co dzień i tanguję. Ale od początku:

O co chodzi?

Kolega z Polski chciał zrobić festiwal. Nie w swoim mieście i poza swoim środowiskiem. Najpierw wygonili go z Berlina (podobno rasistowsko), potem miał pretensje do Warszawy, że został źle potraktowany, że kolesiostwo, że on tu mistrzów świata chce sprowadzić, a tu taka niechęć… Że to z zawiści, a nawet nienawiści… Czyli: rozgoryczenie i żal.

Źródło: Internet

Ta sytuacja dała mi pole do różnych przemyśleń.

Nie mam kompletu informacji, nie wiem, co się naprawdę wydarzyło, więc do rozmyślań wykorzystam jedynie dostępne mi fakty, a pewne wnioski poprę konkretnymi zachowaniami rozczarowanego kolegi i komentarzami do cytatów z jego wpisu (zachowując oryginalną pisownię i interpunkcję).

Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko koledze i jego działaniom.

A nawet podziwiam konsekwencję, z jaką realizuje się w swojej pasji. Co nie zmienia faktu, że zdziwiła mnie jego brawura. Przy takiej masie warszawskich imprez – on, człowiek z zewnątrz, nie osadzony w warszawskim środowisku, wkracza z tupetem, i to od początku niefortunnie… Wykorzystując frazę, którą posługuje się jeden z warszawskich organizatorów, oraz publikując logo podobne do tego używanego przez innego warszawskiego organizatora – nie wzbudził sympatii. Moim zdaniem albo on, albo jego doradcy się nie popisali, co wyraziłam w swoim komentarzu, jednocześnie informując, że mimo wszystko życzę powodzenia.

Wpisy – mimo próby starannego doboru słów – nie zawsze przekażą intencję.

Może moje wyrażone zdziwienie zostało odebrane jako sprzeciw… Fakt jest taki, że jakby bez porozumienia ze mną przypadkowo mnie skopiował, też bym się wkurzyła. I zaraz wyobraziłam sobie, jakbym to ja chciała zorganizować festiwal w Nowym Jorku albo Rzymie… Porównanie jest adekwatne, bo mam tam znajomych. Czy to wystarczy? Moim zdaniem: 

Źródło: Internet

Mam też apel to wszystkich koleżanek i kolegów organizatorów wydarzeń: popieram bez wyjątku każdego z Was i Wasze działania

– zadeklarował rozczarowany kolega. Cudownie, tylko że taki „apel” wcale o tym nie świadczy. Ileż mejli i próśb skierowanych do niego o umieszczenie informacji na reaktywowanym portalu pozostaje bez odpowiedzi? W ilu imprezach warszawskich organizatorów wziął udział fizycznie – nie mówiąc o obecności towarzyskiej i socjalnej, nietożsamej z tą fizyczną? Bywam organizatorką i ja osobiście nie czuję się przez niego popierana. Powiem więcej: reaktywowany portal to dziecko, które przejął na wychowanie, obiecał o nie dbać, a z sobie znanych powodów po protu je udusił.

Foto: Internet

Brak czasu? Nieudolność? Ukatrupić największy i najbardziej znany swego czasu tangowy portal – mnie się to nie mieści w głowie. Ja także miałam wpływ na jego rozwój od początku powstania, czułam się z nim związana i za to dziecko współodpowiedzialna. Wielokrotnie prosiłam, byśmy porozmawiali na temat wizji, rozwoju i strategii działania. Raz udało się umówić spotkanie, które kolega odwołał. A z osobą, która obdarzyła go zaufaniem i wszystko oddała w jego ręce (bez porozumienia ze mną, bo wierzyła, że to dobre wyjście), nie umie załatwić swoich spraw od lat. Dlatego proszę mnie nie pytać, czemu nie powiem mu tego osobiście – nie mam takiej okazji. A skoro publicznie naskoczył na moje środowisko, ja jeszcze publiczniej na to odpowiadam.

Więc zahaczamy o temat komunikowania się.

Źródło: PoradnikZdrowie.pl

Żeby była jasność: przy wskrzeszaniu truchełka portalu kolega wcale nie musiał kontynuować ze mną współpracy. Mógł mieć inną wizję, mógł zwyczajnie przestać mnie lubić, mógł na etapie zmian w swoim życiu nie znaleźć miejsca na naszą wspólną przestrzeń. Takie jest życie i tango: ludzie pojawiają się na różnych etapach, by nieraz zostać na dłużej, a często – w różnych okolicznościach – zniknąć. I ja to rozumiem, sama przeżyłam wiele relacji, w których formuła na wspólne cokolwiek się wyczerpała. Ale po to ludzie mają dar mówienia, by się komunikować. A jak nie chce się rozmawiać (z różnych względów), można napisać. Kolega unikał jakiejkolwiek komunikacji. Zresztą nie tylko ze mną. Dlatego pitolenie o złej Warszawie i jakimś kolesiostwie, które się na niego uwzięło, odbieram jako roszczeniowość, brak refleksji lub niedojrzałość. Niestety, nie ma tak, że jak czegoś chcą ode mnie, to olewam, ale mnie mają przyjmować z honorami.

Źródło: mjakmama24.pl

Burza po użyciu logo i frazy minęła. Festiwal umiejscowił się w mojej głowie nie dlatego, że miał się odbyć, tylko kiedy go odwołano.

Nie dotarły do mnie żadne informacje poza logo, nieszczęsną frazą i gorzkimi żalami. Oczywiście nie muszę być o wszystkim informowana (niektórzy wolą, jak nie wiem ). Ja też nie muszę informować, a na pewno nie chcę promować wszystkiego, co się dzieje. Na niektórych imprezach – nawet tych przeze mnie wspieranych – nie mogę być, bo też mam ograniczone moce przerobowe. Poza tym zasięg mojego bloga może nie być wystarczający, aby się nim przejmować (fanpage –  posty z linkami do bloga cieszą się większą popularnością niż inne – a ostatnio nie korzystam z płatnych kampanii, generuję wystarczający zasięg organiczny; blog – czytelnicy pochodzą ze wszystkich kontynentów).

Inna sprawa, że mimo iż nie unikam środowiska i jednak jestem obecna zarówno fizycznie, jak i wirtualnie, to jednak o imprezie nie dowiaduję się wtedy, jak ma się odbyć, tylko wtedy, kiedy rozżalony kolega jedzie po warszawskich organizatorach (ukrywając rzeczowy, grzeczny i trafny komentarz naszego warszawskiego tanguero) – to o czym to świadczy..?

Wszystko, w każdej dziedzinie życia, opiera się na relacjach.

Lojalność, zaufanie – na to pracuje się swoimi czynami. Same słowa nie wystarczą. Przy tej masie imprez nie do końca ma znaczenie poziom zaproszonych par czy orkiestry. Odbiorcą masowych imprez – zwłaszcza festiwali – w większości nie są tangowe dinozaury (które w znacznej mierze wyginęły albo im się nie chce), tylko tangowa młodzież tańcząca rok – trzy – pięć. Kiedyś było mało imprez i zapisy rozpoczynały się dosyć wcześnie. Teraz wielu czeka do ostatniej chwili, bo na festiwal i tak można kupić bilet na wejściu. To utrudnia pracę organizatorom, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo 😃

Do międzyludzkich relacji jeszcze wrócę, teraz kolejny cytat:

To cudowne, móc widzieć tyle wydarzeń w niemal każdej części naszego kraju. Proszę Was przy tym osobiście, byście nigdy nie wyrażali się źle o innych organizatorach. Nikt z nas nie jest lepszy czy gorszy. Za to każdy z nas wnosi olbrzymi wkład w rozwój środowiska. Więc róbcie swoje, bo to dobra robota!

Prawie się wzruszyłam… Sorki, nie mogę się oprzeć ironii. Zastanawia mnie tylko, kogo kolega oszukuje: siebie czy nas? A może poprawia sobie samopoczucie po krytycznych uwagach dotyczących organizacji jednej z imprez i braku jego zachowań socjalnych? Zapewniam, że nie są to pomówienia. Chętnie zainteresowanemu wyjaśnię, jeśli uzna, że chciałby wiedzieć. Niestety, są lepsi i gorsi organizatorzy. I nie każdy wnosi wkład w rozwój środowiska. Za to każdy ma rachunki do zapłacenia i jak nie umie liczyć, to do tego dokłada – a nie każdy może (i chce) sobie na to pozwolić. Kameralne towarzyskie milongi organizowane własnym sumptem są super, festiwal raczej taką metodą zrobić trudno.

Źródło: sejfer.pl 

Do organizacji festiwalu w Warszawie zaprosiłem osoby wyjątkowe. Z szacunku do wykonanej przez nich pracy na rzecz tanga. Z pewności co do tego, że mamy doskonale spójną ideę rozwoju tanga. Bardzo im dziękuję za czas, który poświęcili dla dobra sprawy. To nieocenione. To tacy ludzie są i będą dla mnie przykładem. I dowodem, że nie każdy po latach organizacji, nawet w stolicy, ma nos powyżej czoła.

Nie wiem, kto to był (i nie mam głębszej potrzeby dociekania, bo mi to nie potrzebne), więc pisząc, że chyba niezbyt trafny wybór – nie czynię personalnych złośliwości, tylko dzielę się moim odczuciem. Zapytałam: to co zawiodło? Bo wylane żale niestety mnie nie przekonują. Nie otrzymałam odpowiedzi. Więc sobie tak deliberuję – w końcu to mój blog i wolno mi, a przeczyta, kto zechce 😃

Order: „Zasłużony dla górnictwa”. Jakoś mi tu pasuje.

Zaproszenie do współpracy osób „zasłużonych dla tanga” jest ideą zacną, ale bywa, że nic nie wnoszącą, jak honorowy patronat ambasady Argentyny. Stara gwardia jest młokosom (chodzi o staż w tangu, nie wiek) nieznana, więc nie ma przełożenia ani na promocję, ani na frekwencję. Akademia Tanga Argentyńskiego mogłaby być spoiwem (zwłaszcza że coś drgnęło, pojawiła się fajna milonga De Mis Amores z praktyką pod okiem instruktora na drugiej sali), ale dopóki członkowie sami nie poczują sensu istnienia i rozwoju tego stowarzyszenia, przetasowanie się na stanowiskach i dobra wola garstki zaangażowanych osób oraz urok i chęć działania Matki Polskiego Tanga (dla młodych: Pauliny Policzkiewicz-Woźniak ze szkoły tanga Tangolada) – nie wystarczą

Mogło być też tak, że te zasłużone dla tanga osoby i organizatorzy zostali przez kolegę potraktowani instrumentalnie i się na to nie zgodzili. Warszawa okres konfliktów organizatorskich ma dawno za sobą, dlatego obrzucanie ich błotem bez podania faktów nie jest dla mnie wiarygodne.  

Biorąc się za organizowanie, można przyjąć różne strategie działania.

Część wrogości można rozbroić poprzez nawiązanie relacji przed ruszeniem machiny organizacyjnej, a na pewno przed wkroczeniem na jakiś teren. Spontanicznie, bez uprzedzenia sąsiadów, można zrobić domówkę (i to nie za głośną, bo się wkurzą). Po to umiemy mówić, żeby się komunikować. Tak mało ludzi na co dzień o tym pamięta… Konfrontacja to miecz, czasem obosieczny. Biorąc zamach na wroga, można sobie przepołowić głowę. Poza tym warto pamiętać, że nie ma obowiązku współpracy ani witania chlebem i solą. Jak ktoś woli sam – ma do tego prawo. Jak chce odrzucić składaną propozycję – też.

Źródło: zamojska.org

Można mieć wizję i szturmem ją wprowadzać.

Jak się uda – odtrąbić sukces. Jak nie – wyciągnąć wnioski. Wziąć to na klatę, a nie szukać winnego. Dla jasności: nie sugeruję, że kolega chciał coś szturmować. Nie wiem, czego chciał poza zorganizowaniem festiwalu. Wymieniam szturm jako jedną z możliwych strategii. A że akurat kolega biadolił – nie on pierwszy, ale on mnie natchnął na te rozkminki 😃

Można zasięgnąć konsultacji.

W różny sposób i u różnych ludzi. I nie o to chodzi, by trąbić o swoim pomyśle wszystkim miejscowym (ach, jak boimy się „kradzieży”…). Dobranie właściwych osób to duża część sukcesu. A niewłaściwych – pewna klapa.

Można się konsultować, a i tak robić po swojemu.

Znam taką organizatorkę Czasem podejmie dobrą decyzję, czasem złą. Sukces zawsze, niezależnie od strategii, ma wielu ojców, porażka jedną matkę. Tak jest w każdej dziedzinie, w tangu też.

Można pozostać konsumentem i nie zawracać sobie głowy organizacją.

I uprawiać nasz narodowy sport: narzekanie Tyle że na pewnym, najczęściej wczesnym etapie tangowego życia, przy góra drugim zalewie oksytocyny, ma się milion pomysłów i chce się je realizować – oczywiście dla dobra tanga… I wie się lepiej, co i jak organizatorzy „powinni” Ja już tangowo wyrosłam z pouczanek, dzielę się jedynie moimi przemyśleniami i w pełni akceptuję to, że każdy robi, jak uważa – chociaż czasem uważam, że wiem lepiej 😃

Wracamy do relacji.

Żródło: twojwybortwojaprzyszlosc.pl

Przy tej masie imprez współpraca jest podstawą. Żadna impreza jak koncert czy festiwal nie obejdzie się bez wsparcia finansowego i zaangażowania ludzi dobrej woli. Dlatego relacje są podstawą. Ktoś załatwi salę, która nie zamorduje budżetu, kto inny nagłośnienie po kosztach… A jeszcze ktoś dorzuci się do biletów lotniczych zaproszonej orkiestry… I NIE CHODZI O KOLESIOSTWO!!! Na relacje pracuje się własną wiarygodnością, zaufanie buduje się czynami. Bywam organizatorką i jestem po świeżym przeżyciu szoku…

Umówiony od marca na ubiegłą sobotę dj, w czwartek o 21.30. dopytuje o godzinę imprezy, a o 22.40. pisze, że nie przyjedzie… Dobrze, że uprzedził, mógł się nie zjawić Wiem, że zabiera się za organizowanie dwóch dużych imprez. Sorki, ale dla mnie stracił wiarygodność i takiej osobie nie powierzę ani mojego czasu, ani pieniędzy. Ot, takie moje świeże doświadczenie, nie dotyczące kolegi od wylewania gorzkich żali.

Relacje to pomoc.

Wzajemność i równowaga: coś dostaję, coś daję. I nie chodzi o to, że coś za coś, tylko o wrażliwość na drugiego człowieka. Ja akurat, mimo mojej pozornej szorstkości, nie umiem żyć sama dla siebie. Nie szukam rewanżu na siłę, nigdy go też nie wciskam. Branie i dawanie to kompetencje społeczne, których nie jesteśmy uczeni – ale to inny temat. Wracając do relacji – te moje bardzo sobie cenię i jestem za nie wdzięczna.

Milonga w hotelu InterContinental. Ann wyjechała, ale z Piotrem Woźniakiem lubię współpracować do dziś. 

Nigdy do tej pory nie płaciłam za salę – nawet w InterContinentalu (młodzież zapewne nie wie, że sześć lat temu odbywały się tam pierwsze wypasione milongi, z pokazami, loterią świetnych fantów, winem na wstępie, zniżką w barze 60% i biletem wstępu za 15 zł). Od czasu, kiedy sama decyduję, jak będzie wyglądać moja impreza, zawsze płacę współpracownikom w zależności od pozyskanego budżetu (wyjątek: milonga charytatywna SyMfonia Serc na Krakowskim Przedmieściu, która budżetu nie ma – dziękuję serdecznie tym z Was, którzy co roku się angażują – w tym roku zapraszam w drugą niedzielę września).

Umiejętność pozyskania sponsorów opiera się na relacjach.

Czasem wystarczy znać kogoś, kto zna kogoś i być poleconym. Ale na polecenie trzeba zasłużyć. Kandydaci na sponsorów często podnoszą argument (żeby nie wspomóc), że pomagają chorym dzieciom… W wielu wypadkach może tak jest, na szczęście znam takich, którzy mają otwarte serca, szersze horyzonty i dywersyfikują pomoc na chore dzieci, bezdomne psy i dofinansowanie tangowych imprez. Ale znam przypadek, gdzie kandydat na sponsora się umówił, po czym nie odwołał, nie przyszedł, olał. Bywa. Sponsorzy są bezcenni, ale nie mogą dźwigać czyjejś imprezy. Jak organizator popłynie bez zaplecza, to albo dokłada z własnej kieszeni, albo okrywa się niechwałą. Jak ma dobrze działającą szkołę, wpływy z lekcji pokryją ewentualny brak, a impreza może być potraktowana wizerunkowo. Ale jak szkoła jest peryferyjna albo – jak w moim przypadku – jej nie ma, to albo wchodzę we współpracę z mocniejszym ode mnie, albo mierzę siły na zamiary – a jak mi nie wyjdzie, nie mam do nikogo żalu.

Batida del Tango – moja popołudniowa milonga.

Nie zbawi się całego świata i wszystkich pomysłów się nie zrealizuje.

Gdyby tak było, to na eventach byliby tylko organizatorzy i wykonawcy 😃 Jak na promocji pewnego napitku: artystka, jej goście i kelnerzy…

Zanim do tego doszłam, próbowałam różnych dróg (tyle że nigdy nie miałam do nikogo żadnych pretensji). W dzisiejszych czasach nie sprawdzi się strategia: róbmy, a jakoś to będzie (tzn. ludzie przyjdą i zapłacą). Mój znajomy gangster mawiał, że pomysł dopiero wtedy jest dobry, jak zostanie z powodzeniem zrealizowany. I że jak na świetny pomysł nie możesz znaleźć pieniędzy, to znaczy, że coś jest nie tak albo z pomysłem, albo z tobą (owszem, miał profesję niezbyt wysokiego zaufania społecznego, ale żyje – jego koledzy dawno się wystrzelali lub zaćpali – i aktualnie jest poważnym biznesmenem, więc na pomysłach i pieniądzach jakoś tam się zna).

Promowanie imprezy to ciężka orka na ugorze.

Mam Ochotę – druga moja popołudniowa milonga, na której pewien karnawał spędziliśmy na przebierankach – co tydzień inny temat. Było bardzo wesoło 😃

Nie załatwią tego posty na fejsbuku. Zresztą: tak szybko zmieniają się algorytmy, że to, co działało rok temu, dziś jest bezużyteczne. Umiejętność promowania to wyższa szkoła marketingowej jazdy. Od stworzenia odpowiedniej treści, poprzez odpowiednią publikację w odpowiednim czasie, do wykorzystywania fejsbukowych narzędzi, o których 90 % tych, co ma profil, nie ma bladego pojęcia (szacunki są moje, sporządzone na podstawie tego, co i jak jest publikowane). A fejs to niejedyna możliwość. Tyle że taka wiedza kosztuje. Aby przebić się z imprezą w dzisiejszych czasach, trzeba wiedzy, ludzi i zaplecza. Chyba że ma się wyrobioną renomę – ale ona jest związana z wypracowanymi relacjami, nie inaczej. Jednak nie dokona się cudu, jeśli impreza nie ma potencjału (tak bywa: nie to miejsce, nie ten czas, nie taki pomysł, nie ten organizator…).  

Beskid Tango Marathon jest przykładem imprezy, która pięknie się rozwinęła. Prapierwsza edycja odbyła na Szyndzielni, kolejne – w hotelu „Orle Gniazdo”. Ale ta impreza startowała kilka lat temu. Teraz wiadomo: w pierwszy weekend roku wszystkie drogi prowadzą do Szczyrku! Relacja z tegorocznej edycji: TU.

Lokalsi często wcale nie wspierają tego, co ma się wydarzyć na ich terenie, nawet jak organizuje to ich lokalny organizator.

Na pierwszej edycji Recuerdo Warszawy prawie nie było, a nauczyciele przyszli tylko na pokaz i zaraz się zmyli. Druga edycja była już doceniona, ale nie dlatego, że samo się zrobiło, tylko dlatego, że włożono w nią więcej pracy na zapleczu. Nie mam wątpliwości co do tego, że tegoroczna będzie jeszcze lepsza, bo koło ruszyło i nabiera pędu. 

Każda duża impreza ma długą listę zaproszonych gości.

Tak jest na całym świecie. Umiejętne ich dobranie to też duża sztuka Jeśli organizator chce zaoszczędzić i żałuje zaproszeń (nie chodzi bynajmniej o rozdawnictwo), niech się nie dziwi, że promocja nie działa. To ludzie przyciągają ludzi. Obserwuję u Polaków taką prawidłowość: chcieliby być dobrze wynagradzani za swoją pracę czy wiedzę, a jednocześnie oczekują, że inni będą robić za darmo; że polski dj zagra za kieliszek wina i wodę mineralną (maratonowi mają lepiej, przynajmniej mogą skorzystać z imprezy; o dziwo zagranicznym płacą bez sprzeciwu, a ci przecież nie zawsze dobrze grają), a fotograf będzie pstrykał za wstęp na imprezę (na której nie potańczy, jeśli ma zrobić rzetelną dokumentację zdjęciową z przebiegu całej imprezy. Pomijam czas obróbki zdjęć. No ale dużo osób lubi robić zdjęcia, zawsze jakieś będą nawet bez zakontraktowanego fotografa). Znamienne były djskie warsztaty organizowane przez ekipę Radio Tango Uno. Ktoś dopytywał, czemu taka cena, a nie inna. Za ich autorski warsztat, gromadzoną latami wiedzę i doświadczenia! Żenada. 

I tak żalący się kolega spowodował, że zastanowiłam się tak w ogóle nad dzisiejszą sytuacją organizatorów.

Moim zdaniem imprez jest za dużo. Sama się do tego raz w miesiącu przyczyniam 😃I bardzo mi miło, że mam z kim współpracować i że przychodzicie. Nie robię komercyjnej milongi, tylko wydarzenie promujące tango. A że przy okazji tańczący mogą tangolić na doskonałym parkiecie w pięknej sali – nie mogłam odmówić, gdy mnie o to poproszono. Rzecz jasna – dla dobra tanga 😃

Kolejne Tango w Królewskim Wilanowie odbędzie się 9.06. Szczegóły wkrótce.

Wracając do użalającego się kolegi – to nie Warszawa jest zła.

A podejście ludzi, którzy nie umieją się w niej odnaleźć lub uważają, że coś im się należy. Poza tym: zanim ktokolwiek cokolwiek zarzuci złemu warszawiakowi – niech zapyta, skąd taki przyjechał i od kiedy tu mieszka. Przypomnę, że stolicę zamieszkuje głównie ludność napływowa. Nie mam nic przeciwko temu, dopóki nie szkaluje mojego miasta i jego mieszkańców. Może wracać do siebie. Tym bardziej nie mogę przejść obojętnie, kiedy się rzuca oskarżenia bez podania faktów. A przypomnę: dopytywałam, o co chodzi. Wielu warszawiaków dało wyraz swojemu zmartwieniu, że festiwalu nie będzie, twierdząc, że na akurat taki miejsce w zatłoczonym wydarzeniami kalendarzu – jest. Co zrobił kolega? Ukrył merytoryczną odpowiedź na swoje lamenty. 

Każdy zbiera żniwo swoich działań.

Współpraca nie jest mocną stroną Polaków. Wpaja się nam chorą rywalizację, więc niezdrowo funkcjonujemy. W tym miejscu piszę o drugiej stronie medalu: tresowani w rywalizacji, wszędzie dopatrujemy się wrogiej konkurencji. A może zmienić nastawienie i zobaczyć szansę?

Secreto – warszawskie encuentro milonguero – odbędzie się po raz drugi. To impreza doświadczonych organizatorów, a i tak pracuje przy promocji kilka osób. Odbędzie się po raz drugi. 

Punkt widzenia zależy od tego, z której strony się patrzy.

Nikt nikomu nie zabroni organizowania czegokolwiek, ale też nikt nikomu nie nakaże aplauzu. Można z nikim i niczym się nie liczyć – wolna wola. A można inaczej. Szczerze mówiąc mnie się nie podoba ta wolna amerykanka z wchodzeniem sobie w termin i tworzeniem w tym samym czasie kilku dużych krajowych imprez. Ale taka jest rzeczywistość i na razie nikt nie wymyślił, jak to zrobić, żeby dogadywać się na szerszą skalę. A może nie ma takiej woli? Nie wiem, nie organizuję dużych imprez, bo mi się nie chce, wolę bywać 😃

Są tacy, co nigdy nikogo o nic nie pytają, a potem narzekają.

Są tacy, co im się wszystko nie podoba. A są tacy, którzy chętnie wesprą, jak będą wiedzieli, co i jak. Czy konsultować? Czy rozmawiać? Wybór jest zawsze, konsekwencje decyzji – też. Warto je brać pod uwagę przed, żeby nie marudzić po.

Z pozdrowieniami

(Bestyjka) Ania

P.S. Polecam wybrać się na bożociałowy weekend do Bielska Białej na festival Vamos Corason. Świetna para, 30 godzin tańczenia…. a mam wrażenie, że miejscowi nie doceniają ani pary (mało bywają, to i nie znają), ani starań organizatorki. Dla samej tej pary warto przybyć!

P.S.2 Od wpisu minęło kilka godzin, a już się dowiedziałam, że teraz to ja jestem ta zła, która rujnuje kolegi karierę… I że Poznań ma dosyć tego, że kolega idzie jak taran i dzieli środowisko.

Nie, kolego, ja nie robię ci nic złego. Bronię mojego gniazda, które chciałeś zbrukać. Sam sobie pracujesz na opinię złego organizatora. Otwórz wreszcie oczy i wyciągnij wnioski, zamiast mnożyć w swojej głowie wyimaginowanych wrogów.