Zawiedzione nadzieje pewnego organizatora

Gorzkie żale naszego kolegi doczekały się specjalnego wpisu.

Zaistniała sytuacja dotyczy mojej Warszawy, w której się urodziłam, mieszkam, żyję na co dzień i tanguję. Ale od początku:

O co chodzi?

Kolega z Polski chciał zrobić festiwal. Nie w swoim mieście i poza swoim środowiskiem. Najpierw wygonili go z Berlina (podobno rasistowsko), potem miał pretensje do Warszawy, że został źle potraktowany, że kolesiostwo, że on tu mistrzów świata chce sprowadzić, a tu taka niechęć… Że to z zawiści, a nawet nienawiści… Czyli: rozgoryczenie i żal.

Źródło: Internet

Ta sytuacja dała mi pole do różnych przemyśleń.

Nie mam kompletu informacji, nie wiem, co się naprawdę wydarzyło, więc do rozmyślań wykorzystam jedynie dostępne mi fakty, a pewne wnioski poprę konkretnymi zachowaniami rozczarowanego kolegi i komentarzami do cytatów z jego wpisu (zachowując oryginalną pisownię i interpunkcję).

Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko koledze i jego działaniom.

A nawet podziwiam konsekwencję, z jaką realizuje się w swojej pasji. Co nie zmienia faktu, że zdziwiła mnie jego brawura. Przy takiej masie warszawskich imprez – on, człowiek z zewnątrz, nie osadzony w warszawskim środowisku, wkracza z tupetem, i to od początku niefortunnie… Wykorzystując frazę, którą posługuje się jeden z warszawskich organizatorów, oraz publikując logo podobne do tego używanego przez innego warszawskiego organizatora – nie wzbudził sympatii. Moim zdaniem albo on, albo jego doradcy się nie popisali, co wyraziłam w swoim komentarzu, jednocześnie informując, że mimo wszystko życzę powodzenia.

Wpisy – mimo próby starannego doboru słów – nie zawsze przekażą intencję.

Może moje wyrażone zdziwienie zostało odebrane jako sprzeciw… Fakt jest taki, że jakby bez porozumienia ze mną przypadkowo mnie skopiował, też bym się wkurzyła. I zaraz wyobraziłam sobie, jakbym to ja chciała zorganizować festiwal w Nowym Jorku albo Rzymie… Porównanie jest adekwatne, bo mam tam znajomych. Czy to wystarczy? Moim zdaniem: 

Źródło: Internet

Mam też apel to wszystkich koleżanek i kolegów organizatorów wydarzeń: popieram bez wyjątku każdego z Was i Wasze działania

– zadeklarował rozczarowany kolega. Cudownie, tylko że taki „apel” wcale o tym nie świadczy. Ileż mejli i próśb skierowanych do niego o umieszczenie informacji na reaktywowanym portalu pozostaje bez odpowiedzi? W ilu imprezach warszawskich organizatorów wziął udział fizycznie – nie mówiąc o obecności towarzyskiej i socjalnej, nietożsamej z tą fizyczną? Bywam organizatorką i ja osobiście nie czuję się przez niego popierana. Powiem więcej: reaktywowany portal to dziecko, które przejął na wychowanie, obiecał o nie dbać, a z sobie znanych powodów po protu je udusił.

Foto: Internet

Brak czasu? Nieudolność? Ukatrupić największy i najbardziej znany swego czasu tangowy portal – mnie się to nie mieści w głowie. Ja także miałam wpływ na jego rozwój od początku powstania, czułam się z nim związana i za to dziecko współodpowiedzialna. Wielokrotnie prosiłam, byśmy porozmawiali na temat wizji, rozwoju i strategii działania. Raz udało się umówić spotkanie, które kolega odwołał. A z osobą, która obdarzyła go zaufaniem i wszystko oddała w jego ręce (bez porozumienia ze mną, bo wierzyła, że to dobre wyjście), nie umie załatwić swoich spraw od lat. Dlatego proszę mnie nie pytać, czemu nie powiem mu tego osobiście – nie mam takiej okazji. A skoro publicznie naskoczył na moje środowisko, ja jeszcze publiczniej na to odpowiadam.

Więc zahaczamy o temat komunikowania się.

Źródło: PoradnikZdrowie.pl

Żeby była jasność: przy wskrzeszaniu truchełka portalu kolega wcale nie musiał kontynuować ze mną współpracy. Mógł mieć inną wizję, mógł zwyczajnie przestać mnie lubić, mógł na etapie zmian w swoim życiu nie znaleźć miejsca na naszą wspólną przestrzeń. Takie jest życie i tango: ludzie pojawiają się na różnych etapach, by nieraz zostać na dłużej, a często – w różnych okolicznościach – zniknąć. I ja to rozumiem, sama przeżyłam wiele relacji, w których formuła na wspólne cokolwiek się wyczerpała. Ale po to ludzie mają dar mówienia, by się komunikować. A jak nie chce się rozmawiać (z różnych względów), można napisać. Kolega unikał jakiejkolwiek komunikacji. Zresztą nie tylko ze mną. Dlatego pitolenie o złej Warszawie i jakimś kolesiostwie, które się na niego uwzięło, odbieram jako roszczeniowość, brak refleksji lub niedojrzałość. Niestety, nie ma tak, że jak czegoś chcą ode mnie, to olewam, ale mnie mają przyjmować z honorami.

Źródło: mjakmama24.pl

Burza po użyciu logo i frazy minęła. Festiwal umiejscowił się w mojej głowie nie dlatego, że miał się odbyć, tylko kiedy go odwołano.

Nie dotarły do mnie żadne informacje poza logo, nieszczęsną frazą i gorzkimi żalami. Oczywiście nie muszę być o wszystkim informowana (niektórzy wolą, jak nie wiem ). Ja też nie muszę informować, a na pewno nie chcę promować wszystkiego, co się dzieje. Na niektórych imprezach – nawet tych przeze mnie wspieranych – nie mogę być, bo też mam ograniczone moce przerobowe. Poza tym zasięg mojego bloga może nie być wystarczający, aby się nim przejmować (fanpage –  posty z linkami do bloga cieszą się większą popularnością niż inne – a ostatnio nie korzystam z płatnych kampanii, generuję wystarczający zasięg organiczny; blog – czytelnicy pochodzą ze wszystkich kontynentów).

Inna sprawa, że mimo iż nie unikam środowiska i jednak jestem obecna zarówno fizycznie, jak i wirtualnie, to jednak o imprezie nie dowiaduję się wtedy, jak ma się odbyć, tylko wtedy, kiedy rozżalony kolega jedzie po warszawskich organizatorach (ukrywając rzeczowy, grzeczny i trafny komentarz naszego warszawskiego tanguero) – to o czym to świadczy..?

Wszystko, w każdej dziedzinie życia, opiera się na relacjach.

Lojalność, zaufanie – na to pracuje się swoimi czynami. Same słowa nie wystarczą. Przy tej masie imprez nie do końca ma znaczenie poziom zaproszonych par czy orkiestry. Odbiorcą masowych imprez – zwłaszcza festiwali – w większości nie są tangowe dinozaury (które w znacznej mierze wyginęły albo im się nie chce), tylko tangowa młodzież tańcząca rok – trzy – pięć. Kiedyś było mało imprez i zapisy rozpoczynały się dosyć wcześnie. Teraz wielu czeka do ostatniej chwili, bo na festiwal i tak można kupić bilet na wejściu. To utrudnia pracę organizatorom, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo 😃

Do międzyludzkich relacji jeszcze wrócę, teraz kolejny cytat:

To cudowne, móc widzieć tyle wydarzeń w niemal każdej części naszego kraju. Proszę Was przy tym osobiście, byście nigdy nie wyrażali się źle o innych organizatorach. Nikt z nas nie jest lepszy czy gorszy. Za to każdy z nas wnosi olbrzymi wkład w rozwój środowiska. Więc róbcie swoje, bo to dobra robota!

Prawie się wzruszyłam… Sorki, nie mogę się oprzeć ironii. Zastanawia mnie tylko, kogo kolega oszukuje: siebie czy nas? A może poprawia sobie samopoczucie po krytycznych uwagach dotyczących organizacji jednej z imprez i braku jego zachowań socjalnych? Zapewniam, że nie są to pomówienia. Chętnie zainteresowanemu wyjaśnię, jeśli uzna, że chciałby wiedzieć. Niestety, są lepsi i gorsi organizatorzy. I nie każdy wnosi wkład w rozwój środowiska. Za to każdy ma rachunki do zapłacenia i jak nie umie liczyć, to do tego dokłada – a nie każdy może (i chce) sobie na to pozwolić. Kameralne towarzyskie milongi organizowane własnym sumptem są super, festiwal raczej taką metodą zrobić trudno.

Źródło: sejfer.pl 

Do organizacji festiwalu w Warszawie zaprosiłem osoby wyjątkowe. Z szacunku do wykonanej przez nich pracy na rzecz tanga. Z pewności co do tego, że mamy doskonale spójną ideę rozwoju tanga. Bardzo im dziękuję za czas, który poświęcili dla dobra sprawy. To nieocenione. To tacy ludzie są i będą dla mnie przykładem. I dowodem, że nie każdy po latach organizacji, nawet w stolicy, ma nos powyżej czoła.

Nie wiem, kto to był (i nie mam głębszej potrzeby dociekania, bo mi to nie potrzebne), więc pisząc, że chyba niezbyt trafny wybór – nie czynię personalnych złośliwości, tylko dzielę się moim odczuciem. Zapytałam: to co zawiodło? Bo wylane żale niestety mnie nie przekonują. Nie otrzymałam odpowiedzi. Więc sobie tak deliberuję – w końcu to mój blog i wolno mi, a przeczyta, kto zechce 😃

Order: „Zasłużony dla górnictwa”. Jakoś mi tu pasuje.

Zaproszenie do współpracy osób „zasłużonych dla tanga” jest ideą zacną, ale bywa, że nic nie wnoszącą, jak honorowy patronat ambasady Argentyny. Stara gwardia jest młokosom (chodzi o staż w tangu, nie wiek) nieznana, więc nie ma przełożenia ani na promocję, ani na frekwencję. Akademia Tanga Argentyńskiego mogłaby być spoiwem (zwłaszcza że coś drgnęło, pojawiła się fajna milonga De Mis Amores z praktyką pod okiem instruktora na drugiej sali), ale dopóki członkowie sami nie poczują sensu istnienia i rozwoju tego stowarzyszenia, przetasowanie się na stanowiskach i dobra wola garstki zaangażowanych osób oraz urok i chęć działania Matki Polskiego Tanga (dla młodych: Pauliny Policzkiewicz-Woźniak ze szkoły tanga Tangolada) – nie wystarczą

Mogło być też tak, że te zasłużone dla tanga osoby i organizatorzy zostali przez kolegę potraktowani instrumentalnie i się na to nie zgodzili. Warszawa okres konfliktów organizatorskich ma dawno za sobą, dlatego obrzucanie ich błotem bez podania faktów nie jest dla mnie wiarygodne.  

Biorąc się za organizowanie, można przyjąć różne strategie działania.

Część wrogości można rozbroić poprzez nawiązanie relacji przed ruszeniem machiny organizacyjnej, a na pewno przed wkroczeniem na jakiś teren. Spontanicznie, bez uprzedzenia sąsiadów, można zrobić domówkę (i to nie za głośną, bo się wkurzą). Po to umiemy mówić, żeby się komunikować. Tak mało ludzi na co dzień o tym pamięta… Konfrontacja to miecz, czasem obosieczny. Biorąc zamach na wroga, można sobie przepołowić głowę. Poza tym warto pamiętać, że nie ma obowiązku współpracy ani witania chlebem i solą. Jak ktoś woli sam – ma do tego prawo. Jak chce odrzucić składaną propozycję – też.

Źródło: zamojska.org

Można mieć wizję i szturmem ją wprowadzać.

Jak się uda – odtrąbić sukces. Jak nie – wyciągnąć wnioski. Wziąć to na klatę, a nie szukać winnego. Dla jasności: nie sugeruję, że kolega chciał coś szturmować. Nie wiem, czego chciał poza zorganizowaniem festiwalu. Wymieniam szturm jako jedną z możliwych strategii. A że akurat kolega biadolił – nie on pierwszy, ale on mnie natchnął na te rozkminki 😃

Można zasięgnąć konsultacji.

W różny sposób i u różnych ludzi. I nie o to chodzi, by trąbić o swoim pomyśle wszystkim miejscowym (ach, jak boimy się „kradzieży”…). Dobranie właściwych osób to duża część sukcesu. A niewłaściwych – pewna klapa.

Można się konsultować, a i tak robić po swojemu.

Znam taką organizatorkę Czasem podejmie dobrą decyzję, czasem złą. Sukces zawsze, niezależnie od strategii, ma wielu ojców, porażka jedną matkę. Tak jest w każdej dziedzinie, w tangu też.

Można pozostać konsumentem i nie zawracać sobie głowy organizacją.

I uprawiać nasz narodowy sport: narzekanie Tyle że na pewnym, najczęściej wczesnym etapie tangowego życia, przy góra drugim zalewie oksytocyny, ma się milion pomysłów i chce się je realizować – oczywiście dla dobra tanga… I wie się lepiej, co i jak organizatorzy „powinni” Ja już tangowo wyrosłam z pouczanek, dzielę się jedynie moimi przemyśleniami i w pełni akceptuję to, że każdy robi, jak uważa – chociaż czasem uważam, że wiem lepiej 😃

Wracamy do relacji.

Żródło: twojwybortwojaprzyszlosc.pl

Przy tej masie imprez współpraca jest podstawą. Żadna impreza jak koncert czy festiwal nie obejdzie się bez wsparcia finansowego i zaangażowania ludzi dobrej woli. Dlatego relacje są podstawą. Ktoś załatwi salę, która nie zamorduje budżetu, kto inny nagłośnienie po kosztach… A jeszcze ktoś dorzuci się do biletów lotniczych zaproszonej orkiestry… I NIE CHODZI O KOLESIOSTWO!!! Na relacje pracuje się własną wiarygodnością, zaufanie buduje się czynami. Bywam organizatorką i jestem po świeżym przeżyciu szoku…

Umówiony od marca na ubiegłą sobotę dj, w czwartek o 21.30. dopytuje o godzinę imprezy, a o 22.40. pisze, że nie przyjedzie… Dobrze, że uprzedził, mógł się nie zjawić Wiem, że zabiera się za organizowanie dwóch dużych imprez. Sorki, ale dla mnie stracił wiarygodność i takiej osobie nie powierzę ani mojego czasu, ani pieniędzy. Ot, takie moje świeże doświadczenie, nie dotyczące kolegi od wylewania gorzkich żali.

Relacje to pomoc.

Wzajemność i równowaga: coś dostaję, coś daję. I nie chodzi o to, że coś za coś, tylko o wrażliwość na drugiego człowieka. Ja akurat, mimo mojej pozornej szorstkości, nie umiem żyć sama dla siebie. Nie szukam rewanżu na siłę, nigdy go też nie wciskam. Branie i dawanie to kompetencje społeczne, których nie jesteśmy uczeni – ale to inny temat. Wracając do relacji – te moje bardzo sobie cenię i jestem za nie wdzięczna.

Milonga w hotelu InterContinental. Ann wyjechała, ale z Piotrem Woźniakiem lubię współpracować do dziś. 

Nigdy do tej pory nie płaciłam za salę – nawet w InterContinentalu (młodzież zapewne nie wie, że sześć lat temu odbywały się tam pierwsze wypasione milongi, z pokazami, loterią świetnych fantów, winem na wstępie, zniżką w barze 60% i biletem wstępu za 15 zł). Od czasu, kiedy sama decyduję, jak będzie wyglądać moja impreza, zawsze płacę współpracownikom w zależności od pozyskanego budżetu (wyjątek: milonga charytatywna SyMfonia Serc na Krakowskim Przedmieściu, która budżetu nie ma – dziękuję serdecznie tym z Was, którzy co roku się angażują – w tym roku zapraszam w drugą niedzielę września).

Umiejętność pozyskania sponsorów opiera się na relacjach.

Czasem wystarczy znać kogoś, kto zna kogoś i być poleconym. Ale na polecenie trzeba zasłużyć. Kandydaci na sponsorów często podnoszą argument (żeby nie wspomóc), że pomagają chorym dzieciom… W wielu wypadkach może tak jest, na szczęście znam takich, którzy mają otwarte serca, szersze horyzonty i dywersyfikują pomoc na chore dzieci, bezdomne psy i dofinansowanie tangowych imprez. Ale znam przypadek, gdzie kandydat na sponsora się umówił, po czym nie odwołał, nie przyszedł, olał. Bywa. Sponsorzy są bezcenni, ale nie mogą dźwigać czyjejś imprezy. Jak organizator popłynie bez zaplecza, to albo dokłada z własnej kieszeni, albo okrywa się niechwałą. Jak ma dobrze działającą szkołę, wpływy z lekcji pokryją ewentualny brak, a impreza może być potraktowana wizerunkowo. Ale jak szkoła jest peryferyjna albo – jak w moim przypadku – jej nie ma, to albo wchodzę we współpracę z mocniejszym ode mnie, albo mierzę siły na zamiary – a jak mi nie wyjdzie, nie mam do nikogo żalu.

Batida del Tango – moja popołudniowa milonga.

Nie zbawi się całego świata i wszystkich pomysłów się nie zrealizuje.

Gdyby tak było, to na eventach byliby tylko organizatorzy i wykonawcy 😃 Jak na promocji pewnego napitku: artystka, jej goście i kelnerzy…

Zanim do tego doszłam, próbowałam różnych dróg (tyle że nigdy nie miałam do nikogo żadnych pretensji). W dzisiejszych czasach nie sprawdzi się strategia: róbmy, a jakoś to będzie (tzn. ludzie przyjdą i zapłacą). Mój znajomy gangster mawiał, że pomysł dopiero wtedy jest dobry, jak zostanie z powodzeniem zrealizowany. I że jak na świetny pomysł nie możesz znaleźć pieniędzy, to znaczy, że coś jest nie tak albo z pomysłem, albo z tobą (owszem, miał profesję niezbyt wysokiego zaufania społecznego, ale żyje – jego koledzy dawno się wystrzelali lub zaćpali – i aktualnie jest poważnym biznesmenem, więc na pomysłach i pieniądzach jakoś tam się zna).

Promowanie imprezy to ciężka orka na ugorze.

Mam Ochotę – druga moja popołudniowa milonga, na której pewien karnawał spędziliśmy na przebierankach – co tydzień inny temat. Było bardzo wesoło 😃

Nie załatwią tego posty na fejsbuku. Zresztą: tak szybko zmieniają się algorytmy, że to, co działało rok temu, dziś jest bezużyteczne. Umiejętność promowania to wyższa szkoła marketingowej jazdy. Od stworzenia odpowiedniej treści, poprzez odpowiednią publikację w odpowiednim czasie, do wykorzystywania fejsbukowych narzędzi, o których 90 % tych, co ma profil, nie ma bladego pojęcia (szacunki są moje, sporządzone na podstawie tego, co i jak jest publikowane). A fejs to niejedyna możliwość. Tyle że taka wiedza kosztuje. Aby przebić się z imprezą w dzisiejszych czasach, trzeba wiedzy, ludzi i zaplecza. Chyba że ma się wyrobioną renomę – ale ona jest związana z wypracowanymi relacjami, nie inaczej. Jednak nie dokona się cudu, jeśli impreza nie ma potencjału (tak bywa: nie to miejsce, nie ten czas, nie taki pomysł, nie ten organizator…).  

Beskid Tango Marathon jest przykładem imprezy, która pięknie się rozwinęła. Prapierwsza edycja odbyła na Szyndzielni, kolejne – w hotelu „Orle Gniazdo”. Ale ta impreza startowała kilka lat temu. Teraz wiadomo: w pierwszy weekend roku wszystkie drogi prowadzą do Szczyrku! Relacja z tegorocznej edycji: TU.

Lokalsi często wcale nie wspierają tego, co ma się wydarzyć na ich terenie, nawet jak organizuje to ich lokalny organizator.

Na pierwszej edycji Recuerdo Warszawy prawie nie było, a nauczyciele przyszli tylko na pokaz i zaraz się zmyli. Druga edycja była już doceniona, ale nie dlatego, że samo się zrobiło, tylko dlatego, że włożono w nią więcej pracy na zapleczu. Nie mam wątpliwości co do tego, że tegoroczna będzie jeszcze lepsza, bo koło ruszyło i nabiera pędu. 

Każda duża impreza ma długą listę zaproszonych gości.

Tak jest na całym świecie. Umiejętne ich dobranie to też duża sztuka Jeśli organizator chce zaoszczędzić i żałuje zaproszeń (nie chodzi bynajmniej o rozdawnictwo), niech się nie dziwi, że promocja nie działa. To ludzie przyciągają ludzi. Obserwuję u Polaków taką prawidłowość: chcieliby być dobrze wynagradzani za swoją pracę czy wiedzę, a jednocześnie oczekują, że inni będą robić za darmo; że polski dj zagra za kieliszek wina i wodę mineralną (maratonowi mają lepiej, przynajmniej mogą skorzystać z imprezy; o dziwo zagranicznym płacą bez sprzeciwu, a ci przecież nie zawsze dobrze grają), a fotograf będzie pstrykał za wstęp na imprezę (na której nie potańczy, jeśli ma zrobić rzetelną dokumentację zdjęciową z przebiegu całej imprezy. Pomijam czas obróbki zdjęć. No ale dużo osób lubi robić zdjęcia, zawsze jakieś będą nawet bez zakontraktowanego fotografa). Znamienne były djskie warsztaty organizowane przez ekipę Radio Tango Uno. Ktoś dopytywał, czemu taka cena, a nie inna. Za ich autorski warsztat, gromadzoną latami wiedzę i doświadczenia! Żenada. 

I tak żalący się kolega spowodował, że zastanowiłam się tak w ogóle nad dzisiejszą sytuacją organizatorów.

Moim zdaniem imprez jest za dużo. Sama się do tego raz w miesiącu przyczyniam 😃I bardzo mi miło, że mam z kim współpracować i że przychodzicie. Nie robię komercyjnej milongi, tylko wydarzenie promujące tango. A że przy okazji tańczący mogą tangolić na doskonałym parkiecie w pięknej sali – nie mogłam odmówić, gdy mnie o to poproszono. Rzecz jasna – dla dobra tanga 😃

Kolejne Tango w Królewskim Wilanowie odbędzie się 9.06. Szczegóły wkrótce.

Wracając do użalającego się kolegi – to nie Warszawa jest zła.

A podejście ludzi, którzy nie umieją się w niej odnaleźć lub uważają, że coś im się należy. Poza tym: zanim ktokolwiek cokolwiek zarzuci złemu warszawiakowi – niech zapyta, skąd taki przyjechał i od kiedy tu mieszka. Przypomnę, że stolicę zamieszkuje głównie ludność napływowa. Nie mam nic przeciwko temu, dopóki nie szkaluje mojego miasta i jego mieszkańców. Może wracać do siebie. Tym bardziej nie mogę przejść obojętnie, kiedy się rzuca oskarżenia bez podania faktów. A przypomnę: dopytywałam, o co chodzi. Wielu warszawiaków dało wyraz swojemu zmartwieniu, że festiwalu nie będzie, twierdząc, że na akurat taki miejsce w zatłoczonym wydarzeniami kalendarzu – jest. Co zrobił kolega? Ukrył merytoryczną odpowiedź na swoje lamenty. 

Każdy zbiera żniwo swoich działań.

Współpraca nie jest mocną stroną Polaków. Wpaja się nam chorą rywalizację, więc niezdrowo funkcjonujemy. W tym miejscu piszę o drugiej stronie medalu: tresowani w rywalizacji, wszędzie dopatrujemy się wrogiej konkurencji. A może zmienić nastawienie i zobaczyć szansę?

Secreto – warszawskie encuentro milonguero – odbędzie się po raz drugi. To impreza doświadczonych organizatorów, a i tak pracuje przy promocji kilka osób. Odbędzie się po raz drugi. 

Punkt widzenia zależy od tego, z której strony się patrzy.

Nikt nikomu nie zabroni organizowania czegokolwiek, ale też nikt nikomu nie nakaże aplauzu. Można z nikim i niczym się nie liczyć – wolna wola. A można inaczej. Szczerze mówiąc mnie się nie podoba ta wolna amerykanka z wchodzeniem sobie w termin i tworzeniem w tym samym czasie kilku dużych krajowych imprez. Ale taka jest rzeczywistość i na razie nikt nie wymyślił, jak to zrobić, żeby dogadywać się na szerszą skalę. A może nie ma takiej woli? Nie wiem, nie organizuję dużych imprez, bo mi się nie chce, wolę bywać 😃

Są tacy, co nigdy nikogo o nic nie pytają, a potem narzekają.

Są tacy, co im się wszystko nie podoba. A są tacy, którzy chętnie wesprą, jak będą wiedzieli, co i jak. Czy konsultować? Czy rozmawiać? Wybór jest zawsze, konsekwencje decyzji – też. Warto je brać pod uwagę przed, żeby nie marudzić po.

Z pozdrowieniami

(Bestyjka) Ania

P.S. Polecam wybrać się na bożociałowy weekend do Bielska Białej na festival Vamos Corason. Świetna para, 30 godzin tańczenia…. a mam wrażenie, że miejscowi nie doceniają ani pary (mało bywają, to i nie znają), ani starań organizatorki. Dla samej tej pary warto przybyć!

P.S.2 Od wpisu minęło kilka godzin, a już się dowiedziałam, że teraz to ja jestem ta zła, która rujnuje kolegi karierę… I że Poznań ma dosyć tego, że kolega idzie jak taran i dzieli środowisko.

Nie, kolego, ja nie robię ci nic złego. Bronię mojego gniazda, które chciałeś zbrukać. Sam sobie pracujesz na opinię złego organizatora. Otwórz wreszcie oczy i wyciągnij wnioski, zamiast mnożyć w swojej głowie wyimaginowanych wrogów.

Kryzys w świecie tanga – rzeczywistość czy wyimaginowany problem?

Pewien tango friend z Cypru napisał na swoim wallu post o kryzysie w tangu: że od marca ma ponad trzydzieści milong miesięcznie przy stu tancerzach i że aby mieć na każdej czterdzieści osób, każdy tańczący musiałby wziąć udział w dwunastu milongach miesięcznie, a trzech w tygodniu. Niższa frekwencja nie opłaca się organizatorowi i nie jest ciekawa dla dj-a. Większość miejsc wzrasta szybciej niż tancerze oraz dochodzi problem płci, czyli za mało leaderów, i ci dobrzy przestają przychodzić na milongi.

Okazjonalna charytatywna milonga plenerowa na Krakowskim Przedmieściu, odbywa się raz w roku, we wrześniu.

***

Czyli na Cyprze jest tak samo jak w Warszawie, z taką różnicą, że mamy grubo ponad stu tancerzy i czterdzieści cztery (!) regularne milongi miesięcznie + okazjonalne. Po zamknięciu historycznej milongi na Chłodnej, taka z tradycjami została jedynie Złota Milonga, no i Wolność, która rządzi się swoimi prawami. Reszta pojawia się i znika. W takim na przykład Olsztynie są dwie milongi w miesiącu i Jolanda mówi, że ludzie nie chcą więcej. A to ciekawe, bo Olsztyn naprawdę dobrze tańczy… 

Nieistniejąca już milonga w Batidzie – pierwsza, którą organizowałam w sobotnie popołudnia.  

***

Obecnie miewamy dni z czterema milongami jednocześnie, a piątek i sobotę z trzema – to w tej chwili standard. Stąd też powstanie grupy na Facebooku („Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie?”), w której codziennie pojawia się post z milongami i praktykami tangowymi (każdy może uzupełnić, jeśli wie o imprezie, która nie została wymieniona).

Partylonga od marca odbywa się w poniedziałki w Klubie Medyka na Oczki. Wskoczyła w dzień po milondze UNO, która z kolei zajęła dzień i miejsce po milondze Una Emocion w klubie SPATiF u Aktorów.

***

Ubiegły rok wprowadził w tangowy świat sporo zamieszania. W Buenos Aires zamknięto ponad 40 milong, ale nowych powstało pewnie kilkanaście. W Moskwie zniknęły 2 duże historyczne milongi. Najdłuższa stała milonga w Londynie zniknęła po 13 latach.

Chłodna – milonga, której nie ma, a odbywała się w najprawdziwszej remizie strażackiej. Pierwsza, na której byłam zanim jeszcze zaczęłam tańczyć. 

***

Wspomniany Cypryjczyk stwierdził, że teraz ilość znacząco przewyższa jakość. Zastanawiał się, co można zrobić, by poprawić proporcje? Sterować podażą? Wysnuł opinię, że jeśli chce się coś sprzedać, trzeba to najpierw umieścić na stole. Tango friend z Włoch stwierdził, że za dużo dostaw to zła ekonomia i jeśli kładzie się swoje rzeczy na stole, a nikt o nie nie prosił, to na starcie obniża się ich wartość. Dalej dyskutowano, że to niedobór stwarza popyt – prawda czy kapitalistyczne podejście? Czy obfitość jest lepsza niż głód? Przecież coś taniego nie oznacza złej jakości, a drogiego dobrej. I że w tangu wszystko jest jasne, a oszustwo niemożliwe.

Złota Milonga – najstarsza regularna polska milonga, która ma jedną z najpiękniejszych sal – nie zawaham się użyć tego określenia: w skali świata. Potańczyć można tu we wtorki (milonga NO STRESS), czwartki (NUEVO&EMOCION) i w soboty (milonga GRANDE z poprzedzającą ją lekcją kroku i milongą dla początkujących oraz chacarerą). Moja milonga madre …   

***

Jeśli tak jest, to tego zazdroszczę Cypryjczykom. U nas oszustwo pleni się na każdym kroku. Za nauczanie biorą się ludzie (co ciekawe: mężczyźni!), którzy o tangu mają pojęcie słabe, a o nauczaniu żadnego. Jest to możliwe, ponieważ metodologia nauczania tanga i samo tango są stosunkowo młode, a z racji charakteru tego języka ciała nazywanego tańcem – standaryzacja jest na razie jeszcze nieosiągalna.

Kiedyś w środy tańczyło się na milondze w Equilibrum. Później próbowano ją zreaktywować, ale nie wyszło. Teraz w środy tańczy się w dwóch miejscach: w DZiK-u (organizatorami jest szkoła tanga Caminito ) i na milondze Tu i Teraz w restauracji BUÑUEL.

***

Mateusz Kwaterko, nasz warszawski nauczyciel, nie widzi w tym nic złego i uważa, że jak jest dużo różnych szkół, tym lepiej, bo jest większa szansa, że ich uczniowie zaczną na milongi przychodzić i że w pewnym momencie zechcą uczyć się porządnie, np. u nich 😃 Kasia Chmielewska, druga część pary Mateusza, stwierdziła, że nikt na początku nie uczy się dobrze, tylko poprzez błędy, więc samozwańczy nauczyciele nie wyrządzają nadmiernej krzywdy. Tak na to patrząc – można się zgodzić, chociaż ja uważam, że lepiej zminimalizować zadrukowanie ciała złymi nawykami i od razu iść do nauczycieli z renomą i efektami.

Milonga de Mis Amores zasiliła czwartkową ofertę stolicy. Organizowana jest przez Akademię Tanga Argentyńskiego. Jak na dzień powszedni rozpoczyna się dość późno, ale za to dysponuje drugą salą, w której może odbywać się praktyka pod okiem instruktora.

***

Cypryjski kolega stwierdził, że ze wszystkich już tańczących tylko mała część bierze udział w milongach, a większość z nich ogranicza się do jednej w tygodniu. To dokładnie tak jak u nas 😃 Powszechnie mówi się o tym, że jak jest za dużo imprez jednocześnie, czyli za duży wybór – ludzie decydują się iść do kina albo zostać w domu. A ci, którzy jednak chcą potańczyć, dzielą się między milongami i w efekcie nigdzie nie jest pełno. Na milongowy clubbing ze względów logistycznych i finansowych nie każdy chce sobie pozwolić.

Milonga Mała Warszawska to piątkowa propozycja. Oprócz niej jest jeszcze PASION w Rivierze i milonga na Wolność. 

*** 

Tango friend z Istambułu stwierdził, że problemem nie jest zwiększenie liczby milong, tylko to, co nauczyciele, tancerze i organizatorzy robią, aby sprowadzić więcej ludzi do tanga. I że mieli ten sam problem 10 lat temu. Poradzili sobie tak, że tangowa wspólnota się zjednoczyła i wspierała wzajemnie swoje działania, wspólnie pracowała nad poprawą jakości tańca, więc energia wzrosła. Początkujący nie odchodzili, a zachęceni do większej lilości ćwiczeń zaczynali tańczyć w bardzo krótkim czasie.

Pokaz na sobotniej Milondze w Królewskim Wilanowie (Piotr Woźniak i Justyna Grzegorczyk – para, która poznała się w dniu pokazu i zatańczyła razem po raz pierwszy w życiu…), która odbywa się raz w miesiącu po południu. W sobotniej ofercie regularnych milong jest Grande Milonga w Złotej Milondze, La Ronda, popołudniowa Pożyteczna, a nierzadko wskakuje jeszcze neolonga (w Akwarium lub w Pałacu).

***

Teraz Istambuł ma dużo milong i dużo tancerzy z wysoką jakością tanga. Kto choć raz tam był, ten z pewnością to potwierdzi. Turcy tańczą rewelacyjnie, do tego są przystojni, dobrze ubrani i pięknie pachną… Bajka! Uwielbiam ich cabeceo Jak taki ataman przyszpili cię wzrokiem… Chyba uruchamia się we mnie jakiś atawizm, a może pamięć komórkowa kilku pokoleń wstecz..? Czuję się wtedy jak branka… i bardzo mi się to podoba 😍

W niedzielę regularnej milongi nie ma, ale w Pałacu odbywa się praktykolonga, która miała w założeniu zawierać milongę, jednal przyjęła się bardziej jako praktyka. 

***

Co by musiało się stać u nas, aby podnieść jakość tanga i liczbę osób przychodzących na milongi? Mówi się, że w skali świata nie jest w Polsce źle. Pewnie tak, ale jesteśmy 38. milionowym krajem i z pewnością może być lepiej! Dynamika wzrostu tangowej populacji w Polsce jest niestety mała. Czy można ją przyspieszyć? Można by spróbować, a pierwszym krokiem byłoby do tego tangowe zjednoczenie, jak w Istambule. Na czym miałoby polegać? To, co teraz napiszę, jest jedynie moją opinią, a nawet fantasmagorią… 😃 

Od dwóch lat Warszawa ma Recuerdo – festiwal na światowym poziomie z argentyńskimi parami z pierwszej tangowej ligi. Tu: popołudniowa milonga festiwalowa w budynku Złota 44, na 50 piętrze tego najwyższego apartamentowca w Europie.  

***

Dotyczy Warszawy, która konfliktowość przerobiła kilka lat temu, więc jest większa szansa, że mogłoby się udać:

* Gdyby organizatorzy milong zmienili nieco swoje biznesowe nastawienie, może odnieśliby większe korzyści, i my wszyscy też. Wielokrotnie przez różne fora przetaczały się dyskusje, co organizator/nauczyciel powinien, a czego nie powinien. Osoby z niedużym tangowym stażem rzucały różnymi oczekiwaniami, często nierealnymi do spełnienia (i różnymi „fantastycznymi” pomysłami 😃 Wszystko to co jakiś czas odżywa, bo jednak nowe tangowe pokolenia się pojawiają), a nauczyciele dowodzili, że nic nie muszą. I generalnie jest to prawda. Jak mówi Tereska Mazurkiewicz: poza siusiu i kupką nikt nic nie musi 😃 

Encuentro milongero to tangowe spotkania wyższego szczebla. Cieszę się, że po raz drugi odbędzie się Secreto, organizowane przez Paulinę Policzkiewicz – Woźniak, matkę polskiego tanga, nauczycielkę w szkole Tangolada. Niestety odbywa się w takim terminie, kiedy zwykle jestem na zagranicznym tangowym evencie.

***

Przewaliło się wiele uwag odnośnie bycia gospodarzem imprezy i traktowania gości. Ja uważam, że najlepszy gospodarz się nie rozdwoi i nie jest w stanie zadowolić wszystkich, ale mógłby mądrze sięgnąć po wsparcie. Wystarczy, aby zaprosił do współpracy trzech dobrze tańczących panów (pachnących! przed wejściem na parkiet kontrola świeżości 😃) i dwie dobrze tańczące panie, z nastawieniem na to, że pół milongi tańczą dla przyjemności, a pół z tymi, których warto zachęcić do dalszej nauki i częstszego przychodzenia (jedna taka, co to przygarnia wszystkich, nawet największe sieroty, powinna na każdej warszawskiej milondze być gościem honorowym 😃). Mówię to z własnego doświadczenia.

Jedno z najpiękniejszych tangowych zdjęć… Obrazujące chyba akurat nie tango, a chacarerę. Zdaje się, że warszawski maraton El Navegador na stałe zagościł na warszawskim Ujazdowie. 

***

Kiedy byłam na początku swojej drogi, taniec z dobrym partnerem zachęcał mnie do tego, aby kontynuować żmudny proces nauki. I w drugą stronę: nie mam sukcesu w zasileniu tangowego środowiska chociaż jednym liderem (o matko, iluż gamoni przyprowadzałam… zwłaszcza na początku mojego tanga), ale mam kilka sukcesów w tym, że po moim objęciu partnerzy decydowali się na przyspieszenie procesu nauki i lekcje prywatne. Niezwykle ciepło mi się robi na sercu, kiedy od doświadczonego obecnie tanguero słyszę, że kiedyś dzięki mnie postanowił się uczyć…

Miloga Warszawska – Duża – odbywa się mniej więcej raz w miesiącu w sobotę, w eleganckiej sali NOT-u na Czackiego. Wtedy La Ronda jednoczy z Warszawską siły i zawiesza działalność.

***

We wsparciu milongowym nie chodzi o obtańcowywanie jak popadnie. Wręcz przeciwnie. Osoby, które zatrzymały się na poziomie mało zaawansowanym i nie mają potrzeby robienia dalszych postępów, niech tańczą z równymi sobie, takich jest cała masa. Natomiast grupa tangowego wsparcia przydałaby się do tego, aby na milongę przyciągnąć też tych lepiej tańczących i aby tańczyć z tymi, co rokują w tangowym rozwoju.

Maraton El Fuego to dwie warszawskie edycje: zimowa i letnia. 

***

W mojej książce, którą napisałam zainspirowana tangiem i Złotą Milongą, właścicielka szkoły tanga ma zamiar sprowadz Argentyńczyka, który będzie zarówno udzielał lekcji, jak i wspierał milongę w tańczeniu z bywalczyniami.

Książkę można zakupić u pani Ani w Złotej Milondze. Można zamówić dedykację. 

***

Nadal wydaje mi się to dobrym pomysłem i osobiście się dziwię, że tam, gdzie można, nie jet to wprowadzone w życie. Może byłby to wysiłek finansowy, ale myślę, że by się zwrócił dość szybko. Na początek dogadać się z którymś z Argentyńczyków będących w Polsce – a mamy takich. Poza tym pełno ich w Europie. Istnieje możliwość, że na jakimś etapie zechcą się usamodzielnić, ale zawsze można ich zastąpić kolejnymi. Albo dogadywać się na kontrakt dwu – trzymiesięczny. Wytrawne tanguery potrafią przyjść na milongę tylko po to, by zatańczyć jedną lub dwie tandy. Za nimi przyjdą lepsi tancerze. I tak koło by się kręciło…

Maraton Noches Portenas organizowany przez Almis Tango też jest warszawską imprezą. 

***

* Dogadać się, aby nauczyciele, których uczniowie przychodzą na milongi, zawsze byli traktowani jako goście. Czyli nie kasować ich za wstęp! W ogóle nauczyciele prowadzący regularne szkoły i organizujący milongi mogliby bywać u siebie, chociaż od czasu do czasu. A ci, co własnej milongi nie mają, powinni pokazywać się w różnych miejscach (nie w jednym tygodniu, rozłożyć sobie w czasie). Wiem, że są zarobieni, ale nie da się inaczej zintegrować. A póki co każdy zamyka się w swoich kątach, więc i rotacja uczniów chodzących na inne milongi niż ich nauczycieli jest mniejsza. Ci, którzy nie prowadzą własnej milongi, nie chodząc nigdzie dają zły przykład swoim uczniom. A jeszcze jakby ci nauczyciele spróbowali znaleźć przyjemność w tym, że są zwykłymi uczestnikami milongi chociaż przez godzinę – to byłby ideał…

Niedzielna popołudniówka Coco de Oro najpierw zamieniła się w Potok, następnie zatonęła… Jest nadzieja, że po wakacjach wypłynie w nowych okolicznościach przyrody… 

***

Ja osobiście nie polecę nauczyciela, który nigdy nie tańczy z nikim poza wybranymi dwiema – trzema partnerkami. Oczywiste jest, że nie obskoczy wszystkich swoich uczennic, ale jeśli nigdy nie tańczy z żadną – to jak je uczy, że nie może być mu z nimi przyjemnie? Nie uniknie się polaczkowatego gadania, że tańczy z tymi, co mu płacą. To jednak lepsze niż nie tańczenie w ogóle. Przynajmniej ma szansę sprawdzić, czy jest dobrym nauczycielem i czy uczennica robi postępy 😃 To oczywiście uproszczenie, bo z rozmowy z Kasią i Mateuszem dowiedziałam się, że zwłaszcza dziewczyny potrafią chodzić na lekcje, by się nie uczyć… Cała rozmowa niebawem na Tango Te Amo 😍 

Milonga Uno miała na stanie przepiękny gramofon 🙂 Na razie zniknęła z firmamentu warszawskich milong, ale Radio Tango Uno istnieje i miewa się dobrze 😃

***

Wracając do sedna: w moim przekonaniu dobrym przykładem jest Jakub Milonga, który na swoich milongach jest prawdziwym gospodarzem i umie podzielić swój czas na taniec z ulubionymi partnerkami i tymi innymi. Im kameralniejsza milonga, tym bardziej gospodarz powinien być zaangażowany. Organizator pewnej środowej i piątkowej milongi, wśród tangueros starszego pokolenia nie ma nadmiernej ilości przyjaciół, ale jako gospodarz swoich milong z powodzeniem tworzy przyjazną atmosferę, przyciąga młodsze tangowe pokolenia – a to zdecydowanie pozytywnie wpływa na rozwój tangowego środowiska.

Entre Amigos – pół tajny tangowy warszawski weekend tylko dla specjalnie zaproszonych. Nie byłam w ich gronie, widocznie nie jestem amigo organizatorów 😃 Przywykłyśmy z Jolandą, że wśród naszej polskiej tangowej braci nie jesteśmy wszędzie mile widziane. Jest nam z tego powodu naprawdę strasznie wszystko jedno 😃 Nie będziemy w Polce – to będziemy w Hiszpanii, Turcji lub Izraelu 😃 

***

Gdyby inny organizator zechciał wziąć z kolegów przykład, jego milonga miałaby szansę na rozkwit, czego jej życzę z całego serca, bo miejsce jest komunikacyjnie najlepsze w Warszawie, sala klimatyczna i parkiet świetny.

Tanguerilla to spotkanie neotangowo-wizualne. Odbywa się w różnych miastach świata, w tym w Warszawie. Tańczy się do każdej muzyki, która nie jest klasycznym tangiem. 

***
Przy okazji wspomnę, że szkoła Tomka Potockiego na Wolność, która żyje sobie swoim życiem, jako jedyna ma w ofercie codzienne praktyki, w tym chyba jedyną w kraju praktykę milongową (!). Nie widzę marketingowych starań, by to nagłaśniać – a szkoda, bo chociaż znam to miejsce od dawna – dopiero po założeniu warszawskiej milongowej grupy miałam potrzebę wejścia na jej stronę i dowiedziałam się, że tam codziennie można poćwiczyć! CODZIENNIE! Ewenement chyba światowy. 

Tango i cats od lat odbywa się ze dwa razy w roku w ramach piątkowych milong na Wolność. Dochód z biletów i loterii fantowej przeznaczony jest na pomoc bezdomnym kotom.  

***

Tyle moich fantazyjnych wizji 😃 Jeśli kogoś uraziłam (nie wiem niby czym, ale różnie to bywa) – to przepraszam. Podkreślam jeszcze raz, że są to moje myślenia życzeniowe, a nie jakieś instrukcje czy coś… Każdy robi, co uważa. Ja uważam, że czasem różne wypisywanki mogą przynajmniej dać do myślenia 😃 Każdy zawód ma swoją specyfikę. Nauczanie tanga i organizowanie milong należą do sektora usługowego. To nie znaczy, że jak się płaci, można wymagać w niegrzeczny sposób. Ale to płatnik weryfikuje, czy nowy twór ma prawo bytu, czy nie. Tango żyje, środowisko ewoluuje. Coś, co było dobre pięć lat temu, dziś się nie sprawdza. Cały świat działa cyklicznie, tango też. Milongi powstają i padają. Te, które trwają, mają lepsze i gorsze okresy. Patrząc całościowo: jednak coraz więcej ludzi zaczyna chodzić na lekcje tanga, więc może to nie kryzys?😃

Z pozdrowieniami – (Bestia) Ania

NIE! dla behawioralnych obrzydliwców. O!

Już kiedyś pisałam, że nasze środowisko nie jest jakieś nadzwyczajne – chociaż niektórzy chcą tak myśleć. W Turcji np. tango jest pasją elitarną. U nas nie, więc mamy cały przekrój społeczny. Dobrze to czy źle – nie będę oceniać. Ten wpis poświęcam pewnemu zjawisku (na szczęście nie nagminnemu), na które w naszym tangowym środowisku NIE daję zgody.

Postać.

Mamy w Warszawie taką postać, która pojawia się na publicznych eventach, gdzie wstęp jest za darmo (na część komercyjnych – tangowych i salsowych – ma zakaz wstępu). Wybiera z publiczności młodą (zawsze i tylko) dziewczynę, która nie umie tańczyć, i maltretuje ją na parkiecie. Udaje, że ją uczy. Macha nią we wszystkie strony, stanowiąc zagrożenie zarówno dla niej (naraża ją na kontuję i uraz), jak i dla otoczenia. Do tego postać ta nie jest nigdy dobrze ubrana (widziałam białe skarpety do sandałów i podkoszulkę bez rękawów), a braku urody oceniać nie będę, bo nie to jest problemem.

Problem: jak na to patrzę, tyłek mi się zaciska, jakbym miała w dupie zęby.

Wszystko mnie boli. Widziałam popisy postaci na różnych tangowych imprezach. Byłam zdziwiona, że organizatorzy tę masakrę tolerują. Z przerażeniem konstatuję, że nasza zachowawczość i bierność góruje nad zdrowym rozsądkiem. „Nie moja sprawa”. „Skoro jej się podoba, to nie ma problemu”. Na nie mojej imprezie nie odważyłam się interweniować, chociaż patrząc na te tortury, każda komórka mojego ciała wyrażała sprzeciw.

Pamiętam siebie z własnych początków.

Kiedy byłam zachwycona, że jakiś „super tańczący” zechciał mnie instruować. Im bardziej machał moimi nogami, tym bardziej mi się podobało. A jak mnie tak wziął i wygiął… A potem przegiął… I moje nogi chciał sobie założyć na szyję… O mamma mia, jaka byłam zachwycona! Że ja tak „pięknie umiem”! To, że taki pseudo maestro chciał mnie zwyczajnie poobmacywać wychodziło potem, kiedy nie zgadzałam się na coraz śmielsze ruchy i ocieractwo.

Nie chcesz się umówić? To pa.

Wielu ówcześnie „zaawansowanych” – w moich oczach – „tancerzy” przestało mną machać i nigdy więcej nie mieli ze mną okoliczności, kiedy wyraźnie postawiłam granicę cielesną i nie chciałam się umówić poza tangiem. Przypadek tej niecnej postaci jest właśnie taki: poluje na dziewczyny, które by chciały tańczyć tango, daje im złudzenie, że ona, ta postać, umie, a że dziewczyny też tańczą i umieją (!). No i uprawia ocieractwo. Kobiety to dziwna rasa… Dają się nabrać na pawie pióra, zamiast sprawdzić konkret…

Osoby nie umiejące tańczyć nie zdają sobie sprawy z zagrożenia.

Dziewczyny nie wiedzą, że narażają się na uraz, że wdrukowują w swoje ciało złą jakość ruchu, że gibnięta za bardzo może doznać urazu kręgosłupa lub stopy. I takie postacie na tym żerują. Czują… jak hiena padlinę… Dopaść, rozszarpać, zeżreć i … szukać kolejnej ofiary.

NIE ma mojej zgody na takie zachowanie!

Jestem zbyt doświadczona – w końcu tańczę (intensywnie) od prawie dziewięciu lat, aby jako organizatorka przejść do porządku dziennego nad uprawianym kaleczniactwem. NIE! Zwłaszcza, kiedy organizuję milongę. Nie będę tolerowała „udzielania lekcji”. Kiedy zwróciłam tejże postaci uwagę, że na milondze nie robi się takich rzeczy, postać zrobiła awanturę, że ją – tę postać – dyskryminuję. Dziewczynę, którą wyginał w niemożebny do zdzierżenia sposób, tak zmanipulował, że uznała mnie za największą tangową sucz, która się czepia… I nie mogła zrozumieć, że akurat ona nic złego nie zrobiła… Bo jej się te wygibasy podobały…

BHP

Jeżeli nie umiesz tańczyć, a ktoś próbuje Ci wmówić, że po lekcji kroku podstawowego jest inaczej – uciekaj. Jeśli na milondze ktoś daje Ci swoją wizytówkę, że niby jest nauczycielem – wywal ją do kosza. Tango, jak język: żeby porozmawiać, trzeba go poznać. Bełkot to nie rozmowa! A i fizycznie możesz się uszkodzić.

Nie będę oceniać organizatorów, którzy nie reagują.

Może dojrzeją. Za to duży szacun dla tych, którzy podzielają moje zdanie i zareagowali, czyli zakazali wstępu. Bo postać jest niereformowalna. Po prostu. Więc niniejszym oświadczam, że jeśli przyjdzie na jakąkolwiek imprezę, w której maczam swoje palce – to albo się zreformuje (nie wierzę), albo postać zostanie wyproszona, zanim upoluje kolejną ofiarę.

(Bestia) Ania

Kilka zasad dotyczących tangowania

Bezpieczeństwo na parkiecie

Kiedy na parkiecie jest ścisk, trzeba bardzo uważać. Obcasem można wyrządzić dużą krzywdę. Mnie samej zdarzyło się za wysoko zadzierać nogi. Energia muzyki czy poprowadzenie wysokiego boleo przez partnera nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Trzeba się pilnować. Na maratonach o wysokim tanecznym poziomie jest ciasno, ale nie ma kolizji. A przecież w tangu chodzi o przyjemność.

To, co może zrobić kobieta dla poprawy bezpieczeństwa na parkiecie, to pilnowanie własnych nóg, żeby nie wierzgały jak kopytka kobyłki na polanie. Cała reszta niestety należy do mężczyzny. To od tego, jak prowadzi, zależy, co się dzieje na parkiecie. Nie tylko z nim i jego partnerką. Także z innymi.

Chcesz tańczyć tango – przestrzegaj zasad.

Dziwi mnie, że niektórzy tego nie rozumieją. Najwięcej bałaganu robią koślawi nłewowcy. Bo ci niekoślawi nie będą się rozpychać na milondze z muzyką tradycyjną. Tańczenie po rondzie nie jest jakimś widzimisię. Nie chcesz tego respektować? Idź na salsę, tam skaczą jak popadnie. Albo stwórz własny event. Ale nie pchaj się ze swoim cudaczeniem na tradycyjną milongę! Służby operacyjne mi doniosły, że kiedy taki jeden pojechał do Wilna i nie zamierzał respektować konwencji milonguero – został wyłowiony i wyproszony. Po prostu. I bardzo dobrze. Gospodarze imprezy powinni zwracać uwagę, co się dzieje nie tylko w barze czy toalecie (tak właśnie), ale także na parkiecie. Wygibańce zagrażają bezpieczeństwu innych. Że się obrazi i więcej nie przyjdzie? I bardzo dobrze! Na jego miejsce przyjdzie trzech takich, co się nie rozpychają. Tam, gdzie się dba o porządek na parkiecie, przychodzą lepsi tancerze.

Bywają imprezy w takiej konwencji, że hulaj dusza, piekła nie ma. Proszę bardzo! Kto chce – niech idzie. Sama czasem lubię poszaleć, traktując to jako wzmożona aktywność fizyczną. Ale na zwykłej milondze warto dbać o porządek z samym sobą. Wszystkim będzie przyjemniej. 

Nikt nie kwestionuje sensu przepisów ruchu drogowego.

Grający w brydża wiedzą, że po wylicytowaniu trzech bez atu nie można licytować trzech kierów. W szachach każda figura ma określony ruch i nikt się nie upiera, żeby Wieżą szurać w poprzek. Przy łowieniu ryb siedzi się cicho i nikomu nie przyjdzie do głowy się wydzierać. Dlaczego z zaakceptowaniem poruszania się po rondzie jest taki kłopot? Zdarza się, że parkiet jest mocno prostokątny, chudy i długi, wtedy ci mniej wprawieni mają trudność.

Ale myślę, że to jest kwestia nawyku.

Po prostu. I niestety strofowanie niesforniaków należy do panów! Nie wymagajcie od nas, żebyśmy tego pilnowały. Te bardziej świadome będą rozgwiezdnikom odmawiać i do tego zachęcam. Bo jak ci lepsi zobaczą, że na każdego nie lecisz – Twoje notowania wzrosną. Tak samo gospodarz milongi – jeśli nie będzie pilnował porządku, pójdzie fama, że tu słabo się tańczy i ci, co nie chcą być narażeni na „inwencję” rozgwiezdnika, pójdą gdzie indziej albo zostaną w domu.

Zgrabnie to ujął Michał Wójcik (warszawski nauczyciel):

(…)Tango przywędrowało z Buenos Aires nie jako zbiór ruchów do odtwarzania samodzielnie w domu przed kanapą, ale jako całe zjawisko kulturowe – taniec socjalny, który tańczy się na milongach w otoczeniu innych par. Kiedy rozmawia się z argentyńskimi tancerzami i nauczycielami, słychać, jak bardzo podkreślają, właśnie socjalny wymiar tanga tańczonego na milondze. To, że tańczy się nie tylko ze swoim partnerem, ale też ze wszystkimi innymi tancerzami na sali, z którymi łączy nas przestrzeń i muzyka. Czy nie po to właśnie chodzimy na milongi? Żeby tańczyć w otoczeniu innych ludzi? Czuć wspólną energię parkietu? Tańczenie samemu w domu to przecież nie to samo. Więc skoro bez trudu akceptujemy zasady tangowego ruchu naszego własnego ciała, to zaakceptujmy też, że ruch na milondze wygląda tak, a nie inaczej. Tańczymy po rondach, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara (…)”.

Tak więc chcesz wywijać – rób to na swojej imprezie, o!

Z pozdrowieniami – bestia Ania