Beskid Summer Tango Marathon – sierpień 2019

Z powodów różnych publikacja trochę się odwlokła, ale jest! A opisać warto. Wiadomo, że impreza jest na tyle udana, na ile się bawisz. A ja bawiłam się wyśmienicie. Nie zawaham się powiedzieć, że to był mój najbardziej udany maraton. A trochę ich odbyłam, w kraju i za granicą.

 Bardzo dobry poziom tangowy.
 To duży sukces zebrać tylu świetnie tańczących. NIE MIAŁAM ZŁEJ TANDY! Muzyka niosła, partnerzy byli naprawdę ach ach, wiele nowych abrazos okazało się bardzo tak. Dlatego lubię wyjeżdżać: odrywam się od codzienności, jestem tam i nigdzie indziej. Im dłużej jestem w tangu, tym bardziej doceniam jego funkcję socjalną – chociaż nadal jak jadę na tango, to ono jest dla mnie najważniejsze.  
Muzyka niosła.
 
Może trochę inaczej ustawiłabym kolejność grania, ale to jest zawsze kwestia indywidualnych preferencji: ja lubię tak, ktoś może lubić inaczej. Moją szczególną sympatię zdobył TDJ z Grecji, każda tanda była „po mojemu”. Zestaw wszystkich didżejów można znaleźć na opisie minionego wydarzenia, więc nie będę wszystkich wymieniać. Dodam tylko – wcale nie przez sympatię, a w uznaniu – że granie Bielskiej Anielicy Tanga Anny Pietruszewskiej w niedzielne południe było bardzo smaczne. Aż szkoda, że nie wszyscy byli. Pietruszka na śniadanie i obiad – ale nie tylko! Anna gra naprawdę energetycznie, dlatego ze swoim 
soft nuevo zapraszana jest  ma coraz więcej imprez, nie tylko w Polsce. 
Prowadziłam!
Jak już byłam stańczona do upadłego, wskakiwałam w płaskie butki, a czasem prowadziłam też w szpilkach. W końcu nauka u świetnych nauczycieli (Kasi Chmielewskiej i Mateusza Kwaterko z Caminito) zobowiązuje i nadszedł czas, abym była aktywna jako liderka nie dlatego, że nie ma panów (bo byli, balans był ok), tylko dlatego, że mam już co zaproponować partnerkom. Jeszcze skromnie, ale jest progres na tyle, że może tańczyły z grzeczności, ale nie z obrzydzeniem. 
Raz nawet tak się zdarzyło, że kiedy tańczyłam tradycyjnie, jako partnerka, partner w uniesieniu padł mi do stóp...

Atrakcje
Pogoda dopisała, więc przejazd beskidzką ciuchcią do Bielska-Białej był bardzo udany (wiem z opowieści, bo dla mnie godzina była zbyt wczesna). Okolica piękna, więc kilka osób zdecydowało się wspiąć na Klimczok. Ponieważ niedawne pozaszlakowe zdobycie Ślęży wystarczy mi na długo, nie zdecydowałam się na taką eskapadę. 
Warsztaty z naszą polsko-argentyńską parą: Luizą i Marcelo Almiron, bardzo się podobały, a bytność na dodatkowych zajęciach z canyengue widać było na maratonowym parkiecie (wiele par tańczyło!). Pokaz w trakcie sobotniej nocy był pięknym akcentem, rzadko spotykanym na maratonach.  
Zdjęcia Krzysia są TU, TU i TU a Szymona TU, TU i TU. 
A ostatniego dnia zaśpiewał dla nas Gonzales Federico, który ma piękny głos, umie śpiewać (a to nie zawsze oczywiste) i jest słodki... 
Mieszkać w jednym miejscu to zaleta.
Tym razem byliśmy w Bystrej w 4* hotelu Golden Tulip, część osób zatrzymała się w wyremontowanych domkach. Ja z dziewczynami początkowo też byłyśmy w domku, ale uznałyśmy, że czasy skautów mamy za sobą i przeniosłyśmy się do hotelu. Nigdy nie mam czasu, aby skorzystać z atrakcji dodatkowych: SPA, jaccuzi, basenu (ten ostatni nie bardzo lubię, a właściwie nie lubię wcale, bo pływanie mnie nudzi). Kuchnia hotelowa była smaczna: śniadania obfite i urozmaicone, ceny restauracyjne przyjazne – przy dobrej kuchni.  
Hehehe…
Uwielbiam Beskid Tango Marathon.
Edycja letnia udała się fantastycznie. Edycja zimowa udaje się od lat. Od ubiegłego roku odbywa się w hotelu Belweder w Ustroniu – rejestracja w toku! Info o wydarzeniu TU, a miejsce rejestracji znajdziesz TU. Zachęcam do zaplanowania tego w swoim kalendarzu, bo zabawa jest przednia, a w tym roku zagrają TDJ-e znani i lubiani, m.in. nasi warszawscy twórcy Radia Tango Uno i Milongi Uno: Dorota Zyskowska i Marcin Błażejewski. 
Pijama party oczywiście się odbędzie! Relacja z ubiegłego roku: TU (zdjęcia niestety zeżarło po transferze bloga na inny serwer). 
Wylaszczyłam się.
Więc może pomyślę o piżamce seksi… Pisałam kiedyś, że postanowiłam wrócić do dawniejszej formy cielesnej. Udało się. Mój nowy wpis na ten temat niebawem, ale bardzo mnie cieszy ma smukłość osiągnięta (i utrzymywana) wcale nie aż tak bardzo katorżniczo, za to pod czujnym okiem fachowczyni. 
Lubisz mnie czytać?
Zamów moją najnowszą książkę. Przedsprzedaż edycji limitowanej trwa tylko do 30.09.2019 r. To powieść psychologiczno-obyczajowa, tym razem z przedwojennym tangiem jako znaczącym elementem przetrwania II wojny światowej. Akcja dzieje się na przestrzeni dwóch miesięcy 2018 roku. Książka jest o relacjach międzyludzkich, zjawiskach pozazmysłowych i tym, że KAŻDY ma tajemnice…
 Edycja limitowana da Ci:
 * niższą cenę niż wydanie standardowe
 * uszlachetnioną okładkę i lepszy papier druku
 * dedykację wraz z osobistą (dla Ciebie lub dla wskazanej przez Ciebie osoby) przepowiednią Złotego Smoka na rok 2020. Nie wierzysz w „takie rzeczy”? Nie musisz, one wierzą w Ciebie...  
Cena: 35 zł + wysyłka. Chwilowo sklep strajkuje, pisz do mnie na priv.

Harce w Kikowie – obóz tangowy, lipiec 2019

Fot. Anna Gołosz
Jedziemy! Ja jako liderka, dziewczyny jako podążające. Tak, miałyśmy jechać we trzy. Zawirowania jednej z nas sprawiły, że pojechałyśmy we trzy, ale trochę inaczej i ta trzecia zorganizowała sobie partnera. Zajęcia prowadziły naprzemiennie dwie pary: warszawska ze szkoły Caminito, czyli Kasia Chmielewska & Mateusz Kwaterko oraz Ola Niesler & Michał Zachariasiewicz z Katowic. Nie mam ich wspólnej foty, więc dam widoczek. 
Widok z naszego pokoju, który mieścił się w przyziemiu i miał wyjście na coś, co kiedyś będzie tarasem z piękną panoramą widokową.
Jak obóz, to i opieka kaowca, co nie?
Tak to sobie wyobrażałam, pamiętając wyjazdy na kolonie i obozy młodzieżowe. Czas się przyznać: nigdy nie byłam na obozie tangowym! Maratony, festiwale, drugie krańce świata, a obozu nie zaliczyłam… Najpierw się nie składało, potem też nie, a później uznałam, że mi się nie chce. Aż tu mi się zachciało, tylko w tej drugiej roli.
Fot. Anna Gołosz.
Kików to znane miejsce warsztatowe.
Odbywają się tu zajęcia z różnych dziedzin, także odjechanych. Otoczenie przepięknie sielskie, przyroda o tej porze roku w rozkwicie pobudzała zmysły. Kuchnia obfita i pyszna, generalnie wegetariańska, chociaż pojawiała się swojska kiełbasa na śniadanie i można było zamówić kurczaka na sobotni obiad. Zajęliśmy cały ośrodek. Byliśmy podzieleni na dwie grupy, a ponieważ sala była jedna, zajęcia były prowadzone naprzemiennie (każda grupa miała tyle samo zajęć z obydwiema parami na zmianę). 
Fot. Anna Gołosz.
Zaczęliśmy w czwartek 25.07. 
Moja grupa ruszyła od razu po przyjeździe o 15.30., potem salę przejęła druga grupa, następnie spotkaliśmy się wszyscy na kolacji. W planie był wieczór filmowy. Myślałam, że to takie hasło wywoławcze i że czas spędzimy dynamiczniej, integrując się (przyjechaliśmy z całej Polski, ja prawie nikogo nie znałam). A tu nie! Grzecznie zalegliśmy na materacach, co poniektórzy z flaszką wina, i obejrzeliśmy „Lekcję tanga” Sally Potter (ciekawe, czemu nie używa pierwszego, jakże słodkiego imienia: Charlotte?). 
Foto: Internet.
Film uroczy i bardzo edukacyjny. 
Estetyka ruchu zmieniła się tak bardzo… Te kroki wyglądające niezdarnie... Boleo bez wdzięku... Okazuje się, że to ostatnie wraca do łask i nawet się później uczyliśmy jako boleo retro... Tak więc wieczór był spokojnie udany, ale mało integracyjny, bo jak tu się integrować, kiedy każdy rozwalony na swoim kawałku materaca? Pewnie jakiś quiz dałby nam się poznać, może nawet byłoby wesoło? Można zadać tyle pytań… Na przykład: po cholerę ludziom tango? Opowiedz jednym zdaniem: … Albo: obejrzyj video i powiedz, jakich głupich skojarzeń przypadkiem nie masz... 
Kuchnia nas rozpieszczała.
Siusiu i spać!
Bo od świtu o 8.30., praca z ciałem! Czyli rozciąganie, które nieforsownie, z dużym wdziękiem i skutecznie (czuliśmy to, a jakże!) prowadziła Kasia. Bardzo nas zgrabnie motywowała. Na każdy nasz pokraczny ruch seksownie muczała: „...dobrze… cudownie… bosko...”. Tak, ja we własnym imieniu i ciele lazłam razem z jutrzenką, by prężyć me mięśnie i rozluźniać powięzie. A wieczorem powtórka. 
Był czas na słoneczne lenistwo, a to lubię.
Zajęcia były dwa razy dziennie.
Więc znajdowałam czas na słoneczny relaks. Plus praktyka. Beatka powiedziała, że jeszcze godzinę techniki by wrzuciła, ale na szczęście nie przyszło im to do głowy i trochę można się było powylegiwać, bo jak by ta technika była, oczywiście bym poszła, a wolę leżeć. 
Nie tylko ja lubiłam leżeć, nie tylko ja…
No dobra, ja czasem też.
I kotka lubiła!
I pies lubił! Fot. Anna Gołosz.
Ogólnie zajęcia były bardzo fajne. Na praktyce nauczyciele byli do dyspozycji i poświęcali tyle czasu, ile kto wymagał. A ja wymagałam specjalnej troski… Miałam pewne obawy, że nie sprostam jako prowadząca (Kwaterki lubują się w katowaniu biedaków sacadami i bolełami w ilościach hurtowych i na raz), że Beatka będzie się ze mną męczyła/nudziła/wkurzała... 
Dałyśmy radę! 
Wszystkie zajęcia były rozwijające niezależnie od tego, ile kto tańczył. Bo oczywiście jak zwykle najważniejsze i nie do zdarcia są podstawy… Które na wyższym etapie swojej tangowej edukacji można w zupełnie inny sposób eksplorować. 
Na suficie mieliśmy milongowe urozmaicenie.
Milongi były dwie.
W tym jedna w dniu moich imienin. Nawet się przygotowałam, czyli przywiozłam ze sobą stosowne wiktuały. Ale ponieważ nie jem takich rzeczy (po co - pisałam TU, a jak mi idzie – TU i niebawem nowy wpis w tym akurat temacie!), a zajęcia były absorbujące – wieczorem zapomniałam o wałówce i została w pokoju. A tu przypomnieli sobie po północy, że Anie (dwie już poszły, zostałyśmy we dwie), że jakiś walc… 
O matko!
Kazali tańcować na środku! Bardzo to było sympatyczne, bo przyszli panowie, którzy tak normalnie nie garnęli się do tandy. Dlaczego – okazało się później (więc o tym później). Ale żeby nie było tak po prostu, Ola i Kasia też przyszły… I to ja miałam je prowadzić! W walcu! Nie obie naraz, po kolei. Normalnie mało zawału nie dostałam.
Kolejnego dnia ożywienie wprowadziły urodziny Jacka.
Naszego, warszawskiego. Mam nadzieję, że zaczną z żoną znowu chodzić na milongi. Honor imienin Ań uratowała inna solenizantka, która rozstawiła słodkości od hallu po salę balową. Jubilat polał prosecco. Poza tymi dwoma przerywnikami milongi toczyły się spokojnie i bez szaleństwa. Obydwaj dje zadbali, abyśmy się zbytnio nie zmęczyli i nie rozbrykali, tylko grzecznie szli spać i mogli wstać na poranną gimnastykę. 
Taki kandydat na tanguero nas odwiedził. Był przeuroczy i bardzo przyjazny.
Nadszedł czas ostatnich zajęć.
Moja grupa miała jako pierwsza, więc podczas opalania podglądałam grupę drugą.  
Podglądałam przez okno hehe…
Relaks po trudzie i znoju…
My mieliśmy boleło ze szczytowaniem „na trzy”, oni – grane finale. I na koniec relaks. Tak się wczułam w okoliczności całości, że chcąc ukazać piękno otoczenia, omal nie waliłam się w przepaść...
Taras był solidny, drewniany, jednak bez barierki, a w dół jakieś 2,5 – 3 metry…
Na szczęście skończyło się osunięciem ze stopnia (kto ciekawy – podgląd TU).
Uściski, całusy,,, Czyli czas pożegnania.
Najpierw oczywiście zbiorowa fota. 
Ustawiamy się do zdjęcia…
W takich sytuacjach wychodzi charakter… 
…ustawiamy…
Jedni ustawiają się ze śmiechem, inni na poważnie, a i wypchnięcie koleżanki z kadru się zdarzyło… 

Udało się! Jesteśmy prawie w komplecie – bo zawsze kogoś jednak brakuje…
Foto: Ania i Sławek Sulenccy.
Potem pyszny obiad i… adieu! 
Właśnie przy pożegnaniach wyszło, że troszkę tej integracji na początku zabrakło… Że panowie nie rwali się do tańczenia z nieznanymi sobie dziewczynami, bo byli onieśmieleni… Jeden nawet napisaną przeze mnie książką! I zastanawiam się: może czas przybrać pseudonim? Kostek Anecki – czyż nie uroczo? 
My wyjeżdżamy, następni przyjeżdżają…
Czy warto było jechać taki kawał..?
Ależ po stokroć tak!!! Ja w ogóle uwielbiam wyjazdowe imprezy, bo jednak zawsze poznaje się nowych ludzi. Poza tym na wyjeździe jestem na wyjeździe i nie myślę o tym, że zapomniałam kupić papier toaletowy. A i pigułka tangowa jest bardziej skondensowana, nie można się nie rozwinąć. 
Fot. Anna Gołosz.
Najbliższy wyjazd?
Summer Beskid Tango Maraton. Nocujemy w jednym miejscu, w nowym hotelu świeżo wybudowanym. Zarzynamy się tańczeniem dla przyjemności. Odpoczywamy z widokiem na Klimczok. Chcesz dołączyć? Daj znać, spróbujemy podziałać…

Oto książka, którą onieśmieliłam przesympatycznego kolegę – do zamówienia u mnie, wezmę kilka na Beskid. Do zobaczenia!

UNO – urodzinowo!

Przygotowania.

Nie wiem, czy oni specjalnie tak się dobrali? Stworzyli unikatowy, rewelacyjny duet djski w skali świata (a tak! Pokażcie mi taki drugi! Nie ma!). Obojętnie, które z nich gra (osobno lub razem), wiadomo, że lipy nie będzie. Mało tego! Urodzili się w jednym tygodniu (Dorota raptem dwadzieścia lat temu, Marcin ze dwadzieścia dwa przed nią), więc zasadne jest, że robią urodziny razem.

Grafika z zasobów Doroty i Marcina na Facebooku.

Nie dziwota, że kiedy jest Milonga Uno, Samo Centrum Wszechświata pęka w szwach. I że przyszły tłumy. Także zagraniczne.

Wesoło i energetycznie.

Gospodarze (jakby kto nie wiedział – a może, bo środowisko się rozwija, coraz nas więcej i może ktoś tu zawita po raz pierwszy?), czyli Dorota Zyskowska & Marcin Błażejewski = Radio Tango Uno, sprawnie radzili sobie z witaniem gości, przyjmowaniem życzeń i tańczeniem, a przecież jeszcze trzeba było grać!

Foto: Dorota Mtanguera.

Dorota chyba zatrudniła sobowtórkę, bo świetnie łączyła wszystkie role.

Foto: Dorota Mtanguera.

Marcin był tak skołowany ilością prezentów i świetną atmosferą, że w pewnym momencie poczuł się nie jak jubilat, a pan młody. Jednak nie dopadły go urojenia i nie słyszał „gorzko! gorzko!”, bo nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby otumaniony szczęściem wziął Dorotę za pannę młodą i dorwał się do całowania…

Jak urodziny, to walc odbijany.

Na żywo! I to był doskonały pomysł. Ja miałam taki, żeby z powodu ilości chętnych zagrać całą tandę, ale byłoby to niepraktyczne, bo zbyt wąskie gardło wstępu na salę taneczną uniemożliwiło uczestniczenie w tym obrządku ponad połowie gości.

Żeby się dostać do pana młodego… Stop! Jubilata! Trzeba czasem podskoczyć, czasem podfrunąć…

„Opowiedzieć, co tam się dzieje? To ja może…”
„… pokażę. O! Tak tańczą!”

Więc walc wybrzmiał jeden, za to Troilo. I tu kolejna niespodzianka: na akordeonie zagrała Ula Wojtkowiak, znana jako dj Ulita, mistrzyni gyrokinesis (takie hocki-klocki usprawniające ciało, bardzo przydatne w tangu) i tanguera, która sprowadza rewelacyjne buty do tanga włoskiej firmy Entonces (mam dwie pary, moje stopy je kochają). Nie wiedziałam, że gra na czymkolwiek (dowiedziałam się, że na pianinie też), a ona na dokładkę zaśpiewała! Na skrzypcach zagrała Joanna Okoń, która występuje tylko w miejscach o światowej renomie, czyli np. Carnegie Hall w Nowym Jorku i na Milondze Uno…

Asia, Ula i Wojtek Czekoladka jako wsparcie techniczne 😄

Jak urodziny, to i słodkości.

U bram czekał na wszystkich gości talon na wino, stoły usiane były bonbonami, a punktem kulminacyjnym był oczywiście tort (podarowany przez córkę Marcina – Hanię i jej mamę Agnieszkę) oraz BABECZKI… Aaa!!!ale jakie!!!

Winyle w wersji mniam 😄 Zdjęcie: Agata Dębowiak.

Nie od dziś wiadomo, że nasza warszawska tanguera Agata Dębowiak robi takie cuda, że aż szkoda zjeść! A smakują równie pysznie, jak wyglądają.

Agatka (w środku) sprawia, że ślina cieknie po brodach zarówno dam, jak i dżentelmenów 😄

Niestety tym razem nie spróbowałam, bo się wylaszczam i jestem konsekwentna (po co – napisałam TU, a jak mi idzie – TU). Za to lud częstował się tak łakomie, że co nieco wylądowało na podłodze… Czekoladowe płyty winylowe zostały pochłonięte, czekoladowy gramofon Marcin wiózł do domu niczym najdroższe trofeum 😄

Marcin się bał, że jakiś złoczyniec podstępnie się zakradnie i pożre… Zdjęcie: Agata Dębowiak.
Edit: Marcin się dopatrzył, że jego gramofon nie ma napisu „Tango”. Przeprowadził błyskawiczne dochodzenie w temacie: kto zlizał?! Okazało się, że napis odpadł przed imprezą i pewnie Agatka go zjadła…
Ściana z luster od ziemi do sufitu robi wrażenie. Zwłaszcza na panach – służby operacyjne doniosły, że tak ustawiają partnerki, aby je podziwiać w pełnej krasie… Foto: Dorota Mtanuera.

Najbliższa Milonga UNO już w tę niedzielę!
Czyli 21.07.2019 r.

Poniżej kilka zdjęć – te bez podpisu popełniła Dorota Mtanguera.

❤️
Za chwilę odpalenie tortu. Ten przystojniak po lewej powiedział, że zaczyna naukę tanga!
Sto lat! Sto lat!
Tłumy…
Na parkiecie nie było bałaganu.
Tłumy…

Paparazzi podglądają słodkości…
Kto na co dzień prowadzi hulaszczy tryb życia, na imprezie potrzebuje czasem odsapnąć…

UNO VinyLove – Samo Centrum Wszechświata

Miałam napisać jeden post podsumowujący ostatnie imprezy, ale TA zdecydowanie zasługuje na indywidualny wpis. Po pierwsze: w Warszawie TAKA milonga odbyła się po raz pierwszy. Po drugie: po pierwsze wystarczy 🙂 Na początek trochę informacji ogólnych.

Milonga UNO na stałe wpisała się w tangową przestrzeń stolicy.

W rzeczywistości budynek wygląda ładniej 🙂

Miejsce na Chłodnej 29 – „Samo Centrum Wszechświata” – jest klimatyczne i przyjazne. Oczywiście znajdą się ci, dla których jest za ciepło/za ciasno/za jakoś, natomiast fakty są takie:

* przychodzą tu ci, których gdzie indziej rzadko można spotkać;

* NIE MA bałaganu na parkiecie! Tańczący w poprzek zdarzają się rzadko, a ci, których przyuważyłam, to niby tangowi wyjadacze, a jednak tetrycy. O poziomie tanguero nie świadczy ilość machniętych sakad i boleł (hehe…), a umiejętność docenienia tańczenia w rondzie. Dla tych, którzy nie rozumieją, dlaczego lepszy fun niż brykanie w rozgwiazdę daje porządek na parkiecie i że ronda nie jest „ograniczeniem ekspresji”, a właśnie zwiększeniem energetyki – niebawem stworzę osobny wpis;

* pewność DOSKONAŁEJ muzyki. Dorota i Marcin, razem i osobno – grają rewelacyjnie. Nie ma smędolenia, jest zróżnicowana energetyka, jakość dźwięków zawsze świetna. Konstrukcja tand, przerwy pomiędzy utworami i długość cortin są zawsze właściwe. Po warsztatach djskich, które Dorota z Marcinem organizowali, umiem odróżnić dobrze i źle ułożoną i zagraną playlistę, ale pogodziłam się, że ludzie rwą się zarówno do uczenia, jak i do grania – nie mając o tym pojęcia, a jedynie wyobrażenia… Wiem! Ja Wam zagram i Was nauczę! Chyba na cymbałach gry w głuchy telefon…;

* średnia wieku jest zadowalająca dla wszystkich bywalców (nie słyszałam, by ktoś narzekał);

* można uraczyć podniebienie pysznymi drinkami, ciachami i lodami;

* obsługa jest FANTASTYCZNA! Miła, uśmiechnięta, dowcipna 🙂 Pan menadżer jest przystojny, w bardzo odpowiednim wieku, ma dobre gabaryty i diabła w oczach. To wszystko marnowałoby się po próżnicy, ale! Obiecał, że będzie tańczyć! A sposobność nauczenia się nastąpi już niedługo, ponieważ przed środowymi milongami ruszą lekcje pod dowództwem Marcina, czyli połówki Radia Tango Uno. Służby operacyjne mi doniosły, że uczy rewelacyjnie. To dobrze, bo czekam na menadżera na parkiecie…

* parkiet większy niż był U Aktorów, cały posypany talkiem, więc na poślizg nie można narzekać. Dyskretne oświetlenie pomaga stworzyć sympatyczny nastrój, chociaż wiadomo, że ten tworzą (oprócz gospodarzy) ludzie i na milondze UNO dobrze im wychodzi.

Organizacja przestrzeni – jak dla mnie – jest odpowiednia.

W sali do tańczenia się tańczy, a kabeceuje, gawędzi i flirtuje w przestrzeni do relaksu z dobrze zaopatrzonym barem.

Jak frekwencja przyłomocze, co zdarza się coraz częściej, bywa ciasno, ale moim zdaniem lekka atmosfera i powiew świeżości rekompensuje ewentualne zagęszczenie. Można odetchnąć na zewnątrz w kawiarnianym miniogródku. Ci, co chcą ze sobą zatańczyć, odnajdują się bez problemu.

In tuch: „Nie leń się, tylko wbijaj!”

W lato ma być ciepło.

Ja osobiście NIE ZNOSZĘ!!! sztucznie i nadmiernie wyziębionych sal, więc nie znoszę też narzekania, że „jest za gorąco”. NIE MA ZA GORĄCO! Chyba że słońce świeci na głowę w środku lata, ale wtedy wystarczy założyć kapelutek i gotowe. Tu klima jest nieinwazyjna i tylko w przestrzeni barowej. Jak się tańczy, jest ciepło (w sali pootwierane są okna), i dobrze! Polscy panowie, zamiast narzekać na gorąco i kleić się od potu już po pierwszej tandzie, mogliby wziąć przykład z kolegów z południa, gdzie zimno bywa rzadko, a oni są świeżutcy do końca milongi.

Sekret południowców jest prosty.

Idąc na milongę, psikają/smarują antyperspirantem nie tylko pachy, ale czoło, tors i plecy. Dzięki temu przyjemnie z nimi tańczyć nawet w trzeciej godzinie milongi. Ale to inny temat.

UNO VinyLove – WE LOVE IT!

Frekwencja dopisała. Ba! Dowaliła. Miejsce pękało w szwach. Zjechali się ludzie z wielu miast. To świadczy, że stajemy się bardziej świadomi i wyrobieni. Zagranicznych też nie brakowało. Sam sprzęt do odtwarzania płyt robił wrażenie. I to jakie! Zagranie milongi z winyli to nie jest puszczenie playlisty daj Toshiby, to nawet nie jest układanie jej na bieżąco podczas milongi. To ogromne wyzwanie i kawał trudniej roboty. Jakość dźwięku z płyty winylowej od dźwięku cyfrowego odróżnią zapewne jedynie co wprawniejsi słuchacze, dlatego dobrym pomysłem jest zorganizowanie milongi, na której można by zaprezentować dany utwór z winyla i cyfrowy (tak było na końcu tej milongi, ale nie wszyscy doczekali).

Podpytałam o szczegóły techniczne TAKIEGO grania.

* „Non stop pełna uwaga, nawet sobie wypić nie można” 🙂

* płytę się zmienia z kawałka na kawałek, albo Dorota gra dwa utwory, Marcin jeden i cortinę, lub Dorota pierwszy utwór, Marcin drugi z innej płyty, a potem różnie… Najlepiej by było mieć dwie takie same płyty, bo czasem utwór pasujący do tandy jest na drugiej stronie. Do tego odpowiedni anturaż… Dorota zawładnęła wyobraźnią panów, wdziewając do białej sukni białe przylegające rękawiczki… „Winyle nie lubią palców, po których zostają ślady, do których z kolei przylega kurz, ten potem się zapieka pod igłą i słychać trzaski” – stwierdził Marcin, a Dorota: „Kiedy w zrobienie jedzenia wkładamy serce posiłek nie tylko smakuje lepiej, lecz często pojawia się jakaś magia. Kiedy gramy tango, wkładamy w to serce, a szacunek do muzyki ubrany jest w białe rękawiczki”;

* raczej nie ma całej tandy z jednej płyty, bo byłoby nudno (zdaniem Marcina, choć tu były trzy, z przygodami). A jak jest, to dodatkowa trudność, bo trzeba pilnować trafienia w „rowki” 🙂 „Żeby tanda była ciekawa, trzeba z takiej płyty wybrać najlepsze perełki, co się wiąże z tym, że puszczasz najpierw utwór drugi, potem siódmy, następnie odwracasz płytę i puszczasz utwór czwarty, a potem pierwszy. I cały czas trzeba pilnować celowania w „rowki. Ręka nie może drgnąć i trzeba robić to szybko, bo przerwa między utworami powinna wynosić około 4 sek., maksymalnie 7, potem ludzie zaczynają niecierpliwie zerkać w stronę didżeja”;

* „Najlepiej zmieniać płyty co utwór. Jeśli mamy kilka płyt na tandę, jest mniejszy stres i zapewniona płynność”;

* trzeba uważać, by przy dotykaniu płyty igłą mikser był ściszony, bo inaczej rozlega się nieprzyjemny, bardzo głośny zgrzyt i ludzie na parkiecie narażeni są na utratę słuchu. Złe policzenie utworów i nie trafienie w odpowiedni „rowek” skutkuje tym, że w tandzie tang pojawia się milonga…;

* „Zapewniam, że za stołem didżejskim adrenalina jest na najwyższych obrotach”.

Pasja to nie wszystko.

Tu trzeba być zdrowo nawiedzonym, żeby ładować ogrom forsy w podróże do BA, zakup płyt, transport i czyszczenie, a potem jeszcze targać to wszystko (gabaryty pakunków to mniej więcej pojemność bagaży przewożonych dyliżansem na początku XX wieku). Dorota zademonstrowała, jak na co dzień trzeba się z płytami obchodzić. W białych rękawiczkach to mało powiedziane! A ile męskich fantazji tym wzbudziła…

NAJWIĘKSZY, NAJCIĘŻSZY BŁĄD IMPREZY – Edit: NAPRAWIONY!

Okropny. Tragiczny. No bo jak to tak? Wszędzie trąbią, że nie należy dokazywać bez. A tu nikt nie pomyślał o! O czym? No o czym?! Nie o czym, a o kim!!! O fotografie z prawdziwego zdarzenia, z właściwym sprzętem! Który by pstryknął odpowiednie foty, kiedy Dorota w tej sukience i rękawiczkach oddawała się czułym głaskom…

Zdjęcia są! Warto rzucić okiem na ALBUM Agatki.

Za wcześnie wyszłam.

Mam sporo pracy twórczej, więc trochę się szamoczę z uciekającym czasem, a właściwie z sobą samą… Do tego jestem w trakcie żywieniowej rewolucji, co skutkuje np. tym, że zachciewa mi się spać o godzinie 23.00. (kładę to na karb detoksykacji i regeneracji,która następuje właśnie podczas snu). Następnym razem najwyżej zdrzemnę się w ogródku, ale wytrwam!

Czy potrzebna jest większa przestrzeń?

Na milongę UNO moim zdaniem nie, to jest świetne. Na VinyLove – przydałaby się. Z dużo wcześniejszym ogłoszeniem terminu. Myślimy nad miejscem!

A oto garść opinii o tym, co się działo:

* „Genialna akcja! Ekipo Uno – dzięki serdeczne! Przyznam, że do tej pory nie wgłębiałem się w jakość dźwięku ponad: trzeszczy czy nie trzeszczy/dudni czy nie dudni” – Łukasz W.;

* „Magią tchnęły te białe rękawiczki – sterylna laboratoryjna czystość odczuwalna nie tylko słuchem, ale i wzrokiem” – Piotr;.

* „Od dawna jesteście moimi muzycznymi idolami, a z każdą Waszą akcją podziw i wdzięczność rosną” Beata Maia;

* „Te niestandardowe układy tand, te dysocjacje w głośnikach różnych instrumentów MNIAM !!!” – Marcinu (nie, to nie błąd, wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi 🙂 ).

Wypowiedzi entuzjastów zaczerpnęłam z podziękowań pod postem w grupie Milonga Uno. Wypowiedzi Marcina B. są cytatem z krótkiej naszej pogawędki. Szykujemy się do wywiadu, tylko zgramy terminy!

Ania.

P.S. Kto chce moją książkę na wakacje – dla siebie, na prezent, dla tangowych i nie – ostatnie egzemplarze u mnie i w Złotej Milondze!

Souvlaki Tango Marathon – maj 2018

Ania:

Souvlaki Tango Marathon odbywa się na początku maja w Limassol na Cyprze. Idea jest taka, że uczestnicy mają się świetnie bawić, a cały dochód organizatorzy przekazują na pomoc dla bezdomnych zwierząt. Impreza nie odbywała się w hotelu, czyli trzeba było dojechać. Miałyśmy wynajęty samochód, ale z powodów, o których dalej – jeździłyśmy taksówką. To dopiero przygoda! Pierwszego dnia taksówkarz nie wiedział, gdzie chcemy jechać. W końcu coś mu zaświtało i mówi: „Ruskij baljet”. A my: „Nikakoj baljet, my choczjem w tango”. On, że „Ruskij baljet”. My: „Nu dawajtie w tango!” Okazało się, że w tej szkole, w której był maraton, jest szkoła tańca – także baletu – prowadzona przez Rosjankę… Drugi raz spóźnił się pół godziny, trzeci raz przyjechał pijany… To był taksówkarz wzywany przez Eli hotel, stąd miałyśmy okazję zaznajomić się bliżej z jego stylem pracy…

  

Uczestniczki podczas rejestracji odbierały gustowną maratonową bransoletkę i delikatny szal – w czterech kolorach do wyboru… Fot.: Vera Rajentova

Jola:

Sam maraton był doskonale zorganizowany. Ajit, Svetlana – duże ukłony! Goście byli zadowoleni!

Ania:

Organizatorzy zasługują na kilka zdań więcej. Po pierwsze: ekipa liczyła raptem pięć czy sześć osób, a wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku! Sześć dni imprezy to duże obciążenie. Nie wiem, jak organizatorzy to robili, ale cały czas byli z nami!

  

Wszyscy czuliśmy się zaopiekowani, NAPRAWDĘ chętnie przez nich goszczeni i mile widziani. I TAŃCZYLI!!! Nie tylko ze sobą, także ze swoimi gośćmi.

  

Nie chodzili z kijkami w tyłkach, nie robili ważnych min, nie udawali bardzo zajętych – choć z pewnością byli, bo impreza sama się nie ogarnie. Uśmiech, zabawa, integracja – taki to był maraton!

Ajit Bubber i Svetlana Nekrasova – you are an example of perfect organizers for others!

Oczywiście nie obyło się bez kółek wzajemnej adoracji, ale były tak nieliczne, że nie stanowiły problemu. Ale po kolei…

Jola:

Przedmaratonowo, w środę, odbyła się impreza integracyjna. Zero tanga, za to dużo drinków i przesympatycznych rozmów w fajnej przyhotelowej knajpie na plaży. Tu zawiązały się pierwsze znajomości i sympatie… 😉 Oceniłyśmy: niezłe chłopaki 🤣🤣🤣. Wracałyśmy z imprezy rozchichane i pełne optymizmu na kolejne dni.

Ania:

Do integrowania się na takich imprezach zdecydowanie brakuje mi właściwych kompetencji społecznych. Nie zaprzyjaźniam się z całym światem w pięć minut (za to jak już, to… wiedzą ci, którzy przeskoczyli przez mur 🤣). Wolę rolę obserwatorki. Na szczęście dziewczyny były w swoim żywiole: Anielica rozprawiała ze wszystkimi dookoła, do Eli Włosi hurtowo ciągnęli, na Jolandę dybały południowe chłopaki, a ja… robiłam zdjęcia 🤣🤣🤣 I mnie robiono 🤣

  

Jola:

Czwartkowa premilonga odbyła się w amfiteatrze tuż przy plaży. Miejsce bardzo fajne. Jedyne zastrzeżenie: mało sprzyjające podłoże, ale dało się.

Tańczyłyśmy i świetnie się bawiłyśmy, wymieniając pierwsze tangowe opinie🤣🤣🤣 Uznałyśmy, że 90% tand było bardzo dobrych, a wśród nich kilka wręcz znakomitych.

A na koniec Anielica z Jolandką odpląsały chacarerę 😊

Ania:

Im dłużej tańczę, tym niewygodne podłoża mniej mnie rajcują. Jasne, z Bogiem tanga zatańczy się i na krawężniku… Tu były fragmenty kamieni całkiem tępe i mocno śliskie, jak to na takim podłożu. Muzyka niosła, więc i ja  dawałam się ponieść bez zbytniego wybrzydzania 🤣 Na schodach poustawialiśmy sobie różnorakie napoje i biesiada tangowa była przednia.

  

Jola:

W piątek zaczął się maraton. Miejsce trochę na uboczu, ale niezbyt daleko. Sala bardzo ładna, dobry parkiet, jedyne zastrzeżenie to oświetlenie, no ale…. Nie to jest najważniejsze.

  

Ania:

Tu się ciut nie zgodzę – i dobrze, bo samo słodzenie prowadzi do mdłości 🤣 Oświetlenie robi klimat. Nie wiem, dlaczego panuje moda na fioletowo – niebiesko – czerwone reflektory, w których człowiek wygląda jak trup w prosektorium… Na zdjęciach może i ładnie, ale na miejscu oczy bolą. Na festiwalu jestem w stanie to znieść, do maratonu mi kompletnie nie pasuje.

  

Ta konkretna sala ma potencjał, by być inaczej oświetlona. Przeszkadzało mi, jak na popołudniowej milondze, kiedy jeszcze można było skorzystać z promieni zachodzącego słońca, robiono prosektorium… A przecież w sali wiszą przepiękne żyrandole z ciepłym naturalnym oświetleniem, wykorzystanym chyba tylko raz, i to przez dziesięć minut… Nawet zrobiłam zdjęcie, ale gdzieś zniknęło. Do tego nadmiernie mrożąca klima… Nie, nie lubię zimna, w tangu zwłaszcza. Rozumiem, że jak się tańczy, jest gorąco. Ale jak się zamarza od razu po zejściu z parkietu – to nie jest przyjemne. Na szczęście są to drobiazgi, które… może przeszkadzały tylko mnie..?

  

Jola:
Wracając do organizacji: OGROMNA dbałość o uczestników, ich dobry humor, pełne brzuszki i nawilżone gardła 🤣 To pierwszy mój maraton, na którym bez limitu był alkohol wszelkiego rodzaju: wino białe i czerwone, piwo, wódka, whisky… Dostępne na okrągło! A mimo to NIKT nie był pijany. Wszyscy się świetnie bawili.

Ania:

Organizatorzy zadbali również o wino musujące – w tym moje ulubione różowe!

Właśnie z powodu bogato zaopatrzonego baru jeździłyśmy taksówką 🤣 Niektórzy raczyli się tymi mocniejszymi trunkami, ale rzeczywiście podczas całej kilkudniowej imprezy nikt nie przeholował.

Cena maratonu była standardowa, zaopatrzenie rewelacyjne. Przekąski, dania ciepłe, owoce – systematycznie uzupełniane i w żadnym momencie niczego nie brakowało.

Jola:

Zakończenie, czyli after, też był inny. Spotkaliśmy się ponownie bez tanga, tym razem na dzikiej plaży w dość prymitywnych warunkach.

Ania:

Nie było gdzie zrobić siusiu, dlatego ograniczyłam ilość konsumowanych napojów.

Jola:

Tańce oczywiście były, grupowe i solo.

Dużo śmiechu i radości z przebywania ze sobą. Pizza, przekąski i znowu alkohol 🤣

Roman pizzowstąpiony… 

I chociaż było już po maratonie, a alkoholu w bród, to jakoś wszyscy znowu zachowali umiar.
Ania:

Koniecznie muszę napisać, że na jednej z popołudniowych milong TDJ-ką była nasza Ania Pietruszewska. Zagrała set alternatywny. W ciągu półtorej godziny dostała trzy razy (!) brawa i zaproszenie na za rok. Roman Hatalak z Krakowa także zagrał, jak należy.

Spotkanie w gronie organizatorów i TDJ-ów.

Warto też dodać, że na imprezach zagranicznych jest okazja nie tylko do zawarcia międzynarodowych znajomości, ale także tych krajowych, a nawet warszawskich 🤣 Zacznę od tych ostatnich: otóż jest wśród nas niejaki Tomek S., który jest jednym z pionierów nowoczesnego tanga. Od lat się ze mną pięknie wita i żegna, ale nigdy nic nie teges. Na rodzimym parkiecie to jakoś tak nie miałam gotowości… ale na obczyźnie myślę sobie: no nie może tak być! Zatem podeszłam, serdecznie się przywitałam i wprowadziłam jedno z moich najsubtelniejszych cabeceo, czyli: „Na parkiet! Ze mną! Teraz!” Tak się wystraszył, że wykonał… 🤣

Jego partnerka Beatka okazała się bardzo fajową dziewczyną. Chłopaki – świetnie tańczy! Jak się nauczycie, polecam 🤣 Oj no dobrze, nie mogłam się powstrzymać,ale przecież wiecie, że Was doceniam. Przynajmniej kilkunastu 🤣

Ekipa z Krakowa także okazała się super, a panowie z tych świetnie umiejących, więc za granicą wstydu nie było 🤣 No i na koniec międzynarodowe znajomości… Zaraz zapraszam wszystkich na nasz warszawski festiwal Recuerdo. Naprawdę sympatyczni ludzie, do tego dobrze lub świetnie tańczący. Bawiliśmy się fantastycznie.

Na uboczu w eleganckim otoczeniu panie mogły poprzymierzać sukienki, poprawić makijaż i napić się wina 😉

Jola:
Maraton był średniej wielkości, około 140 osób. Poziom jak zawsze zróżnicowany, ale dosyć dobry. Przewaga osób dobrze tańczących, ale tych zajebiście było tylko kilku 😉Pozostali – poziom średni, no i było troszeczkę osób na poziomie podstawowym.

Ania:

Trochę czasu już minęło… Nie pamiętam tych podstawowych… Może z nimi nie tańczyłam..? Pamiętam fantastyczne tandy, świetną muzykę, rewelacyjne abrazos… Czasem na całej imprezie jest miło, ale dupy nie urywa. Na tej mi urwało…

Jola:
Podsumowując – bardzo fajna, wesoła impreza. Warto połączyć z ciut dłuższymi wakacjami, bo wyspa podobno piękna, a pogoda zawsze super 😊

A poza tangiem…

Jola:

Pomysł wyjazdu na Cypr powstał nam w głowie już bardzo dawno. Tam nas jeszcze nie było! W mig ogarnęłyśmy bilety i mieszkanie.

Ania: Oczywiście ogarnęła Jolandka, bo ja w tym względzie jestem trochę specjalnej troski… Jak kiedyś ogarnęłam nam Berlin, to się okazało, że wylądowałyśmy na 4 p. bez windy po stronie dawnej NRD… Ale wtedy Jolandka zwaliła się ze schodów na parterze, żeby nie było!

Jola: Tym razem pojechałyśmy we cztery, oprócz mnie i Ani była z nami kolejna żądna przygód podróżniczka Ania P. i najspokojniejsza, co nie oznacza, że mniej szalona – Ela. Miałyśmy wynajęty samochód, a ruch lewostronny nie był problemem, bo opanowała go do perfekcji Ania P.

Ania: Anielica Bielskiego Tanga – bo o niej mowa – zdradziła nam sekret prowadzenia samochodu po drugiej stronie: trzymać się lewego krawężnika. Przy mojej lateralizacji światła z naprzeciwka pokazujące się z innej strony działały na mnie jak mocny drink: kręciło mi się w głowie i nie wiedziałam za bardzo, co się dzieje. Potraktowałam to jako dodatkową nocną rozrywkę – bo przyleciałyśmy po północy.

Jola: Mieszkałyśmy w świetnym apartamencie tuż przy plaży, więc przedpołudnia spędzałyśmy na słońcu.

Ania:

To znaczy: my we trzy mieszkałyśmy w apartamencie. Ela wybrała hotel – też zresztą przy plaży.

Jednego popołudnia zaprosiła nas na opalanie i lunch.

W eleganckim otoczeniu nie bardzo mogłyśmy się obnażać, więc topless zachowałyśmy na naszą mini plażę. Miło spędziłyśmy czas, w pięknych okolicznościach otoczenia.

  

Tak się wczułyśmy w rolę dam, że zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową w kapeluszu Ani P. – każda po kolei, bo my cztery, a kapelusz jeden 😉 Efektem jestem zachwycona 😁

  

  

W międzyczasie przeglądałyśmy Eli kiecki…

Jola:

Wyspa podobno piękna, ale poza kilkoma pobliskim plażami nic nie zobaczyłyśmy. Czasu mało i jakoś chęci do zwiedzania było brak 😁😁😁

Ania: Raz nawet miałyśmy ambitny plan pojechać na najpiękniejszą plażę tej strony Cypru… ale jakoś nam nie wyszło. Starożytne ruiny też nas nie pociągały – tyle razy widziałyśmy je w różnych stronach świata, że obejrzałyśmy je z pewnej perspektywy (czyli okna samochodu) i uznałyśmy za zaliczone 😁 Ale podobno jest kilka miejsc, które warto zobaczyć…

Wniosek? W maju 2019 – powrót!

  

Gryf Tango Marathon – lipiec 2018

To była trzecia edycja, a moja pierwsza.

W Szczecinie mam najbliższą rodzinę: siostry mojego taty z mężami i ich dzieci, czyli moje cioteczne siostry i ich (duże już, oj duże…) dzieci. M.in. dlatego (ciocie i wujki coraz starsi) w tym roku zamiast festiwalu w Sitges – XXV! – wybrałam Gryf. Sitges podobno gorsze niż rok temu – doniosła (Piękna) Jolanda.

Gryf dobry.

Foto: Tom Photos

Miejsce odstrasza – przynajmniej mnie – nazwą: Stara Rzeźnia. Ale postanowiłam się przemóc. Zostało zrewitalizowane i Łasztownia, na której się znajduje, tętni życiem. Hotelu tam nie ma, ale taksówki w Szczecinie są chyba najtańsze na świecie, a na pewno w Polsce. Opłata początkowa 2,90 (!). W Warszawie – 8 zł. We Wrocławiu chyba ze dwa razy tyle… W ciągu dnia za kurs z hotelu przy Wałach Chrobrego płaciłyśmy 7 zł, w nocy 14 zł.

Organizacja maratonu – ok.

  

Na przywitanie – spersonalizowany kubek. Idea była taka, żeby nie babruchać środowiska platikiem. Zacna, a jakże. Tylko bałam się, że mojemu coś się stanie… Więc go zabrałam, a codziennie przynosiłam jednorazowy w kwiatki… No wiem, głupol ze mnie i ekolożka-hipokrytka… Ale pracuję nad sobą… Czasem…

Parkiet świetny.

Muzyka – rozpoczęłam w piątek późną nocą i nie narzekałam. Proporcje płciowe właściwe. Warunki do cabeceo dobre, jeśli siedziało się w odpowiednim miejscu. Chociaż nie od dziś wiem, że jak któryś chce akurat ze mną, wyciągnie mnie nawet spod stołu (tak właśnie).

Rejs statkiem był miłym urozmaiceniem.

Chociaż widokowo zbyt wiele się nie działo. Stocznia, Wały, statek jakiś… Ot co.

Tangowo ludzie dawali radę. Ja z założenia nie tańczę na statkach, tylko chłonę atmosferę, obserwuję i robię zdjęcia… Było wesoło i smacznie. Zostaliśmy poczęstowani przekąską (młode pokolenie obsługiwało nas bardzo sympatycznie), a Ela K., jak na damę przystało, rozprowadziła kontrabandę w postaci czerwonego wina – po łyku dla mnie, niej samej i Anielicy Bielskiego Tanga Anny Pie. Ktoś udokumentował ten fakt cyknięciem zdjęcia, ale jeszcze do mnie nie dotarło. Rodzajów obuwia było wiele. Podziwiam tańczących w japonkach. Ja nie umiem. Bałam się, że nie tylko przy boleo. ale przy zwykłym pivocie mój klapek może wylądować między oczami pana siedzącego na górnym pokładzie…  

Flesh mob musi być!

W taką pogodę, o takiej porze roku… Niestety nie uczestniczyłam, bo jestem aspołeczną dziwaczką, nie lubię tańczyć na nietangowym podłożu i nie zamierzam ze sobą w tym względzie walczyć. Czasem mi się zdarzy, ale od czego to zależy – nie wiem ja sama…

Fot: Tom Photos

Atmosfera super, organizatorzy też, ale…

Poprawiłabym jedną rzecz: catering. Główne danie na gwizdek od 22.00. – sprawdza się, jeśli wszyscy mieszkają w miejscu maratonu. Polowanie na bułki i czekanie do 5.00. na rogaliki (czasem bywam do końca, czasem nie) nie jest dla mnie atrakcyjne. A pomiędzy NIC. Są oczywiście różne strategie i podejścia, może się czepiam… Ale kompletny brak czegokolwiek właśnie pomiędzy jakoś mi zgrzyta. Podnieść cenę o dychę i kupić w supermarkecie ciasteczka i banany..?

Podsumowanie: TAK.

Wiele objęć, których nie ma się na co dzień – ale o tym piszę przy każdej maratonowej krajowej okazji. Nowe znajomości, czasem dziwnie zawarte… Jak moja z pewnym poznaniakiem, który najpierw wprowadził na mnie swoją partnerkę (weszła obcasem w moje śródstopie), jako rekompensatę zaproponował tandę, dostał kosza, ale tak pięknie następnego dnia mnie wykabeceował, że było baaardzo miło…).

Chcecie dobrze tańczyć – jeździjcie!

Ale najpierw zasuw! Technika! Nawigacja! Nie ma, że „nułewo jest przestrzenne, więc wierzgam”! Brakuje Ci przestrzeni – znaczy się: nie umiesz tańczyć! Machanie nogami i łażenie w poprzek to tangowy blamaż! Też mam na sumieniu heh… Kiedyś machnęłam… i dziewczynie w parze obok nie dość, że rozdarłam spódnicę, to mało się nie przewróciła, bo zjechała jej do kostek niemal z majtkami… Od tamtej pory staram się pilnować, ale – przyznaję – raz na jakiś czas mi nie wychodzi…

Abrazo! (Bestia) Ania

 

 

Beskid Tango Marathon 2018 vol. IV

    
Oficjalne otwarcie z burmistrzem Szczyrku. DJ-e dostali góralskie kapelusiki, DJ-ki – góralskie chusty.
Na zdjęciu także: Bestia, Piękna i organizatorzy: Anna Pietruszewska i Lechosław Chojnacki.

Ania

Pierwszy weekend roku bezapelacyjnie należy do Beskid Tango Marathon. Ja tam muszę zacząć tangowy rok. Byłam na pierwszej edycji jeszcze na Szyndzielni (nie wiem, czemu Anielica Bielskiego Tanga i organizatorka Beskidu, niejaka Anna Pietruszewska, nie uwzględnia pierwszego maratonu w wyliczankach…), nie mogłoby mnie nie być w tym roku. Po raz czwarty, czyli piąty.

  

Jola

Szczyrk jest magicznym miejscem na tangowej mapie Polski. Maraton organizowany przez cudownych ludzi. Dla mnie jedyny w swoim rodzaju. Zaczyna tangowy rok. Impreza odbywa się w Hotelu Orle Gniazdo – jak dla mnie wysoko w górach. Tak, wiem: górołazi mnie wyśmieją, ale z walizką wejść z dołu to wyczyn. Tyle że nie ma takiej potrzeby, ponieważ można skorzystać z busa, o który zadbali organizatorzy.

  

Ania

Co roku organizowany jest transport z dworca w Bielsku-Białej, a także z dwóch najbliższych lotnisk, czyli z Katowic i Krakowa. Dzięki temu każdy może się bezproblemowo na maraton dostać. To jest bardzo ważne. Dużo z Jolandą podróżujemy i kilka imprez skreślamy niestety tylko dlatego, że trudno tam dojechać. A tu: proszę! Trudności brak.

  

Jola
Następny plus tego maratonu: wszyscy mieszkamy, jemy, bawimy się razem. To cudownie wpływa na integrację. Ponadto atmosfera całego eventu jest bardzo przyjacielska. Duże stoły na sali i doskonały ich układ pozwala nie czuć się samotnie i sprzyja tańczeniu przy użyciu cabeceo. Parkiet miły dla stóp i odpowiednio śliski. Bez tłoku, ale ilość osób wystarczająca. Przywitaniom pierwszego dnia nie ma końca…

    

Ania

Niestety były momenty tłoczne i bywał na parkiecie bałagan. Cudownym pomysłem była darmowa lekcja nawigacji przeprowadzona w sobotnie przedpołudnie przez Lechosława Chojnackiego. Niestety – ci, którzy powinni na niej być, nie wpadli na pomysł uczestnictwa. Bo i po co? To on potrzebuje przestrzeni i latania w poprzek, reszta niech się goni! Uważam, że nie wolno tolerować parkietowego egoizmu. Brykaj sobie u siebie w piwnicy, ale jak jedziesz na dużą imprezę, miej baczenie na partnerkę i innych. To jest zmora większości imprez, niestety. Edukować i tyle. DJ-e grali świetnie, więc parkiet był pełen, a stoły świeciły pustkami.

  


Jola

No i absolutny hicior, czyli Pijama Party. O tej części maratonu krążą legendy. Kobietki mocno roznegliżowane, rozochocone i bardzo gorące, panowie w gaciach i takich tam innych, ale gotowi na wszystko… Świetna zabawa do 5 rano, a nawet dłużej, ale to już w kuluarach.

    

Ania

Anielica bardzo dba o PR pidżama party i nie jest zachwycona, kiedy szala przechyla się na stronę „sexy”. Prawda też jest taka, że większość idzie w gaciory i wygłupianie, a nie riki-tiki-tak. To robią w pokojach, bez pidżam. A w tym roku najbardziej sexy było już po, kiedy część oficjalna dobiegła końca, a my w gronie samych dziewczyn (było nas chyba z dziesięć) bardzo dobrze się ze sobą bawiłyśmy. I było sexy bez seksu, o! A w trakcie były szaleństwa do różnych rytmów, nie tylko tangowych. Jonas rozbujał towarzystwo, że hej!

     

Jola

No po prostu tańce, hulanki, swawole… Kończyć się nie chciało! Jeśli chodzi o muzykę, DJ-je grali super. Dla mnie Facundo i Jonas Maria dali absolutnie czadu 😅😅😅 Czułam się radośnie przy ich muzie.

  

Ania
Ta edycja w ogóle wibrowała dobrą energią. I mimo że był pewien nieprzyjemny moment, a nawet dwa (gratuluję organizatorce szybkości podejmowania twardych decyzji), to całość na tym nie ucierpiała, a wręcz przeciwnie: całe Włochy wiedzą, że w Szczyrku jest super maraton, na który za rok trzeba jechać 🙂 

  

Jola

Kilka słów o jedzeniu, bo to też ważny temat. Hotel spisał się na medal. Dużo i dobrze. Jedzenie maratonowe niegorsze, niczego nie brakowało. Cały czas była kawa, herbata, woda, soki, zupki, kanapki, ciasteczka.

Ania

Ja wolałam kanapki z ubiegłego roku: każda osobno zapakowana, przez co bułka nie czerstwiała, a w niedzielę można było sobie wziąć na drogę. Generalnie – na wyszynku maratonowym z podawaną kolacją naprawdę nikt nie chodził głodny. A różnie z tym bywa. Na jednym z warszawskich bieda-maratonów zdarzyło się uczestniczce nie zobaczyć jedzenia w ogóle, bo na pięć minut przed oficjalnym podaniem – już nic nie było…

Jola
Ten maraton jest w bardzo dobrej cenie, jeden z tańszych i towarzysko najlepszych. Jeśli nie byliście, to w przyszłym roku trzeba pojechać koniecznie. Szczególnie że ilość uczestników rośnie z roku na rok, a jakość maratonu nie spada.

Ania

Pomijając moją prywatną sympatię i osobistą przyjaźń z główną organizatorką, obiektywnie stwierdzam, że jest po prostu dobrą negocjatorką i umie załatwić, co trzeba. A bywa niełatwo. Wynegocjowała bardzo dobrą cenę za noclegi. Obsługa całości naprawdę jest na wysokim poziomie. Ludzie, wyrwani ze swojej rzeczywistości, są weseli i pełni energii. To naprawdę rewelacyjna impreza z masą różnorodnych ludzi…

    

Jola
No ….zawsze jest jakieś ale...Tandy życia to ja tam nie miałam, ale kilka było wartych zapamiętania i kontynuacji 😁😁😁 Ale bez ale nie obejdzie się żadna impreza. Do zobaczenia za rok.

Ania

Skoro Jolanda na początku stycznia jeździ do Szczyrku, a w połowie wylatuje do Buenos – skoro jej się chce, znaczy, że warto 🙂 Ja za to miałam tangowe odkrycie i nie mogę się doczekać, żeby je zweryfikować: naprawdę fajnie czy tylko czar kilku chwil..?

P.S. Krzysiu Pietruszewski – pozdrawiam Cię i całuję! I podziwiam za godność i sprawność w towarzyszeniu szaleństwom Twojej żony!

P.S. 2

Na maraton przyjechała Ula Wojtkowiak z butami Etnonces (link TU ). Ta firma to odkrycie Jolandy. Ja też zamówiłam swoją pierwszą parę i jaram się, bo odbiorę w tym tygodniu! Buty są wytrzymałe, świetnej jakości, przyjazne halluxom, a mają tyle wzorów, że każda tanguera będzie zadowolona 🙂

P.S. 3

Oderwanie od rzeczywistości sprzyja porywom serca… Powiedział, że jest młodym przystojnym chłopcem prosto z Argentyny, a ja mu uwierzyłam…

Pozdrawiamy!
(Piękna) Jolanda i (Bestia) Ania

Warsaw Tango Festival Recuerdo II

Jola:

Jestem pełna uznania dla Patrycji Cisowskiej – Grzybek i Jakuba Grzybka. Ta para jest mało u nas znana i w Polsce niedoceniana. To nie są jacyś tam tancerze i organizatorzy. To są Mistrzowie Europy w Tango Escenario z 2014 roku!

Show w Teatrze Sabat

Ania:

Kiedy kilka lat temu zapytałam Jolandy: „A co to za jedni?”, ona popatrzyła na mnie tymi swoimi zielonymi oczami i powiedziała z wyrzutem: „Jak to: mieszkasz w Warszawie i ich NIE ZNASZ?!”. Zrobiło mi się łyso, ale taki był fakt: nie wiedziałam, ki czort. Na szczęście nadrobiłam braki i muszę przyznać, że obserwując ich nie zawaham się stwierdzić, że jest to jedna z najdynamiczniej rozwijających się tangowo polskich par.

Jola:
Miałam przyjemność oglądać ich pokazy na parkietach Buenos Aires, między innymi w kultowym Salon Caning. A tam nie występuje byle kto i nie każdy może dostać zaproszenie. A niejedni by chcieli. 

  

Ania:

Nie są w Polsce znani, bo bez przerwy jeżdżą po świecie. W Buenos Aires są ze dwa razy w roku, jak nie częściej. Tam dają pokazy i tam czerpią ze źródła, korzystając z lekcji u najlepszych tangowych nauczycieli. W Warszawie prowadzą swoją szkołę tanga. Udzielają lekcji prywatnych. Zwyczajnie nie mają czasu, by bywać na miejscowych milongach.

La Baldosa, Buenos Aires

Jola:

Występują, uczą i jeszcze mają siłę i chęć na zorganizowanie takiej imprezy ❤ A dopięcie eventu tego kalibru to nie lada sztuka, finansowa i logistyczna.

Ania:

Dlatego Warszawa nie miała festiwalu. Są imprezy łączące maraton z festivalito, ale po porażce finansowej dawnego festiwalu sprzed lat – nikt nie chciał podjąć ryzyka. Myślę, że nikt też nie mógł, bo po prostu nikt nie zna świata argentyńskich maestros tak jak oni.

Jola:

Po raz drugi gościliśmy w Warszawie najlepsze pary tangowe świata.
Nie wiem, jak oni tego dokonali… Zaproszenie Vanesy Villalba i Facundo Piñero, Virginii Gomez i Christiana Marquez, Marii Ines Bogado i Jorge Lopez – w jednym terminie! – to rzecz prawie niemożliwa.

Ania:

Do tego doszli Olga Nikolaeva & Dmitry Kuznetsov – vice mistrzowie Europy Tango Escenario 2017, a także finaliści Mundial de Tango Escenario w Buenos Aires trzy lata z rzędu – a jak wiadomo, jest tam ogromna konkurencja…

Jola:
Zeszłoroczna edycja była sukcesem, pomimo małego zainteresowania ze strony naszych rodzimych tangueros i maestros. W tym roku festiwal był jeszcze lepszy.

Ania:

Warszawscy byli także rok emu!! A reszta kraju widocznie myśli, że nie musi, bo po co, skoro i tak ma uczniów, którzy płacą i myślą, że tańczą tango… 

Ale wróćmy do edycji II. 

Czwartkowa Opening milonga odbyła się na warszawskiej Pradze, w industrialnym budynku dawnej fabryki czegoś tam. Kiedy podjechałam i zaparkowałam – czułam się trochę nieswojo… Betonowe magazyny… Rampy… Noc… Nikogo… I tylko osamotniony stojak z bannerem starał się zwrócić na siebie uwagę, bez wskazywania jakiegokolwiek kierunku… Na szczęście ktoś się jednak pojawił i okazało się, że przez magazyn wchodzi się do nowoczesnej sali szkoły tańca (po mega fioletowym dywanie!), z barem, świetną drewnianą podłogą i dobrze zaopatrzonym bufetem. Tłoku nie było – jak to na festiwalu w czwartek (wszędzie na świecie ten dzień nie jest oblegany), ale ilość tangueros była dokładnie taka, jaka powinna być na tej parkietowej powierzchni.

  

Pokaz naszych organizatorów, czyli Patrycji i Jakuba, był bardzo gustowny (zobacz TU). Czasem tak jest, że para jest świetna technicznie, super uczy, ale pokazowo niestety nie wygląda. Z różnych względów. A Patrycja i Jakub zgarnęli całą pulę talentów: umieją wszystko (Jakub jest także świetnym konferansjerem – z polotem i humorem 😀 ). I nadal się rozwijają. To naprawdę w polskich warunkach nie jest powszechne.

    

Jola:

Tak, nawet maestros muszą się uczyć, nie tylko zwykli śmiertelnicy.

Ania:

Dlatego dziwię się, że było tak mało nauczycieli z Polski. Co ciekawe: byli ci najlepsi! Ci, co byli w Buenos. Ci, co dają przepiękne pokazy. Co prowadzą lekcje i chcą je mieć na wysokim poziomie. A krajowa średnia i nauczycielskie przedszkole chyba uznało, że nie musi patrzeć na najlepszych, nie mówiąc o warsztatach. Po co? Skoro uczniowie nie mają za dużych wymagań i mimo wszystko zostawiają u nich kasę… Tak, wiem: mogło komuś coś wypaść, mógł się rozchorować. Ja piszę o tych, którzy są zwykłymi ignorantami, a to plaga wśród polskiego środowiska nauczycielskiego.

Jola:

Piątek należał do Marii Ines Bogado i Jorge Lopeza. Dali pokaz dwukrotnie: na popołudniówce (apartamenty Złota 44, 50. piętro – tak, tam kupił mieszkanie Robert Lewandowski 🙂 ) i na milondze nocnej. Maria Ines jest niesamowita. To tancerka bardzo młodego pokolenia. Zobacz

    

    

Milonga na Złotej była tylko na zaproszenia, które organizatorzy losowali. To niezwykłe miejsce, przede wszystkim ze względu na widok. 50. piętro jest niemal całe przeszklone. To tu znajdują się apartamenty pokazowe.

Ania:

KAŻDY musi pstryknąć sobie fotkę, bo inaczej wizyta się nie liczy 😀 Moje obecne profilowe na fejsie pochodzi właśnie z tej imprezy 🙂

      

Jak festiwal – to i koncert na żywo. Rosyjscy muzycy:Tango En Vivo Orchestra – zespół młodych chłopaków pełnych wigoru – dali czadu… Lubią, by było głośno. Moim zdaniem trochę z decybelami przesadzili. Energii nie robi się przez hałas. No ale pożyją, może nie będą mieli potrzeby walenia po garach na maksa.

    

Grali świetnie, tańczyło się bardzo przyjemnie. Do świtu!
A w sobotę… krew, pot i łzy. Automatyczna masakra mechaniczną piłą tangowej techniki…

Jola:
Jeśli ktoś chciał się uczyć od najlepszych, to miał niebywałą okazję i miał z czego wybierać. Warsztaty z parami argentyńskich maestros to naprawdę okazja do poszerzenia tangowych horyzontów.

   

Ania:

Zwłaszcza jeśli ktoś uważa, że wyszedł z tangowego przedszkola. A jeśli ma aspiracje, by – będąc zwykłym tanguero bez edukacyjnego przygotowania (moim zdaniem zmora tangowego świata, no ale jest) – uczyć innych – to nie skorzystanie z tego, że Buenos przyjeżdża do Warszawy, jest zwykłą ignorancją. Ludzie – pytajcie, gdzie uczyli się Wasi ochotnicy na nauczycieli i jakie mają na to dowody… Na jakich byli międzynarodowych imprezach i kogo widzieli na żywo, a nie tylko na jutjubie… Nie wydawajcie pieniędzy bez sensu! Nie dawajcie sobie wciskać wizytówek na milongach! To NIE są nauczyciele!!!

Jola:

Poszłyśmy na warsztat z techniki. Trzy maestroski (Vanesa Villalba, Virginia Gomez, Maria Ines Bogado) wzięły nas w obroty przez 5 (!) godzin, jedna po drugiej. Było super! Całość kosztowała raptem 300 zł, a naprawdę było gęsto.

   

   
W ogóle cena festiwalu była bardzo niska. 200 zł za całą imprezę ze wszystkimi pokazami – to naprawdę niewiele.

Ania:

Niestety – jest jedna niedogodność: pora roku. Kiedy zachęcałyśmy naszych południowych kolegów do przyjazdu, mówili: „W listopadzie?! Nigdy. Chętnie! Ale w lato”.

Jola:

Jednak niektórzy przyjechali…

Ania:

Hahah na tym jednym zdjęciu widzę przynajmniej takich dwóch…

Wieczorna milonga sobotnia to gala na całego. Wino, buty, ciuchy… Czyli pełne spektrum także okołotangowych przyjemności.

      

Przybyło – UWAGA! – 350 osób! Nic dziwnego, skoro pokazy były dwa, i do tego topowych par. Rozpoczęli Vanesa Villalba i Facundo Piñero. CO TO SIĘ DZIAŁO… Panowie zrywali krawaty/muchy/marynary… Kobiety omdlewały…licząc na ocucenie… szampanem…

      

To był absolutnie pokaz roku w Polsce. Oczywiście – nie widziałam wszystkich pokazów w całej Polsce – ale z reakcji tych, co jeżdżą (nie tylko po naszym kraju), a także z reakcji przybyłych międzynarodowych maestros wnoszę, że TO był pokaz nadzwyczajny. Pierwszy taniec jest TU.

Trudny orzech do zgryzienia mieli Los Totis, czyli Virginia Gomez i Christian Marquez, którzy wystąpili zaraz po. Ale dali radę! Są świetni. Technicznie doskonali. Zobacz!

Obie pary dostały owacje na stojąco i obie uraczyły nas bisem.

Jola:
Sobotni pokaz Vanesy i Facundo powalił mnie na kolana. Zresztą: wszystkie pokazy były na najwyższym poziomie.

Ania:

Każdy typ imprezy ma swoją specyfikę. Niektórzy fukają na „zadęcie” festiwali. Mnie to śmieszy. Festiwal rządzi się swoimi prawami (o szczegółach napiszę kiedy indziej). Piękne wnętrze z marmurową podłogą o dobrym poślizgu jest jak najbardziej TOP (w Buenos tańczy się głównie na podłogach kamiennych. Milonga i festiwal nie ma tylu godzin tańca, żeby to miało być przeszkodą). Jeśli kogoś bolały nogi, to nie od tego konkretnego podłoża, tylko od tego, że nie ma techniki ich stawiania. Stopy i kolana wysiadają na podłodze tępej (dlatego nie ma zbyt śliskiej hehe). Na kamiennej z dobrym poślizgiem nic nie wysiada, jeśli ma się właściwe buty (do tanga, a nie do tańca towarzyskiego) i umie stawiać stopy. A nadęcie? Co to znaczy? Elegancka oprawa i shows rewelacyjnych par to nadęcie? Panie w elegantszych sukienkach i brak panów w t-shirtach? Nie każdy lubi elegancję – i ok. Można zjeść obiad w restauracji Modesta Amaro, a można wsunąć kotleta na obiedzie u cioci Krysi. Nieporozumieniem jest – i nietaktem – kiedy od cioci będziesz wymagać fantazyjnego dania, jakie jest w menu restauracji Amaro. Tak samo: jeśli pójdziesz do Amaro i zaczniesz się domagać kotleta jak u cioci… TAK, festiwal ma zadęcie, bo to taki typ imprezy. W końcu iluż z Was, drodzy Rodacy, widzi chociaż jeden festiwal w roku? My z Jolandą widujemy przynajmniej jeden na kwartał, a tak naprawdę to chyba jeden na dwa miesiące… Albo sześć tygodni… Musimy podliczyć nasz 2017 rok 🙂 Więc jeśli ktoś nie jeździ, niech nie krytykuje. Nie lubisz takich imprez? Ok. Nie każdy lubi szampana. Niektórzy do końca życia zostają przy musującym Dorato… Pokazy par warto oglądać na każdym etapie tangowego życia, bo na każdym etapie coś można z nich wynieść (zwłaszcza na późniejszym, jak już umie się odróżnić dobre jakościowo tango od ściemy).

Jola:

Ogromną niespodzianką był dla mnie niedzielny pokaz rosyjskiej młodej pary: Olgi Nicolaevy i Dimitra Kuznetsov (link wstawimy, jak pokaz zostanie opublikowany).

  

Ania:

Jak mówi nasz rodzimy tanguero Ojciec Wiesław: „Tango kończy się tam, gdzie zaczyna się balet lub cyrk”. Tego ostatniego nie było. Balet – tak, bardzo subtelnie dodany do tanga. Widać, że Olga jest także tancerką klasyczną (jak większość zawodowych tanguer). Ten balet był tak bardzo na miejscu… Z przyjemnością chłonęło się cały występ tej niezwykłej pary, z której biła energia i radość wspólnego tańca.

Ronda maestros zwieńczyła cały festiwal. A afterka w SPATiF-ie, na Milondze Uno, domknęła wierzeje tegorocznego Recuerdo.

Jola:
Z ogromną przyjemnością oglądałam czwartkowy pokaz Patrycji i Jakuba. To cudownie rozwijająca się nasza para. ❤ Mam nadzieję, że będzie można ich zobaczyć nie tylko na festiwalu, ale również na innych polskich wydarzeniach.

Ania:

Jak ich zaproszą, a oni znajdą czas. Już niektórych zazdrość zżera, że tych dwoje może, umie, że im wychodzi. Polacy to specyficzny naród. Wspierają się w kataklizmie i tragediach, nie umieją znieść sukcesów innych. Nie szkodzi. Myślę, że kolejna edycja będzie jeszcze bardziej mega. O ile to możliwe… Ale póki co warto obejrzeć nasz narodowy towar eksportowy :p 

Jola:
Festiwal był świetnie zorganizowany, w pięknych miejscach. Jedyne zastrzeżenie to nagłośnienie na głównych milongach. Chociaż ostatni wieczór pokazał, że dobry dj umie sobie poradzić.

Ania:

Z tym nagłośnieniem auli to jest jakaś dziwna sprawa… Wnętrze nie jest typowe, bo poza swoją monumentalnością, zaułkami i kolumnami – ma szklane sklepienie, czyli kolejny element inny akustycznie. Zaskoczył nas niedzielny dj (Mik Avramenko), który tak wszystko poustawiał, że dźwięk płynął bez przeszkód i był miły dla uszu…

Jola:
Nie będę się odnosiła do poziomu tanecznego uczestników. Każdy mógł znaleźć swoje miejsce i swoich partnerów. 

  

Ania:

Od piątku do niedzieli milongi odbywały się w auli wydziału fizyki Politechniki Warszawskiej (tak jak w ubiegłym roku). To bardzo piękna przestrzeń. W łazience dla pań fullpack pierwszej pomocy (do męskiej nie zaglądałam, wybaczcie) – niespotykany nigdzie na świecie na żadnym festiwalu, a na maratonach tylko niektórych (naszych polskich tak!). Bufecik malutki, ale przecież nie idziemy na festiwal, by konsumować. Na popołudniową milongę dotarłyśmy raz: w niedzielę, do kawiarni Pożyteczna. Był full! Podobno dzień wcześniej na Oczki też było super.

Jola:
Podsumowując: moim zdaniem był to tegoroczny najlepszy polski festiwal i jeden z lepszych w Europie. Nigdy i nigdzie nie widziałam tylu topowych par naraz – a jeżdżę duuużo…
Brawo Patrycja, brawo Jakub, brawo cała ekipa. Czekam na 3. edycję ❤

Ania:

Warto wspomnieć o Tango Dream  w Teatrze Komedia, czyli show wszystkich par tego festiwalu. Wszyscy, którzy byli, stwierdzili jednogłośnie: to było NIESAMOWITE! Nie da się tego opisać. Ponieważ teatr jest stałym elementem Recuerdo, warto za rok upolować bilety i zobaczyć to na żywo.

 

Na koniec dodam, że to był festiwal, który gościł ludzi uczciwych. A tak! Sprawdziłam to osobiście, i nie ja jedna. Zostawiłam w piątek telefon (kręciłam transmisję na żywo dla Tango Te Amo, a potem odłożyłam go na stół i poszłam tańczyć). Jolanda zgubiła złotą bransoletkę, a nasz kolega (co prawda po powrocie z jednej milongi i przed wyjściem na drugą) – ręcznik… Aha, jeszcze Anna P. zgubiła kiecki. Najlepsze jest to, że twierdzi, iż niczego jej nie brakuje… Poza tym wszystko się znalazło. W różnym czasie (kilku godzin) i okolicznościach (szczegółów nie zdradzę), ale jednak 😀 Do zobaczenia za rok!

Kto chciałby zobaczyć, co dokładnie stracił – niech zajrzy na stronę festiwalu i zobaczy PROGRAM. Oraz zapowiedzi, bo pewnie niebawem ukaże się Recuerdo III 2018…

P.S. 1. DLACZEGO ukryliście przede mną tego małego białego cukiereczka?!

Bo bym go zacałowała…

P.S. 2. Festiwalowi Tango DJ-e grali tak, jak im w duszy gra 🙂 Jeden miał zbytnią skłonność do maksymalnie rozdzierających dramatów, ale daliśmy radę 🙂

Granie na festiwalu to nie jest granie na milondze dla dwudziestu par. To duża sztuka, która generalnie się udała.

P.S. 3. Ela – jak zwykle – zrobiła super zdjęcia. Pozwoliłam sobie także skorzystać z fotek Meg. Dziękuję, Dziewczyny!

  

Jola (ta Piękna) i Ania (Bestiaaa…)

 

 

Tango na bielskim zamku – październik 2017

Do niedawna mówiłam, że Ania Pietruszewska jest carycą bielskiego tanga. Trochę się krygowała, trochę zżymała: że caryca niezbyt ładnie brzmi, że to władczyni rządząca twardą ręką, że w ogóle i w szczególe to ależ skąd, nigdy w życiu… I właściwie miała rację. Nie pozostało mi nic innego, jak zmienić zdanie.

Żadna z niej caryca. To Anielica bielskiego tanga (i okolic).

Porywa się z motyką na słońce i dokonuje niemożliwego. Wymyśliła sobie festiwal tanga na bielskim zamku. Kilka dni przed imprezą wystawił ją do wiatru człowiek, który obiecał świetny parkiet (dziedziniec jest marmurowy, więc bano się, że pod wpływem tanga się zniszczy) i profesjonalne oświetlenie. Po drodze słyszała wiele krytycznych głosów, że nie tak, nie siak…

Nie zniechęciła się i co zaplanowała, to zrobiła.

Sobotnie wydarzenie było częścią większej całości, która trwała od czwartku do niedzieli (milongi i warsztaty). Przyjechało trochę ludzi z zewnątrz. Niby łatwo dojechać, bo jest Pendolino… Jednak ono nie kosztuje trzydziestu złotych, ani nawet stu trzydziestu. Na dodatek w tym czasie odbywała się comiesięczna milonga w Olsztynie, a w Warszawie koncert Bandonegro Tango Orquesta z milongą i pokazem naszej najlepszej – według Jolandy – polskiej pary, Jakuba Korczewskiego i Magdy Bochińskiej. Przyjechali goście z Czech, a nawet i nie tylko.

Bielsko-Biała ma cudowną starówkę.

Pięknie odrestaurowane kamieniczki i bajeczną Salę Redutową (to jedna z najpiękniejszych neorenesansowych sal w Polsce), znaną nam z imprez sylwestrowych. Niestety: czymś tak smarują parkiet, że w tym roku Anielica zdecydowała, że nie chce narażać ludzi na przyklejanie butów do podłogi i sylwestra nie będzie. Za to – po raz kolejny – będzie super maraton w Szczyrku – rejestracja trwa, warto tam być!

Ale wróćmy do tanga na bielskim zamku.
Festiwal odbył się w Muzeum Historycznym Zamek Książąt Sułkowskich, który ma malowniczy adres: Wzgórze 16. I beznadziejny dojazd samochodem – a wystarczy
łoby rozwiązać to trochę inaczej… Gorszy jest jedynie wyjazd z dworca we Wrocławiu – tam musiał to projektować jakiś pijany szaleniec, tu zwyczajny bezmysł).

To było bardzo przyjemne spotkanie towarzyskie.

A i tangowe też. Nie było parkietowych „mistrzów świata” (we własnym mniemaniu), i całe szczęście. A kto chciał, mógł przyjemnie zatańczyć. Na parkiecie co prawda panował bałagan, nie było mowy o żadnej rondzie, ale to na takich imprezach standard, także na świecie. Rondy zachowywane są chyba jedynie na maratonach, i to tych encuentro milonguero lub z bardzo silną selekcją. To była kameralna impreza, nie nastawiona na setki uczestników. Dziedziniec i parkiet miały swoją pojemność, a w godzinach szczytowych wypełnione były po brzegi.

  

Każda impreza wyjazdowa jest świetną okazją do nawiązywania nowych znajomości.

Ja np. poznałam przesympatyczne małżeństwo z Warszawy (Celino i Leszku – pozdrawiam!), a także miłego i dobrze tańczącego Czecha. Każdy wyjazd to także okazja do spotkania tych już sobie znanych, z drugiego końca Polski (lub świata). Albo można odnowić znajomość z kimś ze swojego miasta. Ja dowiedziałam się od warszawskiego kolegi, że ostatnio ze mną nie tańczył, bo byłam zbyt mało namiętna… 😀

  

Jeszcze się taki dj nie urodził, co by każdemu dogodził.

Osobiście uważam, że muzyka była na tyle różnorodna, że każdy mógł znaleźć i zatańczyć miłą sobie tandę. Każdy grał inaczej. Rozpoczął Facundo Penalva – systematycznie spolszczany Argentyńczyk, po nim stery przejął nasz bułgarski Polak Vasko Manov (uwielbiam bałkańskie cortiny!), po nim zagrał Mateusz Stach, a zakończyła z przytupem Ania, celowo puszczając cortiny szantowe (na cześć zlotu uczestników tegorocznego Tanga pod Żaglami – bo mało jej, więc i na Mazurach musi poszaleć – już zaplanowała przyszłoroczną edycję…).

    

Festiwale są imprezą dla wszystkich.

Dla tych mniej doświadczonych – ważne, aby nauczyciele uczyli nie tylko kroków, ale też tłumaczyli, dlaczego porządek jest ważny i jakim zagrożeniem jest bałagan, i dla doświadczonych – jak umieją nawigować, łatwiej się w tłoku odnajdą. Najważniejsze na zatłoczonym parkiecie jest, by kobiety pilnowały nóg i nie machały nimi po dzikiemu (nawet jak dostaną za dużo energii), bo mogą zrobić komuś krzywdę, a mężczyźni by nie szli do tyłu i nie wystawiali łokci.

  

Podłoga dostarczyła tańczącym dodatkowych atrakcji.

Zanim ułożono parkiet, nie było widać, że dziedziniec ma spadek, który chyba bardziej odczuwali prowadzący (przynajmniej ja, jak na chwilę weszłam w tę rolę, miałam wrażenie, że lecę w dół…). Powierzchnia okazała się nie być tępa. Tak sobie teraz myślę, że może gdyby miała mniejszy poślizg, spadek byłby mniej odczuwalny? Chociaż ja osobiście nie lubię tępych parkietów i wolę, kiedy pivoty wchodzą jak w masło…

Nie ma podłogi zbyt śliskiej.

Chyba że, jak mówi Jacek Mazurkiewicz, nie umie się stawiać stóp. Ta była – moim zdaniem – w sam raz (Janusz K. słusznie zauważył, że bardziej śliska podłoga jest lepsza dla stawów niż zbyt tępa), jedynie nieco skośna. Dobra cena Prosecco w zamkowej restauracji pozwalała na systematyczne wizyty w barze, dzięki czemu można było oszukiwać błędnik i trzymać zarówno pion, jak i właściwy poziom. Uczestnicy tego „eksperymentu społecznego” w sumie dobrze się bawili, traktując dodatkowe parkietowe walory jako wyzwanie.

Jak festiwal, to pokaz.

Gwiazdami wieczoru byli Marie Loy z Grecji i Facundo Penalva – wcześniejszy dj, który na co dzień uczy w szkole bielskiej Anielicy. Marie miała tańczyć ze swoim partnerem, z którym była na tegorocznym Tangu pod Żaglami. Niestety tydzień przed festiwalem, przygotowując się do pokazu – Matis złamał nogę. Tak więc Marie wystąpiła z Facundo – ze względu na wspomniany spadek parkietu – w wyższej części dziedzińca.

    

Film nakręcony przez Leszka Wdowińskiego można zobaczyć TU.

Życzę wszystkim organizatorom takiego zapału i wytrwałości, jak ma bielska Anielica.
A tangowców zachęcam: jeździjcie. Doświadczcie. Poznajcie. Warto.

Foto: Sona Komarkova Photo Tango.

Ania (Bestiaaa)

 

 

 

 

 

Barcelona – miasto jak z bajki

Jola:

Barcelona! To miasto ma mnóstwo pięknych tangowych miejsc. Dlatego po festiwalu w Sitges (wrażenia opisałyśmy TU) uznałyśmy, że musimy się w nim zatrzymać choćby na chwilę. W Barcelonie byłam wielokrotnie i mam wrażenie, że znam większość tutejszych milong, które mieszczą się w małych klubach – jak to zwykle bywa. Ludzie chodzą w różne miejsca i dobrze się znają, więc atmosfera jest bardzo przyjazna, a stosunki prawie rodzinne. Przyjezdni są szybko dostrzegani i witani. Podczas tego pobytu mogłyśmy odwiedzić dwie tamtejsze milongi. Na więcej nie wystarczyło czasu. Na szczęście mogłyśmy też rzucić okiem na miasto.

  

Ania:

Byłam ciekawa, kogo spotkamy. Podejrzewałam – i nie myliłam się – że będzie sporo osób poznanych podczas festiwalu w Sitges. To przecież bardzo blisko, a organizatorzy są z Barcelony. Dopisali zarówno miejscowi, jak i przyjezdni, którzy – jak my – zostali po festiwalu.

Jola:
W poniedziałek poszłyśmy do Milonga del Pipa, która jest zlokalizowana na Rambli. Było sporo bardzo dobrze tańczących ludzi, świetny parkiet i nieźle zaopatrzony barek. Miło się tańczyło. Żałowałyśmy, że milonga trwała tylko 3 godziny (od 22.30. do 1.30.).

Ania:

Wybrałyśmy stolik w miejscu – wydawało się, że niewidocznym… Zarówno z powodu położenia, jak i wszechobecnych ciemności. A jednak nie miałyśmy czasu siedzieć. Dlatego tym razem nie było zbyt wielu zdjęć z milong. A ta odrobina – podczas przenoszenia z telefonu na komputer, albo pomiędzy – się skasowała. Na szczęście zachowało się trochę fotek Barcelony – więc tym razem tango będzie obrazowane widoczkami miasta. 

  

Jola:
We wtorek poszłyśmy na milongę Arrabal. To dość daleko od Rambli, na której mieszkałyśmy. Ale nie aż tak, by nie móc wrócić półgodzinnym spacerkiem.

Ania:

To pół godziny trwało dobre 45 minut. Po wytańczeniu się łażenie nie jest moją wymarzoną aktywnością, ale takie sytuacje traktuję jako spacer krajoznawczy. Gorzej znosiła to nasza nowo poznana koleżanka z Norwegii, która razem z nami wracała. Bała się takich spacerów, ponieważ kiedyś w jednym ze światowych miast natknęła się na buszujące nocą szczury… Ten spacer na szczęście nie dostarczył takich wrażeń.

 

Jola:
Milonga Arrabal podobno zazwyczaj jest dosyć pusta i większość bywalców to początkujący. Tym razem było dość tłoczno, a i poziom tangowy był dobry. Zapewne przyczyniło się do tego zakończenie festiwalu w Sitges, bo większość dobrze tańczących to właśnie uczestnicy festiwalu.

Ania:

Ale były też osoby niefestiwalowe. I takie poznane dzień wcześniej. Bardzo chcę pojechać do Barcelony i zatańczyć na innych milongach. Zwłaszcza że na Costa Brava poznałyśmy naszą fajową rodaczkę Ewelinę, która w Barcelonie mieszka. Ale to inna, następna historia.

Jola:
Ogólnie lubię tańczyć w Barcelonie i jeśli miałabym połączyć wakacje z tangiem, to Barcelona jest numerem 1. Słońce, jedzonko, tango… Tak, Barcelona to mój nr 1. 

  

WRAŻENIA PODRÓŻNICZE, POZA TANGIEM

Ania:

Barcelona to jedno z najpiękniejszych miast na świecie. Tego, że tak jest, co prawda jeszcze nie wiedziałam. Miał to być mój pierwszy pobyt. Wcześniej przymierzałam się trzykrotnie, raz nawet miałam kupiony bilet i zarezerwowany hotel, ale życie postanowiło inaczej. Na szczęście nadszedł ten właściwy dzień. Jolanda uprzedziła mnie, że tu jest głośno całą dobę. Okazało się, że nasz pokój wychodził na ciche wewnętrzne podwórko, więc było ciszej niż w całym Sitges czy bocznej uliczce Tel Avivu. 

Jola:

O Barcelonie marzy wiele osób. Ja kocham to miasto i wiem, że mogłabym tu żyć. Klimat, ulice o każdej porze dnia i nocy, cudowną architekturę – tego nie ma nigdzie indziej. Pierwszy raz byłam tu 20 lat temu. Mieszkałam na Rambli, gdzie zachwycił mnie ruch, gwar i wielojęzyczny tłum. Uwielbiam włóczyć się po wąskich uliczkach. Ciągle odkrywać coś nowego.


Ania:

Architektura Gaudiego ma swoich gorących wielbicieli i żarliwych krytyków. Na pewno to absolutny światowy ewenement. Mnie osobiście wprawił w przerażenie – moim zdaniem – największy maszkaron świata (o tym za chwilę), ale kamienice zdecydowanie zachwyciły. Nie wiem, jak rozplanowano powierzchnię wewnątrz, ale patrząc na opakowanie – w niejednej mogłabym mieszkać…

  

Jola:

Jeśli masz tylko dwa, trzy dni na Barcelonę, to koniecznie zobacz 4 najpiękniejsze kamienice Gaudiego:
1. Casa Vicens – z przepięknymi kolorowymi ceramicznymi płytkami, ciekawą konstrukcją, pięknymi łukami i wieżyczkami – znajduje się przy Carolines 24.
2. Casa Mila – przypomina kształtem blok skalny, dlatego przez barcelończyków zwana jest Kamieniołomem La Pedrera. Budynek nie ma linii prostych, przez co sprawia wrażenie ciężkiej bryły, którą oplątują dzikie chaszcze… Motyw użyty do dekorowania żelaznych balustrad robi wrażenie. Znajduje się na Passeig de Gracia.
3. Casa Batllo – budowla wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Budowla niezwykła. Dach jest pokryty płytkami przypominającymi rybie łuski. Do tego motywy zwierzęce i kości. Tłoczone kafelki… Można się na nią gapić bez końca. Również jest na Passeig de Gracia.
4. Casa Calvet – najspokojniejszy budynek z wielkiej czwórki. Warto zwrócić uwagę na detale: dach z podwójnymi szczytami, niezwykłe wejście i trzy głowy męczenników spoglądających na przechodniów.

   

Ania:
Oczywiście bez Sagrada Familia wizytowanie Barcelony się nie liczy. Po polsku znaczenie tej budowli jest takie, że to pokutna świątynia świętej rodziny. W Hiszpanii ta budowla jest uważana za główne osiągnięcie Antoniego Gaudiego – dlatego też jego grób znajduje się właśnie w tym miejscu. Budowla nie jest ukończona do tej pory, chociaż rozpoczęto ją w 1882 roku. Jolanda mówi, że na przestrzeni 20 lat – od kiedy bywa w Barcelonie – widzi postępy. Dla mnie jest to największy bohomaz architektoniczny, jaki widziałam (o warszawskiej wyciskarce do owoców nie wspomnę, bo mi wstyd). Jolanda patrzy inaczej, jak na konstrukcyjny cud. Niewiele osób wie, że Jolanda jest inżynierem z dużym doświadczeniem zawodowym. Więc ją zachwycił kunszt wykonania tak skomplikowanej budowli. Ja – jako laiczka – patrzyłam na (w moim przekonaniu) wyjątkowo ogromną szkaradę… Jolanda zwróciła moją uwagę na to, że toto z każdej strony wygląda inaczej. Nie wiem: dobrze to czy źle, ładnie czy brzydko. Ale wiem, że rzeczywiście jest to niesamowity ludzki wytwór. 

  

Jola:

Park Güell, Barri Gotic, Ciutat Villa, Port Barcelona czy Placa España i Museu National d’Art, Font Magica – warte odwiedzenia. Tak jak słynna La Bouqueria na La Rambli, muzeum Picassa, Camp No u, La Barceloneta z cudowną plażą.

Ania:

Muzeum Picassa zaliczyłam w Maladze – wystarczy (relacja TU). Za to zachwycił mnie barceloński targ… Wizualnie, bo smakowo to dużo jest produktów hiszpańsko – katalońsko – fastfudowych. Ale wrażenia wzrokowe – bajeczne…

 

Plaża – byłyśmy w szczycie sezonu. Tłoczno. Z głośników systematycznie komunikowano, żeby panie idąc do morza zakładały staniki, a panowie mieli stosowne gacie – nie stringi. Zdjęcia zamieściłam wyżej, więc nie będę się powtarzać. 

Jola:
Barcelona to także piękne parki, jak chociażby Parc de la Ciutadella.


Można by wymieniać w nieskończoność. Ale po co? Tu trzeba po prostu przyjechać ?

Jola (ta Piękna) i Ania (Bestiaaa)