Niby nietangowo, a jednak! Część 2

Mija miesiąc, od kiedy wprowadziłam rewolucyjno-opresyjną politykę konsumpcyjną. Po co? Bo tak! Gdyby kto był dociekliwy, to TU są szczegóły.

W drodze na szczyt…

Jak coś robię, to robię na maxa albo wcale.

Dlatego weszłam w cały program dietetyczny. Nigdy w życiu nie jadłam tak dużo i tak często. Podstawowym błędem przy redukcji masy jest nadmierne ograniczanie kalorii. Jak ma w piecu buchać, jak się do niego nie dorzuca? Konar płonie, następnie się tli, a potem zostaje popiół. Trzeba do pieca dokładać. No więc mój piec jest ciągle zasilany. Moja egzystencja koncentruje się na jedzeniu, piciu 4 litrów wody z mikroelementami i sikaniu. Reszta czynności wykonywana jest niejako przy okazji. No i trenuję.

Pedałowanie mnie nudzi, ale trzeba…

Dobrze by było 5 x w tyg., ale to niemożliwe. Dodatkowo są wakacje, więc jakieś wyjazdy wpadają… Gotowych posiłków wtedy nie mam, ale jestem konsekwentna. Zgrzeszyłam raz: jak się wspięłam na Ślężę.

Smaczny grzech…

Podsumowując:

1. Wyniki badań lepsze, chociaż nie były złe. A lepsze parametry to skuteczniejsza profilaktyka. Lepsza jakość ciała. Zwiększona wydolność. Lepsze samopoczucie (ja akurat nie mam z nim problemu, ale gdyby osoby depresyjne i z zaburzeniami nastroju zaczęły od dobrze dobranej diety, efekty zobaczyłyby bardzo szybko.

BMI i masa tłuszczowa zmalała, mięśniowa niestety też. popracuję nad tym.

2. Na minusie 2 kg. Nie jest to dużo, ale podobno widać. Za to w obwodzie brzucha – 4 cm!!! Niestety aparatura pokazała, że oprócz tłuszczu spaliłam też 40 dkg mięśni, a to z powodu zaniedbania picia białkowo-enzymatycznych koktajli. Jestem najedzona, nie mam na nie miejsca! Ale trudno, wcisnę, zobaczymy efekt za miesiąc.

Koktajl proteinowy i elektrolity z mikroelementami. Lubię.

3. Tak to jest zorganizowane, że codziennie (oprócz sobót i niedziel) jadę po odbiór diety, przy okazji ćwiczę w kameralnej sali treningowej. Nie lubię, bo jestem z natury leniwa, ale widzę, że jednak się rozkręcam i coraz mniej się zmuszam, a coraz bardziej zaczynam lubić. Aaa! Straszne heh. Radochę sprawia mi taki kręciołek na ręce. Fajowy!

100 obrotów do przodu, 100 do tyłu. Liczę! Opór regulowany.

I nieźle znoszę bieżnię. Powie ktoś: a nie lepiej zasuwać w plenerze? Dla stawów na pewno nie, bo jednak to bieżnia, a nie asfalt czy chodnik, ma podłoże skonstruowane specjalnie do chodzenia/biegania. Ktoś powie: przy normalnej pracy to niemożliwe. Zapewniam: kwestia chęci i zarządzenia sobą w czasie. Moim zdaniem lepiej przez dwa miesiące dostosować tryb funkcjonowania do poprawienia jakości własnego życia niż potem tracić czas na lekarzy, diagnozy i nie zawsze skuteczne medykamenta.

4. Dzięki składnikom, które pochłaniam, nie mam ochoty na żadne śmieci, mam energię i nie jestem senna – co jest dziwne, bo mam niskie ciśnienie, a pogoda ostatnio wariuje.

Jest jeden minus.

Który może mieć znaczenie dla osób praktykujących zero waste. Dotyczy wszystkich tego typu diet, a niektórych nawet bardziej. Codziennie pozostaje góra plastiku (diety w opakowaniach steropianowych to jeszcze gorsze rozwiązanie). Mam nadzieję, że niebawem naczynia biodegradowalne zadomowią się na naszym rynku – zmierzamy do zakazu używania plastikowych jednorazówek i mam nadzieję, że do niego dojdziemy.

Widzę zmianę, która będzie moim nawykiem.

Nie doceniałam kasz! A to podobno one powodują, że nie ma się ochoty na pięterko ptasiego mleczka czy orzechowe Prince Polo. Słodycze mi jak ręką odjęło! W diecie czasem zdarzyły się dwa posiłki na słodko. Poprosiłam o jeden, w zupełności wystarczy.

Po treningu.

Z radością wkraczam w drugi miesiąc.

Niby nietangowo, a jednak! Część 1

Tango to ruch, czasem wielogodzinny. Czyli niby zdrowo. To dlaczego tak wielu z nas ma kłopoty zdrowotne i nieładną sylwetkę? Kiedy zaczynałam tangową przygodę, przez pierwszy rok tańczyłam trzy razy dziennie: na lekcji, praktyce i milondze. Albo na lekcji grupowej, prywatnej i milondze. Byłam albo w drodze na tango, na tangu lub w drodze pomiędzy tangami… Byłam smukła jak trzcinka.

Z czasem ciało przyzwyczaja się do określonego wysiłku.

Napędza się metabolizm. Ale! I to jest słowo, które rujnuje wszystko co jest przed nim! Z czasem zmniejszasz intensywność ruchu, bo „więcej umiesz i już nie musisz uczyć się tak intensywnie”. Albo Twoje treningi są „bardziej skondensowane”, lub „nie masz czasu”. Do tego zaczynasz konsumować różne rzeczy, bo przecież „masz taką figurę”, to „ci wolno”.

Masz taką figurę, dopóki prowadzisz ustalony (wcześniej, ze sobą) tryb życia.
Jak go zmienisz – utyjesz. Jedna z warszawskich nauczycielek była trzcinką, teraz jest rozłożystym dębem. Inna miewała różne etapy, teraz wygląda lepiej niż 10 lat temu. Dramaty losowe mogą znacznie zredukować masę ciała – o ile ktoś, jak ja, jest dramatospalaczem, bo są tacy, co kryzys zajadają w trójnasób. Mnie dobrze robiły miłosne zawirowania, ale chyba już wszystkie przeżyłam i dawno żadne zawirowanie nie zrobiło na mnie wrażenia.

Tłustość jest chora.
Zanim rzucą się na mnie obrońcy rozmiaru XXXL, niech przeczytają ze zrozumieniem:
* nie komentuję estetyki – de gustibus
* NIE ZNAM człowieka z nadwagą, który byłby zdrowy!
* chudość zewnętrzna MOŻE BYĆ tłusta w środku – i o tym napiszę dalej.

Ale po chu…steczkę piszę to TU?
Bo mam dobre serce 🙂 Chciałabym, żebyśmy byli zdrowi i sprawni do późnych lat. Może kogoś zainspiruję do zdrowej zmiany? Można mnie spotkać, obejrzeć, jak wyglądam dziś. Zobaczyć, jak będę wyglądała za dwa miesiące… Mnie toksyny przemiany materii oblepiają równomiernie, ale nagminnie widzi się wystające męskie brzuchy (przy często mikrawym korpusiku), rozdęte damskie talie na cienkich nóżkach… Mogą się komuś podobać, mogą komuś nie przeszkadzać, ale warto mieć świadomość, że NIE są oznaką zdrowia. Są osoby wręcz chude, które sprawiają takie wrażenie, bo nie mają masy mięśniowej, za to tę niezdrową tkankę tłuszczową, z cholesterolem, i owszem.

Są też osoby (dotyczy to pań), które chwalą się, że wszystko jedzą i są szczupłe i zdrowe. Oby. Ale z perspektywy 10 lat mojego tańczenia widzę, że niestety to „wszystko” jednak zawsze wyjdzie, prędzej czy później, w zdrowej oponce hehe…

Tłuszcz jest potrzebny.

Nie można się go całkowicie pozbyć, ale wszystko zależy od proporcji. Warto to sprawdzić. Wczoraj to zrobiłam i… Skład oraz konsystencja mojego ciała nie są dla mnie zadowalające. Generalnie jestem zdrowa. Jakieś tam guzki na tarczycy, czasem łupnie mnie w stawie jednym lub drugim… Cytologia I, ciśnienie w normie, BMI właściwe, czego się czepiać?

Proporcji masy mięśniowej do tłuszczu.

Niektórzy wmawiają innym, że „wiek robi swoje”. Zapewne, jeśli się o siebie nie dba. A ja przez ostatnie kilka lat żyłam, jakby jutra miało nie być. I jakbym miała metabolicznie napędzony organizm jak 10 lat temu. Wystarczy obejrzeć zdjęcia tangowe sprzed 10, 8, 5 lat… Nogi pań często tak samo zgrabne, ale korpus, ramiona, szyja, twarz… Ja też nie jestem taka jak 10 lat temu. I nie będę. Ale toksyn się pozbędę. Postanowione.

Próbowałam… się oszukiwać.

Słuchałam domorosłych specjalistów od diet („najważniejsze są kalorie”, „keto! Tłuszcze górą”, „lody nie tuczą”…), nie umiejących pozbyć się swoich toksycznych złogów. Coś tam ograniczałam, jakąś dietę zamówiłam, suplementy, koktaile, grupa na fejsbuku… Ostatnio pomyślałam o Ewie Chodakowskiej (jej trening chyba by mnie zmiótł z tego świata). Podsumowując: uprawiałam dłubaninę bez nadzoru. I jeśli teraz myślisz, że jakiś nadzór będę chciała Ci sprzedać – to nic z tego. Każdy robi, co uważa.

Odkryłam dla siebie rozwiązanie dostępne na wyciągnięcie ręki.

Tango jest niesamowite dlatego, że mamy w swoim środowisku wszystko i wszystkich. Mamy specjalistów, wynalazców, naukowców. I mamy tanguerę, która jest lekarzem, na dodatek zrobiła doktorat z żywienia leczniczego, a teraz robi habilitację. Nie dość, że ludzi odchudza (bez efektu jojo!), to także leczy – i ma na to stertę badań prowadzonych od 20 lat. Sama wygląda bardzo dobrze, jest reklamą tego, co robi. Nie dowierzam znajomym (lub nie), którzy wciskają drogie kremy albo urządzenia, którymi handlują, a sami wyglądają jak purchawki.

Wracając do zdrowego żywienia – do niedawna słyszałam, że ludzie jeżdżą do dietetyka do Łodzi. Warszawiacy mają na miejscu. Postanowiłam zakończyć latanie z wywieszonym jęzorem za własnymi złudzeniami, tylko wziąć się za siebie, po prostu.

Wszystko zaczyna się w jelitach.

Coraz więcej badań pokazuje, że choroby cywilizacji to dieta napchana złymi kaloriami i uboga w składniki odżywcze. Dlatego w krajach wysoko rozwiniętych ludzie z uboższych środowisk są otyli. „Życie jest za krótkie, żeby sobie odmawiać” (przetworzonych syfów, fastfoodów, chemicznych napojów…) – tylko co to za życie, jak człowiek chory? Ja się uważam za osobę, która poza grzechami generalnie zdrowo się odżywia. Okazuje się, że robię błędy żywieniowe. Mój ukochany zakwas z buraków, który uwielbiam i piję szklankę dziennie, powinnam albo rozcieńczać, albo wypić z litr wody, ponieważ skoncentrowany wcale dobrze mi nie robi…

Depresja, Hashimoto, słabe libido, choroby narządów i wiele innych – leczy się dietą!

Ja postanowiłam zadziałać prewencyjne i wziąć się za sprzątnięcie swojego organizmu, bo go lubię, o! Co wymyśliłam? Ano:

Po pierwsze: poszłam do fachowca. Koniec z domorosłymi eksperymentami. Zerwałam się bladym świtem, o 8.00. – ci, którzy mnie znają, wiedzą, że o tej porze to nawet mój pies nie otwiera oka.

Od początku wykazałam się bohaterstwem! Dostałam skierowanie na komplet badań. Ponieważ nic mi nie dolega, a jednak mam poczucie, że czasem przebadać się trzeba – wcześniejsze skierowanie na badania noszę ze sobą już trzeci rok… Tym razem je zrobię.

Po drugie: dieta. Adios pikantne skrzydełka (5 sztuk – 900 syfiastych kilokalorii), adios Prosecco (nie za duży kieliszek ponad 100 kkal.), adios mleczna czekolado… Z tym magnezem w niej to ściema (ma go tylko prawdziwa, gorzka), za to ponad 500 kkal. jest realna jak diabli. Sama gotować nie mam serca, więc weszłam w program gotowego jedzenia. Ale nie jakiegoś z internetu, o nie! Na konsultacji pani doktor zrobiła mi pomiar parametrów ciała (niedożywienie komórkowe, zatrzymana woda przy odwodnieniu komórek, za dużo tłuszczu, za mało mięśni) i na tej podstawie została dobrana właściwa dla mnie dieta. Dziś zaczęłam. Tyle jedzenia to miałam na tydzień… We właściwej diecie chodzi o to, by jeść.

Po trzecie: trening cardio. Intensywny. 5 x w tygodniu. O matko… Zaczęłam wczoraj. Tak właśnie. Milongi i zajęcia tangowe będą tylko uzupełnieniem. Czy wytrwam? Po to ta moja wypisywanka, żeby głupio mi było, choćby przed Wami…

Trochę o motywacji.

Lubisz amerykańskie poradniki? „Ważna jest motywacja wewnętrzna, a nie zewnętrzna!!!”? To nie czytaj dalej. Każdy ma swój rodzaj motywacji i może ona być zewnętrzna. Na dodatek może się zmieniać. Co ciekawe: rzadko kogo motywuje własne zdrowie, bo mamy tendencję do myślenia magicznego. Ja też. Może dlatego nie choruję? 🙂 Kolega tangowy opowiedział, że zdecydował się odchudzić nie ze względów zdrowotnych, a z powodu wstydu, że przez brzuszydło nie mógł zawiązać butów. Na mnie dobrze działał mężczyzna, jeśli mnie kręcił. Chciałam ładnie w łóżku wyglądać 🙂 Jakoś specjalnie brzydko nie wyglądam, ale mogę ładniej. Zwłaszcza że zależy mi, abym na bardzo ważnej imprezie, która odbędzie się jesienią, wyglądała jak papryczka chili, a nie rozgotowana klucha. To jest moja motywacja. I to, że sukienka koleżanki, która powinna być za duża, okazała się dobra…

Wszystko oceniamy subiektywnie, swój wygląd też. Jedni mają nadmierne kompleksy, inni bez skrępowania wystawiają swe cielesne toksyny. Okropne? Prawdziwe, ale nie będę pisać o stosowności stroju lub jej braku, tylko o motywacji. Sekret tkwi w tym, że jeśli NAPRAWDĘ czegoś chcesz, to żadne amerykańskie zaklęcia Ci niepotrzebne. Jeśli chcesz schudnąć, a wpieprzasz pączki i golonkę – to ściemniasz. Po prostu. Jeśli już chorujesz i chcesz być zdrowy, a jarasz wagon fajek – to ściemniasz. Może masz program energetyczny na chorobę? Może taka karma? Bo tylko na logikę wydaje się, że każdy chce być zdrowy, piękny i bogaty. Nie, nie każdy. Większość ściemnia. Dlaczego? To już inny temat. U mnie ze ściemą KONIEC.

„Lost boy” – tangowe i pozatangowe Anioły – aby życie było pełniejsze

W piątek razem z naszą adoptowaną Minnie pojechałyśmy na plan teledysku promującego psie adopcje (jeden teledysk już JEST, nagrany przez młodzież, niech będzie ich jak najwięcej). Pełniutką relację widzianą jej oczami i całą zdjęciową dokumentację zamieszczam na samym końcu 😃

W tym wpisie chciałabym się skupić na aspekcie bycia wrażliwym… tym razem nietangowo.

Jestem zachwycona, że wśród nas jest tyle osób traktujących zwierzęta i w ogóle dary natury jako dobro i cud. Potrzebujących jest cała masa… I tak: bez wsparcia inicjatyw kulturalnych wiele z nich nie może się odbyć. Nadal najłatwiej jest zebrać środki na chore dzieci. Chwała tym, którzy się angażują w pomoc. Ja częściej pomagam zwierzętom, bo same o siebie się nie upomną, zwłaszcza w najpodlejszych czasach w historii Polski po przemianach roku ‘89, gdzie zwierzęta są bestialsko mordowane na coraz szerszą skalę. Foki, dziki z azylu (!!!), osobiste zaproszenie na odstrzał bobrów… Nie chcę żyć w takim kraju z takimi ludźmi! O środowisko trzeba dbać,a nie je dewastować!

Foto: Grupa INCO – dbamy o środowisko.

Na szczęście są też Anioły, i to dużo ich pośród nas.

Jest takie miejsce – Akademia Tańca Tomasza Potockiego na Wolność – w którym systematycznie odbywają się milongi charytatywne (z loterią fantową – każdy los wygrywa!), z których dochód przeznaczony jest na pomoc bezdomnym kotom. Monika, szefowa interesu, weganka z ekologicznym nastawieniem do życia, działaczka społeczna – uruchomiła sklep internetowy przyjazny środowisku (zajrzyj TU). 

Nasza tangowa koleżanka Dorotka z Wrocławia stworzyła grupę ludzi, która pomaga znaleźć domy psom z przepełnionego schroniska na krańcu Polski (tym z najmniejszymi szansami, czyli dużym i często już niemłodym). To całe przedsięwzięcie: transport, domy tymczasowe, socjalizacja, leczenie, sterylizacje, zabezpieczenie przeciw pchłom i kleszczom… Na to potrzebne są pieniądze. No więc Dorotka zbiera wokół siebie ludzi, którzy deklarują comiesięczną stałą wpłatę (każde 5 zł się liczy!!!) – dzięki temu może zaplanować wydatki. Grupa się rozrasta, ma super Team. Działa od końca 2016 roku. Wyciągnęła z największej chyba mordowni 35 psiaków, z czego 20 ma już swój dom. Do tego potrzebny też jest czas. Dorotka oprócz tańczenia tanga jest konserwatorką zabytków. A przecież jej doba nie ma 40. godzin… 

Nietangowa Joanna prywatnie przygarnia porzucone zwierzęta. Ma ich pod opieką kilkanaście. Nie, to nie jest zbieractwo. Szuka im domów w miarę swoich możliwości, synowie dzielnie ją wspierają. Też je leczy i socjalizuje, bo trafiają w różnej formie. Organizuje bazarki, na których sprzedaje pozyskane różne przedmioty (np. nietrafione prezenty), a pieniądze przeznacza na utrzymanie zwierzęcej menażerii. Joanna nie ma własnego domu, tylko wynajmuje. Stoi przed dużym wyzwaniem: w nowym domu musi zbudować nowe kojce (info TU ). 

Nasza tangowa koleżanka Ida jest wolontariuszką w schronisku na Paluchu. Kawał swojego czasu przeznacza na pomoc najbiedniejszym psim przypadkom. Angażuje się w socjalizację i szukanie domów. Kto nigdy nie był w schronisku, nie wie, jak duże to wyzwanie i jakie emocjonalne obciążenie. To cudowne, że są ludzie, którzy potrafią unieść ten ciężar i powodować, że jest on nieco lżejszy.

Foto: z profilu Idy na Facebooku. 

Zechciej zrobić coś dobrego dla zwierzaków. One same sobie nie poradzą.

Ich traktowanie świadczy o naszym człowieczeństwie. Podziel się groszem. To tak niewiele, a tak wiele… Bez pieniędzy niestety niewiele da się zrobić, ale jednak coś można… Mam następujące propozycje:

1. Raz w tygodniu – żeby mniej wrażliwi nie zarzucili Ci spamowania – udostępnij post zwierzaka szukającego domu. To naprawdę działa, a nic nie kosztuje. Aktualnie – m.in. – domu szuka miły i kontaktowy Harold.

2. Weź udział w kociej milondze na Wolność. Nie chcesz nic losować? W każdej chwili możesz podarować fanty na loterię.


Foto: demotywatory.pl

3. Dołącz do adopcyjnej grupy wsparcia Dorotki. Zadeklaruj wpłatę 5 czy 10 zł miesięcznie. Takich osób jest kilkadziesiąt, robi się znacząca kwota. Dorotka zawsze wszystko dokładnie rozlicza. Grupa jest tajna i są w niej tylko osoby pomagające tym konkretnym psom. Chętnie udzielę Ci wszelkich informacji i dołączę do grupy, nie bój się pytać.

4. Masz niepotrzebne durnostojki, nietrafione prezenty, torebkę w dobrym stanie, niepasujące Ci perfumy? Przekaż na bazarek Joanny (nie masz? Wpłać na KOJCE). Ty się uwolnisz od zbędnych rzeczy, Joanna uzyska pieniądze na weterynarza czy karmę. Zorganizujemy odbiór, o to się nie martw.

Foto: blog.ipleaders.in

5. Wybierz sobie jakąś prozwierzęcą fundację i pomóż, a najlepiej pomagaj systematycznie. Można też wspomóc konkretnego zwierzaka, np. w Fundacji Azylu pod Psim Aniołem (stąd jest Minnie), chociażby przez adopcję wirtualną. Nie chcesz się deklarować? Nie szkodzi. Zawsze są dodatkowe wydatki: na diagnostykę, leczenie, itp., można wpłacać jednorazowo.

6. A może masz w swoim domu i sercu miejsce na zwierzaka? Te po przejściach miewają problemy, ale są też bezproblemowe. Nasza Minnie to słodycz i generator miłości, jedyny kłopot jest wtedy, kiedy domaga się głaskania akurat, kiedy Blanka ma korepetycje lub ja chcę jeszcze spać 😃 Albo jak naleje w dywanik – ten łazienkowy lub przedpokojowy do butów 😃 Nie dlatego, że nie była na spacerze, tylko dlatego, że lubi i już 😃 Dla nas jednak to nie jest problem, mamy pralkę 😃 Ale pewien adoptowany dżentelmen zjadł naszemu tangowemu koledze połowę tarasowych drzwi… Podziwiam ludzi, którzy w takich sytuacjach nie pozbywają się psa, tylko szukają rozwiązania. Od tego są psi behawioryści, żeby pomóc.

Można też dać dom tymczasowy. Tak bywa u nas, stąd fejsbukowa Tangowa Chatka.

Adopcja to bardzo poważna decyzja i odpowiedzialność, nie każdy człowiek jest godzien, by opiekować się istotą słąbszą i całkowicie od niego zależną.

7. Chcesz psa rasowego? Najpierw się dowiedz, czy poradzisz sobie z rasą, która Ci się podoba. Najwiecej pogryzień dzieci jest przez domowe labradory; yorki to pełnokrwiste terriery, wydaje im się, że są wielkości doga, poza tym ich pielęgnacja kosztuje; husky to psy stadne, pociągowe, potrzebują dużo ruchu i zajęć z człowiekiem, inaczej będą uciekać, bo mają tendencje do włóczęgostwa… Nawet najpiękniejszy zwierzak, najsłodszy szczeniaczek – nie jest pluszakiem, tylko czującą istotą.

Nie kupuj z pseudohodowli, bez rodowodu, bo „tylko do kochania”! Nie zgadzaj się na dowóz szczeniaka. Jedź, sprawdź, w jakich warunkach żyje suczka. Nasza Minnie była eksploatowana przez 10 lat, a potem odwieziona do schroniska (lepsze to niż porzucenie w lesie), bo rodzenie dwóch szczeniaków było nieopłacalne… Minnie ma tylko krzywy zgryz, nie wiadomo, jakim psem była kryta, ale jest duże prawdopodobieństwo, że sprzedawano szczeniaki obarczone różnymi wadami. Wydatki związane z leczeniem pokonały niejeden budżet. Stąd tak dużo porzuconych psów niby – rasowych.

Są tacy, którzy pomagają i dzieciom, i zwierzakom, a i kulturę szczodrze wspierają.

Moim marzeniem jest, aby każdy człowiek miał potrzebę zaangażowania się w pomoc, także finansową. Rzadko jest tak, żeby naprawdę nie można dać nawet złotówki. Jak się pomaga, życie jest pełniejsze, ma inne wibracje… Chciałabym, aby żaden zwierzak nie był lost

Z moich osobistych obserwacji wynika, że ten, kto wspiera zwierzęta, prędzej wesprze drugiego człowieka, niż ten, co dla czystego sumienia przekaże czasem grosz na pomoc jakiemuś dziecku. Dobre i to oczywiście. W tym przypadku dla mnie cel – pomoc – uświęca środki.

Z pozdrowieniami
(Bestyjka) Ania

A jak było na planie teledysku promującego adopcję psów? Okiem Minnie:

Foto: Instagram aktorki Olgi Bołądź

Mamusia wywiozła mnie w wielki świat! Pojechałam na plan teledysku, który będzie promował psią adopcję. Fajnie, że osoby rozpoznawalne włączają się w takie akcje. Mamusia powiedziała, że zrobi specjalny album, w którym umieści te celebryty, które zasługują, aby mieć z nami zdjęcie.

A na planie – najpierw się troszkę bałam. Mamusia to czuła, więc trzymała mnie na rękach. Usiadłyśmy na kanapie. Odwróciłam się do wszystkich pleckami, o! A było tam kilkanaście innych – dużych! – psów, wszystkie ze schroniska, dwa nadal szukające domu. Jeden spod Lublina (ten kosmaciutki), jeden z Warszawy. Oba zrównoważone, ten kudłaty bardzo wesoły – bo młodziak. Mamusia mówi, że są cudne. Ktoś chce, niech pisze do nas!

  

Posiedziałyśmy z pół godzinki – praca na planie to podobno głównie czekanie, tak powiedział Leszek Stanek, który w tym teledysku zaśpiewa. Przy nas nie śpiewał – nie wiem: dobrze to czy źle? No więc siedziałam sobie i jak już troszkę się oswoiłam z nową sytuacją, odwróciłam się do psiaków i obserwowałam wszystko z kolan mamusi.

Po jakimś czasie mamusia stwierdziła, że mam się integrować. Zapięła mi smyczkę i postawiła na ziemi, żebym sobie chodziła i się z psim koleżeństwem zapoznawała. Było nas dwie dziewczynki (oprócz mnie – miła amstafka) i dziesięciu chłopców. Oj, niektórzy troszkę awanturni między sobą! Na szczęście nad naszą gromadką czuwała pani behawiorystka Kasia (Akademia Cztery Łapy). Jak ona pięknie ogarniała nas i naszych ludzi! Tłumaczyła nasze zachowania, podpowiadała, co robić. Prawdziwa fachowczyni! Kto ma kłopot z psim zachowaniem, pewnie ma kłopot też ze swoim – Kasia da radę! Moja mamusia nie ma kłopotów, a ja jestem jej szcząsteczkiem na świateczku całym!

Zdjęcia nie były łatwe. Jak w stojącą grupę psów wbiega inny i goni go człowiek, to różnie mogło być… Dzielnie to znieśliśmy, a ja tylko troszkę za mamusią się chowałam i tylko przy pierwszym ujęciu! No może i drugim. A wcześniej, w ramach integrowania się, uznałam, że ludziowe kolana są po to, żeby mieć na nich psa! Więc mamusia mnie prowadzała na smyczy, a ja hops! Na kolana pani fotografce.

Pan aktor przykucnął, zanim się zorientował – to ja mu hops! 

Inna mamusia głaskała swojego synka, a ja hops! A co!

Że Oldze Bołądź też hopsnęłam – już wiecie.

Kto kucnął – miał mnie zaraz na kolanach. Pani behawiorystka kucnęła, żeby zrobić z nami zdjęcie – to ja hops!

Byłam najsprytniejsza! Mai Ostaszewskiej też bym hopsnęła, ale nie kucała.
Potem była przerwa na obiad. Mamusia jadła jakieś coś bez mięsa, więc nie pachniało zbytnio kusząco. Mogłam się zrelaksować.

I tak właściwie to zostałam królową dużej kanapy. Siedziałyśmy na niej tylko ja i mamusia, bo jak już się oswoiłam, to postanowiłam rządzić na dzielni i kłapałam na tych, co za bardzo zerkali w naszą stronę. Potem znowu zagrałam! Pojawiły się smaczki, więc się nie bałam i dzielnie stałam przed mamusią! Pani behawiorystka powiedziała, że jestem zuch dziewczyna! Teraz czekamy na efekt. Mamusia mówi, że jestem taką kruszynką, że może mnie wcale nie być widać. A mamusia wie, co mówi. Nie jest kruszynką, a jak grała w teledysku tangowym, to na ekranie było widać jej włosy przez 0,2 sekundy… Tu zapowiedź i troszkę (maleńką) nas widać 😃

Dotarłeś/łaś do końca? Zuch! Nie każdy podobno lubi czytać. Jak udostępnisz, z pewnością jakaś sierota dostanie potrzebną pomoc, bo to naprawdę działa…