Blog

Tango Barocco summer 2021 – Żagań

Żagań.

Miasteczko na końcu świata. A w nim zamek. Raz w roku, w końcówce lipca, tangowo rozkwita. Przez cztery dni! Smaczki socjalno-plotkowe zamieszczam na końcu. Ale! Jeśli chcesz pojąć wszystko (np. sprawę krzeseł) – najpierw przeczytaj mój wpis o Biedrusku, następnie o Gryfie.

Pre.

Ponieważ z Warszawy mamy daleko, przyjechałam z „moją dziewczyną” już w czwartek, na pre milongę. Fota z drogi.

Ale najpierw trzeba było się spakować.

I wziąć udział w konkursie na zdjęcie z trasy. Konkurs wygrałyśmy, jak wszyscy.

Nie, to nie Minnie tak urosła, ale psinka bardzo nas kochała.

Co z beforką?

Dojechałyśmy. Było sporo ludzi, znajomych i nie. Milonga w sali Kryształowej, czyli na piętrze, tętniła tangowym życiem. Wytańczyłyśmy się.

Śniadaniówki.

Od 10.00. do 12.00., pod dowództwem Anny Pietruszewskiej.

Nooo… Pietruszka na śniadanie to już wyrobiona marka. W piątek było gęsto.

Pietruszka zagrała mój ukochany utwór, który kojarzymi się z romantycznym spacerem w parku… Dziewczyna w kwiecistej sukience… I on… Romantyczny… Zakochany… I letni deszcz… I zdarzyło mi się tę tandę zatańczyć z wrażliwym tangowo partnerem. A znam takiego, który ten utwór nazwał maszerowaniem emerytów, ale jakby był w tym parku ze mną…

Popołudniówki.

Zwykle są najfajniejsze. Tu – jak dla mnie, ale to moje osobiste odczucie – jedna była muzycznie mega, reszta mnie nie niosła. Gusta muzyczne są tak różne… Tylko że dziwnym trafem okazuje się, że ci, z którymi lubię tańczyć, mają ten gust podobny i jak nie niesie, to sobie idą.

Noce.

W tym roku i aura i temperatura były łaskawe. Parkiet na dziedzińcu powiększony ponad dwókrotnie (rok temu był mały nie z winy organizatorów). Parkiet w sali na piętrze taki sam. Śliskość parkietu dolnego była spora, ale moim zdaniem bardziej do ogarnięcia niż rok temu. Albo ja lepiej tańczę, bo chodzę na privy do świetnego nauczyciela. W każdym razie – tańczyło mi się dobrze. Parkiet górny – włodarze chyba czymś go wypaćkali, bo było lepko, ale organizatorzy zaradzili.

Po nuevo, czyli alter w pierwszej części nocy, druga część, tradycyjna, przenosiła się do sali.

Nocne milongi były gęste. Towarzysko i tangowo.

I to koniec fot, bo noc jest ciemna, a ja jutro do Ustronia. Dalej tylko tekst, bez obrazków. 

Koncert.

W sobotnią letnią noc nie został na dach wyniesiony koc, tylko zagrali chłopaki z Bandonegro. Zespół całkiem fajnie rozwiązał sprawę cortin: zamiast innych rytmów, jeden z chłopaków opowiadał krótką historię. Bardzo zgrabnie pozwoliło to na zmianę partnera. To naprawdę świetne rozwiązanie.

Pokaz.

Zatańczyli Fatima Vitale i David Samaniego. Były smaczki. Fatima i David prowadzili także warsztaty. Ja nigdy nie łączę intensywnego tańczenia z uczeniem. Ale są tacy, co dają radę.

Organizatorzy.

Michał, Gracja, Rafał. I ich wolontariusze. Cud, miód, ultramaryna. Czasem mnie pytacie, na jakiej zasadzie coś promuję. Zasada jest prosta: czuję, że chcę oraz lubię organizatorów i ich moralność. Tak. To właściwe słowo. Zdarza się im pobłądzić i wrócić na dawną drogę… Ale więcej o tym napiszę w „Obyczajach tangowych”.

Obciach.

Służby operacyjne doniosły, że zdarzył się na bramce, gdzie siedzieli wolontariusze. Przylazł taki jeden i zapytał: „ Wiecie, kim ja jestem?” – czy jakoś tak. Nie wiedzieli, bo dla nich był nikim. Żartować „trzeba umić”. Wiedzieć, kiedy i z kim. Więc żartowniś wyszedł na chama ze stolicy. A to przecież tylko dowcipny słoik.

Atmosfera.

Jest tym lepsza, im więcej osób znasz. Czyli staż tangowy ma znaczenie. Spotykamy się w różnych częściach Polski (kiedyś świata), by się zanurzyć w kontakcie, towarzyskości, abrazo… Pretensje niewytańczonych pań… Na różnych eventach są powszechne. Sorki: nie ma obowiązku. Nie ma musu. Panowie mają łatwiej, bo wiele pań chce tańczyć z kimkolwiek. Oczekiwania zawsze prowadzą do rozczarowań. Ale to inny temat.

Atmosfera – jak dla mnie i „mojej dziewczyny” – super. I nie dlatego, że wszystkich znamy, bo tak nie jest. Dlatego, że poznajemy nowych ludzi, czyli miejsce sprzyja.

Poziom tanga.

Po to jadę. No dobra: miałam ze dwie tandy charytatywne, ale generalnie mówiąc za siebie: było dobrze jakościowo. Było wariactwo. W pewnych abrazos było nieoczekiwanie fajnie. Ale wiadomo: na tyle jest udana impreza, na ile dobrze się bawisz. Dla mnie było super.

Bufet.

Był! W różnych wersjach.

Pitnych. Skorzystałyśmy.

Deserowych. Miałyśmy chapsnąć, ale jakoś zapomniałyśmy.

Obiadowych. Było pysznie.

Ciuchy.

Były buty, były kiecki Bogny Kolod. Ale! Tango Barocco ma swoją linię produkcyjną!Topy, bluzki, t-shirty, torebki, szlafroki… Szlafmyc nie mają. I gaci.

Willa Park.

Główne miejsce zakwaterowania. Roszczeniowcy – precz!! Tam trzeba wyznawać zasadę tao, z którą zaznajomiła mnie moja tangowa córka Monika:

Pośpiech Upokarza.

O tak. Tam nie da się szybko. Chyba że ma się pewien sposób…

Pokoje.

To jeden wielki sajgon. Ale… Miałyśmy Elę Musiał, załatwiła elegancko.

Krzesła.

Temat drażliwy. Chyba dlatego Rafał K. łaził i je ustawiał pod linijkę, a ja patrzyłam. Z żadnym nie biegałam! (Nie wiesz, o co chodzi – przeczytaj wpis o Biedrusku). Ale on łaził i poprawiał… A ja patrzyłam… Chyba je mentalnie przestawiałam, bo on ciągle poprawiał! A potem przyszli ludzie i sobie je całkiem inaczej pobałaganili. Ale! Jak powiedziała Gracja: „Przez chwilę ma być perfect”. Ta chwila była bardzo krótka, bo jak po ustawianiu sobie szli i ze mną gaworzyli, to za ich plecami ludzie już bałaganili…

Social.

Cały urok wyjazdów. Dzieje się! Towarzyskość. Koleżeńskość. Flirty. Uwodzenie. Możesz przyjąć lub nie. Możesz dać lub nie.

Kandydaci na mężów „mojej dziewczyny”.

Ponieważ Beatek coraz intensywniej rozbudowuje listę, a ja zajmuję się jej aktualizacją, informuję, że jest kolejka. Co prawda pierwszy z listy został zdyskwalifikowany i na to miejsce wskoczył czwarty, ale jest przed nami Ustroń, więc będzie dynamicznie. Mój życiowy doradca podpowiedział, żebym pytała, ile który wielbłądów oferuje. W końcu to „moja dziewczyna”! Więc, chłopaki, szykujcie propozycje, bo piękne słówka nie wystarczą!

Gryf Tango Marathon VIP Edition

Było świetnie!
I właściwie nic więcej mogłabym nie pisać, bo jak kto nie był, to jego strata.
Ale lubię, więc nie odmówię sobie, o!

Atrakcje dodatkowe i bardziej osobiste przygody opisuję pod koniec, więc zrób sobie herbatkę albo co tam lubisz i zarezerwuj ten czas na podróż ze mną…

Szczeciński Gryf Tango Marathon 2021 odbył się pełną parą. Było nas ponad 150 osób, ponad połowa to cudzoziemcy, głównie Berlin i Hamburg. A jak wiadomo, tam mieszkają Argentyńczycy, Chilijczycy, Turcy… Nie zabrakło Hiszpanów, Włochów, Holendrów, był Amerykanin, Duńczyk, byli Szwedzi różnych narodowości… 😀 

Zawsze w połowie lipca!

ZAWSZE. Czyli w roku 2022 – patrzymy w kalendarz – Gryf odbędzie się 15 – 17.07. I wszystko jasne: zaznaczamy czerwonym kółeczkiem i kupujemy bilety na samolot. Mam nadzieję, że tym razem, niezależnie od wymysłów dumaczy od zagrożeń, organizatorzy nie będą się czaić do ostatniej chwili i ogłoszą wcześniej. Ja za bilet w dwie strony płaciłam 470 zł (gdyby Monika się posłuchała i kupiła, jak mówiłam, dzień wcześniej, płaciłybyśmy po 350 zeta. Tak, tym razem nie byłam z „moją dziewczyną”, bo na termin Gryfa nałożył się obóz w Jarnołtówku, bardzo zresztą fajny. Już poinstruowany, że za rok termin ma być inny, a południe Polski, świetnie tańczące, ma się stawić w Szczecinie!).

Organizatorzy.

Pisałam o nich w zapowiedzi i nie zmieniam zdania. Dorota i Adrian Grygierowie oraz Gracja i Rafał Kołodzieczykowie nie zepsuli się.

Szefowa wszystkich szefów instruowała młody maratonowy narybek, jak z godnością się witać. 

W teamie były jeszcze Margarita Bessas i An Tang (nicki fejsbukowe), które dbały o miłe powitanie i całą resztę. Krysia Kun też.

Ludzie.

Niektórzy tylko stęsknieni, inni wygłodniali (ci nie tańczący w pandemii). Maratony mają to do siebie, że jeżdżą na nie ludzie chcący tańczyć.

Doświadczenia nabiera się z każdą kolejną taką imprezą. Nawiązuje się coraz więcej znajomości.

I tak jak na początku najważniejsze jest, by tańczyć, tak z czasem stawia się na jakość i docenia się socjalny wymiar tanga.

Kliki i koterie – nie tu.

Niektórzy mówią, że w tangu są. Rzeczywiście bywają. Ale nie zawsze. Czasem jakaś grupa bardziej trzyma się ze sobą, bo po prostu na co dzień się nie widuje i taka trzydniówka jest okazją nie tylko do tańczenia, ale także żartów, wygłupów i spędzenia wspólnie czasu. I zjedzenia kolacji. Jedzenie było smaczne i sprawnie podawane, mimo kolejki. 

Niektórzy lubią zmieniać miejsce i siadają w różnych częściach sali. Ja wolę mieć swoje, najlepiej jedno i to samo przez całą imprezę. Wtedy ten, co chce, łatwo mnie znajduje. Poza tym lubię mieć torebkę, szal i buty na/pod moim krzesłem. Lub fotelem 😀 

Premilonga.

Jak to pre: odbyła się w czwartek w hotelu Vulcan. Monika chciała na nią przybyć i zostać do poniedziałku, ale ja mam maratonowy lipiec, co weekend coś, więc wiedziałam, że piątek – niedziela wystarczą. Nooo Monia, dziękuj Matce, bo gdybym się na to zgodziła, to byś się zatańczyła na śmierć i żywa do męża nie wróciła!

Na premilondze grał Darek Bekała, szczecinianin, znany i ceniony w djskim świecie. TU obejrzysz, jak było.

Piątek.

Zaczął się krótkim warsztatem: wprowadzeniem do chacarery, prowadzonym przez Ulę i Chucky’ego ( w sobotę prowadzili warsztaty z folkloru).

Maratonowe granie rozpoczął Francisco Saura: wielbiciel romantycznych tang. Film może mieć wyciszony dźwięk, taki fejs.

Następny set należał do Santiago Buonomo, Urugwajczyka, który wrósł w Polskę dzięki miłości do tanga i kobiety. Mówi po polsku! I to jest imponujące. Jeszcze niedawno nie znał ani słowa… Znam cudzoziemców będących tu od dwóch dekad i nie umiejących porozumieć się na podstawowym poziomie. Szacun.

Piątek to taka maratonowa noc, w czasie której witasz się ze znajomymi i tańczysz głównie z nimi: żeby się roztańczyć, bo się nie widzieliście, bo jesteście stęsknieni swojego abrazo… Oczywiście nie tylko, z nieznajomymi tez się tańczy, ale piątek jest taki bardziej znajomościowy. Więc siedzisz, rozmawiasz, pijesz różne napoje z gryfowych naczyń…

Królewski zakątek.

Nie mamy z carycą Anną zdjęcia w naszych fotelach… Ale to za chwilę.

Przyjechałyśmy z Moniką po 21.00. i kiedy wkroczyłyśmy, Pietruszka & company okupowali królewski zakątek (w przyszłym roku zamawiam tę miejscówkę!): dwa okazałe fotele (w sam raz dla carycy i królowej) oraz kanapę (tu następowała dynamiczna zmiana zasiadaczy).

To było doskonałe miejsce! Na uboczu, ale w gruncie rzeczy dobrze widoczne. Wprost stworzone zarówno do biesiadowania i towarzyskich pogaduszek, jak i bezproblemowego cabeceo, nawet z drugiego końca sali. Dorota, Szefowa szefów, przyszła do mnie na początku zatroskana, że tak siedzę z boku… To był doskonale wygodny bok!

Sobota

Szczecin jest jedynym tangowym miastem na świecie, do którego przybywam i znajduję przestrzeń na coś poza tangiem: obiad rodzinny (mam tu dwie siostry cioteczne z rodzinami, dwie starsze ciocie i chrzestnego, też już nie młodzieniaszka) i spotkanie ze szczecińską czarodziejką Eleną.

Elena zamierza zacząć tańczyć tango. Już nie mogę się doczekać, jak zobaczę rozdziawione oczy i buzie naszych wiecznych tangowych kawalerów z ciągłych odzysków… Jak będą się wokół niej uwijać… Prężyć bardziej lub mniej wątłe torsy… Wciskać stare, wytarte przez inne kobiety bajery…

Po spotkaniach pobiegłam na popołudniówkę.

Grał Michał, który kiedyś był Zorro, teraz ściemnia, że jest El Monje… Taki ma okres w swoim graniu, że to kolejna impreza, na której wyrywa ludzi z butów. No dobra, tańczą w, ale jakby nie mieli, tańczyliby bez, bo przy puszczanej przez niego muzie usiedzieć się nie da. Rozgrzał parkiet do czerwoności. Zagrał taką tandę… że dostał brawa za poszczególne walce i za całość. Wymusiliśmy na nim bis.

Ja już byłam wytańczona.

A tu wieczór dopiero nadchodził…

I rozpoczął go, tak jak w piątek, Francisco Saura, po nim konsolę przejął Luis Cono.

Co to się działo… z krzesłem w tle hehe…

Gracja powiedziała, że zakazuje mi ruszania tego przedmiotu. Chociaż tu akurat nie latałam z krzesłem, a z fotelem… Ale tylko trochę i nie na eleganckiej kolacji, więc przesadza!

Rozmowy odbywały się w różnych konstelacjach fizycznych… Krzesło dało radę!

O północy wjechał tort.

A ja wskoczyłam na krzesło, żeby to filmowo udokumentować. I będzie film! Ale nie teraz. Bo Barocco przede mną, a walizka nie spakowana…

Powyżej fota z Gryfa 2020. Tym razem nie pozowałam do wspólnego zdjęcia, bo nie było na to klimatu i przestrzeni. No i nie było Meg, a jako fotografka tangowych eventów tylko ona rozumie indywidualne do mnie podejście. Meguś, dziękuję za wyrozumiałość i cierpliwość! Jak tylko ta maratonowa nawałnica się skończy, zabieram się za Ciebie!

To jest zdjęcie zbiorowe baj mła. Stałam na krześle 😀 

To nie koniec maratonowych atrakcji. Jak komu mało aktywności tanecznej, to dorzucał fitness 🙂

I streching.

Rysie wpadli, żeby co poniektórych uściskać.

I wydało się: Margarita to największa maratonowa przytulanka!

Nie wszędzie krzesło było kluczowe. Bez niego tez się działo. Na przykład do zabiegów dezynfekcyjnych nie było potrzebne.

Niedziela

To dzień pożegnań, wcześniejszych lub późniejszych. Zagrał Guillermo Monti.

Nie miałam siły zakładać obcasów, na szczęście okazało się, że moje mega zaj…ste adidasy, które córka przywiozła mi ze Stanów, dają radę i nawet pivotować się mogłam. Więc zaliczyłam jeszcze parę tand…

XXI wiek ułatwia cabeceo. Kiedy sobie siedziałam w telefonie, brzdęknął messenger. Dostałam wiadomość:

Tak, wiem: po „b” powinno być „e”… Ale nie czepiam się, przyjęłam 😛 

Tuż po 17.00. zwinęłyśmy się z Moniką na lotnisko, ledwo żywe, ale przeszczęśliwe i wytańczone w dobrej jakości.

Atrakcje dodatkowe.

Było ich trochę 🙂 Na szczęście organizatorzy Gryfa nie wpadają na pomysł, by ktoś rzępolił albo wyjcował. Dla mnie maraton to maraton, a nie cudaczenie. Zwłaszcza że naprawdę nie każdy powinien śpiewać czy grać. Kiedy jadę na festiwal, wiem, że tam wszystko się zdarzyć może (także nieudany pokaz) i wliczam to w bytność. Tu nie ma niebezpieczeństwa łapania się za głowę, zamykania oczu i zatykania uszu.

Rejs statkiem i flash mob

To coroczny punkt gryfskiego maratonu. Djował Adi. Widziałam filmik z flash moba w ubiegłym roku. Oprócz tanga tańczyli takie coś, co miało choreografię i nawet fajnie to wyglądało. Dobrze, że mnie nie było, bo gdyby kogoś podkusiło, żeby mnie na to namówić, to skończyłoby się jak kiedyś na zumbie – ogólnosalową katastrofą: oni w jedną, ja w drugą, a jak chciałam naprawić, to w trzecią, więc oni w czwartą… Jedyny taniec z tych takich, co to jest coś po czymś, który ogarniam, to chacarera, i to tylko w tej podstawowej wersji.

O warsztatach pisałam, że były, TU można podejrzeć.

After Party.

Pietruszka wynajęła boat house i w sobotnią letnią noc zrobiła spęd. Jedni przychodzili, drudzy wychodzili…

Impreza odbywała się na górnym pokładzie, na który trzeba było wtarabanić się po stromych stopniach jachtowej drabiny. Widziałam, jak niejaki Rafał K. pokracznie się stamtąd starabaniał i stwierdziłam, że ja chyba zostanę imprezować na dole.

Najpierw w ogóle miałam problem z wejściem. W dzień to inaczej wygląda. W nocy czarna toń wody robi na mnie wrażenie czarnej dziury… Która mnie zassie… Więc tak trochę podramatyzowałam, ale w końcu weszłam. I uznałam, że drabina przekracza moje możliwości alpinistyczne.

Na dole zostałam sama i mogłam imprezować co najwyżej ze sobą, o suchej twarzy, bo napoje wzmacniające poczucie samozaj…ści były na górze. Rysio, kochany, był gotów znieść stół imprezowy specjalnie dla mnie. Nie lubię sobą absorbować otoczenia, więc wzięłam się w garść i wlazłam na tę górę.

Warto było. Widoki piękne. Na oświetlone Wały i inne jachtowe imprezy, tylko jednopoziomowe.

Powietrze lekkie i świeże… Tłum… Życie!

Zejście nie było dla mnie tak trudne, mimo że drabina robiła wrażenie.

Trzeba sposobem. Rafał K. tarabanił się przodem, a tyłem się śmiga bez problemu.

I nastąpiło dla mnie kolejne wyzwanie: jak trafić z powrotem na maraton..? Ci, co mnie dobrze znają, wiedzą, bo doświadczyli hehe… Ale najpierw: jak trafiłam do Pietruszki? Otóż zostawiła mnie pod opieką. Ale ta opieka, jak wychodziliśmy, jakoś tak za bardzo chciała skandalu i tak się z otoczeniem żegnała, jakbyśmy wychodzili razem. To znaczy: wychodziliśmy, ale nie tak, jakby to mogło być zrozumiane. 
Więc nie omieszkałam oświadczyć, że idę do Pietruszki i wracam. 
Z innym mężczyzną, ale to siła wyższa. Otóż
znowu Rysio okazał się kochany, bo po prostu się ze mną z tej drabiny starabanił i mnie na maraton odprowadził. Bez niego czort wie, gdzie bym trafiła. Moją cudownie fantastyczną cechą jest to, że zawsze idę w innym kierunku. Pod prąd.

A potem wszyscy wrócili i tańczyliśmy do ostatniej tandy. Ja już w adidasach i naszło mnie na prowadzenie. Także chłopaków! Ich skład poszerzyłam o Chucky,ego i było super.

W ogóle to była pierwsza impreza, na której tak dużo tańczyło par męsko-męskich i damsko-damskich tylko dlatego, że taka była ochota, a nie brak.

Spacer nadodrzańskim bulwarem.

Noce były piękne i ciepłe. Po czwartej nad ranem zaczynało świtać. Zwykle rozglądam się za transportem, bo po intensywnym tańczeniu nie chce mi się łazić. Ale tym razem było inaczej. Te moje adidasy mają tajemne moce: nie tylko tańczą, ale także regenerują hehe…

Trochę było ludzi, trochę młodzieży w stanie poimprezowym. Minęłyśmy z Moniką dość głośną grupkę. I dziewczynę w emocjach w związku z tym, że jej chłopak coś tam, ale on nie wiedział, że jest jej chłopakiem, no ale ona wiedziała, że jest, tylko nie chciała mu o tym powiedzieć, więc skoro nie wiedział, to siedział z jakąś inną… Cisnęły się na jej ust korale szewskie słowa. I ta oto dziewczyna zawołała:

– Halo, proszę pań!

Byłam ciekawa, czego chce? A ona… nas przeprosiła, że słyszymy jej przekleństwa.

Nie, młodzież nie jest gorsza, niż byliśmy my. Kiedy sobie przypominam moje młode czasy i to, co wtedy było wyprawiane (niekoniecznie przeze mnie), to ci, którzy narzekają na „dzisiejszą młodzież”, albo mają już sklerozę, albo wypierają, albo żyli w bańce i buntują się oraz rozrabiają, kiedy dopada ich druga młodość.

Bardzo dobry pomysł uchwyciłam, warto go przenieść na nadwiślański warszawski brzeg.

Kodeks Dobrego Bulwarowicza. Czad! Jest instrukcja i ludzie się do niej stosują! Nie ma porozwalanych butelek i petów na każdym centymetrze podłoża. Jest po prostu porządnie.

Stroje.

To jest bardzo ciekawy temat, który opiszę w osobnym wpisie.

Doszłam do jednego wniosku: kobiety przebierają się dla siebie. Faceci często na to narzekają: „Zmieni sukienkę, fryzurę, i nie umiem jej znaleźć…” 🙂 Że gamoń? No tak, ale cóż zrobić. Więc tym razem z Monią zrobiłyśmy eksperyment (ja nawet podwójny) i … Udał się 😀  Jaki? To temat na osobny wpis.

Zazdrość.

Głównie kobiety jej ulegają. To też temat na osobny wpis. Dziewczyny, jeśli coś Was niepokoi, rozmawiajcie o tym ze swoim mężczyzną. W tangu jak w życiu: wiele bab tylko patrzy, żeby wydrapać faceta innej kobiety pazurami. I to się dzieje. ALE! Naprawdę nie wszystkie takie są. Naprawdę.

Podróż tak w ogóle.

Lubię Okęcie 😀

Kontrola niby bezpieczeństwa na naszym lotnisku to dla mnie zabawa w kotka i myszkę: kotkiem są kontrolerzy, myszką moje kosmetyki. Kiedy jadę na weekend, nie ma takiego problemu, chociaż i tak się nie mieszczę w worek 1000 ml. Moja myszka ich przechytrza. Kocury działają schematycznie, nie są czujne. O czym to świadczy? O automatyzacji. Wszystko, co wychodzi poza ich schemat, jest przez nich nie do ogarnięcia. Chcesz wiedzieć, jak się to robi? Czasami potrzebne są atrybuty, ale można poradzić sobie bez nich. Na prywatne korepetycje zapraszam na priv. Lekcja: kosztuje stówę na rzecz ratowanych psów przez naszą tangową Dorotkę Wandrychowską. A ci, którym zdradziłam metodę za darmo, też tę stówę mają wpłacić 🙂

Zamieszanie.

Jako rasowa uraniczka (nie wiesz, co to? Nie idę z tobą do łóżka! 😛 ) jakoś tak mam, że mimo mojego społecznego wycofania, biorę udział w różnych zamieszaniach. Niektórzy imputują, że to ja je tworzę… Foch!

Wylot w piątek o 20.00. W czwartek ok. 23.00. zorientowałam się, że kupiłam bilety na busa z Goleniowa do Szczecina na 10 minut przed wylądowaniem naszego samolotu…

Monia jakoś tak jest bardziej ogarnięta w temacie biletów, chociaż w jej podróżach załatwia to mąż. Szybko wynalazła stary dobry PKS, który miał nas zabrać 15 minut po wylądowaniu.

Monia kupowała bilety i odprawiła nas elegancko elektronicznie.

Bording.

Patrzę, a tu jedna pani daje oznaczenia na zabranie bagażu podręcznego do luku. No nie… Nie mamy na to czasu. Mówię Moni: chodź tu ze mną, ta pani nas puści z bagażem. No i „moja pani” usłyszawszy, że mam busa 15 minut po wylądowaniu, powiedziała: ok. Monia nie posłuchała i poszła do innej pani, która stwierdziła, że przecież nie odbiera z taśmy, tylko z luku… Ale to trwa! Jak sobie poradzić? Kolejna lekcja za stówę na psy Dorotki. Za darmochę użytecznej wiedzy nie oddaję, o!

Monia siedziała na przodku, ja na kompletnym tyłku. Samolot miał opóźnienie ze względu na over booking – dobrze jest się odprawiać o właściwej porze… Linie sprzedają więcej biletów niż jest miejsc i potem rzeźbią. Dlatego bardzo byłyśmy zmotywowane, żeby na dobę przed powrotem od razu się odprawić.

Ale na razie jesteśmy przy wylocie. No więc mówię do Moni: grzej z walizką (nie w luku, nie pozwoliłam na to) przed lotnisko, może kierowca zaczeka na opóźniony samolot.

Monia poleciała. Czekał.

Droga powrotna – tak dałyśmy się uwieść Gryfowi, że… zapomniałyśmy o odprawie. Monia się ocknęła o ósmej rano i… Udało się. Nawet dostałyśmy miejsca obok siebie. I okazało się, że nie był to kukuruźnik z masakrycznymi śmigłami na wierzchu, więc w 9. rzędzie wróciłyśmy komfortowo do Warszawy.

Żegnaj, Gryfie, na rok!

Tak, przyjadę. Nie wyobrażam sobie inaczej.

Biedrusko 2021 – encuentro

Czekałam na ten wyjazd.

Encuentro, czyli spotkanie. Co w tym nadzwyczajnego – pisałam o tym TU.

A organizator, Michał Kaczmarek, pięknie napisał TU. Zarezerwuj czas, zaparz kawę czy herbatę… Może przeczytasz przy kieliszku wina..? Jeżeli jesteś tangowym zapaleńcem, warto zgłębić temat i NIE mylić formuły encuentro z innymi formami tangowych eventów.

Atmosfera.

Rewelacyjna. Nie rozumiesz przekazu foty? Nie rozumiesz konwencji.

Na encuentro przyjeżdżają ci, co chcą zasmakować nowych abrazos, więc panowie nie boją się nieznajomych pań. Oczywiście dawne znajomości też bywają bardzo przyjemnie odświeżane. Dzięki temu, że poza przepiękną salą do tańczenia jest duża strefa relaksu (wewnątrz i na zewnątrz), poza parkietem można się integrować, zapoznawać, żartować, flirtować, zwodzić i uwodzić… Beatek chyba ze cztery razy chciała wyjść za mąż, zwłaszcza w sobotnią noc…

Zawarłyśmy wiele fajnych znajomości. Gorąco pozdrawiamy Gosię i Agnieszkę z Poznania! Kolejne super dziewczyny. P.S. Dziewczyny super, ale Beatek chciała wyjść za mąż tradycyjnie.

Sala i parkiet.

Sala przepiękna. Nieduża, w sam raz. Po jednej stronie podążające, po drugiej liderzy – co widać na zdjęciu powyżej.

Ale to było takie nowoczesne encuentro, bo prowadzące dziewczyny tańczyły z podążającymi dziewczynami (chłopaków podążających nie było albo się nie ujawnili). I to świadczy o tym, że kobiety po prostu lubią tańczyć z kobietami, bo tu prowadzących nie brakowało i byli chętni. Ja jako prowadząca nie występowałam, ale w tandzie z Ewą zdarzyło nam się zamieniać rolami.

Parkiet rewelacyjny – jak dla mnie.

I dalej jest dla miłośników tekstu, bo nie mam czasu na wstawianie zdjęć.

Rewelacyjne zrobiła Małgorzata, , na fejsie Małgorzata Sobczak Photofraphy – zajrzyj.

Muzyka.

Każdy Tango DJ ma swoją strategię. Każdy gra inaczej. Tu byli: Francisco Saura – to on zainspirował organizatorów do zorganizowania encuentro w Polsce; Luis Cono – stały lubiany bywalec polskich eventów; Lechosław Hojnacki – klasa… Obie z Beatkiem go kochamy; Esteban Mario Garcia – także stały bywalec polskich imprez; Michał… Teraz mówi, że jest „el Monje”, a widzę, że muzycznie „Zorro” nie śpi…

Tandy.

Nie było złej. Jak encuentro, to umieją. Tyle że nie ma szaleństwa na zewnątrz. Nóżki przy ziemi, bliskie objęcie, bez szarżowania. Ale w parze może się dziać, oj może, bez fikołków. Czyli że tak całkiem bez bolełków i ganczów? No nie… Było… w kąciku. Pod koniec imprezy. Kiedy jest przestrzeń. Niektórzy próbowali jawniej (ojjj. Bombero niegrzeczny…), ale Francisco szturchał i nakazywał „romantico”!

Uczestnicy.

Była nas setka, bo taką pojemność ma pałac. Spaliśmy wszyscy w jednym miejscu. To znaczy: w pałacu, nie w łóżku rzecz jasna. Oprócz nas, Polaków, byli ludzie z Litwy, Łotwy, Estonii, USA (ojjj… jakie miałam tandy…), Szwajcarii, Holandii, Danii, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Niemiec, Szwecji, Chile i Argentyny. Wszyscy chcemy jesiennej edycji!

Kolacja.

Jest ważnym wspólnym akcentem. W którym z „moją dziewczyną” nieco się pogubiłyśmy… Najpierw o idei: wszyscy uczestnicy spotykają się o określonej godzinie przy stołach, najczęściej 10. – 12. osobowych, by biesiadować w gronie tych ulubionych lub by zawrzeć nowe znajomości. Bardzo fajna formuła.

Skoro blog jest osobisty, czas na osobistą historię:

Pozory mylą.

Ja Wam piszę o różnych hopsztosach, bo lubię pisać. Ale w interakcjach jestem oszczędna. Wolę obserwować, może to potwierdzić i Jolandka, z którą odbyłam mnóstwo podróży, i Beatek. obie towarzysko lubią działać bardziej niż ja. Zamieszanie, niech się dzieje…

No i taka sytuacja: poszłam do pokoju z nadzieją, że Beatek wybierze nam miejsca, przyjdę na gotowe i się dosiądę. A tu telefon: „Wszyscy siedzą, ja stoję w korytarzu i czekam na ciebie, bo nie wiem, gdzie usiąść!”. Myślę: e tam, ściemnia, żebym szybciej przyszła, na pewno z kimś gdzieś już siedzi. Schodzę. Beatek… w korytarzu! Prawie wszyscy już są, miejsca bardzo zajęte… Wkraczamy. Organizatorzy, czyli Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek, eleganccy, pogodni witali nadchodzących gości. Mieli dobre intencje, by nam pomóc w wybraniu miejsc. Ale nie dostali takiej szansy.

Chodźcie do nas!

Rozległo się z jednego stołu. No to poszłyśmy. „Do nas chodźcie!” – pomachał do nas drugi stół (ludzie, rzecz jasna, stół nie macha). Przy pierwszym nie było wystarczającej ilości krzeseł, więc zabrałam z drugiego stołu, no ale drugi też nas chciał, więc wróciłam, a potem pierwszy był bardziej stanowczy, ale drugi wjechał na sumienie… I ja z tym krzesłem od jednego stołu do drugiego… Sala patrzy… Beatek lata za mną… Albo odwrotnie: ona przy pierwszym, ja przy drugim… Kątem oka zauważyłam organizatorów oczy: jak spodki. Ale znieśli to dzielnie i z godnością heh. Te ich oczy spowodowały, że została podjęta decyzja: kolacja przy stole numer dwa, bo jest luźniej i nie trzeba się ściskać, na deser pójdziemy do jedynki!

Okazało się, że nie byłyśmy ostatnie. Przyszło jeszcze kilka osób w różnych liczebnych konfiguracjach. Byłam pełna podziwu, jak Agata i Michał sprawnie znajdowali im miejsca. Nie omieszkałam podziękować za stoicki spokój, kiedy robiłyśmy zamieszanie. Michał się uśmiechnął i powiedział: „Jak zwykle”. Ooooo! Nieprawda. Dementuję. Zwykle zamieszania nie robimy!

No chyba że takie małe, nic nie znaczące i prawie niezauważalne…

To była moja pierwsza impreza pod kilkoma względami.

Piątek i noc z piątku na sobotę – cudowna! 30 stopni. Nawet o drugiej w nocy. Ja kocham, mnie nie przeszkadza. generalnie mało się pocę, nie używam wachlarza. Tym razem po raz pierwszy poczułam, jak wzdłuż kręgosłupa pod sukienką cieknie mi pot. Co ciekawe: w sali też było gorąco, ale nie duszno. Powietrze nie było wilgotne, dlatego mimo że wszyscy byli mokrzy, nikt nie jęczał i wszyscy byli zadowoleni z atmosfery.

Noc z soboty na niedzielę – jakieś 15 stopni mniej. Zimnooooo…. Ale w sali super.

Pierwsze razy.

Pierwszy raz byłam w Biedrusku. Chcę wrócić.

Pierwszy raz nie tańczyłam w niedzielę. Moje stopy mniej intensywnie tańczyły w czasach współczesnych, więc po przetańczonych godzinach w piątek, popołudniówce w sobotę i nocy, powiedziały: NIE!

Po raz pierwszy wracałam inaczej niż przyjechałam.

Po raz pierwszy miałam tandy inne niż zwykle. Tak, każda jest inna, ale tu były bardzo inne…

Po raz pierwszy poszłam w pałacu na śniadanie w piżamie, która moim zdaniem wygląda na strój fitness. Ale Beatek mówi, że jej doniesiono, że nie byłam w stroju fitness, tylko w piżamie. Podglądacze, ot co!

Pałac w Biedrusku.

Wjeżdżając na parking, widzimy, że ma coś wspólnego z armią. Tą dawną. Bynajmniej nie z czasów napoleońskich, ale nie ze współczesnych. Pojazd pancerny, samolocik… I u wejścia schody, a my z walizami… Wyjazd od piątku do niedzieli, ale bagaż miałyśmy ponad standard, bo Beatek po wszystkim grzała na obóz do Jarnołtówka, więc była spakowana na 10 dni, a ja, mając wracać pociągiem z Poznania, uznałam, że po co mieć trzy tobołki, lepiej zapakować w jeden większy.

Schody.

Znaczący element każdego pałacu. Kiedy jęknęłyśmy na widok tych pierwszych, na horyzoncie pojawił się wybawiciel… Z nieba tak jakby, normalnie. My ledwo tachałyśmy każda swoją walizę, a on wziął obie i pognał do recepcji, że ledwo za nim nadążyłyśmy. Ojjj… Są silne chłopaki w tym naszym tangu… Mam dobre serce. Więc z jednej walizy uwolniłam naszego wybawiciela, wręczając ją drugiemu bohaterowi, spotkanemu przy recepcji…

Jeśli chodzi o feminizm – to jest wolność wyboru. My dźwiganie ciężarów z rozkoszą przekazujemy panom. Z dużą rozkoszą.

Pokoje.

Są różne, jak to w pałacu. My miałyśmy na drugim piętrze i okazało się, że rok wcześniej… Ale ma być o tym roku. Więc pokoje były, afterki w nich też, a jakże. A pałacowe zakamarki… Baaardzo nastrojowe i klimatyczne.

Wady imprezy.

Nie ma. Obiekt troszkę. Pałac ma zapach peerelowskiej stołówki, ale to nie jest wina organizatorów i reszta ABSOLUTNIE rekompensuje tę jedną niedogodność, odczuwaną tylko przez węchowców.

Zapowiedź: VI Gryf Tango Marathon VIP Edition

Chcę tam być!

I będę.

Szczeciński Gryf Tango Marathon ma wyrobioną markę.

Wszelkie informacje znajdziesz na stronie.

Gdybym miała opisać w skrócie, dlaczego warto tam być, to:

* organizatorzy, czyli Dorota i Adrian Grygier oraz Gracja i Rafał Kołodzieczyk (tak, wiem, polskie nazwiska się odmienia, ale tak mi ładniej brzmi i już) – dbają, by wszystko przebiegało bez zakłóceń, są otwarci i sympatyczni, dostępni dla uczestników i bawiący się razem z nimi;

* miejsce – w ubiegłym roku organizatorzy przenieśli imprezę do sali na parterze. Jest przestronnie, wygodnie, klimatycznie w nocy i w dzień (lubię, kiedy sala inaczej żyje w czasie popołudniowego tangolonka, a inaczej nocą i tam tak jest). Dostępna jest strefa relaksu na zewnątrz (ławy i parasole), a widok na Wały Chrobrego robi wrażenie;

* organizacja – wzorowa. Gościnność, wygoda gości, bufet, atmosfera – świetne. Wiadomo, że tak oceniasz imprezę, jak się bawisz. Na niektórych brakuje klimatu, energii, tego „czegoś”, miejsce jest nieadekwatne do ilości ludzi albo duchota powala. Tu nie ma żadnych niedogodności i chociaż nie nocuje się w miejscu maratonu, to przemieszczanie się urokliwym nabrzeżem w piękną letnią noc lub popołudnie ma swój urok;

* balans w każdym znaczeniu. Zarówno płci, jak i stosunku stałych bywalców do świeżej krwi. I fajnie. Zawsze to fantastycznie spotkać znane abrazos, ale też przyjemnie jest odkrywać te nowe.

* dodatkowe atrakcje, takie jak rejs po Odrze, mini śniadanie dla najwytrwalszych, dobre jakościowo koszulki maratonowe, personalizowane ceramiczne kubki (niby takie same, ale jednak różne)…

Ekipa djska jest zacna, w tym roku tylko męska (Francisco Saura, Dariusz Bekała, Luis Cono, Michał El Monje – znany wcześniej jako El Zorro :), Santiago Buonomo, Adrian Grygier).

Dla mnie wyjazdy mają szczególne znaczenie. Kiedy jestem daleko i włącza mi się out of the box, inaczej funkcjonuję. Nie mam wpływu na pozostawioną prozę życia, więc nie pochłania ona mojej energii, którą mogę, chcę i uwielbiam kierunkować na tangowe doznania.

Czekam z utęsknieniem.

Encuentro w Biedrusku – o matko…

Czekam na ten wyjazd.

Encuentro, czyli spotkanie. Nic nadzwyczajnego – przecież w tangu chodzi właśnie o to. Ale ta formuła zarezerwowana jest dla określonego rodzaju spotkania. Kobiety z mężczyzną. Każde w swojej roli. W bliskim objęciu – czyli bez szarżowania w poprzek parkietu. Z zachowaniem rondy. Bez desantu, czyli wyciągania łapy po kobietę.

Mirada i cabeceo.

To podstawa zapraszania do wspólnego spotkania przez 12 minut miłości na parkiecie. Wyszukujemy się wzrokiem, uśmiechamy, skinienie głowy jako potwierdzenie, i… Kobieta siedzi na tyłku, zanim mężczyzna, przyszpiliwszy ją wzrokiem z drugiego końca kraju, nie stanie DOKŁADNIE przed nią.

Łatwo o pomyłkę.

Zdarza się, że dwóch panów odczytuje zaproszenie siebie do jednej pani. Częściej jednak to kobiety chcą zawładnąć nie swoim cabeceo. Wyrywają się przed szereg. Ale na takich imprezach jak encuentro, panowie są doświadczeni i świadomi. Utrzymują kontakt wzrokowy z wybranką, więc ta nie wybrana nie ma szans. To właśnie świadczy o dojrzałości tangowej: nie z tobą chciałem, więc nie z tobą tańczę.

Biedrusko to wyjątkowe miejsce.

Tak zameldowały służby operacyjne, które są sprawne, bystre i raportują, jak jest. No i tam jest tak, jak najbardziej uwielbiam: wszystko w jednym obiekcie. Śpimy, jemy, tańczymy. I feromony buzują, oj… podobno buzują. I dobrze. W końcu tango to tango, pierwotne jego założenie jest takie, że panie mają być zadowolone…

Będę tam po raz pierwszy.

Wydarzenie nie było jakoś specjalnie reklamowane, dlatego przypuszczam, że po poprzedniej, bardzo udanej edycji, jest już full. Ale może jeszcze jakieś miejsce się ostało? Pytać organizatora. Osobiście mam tak, że ponieważ nie da się być wszędzie, wybieram imprezy dość starannie. Osoba organizatora ma dla mnie znaczenie. Etyka, lojalność, solidarność. Patrzę na to wszystko.
I wdzięczność. Nie ma na świecie nikogo, kto by wszystko zawdzięczał tylko sobie.
A w tangu ZAWSZE zawdzięcza się innym.

Jaram się!

Uwielbiam takie tangowe warunki. Mam to szczęście, że bywam na imprezach, które z czystym sumieniem mogę dobrze opisać. I wiem, że Biedrusko też się w to wpasuje. Wiem, bo moja wiedźmia intuicja mnie nigdy nie zawiodła.

P.S. Kolejny wpis bez zdjęć. Nie znalazłam takich, które chciałabym Ci pokazać. Guglowskie – nie mam praw do użycia, ale obiekt możesz obejrzeć TU. Dzięki R. (nie mam w moim wordpressie emotikonki serduszka, a bym dała cmok cmok).

P.S. Naprawdę dotarłaś/łeś do końca bez obrazków? Jest nadzieja… 
Serdecznie Cię pozdrawiam i jak zostawisz jakąś reakcję, będę wiedziała, że mam po co pisać 😀 

Tango pod Żaglami 2021

Co to się będzie działo!

Po okresie zminimalizowania aktywności tangowych następuje rozkwit.
Tu, w tym miejscu tekstowym, były napisane przeze mnie moje (no przecież nie czyjeś) przemyślenia odnośnie pandemicznych wynurzeń, ale je usunęłam
(żałuj! Piękne były me przemyślenia… I jakie kwieciste…).

Nadchodzi piękny czas!

Jaram się lipcem i do lipca ograniczę ten wpis. A właściwie do maratonowych lipcowych imprez, bez uwzględniania obozów. Czemu tak? Bo to mój wpis i tak mi się chce. Ach… Uwielbiam zmieniać zdanie. Wpisy będą pojedyncze, chronologiczne, codzienne. Nigdy tak nie było…

Co do ogółu – wychodzi na to, że KAŻDY weekend będę miała zajęty! Sorry, trzecia książko (czwarta, piąta i szósta też), filmie, adaptacjo i… (no… Ty już wiesz, Ty…) – nie będę zbyt dyspozycyjna, a właściwie nie będę dyspozycyjna wcale. Siła wyższa, czyli imprezy tangowe, że hej…

Teraz o pierwszej:

Tango pod Żaglami

Pietruszka jest niemożliwa. Wymyśliła takie coś, bo sama jest sternikiem i kocha żeglować. A ja kocham żeglowanie jak pies sałatę (hmmm… Moja Miniutka uwielbia wszystko, zwłaszcza ogórki Moniki B., więc to chyba nie jest trafne porównanie). Pietruszka robi imprę na całego! W dzień włóczą się po jeziorach, wieczorem tańczą na milongach. W tym roku będzie ich prawie czterdziestka, więc warto na milongi wpaść (a goście się zapowiedzieli, więc będzie się działo!). Tangowi dje są zacni:

TDJ Roberto La Barbera „El Panormo” (Italy/PL);

TDJ Fernando Romero Chucky (Arg/PL);

TDJ Mateusz Stach (PL, Brzeg);

TDJ Marta Zatarska (PL, Szczecin);

TDJ Anna „La Pola” (PL, Bielsko-Biała) – debiut!!! Nie, nie didżejski. Pseudonimowy!
O pseudonimach pięknie pisze Luis Cono, jego posty są ilustracją wtorkową grupy „Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie?” w sekcji #dokształcanie

Cymesik: gościnnie Milonga Kapitańska na zakończenie Tanga Pod Żaglami TDJ Krzysztof Rumiński PL, Toruń.

Gdzie i kiedy konkretnie? Anno, dawaj rozkład jazdy! Mnie korci, żeby jakoś tak trochę wpaść… Może piątek – sobota w lipcu..?

No i Belltango… Anno… Ten deszczyk w słońcu… Co prawda w mojej historii był park, ale może zmienimy na… przyportowy park…

Tango pod Żaglami

26.06. zbiórka, 3.07. koniec. Milongi. Jeju… Korci mnie ich odwiedzić…

P.S. Mówi się, że jesteśmy generacją obrazkową, że nie umiemy czytać do końca. Kto jednak dobrnął – poproszę reakcję w postaci serduszka heh 🙂 

Tantra – ki czort?

Spotkanie ciał i energii tu i teraz.

Co to jest tantra? Mnie kojarzyła się z seksem dla leniwych: nie chce im się ruszać, to sobie tak poleżą, dorabiając do tego egzotyczną filozofię hehe…

O, jakże się myliłam.

A że lubię poszerzać horyzonty, to kiedy przyszła do mnie możliwość sprawdzenia, o co chodzi – weszłam w to.

Tantra dla par.

Informacja o warsztacie spłynęła na Facebooku. Obejrzeliśmy wywiad z prowadzącymi, posłuchaliśmy, jak o tym mówią, poczuliśmy ich energię i zapadła decyzja: robimy. 

Ruch, dotyk, dźwięk.

To najprostsza i najtrafniejsza definicja tantry. Do tego dokładamy uważność tu i teraz i otwieramy się na doznania. W tangu zamiast o dotyku mówimy o objęciu. Reszta się zgadza. I warto pamiętać, że można dotykać nie tylko dłońmi. 

Dotyk z poziomu głowy, lędźwi, serca.

Na co dzień nie myślimy o tym, że możemy dotykać w różny sposób – siebie lub partnera/partnerkę. Dotyk – moim zdaniem to ten zmysł pozwala na poczucie szczęścia i zjednoczenia, ze sobą lub drugim człowiekiem. Ludzie dbają o samochód, jeżdżą na przeglądy, wykupują drogie ubezpieczenia, a kompletnie zaniedbują swój podstawowy pojazd, dzięki któremu mogą podróżować po świecie materii: ciało. Nie dbają o nie, nie doceniają jego możliwości i przydatności, a wręcz niezbędności w mistycznych doznaniach. Często zostają w dotyku na poziomie głowy. Czasem uruchamiają dotyk z poziomu lędźwi. A magia jest wtedy, kiedy umie się dotykać z poziomu serca.

Dotyk według żywiołów.

Rewelacyjne doświadczenie i poszerzenie świadomości. Ja akurat jestem bardzo wodna i powietrzna, ale uwielbiam elementy ziemi i ognia, oj tak… Mając świadomość, można urozmaicać swoje doznania. I emocje. To zdecydowanie wzbogaca zarówno jednostkę, jak i parę. Powiem więcej: nie mam wątpliwości, że podnosi wibracje całego świata.

Brak dotyku = brak szczęścia.

Kobiety mają łatwiej: głaszczą swoje ciała chociażby balsamując je po kąpieli. Czeszą swoje włosy. Wklepują kremy. Panowie pozbawiają się tych rytuałów – pewnie przez to są bardziej podatni na choroby cywilizacyjne. Moim zdaniem całe zło tego świata wynika z tego, że ludzie są niedokochani, niedopieszczeni, niewydotykani. Dlatego warto te zaległości nadrabiać. Czasy takie, że dużo osób żyje w pojedynkę. Tu akurat były warsztaty dla par, jednak myślę, że tantra może także zaopiekować się singlami. I jak się nie ma kogoś, z kim można w parze, to warto zacząć od siebie. Ludzie mają kompleksy, zaburzone poczucie własnej wartości, szukają szczęścia na zewnątrz – a to nie tędy droga. Jeśli nie akceptujesz siebie, nie wymagaj, by kto inny w pełni Cię akceptował.

Umiejętność dotyku.

Z moich obserwacji wynika, że cała masa ludzi nie umie dotykać. W naszej kulturze ciało kojarzone jest z grzechem lub próżnością. Ludzie mają kompleksy. Boją się fizycznej bliskości, mając zakodowane, że to coś złego. Jestem pewna, że wyprzytulane, wygłaskane dzieci łatwiej sobie radzą na polu relacji w życiu dorosłym. Dlatego zimny chów nie ma racji bytu. Nie jestem idealną matką. Jestem bardzo nieidealna. Ale to, co moim dzieciom dałam, to tyle dotyku, ile potrzebowały. Mogą tego nie pamiętać, jednak jak patrzę na mojego syna, w jaki sposób dotykowo traktuje swoją żonę i ich dziecko, jestem spokojna o ich szczęście.

Tantra jest intymna.

Pobudza erotyzm. Wakacyjna przygoda seksualna o świcie na plaży może wcale nie być intymna, ale spotkanie tantryczne bardzo jest. Od indywidualnej otwartości, a także umiejętności stawiania granic zależy, czy ktoś, kto nie ma swojego osobistego partnera, będzie w stanie „sparować się” tylko na taki warsztat. Granice – ważny temat! To, że czegoś nie chcę lub nie lubię, nie oznacza, że nie chcę i nie kocham partnera. On też może czegoś nie chcieć tak w ogóle lub w danym momencie i wcale to nie oznacza, że nie chce mnie. 

Dla mnie tantra to doskonałe podejście do rozwijania bliskości.

Do przejścia na głębszy poziom relacji. Do pełnej akceptacji siebie i partnera/partnerki. Do poczucia pełni jako jednostka i jako para.

Ludzie są ze sobą z różnych powodów.

Kochanie wcale nie bywa tym głównym. Czy można podgrzać nieco ostudzoną relację? Odpowiedzi pewnie będzie tyle, co par. Bywa, że po latach ludzie do siebie wracają i czasem okazuje się, że warto, a czasem, że to błąd. Z doświadczenia zawodowego i osobistego mogę powiedzieć, że jak już się przejdzie pewną granicę, to jest się gdzie indziej. Ale jeśli się na tej granicy stoi, to taki warsztat może spowodować nowe, świeże spojrzenie. Na siebie i na tę drugą osobę, a także na relację.

Co tam się działo?

Prowadzący, Hania i Tomek, wyjaśniali, demonstrowali (w ubraniach), po czym zostawiali czas, by pary, które były w zaciszu swojej alkowy, mogły popróbować, „jak to jest”. Są nagrania (ich, uczestników nie), można do nich napisać i wykupić dostęp.

3 x 2 godziny na żywo.

Taka była formuła, ale naprawdę spokojnie można sobie przerobić całość w dowolnym czasie. Do czego zachęcam. Nabywa się nowej jakości w poszerzonej świadomości. Bezcenne w dzisiejszych zwariowanych czasach. Warto szukać przyjemności tam, gdzie jest na wyciągnięcie ręki: w relacji ze sobą i bliską osobą.

Człowiek potrzebuje drugiego człowieka.

Tak po prostu jest. Jeśli ta potrzeba może być zaspokojona w dobrej jakości relacji, to warto po tę jakość sięgnąć. Oczywiście to nie jest tak, że wszyscy źle dotykają. Ja na tych warsztatach uświadomiłam sobie, że dotykam tantrycznie 🙂 Ale też lubię być dotykana, umiem przyjmować i dawać. I o to chodzi: o różne doświadczanie tu i teraz. A przyjemność jest bonusem.

Tantra to nie tylko seks.

On oczywiście jest naturalną składową wynikającą z intymnego, erotycznego kontaktu fizycznego. Jednak tantra to coś więcej. Dotyk tantryczny wcale nie musi być seksualny i erotyczny. Za to na pewno jest uważny i świadomy.

Mówi się: dobry/dobra w łóżku” – co to znaczy? Moim zdaniem wcale nie chodzi o ekwilibrystykę podczas bzykania na żyrandolu, a o jakość dotyku, jego dawanie i przyjmowanie. To składa się na sensualność i erotyzm. Wygibasy to wygibasy, nic sensualnego w nich nie ma.

Tantra to przepływ.

Jesteś dla mnie ważny/ważna, ale ja także jestem ważny/ważna dla siebie. Kiedy mi dajesz, to moje ciało Ci pokazuje, jak to na mnie działa. Kiedy ja daję Tobie, pokaż mi, jak to odbierasz. Bycie aktywnym jako dawca i biorca – to tak jak w tangu bycie aktywnym jako prowadzący i podążająca: jazda walcem albo przesuwanie szafy gdańskiej jest bardzo mozolne i mało fascynujące.

Po co to wszystko piszę?

A po to, że mam taką moją życiową misję dzielenia się tym, co uważam, że wzbogaca nasze życie. Warsztaty z Hanią i Tomkiem w tę misję się wpisują. Niezależnie od wieku (pod warunkiem pełnoletności heh), urody, profesji itp., warto się rozwijać właśnie w obszarze relacji. Wiele związków więdnie, kiedy dotyk z poziomu lędźwi nie przechodzi na poziom dotyku z serca. Fascynacja się kończy, któreś (lub oboje) stygnie, dopada nuda i finito. A może wystarczy wiedzieć, jak się świadomie dotykać..

Milabo – tu zajrzyj 🙂

P.S. 1 W lany poniedziałek przyszła do mnie taka grafika, na którą koleżanka zareagowała: „TO z tantrą raczej nie ma nic wspólnego”.

Otóż wszystko może być tantryczne. Takie zabawy są w żywiole ognia. Kwestia wzajemnych upodobań, granic, uważności i świadomości. Czyli nie łapiesz za bacik i lejesz, bo „Cię poniosło”, tylko robicie to, bo wspólnie daliście na TO zgodę, mieści się w Waszych granicach i świadomie chcecie takich właśnie doświadczeń. Jeśli jedna strona chce, a druga nie, wtedy to nie ma z tantrą nic wspólnego.

P.S. 2 W moich książkach jest trochę erotyzmu… 🙂 UWAGA!

Obydwie możesz zamówić u mnie! 

„Pasja budzi się nocą” – psychologiczna komedia thrillerowata –
na faktach!

„Przenikanie” – uuuu… Gruby kaliber. O tym, że każdy ma sekrety, które wychodzą z cienia i że te niby proste relacje potrafią się pokomplikować, zwłaszcza relacja matka – córka i partnerska.

Chcesz? Pisz priv na fejsie albo na tangoteamo8(dat)gmail.com

I World Gym Tango Challenge – Ustroń 2021

Wszystkie zamieszczone zdjęcia by Alicja Kajdrys
Aliszja Ka photography

Trening odbywał się zgodnie z wytycznymi:
podczas treningu zawodnicy bez masek, poza obiektem – w maskach.

Dawno udowodniono, że przetrwa wcale nie najsilniejszy ani nie najmądrzejszy, a ten, który jest elastyczny i potrafi dostosować się do warunków.

Miał się odbyć Beskid TANGO Marathon 7th Winter Edition.

Ale czasy są, jakie są. Przepisy się zmieniają w zależności od nie wiadomo czego. Po zmianach terminów (nie raz i nie dwa!) podyktowanych zamknięciem hoteli wypatrywałam, co też Anna P. wymyśli. Cóż za ekscytujące przeżycie! Jak kto umiał poluzować gumę w gatkach, to taka zgaduj-zgadula: odbędzie się czy nie? – mogła urozmaicić szarą codzienność. Może niekoniecznie organizatorom (nie mieli humorów jak Amerykanie podczas świątecznej loterii), ale emocje były.

Organizatorzy nie poddali się.

W końcu tango to absolutnie sport wyczynowy. Każdy, kto wytrwał dłużej niż 3 lata, zalicza się do kadry reprezentacyjnej. Są wśród nas także mistrzowie, a co! Zatem żeby towarzystwo w pandemii nie utraciło formy, konieczne jest organizowanie wyjazdowych treningów sportowych. Bez udziału publiczności. Halowe Mistrzostwa Europy w lekkiej atletyce też się tak odbyły (Polacy zdobyli 10 medali: 1 złoty, 4 srebrne i 5 brązowych), więc i formę w tangu trzeba trzymać.

Zawodnicy rozumieli powagę sytuacji i absolutnie się do niej dostosowali.

Są tacy, co należą do tangowych kółek artystycznych i co tydzień trenują choreografię czirliderską na Mistrzostwa Polski Taekwondo, biorą udział w próbach do spektakli lub uczestniczą w przedstawieniach z udziałem publiczności (wolno), ale sport to sport, trening to trening. Ja tam wolę się mocno wytrenować. Wtedy wiem, że żyję.

Rozpoczęliśmy w czwartek.

Normalnie to by się nazywało pre-party, a tak to chyba był przedtrening do treningu głównego. Dojechałyśmy, jak już zawodnicy byli rozgrzani i wykazywali się świetną kondycją. Pierwsza moja treningowa tanda odbyła się w kooperacji polsko-włoskiej. Co to był za czaaad… Roberto jest także świetnym TDJ-em i był podczas treningu jednym z trenerów. Gra tak jak tańczy: cudownie. Po Wielkanocy spodziewajcie się, że w pewną sobotę przeprowadzi Was po ścieżkach parku Krasińskich. Tak samo jak drugi znakomity tancerz, który także umie zacnie drużynę przetrenować. Ayad zwany Eddim także się szykuje, więc zaglądajcie do grupy „Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie” – tam z wyprzedzeniem zapowiem, co i jak.

Trening to trening: nóżka do przodu, nóżka do tyłu i raz, dwa, trzy…

Piątek był dla mnie najbardziej energetyczny.

Wiecie, jak to jest: na tyle dobrze trenujesz, na ile dobrze trenujesz. To był dla mnie mega intensywny i energetyczny trening. Taki, jak lubię.

Zawodniczka w pełni przygotowana do startu.

Balans.

Ponieważ ze względu na obostrzenia i wymysły władz nie był to typowy maraton, standardowe procedury maratonowe nie były do końca zachowane. Sportsmenki były tak stęsknione treningu wyczynowego, że w ostatniej fazie przyjmowania były informowane, że jest ich więcej.

Prowadzące panie to coraz częstszy widok. I to jak prowadzące… I robią to nie dlatego, że nie są proszone. Ta była rozchwytywana: młoda, piękna, zgrabna, świetnie tańcząca. A jak prowadzi… 

NIE balans jest najważniejszy.

Nie to powoduje: trenujesz, dziewczyno, czy nie. Bo jak jest balans, a nie ma tych, z którymi panowie chcą trenować, to i tak nic z tego: siedzą, piją napoje (d)regeneracyjne i pożytku z nich nie ma. Jak jest tłok, a są moi ulubieni partnerzy i chcę z nimi potrenować, podejmuję aktywność i tyle (damska aktywność to osobny temat, w sam raz do „Tangowych obyczajów” – będą, ale później, zarobiona jestem nowym pomysłem, szczegóły niebawem). Natomiast niestety prawda jest taka, drogie zawodniczki, że:

To panowie lubią balans.

Tak mi wynika z rozmów z nimi. Jak jest nas trochę więcej, to im nie przeszkadza, ale jak jest babiniec, czują się przytłoczeni i nagabywani. Powiecie: biedaczki. Tak, oni też mają problemy z asertywnością. Tak jak kobiety nie umieją odmówić niechcianej tandy, tak i panowie się krępują nadaktywnością niektórych pań. Na szczęście większość jednak nie jest nadmiernie ekspansywna, co pozwala na dobre wykorzystanie energii.

Bo w sporcie chodzi o to, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Sobota – to był czad.

Frekwencja treningowa większa niż w piątek. Ponieważ moje stopy odwykły od tak intensywnego treningu, zwolniłam trochę obroty. Mogłam się oddać życiu sportowemu w nieco innym wymiarze, które na takich treningach o pewnej porze zaczyna być aktywne.

To jest cudowny aspekt zgrupowania kadry: intensywny trening, ale i spotkania z dawno nie widzianymi zawodnikami.

Nasza Dorotka Wandrychowska, która ratuje najbiedniejsze psy z biednych, przywiozła piękne kalendarze, z których całkowity dochód poszedł na ich rzecz.

Trenerzy mieli stanowisko dowodzenia na podwyższonej scenie. 

Czujnie patrzyli, czy zawodnicy trenują jak należy, zgodnie z kunsztem zawodników wyczynowych.

Niedziela była na dobicie.

Ale w końcu to poważny trening sportowców wyczynowych, do tego w sekcji gimnastycznej, więc to nie mogło być żadne lelum-polelum. Jak to w niedzielę: większość ludzi po południu wyjeżdża. Nadszedł czas pożegnań. I właśnie podczas pożegnania spotkało mnie, jako autorkę, coś, co motywuje mnie do pisania. Było to z kategorii społecznościowo-socjalnej. Ale to też opiszę w „Tangowych obyczajach”.

Wiadomo: jak trening, to i obuwie musi być odpowiednie…

…i stroje nie od pardy, a od sportu wyczynowego!

Pewne nieporozumienie.

Jest tak, że na większych imprezach trener trenuje i czasem nie ćwiczy, czasem mało i z nielicznymi. Wiem, że nie jest to dobrze odbierane. O tym też kiedyś napisze szerzej, tu chcę jedynie coś sprostować. Otóż to NIE było tak, ze elyta se wlazła na scenę, żeby się alienować za suto zastawionym stołem tylko dla wybrańców i patrzeć na innych z góry. Zresztą: nic nie widzieli, bo w pewnym momencie coś się stało z oświetleniem i lampiło im prosto w oczy heh. Z tym stołem to było tak, że miało być wygodniej trenerowi, który pilnował konsoli, i nie trener to wymyślił. Dosiedli się jego znajomi. I więcej nikt, a na tej scenie stały inne stoły i można było tam siedzieć. Tylko nikt nie chciał, bo to było słabe miejsce. Więc dementuję: nie, nie było to celowe. Co oczywiście niewiele zmienia w ogólnej integracji, ale tak to jest: nie ze wszystkimi da się radę. A jak z tymi, to czemu nie z tamtymi? Bycie pod obstrzałem nie jest łatwe.

Dobre nastawienie to podstawa wszystkich działań, sportowych zwłaszcza.

Zakwaterowanie.

Nie byliśmy wszyscy razem. Nie było takiej możliwości ze względu na przepisy. Ale poradziliśmy sobie i jak ktoś będzie w Ustroniu, mogę z czystym sumieniem polecić miejsce, gdzie nocowałam: czysto, przemiła uczynna obsługa, wygodne pokoje.

Gratulacje dla organizatorów!

To było wyzwanie pod presją. Anno Pietruszewska & Lechosławie Hojnacki – doskonały z Was team! My trenowaliśmy, ale to Wy wygraliście te zawody! 

Podsumowanie:

Bardzo udany trening. Trenerzy trzymali właściwe tempo, zawodnicy dali radę, atmosfera była prawdziwie sportowa. Na każdych zawodach pojawiają się nowe twarze, ponieważ nowe osoby dołączają do grona tangowych gimnastyków sportowych. Tak już jest, że czasem trenuje się więcej, czasem mniej, i dotyczy to zarówno starych, jak i nowych bywalców. Ogólnie słyszałam, że zawodnicy byli zadowoleni mimo tego, że parkiet postanowił pylić. Ale nie był tępy! Więc ja się nie czepiam, zwłaszcza że ekipa ratunkowa zadziałała błyskawicznie i sprawnie, a buty spokojnie się doczyściły.

Jakie będą kolejne formuły naszych spotkań?

Zapowiada się tak:

9-11.04. – Tango Barocco/Zamek na Skale

14-17.05. – Magic Castle Tango Marathon/Książ

17-20.06. – Recuerdo Tango Festival

26.06. – 3.07. – Tango pod Żaglami VI edycja

30.07. – 1.08. – Ustroń Tango Open Air Festival

P.S. Nie wiem, dlaczego różne akapity napisały się różnymi czcionkami. Pisałam to o 1 w nocy, nie będę rozkminiać. Da się przeczytać? Da.

I szafa gra.

P.S. 2 „Pasja budzi się nocą” – powieść wprowadzająca w świat subkultury tanga, do zamóienia z dedykacją u mnie.

Drugą powieść pt. „Przenikanie” zamówisz pod linkiem

na empik.com

NIE ma hejtu w tangu!

Słowo wstępne.

Za ten wpis zabierałam się długo i niechętnie. Odwlekałam. Chciałam to rzucić w diabły, ale wiem, że dużo osób na niego czeka. Załatwiam trochę sprawę pewnego lokalnego środowiska tangowego, które nie umie sobie poradzić ze szkodliwym zachowaniem jednej (!) osoby. Przyjęta przez nie (to środowisko) strategia milczenia dała przyzwolenie na to, że ta jedna osoba doprowadziła połowę tegoż środowiska niemal na skraj załamania nerwowego, a na wspomnienie jej nazwiska (zwę ją dalej blogerką), znaczna część tangowej Polski dostaje czkawki.

To jest najtrudniejszy energetycznie dla mnie wpis.

Na czym skupiamy uwagę, zasilamy to. Ja swoją wolę kierować do odbiorcy, który z niej skorzysta. Tu skorzystają pokrzywdzeni i inni, ku przestrodze – także w życiu prywatnym.
Nasze tangowe środowisko dotknęło zjawisko, kiedy to osoba oskarżająca o napaść i czyhanie na życie (serio), ciągająca hurtowo ludzi po policjach i pozywająca ich do sądu – pozuje na ofiarę.

Mam dość.

Stawiania społeczności tangowej w złym świetle. Patrząc na wpisy blogerki, człowiek postronny może pomyśleć: to tango to jakiś związek szajbusów (miałby rację hehe, ale nie w tym znaczeniu). Skłóciła się już niemal ze wszystkimi, wysyła pozwy sądowe. Ja podobno mam być wezwana w charakterze świadka. Serio? W takim razie się do tego przygotuję.

Wspierałam ją.

Zwróciła się do mnie z propozycją współpracy przy promowaniu jej działalności. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że pomagam. Z drugiej strony jestem szczera – co u wielu nie przysparza mi sympatii. Są jednak tacy, którzy właśnie to we mnie cenią. Intuicja mówiła: nie wchodź w to! Rozum: no już nie bądź takim psychologiem zawsze i wszędzie. Skoro kwiat lokalnych nauczycieli się z nią fotografował i wyrażał dobre opinie, uznałam, że może jestem przewrażliwiona, zbyt krytyczna i postanowiłam dać jej szansę.

Zapoznałam się z jej poradnikami.

Nawet wzięłam udział w ich współtworzeniu. Podzieliłam się z nią moją opinią o nich, np. że warto publikacji nadać ISBN albo że pierwsza część zawiera jej osobiste spostrzeżenia, ale nie pokazuje pełnego obrazu, tylko pewien niewielki wycinek. Obecny, jednak zbyt wąski, by przez ten pryzmat patrzeć na całe środowisko tangowe. Że opisane rzeczy czasem się zdarzają, ale nie jest to standard.

Problem.

Zaczęła walkę z tymi, którzy wyrazili jakąkolwiek dezaprobatę w stosunku do treści czy formy „prezentowania” przez nią jej twórczości, piśmienniczej i blogowej. Nie trzeba być super specjalistą z zakresu social media, wystarczy być zwykłym użytkownikiem popularnej platformy, by wiedzieć, że ludzi wkurzy hurtowe wrzucanie tej samej treści (kopiuj + wklej) we wszystkich możliwych miejscach. Jak dostaną kilkanaście powiadomień z grup, do których należą, i zobaczą, że po raz kolejny wyskakuje im coś, czym nie są zainteresowani, to zareagują bynajmniej nie z aprobatą. Od tego się zaczęła eskalacja jej walki z każdym, kto zwrócił jej uwagę. Zarzucano jej brak kompetencji do doradzania w sprawach tangowych, manipulację, kreowanie konfliktów i nieprawdziwego obrazu społeczności tangowej.

Konflikt.

Nie wiem, kiedy dokładnie się zaczął, ale mogę przypuszczać, że wtedy, kiedy ludzie zwracali jej uwagę, że to, co i jak robi, nie podoba im się. Po prostu. Mieli do tego prawo, nie robili nic złego. Nie byli niegrzeczni. Kiedy jeszcze nie wiedziałam, co tak naprawdę się dzieje, blogerka przysyłała mi wiadomości, że znowu hejterzy ją atakują. Pytałam: gdzie? W odpowiedzi przysyłała screeny (to ona nauczyła ludzi, żeby je robić – dzięki temu to, co napisała, nie zginęło). Nie było w nich NIC, co wskazywałoby na jakikolwiek hejt. Była jedynie krytyka jej poczynań. Rzeczowa i z zachowaniem kultury (w tym przypadku screenów nie mam, bo nie wiedziałam, że będą potrzebne, a zablokowała mnie na messengerze i nie mam do nich dostępu. Nie szkodzi, inni z pewnością mają).

W podobnej sprawie, czyli kiedy bloger domagał się usunięcia krytyki, zapadło orzeczenie, w którym Sąd stwierdził:

Aktywny uczestnik forów internetowych, będąc osobą znaną i rozpoznawalną w tej społeczności, jest w tym znaczeniu i dla tego środowiska osobą publiczną. Internauta jako osoba publiczna, uczestnicząc w dyskusji i wygłaszając swoje poglądy, wyraża zgodę na ich ocenę i musi się liczyć z tym, że zostaną one poddane krytyce, niekiedy radykalnej, innych użytkowników oraz wykazać większy stopień tolerancji i odporności nawet wobec niepochlebnych opinii, a nawet brutalnych ataków” (wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, I ACa 949/09).

Ona postanowiła wszystkie uwagi uznać za hejt i nękanie.

Screeny mogą być mało czytelne (macie wyraźniejsze, wiem).
Napisała na swoim blogu oświadczenie. Ja też się na chwilę dałam na to nabrać (chociaż intuicja świeciła mi czerwoną lampą w poprzek mózgu):

Po kolei odniosę się do zaznaczonych przeze mnie punktów:

Jedynka – nękanie przez nauczyciela.

Chłopak, wobec którego blogerka wysunęła ten zarzut, nie jest i nie był nauczycielem. Nie zabraniał jej też pisać bloga czy książek. Jedynie głośno mówił, że według niego ona nie ma kompetencji, by komukolwiek cokolwiek w tangu doradzać. Ale to nie jest żaden hejt i żadne nękanie! Tylko wyrażenie swojej opinii (robił to w grzeczny sposób). Tę opinię wielu podzielało, wiem to z odbytych rozmów. Proszę zwrócić uwagę na screen poniżej i zdanie: „Podejrzewam, że jego celem jest to, abym przestała pisać”. Takie sformułowanie spełnia w moim mniemaniu przesłankę insynuacji i próbę zaszczepienia w percepcji czytelnika czegoś, czego nie ma.

Co do jej kompetencji – zamieszczając poniższy wpis, sama dała do zrozumienia, że nie ma wystarczającej wiedzy w temacie, na który się wypowiada.

Aby zacząć naukę prowadzenia, nie trzeba być silną kobietą i posiadać charyzmy – jakkolwiek rozumianej. Wystarczy chęć poznania tanga z drugiej strony. A czasem podstęp – jak było w moim przypadku. Tak, uczę się prowadzić, ale nie dlatego, że jestem silną kobietą. To samo z podążaniem. Ono nie jest bierne! Jeśli partnerka tylko daje się przestawiać, to partner się męczy, a nie tańczy tango! Nie śledzę wpisów blogerki, więc nie wiem, ile jeszcze tego typu kwiatków zamieściła. Dla osób, które tańczą tango (a jej region jest jednym z lepszych), ten jest wystarczający.

Fałszywy obraz tanga.

Poniżej screeny dwóch „żarcików” ze strony blogerki. „Żarcik” nr 1:

„Żarcik” nr 2: 

 

Być może obie sytuacje miały miejsce. Powtórzę: być może, bo pewności nie mam. Dla mnie to nie żarciki, a obraz nieżyczliwych dla siebie kobiet. Po przeczytaniu pierwszej części jej poradnika osobiście z nią rozmawiałam w kontekście tego, że nieżyczliwość NIE jest w tangu standardem. Powiedziałam, że w społeczności tangowej są różni ludzie, że spora część jest pomocna (w znalezieniu pracy, zebraniu środków na leczenie, odnowieniu domu po pożarze, w ratowaniu życia…). Tak, konflikty się zdarzają, ale nie one są napędem, sensem i celem. Czasem rozpadnie się małżeństwo, ludzie uprawiają towarzysko-erotyczne przekładańce, ktoś komuś wejdzie z czymś w drogę, ale to NIE jest codzienność, powszechność i styl socjalny tanga.

Zła strona tanga”.

Taki screen dostałam – z pytaniem, czy ona nie widzi, że chcąc zdobyć popularność i korzyści majątkowe (sprzedaje swoje poradniki za kasę), niszczy wizerunek innych osób:

W moim przekonaniu takie stwierdzenia demonizują jedną z najprzyjemniejszych ludzkich aktywności. Bo złe strony mają ludzie, nie tango! Owszem, wszystko, co się na nie składa, może być pewnym katalizatorem, może objawić prawdziwą twarz skrywaną pod tysiącem masek, ale to ludzie podejmują decyzje, działania i ponoszą ich konsekwencje, a nie tango.

Mnie też się zdarza, że ktoś się ze mną nie zgadza.

Każdy, kto publicznie się wypowiada, prędzej czy później z tym się zmierzy. Prowadząc zamkniętą grupę w statusie prywatnym, jasno wielokrotnie dawałam do zrozumienia, że moja grupa, moje zasady. Ale! Zawsze porozmawiam na argumenty, nie na emocje (nie dotyczy polityki, tu nie mam tolerancji i jasno o tym mówię). Wpisy na blogu też są różnie komentowane. Nie zawsze pochwalnie. Lecz nie przyszło mi do głowy, by kogokolwiek nazwać hejterem, ciągać na Policję i pozywać! Nie aprobuję anonimowej krytyki, zresztą ludzie bez nazwisk rzadko robią to konstruktywnie. Kiedy argument daje mi do myślenia, to nie walczę, tylko biorę go pod uwagę. W przypadku tejże blogerki nie ma mowy o żadnej dyskusji. Łatwiej jest zablokować możliwość wypowiedzi niż podyskutować. Zablokowanie dodawania recenzji to zablokowanie dodawania opinii.

Sprawy w sądzie i „samo mięso” to wątki poboczne w kontekście tego wpisu. Są, bo jakbym wycięła, jakość screema byłaby masakryczna.

Wyrzucanie ze znajomych i blokowanie jako główne narzędzie.

Jak dyskusja nie po myśli blogerki – a żadna nie była – ban i kasowanie całego wątku. Trudno się ludziom dziwić, że sobie z tego żartują. Ale to nie jest żaden hejt i żadne nękanie! To konsekwencje zachowania blogerki.

Nikt, będący do tej pory w przestrzeni publicznej tanga, nie zachowywał się w ten sposób.

To jej zarzucono nękanie ludzi. Widziałam wpis: ktoś ją o coś zapytał, a ona na to, że nie musi odpowiadać (też zapewne ktoś ma screen). Za to sama cisnęła…

Dwójka: oskarżenie o napaść.

Gruby kaliber. Najgrubszy. Spowodował, że postanowiłam dokonać tego wpisu, bo jako osoba upośledzona społeczną misyjnością nie mogę przejść obojętnie obok krzywdzenia niewinnego człowieka. I nie jest to pierwszy raz w jej, blogerki, życiu.

Otóż jeden z nauczycieli tanga, z jej miejscowego środowiska, został przez nią oskarżony o napaść. Człowiek, który w tangu jest od jego początku. Prowadzi szkołę. Jest osobą publiczną. Cieszy się zaufaniem i sympatią. Zarzuciła mu we wpisie na blogu, że ją osaczył, zmuszał do rozmowy, że czuła się zagrożona. Nie znałam go wtedy osobiście. Potem poznałam. Jest połowy jej postury, więc nie ma fizycznych możliwości do jej osaczenia.

Ale wtedy tego nie wiedziałam. Wypowiedziałam się pod wpisem, że JEŻELI jest to prawda, to absolutnie nie wolno tego zamiatać pod dywan, bo tego typu zachowania nie mogą mieć miejsca nie tylko w przestrzeni społeczności tangowej, ale w ogóle, w życiu. Zastanowiło mnie, że z komentarzy wynikało, jakoby to ona była agresywna i atakowała. Wszystko skrzętnie usunęła. Ale screeny z pewnością są. Wytresowała w tym swoich interlokutorów.

Nagle…

Pojawił się jej wpis z propozycją „dogadania się”. Pomyślałam: ale że jak to..? Taka ofiara rzekomo tak wielkiej przemocy, a tu apeluje o zgodę?! Był początek lockdown-u. Pomyślałam: nerwowo nie daje rady, boi się wirusa… Ale kiedy wpis w podobnym tonie ukazał się po raz drugi – nie wytrzymałam.

Po pierwsze: warto zwrócić uwagę na historię edycji tego posta. Po drugie: nikt nie zamieścił żadnego nieprawdziwego wpisu szkalującego jej dobre imię. Sama zapracowała na każdy gram niechęci, jaką ludzie do niej czuli. Skrycie, bo się bali, więc nikt nic nie pisał. Ale o zastraszaniu za chwilę.

Zobaczyłam to „wezwanie do zgody” i mi się zagotowało.

Najpierw rozpętuje aferę na sto fajerek, a potem „pogódźmy się”?! Wpiera otoczeniu, że zawistnicy psują jej wizerunek, straszy pozwami – także tych, którzy lajkują nieprzychylne jej komentarze (swoją drogą, już sobie to wyobrażam: „Policja? Proszę przyjechać na fejsbuka! Kowalski polajkował post, w którym zarzucają mi, że wszędzie się wpycham z moim blogiem i wyskakuję z lodówki!”), po czym „proponuje zgodę”?! Uznałam, że skoro publicznie publikuje, to ja publicznie zapytam: o co chodzi?

Usuwanie niewygodnych komentarzy, blokowanie ludzi mających inne zdnie. Najpierw usunęła moje pytanie, potem mnie zablokowała. A po kilku dniach napisała do mnie na priv. Więc chwilowo odblokowała:

Kategorycznie i jednoznacznie jej napisałam, co myślę o jej zachowaniu:

Wróćmy do omówienia głównych punktów oświadczenia blogerki – dla przypomnienia wrzucam screen ponownie:

Trzy i cztery:

W trójce przypomnę, że świadkowie zdarzenia zarzucali agresywność i przeklinanie blogerce. Złożone pozwy do Sądu – o tym będzie przy zastraszaniu.

Dodam, że blogerka chce utajnienia procesu, w którym pozwała wspomnianego nauczyciela. A całe miejscowe środowisko czeka, że będzie jawny.

Pięć i sześć:

Uważam, że ta cała afera nie miałaby takiego zasięgu, gdyby lokalne środowisko tangowe jasno i otwarcie zakomunikowało swoją niezgodę na niesłuszne oskarżenia. Spróbował jeden z nauczycieli, ale został przez nią zakrzyczany, więc towarzystwo wolało podkulić ogony.

Widzę, co robisz i nie zgadzam się na to!” – jest lepszą strategią niż ostracyzm. Braliście udział w jej działalności? Ja też. Nadal wszyscy tkwimy na jej blogu, mimo że z nami wojuje! Bez nas ten blog nie miałby żadnej treści. Bez nas druga część jej poradnika nie istnieje. Wzięła od nas zgody na nieodpłatne wykorzystanie w nim naszej wiedzy i sprzedając go, zarabia.

Siedem: Jeżeli blogerka miała mnie na myśli, to sama doskonale wie, że nikt jej ze mną nie poróżnił. Zdemaskowałam ją, więc mnie zablokowała. Innych znajomych w Warszawie nie miała, skoro nie było nikogo, kto chciałby dla niej odebrać ode mnie poradniki, mimo jej apeli. To kolejna sprawa, z której chciała zrobić aferę, ale ponieważ to drobiazg przy innych, pominę milczeniem.

Osiem: „(…) osoby, które podżegały (…) sami nie zamieszczali żadnych komentarzy (…)” – pomijam składnię, ale sens tej wypowiedzi sugeruje podziemny spisek, tymczasem blogerka oskarżeniami i pozwami sparaliżowała miejscowe środowisko na tyle,że to przez nią ludzie bali się cokolwiek napisać, żeby nie dostać wezwania na Policję, do prokuratury albo pozwu do sądu.

Zastraszanie.

Ludzie dali się zastraszyć. W Polsce powszechna jest postawa: nie wychylać się, po co mi to, za plecami pogadam, ale wprost to nie. Prawda, że w szkole nie jesteśmy uczeni radzenia sobie z osobami konfliktowymi, więc wiem, że mało kto w tak ekstremalnej sytuacji, jaka tu się wytworzyła, da sobie radę psychicznie i emocjonalnie.

Zwłaszcza że blogerka jest zaprawiona w konfliktowym boju.

Wiele lat temu dość głośna była sprawa, w której oskarżyła szkolną nauczycielkę o prześladowanie jej (blogerki) syna. Nasłała na nią kontrolę z kuratorium. Dlaczego? Bo nauczycielka stwierdziła, że dziecko blogerki często się spóźnia i bywa nieprzygotowane. Blogerka się rozszalała. Rodzice innych dzieci z klasy próbowali ją namówić, żeby przestała, stanęli w obronie nauczycielki. Co zrobiła nasza blogerka? Wszystkich oskarżyła o nękanie i zgłosiła na Policję. Całość afery była opisana przez Gazetę Wyborczą i portal Onet.pl, z podaniem jej nazwiska. Kilka tygodni temu blogerka spowodowała, że Wyborcza artykuł usunęła, a Onet zmodyfikował. Ale ja czytałam wersję oryginalną.

Wróćmy do zastraszania.

Jeden: „(…) odpowiedzą za hejt ci, co teraz komentują”. Jasne?

Dwa: proszę dokładnie ten punkt przeczytać. Wiedzę mam taką, że blogerka nie ma żadnych dowodów, by ktoś chciałby jej coś zrobić.

Trzy: „(…) bo z tego, co wiem, nie jestem pierwszą osobą, którą środowisko chciało zniszczyć, o ile jest to prawda, bo może jest to plotka” – brzmi dramatycznie. A prawda jest taka, że w każdym lokalnym środowisku dochodzi do „objawień”, powielania, przeszeregowań. Działań promujących tango argentyńskie (jak flesh mob czy open air), ale też szkodliwych (wiele osób bez kompetencji nauczycielskich bierze się za udzielanie lekcji; wiele osób, które nie zorganizowały w życiu nawet kinder balu, chce pouczać organizatorów; pokazy dają amatorskie pary, określające się w wydarzeniach mianem mistrzowskich). Black&White. Jak w życiu. Wymienia się opinie. Chwali. Krytykuje. Czasem padną mocniejsze słowa. Ale to nie jest hejt, nękanie czy niszczenie kogokolwiek.

Zastraszanie cz. 2

Pozdrawiam cieplutko” to jej znak rozpoznawczy.

Jeden pozew więcej czy mniej…

Zastraszanie przez blogerkę cz. 3.

Zażyczyła sobie usunięcia wpisu na profilu kolegi po moim komentarzu. Nie, nie napisała do mnie w sprawie mojego komentarza. Do niego.

Usuwanie komentarzy.

Jak to tłumaczyła? Dbała o poziom:

Blogerka wymagała minimum średniego poziomu inteligencji, erudycji i elokwencji.

Tymczasem zamieściła wpis:

Pierwszą osobą, która napisała książkę pt. „Emocje tanga”, był warszawiak i zrobił to z piętnaście lat temu. Lechosław Hojnacki zamieścił kawał tangowej wiedzy w formie poradnika na stronie etaniec.org – za darmo i nie wiem, czy nie zaczynał przed warszawiakiem. Moja „Pasja budzi się nocą” – powieść, ale wprowadzająca w kulturę tanga, premierę miała w 2013 roku.

Ten wpis po kilku godzinach usunęła. Zamieściła inny, który edytowała kilka razy.

Opinie o blogerce.

 

 

Opinia nr 2 

Opinia nr 3 – ostatnia, chociaż mam ich dużo więcej:

Modus operandi.

Poniższy screen jest fragmentem jej trzeciego dzieła. Dostałam to z adnotacją: „Zobacz, Ania, opisała swój modus operandi”. Na wszystkie powyższe opinie – a jest ich o wiele więcej, wszystkie w tym samym tonie – zapracowała sama swoim zachowaniem.

Ostrzeżenia.

Dawno oznajmiłam, że o tym napiszę. Dziękuję za Waszą troskę. Otrzymałam od Was, moich Czytelników, kilka ostrzeżeń.

W dalszej części konwersacji wyjaśniłam, że ja nie wojuję. To nie jest moja wojenka! To jest wojna blogerki z brakiem akceptacji jej zachowania i działań.
Dostałam wiadomość, że powinnam uważać na siebie, żeby móc się obronić.

Najazd blogerki na moją koleżankę adwokatkę.

Po eskalacji ataków blogerki na ludzi, którzy po prostu nie chcieli mieć z nią do czynienia, oznajmiłam, że opiszę, jak działa, ku przestrodze, ale też by zachęcić ludzi do samoobrony. Wpadłam na pomysł, że porozmawiam z moją koleżanką adwokatką (nasze córki chodziły razem do przedszkola) o tym, jak zwykły człowiek może się prawnie obronić przed fałszywymi oskarżeniami. Zamieściłam screen z naszej rozmowy na ten temat.

 

 

I to było wszystko w tym temacie. Nie mówiłam o żadnej konkretnej sytuacji, nie wspominałam o blogerce. Screen zamieściłam z imieniem i nazwiskiem koleżanki, żeby nie było, że jakieś anonimowe historie zapowiadam. Nie wpadłam na to, że blogerka znajdzie telefon do kancelarii, zadzwoni i oznajmi, że ma pełną dokumentację naszej konwersacji i że reprezentując mnie (!), koleżanka stanęła na czele grupy nękającej blogerkę.

Zdumienie mej koleżanki było sporawe, bo po pierwsze mnie nie reprezentuje, po drugie nie miała pojęcia, kim jest blogerka.

Próba zastraszenia mnie.

Została podjęta raz. Dostałam pismo od prawnika blogerki po tym, jak zaanonsowałam, że napiszę o jej złych praktykach.

 

Ponumerowałam te niedorzeczne punkty, ale nie wymagają komentarza. Śmiało mogę je potraktować jako próbę zastraszenia. Tylko że ja się nie boję i ze względu na dobro społeczne – nie mogę milczeć.

Jak sobie radzić?

Strategia pokątnych szeptów i jawnego milczenia prowadzi donikąd, a właściwie do poczucia bezkarności osoby szkodzącej. Jedynym sposobem na poradzenie sobie jest konsekwencja w operowaniu faktami, zbieranie dowodów i jawne demaskowanie niewłaściwych zachowań, a tym jest ciąganie stada ludzi po sądach z byle powodu, nie mającego uzasadnienia. Prawnicy określają to mianem pieniactwa

W jedności społecznej siła, w stanowczym „nie”. Osoby z osobowością konfliktową często udają, że chcą zrobić coś dobrego, a kiedy nie dostają akceptacji, generują konflikt. Bez refleksji, bez skrupułów. Zakrzykiwanie, zarzucanie oskarżeniami, stawianie się w roli ofiary mają wytrenowane do perfekcji.

Osoby działające publicznie wystawiają się na ocenę.

Bloger/ka, w jakiejkolwiek dziedzinie, taką osobą jest. Jeśli ktoś komentowałby wygląd, można by dopatrywać się hejtu. Ale jeśli oceniana jest fachowość w zakresie tego, co się publikuje jako bloger/ka, częstotliwość, forma czy treść – to nawet miażdżąca krytyka poparta argumentami NIE jest hejtem.

Hejt jest podszyty nienawiścią, a jego wyrażanie agresywne.

Stąd jego nazwa. Można kogoś nie lubić i dawać to do zrozumienia, ale to nie jest hejt. Mózgotrzepacze od nie zawsze właściwie pojmowanego rozwoju osobistego namieszali ludziom w głowach hasłami typu: „Nie oceniaj!” (które są słuszne w założeniu, jednak nie chodzi o zgadzanie się na wszystko i kulenie ogona w sytuacji krzywdzącej), że niektórzy zgłupieli i boją się jakkolwiek reagować, żeby nie być posądzonym, o ironio, o hejt.

Fałszywe ofiary niehejtu.

Niektórzy tak bardzo nie umieją znieść niezgody na swoje zachowanie albo krytyki swoich metod działania, że głośno krzyczą o byciu ofiarą rzekomego hejtu, a tak naprawdę odstawiają niezłe manipulacyjne przedstawienie. A na to mojej osobistej zgody nie ma i uważam, że takie postawy warto demaskować, bo są etycznie niewłaściwe i emocjonalnie dla otoczenia obciążające.

Ważne: Jeśli na Twojej drodze stanie hejter albo osoba udająca ofiarę, a sama będąca agresorem – szukaj wsparcia.

I pamiętaj: nie ma żadnego hejtu w tangu.

P.S. Spraw sobie moją książkę na gwiazdkę – poleca się „Przeniaknie”

 

Sekrety zdrowej skóry głowy i pięknych włosów

Włosy. Te na głowie! Ja moje traktuję jak skarb, bardzo je lubię, z wzajemnością. I oby tak zostało. Ich posiadanie to dla mnie oczywistość: od lat mam prawie do pasa, nie narzekam na gęstość i strukturę. Mogłyby się kręcić heh, ale wtedy pewnie chciałabym proste.

Z Asią Skrzypczak poznałyśmy się na tangu. Tak jakoś się dzieje, że ciągnie mnie do osób, z którymi warto porozmawiać. Bo w zasadzie jestem małomówna i nie znoszę pogaduszek o niczym. Wolę milczeć. Idąc do gabinetu na przegląd mego owłosienia – Asia jest kosmetologiem-trychologiem, czyli mega specjalistką od skóry głowy i włosów – zastanawiałam się, czego ciekawego mogę się dowiedzieć? Czy Asia ma receptę, by w tym naszym tangu zaroiło się od czarnych diabłów z gęstymi czuprynami..?

Gabinet Asi znajduje się w Warszawie niedaleko stacji metra Wilanowska.

Myłam głowę w poniedziałek, dzisiaj jest czwartek.

(Ogląda, dotyka) Ładne te włosy. Będą mięciutkie po zabiegu i głowa będzie lekka. Miałaś kiedyś peeling skóry głowy?

W życiu! A to nie jest jakieś dziwactwo? Twarz masz bez włosów, to sobie peelingujesz, ale włosy?!

Peelingiem oczyszczamy tylko skórę. Nie włosy. Nakładam ci peeling, jakbym ci nakładała farbę na odrost. Raz w miesiącu taki zabieg wystarczy, możesz go sama zrobić w domu – o ile nie masz problemów ze skórą głowy (uff nie mam…). Jeśli skóra jest zbyt tłusta, robi się peeling raz na dwa tygodnie, przy łupieżach czasem raz w tygodniu – częstotliwość zależy od tego, jaki jest problem.

Zrzut z Insta – na otwarciu gabinetu moja głowa poszła pod lupę, a właściwie pod kamerkę.

Czy te peelingi masz różne w zależności od rodzaju włosów?

W zależności od rodzaju skóry głowy (Asia często to podkreślała: problemem nie są włosy, a skóra głowy właśnie!). Mieszam je. Głównie to są kwasy, ale też enzymy, żeby rozpuścić zrogowaciały naskórek – tak, na głowie też, jak na ciele, się rogowaci. Przez to, że na głowie są włosy, trudniej ten naskórek się odkleja. Czasem robi się na głowie warstwa krystalizacji.

A to co?!

Łój, brud, kiedy skóra jest niedomyta albo używa się złych szamponów. Tworzy się taka warstewka trudna do usunięcia.

Dokładne obejrzenie skóry głowy to podstawa diagnostyki.

Jesteś przeciwniczką suchych szamponów. Moja córka twierdzi, że można ich używać, tylko trzeba umieć myć głowę.

Prawda, ale trzeba wiedzieć: jak i czym myć. Ja po suchym szamponie musiałam od razu zrobić piling, bo tak mnie skóra głowy swędziała. Jeśli używasz raz na jakiś czas, to w porządku. Jeśli często, to gorzej.

Moja córka wali suchy szampon hurtowo.

Niech przyjdzie do mnie, pokażę jej, co na tej głowie ma.

O! Dobra myśl. Czy do trychologa przychodzi się wtedy, kiedy ma się problem ze skórą głowy? Czy można, jak ja, profilaktycznie i na przegląd?

Głównie trafiają osoby, które mają problem i sobie nie radzą. Przychodzą też ci, co szukają porad w internecie, próbują różnych wynalazków w pielęgnacji – a i tak nie mogą sobie z problemem poradzić. Wtedy wprowadzamy różne działania, na przykład infuzję tlenową. Przychodzą też panie, które chcą się dowiedzieć, jakiego szamponu używać, by chronić skórę głowy. Myślą, że wszystko jest ok, a okazuje się, że nie jest. Szampon to podstawa. Ludzie nie wiedzą, jakiego używać.

To ja! Chciałabym fajny szampon. Żeby włosy się nie puszyły…

To odżywka.

i żeby były takie sypkie, a nie jak naleśnik.

Czyli bogatsze objętościowo. Szampon dobieramy do skóry głowy (!), dam ci taki dla ciebie: do blondu – ładnie utrzyma kolor, nie będą takie żółte (o matko! Są żółte???), wzmocni włosy, odbuduje. Ma witaminy, aminokwasy, odżywia. Objętość – podniesie ci się po peelingu. Nie będzie naleśnika. Za strukturę włosa odpowiada odżywka. Po regeneracji łodygi włosa – co właśnie robimy – nie będą ci się tak puszyły. Najpierw oczyszczanie skóry głowy, potem zabieg regeneracji łodygi włosa. Odżywka odpowiada za strukturę włosa. Po regeneracji łodygi nie będą się puszyły, bo będą nawilżone. Zabieg składa się z czterech etapów: pierwszy – oczyszczający, ściągamy z łuski zanieczyszczenia, metale ciężkie. W zależności od twardości wody, włosy inaczej się zachowują (teraz jestem po pilingu na tzw. myjce. Asia mnie mizia po głowie i chyba od niej nie wyjdę!). Zdejmujemy brud, włosy będą „piszczące”. Zamykamy łuskę. Potem kładziemy serum, które zawiera keratynę dziewiętnastoaminokwasową – dokładnie taką, jak nasza keratyna. Ma cząsteczki różnej wielkości, więc wnika w warstwy kory włosa tam, gdzie trzeba. Na koniec kładę maskę pielęgnacyjną. Włosy z odżywką rozczesuję przed spłukaniem, żeby dokładnie je pokryła.

Mgr kosmetolog-trycholog Joanna Skrzypczak

Jak często warto do Ciebie przychodzić na taka konserwację?

Raz na trzy miesiące, na tyle ten zabieg wystarcza. To jest rozwiązanie dla pacjentek bez większych problemów ze skórą głowy. Jeżeli komuś włosy wypadają, robimy różnego rodzaju zabiegi. Podstawą jest konsultacja. Czasem trzeba wykonać badania laboratoryjne. Jeśli są niedobory, to je uzupełniamy. A często zaczynamy od prawidłowej pielęgnacji. Pierwszy krok to dobranie szamponu. Czasami wystarczy, jak pacjentka dostanie wytyczne i widzimy się na kontroli po dwóch miesiącach. Sporo pacjentek ma łuszczycę lub łojotokowe zapalenie skóry głowy. Wtedy wchodzą specjalistyczne zabiegi, także z użyciem różnego rodzaju sprzętu. Zawsze wszystko jest indywidualnie dopasowane.

Masz sprzęt do diagnostyki i robisz różne zabiegi.

Tak, mam trichoskop – zaawansowany sprzęt do badania skóry głowy i stanu włosów. Na otwarciu gabinetu oglądałam was, żadna nie miała tragedii. Twoją obejrzymy po, zobaczysz, jaka będzie czysta. Stosuję mezoterapię mikroigłową (mini nakłucia tworzące kanaliki, dzięki którym substancje aktywne lub lek mogą łatwiej wniknąć w głąb skóry), laser LLLT (poprawia krążenie mikronaczyń, zmniejsza stan zapalnym zwiększa energię komórkową, wydłuża fazę wzrostu włosów, więc rzadziej wypadają), darsonwal (wytwarza dezynfekujący ozon, poprawia ukrwienie i odżywienie skóry), lampę UVB (do zabiegów naświetlania przy łuszczycach, łojotokach i trądzikach), karboksyterapię (m.in. udrażnia zwężone naczynia krwionośne i pomaga powstawać nowym). Ale najważniejsze: mam swoją głowę, a w niej wiedzę.

Czy warto inwestować w drogie kosmetyki? Może te z sieciówek wystarczą?

Jeżeli jest problem, to warto inwestować. Podstawowy błąd robiony powszechnie: dobieranie szamponu do włosów, a nie do skóry głowy. Przychodzi pacjentka z problemem przetłuszczania: rano umyła głowę, wieczorem ponownie nadaje się do mycia. Pytam o to, jakiego używa szamponu oraz w jaki sposób myje? Okazuje się, że raz…

…ja też myję raz! Nakładam szampon, szoruję, spłukuję i daję odżywkę. Patrzyłyśmy poprzednio, nie było źle, skóra głowy była czysta.

Zwykle bywa inaczej. Niewłaściwe mycie i cała pielęgnacja powoduje złą pracę gruczołów łojowych, nie ma czegoś, co ograniczy wydzielanie sebum. Ludzie borykają się z danym problemem, a nic nie zrobili, żeby go zniwelować. Ja sama teraz używam tylko trychologicznych szamponów i widzę różnicę. Odżywkę można z drogerii, bo nie ma znaczenia, co kładziesz na łodygę.

Ma znaczenie, bo jak chcę mieć włosy objętościowo sypkie i nie naleśniki…

to dobierasz odżywkę do włosów, a podkreślę kolejny raz: szampon do skóry głowy.

Nie spotkałam dobrej drogeryjnej odżywki.

To, jak zachowują się włosy, zależy też od umycia skóry głowy. Kiedy umyjesz szamponem trychologicznym i zastosujesz tę samą drogeryjną odżywkę co wcześniej, zobaczysz, że włosy są zupełnie inne.

Trychologiczne kosmetyki do skóry głowy i włosów.

Ja po umyciu nakładam odżywkę lub maskę, spłukuję, potem w mokre włosy jakiś olej, a po wysuszeniu wygładzam kremem bez spłukiwania…

Na łodygę możesz nakładać dużo różnych rzeczy. Chodzi o skórę głowy. Na każdym centymetrze kwadratowym masz dwieście do trzystu włosów. Każdy włos ma swój gruczoł łojowy. Najwięcej ich jest na skórze twarzy i właśnie głowy. Każdy gruczoł wydziela sebum. Dlatego warto myć skórę głowy dwukrotnie, bo pierwsze mycie nawadnia skórę i rozpuszcza brud. Jak jest od włosów gęsto, trudno za pierwszym razem dokładnie ten szampon rozprowadzić. Drugie mycie powoduje, że brud ma szansę odkleić się od skóry głowy. Zacznij myć dwa razy, zobaczysz różnicę.

Czy temperatura wody ma znaczenie?

Tak, powinna mieć około 37 stopni. Nie za gorąca, ale też nie za zimna. I na koniec nie ma potrzeby spłukiwać zimną wodą, bo odżywki mają taki skład, że zamykają łuskę. Poza tym szampon też nie otwiera łuski, więc nie trzeba się męczyć z zimną wodą. Sens ma masaż głowy wykonywany na zmianę ciepłą i zimną wodą – pobudza krążenie. To, co ci robię – wyjdzie pani zadowolona.

Nie wątpię. Miziasz mnie bardzo przyjemnie… A czy są jakieś zalecane szczotki?

Będą działały relaksująco, bo na głowie mamy dużo receptorów czuciowych. Jak ktoś cię dotknie po skórze głowy, we włosach, to czujesz to. Włosy należy czesać od skóry głowy, aby ją masować. Ale nie szorować szczotką! Najgorzej dla włosa jest, kiedy jest umyty, nie było odżywki i trzemy ręcznikiem. Szampon wymywa także lipidy odpowiedzialne za to, by włos był miękki. Bez odżywki są bardziej podatne na uszkodzenia. Dlatego jak kładziesz odżywkę na włosy po umyciu, przed spłukaniem te włosy rozczesz. Wtedy ma szansę wszędzie wniknąć, a włosy będzie się łatwiej rozczesywało. Będą zupełnie inne.

Moje inne włosy – tak, jest różnica!

Czy udało Ci się zrobić z łysego faceta osobnika z lwią grzywą?

Jeżeli jest duże wyłysienie i od dawna, to raczej trudno. Coś może odrośnie. Ale lepiej, żeby mężczyzna zaczynał (rewitalizację czupryny, panowie!) od razu, jak zauważy, że zaczyna łysieć. Na konsultacji sprawdzam diagnostycznie, czy jest aktywność mieszków włosowych. Jeśli nie są aktywne, to nie podziałamy. Więc u niektórych naszych panów na tangu nie wskrzesimy czupryny, nie zrobię z nich lwów z grzywami (adios, wizja: pełen parkiet świetnie tańczących czarnych diabłów…).

Proponujesz na pobudzenie wzrostu i kondycji włosa laser, który nie jest upierdliwy.

To jest tak zwany laser niskoemisyjny, zwany ciepłym laserem. Takie urządzenie warto mieć w domu, zwłaszcza przy łysieniu androgenowym, częstym u panów. W wielu krajach jest to urządzenie medyczne. Ma formę opaski lub grzebienia, jest dostępne w moim gabinecie. Tyle że takie naświetlanie musi wejść w nawyk, jak mycie zębów. Jeśli po 20 tygodniach nie zauważysz poprawy, możesz urządzenie oddać i otrzymasz zwrot gotówki.

Profilaktycznie – ma sens taki laser na głowie?

Tak, bo będzie stymulował włos w fazie wzrostu. Mamy cztery fazy wzrostu włosa. Faza anagenu, czyli wzrostu, jest najdłuższa. Trwa od dwóch do siedmiu lat i to jest zaprogramowane genetycznie.

Moja skóra głowy 🙂 

Ja mam włosy do pasa. Moje koleżanki nie mogą zapuścić do łopatek.

Mogą mieć skróconą fazę anagenu. Zwykle trwa od dwóch do nawet siedmiu lat. Odpowiednimi zabiegami jesteśmy w stanie spowodować, by ten włos dłużej rósł.

Czyli jak ktoś ma włosy do ziemi, to znaczy, że nie wypada po dwóch latach, tylko po piętnastu?

Włosy do ziemi są odchyleniem, bo normalnie włos rośnie około centymetra miesięcznie, więc nawet jeśli faza wzrostu trwa siedem lat, to przez ten czas urosną jakieś osiemdziesiąt centymetrów. Więc prawdopodobnie ci, co mają włosy do ziemi, mają szybszy poziom wzrostu (albo sprawniej posługują się photoshopem). Nie jest powiedziane, że będzie tak zawsze. Różne czynniki wpływają na to, w jakim tempie rośnie włos, na przykład metabolizm. Każdy włos żyje swoim życiem. Mieszki włosowe w żaden sposób nie są od siebie zależne. Na głowie masz około stu pięćdziesięciu tysięcy włosów.

To dlatego ludzie z wymyślnymi fryzurami muszą je co miesiąc – półtora przycinać, bo włosy rosną po swojemu i w swoim tempie. A co z siwieniem?

Jeżeli ktoś zauważył, że zbyt szybko siwieje, warto zbadać poziom cynku w organizmie. To on odpowiada za utrzymanie koloru, ale nadaje go melanina – tak samo jak skórze. Włosy ciemne są lepiej chronione przed promieniowaniem UV. Siwe w ogóle nie są chronione, dlatego warto je farbować. Siwy włos pochłania całe promieniowanie UV, które dociera do mieszka. Kolor z farby przechwytuje to promieniowanie. Mamy dwa rodzaje melaniny. Naturalny kolor włosów zależy od tego, w jakich one są proporcjach. Dlatego kolor potrafi się zmieniać. Kiedyś były blond, teraz są ciemne.

Ile razy w życiu wymieniają się wszystkie włosy?

Faza wzrostu, uśpienia, wypadnięcia – powtarza się dwadzieścia do trzydziestu razy. Z wiekiem też mamy coraz mniej włosów.

Jak możemy zapobiegać wypadaniu włosów wraz z wiekiem? Kobiety lubią mieć ich dużo.

Mieszki włosów się starzeją, skóra głowy też, więc warto raz na jakiś czas zrobić sobie zabieg stymulujący, na przykład mezoterapię mikroigłową, tak prewencyjnie, dwa – trzy razy w roku. Ja też sobie robię, dlatego widzisz, ile mam na czole „bejbiherów”.

Boli?

Do przeżycia. Skronie i potylica są najbardziej ukrwione, ale zarówno panie, jak i panowie wytrzymują bez problemu. Mezoterapia na twarzy boli bardziej, bo na głowie wkłuwamy się płycej. Ważne, żeby trafić do dobrego specjalisty, a nie takiego po kursach weekendowych. Ja na studiach podyplomowych dopiero po pół roku byłam w stanie właściwie odczytać obraz z trichoskopu. Pomaga mi tez kosmetologia. Znam reakcje skóry, wiem, co zmienić, jeśli nie ma poprawy. Często łuszczyca mylona jest z atopowym zapaleniem skóry, trudno na pierwszy rzut oka te dwie choroby odróżnić. Nawet dermatolodzy miewają z tym problem. Patrzeć trzeba, w jaki sposób rozkłada się rumień, zmiana skórna, na układ naczyń krwionośnych. Świąd, łupież – to kolejne częste problemy.

W życiu nie miałam łupieżu. Co to w ogóle jest?

Łupież jest chorobą przewlekłą, bardzo popularną. I co najgorsze – nawracającą. Powodują go grzyby. Na mikrobiom skóry składają się grzyby, bakterie i roztocza – a lubią różne środowisko. Jeśli będzie ciepło, wilgotno – to dobre warunki do namnażania się i kolonizowania grzybów. Łupież jest częstym efektem chodzenia spać z mokrą głową. Spadek odporności, stres – będą powodować, że łupież będzie nawracać. Dlatego powtarzam: suszyć skórę głowy. Końcówki włosów można pozostawiać do wyschnięcia. Czasem zdarza się łupież kosmetyczny, kiedy na przykład szampon jest źle spłukany ze skóry głowy albo niewłaściwie użyta pianka, lub przy zmianie kosmetyków.

Czy łupież jest zaraźliwy?

Łuszczyca, atopowe zapalenie skóry czy łupież nie są zaraźliwe. Ważne, aby kurację przeciwłupieżową przeprowadzić właściwie, bo jak za bardzo wybijemy grzyby, rozrosną się bakterie, które dla odmiany bardzo lubią pot.

Trichoskop – nie każdy gabinet go ma. Asia tak!

Zdarza się sucha skóra głowy i bardzo suche włosy. Co robić?

Przyjść do trychologa po właściwie dobraną pielęgnację. Skóra głowy rzadko jest sucha. A bardzo suchy włos występuje wtedy, kiedy ma inną strukturę, albo jest zniszczony lub źle pielęgnowany.

Odżywkę nakładamy na włos, a czy są takie do skóry głowy?

Tak, ale jest ich niewiele i są to raczej specjalistyczne produkty, w drogeriach nie do kupienia. Najważniejsze: skórę głowy myć dwukrotnie! Masując, nie szorować, bo jest wrażliwa i przy uszkodzeniu na przykład paznokciem, może wdać się stan zapalny. Włosów też nie szorować. Spływająca piana poradzi sobie z brudem. Pianę wytwarzać w dłoniach, a nie bezpośrednio na skórze.

Zanim wytworzę pianę, połowa mi wyleci.

Można stosować metodę buteleczkową: szampon + woda, wymieszać i tym polać głowę. Wtedy też zużywa się mniej szamponu, bo chodzi przecież o pianę.

Są szampony, które się nie pienią. Nie znoszę.

Jak mi się coś nie pieni, mam wrażenie, że jestem nieumyta, więc rozumiem. Tak samo nie stosujemy szamponu i odżywki dwa w jednym. Nie jest to produkt odpowiedni ani do łodygi, ani do skóry głowy. Odżywka musi mieć niższe ph, substancje nabłyszczające, silikony (tak! Dla włosów są dobre!), a to nie jest właściwe dla skóry głowy.

Zabiegi keratynowe – co o tym myślisz?

Wykorzystują wysoką temperaturę, co nigdy nie jest dla łodygi korzystne.

Pielęgnacja dziecięca a dorosła – jest różnica?

Tak, skóra ma inne potrzeby. Dorośli nie powinni stosować szamponów dla dzieci, zwłaszcza tych „przeciwłzowych”. Mają ph 7, jak łzy, dlatego nie szczypią w oczy. Dzieciom nie przetłuszcza się skóra głowy. Dorosły ma aktywne gruczoły łojowe i inną mikroflorę. W okresie dojrzewania, burzy hormonów i szaleństwa gruczołów, kiedy skóra głowy nie jest myta we właściwy sposób, pojawiają się problemy: łojotok, czy łupież. U seniorów aktywność gruczołów łojowych spada, a skóra staje się sucha i napięta, naskórek się wolniej złuszcza, inne jest rogowacenie i skóra jest bardziej szorstka. Zadbana skóra głowy to ogólna lekkość. Zachęcam.

Ostatni element: suszenie.

Podsumowując: jeśli cokolwiek cię niepokoi w stanie twoich włosów i skóry głowy – nie kombinuj, chodź do Asi!

Ta rozmowa odbyła się prawie miesiąc temu. Asia poddała moje włosy peelingowi i zabiegowi rekonstrukcji łodygi. Zaczęłam myć skórę głowy dwukrotnie szamponem, który mi poleciła. Rozczesuję włosy po nałożeniu odżywki, przed spłukaniem Efekt zabiegu się utrzymuje, włosy są miękkie i przyjemne, bardziej sypkie.

Z Asią umówisz się TU.

Joanna Skrzypczak

Mgr kosmetolog-trycholog, po 8 latach rzuciła korpo. Szukając swojego ja, po 30. skończyła studia podyplomowe: trychologia kosmetyczna.

Od sierpnia 2020 prowadzi gabinet trychologiczny, jest dystrybutorem kosmetyków trychologicznych Simone Trichology. Wykładowca akademicki WSIiZ w Warszawie na kierunku kosmetologia.

W social mediach znana jako ekspert kosmetyczny – na Instagramie ma 25 tys. obserwujących. Uczy Polki, jak dbać o siebie i włosy.