Blog

„Płatne sprawy na rzecz tanga”

Zostałam zapytana przez nauczyciela, który dzięki mnie zaistniał w młodszej stażem tangowej społeczności, czy może umieścić w mojej grupie info dotyczące jego komercyjnego przedsięwzięcia. Zatem ja zapytałam, co proponuje w zamian. Na co on, że nie wiedział, że to „płatne sprawy”, tylko że to grupa „na rzecz tanga”.

Ponieważ obiecałam sobie, że nie będę nikogo wyzywać od skisłych dziadów, pomyślałam: „A Ty chłoptasiu w ząbek czesany… Kiedy Ty COKOLWIEK zrobiłeś na rzecz tanga? Pożytek socjalny z Ciebie żaden. Robisz tylko bardzo płatne rzeczy. Na dodatek sugerujesz, że ja za umieszczenie informacji chcę pieniędzy. Nieładnie! I manipulacyjnie”.

Ale dobrze się stało, bo przy tej okazji wsadzę głębiej kij w mrowisko.

Tak głębiej, że niektórzy odczują go w d…

Zacznę od tego, że moja grupa powstała w konkretnym celu: informowania, gdzie DZIŚ tańczy się tango w Warszawie. Taka jest idea przewodnia i tego się trzymam. Wszystko, co poza tym, czyli informowanie z wyprzedzeniem o eventach, publikowanie moich blogowych artykułów czy czasem coś spoza tanga, jest dodatkiem po moim uważaniu. Dominiczka mi pomaga, za co jestem jej wdzięczna, bo codzienne, systematyczne publikowanie postów, na dodatek najpóźniej w okolicach południa, żeby można było się przygotować na wieczór, to spore wyzwanie. Jeżeli – z różnych względów – uznam, że warto, aby każdy członek grupy otrzymał szansę na zapoznanie się z jakąś informacją, wykorzystuję narzędzie, które ma administrator grupy.

Komu się to nie podoba, po prostu opuszcza grupę

I tu się na chwilę zatrzymam. Wiem, że niektórzy się wkurzają, że są automatycznie oznaczani, że nie jest to spersonalizowany komunikat, tylko zbiorówka. Zachęcam do zmiany przekonania: zamiast uważać, że administrator (w jakiejkolwiek grupie) robi coś niewłaściwego, uznaj, że Ty uzyskujesz informacje (także te bez oznaczenia), w które ktoś włożył pracę i energię (jak ja i Dominiczka w codzienne posty), w zamian nie oburzasz się, że czasem zostaniesz oznaczony przy czymś, z czego nie skorzystasz. Prosta wymiana energii.

Wracamy do „ płatnych spraw” versus „na rzecz tanga”

Ci, co znają mnie od lat, wiedzą, że kiedy organizowałam płatne milongi, zawsze po pierwsze płaciłam dj-om, po drugie dbałam, by atmosfera była socjalna i dj-e także mieli w tym udział, taka była umowa (jeden z obecnych organizatorów, który dba o socjal swoich imprez, przeniósł ten wzorzec do siebie i chwała mu).

W tangu z jednej strony mówi się, że „nikt nic nie musi”, z drugiej niektórzy oczekują, że „każdy z każdym”. O tym będzie osobny wpis. Tu tylko zaznaczę, że jako uczestniczka jestem zwolenniczką pierwszej tezy (nie chcę nikogo do siebie zmuszać, także organizatora, dla którego liczy się tylko zapłacony bilet, a nie atmosfera, nie mówiąc o mojej skromnej osobie, którą bynajmniej nie darzy sympatią, bo usłyszał lub przeczytał parę słów), ale jako organizatorka, także imprez z wstępem wolnym, lubię, by ludzie się dobrze czuli.

Organizatorzy są różni

Są tacy, którzy na swoich imprezach mają sporą listę gości (wzajemna wymiana usług i energii). Ale spora część jest taka, że chce zarobić, a usługi dostać za darmo, nie proponując w zamian nic lub niewiele. Podam przykłady:

* fotograf – powszechną praktyką jest, że organizator dużych eventów jako gratyfikację za zdjęcia proponuje udział w imprezie. „Nie można zrobić zdjęć z imprezy nie będąc na imprezie” – powiedział/a fotograf/ka w moim wywiadzie (halo, dawaj foty, wywiad czas opublikować!). Polując na wyjątkowe ujęcia raczej nie potańczy. A przecież fotograf musi gdzieś zamieszkać, coś zjeść i spędzić mnóstwo czasu na selekcji i obróbce zdjęć, żeby się je przyjemnie oglądało. Jeżeli fotograf jest z osobą towarzyszącą, która ma status gościa organizatora, to ok, jakaś korzyść jest, choćby oszczędnościowa. Ktoś pracuje nad porfolio i chce zaistnieć – ok (tylko często zamieszcza pięćset koszmarnych zdjęć z podobnymi ujęciami i tymi samymi osobami). Dobry organizator wie, że ludzie lubią mieć ładne pamiątkowe fotki, więc przewiduje na to budżet. Tylko to się dzieje głównie za granicą. Dobry fotograf zamiast pięciuset zdjęć opublikuje sto, ładnie obrobionych, świetnych ujęć, co jest doskonałą promocją dla eventu (ważne, jeśli ma być powtórzony);

* dj – ten ma lepiej, bo zagra set i może się bawić. Wikt i spanie ma zapewnione (co w przypadku fotografa bywa różne). Jeśli jest z osobą towarzyszącą o statusie gościa, jak powyżej. Tu też zdarzają się tacy, którzy debiutują na większych eventach, więc zgodzą się na wszystko. Świetny dj się ceni. Od doboru składu dj-ów zależy, jaką rangę ma impreza. Cała masa uczestników się nie zna, wybierają imprezę z innych względów, ale znacząca część jednak się zna i to, kto gra, przesądza: jadę czy nie. Więc kalkulując koszty imprezy dobrze jest tak zaplanować budżet, by zapewnić muzyczną jakość;

* promocja – jeśli idzie tylko kanałem danej szkoły czy organizatora, dociera tylko do odbiorców danej szkoły czy organizatora. Efekt: na różnych imprezach są ciągle ci sami ludzie, zero świeżości. Budowanie zaangażowanej społeczności, która ma zaufanie do tego, co się proponuje, wymaga czasu, systematycznej pracy i wiarygodności. Są różne narzędzia do poszerzania zasięgów, ale trzeba wiedzieć, jak z nich skorzystać. Można się przeszkolić (odpłatnie), ale social media szybko się zmieniają i taką wiedzę trzeba aktualizować. Można korzystać z płatnych reklam, ale też trzeba wiedzieć, w jaki sposób, żeby nie przepalić budżetu. Promocja sama się nie robi.

Kilka przykładów tangowych organizatorskich obyczajów:

* Niektórzy organizatorzy chcieliby potraktować moją grupę jak słup ogłoszeniowy, a nawet gorzej: bez zapytania o zgodę chcą zamieścić informację o swojej komercyjnej imprezie na zasadzie wrzucenia ziemniaków do piwnicy (ten, który jest inspiracją owego wpisu, przynajmniej zapytał). Był czas, że promowałam różne eventy. W pewnym momencie jednak uznałam, że nie ma w tym równowagi. Nie można tylko dawać, bo efekt jest taki, że organizator komercji uważa, że mu się należy. Chce skorzystać z zasięgów wypracowanych przez kogoś innego pod przykrywką wykorzystania „działania na rzecz tanga”.

* Koleżanka, która prowadzi grupę z informacjami tangowymi z całej Polski, a i zagranica często gości, ma niewesoło. Roszczeniowcy oczekują, że będzie robiła, co oni chcą i że zaspokoi ich potrzeby, w zamian dają fochy i dezaprobatę. Obu nam się zdarza, że ktoś pisze, żebyśmy coś zamieściły, ale nawet mu się nie chce przygotować rzetelnej informacji. Nie dość, że mamy opublikować, to jeszcze przygotować. Ja Kasię podziwiam, bo często nie ogarniam Warszawy (na szczęście mi wtedy podpowiadacie – z wdzięcznością dziękuję!), a ona idzie szerokim frontem i stara się na bieżąco zamieszczać informacje o wszystkim, co się tangowo dzieje. Zapytałam jej: „Wyszukujesz, ogłaszasz, przypominasz. Czy którykolwiek z organizatorów kiedykolwiek Cię zaprosił?”. Okazuje się, że jedynie Ania Pietruszewska. Innym nie przyszło to do głowy, a systematycznie posiłkują się jej zasięgami. Czy którykolwiek z organizatorów korzystających z publikacji swojego wydarzenia, w ramach podziękowania i docenienia, podarował Kasi choćby tabliczkę czekolady?

W tangowej Polsce tylko my dwie jesteśmy ponad szkołami, organizatorami i tangową polityką.

Kasia ma tę przewagę, że tylko informuje, więc chyba jednak ma mniej niechętnych sobie niż ja heh.

* Jedna z nauczycielek bezprawnie użyła zdjęcia do promocji swoich komercyjnych działań. Na propozycję fotografa, że w zamian za zgodę poprosi lekcję prywatną, wolała podmienić zdjęcie na gorsze, niż coś dać od siebie.

* Kto inny obiecał lekcję, która od kilku lat nie dochodzi do skutku. Nie ma propozycji: „Umówmy się na jakiś termin”. Liczy, że obiekt zapomniał?

* Kuriozum kuriozów dla mnie osobiście było to, kiedy na milongę z pokazem przybyła cała masa ludzi dzięki temu, że zobaczyli informację w mojej grupie, więc mimo że od lat w tym miejscu NIE bywają – przyszli. Reakcja? Kręcenie nosem, bo ja za tym stałam. Ale forsę zapłaconą przez uczestników skrzętnie przyjęto i przykra nie była.

* Organizator jednego z festiwali uznał, że przez lata zrobiłam swoje i promocja już mu niepotrzebna. Po dojściu do tego wniosku za udział w festiwalu kazał mi normalnie zapłacić (a korzystał z promocji każdego swojego komercyjnego posunięcia, także lekcji, warsztatów i wyjazdów, nie mówiąc o tym, ilu uczniów mu wysłałam i że dzięki mnie zaistniał na południu Polski). Mieliśmy od lat wypracowaną metodę współpracy. Zmienił jej warunki, ale nadal uważał, że jednostronnie obowiązują i dopiero po trzecim razie nieskutecznego wrzucenia ziemniaków do piwnicy zapytał” Ej no, co jest?”. Dosłownie. I się zdziwił, że dostrzegłam brak balansu.

Żeby była jasność: nikt nic nie musi, ale niektórzy po prostu przekraczają granicę przyzwoitości

Ponoszę koszt domeny i serwera, żebyś mógł/mogła mnie czytać. Płacę pewną cenę za swoją szczerość.
A pisać lubię i umiem – że tak skromnie stwierdzę 😛

Natomiast nie będę na każde zawołanie.

Opisywałam wiele imprez, w których uczestniczyłam jak każdy, płacąc. Teraz uznałam, że oczywiście: jeśli będzie coś naprawdę wyjątkowego do przekazania, z tangową wartością dla Was, to opiszę, niezależnie od tego, czy byłam gościem, czy płaciłam za udział jak inni. Ale jeśli to będzie event „nic nadzwyczajnego”, to szkoda mojej energii.

Zwłaszcza że skupiam się na pozytywach, a czasem bywa więcej negatywów

Zdarzyło się, że ja coś zaproponowałam organizatorowi w zamian za zaproszenie, ale nie miał potrzeby skorzystać – i to jest ok. Zdarza się, że nie z każdego zaproszenia ja mogę skorzystać. Życie. Ale też rezygnuję z imprez, np. kiedy wiem, że maraton nie powinien się odbyć w jakimś miejscu, bo miejsce się do tego nie nadaje. Nie poszłabym tam jako gość, bo na zasadzie wymiany coś by trzeba napisać, a niestety można by tylko niefajnie. Był taki event, na którym świetnie bawili się organizatorzy. Uczestnicy w kuluarach wyrażali zatrważające opinie, ale publicznie nikt nie odważył się powiedzieć, że to była lipa i że niektórzy po prostu czuli się oszukani.

Inną kwestią jest tak zwana tangowa społeczność

Kto mnie zna, ten wie, że aspekt nie krzywdzenia i nie wykorzystywania jest dla mnie ważny. Zatem postawa i uczynki organizatorów też. To nie jest tak, że jestem na kogoś pogniewana. NIE. Ale jeśli ktoś jako organizator słabo się zachowa, to jeśli na skalę kameralną, to kameralnie o tym mówię. A jeśli z rozmachem, to w równowadze, ja też z rozmachem. Zwłaszcza że służby operacyjne działają i dowiaduję się z kilku źródeł o każdej niefajnej sprawie. Tak to już jest: fajne przyjmujemy bez echa, niefajne ludzie lubią rozkładać na czynniki pierwsze. I mówić o tym za moim pośrednictwem, żeby nie narobić sobie wrogów… 😎 Oczywiście nie piszę o wszystkim, bo musiałabym nie odchodzić od laptopa.

Znaczna część tańczących tango ma inaczej niż ja

Nie obchodzi ich, jaki jest gospodarz. Płacą za muzykę, parkiet i towarzystwo. Chcą się dobrze bawić bez zagłębiania się w niuanse. Gdyby jednak ludzie bardziej przykładali wagę do roli i funkcji gospodarza i organizatora, byłaby szansa na to, że gospodarze i organizatorzy zaczęliby się starać za pieniądze, które im płacisz. A biorąc pod uwagę mnogość imprez, dotarcie do potencjalnych uczestników będzie coraz trudniejsze.

Ale żeby nie było, że ci organizatorzy to samo zło: NIE!

Ja naprawdę nie oczekuję nie wiadomo czego. Dostaję podziękowania, dzięki czemu wiem, że to, co robię, ma sens. Natomiast nie lubię być traktowana instrumentalnie. Sama bywam organizatorką.

Tango Te Amo wraz z Los Almis organizuje budżetowego sylwestra

Przy okazji – to się wydarzyło naprawdę: dzwoni do mnie kolega, którego bardzo lubię człowieczo i tangowo. Pyta o szczegóły. Zaprasza mnie z R. na imprezę, którą z paczką tangowych par organizują w jakiejś restauracji. I mówi, że jest zainteresowany naszym sylwestrem pod warunkiem, że nikt na tym nie zarobi.

WTF? Ludzie, qrde, co z Wami?!

Mamy stawkę dwie stówy za osobę – wszyscy zadeklarowani dokonali wpłat, dotarły!), dwóch dj-ów, wynajętą salę, max 50 osób i nie chcę, żeby było bidnie w bufecie, a ktoś mi stawia warunki?! Gdybyśmy robili imprezę na 300 osób za 300 euro, to byśmy zarobili. A tak w ogóle co to za podejście? Robicie, Panie Przenikliwy, imprezę w restauracji, zarabia restauracja (a może płaci % od utargu załatwiaczowi restauracji, tylko Ty, Panie Przenikliwy, o tym nie wiesz?). Ogarniamy wystrój, muzykę, ciężkie butelki z winem i zgrzewki wody, będziemy to wszystko targać po schodach, z nastawieniem, że ma być fajnie (zapowiada się, że będzie, połowa miejsc zajęta i naprawdę przyjemny skład). I jak zostanie stówa, to co? Mam oddać Panu Przenikliwemu? Czy podrzeć i wyrzucić?

Podsumowując „płatne sprawy na rzecz tanga”:

* Organizujesz komercyjne wydarzenie, zarabiasz na tym – pomyśl o usługodawcach, którzy pracują na Twój sukces. Skorzystaj i się odwdzięcz. Bo jeśli ich wykorzystasz, pierdyknie Ci w innych obszarach (tak działa energia).

* Ty, organizatorze, starasz się lub nie. Ja i Kasia od tangowych historii staramy się zawsze. Niczego od Ciebie nie chcemy. Ale jeśli Ty chcesz od nas, zaproponuj coś. Aaa!!! Piszę to bez konsultacji z koleżanką.

Edit: pytacie, co taki organizaror lub nauczyciel miałby zaproponować?

  • Wdzięczność.
  • „Przy najbliższej okazji zapraszam na wodę mineralną”.
  • A jeśli nie ma pomysłu, to nic i niech się spodziewa tego samego.

* Nikt nic nie musi. Ale ja dbam o równowagę energetyczną, więc dawanie i przyjmowanie to podstawa. Ach, miałam obiecany jakiś masaż… Pewnie stracił aktualność.

* Na nikogo się nie gniewam. Nikogo nie traktuję jak wroga. Zawsze odnoszę się do tego, co zostało zrobione lub powiedziane (albo nie, a powinno), więc chodzi o postawę lub zachowanie, a nie o człowieka.

* Mam nadzieję, że odnajdą wartość w tym wpisie ci, którzy chcą tworzyć tangową społeczność, a nie tylko być w tangowym środowisku.

Na koniec:

Pietruszka, świetna organizatorka, po raz kolejny robi Beskid Tango Marathon, który wraca do hotelu! Wszystko w jednym miejscu, pijama party, będzie się działo! Rejestracja otwarta, nie zwlekaj, bo ilość pokoi jest ograniczona.

P.S. 1.

Żebyś mógł/mogła przeczytać ten wpis, ja zainwestowałam 6 godzin mojego czasu + 3 godziny redaktora, który sprawdzał, czy wszystko jest zrozumiałe, nanosił poprawki (bo to, co jest dla mnie jasne, gdyż mam to w głowie, może nie być jasne dla Czytelnika/czki). Codzienny wpis w grupie zajmuje mi od 5 do 30 minut (zależy, czy szukam ilustracji, czy już ją mam). Kasia z tangowych historii ślęczy nad aktualizacjami o wiele dłużej. Tak, nikt nam nie każe. Robimy, bo lubimy. I dlatego robimy, co uważamy za stosowne, a co stosowne dla nas nie jest, to nie robimy (to piszę po konsulatcji 😆 ).

P.S. 2.

Dość szybko w komentarzach na fejsie pojawiła się taka kwestia, że przeciętny tangowicz może coś niby reklamować (bez uzgodnienia z organizatorem), a potem „chcieć egzekwować” gratyfikację.  Po pierwsze: reklamować trzeba umieć (forma, opis, narzędzia dotarcia z informacją – wiedza bynajmniej niepowszechna); po drugie: chcieć a móc to dwie różne rzeczy (rekalmować i egzekwować hehe); po trzecie: kiedy ludzie pytają mnie o nauczycieli, to najpierw rozmawiamy o ich potrzebach i oczekiwaniach, a potem podpowiadam, do kogo iść. Bez konsultacji polecam. Nie przyszłoby mi do głowy czegoś chcieć, a za swoje lekcje płacę.

P.S. 3

Zdjęcie nr 1 – Batida del Tango, to moje trampki 🙂 Kto robił zdjęcie, z kim tańczyłam… Nie pamiętam.
Reszta grafik: zasoby internetu, niektóre nie podpisane, nie znalazłam linka do źródła.

Dieta to nie tylko odchudzanie

Nadeszła jesień. Jesteśmy po letnich grzeszkach. Czy pora roku ma znaczenie w sposobie odżywiania?

Jeżeli rozważamy pojęcie prawidłowej, tzw. „zdrowej” diety osoby dorosłej, to pory roku nie zmieniają zasad jej bilansowania. Prawidłowa dieta umożliwia utrzymanie właściwego dla danego wieku składu ciała i szczupłej sylwetki. Niezależnie od pory roku powinniśmy dostarczyć ilość energii, która odpowiada zapotrzebowaniu naszego organizmu. Ta ilość energii, to inaczej całkowita przemiana materii i stanowi sumę wszystkich wydatków energetycznych organizmu. Upraszając nieco, na te wydatki składa się podstawowa przemiana energii oraz wszystkie wydatki na aktywność fizyczną. Warto podkreślić, że aktywność fizyczna to także wykonywane przez nas czynności w domu i w pracy, a nie tylko ćwiczenia gimnastyczne czy uprawiana regularnie dyscyplina sportu. Ponieważ aktywność fizyczna wielu osób zmienia się w zależności od pory roku, a dokładnie zmniejsza się w okresie jesienno-zimowym, to z tego powodu dieta może wymagać ponownego zbilansowania. Jednak pory roku nie powinny wpływać na drugi składnik całkowitej przemiany materii, czyli podstawową przemianę materii. Jest to wydatek energetyczny naszego organizmu na podstawowe funkcje życiowe.

Czy ilość energii wydatkowana na podstawową przemianę materii zmienia się w trakcie naszego życia?

Zmniejsza się z wiekiem, niemniej powinna być porównywalna w danym roku. Gdy wyliczymy naszą podstawową, a następnie całkowitą przemianę materii, to należy podzielić tą energię tak, aby była dostarczana regularnie do organizmu, najlepiej w 5 posiłkach.

Każdy posiłek powinien być zbilansowany pod względem ilości białek, tłuszczów i węglowodanów. Należy także uwzględniać witaminy i sole mineralne. Pewne różnice w jadłospisie związane z porami roku będą dotyczyły produktów, ponieważ w okresie letnim i jesiennym dostępne są sezonowe owoce i warzywa. Niemniej należy wliczać je do posiłków i planować nasz jadłospis tak, aby był zbilansowany pod względem makroskładników, czyli białka, tłuszczów i węglowodanów, a także ilości dostarczanej energii.

Pięć posiłków dziennie… Kiedy przed weselem syna się z Tobą odchudzałam (osiem kilo w dół i trwa!), jedzenie pięć razy dziennie to było wyzwanie. Dwa, trzy razy dziennie nie wystarczy?

Jedzenie niewystraczającej ilości posiłków nie jest zgodne z zapotrzebowaniem energetycznym naszego organizmu. Codziennie w organizmie powstaje trzysta milionów nowych komórek, a proces ten wymaga dowozu energii, czyli paliwa i substancji budulcowych. Substancje te przyswajamy z posiłków w odpowiednim cyklu trawiennym. Mniejsza ilość posiłków oznacza przede wszystkim zwiększenie odstępów pomiędzy nimi, ale także problemy z dostarczeniem wymaganej ilości energii, makroskładników oraz witamin i soli mineralnych. Zbyt długie przerwy pomiędzy posiłkami organizm odbiera jako „głodzenie”, więc będzie spowalniał metabolizm, aby przetrwać przerwy, nie będą prawidłowo zachodziły procesy regeneracji, powstaną niedobory substancji mineralnych i witamin, gorzej będzie funkcjonował układ immunologiczny i hormonalny. Dodatkowo, jeżeli posiłki będą miały zmienną kaloryczność, to każdą nadwyżkę organizm będzie odkładał „na zapas”. Ostatecznie może nawet dojść do rozwoju zaburzeń metabolicznych, a w konsekwencji, niektórych chorób cywilizacyjnych.

Podobne mechanizmy powstają przy stosowaniu restrykcyjnych diet redukcyjnych. Początkowo następuje utrata masy ciała, ale potem proces spowalnia i masa ciała zmienia się nieznacznie. Gdy dana osoba wraca do wcześniejszego jadłospisu, jest efekt jojo. Zbyt rzadko spożywane posiłki mogą także doprowadzić do uczucia zmęczenia, bólów głowy, trudności skupienia uwagi oraz gorszej motywacji do działania, a czasami do rozwoju niekorzystnych nawyków, jak napadowe objadanie, czy nawet zaburzeń odżywiania.

Co mają zrobić osoby, które chcą się zdrowo odżywiać, ale pięć posiłków przekracza ich możliwości?

W wielu przypadkach bardzo korzystna będzie dłuższa współpraca z dietetykiem, który wspiera zmianę nawyków żywieniowych. Warto zauważyć, że wizyty u dietetyka mają na celu nie tylko ułożenie jadłospisu, ale analizę nawyków żywieniowych, a potem motywowanie do zmian na nawyki korzystne dla danej osoby. Co więcej, dieta może mieć różne cele, nie tylko odchudzanie. Przygotowanie odpowiedniej diety stosowane jest także w wielu chorobach przewlekłych, aby wspierać ich leczenie i ograniczać objawy.

W swojej praktyce dietetyka klinicznego obserwuję, że w przeciągu 2. pierwszych miesięcy ponad 70% osób zmienia swoje nawyki. Początkowo pomagają na przykład aplikacje przypominające o posiłkach i piciu wody pomiędzy. Uregulowanie rytmu posiłków powoduje, że zaczynamy czuć głód o wyznaczonych porach i potem jest łatwiej regularnie zjadać posiłki. W takiej przemianie pomaga także fakt, że mamy gotowe, ugotowane wcześniej posiłki, na przykład catering z mojej kuchni Centrum EGO. Niektóre osoby wymagają więcej motywacji i dłuższej współpracy. Wtedy spotykamy się częściej nawet przez pół roku.

Co sądzisz o głodówkach leczniczych. Są one propagowane jako diety oczyszczające, detoksykacyjne. Zdarza się także znaleźć opinie, że głodówka wspomaga leczenie chorób nowotworowych, ponieważ „raka należy zagłodzić”.

Przede wszystkim głodowanie jest sprzeczne z fizjologią człowieka i stanowi zaprzeczenie prawidłowej diety. Jeżeli nie jemy kilkanaście godzin, to w organizmie uruchamiane są różne mechanizmy obronne i dochodzi do spowolnienia metabolizmu, a po kilku dniach także do postępującej utraty tkanki mięśniowej, a jedynie w niewielkim stopniu tkanki tłuszczowej. Wielokrotnie powtarzane głodówki mogą spowodować powstanie różnych chorób wynikających z niedoboru składników pokarmowych, jak niedokrwistość czy nadmiaru produktów rozpadu białek, jak dna moczanowa, zaburzeń działania układu hormonalnego i immunologicznego. Głodówki nie są stosowane jako regularne, konwencjonalne metody lecznicze. Obecnie najczęściej tzw. głodówki, to bardzo restrykcyjne diety eliminacyjne, które dostarczają niewielkich ilości energii. Stosuje się tylko wybrane produkty, co prowadzi do niedożywienia ilościowego i jakościowego, czasami podawane są dodatkowo określone suplementy, środki przeczyszczające lub wykonywane są lewatywy. Takie postępowanie także może doprowadzić do niedożywienia, utraty masy mięśniowej, ale także zaburzeń wodno-elektrolitowych, niedoborów witamin i składników mineralnych. Głodówka nie jest stosowana także w leczeniu chorób nowotworowych. Najnowsze rekomendacje Europejskiego Towarzystwa Żywienia Pozajelitowego i Dojelitowego (ESPEN) wskazują, że u chorych na choroby nowotworowe należy stosować dietę zbilansowaną, biorąc pod uwagę zwiększone wydatki energetyczne związane z leczeniem, na przykład planowaną lub przebytą operacją, urazem, podwyższoną temperaturą ciała, a także zwiększone wydatki energetyczne powstające w przebiegu choroby, co jest charakterystyczne w chorobie nowotworowej.

Na koniec chciałabym dodać, że to prawidłowa dieta jest podstawą profilaktyki chorób cywilizacyjnych oraz nowotworowych. Posiłki powinny być podawane regularnie, co 3 lub 3,5 godziny w ciągu dnia. Należy zadbać o zbilansowanie każdego posiłku pod względem makroskładników, zastanowić się także nad różnorodnością i jakością stosowanych produktów, a także strawnością zawartych w nich składników. Należy unikać produktów wysokoprzetworzonych i zawierających konserwanty. Ważne także, aby pić odpowiednie ilości płynów, a przede wszystkim wody mineralnej w ilości około 30 ml/kg należnej masy ciała.

Jaka jest Twoja opinia o diecie ketogenicznej?

Bardzo niepokoi mnie obecna moda na stosowanie takiej diety. Może to wywołać szereg objawów niepożądanych, na przykład zaparcia, biegunki, bóle brzucha, utratę apetytu, wymioty, zwiększone pragnienie, uczucie zmęczenia i senności. Prowadzenie takiej diety może także spowodować rozwój dny moczanowej i kamicy nerkowej.

Dieta ketogeniczna to dieta bogatotłuszczowa i ubogowęglowodanowa, w której nawet 80% stanowi tłuszcz, a pozostałą część białka oraz węglowodany. Na skutek ograniczenia węglowodanów dochodzi do ketozy, a głównym produktem energetycznym dla organizmu są, zamiast glukozy, ketony. Dieta powinna być właściwie zaplanowana, bo jest to dieta długotrwała i przeprowadzana pod kontrolą dietetyka lub lekarza, nigdy samodzielnie. Ponieważ jest to bardzo restrykcyjna dieta eliminacyjna, wymaga suplementacji witamin, składników mineralnych oraz błonnika. Dieta ta jest stosowana z powodzeniem u dzieci z padaczką lekooporną, ponieważ zmniejsza ilość napadów padaczkowych, w leczeniu niektórych wrodzonych wad metabolicznych, a także jako dieta redukcyjna u wybranych pacjentów.

A co z glutenem?

Gluten to białko występujące w ziarnach niektórych zbóż: pszenicy, orkiszu, żyta, jęczmienia. Bezpodstawne eliminowanie zbóż zawierających gluten jest błędem i może skutkować niedoborem ważnych dla zdrowia mikro i makroelementów, w tym błonnika pokarmowego, folianów, żelaza, niacyny, ryboflawiny i tiaminy. Nikomu, także osobom mogącym spożywać gluten, nie polecam produktów z pszenicy białej, modyfikowanej genetycznie i pozbawionej błonnika. Produkowane w Polsce jęczmienie, żyta, owsy i orkisze są fantastyczne, dlatego powinniśmy je spożywać. Jeśli ktoś ogranicza produkty odzwierzęce, to właśnie powinien jeść zboża. Tylko proszę nie kupować produktów w saszetkach, bo jest to produkt pozbawiony błonnika. Warto także zauważyć, że produkty bez glutenu są droższe od zawierających gluten.

Wskazania do diety bezglutenowej dotyczą określonych chorób, czyli celiakii (choroby trzewnej), choroby Duhringa (rzekomoopryszczkowego zapalenia skóry), uczulenie na pszenicę oraz nieceliakalnej nadwrażliwości na gluten. Przy podejrzeniu chorób wymagających eliminacji glutenu należy zrobić testy na przeciwciała przeciw transglutaminazie tkankowej w klasie IgG i IgA, gliadynie w klasie IgG i IgA oraz endomyzjum w klasie IgG i IgA.

Mówiłaś kiedyś, że kasze, ryż i ziemniaki należy gotować na kilka godzin przed zjedzeniem, najlepiej osiem. Dlaczego?

Warto wcześniej gotować wymienione produkty, a następnie schładzać, aby część zawartej w nich skrobi zamieniła się w skrobię oporną, czyli błonnik pokarmowy. Dzięki temu ugotowane produkty mają niższy indeks glikemiczny, czyli kaloryczność spada o około 30%, a jednocześnie witaminy i składniki mineralne są zachowane. To jest bardzo korzystne przy leczeniu insulinooporności i w dietach redukcyjnych. Warto także wrócić do metody gotowania kaszy stosowanych przez nasze babcie: zawinąć garnek z kaszą w kołdrę, niech kasza wchłonie wodę i dochodzi do następnego dnia. Późniejsze podgrzewanie produktów już nie zmienia ilości skrobi opornej.

Kuracje oczyszczające owocowo-warzywne, na przykład miesięczne, czasem dłuższe: rzeczywiście to samo zdrowie?

Stosowane są różne kuracje owocowo-warzywne. Mogą dostarczać odpowiedniej ilości energii, czyli zgodnej z całkowitą przemianą materii danej osoby lub zbyt małej ilości energii. Dieta sokowo-warzywna to przede wszystkim dieta eliminacyjna, która nie dostarcza wymaganych makroskładników. Owoce zawierają przede wszystkim węglowodany proste, a warzywa także skrobię. Stosując dietę sokowo-warzywną nie dostarczamy białka oraz odpowiednich tłuszczów i witamin rozpuszczalnych w tłuszczach, czyli A, D, E, K. Wypity przez nas sok stanowi zatem „bombę cukrową”, której spożycie doprowadzi do znacznego wyrzutu insuliny, co jest bardzo niekorzystne i można porównać do jedzenia słodyczy czy innych produktów zawierających cukry proste. Jeżeli dieta owocowo-warzywna dodatkowo nie dostarcza wystarczającej ilość energii, wówczas powstają podobne mechanizmy obronne, jak przy głodzeniu, a spadek masy ciała zależy głównie od utraty masy mięśniowej. Dodatkowo soki są pozbawiane całości lub znacznej części błonnika, którego brak niekorzystnie wpływa na perystaltykę jelit i procesy trawienia.

W prawidłowej, tak zwanej zdrowej diecie jako źródło energii powinny być stosowane produkty zawierające węglowodany złożone, na przykład kasze, makarony pełnoziarniste, brązowy ryż, pieczywo żytnie, rośliny strączkowe. Tylko 10% energii powinno pochodzić z cukrów prostych, na przykład zawartych w owocach. Nie zalecam także zamieniania owoców i warzyw na soki. Owoce powinny być spożywane w całości, razem z elementami zawierającymi błonnik, który jest odrzucany przy produkcji soku. Wypicie jednej szklanki soku jest bardzo łatwe. Nie zjedlibyśmy z taką łatwością 1 kg buraków, marchwi czy 0,5 kg jabłek, a zwykle taka ilość produktu jest niezbędna do przygotowania szklanki soku.

Nadwaga i otyłość związane są z różnymi chorobami.

Jest to wielokrotnie powtarzane stwierdzenie, które dotyczy także moich pacjentów. Szacuje się, że otyłość dotyczy już blisko 20% Polaków. Osoby otyłe znajdują się w grupie podwyższonego ryzyka rozwoju chorób kardiologicznych oraz cukrzycy typu 2. Zmniejszenie nadwagi i leczenie otyłości zapobiega rozwojowi tych chorób, a także wspomaga leczenie. Bardzo często decyzja dotycząca odchudzania podejmowana jest przez pacjenta dopiero wtedy, gdy rozwinęły się już objawy chorób, na przykład cukrzyca typu 2, nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca, choroba zwyrodnieniowa stawów, zaburzenia metabolizmu lipidów. Pacjenci przychodzą na wizytę myśląc w szerszych, zdrowotnych kategoriach, a dodatkowo, aby się odchudzić. Zmniejszenie masy ciała pomaga w leczeniu wielu chorób, powoduje ograniczenie lub ustąpienie objawów, umożliwia zmniejszenie dawek leków. Zwykle takie efekty stanowią dla pacjenta motywację do dalszego odchudzania.

W Centrum Medycznym EGO stworzyłam i prowadzę autorski program „Skuteczne Odchudzanie”. Program ten przeznaczony jest dla osób, które chcą zdrowo schudnąć i utrzymać ten efekt przez wiele lat. Dzieje się tak, ponieważ program oparty jest na naukowych podstawach. Trwa dwa miesiące. Celem mojego programu jest przywrócenie prawidłowego składu ciała pacjenta, czyli spalenie tkanki tłuszczowej i odbudowa tkanki mięśniowej. Prawidłowy skład ciała warunkuje bowiem prawidłowe funkcjonowanie organizmu.

Jak wygląda program?

Program jest indywidualnie dostosowany do problemów zdrowotnych konkretnej osoby, jej płci, wieku, aktywności fizycznej. Regularne spotkania z dietetykiem lub Trenerem Żywienia® w trakcie trwania programu służą edukacji pacjenta. Współpracując z pacjentem, dążymy do zmiany niekorzystnych nawyków żywieniowych oraz edukujemy w zakresie zdrowego odżywiania i prawidłowej aktywności fizycznej. Jest to postępowanie kompleksowe, a badania naukowe potwierdziły skuteczność tego programu po dwóch miesiącach i trzech latach.

Zmniejszenie masy ciała nie zawsze jest najważniejsze. Tkanka mięśniowa jest objętościowo mniejsza niż tkanka tłuszczowa. Jeżeli mamy więcej tkanki mięśniowej, niż tłuszczowej, to będziemy wyglądać smuklej przy takiej samej masie ciała. Bardzo motywujące dla pacjenta są pomiary obwodów, na przykład talii, brzucha, uda czy bicepsa – zmniejszają się w sposób zauważalny także wtedy, gdy masa ciała zmniejsza się nieznacznie.

Czy to prawda, że można być otyłym i mieć prawidłową masę ciała?

Tak, opisano zespół metabolicznej otyłości u osób, które mają prawidłową masę ciała. U osób tych występują zaburzenia metaboliczne, takie jakie występują u ludzi z otyłością brzuszną, czyli insulinooporność, hipertriglicerydemia i wyższe niż u zdrowych osób ciśnienie tętnicze. Ustalono, że osoby te mają nieprawidłowy skład ciała: zbyt małą ilość tkanki mięśniowej i nadmierną ilość tkanki tłuszczowej, głównie trzewnej. Są to osoby, które ograniczają posiłki, aby nie przytyć, a jednocześnie maja niewielką aktywność fizyczną. Stosunkowo często problem dotyczy nastolatków i młodych dorosłych. Osoby te pilnują, aby nie przytyć, więc zjadają mniejszą liczbę posiłków. Dodatkowo zamieniają zdrowe, zbilansowane posiłki na produkty bogate w węglowodany proste i tłuszcze nasycone, na przykład drożdżówka na śniadanie, zdrowy obiad, batonik na deser, a wieczorem brak kolacji. Po analizie jadłospisu stwierdzamy, że spożywają mniej energii niż ich podstawowa przemiana materii. Dlatego uruchamiane są takie mechanizmy obronne, jak przy głodowaniu, o czym opowiadałam wcześniej: metabolizm spowalnia, a organizm musi zużywać własne mięśnie do procesów metabolicznych. Gdy spożywane są posiłki o większej kaloryczności, na przykład słodycze, to organizm produkuje zapasową tkankę tłuszczową. W ten sposób zaburzają się coraz bardziej proporcje tkanki mięśniowej do tłuszczowej, jak u osoby otyłej, chociaż masa ciała jest nadal prawidłowa. Dochodzi do zaburzeń układu hormonalnego, powstają zaburzenia metabolizmu węglowodanów i lipidów, a w przyszłości, cukrzyca typu 2 i nadciśnienie tętnicze.

W jakich chorobach stosowane jest leczenie dietą?

Istnieje wiele chorób i problemów zdrowotnych, przy których dietoterapia jest istotnym wsparciem dla leczenia farmakologicznego czy chirurgicznego. Dobrze dobrana dieta może ograniczać rozwój choroby, zmniejszać objawy, a dzięki temu umożliwiać lepszą jakość życia, a często zmniejszenie dawek leków. Pracuję jako dietetyk kliniczny i zajmuję się dietoterapią pacjentów z bardzo różnymi chorobami, na przykład z chorobami układu krążenia, najczęściej nadciśnieniem tętniczym i chorobą wieńcową, cukrzycą typu 2 i insulinoopornością, niedoczynnością tarczycy, także w przebiegu choroby Hashimoto, z dną moczanową, chorobą jelita drażliwego i SIBO (zespół rozrostu bakteryjnego w jelicie cienkim), prowadzę leczenie dietetyczne w przebiegu chorób nowotworowych, jak również w niepłodności.

Napisałaś trzy książki: „Dieta garstkowa”, „9 i pół tygodnia, czyli Skuteczne Odchudzanie z Dietą Garstkową” oraz „Jedzenie to leczenie – czyli prosty przepis na zdrowie i szczupłą sylwetkę”. Czy można je kupić?

Nakład się niestety wyczerpał, ale można wypożyczyć w niektórych bibliotekach medycznych. Dostępna jest obecnie inna pozycja: praca zbiorowa dotycząca postępowania dietetycznego w chorobach nowotworowych, wydana w formie podręcznika dla lekarzy przez wydawnictwo PZWL. Napisałam tam dwa rozdziały: fakty i mity dotyczące żywienia w chorobach nowotworowych oraz profilaktyka i dietoterapia w raku tarczycy.

dr n. med. Anna Lewitt
dietetyk, Trener żywienia®, dietetyk kliniczny

Specjalizuje się w profilaktyce i leczeniu chorób przewlekłych niezakaźnych, przede wszystkim chorób cywilizacyjnych – dietozależnych: cukrzycy, choroby wieńcowej, nadciśnienia tętniczego, nowotworów oraz nadwagi i otyłości.
Prowadzi także konsultacje dietetyczne dla sportowców.

Jest doktorem nauk medycznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i założycielką Centrum Medycznego Treningu Osobistego i Dietetyki EGO. 

Centrum Medyczne Treningu Osobistego i Dietetyki – EGO
dr n. med. Anna Lewitt
Al. W. Witosa 31 lok 222
00-710 Warszawa
C. H. Panorama II piętro
tel. +48 604 644 977
www.centrumego.pl

Amsterdam 08.2022: speed dating, flirting night, World Tango Congress

– Nigdy nie byłam na tangu w Amsterdamie, a i nietangowo tylko raz, dawno temu, przejazdem.
– Jedziemy?
– No pewnie!
Przeglądam program, a tam…
– Czytałeś, na co nas zapisałeś?
– Nie.

Amsterdam… Miasto sex, drugs and rock&roll…

Tango
Na jednej sali alternatywne, na głównej tradycja. Były też propozycje warsztatów z różnymi parami, ale to nas nie interesowało. Nie lubię łączyć nauki z dużym eventem, na którym się intensywnie tańczy. Kiedy się uczyć, to uczyć, a kiedy tańczyć, to tańczyć. W tym obydwoje byliśmy zgodni.

Pojechaliśmy na „World Tango Congress”
Biorąc pod uwagę znaczenie słowa „kongres” (zjazd krajowy lub międzynarodowy przedstawicieli nauki, polityki itp.; organizacja polityczna lub społeczna; najwyższy organ kolegialny w niektórych organizacjach politycznych lub społecznych; parlament Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i niektórych państw Ameryki Łacińskiej; doroczny zjazd Świadków Jehowy), nie zdziwiłam się, że koleżanka filolożka postawiła oczy w słupek. Program kongresu zakładał atrakcje dodatkowe, które odkryłam, wczytując się w program.

Otóż imprezę miał rozpocząć czwartkowy tangowy… speed daiting.
Formuła klasyczna: panie siedzą przy stolikach, panowie dosiadają się i mają 3 minuty na pogawędkę. A potem zmiana, panie zostają, panowie idą do następnego stolika.

Kolejną atrakcją był „Flirting night”, zaplanowany na sobotnią noc (w innej sali, nie kolidując z tańczącymi tradycyjnie i alternatywnie). Reguły takie: wybierasz jedną z trzech bransoletek: zielona – single, pomarańczowa – so so/it’s complikated, czerwona – taken (czyli zajęty/a). Ale o atrakcjach dodatkowych za chwilę.

Milongi wieczorne

Czwartkowa odbywała się w mniejszej sali. Ludzie trochę narzekali na upał, ale w końcu lato było, a dla mnie nie ma nic gorszego od wyziębionej klimatyzacją sali. Jak na tę powierzchnię, była optymalna ilość osób. Zatańczyłam kilka sympatycznych tand i dwie z partnerami, którzy na moje szczęście więcej się do mnie nie garnęli (nie dawałam się wyginać i nie dawałam sobą robić szarpanych gancz).

W piątek i sobotę obie sale były wypełnione. Amatorów tradycji było więcej, chociaż my w piątek rozpoczęliśmy walcem w sali alternatywnej i był to jedyny utwór, który tam zatańczyliśmy. Ludzi było dużo, na szczęście nie mieliśmy problemu z namierzeniem wolnych krzeseł. Ja lubię mieć swoje miejsce, na którym zostawiam torebkę czy szal. Nie ma problemu, jeśli ktoś chce przysiąść na chwilę i tak też się działo. Miałam nadzieję, że podczas ostatniej godziny zostaną lepsi tancerze. Niestety parkiet pustoszał wcześniej, także z nich.

Milongi popołudniowe

Były dwie: w sobotę i niedzielę. Obie, z powodu trwających wcześniej zajęć, rozpoczęły się z półgodzinnym opóźnieniem. To niestety jest słabe u organizatorów: nie biorą pod uwagę, że w niedzielę dużo ludzi jednak wyjeżdża i fajnie by było, gdyby mogli potańczyć od południa do wczesnego wieczora. I NIE na jakichś flashmobach, tylko normalnie, wygodnie, bez udziwnień, których ja nie lubię. Jestem nudna i lubię tradycję w sali z parkietem, o! Tu w niedzielę zaczęło się o 15.30., a o 16.30. musieliśmy wychodzić.
Lubię milongi dzienne w naturalnym świetle i tak też było tutaj.

Balans

Ponieważ nie było jako takiej rejestracji, tylko kupowało się bilety, spodziewałam się proporcji 7: 1 (zgadnij, na czyją niekorzyść heh). Aż tak na szczęście nie było, chociaż kobiet było więcej. Śmiałam się, że ponieważ panie w tangu bywają bardzo ekspansywne, na flirtingu tabuny chętnych kobiet będą wyrywać sobie biednych, niekoniecznie chętnych mężczyzn…

Obiekt i muzyka

Event odbywał się w szkole tańca, więc podłoga była ok. Niestety toalety nie były dostosowane do dużej ilości uczestników. W damskiej i tak było lepiej (trzy stanowiska, dwie umywalki). Męska miała dwie kabiny i umywalkę w korytarzu czy czymś takim…A wiadomo, że niektórzy mężczyźni poważne sprawy lubią załatwiać niezależnie od czasu i miejsca, także pomiędzy tandami, więc komfort słaby.

Muzycznie było różnie, ale gusta też są różne. Parkiet podczas każdej tandy był pełen. Dla mnie nie było żadnej tandy, która ścisnęłaby moje serce wzruszem lub nostalgią. Jedna, która mi się bardzo podobała, nie przypadła do gustu mojemu partnerowi, więc tangazmu nie było.

I tu dygresja – jakże ważna!

Po tym doświadczeniu olśniło mnie, dlaczego kobiecy desant na liderów nie ma sensu! Więcej napiszę przy innej okazji, jednak tu muszę o tym wspomnieć. Otóż jeśli partner jest na pewnym poziomie i partnerka też oraz NIE jest im wszystko jedno, z kim i do czego tańczą, to jeśli Tobie, osobo podążająca, podoba się muzyka, ale nie trafisz w gust lidera, obydwoje będziecie mieć kiepską tandę. Okazuje się, że można się ze sobą całkiem dobrze znać, także tangowo, a jednak mimo wielu ulubionych wspólnych utworów mieć takie, w których gustem jedno z drugim się rozjeżdża.

Poziom

Jeśli chodzi o poziom taneczny, to naliczyłam sześciu tangueros, z którymi bym chciała, niestety byli poza moim towarzysko-tangowym zasięgiem (trzech okazało się nauczycielami). Miałam przyjemne tandy, ale nic spektakularnego się nie wydarzyło. Ważne! Dje, którzy w danej chwili nie grali, bawili się, tańcząc z różnymi paniami. Ze mną też i te tandy były dobre.
Najbardziej zaskoczył mnie Norweg, który powiedział, że tańczy od trzech lat. I robił to bardzo miło. Po prostu pewnie tańczył to, co miał już wdrukowane w ciało, nie cudaczył i nie silił się na pierdylion figur. I był jednym z młodszych tancerzy. Ogólny poziom wiekowy był bardziej zaawansowany niż taneczny. Uczestnicy nie trzymali rondy.
Wiadomo, że o tym, czy uważa się imprezę za udaną, świadczy subiektywne poczucie dobrej zabawy. Każdy event współtworzą także uczestnicy. Dla mnie to, co działo się poza tangiem, było zdecydowanie atrakcyjniejsze. Tango było na drugim planie, co zdarzyło się po raz pierwszy w czasie tangowego wyjazdu. 

Pokazy

Były właściwie trzy. Jeden odbył się w sali alternatywnej. Zajrzeliśmy na chwilę, i widząc szarpaninę, wycofaliśmy się z bólem w duszy i ciele. Na sali głównej wystąpiła para, która pokazała tangowy free style (Carolina Giannini i Mauro Caiazza z Argentyny). Wiele elementów było całkiem niezłych. A druga para…

Agostina Tarchini i Sebastian Jimenez. Szczerze mówiąc, nie przykładałam wagi do nazwisk, nie wiedziałam, kto wystąpi. A tu niespodzianka… Ona mnie zahipnotyzowała, od pierwszej do ostatniej sekundy skupiła całkowicie moją uwagę. Rozmawiałam z R., że właściwie nie wiem, jak tańczył jej partner, bo patrzyłam tylko na nią. R. powiedział, że dobry jest, bo tylko doświadczony tancerz jest w stanie udźwignąć energię i kunszt takiej tancerki. I że wyglądali jak kobieta z mężczyzną, a nie syn z matką (nie chodzi o wiek, tylko o energię, która w różnych parach bywa rozbieżna). W Warszawie dopiero dowiedziałam się, że Sebastian tańczył z Marią Ines Bogado (no tak!) i że niektórzy uważają go za jednego z TOP10.
Jak dla mnie, Agostina jest zjawiskowa, energetyczna, magnetyczna. W 2017 roku zwyciężyła w mundialu w kategorii
escenario (z innym partnerem. Obejrzałam. Pokaz w Amsterdamie o niebo lepszy, czyli rozwinęła się, nie spoczęła na laurach). Kiedy tańczyli na milondze, zwróciłam uwagę, że są świetni.

Foto: ze strony Agostiny.

I tu taka moja refleksja: jeśli para mówi, że na pokazie pokazują swój taniec, jaki tańczą na milongach, to ja sobie myślę: po co płacić za milongę z pokazem, kiedy można za darmo obejrzeć to samo… Zarówno Agostina z Sebastianem, jak i ich poprzednicy, na milondze tańczyli jak na milondze, a na pokazie zrobili show.

Agostinę widziałam gdzieś tam na YouTube, ale dopiero oglądanie pokazu na żywo daje odczucia: energii, spójności, gracji i klasy. Zdecydowanie wskoczyła na podium moich ulubionych tancerek.

Atrakcje dodatkowe: co z tym datingiem i flirtingiem?

Jak napisali organizatorzy: speed dating jest okazją do poznania kogoś, z kim można umawiać się na milongi, pójść na warsztaty, spędzić cały weekend, a może coś więcej…
Jedna z Czytelniczek powiedziała, że absolutnie mamy iść i że czeka na relację z obu stron: damskiej i męskiej. Nie ma, że się nie chce! Misja zobowiązuje!
Kiedy okazało się, że to dodatkowo kosztuje 20 euro od osoby, a Czytelniczka nie wyraziła chęci zainwestowania w zaspokojenie swojej ciekawości, postanowiłam odpuścić, bo za cztery dychy euraczy mieliśmy wstęp do obiektu, który chcieliśmy odwiedzić.

Speed dating

Był przewidziany na czwartek i piątek po południu w mniejszej sali. Nie wiem, jak w czwartek, ale w piątek podczas popołudniówki nie zauważyłam jakiegoś specjalnego ruchu. Inna sprawa, że skoro nie brałam udziału, nie zwróciłam uwagi, czy coś się dzieje. Zatem: nie wiem, czy byli chętni.

Flirting ekscytował mnie ze dwa miesiące 

To było absolutnie jasne, że flirting must have. Tylko jaką bransoletkę wybrać? Czerwona: taken. Odpada, bo jakżeś zajęta/y, a idziesz, to albo a) ściemniasz, b) szukasz kogoś do zbiorowej uciechy, c) poszłaś/edłeś kogoś pilnować, żeby potem rozliczyć hihi. Ja nie lubię tłoku, cudzy mężczyźni mnie nie interesują, a skoro chcę iść flirtować, to przecież nie jako zajęta.
Pomarańczowa wydała mi się najbezpieczniejsza, bo to taki sygnał: może bym chciała, ale nie szarżuj, nie jestem taka szybka. Z drugiej strony:
it’s complikated to jasny sygnał, że cosik z tobą nie tak i chyba uprawiasz jakąś emocjonalną patologię (może sam/a ze sobą), skoro nie wiesz, co się u ciebie w życiu dzieje, kochasz czy nie, jesteś z kimś czy nie, chcesz być czy nie… Albo chcesz wkurzyć partnerkę/ra i zagrać w grę: zobaczymy, kto jest bardziej zazdrosny. Patologii nie uprawiam, w gierki nie gram (mówiłam, że jestem nudna), więc nie chciałam takiego sygnału wysyłać.
Zielona:
single. To jednoznaczny sygnał. Może za jednoznaczny? Może jest przyjęte, że skoro jestem single i idę na flirting, to można ze mną tak bardziej bezpośrednio? Organizator zaznaczył, że podczas flirting night zasady nie obowiązują… Ale żeby być uważnym, bo nie każdy jest gotowy na romans, tylko po prostu może lubić taką atmosferę. Jednak jeśli ktoś zakłada zieloną bransoletkę, to raczej daje jasny sygnał: „Chodź do mnie!”. Powinna być jeszcze opcja bransoletki: „Jestem tu z ciekawości”, ale nie było. No i co tu robić? Którą wybrać?

Organizatorzy sami rozwiązali mój dylemat

W informacji podali, że flirting jest wliczony w cenę, a tu na wejściu niespodzianka: płatne 10 euro. O nie! Są pewne zasady, których nie zmienia się w trakcie.

Przechodząc obok sali, w której miało się flirtować, zarejestrowałam, że jest… pusta. Dziewczyny doniosły, że jakieś dwie pary tam się kręciły. Dwie pary! I tak dobrze, że chociaż balans był zachowany…

Wniosek mam taki: tangueros sami decydują, kiedy flirtowanie ich interesuje. Panie potrafią dawać bardzo jednoznaczne sygnały (przez obserwację wzbogaciłam swój arsenał o kolejny element. Oj, miałabym co stosować, gdybym miała taki zwyczaj heh), panowie zresztą też i do tego osobny płatny pokój nie jest im potrzebny.

A poważnie: uważam, że sam pomysł tangorandek i flirtowania nie jest zły, zwłaszcza jeśli impreza byłaby reklamowana jako kongres dla singli. Wtedy ci, którzy chcieliby znaleźć kogoś z nadzieją na coś więcej, mogliby się rozczarować amatorami jednowyjazdowych przygód, a może wcale nie i byłaby to szansa do odnalezienia się. W Polsce mamy imprezę z kolorami bransoletek i deklaracją gotowości do przeżycia przygody, ale jest trochę tajna, a co tajne, niech poufne pozostanie.

Poza tangiem

Ten czas był piękny. Na pewno zostanie ze mną na zawsze. Amsterdam jest uroczy! Nasz hotel był położony kilkanaście minut spacerem obok parku od miejsca imprezy, przy tramwaju, który wiózł nas tam, gdzie chcieliśmy dotrzeć. Hotel przywitał nas możliwością wcześniejszego zakwaterowania za dodatkową opłatą, z której skorzystaliśmy, bo ja byłam w podróży od świtu, R. od poprzedniego wieczora.

Po ogarnięciu się ruszyliśmy do Rijksmuseum. Z obiektów muzealnych zdecydowaliśmy się właśnie na ten (potem doszły jeszcze dwa, ale o tym dalej), ponieważ chcieliśmy obejrzeć dzieła Rembranta i Vermeera. Zgodnie uznaliśmy, że nie są to nasi ulubieni malarze, znaleźliśmy wiele atrakcyjniejszych dla nas obrazów innych, mniej znanych twórców.

Dodatkowo obejrzeliśmy inne eksponaty, jak meble, domki dla lalek, porcelanę czy kominek.

Nie zdecydowaliśmy się na muzeum Van Gogha, bo kilka wystaw zaliczyłam i oboje uznaliśmy, że autoportret w Rijks nam wystarczy.

Następnie wyruszyliśmy na poszukiwanie statku, który miał nas zabrać w uroczy rejs kanałami. Zdecydowaliśmy się na wersję ekskluzywną: z winem i degustacją serów.

Na wodzie odbywały się imprezki różnego typu 🙂

Głowa mi latała naokoło, bo nabrzeżne kamieniczki oraz cała masa różnego rodzaju statków i łódek robiły wrażenie. Manewrowanie w przepływaniu pod mostami i mostkami to duża sztuka, no ale oni mają w tym wprawę.

Podczas rejsu Rico opowiadał o historii Holendrów. Na przykład że dorobili się na grabieży i jeśli komuś pomachamy, a ten ktoś odmacha, to z pewnością to nie będzie Holender. 

 Jest taki magiczny mostek, że jak się pod nim przepływa, to … Niech to zostanie naszą słodką tajemnicą 🙂 Foto przedstawia inny mostek, bo pod tamtym byłam zajęta i nie zrobiłam zdjęcia.

W piątek wybraliśmy się na wieżę widokową A’DAM Lookout. Popłynęliśmy tam promem. Rejs krótki, ale dla mnie fajny, bo promem nie płynęłam nigdy.

Na taras widokowy zawiozła nas winda z efektami świetlnymi (R. nie lubił, ja tak). Niestety filmik nie oddaje pełnego wrażenia.

A wcześniej, na wejściu, w ramach biletu wstępu zrobili nam zdjęcia na belce.

I teraz najważniejszy dla mnie punkt pobytu w Amsterdamie.

Na wysokości stu metrów, na krawędzi dachu, zamontowano huśtawkę, która wychyla się poza poziom dachu. Nie ma podłogi, nogi dyndają nad wodami rzeki. Niesamowite przeżycie, zwłaszcza kiedy ma się lęk wysokości. Więcej pisałam o tym w mojej grupie poświęconej emocjom i pracy naszych mózgów oraz temu, co z nami te mózgi wyprawiają (Anna Kossak Integracja Wewnętrzna). W skrócie: poczułam, jak nieprawdopodobny lęk mnie paraliżuje i spycha w otchłań, po czym kiedy doszedł do maximum – odpuścił. Zniknął jak wystrzelony z procy, czyli z huśtawki wraz z huśtnięciem nad odchłanią. I nastała błogość. Nie zapomnę tego doświadczenia do końca życia. Może jeszcze tam wrócę…

Dla ludzi o mocnych nerwach: filmik z huśtawki    
Można się posikać, oglądając. Gdyby nagrywali z fonią, byłby niezły ubaw, bo byłam trochę głośna. AAAaaaa!!! 
Taras widokowy zaopatrzony był w restaurację i WC męskie z pisuarami, z których w czasie korzystania podziwiali widok na panoramę Amsterdamu.

R. na moją prośbę udokumentował to zjawisko. 
Myślałam, że panowie sobie stoją, sikają i patrzą, a okazało się, że z restauracji można patrzeć na sikających panów…

Nie będę Was epatować zdjęciem panów strzepujących siusiaki. W zamian publikuję zdjęcie: dosiadłam konia na dachu! A koni żywych się boję, są za duże. Ale! Jak powiedział R.: wtargać konia na dach, żeby zrobić sobie na nim zdjęcie – ktoś miał pomysł 🙂

Odwiedziliśmy Muzeum Diamentów. Nie przygotowywałam się wcześniej do tej wizyty, ale byłam pewna, że zobaczę diamenty. Tymczasem nie czułam tam energii bogactwa i luksusu.

Po wizycie doczytałam, że to były repliki, zarówno najbardziej znanych kamieni, jak i królewskich koron. Ale rakieta tenisowa, katana i czaszka w szklanej sali mnie zachwyciły 🙂

W niedzielne południe, podczas spaceru po dzielnicy czerwonych latarni (większość gablot była pusta, ale były też już pracujące), natknęliśmy się na Muzeum Seksu. Pewnie niejedyne (niedaleko znaleźliśmy Muzeum Pornografii, ale już nie weszliśmy). Niektóre eksponaty rozbawiły mnie prawie do łez 🙂 Kto chce zobaczyć, niech się zgłasza. Kiedy zmontuję materiał, przyślę tajny link 🙂

Podoba mi się ta rzeźba. Kochanie się jest piękne, tylko ludzie nie umieją się kochać i hodują demony.

Odwiedziliśmy kilka knajpek, w tym rewelacyjny Sea Food Bar. Za przyzwoite pieniądze objedliśmy się po kokardy. W ogóle Amsterdam okazał się nie aż tak zabójczo drogi, jak myślałam. Chciałabym tam wrócić. Kto zna fajny maraton lub encuentro, najlepiej wiosenną lub wczesnojesienną porą?

Rowery

Są wszędzie. Poprzypinane, porzucane, stare i nowe. Piętrowy parking przed dworcem centralnym pęka w szwach – ciekawe, jak tu odnaleźć swój… Rowerzyści mają pierwszeństwo i nie lękają się z niego korzystać. Pędzą jak szaleni, ze wszystkich stron i we wszystkie strony 

Filmik jest z pierwszych godzin naszego pobytu. Później okazało się, że jeżdżą o wiele szaleniej.
Trzeba nieźle uważać. Ale żadnej kraksy nie widzieliśmy. Długość ścieżek rowerowych to 35000 km. Ktoś policzył (nie wiem, jak), że rowerów jest 880000 przy liczbie mieszkańców 800000. Mnie urzekły udekorowane rowery stojące w różnych punktach miasta. Ciekawe, ile ich jest?

Lotniska

Polskie, jakie są, każdy wie: czepialskie. Robią cyrk (z kosmetykami i wodą), którego nie rozumiem. Chyba po to, żeby ludzie przepłacali na lotnisku. A może potem dzielą łupy pomiędzy siebie? Pisałam kiedyś o Izraelu: półtoralitrowe butle wody mineralnej nie były problemem. W Amsterdamie też nikt nie grzebał mi w walizce, nie kazał niczego wyjmować. Moja torebka wzbudziła zainteresowanie (miałam w niej m.in. sałatkę z sosem), ale pan zajrzał i oddał.
Okęcie się rozbudowało i też już trochę można po nim pochodzić. Amsterdamski Schiphol to moloch. Przylatywaliśmy o podobnej porze, ale z dwóch różnych krajów. Szukałam tablic z informacją o lądowaniach, lecz nie widziałam (podobno były). Droga do wyjścia była dobrze oznakowana, ale w pewnym momencie wchodziło się do hali pełnej walizek i różnych bagaży, tak jakby ich właściciele ich nie odebrali. Ciekawe zjawisko. Za to w drodze powrotnej nie widzieliśmy oznakowań prowadzących do gate’ów. Na dodatek podali mi złą informację i się okazało, że kiedy po 20 minutowym marszu dotarłam do wyjścia, to nie to wyjście i musiałam maszerować kolejne 20 minut do innego sektora. Z boku stały takie małe śmieszne pojazdki. Chciałam wsiąść i pojechać, ale były na kluczyki, a te pewnie kisiła w kieszeniach obsługa.

Amsterdam to w ogóle miasto zabawnych pojazdków różnej maści. Od samochodzików wyglądających na zabawkowe (car sharing) po śmiesznoty z np. napojami.

To był mój pierwszy zagraniczny tangowy wyjazd od czasów covida

I cieszę się, że poza tangiem miałam przestrzeń na inne przyjemności. Bez pośpiechu, bez napinki, zgodnie z tradycyjną starą holenderską filozofią życia: lekker (życie proste i przyjemne, w poczuciu odpowiedzialności wobec otoczenia). Czekam na kolejny wyjazd…


******************************************************************

Jeżeli lubisz mnie czytać, będzie mi miło, jeśli zechcesz wesprzeć mnie w utrzymaniu serwera, na którym umieszczam moje wpisy. Możesz to zrobić poprzez postawienie mi wirtualnej kawy. Dziękuję 🙂

 

„Rebeka tańczy tango” – warszawska premiera 29.04.2022

Nadszedł ten wieczór!

Dokonało się! I odbyła się warszawska premiera spektaklu Teatru Tanga pt. „Rebeka tańczy tango”. Wydarzenie było dla mnie niezwykłe, ponieważ znam prywatnie większość występujących w nim osób, w tym, od wielu lat, kierownika całego zamieszania, pomysłodawcę przedstawienia, scenarzystę i współreżysera w jednej osobie: Michała Kaczmarka.

Foto: teatrtanga.pl

Wiecie, rozumiecie…

Wcale to nie było dla mnie do końca komfortowe. Dla nich też… (– Kossak przyszła? – Jest! – O matko…). Bo myślałam: a co, jeśli będzie padaka? Co prawda obsada dawała nadzieję, że lipy nie będzie…
I tutaj tytułem wstępu krótko opiszę, dlaczego generalnie ostrożnie podchodzę do tangowych spektakli i koncertów.

Tango jest wyjątkowe

I trudne z kilku powodów. Czego innego oczekują ludzie, którzy tańczą (ich świadomość i spostrzegawczość też jest na różnym poziomie). Nietańczący nie rozumieją specyfiki tanga argentyńskiego i coś, co jest słabej jakości, potrafi ich zachwycić, a escenario tańczone w doskonałej jakości przez profesjonalistów – powiedzmy, że onieśmielić. Brak znajomości historii tanga także nie ułatwia odbioru, jednym i drugim. Kiedy w spektaklu aktorzy udają, że umieją tańczyć tango, ja osobiście czuję bardzo duży poziom zażenowania i naprawdę wolę patrzeć na amatorskie pary tańczące tango, niż na udających zawodowców.

Na jednym z tangowych festiwali doświadczyłam rzępolenia i wyjcowania tangowej orkiestry i na samo brzmienie ich nazwy odzywa się głęboka trauma, której doświadczyła moja dusza. Słyszałam muzyków grających tango, którzy kompletnie tanga nie czuli. Może dlatego, że nie odróżniali tanga argentyńskiego od towarzyskiego? Może dlatego, że nie umieją tańczyć i nigdy nie próbowali? Nie trzeba być w ciąży, żeby być ginekologiem, jednak z tangiem jest trochę inaczej i w tym tkwi też jeden z jego fenomenów: ktoś, kto nie poczuł abrazo i zanurzenia się z partnerem/partnerką w muzyce, moim zdaniem – jak mawia Dominiczka – nie będzie miał „czute”, więc i nie będzie umiał oddać tego czegoś… Może się to udać kobietom, bo są bardziej wrażliwe na emocje i energetykę każdego przekazu. Słyszałam przejmująco śpiewane tanga przez nietanguery i beznadziejne wykony tangowych pań…

Mnogość doświadczeń

Biorąc je pod uwagę, byłam nieśmiało ciekawa, co mnie czeka tym razem.
Przypadło mi miejsce w XVIII rzędzie, czyli dalekooo od sceny. A ponieważ przed nami siedzieli ludzie i ich głowy wchodziły mi w obraz, przesiadłyśmy się z „moją dziewczyną” na sam koniec. Miało to o tyle znaczenie, że nie widziałam szczegółów (– Beatka, kto jest w tym kapeluszu? – A to zależy, w którym…), ale jeśli już coś widziałam, to znaczy, że było na tyle charakterne, by przykuć moją uwagę.

Historia Rebeki

Niewinne dziewczę z Kazimierza nad Wisłą zakochuje się w nieznajomym. Rusza do Warszawy, gdzie zostaje podstępnie zwiedziona obietnicami sukcesu i szczęścia oraz wywieziona do domu publicznego w Buenos Aires. W tym czasie wielki świat zaczyna pulsować w rytmie nowej mody – tanga argentyńskiego. Warszawa też.

Obsada

Pełen skład znajdziesz na stronie spektaklu. Kto zrobił na mnie największe wrażenie? Otóż (kolejność alfabetyczna):

  • Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek, kiedy zatańczyli
    a) jako Lucyna Messal i Józef Redo – i tu na chwilę się zatrzymam. Ktoś, kto nie zna historii tanga, może nie skojarzyć, że była to pierwsza para, która na scenie warszawskiego Teatru Nowości w dniu 28.10.1913 roku po raz pierwszy zaprezentowała tango (importowane z paryskich salonów). Tamto tango w niczym nie przypominało tego, które oglądamy i tańczymy dzisiaj. Uważam, że Agata i Michał jako Messalka i Redo pokazali to doskonale, czyli NIE zatańczyli współczesnego
    escenario, tylko skromne, topornawe tango nawiązujące do jego początków. Gdyby zatańczyli współcześnie, z bajerami, nie byłoby to wiarygodne;
    b) taniec rozstania, tym razem z elementami współczesnego
    escenario. Łooooo… Agata w czerwonej sukni wyglądała zjawiskowo. A jej nogi, długie jak z Warszawy do Buenos Aires, „robią robotę”, zwłaszcza że umie z nich zrobić estetyczny użytek. I jak na koniec ten okrutny złoczyńca odepchnął kochankę, którą się znudził… Jak nic, można by szlochać, jeśli oniemienie w zachwycie by pozwoliło;

    Foto: teatrtanga.pl

  • Taniec sutenera Migdala z Rebeką pod latarnią w burdelowej dzielnicy Buenos Aires – tak, dobre to było. Ona bezradna, niezdarna, i on – macho bez skrupułów dyktujący swoje warunki… Czułam jej ból, ciała i duszy, i czułam jego bezwzględną brutalność i pewność tego, co robi… Zaskoczył mnie nasz tangowy kolega grający tę rolę. Znany jest z parkietów jako tangowy rozrabiaka zawłaszczający przestrzeń. Scena go kocha! Widać to było, także w scenach zbiorowych. Swoją energią przyćmił taneczne zawodowe zwierzę sceniczne, obecne w tym przedstawieniu;

  • Muzyka na żywo, którą serwował zespół. I tutaj wydarzyła się pewna historia, która jest trudna do zweryfikowania, jeśli spektakl nie był rejestrowany (a nie był). W obsadzie jest Tango Attack. Konferansjer chyba tak się przejął moją obecnością, że pomylił przedstawienia i zapowiedział „Chłopaków z Bandonegro” (którzy grali w innych przedsięwzięciach scenicznych także z tymi wykonawcami). A że siedziałam daleko, to wzrokowo ich nie zidentyfikowałam, a w rozróżnianiu zespołów grających nie swój repertuar to aż tak biegła nie jestem. Dopiero kiedy po spektaklu znalazłam się za kulisami, popatrzyłam, a tu: Grzegorz Bożewicz, który jest świetny „w bandoneon” (kto pamięta SyMfonię Serc i tango na Dworcu Centralnym? Albo „Tango w przedwojennej Warszawie” na scenie w Wilanowie? Grzegorz wtedy grał z gitarzystą Piotrem Malickim). Czyli jednak Tango Attack, z Grzegorzem, Piotrem i Hadrianem Tabęckim na klawiszach. Byli świetni.

  • Olga Bończyk i Agnieszka Różańska – łooooo… JAK one śpiewają… O tak, tu znowu: każda kiedykolwiek porzucona kobieta może się rozszlochać (a w tangu porzuconych wiele…).

Sceny zbiorowe

Tańczono milongę i tanga. Jak to w spektaklu, większa część była z choreo. Ponieważ opowieść jest o tangu w portowej dzielnicy Buenos Aires, w domu publicznym i w warszawskiej knajpie (ach, i jeszcze na statku), tancerze tańczą tak jakby byli w tamtych miejscach, czyli tango uliczne, bez spektakularnych figur. Tańczą tango, nie podróbę. Biorąc pod uwagę, że nie było inspicjentów, a aktorzy musieli sobie radzić sami ze zmianami dekoracji, całkiem sprawnie to czynili.

Foto: teatrtanga.pl

Dźwięk

Scena RELAX dała radę! Nagłośnienie na szczęście nie pamięta lat 80., więc kiedy dochodzi doskonale grana muzyka i piękny wykon piosenki aktorskiej, to skóra cierpnie.

Podsumowanie

Zasięgnęłam opinii kilku osób, które były i widziały. To jest niesamowite, że mamy różną percepcję i każdy odbiera przez swoje filtry. Tu przedstawiłam moje wrażenia tego, co mi się podobało.
Moim zdaniem tango ma dużo potencjału, by rozkwitnąć, jeśli mu się właściwie pomoże, ale to temat na inne przemyślenia.

Tango to „taki elegancki taniec”.

Ono oczywiście może takie być, bo tango ma wiele twarzy, historię jednak ma bynajmniej nieelegancką (to też jeden z jego fenomenów). Każdy ten sam grany spektakl jest na pewno trochę inny, bo mogą zmieniać się tancerze, poza tym zawsze trochę inaczej się śpiewa i gra. Kto lubi klimat przedwojennych polskich tang, ma babcię lub ciocię znającą choćby z przekazów ten kawałek muzycznej historii i chciałby jej zrobić przyjemność, może wypatrywać kolejnego spektaklu.

Jeżeli lubisz mnie czytać, zaproś mnie na wirtualną kawę 🙂  

Obie książki, które napisałam, zawierają elementy tanga: „Pasja budzi się nocą” jako tło wydarzeń i wprowadzenie w jego subkulturę, natomiast w „Przenikaniu” ujęłam jego przedwojenną odsłonę – polecam lekturę 🙂 

Depresja

Światowy Dzień Walki z Depresją

Po pierwsze: fatalna nazwa tego dnia, ale o tym dalej.
O depresji powiedziano wiele. Mimo to nadal krąży mnóstwo fałszywych przekonań. W punktach podam podstawy:

Podejście naukowe:

1. Depresja jest chorobą, którą się leczy. To NIE jest zaburzenie nastroju, bo facet miał się odezwać o 15.00., minęły dwie minuty, a on nic!

Aby leczyć, potrzebna jest trafna diagnoza. Za moich klinicznych czasów diagnostami byli psychologowie kliniczni. Psychiatrzy ustawiali farmakoterapię. Teraz psychologowie na studiach nie mają zajęć w placówkach klinicznych, nie mają praktyk, na staż trudno się dostać. W czasie wizyty u psychiatry to on diagnozuje. Warto iść do takiego lekarza, który ma skończoną także szkołę terapii. Leczenie depresji polega na psychoterapii, farmakoterapii albo obu naraz.

2. Depresja może prowadzić do próby samobójczej. I NIE! To NIE prawda, że ten, kto mówi, że się zabije, nigdy tego nie zrobi. TO MIT! Wielu cierpiących ludzi szuka ratunku, wysyłając sygnały otoczeniu. Zdarza się, że ktoś podejmie nagłą decyzję i jeśli nikt i nic mu nie przeszkodzi, to robi to. Jeśli zdarzy się niespodziewany telefon czy dzwonek do drzwi, niedoszły samobójca pomysł zarzuca i często nie podejmuje drugiej próby. Niestety bywa, że niektórzy próbują do skutku.

3. Podstawą jest diagnostyka i trafne dobranie leczenia, co nie zawsze od razu się udaje. Ale! Zanim zaczniesz przyjmować leki, najpierw sprawdź kilka rzeczy w swojej krwi. Zacznij od poziomu hormonów. Taka tarczyca potrafi nieźle narozrabiać. Nadmiar prolaktyny czy brak równowagi estrogenowo-progesteronowej także daje w kość. Przy zaburzeniach nastroju oraz złym samopoczuciu psychicznym i fizycznym, warto zbadać poziom hormonów przysadkowych. Zaburzona praca nadnerczy także ma wpływ na ogólne samopoczucie.

Warto sprawdzić poziom witamin: D3 i wszystkich z grupy B, zwłaszcza B1 (tiamina), B3 (niacyna lub inaczej: witamina PP), B5 (kwas pantoneowy), B9 (kwas foliowy), B12. Ich niedobory źle działają na układ nerwowy i samopoczucie. WAŻNE! Dowiedziałam się od dr Anny Lewit, dietetyk klinicznej, że jeżeli masz poziom przy dolnej granicy normy, to znaczy, że jest we krwi, ale nie dociera do komórek i konieczna jest dobra suplementacja!

Kolejny aspekt: kiedy brałam udział w studium dotyczącym Post Traumatic Stress Disorder (zespół stresu pourazowego) na Uniwersytecie Warszawskim, jeden z wykładowców, niemiecki profesor (pracujący także z osobami z zaburzeniami osobowości), opowiedział o swoim odkryciu: otóż wielu pacjentów leczonych na depresję ma niezdiagnozowany zespół stresu pourazowego (prosty – w wyniku jednego zdarzenia, lub złożony – może występować np. u ofiar przemocy domowej).

Zwrócę uwagę na jeszcze jedną rzecz: używki. Spożywane zbyt często w nadmiernych ilościach mogą prowadzić do stanów depresyjnych, a nawet psychozy. Przy czym „zbyt często” i „nadmierne ilości” dla każdego są inne. Niewinna trawa nie jest niewinna, zwłaszcza w rękach młodych ludzi. Systematycznie palona prowadzi do otępienia, spadku życiowej motywacji i zaburzeń nastroju, a to może skutkować próbą samobójczą. Największe niebezpieczeństwo tkwi w tym, że nie da się oszacować, co na kogo i w jakich ilościach wpłynie tak, że będzie to droga bez powrotu.

4. Depresja ma różne objawy i różne ich nasilenie.

Objawy psychologiczne to lęk, długotrwale utrzymujący się zły nastrój, zniechęcenie, brak poczucia sensu, utrata zainteresowań, brak radości i cieszenia się czymkolwiek, osłabienie koncentracji, niska samoocena, brak wiary w siebie, brak widzenia perspektyw na przyszłość, poczucie winy, myśli samobójcze (czasem zrealizowane).

Objawy somatyczne to bóle w różnych częściach ciała, kłopoty trawienne, zaburzony apetyt (nadmierny lub zbyt skąpy), zmiana wagi w krótkim czasie nie spowodowana celowym odchudzaniem się, zaburzenia snu (bezsenność lub nadmierna senność), spadek libido, u kobiet zaburzenie miesiączkowania.

5. Istnieją różne rodzaje depresji:

* endogenna (nazywana wrodzoną. Źle funkcjonuje układ nerwowy, dlatego nawraca, więc pacjenci są większość życia na lekach),

* reaktywna (jako odpowiedź na trudne doświadczenie),

* poporodowa (zmiany hormonalne po porodzie),

* lękowa (tzw. agitowaną. Obciążona wysokim ryzykiem samobójstwa),

* nerwicowa (dystymia. Charakteryzuje się stałym obniżeniem nastroju, co często brane jest za cechę osobowości, a to przewlekła choroba),

* sezonowa (spowodowana brakiem światła słonecznego),

* w chorobie afektywnej dwubiegunowej (pojawia się w młodym wieku i trwa – z okresami remisji – przez całe życie),

* podeszłego wieku (spowodowana zaburzeniami w neuroprzekaźnictwie i wewnętrznym wydzielaniu. Seniorzy biorą leki do końca życia),

* depresja maskowana (na zewnątrz wszystko wygląda ok, człowiek daje radę prozie życia, chodzi do pracy, uśmiecha się, jednak w środku cierpi. Taka osoba obarczona jest ryzykiem podjęcia próby samobójczej nagłej – pisałam o tym wyżej. Jeśli próba okaże się skuteczna, otoczenie i rodzina się dziwi: przecież była wesoła, miała kochającą rodzinę, więc co się stało..?).

Samotność także sprzyja zaburzeniom nastroju. Człowiek jest stworzeniem stadnym i poza pewnymi zaburzeniami osobowości, kiedy nie ma całkowicie potrzeb socjalnych, w większym lub mniejszym stopniu, ale jednak, potrzebuje interakcji, więzi, bliskości, dotyku. Kobiety mają łatwiej: wcierają krem w twarz, balsamują swoje ciała, dotykają się. Statystyczny samobójca jest mężczyzną…

Bycie singlem to osobny, ciekawy temat. Niedługo o tym napiszę.

Podejście poza oficjalnym nurtem naukowym.

Za długo żyję i jestem zbyt dobrą obserwatorką, aby NIE wiedzieć, że istnieje dużo więcej poza oficjalnie uznaną wiedzą. Sceptycy i zwolennicy intelektu nie biorą pod uwagę, że nie wszystko wiedzą, nie we wszystkich badaniach zostały wysnute właściwe wnioski. To, czego nie widzą, nie znaczy, że nie istnieje.

Medycyna chińska w rękach fachowca działa cuda. Nadal jednak podstawą jest medycyna konwencjonalna.

Coraz powszechniej prowadzone są badania zupełnie innego typu niż do tej pory. Coraz głośniej mówi się o podejściach niekonwencjonalnych. Na przykład według totalnej biologii, depresja jest wynikiem terytorialnego konfliktu wewnętrznego z hormonalnym patem (jak w szachach: nie ma ruchu, partia nie rozegrana): mózg nie jest zdolny do walki, uciekać też nie chce, więc zastyga.

Zwolennicy metod pracy z energią rodu mają jeszcze inne podejście. Uważają, że wszystkich naszych przodków nosimy w sobie i jeśli coś się dzieje (wypadki, czarna owca w rodzie, depresja), to znaczy, że jakaś rodowa sprawa domaga się energetycznego uporządkowania.

A ja? Jestem psychologiem. Mocno stąpam po ziemi. Procesy intelektualne nie są mi obce. Ale tylu rzeczy doświadczyłam spoza świata fizycznego, że wiem na pewno: jest dużo więcej, niż sądzimy, i jest to o wiele prostsze, tylko na razie sami komplikujemy.

Na szczęście świat nauki się zmienia. Prowadzone są badania (przez „normalnych” naukowców za pomocą skomplikowanej aparatury) nad mocą intencji i grupowych działań medytacyjnych.
Od zawsze więcej czułam. Kiedyś, na imprezie andrzejkowej, „robiłam” za „Cyganka prawdę ci powie”. Nooo… Wszyscy, którzy skorzystali, byli zdziwieni… 
Moja szefowa od nieruchomości zapytała mnie, czy noga po złamaniu jest ok. Lekarz jej powiedział, że tak. A ja, że nie i ma iść natychmiast do innego specjalisty. Efekt: ponowna operacja i składanie nogi. Gdyby zaczęła używać jej takiej niezrośniętej, byłaby kaleką. 
Niedawno mojemu R. znalazłam buty, które zgubił. Na odległość. Powiedział, że gdyby nie doświadczył, że TO się stało, to by nie uwierzył 🙂 

 Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ludzie są w stanie wierzyć w ogień piekielny i karzącego dziadka z brodą, a nie przyjmują faktu, że procesy energetyczne – bo tym jest to, co opisałam, a nie żadnymi czarami – po prostu zachodzą. Jest grawitacja, prąd, fale radiowe, WiFi. Wszystko jest nadajnikiem i odbiornikiem, człowiek też. 

Nie znam odpowiedzi na wiele pytań. Rozkminiam sens umierania ludzi o kryształowych sercach (mam pewne przemyślenia…). Uważam, że moc naszego umysłu i nasza energetyka jest niesamowita, tylko nie znamy jej potencjału. Przygnietliśmy intuicję mejnstrimowymi śmieciami. Dajemy się zastraszać (lęk jest mężem depresji). Przyswajamy to, co chcą manipulatorzy światem.

Masaru Emoto jako pierwszy już dawno temu zrobił eksperyment z wodą. Pokazał, co się dzieje z jej cząsteczkami pod wpływem działania emocji wspierających, a co się dzieje, kiedy wkroczą te destrukcyjne. My składamy się głównie z wody. Nasza Ziemia też. Pomyśl o tym. 
Różne aparatury pokazują, jak pod wpływem emocji zmieniają się reakcje w mózgu i procesy w ciele. Ba! Dowiedziono, że emocje mają wpływ na DNA, które jest nośnikiem informacji, ale równie ważna jest pamięć komórkowa.

Czyli magia jest w nas. Możemy się sami uzdrawiać. Tyle że często zbyt dużo energii by to pochłonęło, dlatego warto nabrać sił z zewnętrznym wsparciem właściwie dobranego leczenia.

Jak zapobiegać depresji:

* właściwa dieta zapobiegająca niedoborom;

* ruch! Bez ruchu nie ma życia. Jednym z elementów psychoterapii w depresji jest zachęcanie pacjentów do wysiłku fizycznego (oczywiście na ich miarę);

* życzliwość i wdzięczność jako styl życia. Oczywiście: nie dajemy się krzywdzić, bronimy się. Rezygnacja z postawy walki powoduje, że nasz mózg przestaje wyszukiwać sytuacje, w których trzeba walczyć. Dlatego też nazwa dzisiejszego dnia jest dla mnie po prostu zła. Z chorobą się nie walczy (bo najczęściej się przegra), tylko się ją leczy;

* wysypianie się i regularne odpoczywanie. Pracoholizm często jest oznaką ucieczki od bliskości i rodziny. I nie mówię o okresach wytężonej pracy, by pojechać na wakacje. Często osoby przedsiębiorcze tak się organizują: dwa miesiące wysiłek, dwa tygodnie wyjazd;

* otaczanie się wspierającymi ludźmi, odsunięcie tych, którzy podcinają skrzydła. Zobacz, kim się otaczasz, a zobaczysz, jaką energią wibrujesz. Nie masz wpływu na decyzje światowych potentatów (serio wierzysz, że Putin, UE i USA nie są dogadani? Hehe…). NIE karm się lękiem. Obawy o przyszłość miewa każdy, ale życie w poczuciu zagrożenia to prosta droga do różnorakich zaburzeń, psychicznych i somatycznych;

* przyjrzyj się swoim nawykom: czy na pewno Ci służą? Od jedzeniowych, po życiowe. Czym karmisz swój mózg?

* równowaga – dla każdego może być inna. Dla Ciebie dobra jest ta, która daje Ci poczucie spełnienia i dobrostanu.

Od jakiegoś czasu fascynuje mnie jedno z najstarszych, najprostszych, ale niełatwych sposobów opisywania człowieka i świata: energetyka Yin&Yang. Nieźle się w niej poruszam i cały czas poszerzam doświadczanie.

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, możesz go udostępnić, a autorce postawić kawę klikając TU

Zapraszam na: @anna kossak autorka (Facebook) i @anna_kossak (Instagram) –niebawem w tematyce Yin&Yang zadzieje się coś więcej, tam znajdziesz informacje.

Więcej moich artykułów psychologicznych przeczytasz TU.

Napisałam dwie powieści obyczajowe z aspektami psychologii, opinie o pierwszej znajdziesz TU (nie tylko, to jeden z linków), o drugiej TU (ta zawiera elementy ezoteryczne).
Obie książki możesz zamówić u mnie.

Beskid Tango Marathon 2022

Kolejny Beskid za nami.

Odbył się w Ustroniu, w Miejskim Domu Kultury Prażakówka. Lubimy, ale nie oszukujmy się: wzdychamy do czasów, kiedy wszyscy (no, prawie) mieszkaliśmy w jednym maratonowym hotelu i w nocy z soboty na niedzielę dokazywaliśmy na pijama party…


Może wrócimy do normalności, ale póki co warto sobie radzić w takich warunkach, jakie mamy.

Organizatorzy.

Bielskie środowisko tanga znane jest z gościnności i dobrego poziomu tanga. Ale co tu się dziwić, że umieją, skoro zapraszają świetnych nauczycieli i korzystają zarówno z lekcji grupowych, jak i privów. Nie jest tajemnicą, że lubię jeździć na ich imprezy. Ania Pietruszewska znana jest z otwartości serca, życzliwości i serdeczności. Lechosław Hojnacki to najbardziej elegancki tanguero, który swoją kulturą osobistą i sympatią do uczestników sprawia, że dobrze się czujemy i bawimy. Wolontariusze są także super. W ogóle to ważne, by organizatorzy byli pełni dobrej energii, brali udział w tym, co organizują, zamiast chodzić z kijem w…kręgosłupie.

Tangowy klub sportowy.

Wszystko się działo zgodnie z literą prawa: taneczne kluby sportowe mogły funkcjonować. A maraton to w końcu nie jakaś tam popierdółka, tylko sport, do tego często ekstremalny. Na wyjazdy piszą się sportowcy zaprawieni w tangowym boju i nie ma, że boli. Sport to sport.

Pre party.

Kiedy tylko mogę, przyjeżdżam już w czwartek. Tym razem też tak było. W ramach przedmaratonowej rozgrzewki ten czas napełnili swoją energią ludzie, którzy przyjechali na ten jeden wieczór. Muzyka niosła, roztańczyliśmy się, by czerpać z maratonu pełnymi garściami.

Balans idealny.

Jak pisałam przy innej okazji: balans NIE gwarantuje, że wszyscy będą tańczyć – z różnych względów. Ale ważne, żeby był, także z powodów, powiedzmy, estetycznych: nietańczące panie siedzą, nietańczący panowie spacerują (najczęściej poza salą), więc jeśli jest znacząca przewaga kobiet, ma się wrażenie babińca (często złudne). Tu go nie było. Połowa uczestników była zza granicy (zwłaszcza Włosi obrodzili, bo u nich tangowa posucha). Wielu osób spotykanych co roku tym razem nie było. Ilość uczestników sportowych zmagań była adekwatna do areny, czyli sala wypełniona, ale nie pękała w szwach.

Muzyka.

Organizatorzy zadbali o różnorodność dj-ów. Warto pamiętać, że przez pandemię ceny niestety wzrosły (dlatego nie było hotelu), także tangowych usług. Ma to wpływ na cenę imprezy. Tych w Polsce trochę się dzieje. Patrzę na proponowany skład maestros i dj-ów. Może za długo w tym tangu jestem, może by je rzucić..? Bo czasem za dużo widzę. I wersje oszczędnościowe też. Niestety, prawda jest taka, że nie każdy, kto się bierze za djowanie, umie to robić. A ten, kto umie, za miskę ryżu nie zagra.

Bardzo fajną opcją była milonga śniadaniowa, która zaczynała się w południe. To dobra godzina, jeśli noclegi są poza obiektem. Ania Pietruszewska jest znana ze swoich śniadaniowych setów, więc sala była zapełniona.

Popołudnia także cieszyły się powodzeniem, a na treningach głównych byli prawie wszyscy. Prawie, bo jak to na takich imprezach: czasem kwestie towarzysko-regeneracyjne biorą górę i trudno dotrzeć. Mnie trudno przed godziną 17.00., wolę późniejsze treningi. Chyba że śniadaniówka jest tam, gdzie śniadanie – wtedy mi się zdarza tańcnąć w stroju, powiedzmy, nietangowym… Foty nie będzie 🙂

Mokate.

Fota niewyraźna. Zrobiłam swoją, ale gdzieś mi w telefonie przepadła (zdjęcia na imprezach to osobny temat).
Do brzegu: w ciągu całego maratonu częstowano nas trzema rodzajami pysznej (naprawdę!) kawy, robionej na różne sposoby (ekspres dawał radę). Serwował ją młody chłopak, który umiał o każdym rodzaju ciekawie opowiedzieć (fota z nim mi przepadła).
Mokate kojarzyło mi się z jakimiś produktami kawopodobnymi. Zmieniłam zdanie. Różne rodzaje herbat dopełniły całości, kubki smakowe były „kontentne”. Dla piwoszy była dodatkowa gratka: piwo z miejscowego browaru. Ja pijam zwykle na plaży i czasem do obiadu, ale służby operacyjne doniosły, że jakość smakowa była pierwsza klasa.

Reszta.

Jak to na takich imprezach, były obecne i ubrania tangowe, i buty. Nie było koncertów i innych tańców (na szczęście. Nie jestem zwolenniczką przeszkadzaczy na maratonach. Co innego festiwale. Ale o tym napiszę osobno, a także o robieniu imprezy na imprezie, czyli o zamkniętym kręgu „wtajemniczonych”). Były oświadczyny. Przyjęte. I osobista opowieść „pana młodego in spe”.

Co dalej?

Grono bywalców Beskidu się poszerzyło. Lato także należy do Pietruszki!
2-9.07. odbędzie się kolejne Tango pod Żaglami (Anna mnie namawia… Myślisz, że mam jechać i robić za syrenkę..?), a 26-28.08. będzie Open Air Tango Festival, mam nadzieję, że ze spektaklem w amfiteatrze, jak w ubiegłe lato…

Wykluczenie 2021

Przedgwiazdkowe zawirowanie.

Czasy takie, że ludziom odbija bardziej niż kiedykolwiek. Niektórzy zachowują się, jakby pierwsza gwiazdka już pierdyknęła ich w głowę. Ego jak meteoryt rzuca się w odmęt szaleństwa… Inni to widzą, śmieją się po kątach, ale na niewłaściwe zachowania nie reagują.

Prosperity.

Kiedy lokal lub cykliczne wydarzenie jest na fali, gospodarz myśli, że będzie tak zawsze; że jak walą drzwiami i oknami, to brak zadowolenia poszczególnych osób nie ma znaczenia.
Od początku mojego tanga (13 maja 2009) byłam świadkiem wielu wzlotów i upadków tangowych miejsc. Większość była nieopłacalna dla lokalu. Stałe miejsca notują przypływy i odpływy – z różnych powodów. Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. I nadpełza następna. Albo nie.

Mój blog, moje zdanie 🙂 

Zabieram głos w różnych tangowych sprawach. Wszystko, co piszę, jest filtrowane przeze mnie. Nie biorę udziału w prywatnych animozjach (sama czasem takie miewam, ale szybko mi przechodzi, bo szkoda życia na hodowanie urazy).
To tytułem wstępu nr 1.

Wstęp nr 2.

Dla tych, którzy mają mniejszy tangowy staż, pewne wyjaśnienie: tangowe imprezy są różnego typu, z różną odpowiedzialnością gospodarzy. Inna jest na lokalnej milondze, inna na fieście, jeszcze inna na festiwalu czy maratonie. Są eventy dla początkujących, są dla tangowych wyjadaczy (pewne milongi i maratony), są też takie, gdzie spotykają się młodziaki ze starszakami (niektóre milongi i festiwale).

Tangowe” pieniądze.

Gdzie je zostawiasz? Ja w różnych miejscach. W Warszawie w niewielu – z różnych powodów. Wymienię dwa: mili gospodarze mają słabe miejsca; fantastyczne miejsca mają słabych gospodarzy. Słabych, czyli olewających, nie doceniających obecności gości, humorzastych, leniwych, zadufanych, niegrzecznych. Ostatnie wydarzenia z warszawskiego podwórka wbiły mi szczękę w podłogę. Nadal ją próbuję zebrać.

Taki „bątą”, jakie towarzystwo.

Będzie z grubej rury, bo temat jest niemiły.
Z okazji Międzynarodowego Dnia Tanga było świętowanie. Ogłoszono specjalne imprezy. Na jednej z nich, ostatniego dnia, miała być „ronda de maestros”. Założenie było, że dla wszystkich, nawet dla tych, co biorą się za nauczanie nie mając o nim pojęcia. Bo jak święto, to święto. A tu bach! Persony kształtujące polskie środowisko tanga, czyli doświadczeni tangueros i maestros, w dniu wspólnego święta NIE ZROBIŁY NIC, kiedy jedna z ważniejszych osób dla obecnego polskiego tanga socjalnego została jednym zdaniem zlekceważona i wykluczona ze świętowania.

Jak ja bym się czuła?

Gdybym wtedy tam stała na parkiecie, szykując się do zatańczenia w rondzie..? Po pierwsze: byłabym zażenowana sposobem prezentacji maestros, a raczej jego brakiem. No ale to była fiesta dla wyjadaczy, wszyscy się znali, może prezentacja była niepotrzebna. Natomiast po usłyszeniu, że właśnie odsunięto od udziału w rondzie jednego z lepszych nauczycieli i tangueros… Gdybym ja tam stała na tym parkiecie… Czułabym się jak pacynka wyciągnięta na środek do krakowiaka przez nieudolnego pana przedszkolanka. I kiedy mój kolega, świetny nauczyciel tanga, zostałby odprawiony do kąta, wiem, że poszłabym tam razem z nim, z adekwatnym komentarzem. Zrobiła tak tylko jedna osoba, nie będąca w gronie maestros.

Przypominam: mówię za siebie.

Wstydziłabym się, że jak ten baran w stadzie łaziłam po zagrodzie, do której w uniesieniu poczucia swojej samozajebistości zagonił mnie wilk w skórze pasterza. Byliśmy w takim szoku całością atmosfery, sposobem wywoływania nas, formułą przemówienia, że zbaranieliśmy i po prostu nie byliśmy w stanie zareagować” – dowiedziałam się następnego dnia.
Ok, przyjmuję. Człowiek zszokowany może doznać zamrożenia myślenia i czucia. Jestem tylko ciekawa, ile osób  ma kaca moralnego. Do ilu dotarło, co tak naprawdę się stało. Ile osób pomyśli nad prawdziwymi intencjami założenia pewnej organizacji i swojej prawdziwej w niej roli.

Jak bym się czuła wśród publiczności?

Skąpej, ale jednak, która śmiała się jak głupi do sera w całkiem nieadekwatnym momencie, zamiast zareagować i wykrzyczeć, że właśnie z kolegą z kąta należy świętować tango, bo jest w tym świetny (dla mnie: jeden z najlepszych. Bardzo serdeczny, socjalny, uczynny. Nie gwiazdorzy. Z chęcią (!) tańczy na milongach i to jak… A jak uczy! Bardzo lubię tańczyć z jego uczniami).

Solidarność.

Świadczy o tym, jaka jest relacja. Powierzchowna czy głębsza? Czasem w imię przyjaźni podejmuje się pewne kroki właśnie ze względu na głębię relacji, jeśli uczucia przyjaciela są ważniejsze niż ten krok.
Powyższa sytuacja była żenująca. Nie powinna się wydarzyć. Chcę pozostać w nadziei, że to szok pozbawił wielu refleksu i błagam, nie odzierajcie mnie z tej iluzji, jeśli nią jest…
Nawiązałam w tangu mnóstwo fantastycznych znajomości. Znam wielu organizatorów, dla których uczestnik i po prostu drugi człowiek są ważni. Moim zdaniem właśnie takich warto wspierać swoją obecnością i pieniędzmi.

Na zakończenie.

Czasem jestem zaproszona na imprezę, której po fakcie z różnych powodów nie mogę pochwalić. Np. widzę pokaz, w którym jedynym plusem jest to, że w parze widać czułość. Ja uwielbiam, ale to trochę za mała zachęta, żeby ludzie kolejny raz wydali pieniądze i żebym ja to opisała jako walor, bo w pokazie zdecydowanie chodzi o coś więcej. Postanowiłam nie krytykować organizacyjnych błędów, ponieważ każda organizacja to duży wysiłek. „User”, który co najwyżej zorganizował kinder bal, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak duży (dlatego daje rady z d..y heh). Dla wielu nawet zachowanie gospodarza nie jest ważne, bo przychodzą w konkretnym celu i na dużych imprezach często w ogóle go nie znają.

Więc co?

Z beznadziejną sytuacją tamtej milongi – pewnie już nic. Rzymianie mawiali: „Milczenie oznacza zgodę”. Mnóstwo ludzi nie chce się konfrontować, robić sobie wrogów itp. To jest tak jak z jednym moim tangowym kolegą, któremu powiedziałam, że kleszczy, że nie tylko mnie to przeszkadza i że dziewczyny w kuluarach się skarżą. On wytrzeszczył oczy (tańczy kilkanaście lat) i powiedział, że żadna mu o tym nie mówiła. No właśnie: skąd ktoś ma wiedzieć, że robi coś złego, skoro wszyscy udają, że jest ok?
Gdyby kilkanaście osób solidarnie ruszyło do wyjścia, wymusiłoby reakcję, a być może przemyślenia na przyszłość.

Pojawiły się głosy na ścianach.

Solidaryzujące się z wykluczonym kolegą. Lepiej późno niż wcale. Lepsze to niż nic. 
Teraz będzie brutalnie i do bólu. I żeby była jasność: piszę o sobie, więc nie dorabiać żadnych sugestii.

Powtórzę: dotyczy to MNIE.

Otóż gdybym to ja tamtego wieczoru stała zamrożona i zamiast pójść z kolegą do kąta, jednak odtańczyłabym – w moim osobistym mniemaniu – chocholi taniec, opublikowałabym na swojej ścianie: „Zatańczyłam. W takich okolicznościach czuję się jak ścierka”.

Warszawskie historie – koniec roku 2021

Przedgwiazdkowe zawirowanie.

Czasy takie, że ludziom odbija bardziej niż kiedykolwiek. Niektórzy zachowują się, jakby pierwsza gwiazdka już pierdyknęła ich w głowę. Ego jak meteoryt rzuca się w odmęt szaleństwa… Inni to widzą, po kątach się śmieją, ale na niewłaściwe zachowanie szaleńca nie reagują.

Prosperity.

Kiedy lokal lub cykliczne wydarzenie jest na fali, gospodarz myśli, że będzie tak zawsze; że jak walą drzwiami i oknami, to zadowolenie poszczególnych osób nie ma znaczenia; że jak już taka Kossak pomogła zaistnieć na gościnnych występach tu i tam, to teraz nie jest potrzebna i może odejść.

Kossak się nie pcha, gdzie jej nie chcą (dalsza część wpisu nie ma związku z tą częścią. No!).

A imprezy są różnego typu i na nich gospodarze mają różną odpowiedzialność. Inną na lokalnej milondze, inną na fieście, jeszcze inną na festiwalu czy maratonie – ale to inny temat.

Gdzie zostawiasz tangowe pieniądze?

Ja w różnych miejscach. W Warszawie w niewielu – z różnych powodów. Wymienię dwa: mili gospodarze mają słabe miejsce; fantastyczne miejsca mają słabych gospodarzy. Słabych, czyli olewających, nie doceniających obecności gości, humorzastych, leniwych, zadufanych, niegrzecznych. Ostatnie wydarzenia z warszawskiego podwórka wbiły mi szczękę w podłogę i nadal ją próbuję zebrać.

Taki „bątą”, jakie towarzystwo.

Będzie z grubej rury.

Miała być „ronda de maestros” dla wszystkich, nawet dla tych, co za nauczanie się biorą nie mając o nim pojęcia. Bo jak święto, to święto. A tu bach! Persony kształtujące polskie środowisko tanga, czyli doświadczeni tangueros i maestros, w dniu wspólnego święta NIE ZROBIŁY NIC, kiedy jedna z ważniejszych osób dla polskiego tanga socjalnego została ze świętowania wykluczona słowami: „Nie, folkloru dzisiaj nie świętujemy”.

Jak ja bym się czuła?

Gdybym wtedy tam stała, czułabym się jak pacynka wyciągnięta na środek przez nieudolnego pana przedszkolanka do krakowiaka. I kiedy mój kolega – lepszy w uczeniu tanga od niejednej z innych pacynekzostałby odprawiony do kąta, wiem, że poszłabym tam razem z nim – z adekwatnym komentarzem. Ale inne pacynki ochoczo czekały na zapodanie krakowiaka.

Jak bym się czuła wśród publiczności?

Skąpej, ale jednak, która śmiała się jak głupi do sera w całkiem nieadekwatnym momencie, zamiast zareagować i wykrzyczeć, że właśnie z kolegą z kąta należy świętować tango, bo jest w tym świetny. Dla mnie: jeden z najlepszych. Bardzo serdeczny, socjalny, uczynny. Nie gwiazdorzy. Z chęcią (!) tańczy na milongach i to jak… A jak uczy! Bardzo lubię tańczyć z jego uczniami.

Gdybym była pacynką, byłoby mi wstyd.

Że jak ten baran w stadzie łaziłam po zagrodzie, do której w uniesieniu poczucia swojej samozajebistości zagonił mnie wilk w skórze pasterza.

Byliśmy w takim szoku całością atmosfery, sposobem wywoływania nas, formułą przemówienia, że zbaranieliśmy i po prostu nie byliśmy w stanie zareagować” – powiedziała jedna z pacynek.

Ok, przyjmuję. Człowiek zszokowany może doznać zamrożenia myślenia i czucia.

A wyciągniecie wnioski?

Podsumowanie.

Piszę Wam o różnych tangowych historiach. To moje odczucia i przemyślenia. I najnowsza myśl: nie nadaję się na kronikarkę. Czasem jest tak, że jestem zaproszona na imprezę, której nie mogę pochwalić. Z różnych powodów. Np. widzę pokaz, w którym jedynym plusem jest to, że w parze widać czułość. Ja uwielbiam, ale to trochę za mała zachęta, żeby ludzie kolejny raz wydali pieniądze i żebym ja to opisała jako walor, bo w pokazie chodzi o coś więcej. Postanowiłam nie krytykować organizacyjnych błędów, bo każda organizacja to duży wysiłek. „User” nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaki (dlatego czasem daje rady z d..y heh). Ale zachowanie gospodarza jest kluczowe.

Więc co?

Z beznadziejnym wieczorem tamtej milongi – pewnie już nic. Pacynki pójdą spać. Może pomyślą nad warszawskim fajnym miejscem, gdzie będzie polski social. W Warszawie tego brakuje: miejsca milongi, gdzie nie będzie po argentyńsku, tylko po tak polsku, jak Polacy chcą wierzyć: gościnnie, serdecznie, cieplutko… Ale z pazurem…

 

Poznański Tango Weekend – wrzesień 2021

Uprzejmie informuję, że to jest mój osobisty blog, moje osobiste opinie i przyjmuję do wiadomości, że każdy może mieć swoje. I swojego bloga też!

Foto: Krzysztof Rwicz

Kolejna impreza przemknęła niczym sen… Poznań Tango Weekend nie był pierwszym weekendowym wydarzeniem w tym mieście, ale był inny niż poprzednie, w których brałam udział (dawno temu). Kolejny będzie w styczniu 2022. Tym organizatorom chyba podłączyli baterie króliczkowe. Dziś zaczęli Barocco w Zamku na Skale. Szykują też festiwal!

„Ach, co to był za weekend!”.

Sala Biała, hotel Bazar. Fot. Maciej Borowiec.

Drugi Poznański Tango Weekend, który łączy! Dzięki współpracy trzech szkół tanga: Oscar Dance (Grzegorz Kałmuczak), Tango La Vida (Iwona Piwońska) i Casa Buena (Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek) raz w roku tworzymy otwarty, pełen dobrej energii i pasji event w stolicy Wielkopolski – napisał Michał Kaczmarek, główny organizator.

Marzyli o tangu w Sali Białej od lat.

Sala Biała. Foto: Tango Te Amo.

Pogoda dopisała, nastroje też. Jakieś tam małe dramy były, ale zauważalne tylko dla niezwykle bystrych obserwatorów (ktoś kogoś rzucił… Komuś z kimś nie wyszło… ale pocieszył się kimś innym… Ktoś miał nadzieję… A ktoś niczego poza tangiem nie szukał i mimo wszystko znalazł, ktoś nie… Tango ma wiele warstw, dla wielu niedostrzegalnych). Generalnie atmosfera była wesoła i przyjacielska.

Super było!

Zwłaszcza w klubie „Buenos Aires”.

Foto: Tango Te Amo

Oczarowało mnie to miejsce! Warszawa się chowa ze swoim klimatem. Do wyboru w tygodniu jest pięć miejsc, ale albo gospodarz nie bardzo dba o obcy lud, albo fajne miejsce z potencjałem jest gaszone złą energetyką, albo nie wiem, co. Nie gra i tyle. Dlatego wolę wyjeżdżać.
Chyba że… UNO! Wracaj!!! Gdziekolwiek. Podobno dwa nowe miejsca na warszawskiej mapie się szykują, ale nie wiem, czy będę miała po drodze.

A w tym poznańskim klubie…

Foto: Tango Te Amo

Czyli w „Buenos Aires”, stworzonym przez tangueros dla tangueros, naprawdę jest klimat tanga argentyńskiego z Buenos Aires: social, bez napinki, integracja, empanadas, napoje (woda za darmo i bez ograniczeń), biesiadny stół. Tu się odbywały popołudniówki i afterki. Tu się działo. Tangowo i towarzysko.

Socjal.

Jeden z tangowych kolegów poruszył temat niby tangowych egocentryków: że są głośni, że swoim zachowaniem zakłócają przebieg imprezy. A ja myślę, że każdy event ma swoją specyfikę. I ten weekend doskonale to pokazał: w piątek tańczenie i trochę gadania, w sobotni wieczór „bątą” w Sali Białej, na popołudniówkach luzik, a na afterkach klubowo-tangowy misz-masz. Jeśli odgłosy socjala zakłócają tańczącym odbiór muzyki, to znaczy, że sala jest przeładowana ludźmi i nagłośnienie nie daje rady. A jeśli poza parkietem jest głośno, ale na parkiecie słychać muzykę, to znaczy, że jest ok.

Nad ranem. Najwytrwalsi. Foto: Tango Te Amo.

Ludzie z różnych miast, a nawet krajów, kiedy raz na jakiś czas się spotkają, bywa, że chcą pobiesiadować. Kiedy jest wesoło, to rozlega się śmiech. Argentyńczycy stawiają właśnie na ten socjal: siedzą w lubianym towarzystwie, jedzą, piją, śmieją się i rozmawiają, a tańczą przy okazji. Kto lubi trumienną atmosferę, niech przyjedzie do Warszawy. Podpowiem, gdzie iść.

Wniosek.

Jedna z moich tangowych córek (właściwie nie uczestnicząca w biesiadowaniu) powiedziała mi, że dopiero po tym weekendzie zrozumiała, dlaczego tak lubię wyjazdy i dlaczego na warszawskich milongach bywam rzadko. Bo to jest tak: kiedy wyjeżdżasz, nie jesteś w domu i z prozą życia, tylko poza nią. Cokolwiek TAM (czyli w prozie) się dzieje, to jesteś gdzie indziej. Ciałem i emocjami. I parkiet oraz objęcia inaczej smakują.

Muza.

M&Ms na afterce po sobotniej głównej zawładnęły parkietem i naszymi sercami. Zagrali rewelacyjnie. A kto się kryje pod tą ksywką? A poznaniaki: Magda i Maciej Szymańscy. Ideą tego poznańskiego tango weekendu jest, że mają grać miejscowi didżeje. Pomysł fajny, jednak szkoda, że nie zagrał Zorro alias El Monje. A może następnym razem właśnie M&Ms?

Milonga główna.

Hotel Bazar. Fota z internetów zapewne, ja pożyczyłam od Iwony Piwońskiej.

Sala historyczna, wolnościowa i niepodległościwa. Wszyscy powinni wiedzieć, że jedynym wygranym powstaniem w naszej historii było Powstanie Wielkopolskie.
Cały gmach hotelu Bazar jest neorenesansową perełką: w XIX wieku wzniesiono go z inicjatywy Karola Marcinkowskiego. „Ważnym wydarzeniem w historii hotelu Bazar była wizyta Ignacego Jana Paderewskiego 26 grudnia 1918r. Z okna apartamentu na pierwszym piętrze (bezpośrednio nad portalem głównym) wygłosił przemówienie do mieszkańców Poznania zgromadzonych na obecnym placu Wolności. To rozbudziło nastroje patriotyczne i przyczyniło się do wybuchu powstania wielkopolskiego (1918-1919)” – kto jest głodny historii, przeczyta TU.

Sala robiła wrażenie. Wszyscy zachowywali się nobliwie, jak na okoliczności przystało. Fotografowie chcieli mieć fajne ujęcia. Ale nie ze środka parkietu! Fotografem nie jestem (chociaż mam oko do ujęć), ale wiem: tangowy fotograf szuka kadrów bez przeszkadzania tancerzom i nie używa lampy błyskowej. Polecam.

Łazienka była wygodna i duża, jak to w eleganckim hotelu.

Milonga piątkowa.

Lokalizacja: na końcu poznańskiego świata. Ludzi dużo, chociaż trafić niełatwo. Dzięki uczestnikom ten wieczór był dla nas udany. Jednak uznałyśmy z „moją dziewczyną”, że jeśli kolejna poznańska impreza będzie zaczynała się w tym miejscu, to my zaczniemy od soboty.

Fot: Maciej Borowiec.

Na szczęście spontanicznie ogłoszono afterkę, na którą z radością pojechałyśmy.

„Buenos Aires” rządzi!

Powtarzam się, ale uwielbiam: popołudnia i afterki, klimat miejsca, muzyka…
Klub został stworzony dużym nakładem energii i finansów Michała Kaczmarka i Agaty Czartoryskiej, wspiera ich dzielnie Ania Kosela. I to jest takie miejsce, które ja bym chciała mieć w Warszawie… Cała ekipa warszawska jest zachwycona. Jesteśmy gotowi jechać tam na milongę!

W BA nie było czasu na foty. Milonga piątkowa. Foto: Dorota Pisula.

Pokaz.

W Sali Białej hotelu Bazar: Beata Maia Gellert & Łukasz Wiśniewski. Znam ich od początku mojego tanga. Maia to moja pierwsza nauczycielka techniki. Darzę ich sympatią i mogę polecić jako nauczycieli (dodatkowo Maia prowadzi na platformie tzw. Ciałorusz i jogę twarzy). Ale nie dlatego chwalę pokaz.

Zatańczyli rewelacyjnie.

Na jakiej podstawie oceniam? Na takiej, że wiem, na co patrzeć.

Oj… Jak ja tu patrzę… Jak patrzę… 🙂 Foto: Dorota Pisula.

Nie muszę być mistrzynią mundialową. Sprawozdawcy sportowi też nie są olimpijczykami. Krytycy sztuki nie tworzą dzieł. Właściwie to mogłabym w ogóle nie tańczyć, a się wypowiadać. Elżbieta Zapędowska nie śpiewa, a jest jurorką w konkursach wokalnych. Nawet umie uczyć śpiewu! Wystarczy posłuchać Edyty Górniak.
Wracając do pokazu – WOW. Widziałam kilka wcześniej. Ten był naprawdę fantastyczny. Maia i Łukasz bardzo rozwinęli się jako para. Jest moc!

Spełniło się marzenie.

Chacarera była! Foto: Tango Te Amo.

Organizatorów: zatańczyć tango na Białej Sali. Nie będę rozpisywała się odnośnie tego, kto w jakiej konwencji marzył, ale życie pokazuje, że marzenia się spełniają. Czasem daleko w czasie, z kimś innym, ale jednak. I często ta konwencja okazuje się znacznie lepsza od pierwotnych wyobrażeń.

Wytańczeni! Foto: Tango Te Amo.

Poza tangiem.

Mój bardzo tajny redaktor zwrócił mi uwagę, że ta pozatangowa część opowieści zajmuje więcej miejsca niż ta tangowa. Co poradzę, że nie mogę obejść się bez doznań? Pisać lubię, Czytelników mam, tak wychodzi. Kogo nie interesują moje szaleństwa, może skończyć w tym miejscu.

Życie lubi mnie stymulować. A skoro mnie, to i osoby mi towarzyszące.

Część ekipy warszawskiej przyjechała pociągiem. I odjeżdżała takoż – jak mawia Pietruszka. W luźnych pogawędkach wyszło nam, że chociaż przyjechaliśmy różnie, to wracamy razem. Och, jak fajnie! Warsie – przybywamy!

Idziemy z Beatkiem na dworzec. Szukamy peronu. Dobra, są drogowskazy. Docieramy. A po drodze mijamy koleżankę Agnieszkę z amokiem w oczach (brakowało toczonej śliny), która ucieka z tego peronu mamrocząc, że „to nie tu!”. Myślimy: coś jej się na rozum rzuciło, jak nic. W końcu tango to szaleństwo, więc ze zrozumieniem zaakceptowałyśmy, że postradała zmysły.

Niespiesznie zjeżdżamy na peron.

Pani w megafonie ogłasza opóźnienie 10 minut. Luzik.

Dołączamy do znajomych. Gadu-gadu, heheszki, fiki-miki. I nagle mi przyszło do blond główki zapytać kolegi Leszka o numer wagonu. On, że 268. Ja patrzę na mój bilet: wagon nr 14, więc mówię do niego: „To chyba nie tym pociągiem jedziesz”. Leszek spojrzał na godzinę odjazdu, numer pociągu i odpowiada: „To ty nim nie jedziesz”.

Aaaaa!!!

W międzyczasie Beatek oddaliła się. A my nie na tym peronie! Jej walizka została… Do odjazdu moment…

Poznańska koleżanka, będąca świadkiem, zachowała zimną krew i zaordynowała: „Idziemy!”. Złapała walizkę Beatki i pognała, ja za nią.

Dwie minuty.

Ktoś mądry tak ułożył rozkład jazdy, że pociągi jadące przez Poznań do Warszawy były dwa, a różnica w odjeździe do kompletu: dwie (!!!) minuty. 12.42. i 12.44. Perony tych pociągów były tak obok siebie, jak milonga piątkowa i sobotnia.

Beatek gdzieś.

Walentyna (o jedyna! Gdyby nie Ty…) wiedziała, dokąd biec, więc dotarłyśmy na właściwy peron (Agnieszko, Twój amok był mniejszy niż mój!). Ale Beatek gdzie?! Dzwonię. Odbiera. Mówię, jak jest. A ona… nie umie znaleźć peronu, bo ten jest w pi..u!!!
Bezradność. To jedno z najgorszych uczuć. Nie miałam żadnej mocy, żeby nią pokierować, bo nie wiedziałam, gdzie jest. Pomijam moją cudowną zaletę gubienia się w kierunkach. Z perspektywy czasu bardzo się z tego cieszę, bo gdybym próbowała Beatce mówić, jak ma iść, pewnie zamiast peronu znalazłaby dworzec autobusowy.

Walizka.

Jestem w pociągu. Moim właściwym. Beatki nie ma. Deliberujemy z Walentyną: walizka Beatki ma jechać? Zostać? Ja mam jechać? Wysiąść?

Sygnał odjazdu i zamykania drzwi… Otwieram. I tak trzy razy. Czyli trąbili, ale na szczęście nie blokowali.

Zwrot akcji.

Walentyna mówi, że jakaś dziewczyna z dużymi włosami ubrana na biało wskoczyła do pociągu. Czy Beatek była ubrana na biało??? Nie wiem!!! Ale dzwoni, że jest w ostatnim wagonie.
Pociąg rusza.
Akcja miałaby ciąg dalszy, gdybym oddała walizkę Walentynie, pociąg by ruszył z Beatką, ale bez jej walizki. Tfu tfu! Na psa urok!

Trochę wcześniej…

Na dworcu pojawiła się Monia. Usłyszała o opóźnieniu i uznała, że ma duuużo czasu. Spokojnie, stylowo („Pośpiech upokarza” – to maxima, której mnie nauczyła) przemierzyła dworcową połać i wkroczyła posuwiście (schodami ruchomymi) na peron, na którym był Leszek. Ledwo znalazła się na peronie, a on mówi: „Mój pociąg nie jest twój!”.

Monia miała bilet na nasz pociąg.

Rzuciła się w otchłań poznańskiego dworca, by znaleźć odpowiedni peron, ale mimo czynności tej wykonywanej skrupulatnie i w upokarzającym pośpiechu, dane jej było zobaczyć jedynie kuper naszego pociągu. Więc rzucając się w głębię upokorzenia, pognała z powrotem, by zdążyć na ten nie jej. Dzięki temu, że był opóźniony, udało się.

Bilet.

Masz na dany pociąg albo nie masz. Jeśli nie masz, płacisz karę albo kupujesz ten właściwy. Ewentualnie, dzięki życzliwej obsłudze, wysiadasz w Koninie. Z całą masą innych ludzi, którzy też nie zauważyli różnicy w biletach, pociągach, peronach…

Foto: Monika Jankowska-Kapica.

Podsumowanie.

Lubię Poznań i pojadę. Nawet pociągiem.
Na razie szykowałam się na Barocco. Szlafrok z emblematem prawie spakowany. Niestety. Zamek na Skale musi na mnie poczekać. To pierwszy raz, kiedy jestem zmuszona zmienić tangowe plany w ostatniej chwili. 
Skoro piszę, że ludzie z infekcjami powinni siedzieć w domu, dając społeczny przykład, nie mogę postąpić inaczej. „Moja dziewczyna” mówi, że wyjazd beze mnie to tylko połowa przyjemności. A ja powiem: zostając w domu mam 100% nieprzyjemności! 
Życie.

Open Air Tango Festival – Ustroń 2021

Imprezy Pietruszki są zawsze udane.

W drogę! Z „moją dziewczyną” i „adoptowanym dzieckiem”.

Kiedy nie może spać – myśli. A jak wymyśli, to robi.

Przełom lipca i sierpnia należał do Ustronia. Po intensywnym imprezowo lipcu, ostatni weekend był także intensywny. Trzy pary, dwa koncerty… I Prażakówka, Dom Kultury w Ustroniu, który gościł nas, tangueros, kolejny raz.

Ludzie zaglądali. co to się wyprawiało…

Milongi tematyczne kolorystycznie.

Pre party było, ale nie pod konkretnym wezwaniem, za to milonga piątkowa i owszem: biała. Nie musiało być wszystko na biało, akcent też się liczył. Sala wyglądała, jakby anioły najczystsze zstąpiły z niebios na ziemię… Takiemu jednemu skojarzyło się z balem kelnerów – to zapewne zazdrości, że nie mógł tam być.

Podczas tej milongi odbył się koncert na żywo: zagrał kwartet ReTango. Jestem ostrożna, jeśli chodzi o tańczenie do muzyki granej przez zespół, zwłaszcza kiedy nie znam muzyków. Ograniczyłam się do słuchania i… trochę szkoda, bo grali naprawdę dobrze.

Publiczność.

Ta nietańcząca, miejscowa, podziwiała z balkonu tańczące pary. A ja rozpoczęłam bytność od… rozstawiania krzeseł z „moją dziewczyną” i „adoptowanym dzieckiem”. No naprawdę coś z tymi krzesłami jest u mnie na rzeczy… Drugiego dnia doszło przestawianie stołu. To się nazywa adaptacja wnętrza do potrzeb użytkowników.

Amfiteatr

W sobotę po popołudniówce poszliśmy do ustrońskiego amfiteatru na koncert.

Fota sprzed rozpoczęcia koncertu. Potem amfiteatr był prawie pełen.

Pokaz dały trzy pary: Luiza i Marcelo Almiron zatańczyli tango i milongę, Urszula Nowocin i Fernando Romero Chucky dali pokaz chacarery, zamby i tanga nuevo zatańczonego do nietangowej muzyki, Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek zatańczyli walca i tango do jednego z utworów Astora Piazzoli (do dziś niektórzy Argentyńczycy uważają, że Piazzoli się nie tańczy. Jak „sie umi”, to można!). Ponownie zagrał kwartet ReTango, a całość swoim popisowym numerem rozpoczął Luciano de Esbornia z Berlina, który jest nie tylko wszechstronnym tancerzem, ale także robi świetne masaże z elementami akupresury.

Z koncertu będzie film, ale za chwilę, po montażu. Koncert był miłym urozmaiceniem ustrońskiego festiwalu tanga, który (ten festiwal) chyba już na stałe wpisał się w to miejsce.

Rodzice tańczyli, dziecko się zmęczyło 🙂

Pogoda dopisała.

Tak w ogóle, chociaż prognozy były słabe. Padało dopiero w niedzielę. A to był ważny czynnik, zwłaszcza w dniu koncertu, bo mimo że amfiteatr jest zadaszony, przyjemniej było bez deszczu, a i ludzi więcej przyszło.

Na zakończenie miała być mini milonga, ok. półgodzinna. Zatańczona była jedna tanda, bo zabrakło czasu.

Milonga czerwona w Prażakówce wzywała…

Nie powiem, jakie miał skojarzenia taki jeden.

Zwykle na imprezach jest kilka pań w czerwonych sukienkach, teraz były prawie wszystkie. Panowie występowali w czerwonych koszulach, a niektórzy ograniczali się tylko do czerwonego akcentu. Ja miałam czerwoną bluzkę i buty.

Niedziela była pod wezwaniem milongi złotej.

Taki jeden nie miał żadnych skojarzeń. Tym razem ja ograniczyłam się do dwóch złotych elementów i był nim haft Tango Barocco oraz bransoletka.

To był ostatni dzień, więc ludzi ubywało, ale niektórzy dotańczali z tymi, z którymi nie złożyło się podczas dwóch poprzednich dni (ja tak miałam).

Warszawa 🙂 Panowie też byli, ale nie pozowali 🙂

I czas pożegnań…

Gdzie następne spotkanie? Może na Poznań Tango Weekend?

After.

Był, a jakże, już nie w Prażakówce. My z Beatkiem musiałyśmy wracać do domu, ale sporej części uczestników było mało. Służby operacyjne doniosły, że niektórzy zalegli w łóżkach i zaspali…

A moja refleksja jest taka: w czwarty weekend tanga z rzędu, to była moja pierwsza impreza, na której nie było afterki prywatnej… Większość była skonana całym lipcem. Pandemia wzięła żniwo, u niektórych forma nie ta… A u niektórych ta, ale trochę inaczej.

Ekipa DJ-ska zagrała od czwartku do niedzieli.

W kolejności: Maria Kownacka (Poznań), Adam Noras (Tychy), Luis Cono (Chile/PL), Francisco Saura (Hiszpania), Robert Kovacs (Węgry), Lechosław Hojnacki (Bielsko-Biała), Ivo Ambrosi (Włochy), Esteban Mario Garcia (Argentyna).

Dyrekcja.

Prażakówka ma szczęście. Zarządza nią pani dyrektor Urszula Broda-Gawełek, która z mężem zaczęła uczyć się tanga! (i starosta cieszyński też). Dzięki jej wsparciu mieszkańcy Ustronia oraz turyści będący tam i wtedy, mogli posmakować pierwszych kroków na bezpłatnej lekcji. Prowadził Roberto La Barbera, a statystowała mu i tłumaczyła Ania Pietruszewska (Roberto jest Syczylijczykiem mówiącym po angielsku).

Atmosfera.

Niektórzy mieli aktywne tangowo wszystkie lipcowe weekendy, inni większość. Dla mnie i „mojej dziewczyny” to była czwarta impreza z rzędu. Nie jest tajemnicą, że lubię jeździć na eventy Pietruszki. Zawsze się dobrze bawię. W Prażakówce mamy takie specjalne miejsce do pewnego specjalnego zbiorowego rytuału…

Gospodarze.

Nie wiem, jak oni to robią, ale fakt jest faktem: dbają o gości, widać ich, aktywnie tańczą. Mówię o Ani Pietruszewskiej i Lechosławie Hojnackim
(foto: Francisco Saura).

Wspiera ich dzielnie ekipa wolontaryjna, ale to na nich spoczywa główny ciężar organizacji. Oczekiwania niektórych są takie, że gospodarze powinni wszystkich obtańczyć. Nawet gdyby się sklonowali, nie daliby rady, ale robią, co mogą. Panie omdlewają z rozkoszy w ramionach Lechosława (nie, nie przesadzam. Czasem widzę wzrok pań po skończonej tandzie… Obie z Beatkiem uważamy, że spośród wszystkich partnerów, z jakimi mamy do czynienia, Lechosław tańczy najbardziej eleganckie tango). Ania także jest dostępna, zawsze uśmiechnięta i życzliwa.

Niektórzy organizatorzy twierdzą, że sprawy organizacyjne pochłaniają całą ich uwagę podczas całej imprezy. Na pewno nie tu. Organizatorzy są z gośćmi i dla gości, obserwuję to na każdej bielskiej czy ustrońskiej imprezie.

Balans.

Pietruszka stara się, by był. Dlatego jest rejestracja. Wiem, że co roku zdarza się wjazd jakiejś niezapisanej pani. Proponuję uszczelnić bramkę i żeby od następnego razu niezapisana mysz się nie przemknęła. To nieeleganckie tak robić. Nie wiem, ktosia i cosia, ale… Damy tak nie robią.

Balans c.d.

Był w porządku, chociaż jest złudnym wyznacznikiem tańczenia. Natomiast wpływa na estetykę sali. Dlaczego złudnym? Bo jeśli panom nie wpada w oko pani, z którą by chcieli, wychodzą z sali. Nietańczące panie siedzą, panowie są bardziej mobilni, stąd czasem bierze się błędne przekonanie o braku balansu. Już o tym pisałam, ale może nie każdy czytał.

Socjalnie.

Jak zwykle: działo się. Ten socjal przychodzi z czasem. Najpierw (przez jakieś milion parkietowych kilometrów) jest się głodną tańczenia (tak, pań to bardziej dotyczy). Potem dostrzega się fajność ludzi… Ich osobowości… To „coś”…

Foty.

Użyte w tym wpisie robiłam głównie ja, ale oczywiście był oficjalny fotograf, Krzysztof Erszman, zdjęcia jego autorstwa są na jego profilu (czwartek, piątek po południu, piątek noc, sobota, niedziela). Zdjęcie wyróżniające ten wpis także jest jego autorstwa.

Lista kandydatów na męża „mojej dziewczyny”.

Beatek jest nieokiełznana w tym względzie, a kandydaci ciągle chcą się dopisywać. Ale! Jeden sam się z niej wypisał, twierdząc, że „przez rok od ubiegłego tygodnia o tym myślał i już nie chce”.

A tak w ogóle to straciłam rachubę, więc listę unieważniam i oświadczam, że prowadzona nie będzie. Jeśli który bardzo chce, to od razu klękać z pierścionkiem. Niepoważnych propozycji nie uwzględnia się!

P.S. Klękać przed Beatkiem. Ale! Pierścionki do mnie.

Willa Kolor.

Spałyśmy w niej kolejny raz i kiedy nastąpi kolejny raz, też będziemy tam spały. Tym razem, kiedy wkroczyłyśmy, miła pani z recepcji przywitała nas słowami:

– Dzień dobry! Pani Ania, pani Beata… Mam tutaj dla pań sukienki.

My na siebie: ale że jakie sukienki?! Nie chcemy żadnych sukienek!
Pani zanurzyła się w otchłani szafki i mówi:

– Czasem goście coś zostawiają, czego nie chcą, ale nie sądzę, żeby te sukienki były niechciane…

I położyła je na ladzie. Sztuk trzy.

– Matko, moje sukienki! – zakrzyknęła Beatek.

Zostały po poprzednim razie.

Nie, nie chciała ich zostawić. Były bardzo chciane!

Nie zrobiłam foty, kurde.

Ciekawe, że trafiłyśmy akurat na tę panią… I ona nas rozpoznała…

Przy rozpakowywaniu i przez ponad trzy miesiące (byłyśmy tam w maju) Beatek nie zorientowała się, że czegoś jej w szafach brakuje. A były to te ulubione!

Wniosek: nie ma ulubionych, jedynych, najwspanialszych… Zawsze jest alternatywa. I tak jak w wielu sukienkach możemy pięknie wyglądać, tak z różnymi mężczyznami możemy być szczęśliwe. Często nie warto się kurczowo trzymać jednej opcji i jeśli jesteś studzona, zamiast płonąć – wystygnij.

Chwalę Willę Kolor i nie, nie płacą mi za reklamę. Za to porządnie prowadzą fajną miejscówkę.

Pokoje wygodne, obsługa bardzo sympatyczna i uczynna. Co prawda menu skromne, ale swojskie i można jeść na raty (kto był, ten wie).

Na pewno kiedy będzie tango w Ustroniu, to ja i „moja dziewczyna” tam przybędziemy.