Blog

Niby nietangowo, a jednak! Część 2

Mija miesiąc, od kiedy wprowadziłam rewolucyjno-opresyjną politykę konsumpcyjną. Po co? Bo tak! Gdyby kto był dociekliwy, to TU są szczegóły.

W drodze na szczyt…

Jak coś robię, to robię na maxa albo wcale.

Dlatego weszłam w cały program dietetyczny. Nigdy w życiu nie jadłam tak dużo i tak często. Podstawowym błędem przy redukcji masy jest nadmierne ograniczanie kalorii. Jak ma w piecu buchać, jak się do niego nie dorzuca? Konar płonie, następnie się tli, a potem zostaje popiół. Trzeba do pieca dokładać. No więc mój piec jest ciągle zasilany. Moja egzystencja koncentruje się na jedzeniu, piciu 4 litrów wody z mikroelementami i sikaniu. Reszta czynności wykonywana jest niejako przy okazji. No i trenuję.

Pedałowanie mnie nudzi, ale trzeba…

Dobrze by było 5 x w tyg., ale to niemożliwe. Dodatkowo są wakacje, więc jakieś wyjazdy wpadają… Gotowych posiłków wtedy nie mam, ale jestem konsekwentna. Zgrzeszyłam raz: jak się wspięłam na Ślężę.

Smaczny grzech…

Podsumowując:

1. Wyniki badań lepsze, chociaż nie były złe. A lepsze parametry to skuteczniejsza profilaktyka. Lepsza jakość ciała. Zwiększona wydolność. Lepsze samopoczucie (ja akurat nie mam z nim problemu, ale gdyby osoby depresyjne i z zaburzeniami nastroju zaczęły od dobrze dobranej diety, efekty zobaczyłyby bardzo szybko.

BMI i masa tłuszczowa zmalała, mięśniowa niestety też. popracuję nad tym.

2. Na minusie 2 kg. Nie jest to dużo, ale podobno widać. Za to w obwodzie brzucha – 4 cm!!! Niestety aparatura pokazała, że oprócz tłuszczu spaliłam też 40 dkg mięśni, a to z powodu zaniedbania picia białkowo-enzymatycznych koktajli. Jestem najedzona, nie mam na nie miejsca! Ale trudno, wcisnę, zobaczymy efekt za miesiąc.

Koktajl proteinowy i elektrolity z mikroelementami. Lubię.

3. Tak to jest zorganizowane, że codziennie (oprócz sobót i niedziel) jadę po odbiór diety, przy okazji ćwiczę w kameralnej sali treningowej. Nie lubię, bo jestem z natury leniwa, ale widzę, że jednak się rozkręcam i coraz mniej się zmuszam, a coraz bardziej zaczynam lubić. Aaa! Straszne heh. Radochę sprawia mi taki kręciołek na ręce. Fajowy!

100 obrotów do przodu, 100 do tyłu. Liczę! Opór regulowany.

I nieźle znoszę bieżnię. Powie ktoś: a nie lepiej zasuwać w plenerze? Dla stawów na pewno nie, bo jednak to bieżnia, a nie asfalt czy chodnik, ma podłoże skonstruowane specjalnie do chodzenia/biegania. Ktoś powie: przy normalnej pracy to niemożliwe. Zapewniam: kwestia chęci i zarządzenia sobą w czasie. Moim zdaniem lepiej przez dwa miesiące dostosować tryb funkcjonowania do poprawienia jakości własnego życia niż potem tracić czas na lekarzy, diagnozy i nie zawsze skuteczne medykamenta.

4. Dzięki składnikom, które pochłaniam, nie mam ochoty na żadne śmieci, mam energię i nie jestem senna – co jest dziwne, bo mam niskie ciśnienie, a pogoda ostatnio wariuje.

Jest jeden minus.

Który może mieć znaczenie dla osób praktykujących zero waste. Dotyczy wszystkich tego typu diet, a niektórych nawet bardziej. Codziennie pozostaje góra plastiku (diety w opakowaniach steropianowych to jeszcze gorsze rozwiązanie). Mam nadzieję, że niebawem naczynia biodegradowalne zadomowią się na naszym rynku – zmierzamy do zakazu używania plastikowych jednorazówek i mam nadzieję, że do niego dojdziemy.

Widzę zmianę, która będzie moim nawykiem.

Nie doceniałam kasz! A to podobno one powodują, że nie ma się ochoty na pięterko ptasiego mleczka czy orzechowe Prince Polo. Słodycze mi jak ręką odjęło! W diecie czasem zdarzyły się dwa posiłki na słodko. Poprosiłam o jeden, w zupełności wystarczy.

Po treningu.

Z radością wkraczam w drugi miesiąc.

UNO VinyLove – Samo Centrum Wszechświata

Miałam napisać jeden post podsumowujący ostatnie imprezy, ale TA zdecydowanie zasługuje na indywidualny wpis. Po pierwsze: w Warszawie TAKA milonga odbyła się po raz pierwszy. Po drugie: po pierwsze wystarczy 🙂 Na początek trochę informacji ogólnych.

Milonga UNO na stałe wpisała się w tangową przestrzeń stolicy.

W rzeczywistości budynek wygląda ładniej 🙂

Miejsce na Chłodnej 29 – „Samo Centrum Wszechświata” – jest klimatyczne i przyjazne. Oczywiście znajdą się ci, dla których jest za ciepło/za ciasno/za jakoś, natomiast fakty są takie:

* przychodzą tu ci, których gdzie indziej rzadko można spotkać;

* NIE MA bałaganu na parkiecie! Tańczący w poprzek zdarzają się rzadko, a ci, których przyuważyłam, to niby tangowi wyjadacze, a jednak tetrycy. O poziomie tanguero nie świadczy ilość machniętych sakad i boleł (hehe…), a umiejętność docenienia tańczenia w rondzie. Dla tych, którzy nie rozumieją, dlaczego lepszy fun niż brykanie w rozgwiazdę daje porządek na parkiecie i że ronda nie jest „ograniczeniem ekspresji”, a właśnie zwiększeniem energetyki – niebawem stworzę osobny wpis;

* pewność DOSKONAŁEJ muzyki. Dorota i Marcin, razem i osobno – grają rewelacyjnie. Nie ma smędolenia, jest zróżnicowana energetyka, jakość dźwięków zawsze świetna. Konstrukcja tand, przerwy pomiędzy utworami i długość cortin są zawsze właściwe. Po warsztatach djskich, które Dorota z Marcinem organizowali, umiem odróżnić dobrze i źle ułożoną i zagraną playlistę, ale pogodziłam się, że ludzie rwą się zarówno do uczenia, jak i do grania – nie mając o tym pojęcia, a jedynie wyobrażenia… Wiem! Ja Wam zagram i Was nauczę! Chyba na cymbałach gry w głuchy telefon…;

* średnia wieku jest zadowalająca dla wszystkich bywalców (nie słyszałam, by ktoś narzekał);

* można uraczyć podniebienie pysznymi drinkami, ciachami i lodami;

* obsługa jest FANTASTYCZNA! Miła, uśmiechnięta, dowcipna 🙂 Pan menadżer jest przystojny, w bardzo odpowiednim wieku, ma dobre gabaryty i diabła w oczach. To wszystko marnowałoby się po próżnicy, ale! Obiecał, że będzie tańczyć! A sposobność nauczenia się nastąpi już niedługo, ponieważ przed środowymi milongami ruszą lekcje pod dowództwem Marcina, czyli połówki Radia Tango Uno. Służby operacyjne mi doniosły, że uczy rewelacyjnie. To dobrze, bo czekam na menadżera na parkiecie…

* parkiet większy niż był U Aktorów, cały posypany talkiem, więc na poślizg nie można narzekać. Dyskretne oświetlenie pomaga stworzyć sympatyczny nastrój, chociaż wiadomo, że ten tworzą (oprócz gospodarzy) ludzie i na milondze UNO dobrze im wychodzi.

Organizacja przestrzeni – jak dla mnie – jest odpowiednia.

W sali do tańczenia się tańczy, a kabeceuje, gawędzi i flirtuje w przestrzeni do relaksu z dobrze zaopatrzonym barem.

Jak frekwencja przyłomocze, co zdarza się coraz częściej, bywa ciasno, ale moim zdaniem lekka atmosfera i powiew świeżości rekompensuje ewentualne zagęszczenie. Można odetchnąć na zewnątrz w kawiarnianym miniogródku. Ci, co chcą ze sobą zatańczyć, odnajdują się bez problemu.

In tuch: „Nie leń się, tylko wbijaj!”

W lato ma być ciepło.

Ja osobiście NIE ZNOSZĘ!!! sztucznie i nadmiernie wyziębionych sal, więc nie znoszę też narzekania, że „jest za gorąco”. NIE MA ZA GORĄCO! Chyba że słońce świeci na głowę w środku lata, ale wtedy wystarczy założyć kapelutek i gotowe. Tu klima jest nieinwazyjna i tylko w przestrzeni barowej. Jak się tańczy, jest ciepło (w sali pootwierane są okna), i dobrze! Polscy panowie, zamiast narzekać na gorąco i kleić się od potu już po pierwszej tandzie, mogliby wziąć przykład z kolegów z południa, gdzie zimno bywa rzadko, a oni są świeżutcy do końca milongi.

Sekret południowców jest prosty.

Idąc na milongę, psikają/smarują antyperspirantem nie tylko pachy, ale czoło, tors i plecy. Dzięki temu przyjemnie z nimi tańczyć nawet w trzeciej godzinie milongi. Ale to inny temat.

UNO VinyLove – WE LOVE IT!

Frekwencja dopisała. Ba! Dowaliła. Miejsce pękało w szwach. Zjechali się ludzie z wielu miast. To świadczy, że stajemy się bardziej świadomi i wyrobieni. Zagranicznych też nie brakowało. Sam sprzęt do odtwarzania płyt robił wrażenie. I to jakie! Zagranie milongi z winyli to nie jest puszczenie playlisty daj Toshiby, to nawet nie jest układanie jej na bieżąco podczas milongi. To ogromne wyzwanie i kawał trudniej roboty. Jakość dźwięku z płyty winylowej od dźwięku cyfrowego odróżnią zapewne jedynie co wprawniejsi słuchacze, dlatego dobrym pomysłem jest zorganizowanie milongi, na której można by zaprezentować dany utwór z winyla i cyfrowy (tak było na końcu tej milongi, ale nie wszyscy doczekali).

Podpytałam o szczegóły techniczne TAKIEGO grania.

* „Non stop pełna uwaga, nawet sobie wypić nie można” 🙂

* płytę się zmienia z kawałka na kawałek, albo Dorota gra dwa utwory, Marcin jeden i cortinę, lub Dorota pierwszy utwór, Marcin drugi z innej płyty, a potem różnie… Najlepiej by było mieć dwie takie same płyty, bo czasem utwór pasujący do tandy jest na drugiej stronie. Do tego odpowiedni anturaż… Dorota zawładnęła wyobraźnią panów, wdziewając do białej sukni białe przylegające rękawiczki… „Winyle nie lubią palców, po których zostają ślady, do których z kolei przylega kurz, ten potem się zapieka pod igłą i słychać trzaski” – stwierdził Marcin, a Dorota: „Kiedy w zrobienie jedzenia wkładamy serce posiłek nie tylko smakuje lepiej, lecz często pojawia się jakaś magia. Kiedy gramy tango, wkładamy w to serce, a szacunek do muzyki ubrany jest w białe rękawiczki”;

* raczej nie ma całej tandy z jednej płyty, bo byłoby nudno (zdaniem Marcina, choć tu były trzy, z przygodami). A jak jest, to dodatkowa trudność, bo trzeba pilnować trafienia w „rowki” 🙂 „Żeby tanda była ciekawa, trzeba z takiej płyty wybrać najlepsze perełki, co się wiąże z tym, że puszczasz najpierw utwór drugi, potem siódmy, następnie odwracasz płytę i puszczasz utwór czwarty, a potem pierwszy. I cały czas trzeba pilnować celowania w „rowki. Ręka nie może drgnąć i trzeba robić to szybko, bo przerwa między utworami powinna wynosić około 4 sek., maksymalnie 7, potem ludzie zaczynają niecierpliwie zerkać w stronę didżeja”;

* „Najlepiej zmieniać płyty co utwór. Jeśli mamy kilka płyt na tandę, jest mniejszy stres i zapewniona płynność”;

* trzeba uważać, by przy dotykaniu płyty igłą mikser był ściszony, bo inaczej rozlega się nieprzyjemny, bardzo głośny zgrzyt i ludzie na parkiecie narażeni są na utratę słuchu. Złe policzenie utworów i nie trafienie w odpowiedni „rowek” skutkuje tym, że w tandzie tang pojawia się milonga…;

* „Zapewniam, że za stołem didżejskim adrenalina jest na najwyższych obrotach”.

Pasja to nie wszystko.

Tu trzeba być zdrowo nawiedzonym, żeby ładować ogrom forsy w podróże do BA, zakup płyt, transport i czyszczenie, a potem jeszcze targać to wszystko (gabaryty pakunków to mniej więcej pojemność bagaży przewożonych dyliżansem na początku XX wieku). Dorota zademonstrowała, jak na co dzień trzeba się z płytami obchodzić. W białych rękawiczkach to mało powiedziane! A ile męskich fantazji tym wzbudziła…

NAJWIĘKSZY, NAJCIĘŻSZY BŁĄD IMPREZY – Edit: NAPRAWIONY!

Okropny. Tragiczny. No bo jak to tak? Wszędzie trąbią, że nie należy dokazywać bez. A tu nikt nie pomyślał o! O czym? No o czym?! Nie o czym, a o kim!!! O fotografie z prawdziwego zdarzenia, z właściwym sprzętem! Który by pstryknął odpowiednie foty, kiedy Dorota w tej sukience i rękawiczkach oddawała się czułym głaskom…

Zdjęcia są! Warto rzucić okiem na ALBUM Agatki.

Za wcześnie wyszłam.

Mam sporo pracy twórczej, więc trochę się szamoczę z uciekającym czasem, a właściwie z sobą samą… Do tego jestem w trakcie żywieniowej rewolucji, co skutkuje np. tym, że zachciewa mi się spać o godzinie 23.00. (kładę to na karb detoksykacji i regeneracji,która następuje właśnie podczas snu). Następnym razem najwyżej zdrzemnę się w ogródku, ale wytrwam!

Czy potrzebna jest większa przestrzeń?

Na milongę UNO moim zdaniem nie, to jest świetne. Na VinyLove – przydałaby się. Z dużo wcześniejszym ogłoszeniem terminu. Myślimy nad miejscem!

A oto garść opinii o tym, co się działo:

* „Genialna akcja! Ekipo Uno – dzięki serdeczne! Przyznam, że do tej pory nie wgłębiałem się w jakość dźwięku ponad: trzeszczy czy nie trzeszczy/dudni czy nie dudni” – Łukasz W.;

* „Magią tchnęły te białe rękawiczki – sterylna laboratoryjna czystość odczuwalna nie tylko słuchem, ale i wzrokiem” – Piotr;.

* „Od dawna jesteście moimi muzycznymi idolami, a z każdą Waszą akcją podziw i wdzięczność rosną” Beata Maia;

* „Te niestandardowe układy tand, te dysocjacje w głośnikach różnych instrumentów MNIAM !!!” – Marcinu (nie, to nie błąd, wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi 🙂 ).

Wypowiedzi entuzjastów zaczerpnęłam z podziękowań pod postem w grupie Milonga Uno. Wypowiedzi Marcina B. są cytatem z krótkiej naszej pogawędki. Szykujemy się do wywiadu, tylko zgramy terminy!

Ania.

P.S. Kto chce moją książkę na wakacje – dla siebie, na prezent, dla tangowych i nie – ostatnie egzemplarze u mnie i w Złotej Milondze!

Niby nietangowo, a jednak! Część 1

Tango to ruch, czasem wielogodzinny. Czyli niby zdrowo. To dlaczego tak wielu z nas ma kłopoty zdrowotne i nieładną sylwetkę? Kiedy zaczynałam tangową przygodę, przez pierwszy rok tańczyłam trzy razy dziennie: na lekcji, praktyce i milondze. Albo na lekcji grupowej, prywatnej i milondze. Byłam albo w drodze na tango, na tangu lub w drodze pomiędzy tangami… Byłam smukła jak trzcinka.

Z czasem ciało przyzwyczaja się do określonego wysiłku.

Napędza się metabolizm. Ale! I to jest słowo, które rujnuje wszystko co jest przed nim! Z czasem zmniejszasz intensywność ruchu, bo „więcej umiesz i już nie musisz uczyć się tak intensywnie”. Albo Twoje treningi są „bardziej skondensowane”, lub „nie masz czasu”. Do tego zaczynasz konsumować różne rzeczy, bo przecież „masz taką figurę”, to „ci wolno”.

Masz taką figurę, dopóki prowadzisz ustalony (wcześniej, ze sobą) tryb życia.
Jak go zmienisz – utyjesz. Jedna z warszawskich nauczycielek była trzcinką, teraz jest rozłożystym dębem. Inna miewała różne etapy, teraz wygląda lepiej niż 10 lat temu. Dramaty losowe mogą znacznie zredukować masę ciała – o ile ktoś, jak ja, jest dramatospalaczem, bo są tacy, co kryzys zajadają w trójnasób. Mnie dobrze robiły miłosne zawirowania, ale chyba już wszystkie przeżyłam i dawno żadne zawirowanie nie zrobiło na mnie wrażenia.

Tłustość jest chora.
Zanim rzucą się na mnie obrońcy rozmiaru XXXL, niech przeczytają ze zrozumieniem:
* nie komentuję estetyki – de gustibus
* NIE ZNAM człowieka z nadwagą, który byłby zdrowy!
* chudość zewnętrzna MOŻE BYĆ tłusta w środku – i o tym napiszę dalej.

Ale po chu…steczkę piszę to TU?
Bo mam dobre serce 🙂 Chciałabym, żebyśmy byli zdrowi i sprawni do późnych lat. Może kogoś zainspiruję do zdrowej zmiany? Można mnie spotkać, obejrzeć, jak wyglądam dziś. Zobaczyć, jak będę wyglądała za dwa miesiące… Mnie toksyny przemiany materii oblepiają równomiernie, ale nagminnie widzi się wystające męskie brzuchy (przy często mikrawym korpusiku), rozdęte damskie talie na cienkich nóżkach… Mogą się komuś podobać, mogą komuś nie przeszkadzać, ale warto mieć świadomość, że NIE są oznaką zdrowia. Są osoby wręcz chude, które sprawiają takie wrażenie, bo nie mają masy mięśniowej, za to tę niezdrową tkankę tłuszczową, z cholesterolem, i owszem.

Są też osoby (dotyczy to pań), które chwalą się, że wszystko jedzą i są szczupłe i zdrowe. Oby. Ale z perspektywy 10 lat mojego tańczenia widzę, że niestety to „wszystko” jednak zawsze wyjdzie, prędzej czy później, w zdrowej oponce hehe…

Tłuszcz jest potrzebny.

Nie można się go całkowicie pozbyć, ale wszystko zależy od proporcji. Warto to sprawdzić. Wczoraj to zrobiłam i… Skład oraz konsystencja mojego ciała nie są dla mnie zadowalające. Generalnie jestem zdrowa. Jakieś tam guzki na tarczycy, czasem łupnie mnie w stawie jednym lub drugim… Cytologia I, ciśnienie w normie, BMI właściwe, czego się czepiać?

Proporcji masy mięśniowej do tłuszczu.

Niektórzy wmawiają innym, że „wiek robi swoje”. Zapewne, jeśli się o siebie nie dba. A ja przez ostatnie kilka lat żyłam, jakby jutra miało nie być. I jakbym miała metabolicznie napędzony organizm jak 10 lat temu. Wystarczy obejrzeć zdjęcia tangowe sprzed 10, 8, 5 lat… Nogi pań często tak samo zgrabne, ale korpus, ramiona, szyja, twarz… Ja też nie jestem taka jak 10 lat temu. I nie będę. Ale toksyn się pozbędę. Postanowione.

Próbowałam… się oszukiwać.

Słuchałam domorosłych specjalistów od diet („najważniejsze są kalorie”, „keto! Tłuszcze górą”, „lody nie tuczą”…), nie umiejących pozbyć się swoich toksycznych złogów. Coś tam ograniczałam, jakąś dietę zamówiłam, suplementy, koktaile, grupa na fejsbuku… Ostatnio pomyślałam o Ewie Chodakowskiej (jej trening chyba by mnie zmiótł z tego świata). Podsumowując: uprawiałam dłubaninę bez nadzoru. I jeśli teraz myślisz, że jakiś nadzór będę chciała Ci sprzedać – to nic z tego. Każdy robi, co uważa.

Odkryłam dla siebie rozwiązanie dostępne na wyciągnięcie ręki.

Tango jest niesamowite dlatego, że mamy w swoim środowisku wszystko i wszystkich. Mamy specjalistów, wynalazców, naukowców. I mamy tanguerę, która jest lekarzem, na dodatek zrobiła doktorat z żywienia leczniczego, a teraz robi habilitację. Nie dość, że ludzi odchudza (bez efektu jojo!), to także leczy – i ma na to stertę badań prowadzonych od 20 lat. Sama wygląda bardzo dobrze, jest reklamą tego, co robi. Nie dowierzam znajomym (lub nie), którzy wciskają drogie kremy albo urządzenia, którymi handlują, a sami wyglądają jak purchawki.

Wracając do zdrowego żywienia – do niedawna słyszałam, że ludzie jeżdżą do dietetyka do Łodzi. Warszawiacy mają na miejscu. Postanowiłam zakończyć latanie z wywieszonym jęzorem za własnymi złudzeniami, tylko wziąć się za siebie, po prostu.

Wszystko zaczyna się w jelitach.

Coraz więcej badań pokazuje, że choroby cywilizacji to dieta napchana złymi kaloriami i uboga w składniki odżywcze. Dlatego w krajach wysoko rozwiniętych ludzie z uboższych środowisk są otyli. „Życie jest za krótkie, żeby sobie odmawiać” (przetworzonych syfów, fastfoodów, chemicznych napojów…) – tylko co to za życie, jak człowiek chory? Ja się uważam za osobę, która poza grzechami generalnie zdrowo się odżywia. Okazuje się, że robię błędy żywieniowe. Mój ukochany zakwas z buraków, który uwielbiam i piję szklankę dziennie, powinnam albo rozcieńczać, albo wypić z litr wody, ponieważ skoncentrowany wcale dobrze mi nie robi…

Depresja, Hashimoto, słabe libido, choroby narządów i wiele innych – leczy się dietą!

Ja postanowiłam zadziałać prewencyjne i wziąć się za sprzątnięcie swojego organizmu, bo go lubię, o! Co wymyśliłam? Ano:

Po pierwsze: poszłam do fachowca. Koniec z domorosłymi eksperymentami. Zerwałam się bladym świtem, o 8.00. – ci, którzy mnie znają, wiedzą, że o tej porze to nawet mój pies nie otwiera oka.

Od początku wykazałam się bohaterstwem! Dostałam skierowanie na komplet badań. Ponieważ nic mi nie dolega, a jednak mam poczucie, że czasem przebadać się trzeba – wcześniejsze skierowanie na badania noszę ze sobą już trzeci rok… Tym razem je zrobię.

Po drugie: dieta. Adios pikantne skrzydełka (5 sztuk – 900 syfiastych kilokalorii), adios Prosecco (nie za duży kieliszek ponad 100 kkal.), adios mleczna czekolado… Z tym magnezem w niej to ściema (ma go tylko prawdziwa, gorzka), za to ponad 500 kkal. jest realna jak diabli. Sama gotować nie mam serca, więc weszłam w program gotowego jedzenia. Ale nie jakiegoś z internetu, o nie! Na konsultacji pani doktor zrobiła mi pomiar parametrów ciała (niedożywienie komórkowe, zatrzymana woda przy odwodnieniu komórek, za dużo tłuszczu, za mało mięśni) i na tej podstawie została dobrana właściwa dla mnie dieta. Dziś zaczęłam. Tyle jedzenia to miałam na tydzień… We właściwej diecie chodzi o to, by jeść.

Po trzecie: trening cardio. Intensywny. 5 x w tygodniu. O matko… Zaczęłam wczoraj. Tak właśnie. Milongi i zajęcia tangowe będą tylko uzupełnieniem. Czy wytrwam? Po to ta moja wypisywanka, żeby głupio mi było, choćby przed Wami…

Trochę o motywacji.

Lubisz amerykańskie poradniki? „Ważna jest motywacja wewnętrzna, a nie zewnętrzna!!!”? To nie czytaj dalej. Każdy ma swój rodzaj motywacji i może ona być zewnętrzna. Na dodatek może się zmieniać. Co ciekawe: rzadko kogo motywuje własne zdrowie, bo mamy tendencję do myślenia magicznego. Ja też. Może dlatego nie choruję? 🙂 Kolega tangowy opowiedział, że zdecydował się odchudzić nie ze względów zdrowotnych, a z powodu wstydu, że przez brzuszydło nie mógł zawiązać butów. Na mnie dobrze działał mężczyzna, jeśli mnie kręcił. Chciałam ładnie w łóżku wyglądać 🙂 Jakoś specjalnie brzydko nie wyglądam, ale mogę ładniej. Zwłaszcza że zależy mi, abym na bardzo ważnej imprezie, która odbędzie się jesienią, wyglądała jak papryczka chili, a nie rozgotowana klucha. To jest moja motywacja. I to, że sukienka koleżanki, która powinna być za duża, okazała się dobra…

Wszystko oceniamy subiektywnie, swój wygląd też. Jedni mają nadmierne kompleksy, inni bez skrępowania wystawiają swe cielesne toksyny. Okropne? Prawdziwe, ale nie będę pisać o stosowności stroju lub jej braku, tylko o motywacji. Sekret tkwi w tym, że jeśli NAPRAWDĘ czegoś chcesz, to żadne amerykańskie zaklęcia Ci niepotrzebne. Jeśli chcesz schudnąć, a wpieprzasz pączki i golonkę – to ściemniasz. Po prostu. Jeśli już chorujesz i chcesz być zdrowy, a jarasz wagon fajek – to ściemniasz. Może masz program energetyczny na chorobę? Może taka karma? Bo tylko na logikę wydaje się, że każdy chce być zdrowy, piękny i bogaty. Nie, nie każdy. Większość ściemnia. Dlaczego? To już inny temat. U mnie ze ściemą KONIEC.

V Beskid Tango Marathon 2019 plus niespodzianka!

To dla mnie najlepszy polski maraton. Impreza wyjazdowa, nikt nie mieszka w miejscu tego maratonu, najwyżej w okolicy. Dlatego wszyscy są przyjezdni! I fajnie.

Hall hotelu Belweder. Foto: Basia Maliszewska

Mieszkamy sobie razem, integrujemy się na basenie, w jacuzzi i … na spacerach (nie ze mną, bo nie lubię ani basenu, ani zbytniego łażenia, ale nie ja jedna jestem na maratonie).

Foto: Basia Maliszewska

Ze mną można się integrować na parkiecie, podczas wypasionego śniadania albo kolacji…

Foto: Basia Maliszewska

No ale to wszystko już pisałam po poprzednich edycjach. Świetna atmosfera i doskonała zabawa są niezmienne. Pewne rytuały też.

Uroczyste wręczenie ciupag maratonowym TDjom to już tradycja.

Ta impreza jednak była trochę inna.

 

Na pięciolecie odbyła się w 5* hotelu Belweder w Ustroniu. Moc była z nami, a zwłaszcza z organizatorką, Anielicą Bielskiego Tanga Anie Pietruszewską, ponieważ w Szczyrku ogłosili w tym czasie stan klęski żywiołowej, tak im śnieg napadał.

Nam też spadł, ale u nas było romantycznie, tam – dramatycznie: nikt nie mógł dojechać. U nas szczęśliwie wszystko szło według planu.

Czwartkowa premilonga zgromadziła całkiem sporą liczbę uczestników. Miałam pewne obawy o nawigację, bo sala z parkietem nie była okrągła, kwadratowa ani prostokątna. Była w kształcie dużego zawijasa, czyli mocno oryginalnie.

Foto: Basia Maliszewska

Daliśmy radę! Poziom tangowy całej imprezy był niezły, każdy mógł znaleźć właściwego partnera. A i bardziej intensywne tandy się zdarzały…

Popołudnia także cieszyły się powodzeniem.

Piątek przywitał nas kuligiem i góralską muzyką.

Foto: Basia Maliszewska

Duża część uczestników była zachwycona, zwłaszcza cudzoziemcy. Ja nie uczestniczę w takich aktywnościach, bo: 1. mam uczulenie na końską sierść, 2. obawiam się, że za dużo ludzi ładuje się na jedne sanie i koniom ciężko, 3. nie lubię góralskiej muzyki (na pocieszenie – pewnie słabe i nie wiem, komu – dodam, że żadnego folkloru nie lubię, tak mam). Ale każdy robi, co uważa, o!

Pidżama party

Tylko tam, gdzie się mieszka w miejscu maratonu, jest to możliwe! Dlatego to sztandarowy element tej imprezy. W edycji zerowej, czyli na Szyndzielni i potem na dwóch pierwszych maratonach w Szczyrku, słychać było sceptyczne głosy: że jak to tak… Ano tak!

Jest wesoło jak nigdzie! Niektórzy idą w stylizację domową, inni w sexy, a jeszcze inni w zgrywy – i to jest najlepsze!

Koleżanka Danuta powiedziała, że słabo się odnajduje, bo tango kojarzy jej się z dostojnością i elegancją, a nie wygłupami. A ja uważam, że tango jest każde i wszystko w nim jest, wygłupy też.

Ja osobiście chcę w tangu namiętności i polotu, więc pidżama bardzo mi pasuje – chociaż w tym roku postawiłam na domowy „luk” (nie do końca prawdziwy, bo nie mam piżamy, więc pożyczyłam od córki).

Tak się wytańczyłam, że zapomniałam o wspólnym zdjęciu i zdezerterowałam do pokoju tuż przed, więc mnie, gapy, nie ma.

Podsumowanie:

* mega czas! 3 noce i 4 dni spędzone na namiętnościach, wygłupach i…przyjaźni. I to jest moje tangowe odkrycie ostatnich dwóch lat! Wcześniej jakoś nie łączyłam tangowych znajomości z życiem prywatnym… O niej zrobię osobny wpis, a zdjęcie poniżej nie odnosi się do tej treści – chodzi mi o przyjaźń, w której kobiety nie wydrapują sobie mężczyzn i nie lecą na ich tanie messengery, wysyłane do pięciu innych;

* taki wyjazdowy reset dobrze robi ciału i duszy, nawiązuje się znajomości, poznaje inne objęcia…

* świetna muzyka (z drobnymi wyjątkami – moim zdaniem, ale to kwestia gustu), sala atrakcyjna w noc i dzień;

* wygodny obiekt, piękne tereny spacerowe (po raz pierwszy włąśnie w tej edycji udało mi się wyjść z hotelu na pół godziny), obfite śniadania, bar hotelowy dobrze zaopatrzony, bufet uzupełniany;

* możliwość zakupu tangowych butów i ciuchów: zarówno od Agnieszki Lewickiej (info TU), jak i tych używanych, od koleżanek;

Sylwia Tomczyk – tłumaczyła na angielski, Anna Pietruszewska – organizatorka

* tango, tango, tango! Bez przerwy od popołudnia do świtu. Ruch się tak rozkładał, że poza godzinami szczytu (w piątek ok. 23.00. i w sobotę od wieczora, z przeluźnieniem na przebranie się w piżamę, do rana) można było nawet powywijać.

Większych kolizji nie było.

Foto: Bohdan Kryk. Moje ulubione 🙂

Odtańczyliśmy chacarerę, a jakże! Że nie lubię folkloru? A bo to zależy,
z kim…

A teraz niespodzianka: hajda na letnią edycję!

Anielica w miejscu nie usiedzi i jeszcze nie zdążyliśmy się rozjechać, jak już kazała nam wracać! Letnia edycja odbędzie się w nowym obiekcie hotelowo – rekreacyjnym w Bystrej. Rejestracja otwarta (szczegóły TU)! Panowie, radzę się zapisać. Nie będziemy tangolić w piżamach (w lato to żadna atrakcja, skoro i tak wszyscy porozbierani), ale może zorganizujemy jakieś bikini albo hawai party… Okolica ciekawa, warto zwiedzić Bielsko-Białą. Wiem, że Anielica planuje coś fantastycznego, bez ładowania się na bryczki, ale z wesołym transportem – więc jestem za! Planujemy długi sierpniowy weekend w Bystrej! Do zobaczenia!

III Recuerdo Warsaw Tango Festival 2018

Zwykle chwilę trzeba poczekać na opis imprezy, w której uczestniczyłam. Powody są różne. Recuerdo też poczekało… tydzień. Po pierwsze chciałam, aby się „to wszystko” we mnie ułożyło, po drugie po raz pierwszy w życiu przeżyłam coś, co mnie powaliło, i to dwa dni z rzędu. Chciałam ochłonąć, by nie być w opisie zbyt egzaltowaną. Czy mi się udało..?

Czwartek – Welcome Gala Milonga i pokaz „naszych”

To nie było jakieś tam pre – party. To była od razu gala. Jak to pierwszego dnia festiwalu: ludzi przyjezdnych jeszcze garstka (wcale nie taka mała), niektórym miejscowym szkoda było wydać kilkadziesiąt złotych – więc nie było mega tłumu (pustki też nie). Miejsce znane z poniedziałkowej Partylongi, lubiane, z elastycznie regulowaną powierzchnią taneczną.

Jak było w czwartek? Z przygodami. Jeden przewrócił sobie krzesło, na którym próbował usiąść. Pogruchotał tyłek, wylał napoje, rozwalił nogami stolik. Pokazowy tangovals… Cudowny! Z powtórnym początkiem z powodów wewnętrznie rozwiązanych...

Nie wiem, czy dawać po argentyńsku, czyli chłopak pierwszy… czy po polsku, czyli pani przodem… Zostanę przy polskim standardzie: Patrycia Cisowska-Grzybek i Jakub Grzybek dali pokaz na poziomie światowym. Ich maestros otwierali buzie w zachwycie.

REWELACJA. I nieważne, że DJ się zaplątał – albo sprzęt – i w połowie pokazu nastąpiła cisza… Były śmiechy, żarty, brawa… A potem show się dopełnił. Może ja się nie znam, ale dusza mi mówi, że to nasza profesjonalna pokazowa najlepsza para. Jestem pod ogromnym wrażeniem ich rozwoju i formy. Mam nadzieję, że Polska będzie ich zapraszać, bo po tym, jak tańczą i po wywiadzie z nimi nie mam wątpliwości, że jakościowo są rewelacyjni. Przeprowadziłam też prywatne śledztwo.

Nie jest łatwo z nimi zatańczyć, bo nie mają czasu bywać na milongach. Ale odnośnie prowadzenia przez nich zajęć słyszałam zachwyty i pochwały. Byłam na technice prowadzonej przez Patrycję i jak zrobi jeszcze raz – też pójdę, a i koleżanki zachęcę. O! Może zorganizujemy coś w Wilanowie w sezonie 2019… Dobra, wracamy do Recuerdo.

Piątek.

Impreza przeniosła się do auli SGH. Miejsce o wiele lepsze niż poprzednie, urokliwe, z pięknym sufitem. Na podłożu ułożono specjalną taneczną podłogę (za makabrycznie wielką kasę), więc tańczyło się świetnie i nie było problemów z pivotami.

Bardzo fajnym rozwiązaniem była rezerwacja stolików: dla gości festiwalu oraz dla tych, którzy mieli full pass. Mam nadzieję, że w przyszłym roku też tak będzie. Warto przekazać tę informację przy rejestracji: masz full pass, masz rezerwację – tyle że kto pierwszy, ten lepszy, bo jednak nie wszyscy mogą się załapać. Bilety u wrót rezerwacji nie mają – więc jak przychodzisz na jeden wieczór, nie pchaj się do zarezerwowanego stolika… Dlatego warto się rejestrować, zwłaszcza kiedy pary są światowym TOP.

Pokaz Marii Ines Bogado i Roberto Zuccarino był energetyczny, skoczny i oczywiście świetny. Pasują do siebie gabarytami 🙂Pokazują, że nie tylko ci chudzi mogą wywijać w dużym tempie. Milongę zatańczyli przemegazaje… Jolanda powiedziała: „O matko, ja w Buenos idę do nich na zajęcia z milongi. Boję się!” 🙂

 Koncert naszego rodzimego zespołu rozgrzał uczestników do białości. Była moc! I świetna akustyka, co jest równie ważne. Nawet ci, co po warsztatach byli padnięci, dostali drugie życie… Bandonegro Tango Orquesta jest jedną z najlepszych i najmłodszych orkiestr tangowych w Europie. Wyróżnia się świeżym brzmieniem wniesionym do świata tradycyjnego argentyńskiego tanga. Zespół powstał w 2010 roku w Polsce i od razu stał się rozpoznawalny w kraju i za granicą. W 2011 roku zespół wygrał międzynarodowy konkurs PIF Castelfidardo we Włoszech, w kategorii muzyki Astora Piazzolli.

Sobota

Drżę do tej pory. Z powodu pokazów. Dwie najlepsze światowe pary. Ale to ta jednyna wprawiła mnie w emocjonalny dygot, łzy w oczach i skurcz krtani.

Wiem, że zobaczyło TO ponad czterysta osób! O milion za mało.

Zacznę od drugiego pokazu Los Totis. Technicznie, muzycznie, tangowo – perfekcyjni. Cudowni. Złoty medal w skali kosmicznej. Każdy ruch był po prostu wyrazem tangowego geniuszu. Ale… emocjonalnie mnie osobiście nie porwali.

Za to Vanesa i Facundo… Umarłam. Po prostu. Czegoś takiego nie przeżyłam NIGDY.

W trakcie myślałam, że jestem jakaś nienormalna, egzaltowana niczym przeterminowana pensjonarka. Bo żeby AŻ TAK?! Tak właśnie, aż tak. Nie byłam jedyna. Były takie (ciekawe: ich pokaz tak bardzo podziałał na kobiety…), które dostały spazmów. Nie przesadzam.

Gdzie tkwi tajemnica?

Perfekcja, sceniczność, ale przede wszystkim connection i miliard % tanga w tangu. Rok i dwa lata temu też byli doskonali (wtedy w dygot wprawili Jolandę), a teraz… Vanesa i Facundo są absolutnymi Bogami tanga. 

Niedziela

Część ludzi pojechała, więc tłoku nie było. Pokaz dała młoda argentyńska para, która była urocza, ale… jeszcze długa droga przed nią.

Patrycja mogłaby młodziutkiej Evie udzielić korepetycji z operowania stopą w boleo i w przestrzeni ponad parkietem… Bo Patrycja ma w tangu stopy cudne. Bez baletowo – cyrkowego przerysowania, technicznie i wizualnie baaardzo tak. Ktoś powie: jesteś tendencyjna w swoich ocenach (tak tak, bywają takie głosy). To ja odpowiem: zobacz. Po prostu.

Integracja backstage

Jeśli się bywa, to się poznaje ludzi. I to jest super! Zajęcia w podgrupach międzymiastowych, a często międzynarodowych, są bardzo kulturalnie wzbogacające 🙂 Bywa tak, że około trzeciej w nocy odpuszczamy tango…

Kiedy czas zbierać się do domu, czasem trzeba pozbierać różne części garderoby…

…którą zostawia się w różnych miejscach i czasem porzuca…

Śniadaniówki

Rewelacyjny pomysł! Milongi śniadaniowe odbywały się w Pożytecznej na Nowym Świecie – miejscu znanym z popołudniowych sobotnich milong.

Wstęp gratis, a śniadanie płatne 15 zł. Przyznam się, że nie dotarłam – chociaż Jolanda motywowała! Ale jakoś nieskutecznie 🙂 Za to zdjęcia i przekaz osób „dotartych” świadczą o tym, że było świetnie 🙂

Popołudniówki

Na Oczki, czyli tam, gdzie pierwsza Gala i gdzie regularnie odbywa się Partylonga.

Byłam w niedzielę. Trochę ludzi zamiejscowych jeszcze było. Część wyjechała i na wieczorną Galę już nie dotarła…

W sobotę odbył się podwójny pokaz. Wystąpiły polskie pary: Ewa Wojtkiewicz&Piotr Roemer z Krakowa oraz Beata Maia Gellert&Łukasz Wiśniewski. Nie byłam, więc nie wiem, jak było, a i służby operacyjne nic nie doniosły poza tym, że nie działał bufet – ale to akurat żadna wina organizatorów, a bufetu.

Cena

Porażająco atrakcyjna. Za cztery galowe milongi tylko 50 euro przy rejestracji w parze i 55 euro przy rejestracji solo. Za TAKIE pary na żywo i TAKI koncert?! Ludzie! Grzechem było nie skorzystać!!! Pierwsza edycja była frekwencyjnie słaba, pokazowo świetna. Przy drugiej frekwencja drgnęła. Teraz było bardzo dobrze, ale nadal nie mogę zrozumieć, JAK osoby biorące się za nauczanie mogą odpuścić zajęcia i pokazy TAKICH par! Kto był, ten wie, o czym piszę…

Cabeceo

Na festiwalach nie jest z tym łatwo. Po pierwsze dlatego, że jest duża przestrzeń i mnóstwo ludzi. Po drugie – festiwal tym się różni od maratonu, że uczestnicy w mniejszym stopniu są nastawieni na tańczenie z jak największą ilością nowych osób i poza tłumem samotnych pań większość to pary.

Dlatego ja, jeśli zobaczyłam znajomego, z którym chciałabym zatańczyć – szłam się przywitać i nie bawiłam się w podchody, tylko mówiłam wprost, że robię cabeceo… Desant? Tak, ale łagodny – mam nadzieję 🙂 A żeby zatańczyć z nieznajomym – trzeba wejść w pole jego wzroku. Siedzenie na krzesełku tego nie spowoduje.

Masterclass

Jakoś tak nie bardzo wiemy, o co chodzi w zajęciach dla profesjonalistów. Myślę sobie, że za rok warto też trochę inaczej sformułować przekaz. Bo zajęcia ekstra, ale dla określonej grupy zaawansowanych (!!!) tangueros. I to nie takich, co chcą poznać nowe figury, żeby przyszpanować na milondze. Nie! To są zajęcia dla tych, którzy mają pokazowe potrzeby. Nie tylko nauczyciele! Chociaż to oni najczęściej występują.

Jest wśród nas znacząca grupa, która czasem lubi zatańczyć na przykład na urodzinach nietangowego przyjaciela. I wtedy elementy profesjonalne bardzo się przydają. Bo to nie jest tak, że nie tangowy wszystko „kupi” i byle jak stawiane nogi będą mu się podobać. Do niedawna tak myślałam. Ale wyprowadziła mnie z błędu moja Mama, a i moja córka ma określone zdanie – a bywała na milongach dość często… Tak więc dla „pokazowiczów” must be.

Teatr

O jej… jej jej… To była moja rozwojowa lekcja. Do tej pory uważałam, że escenario to takie skrzyżowanie cyrku z baletem. Ble! No i cena biletu w dobrym miejscu… Prawie jeden tangowy but!

Grzybków lubię, pary zaje…teges, ale myślę sobie: e tam. Przedstawienie jak przedstawienie. Dwa bilety to dwie tangowe kiecki. Jednak tak się zdarzyło, że pojawiła się dobra wróżka i jak te Kopciuszki zostałyśmy z Jolandą na przedstawienie zaproszone. Teatr pękał w szwach.

O Gracjo Patrycjo I Kubusiu Panie… Po raz drugi zaparło mi dech… Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam absolutnie cudowne escenario! A trochę ich widziałam i byłam mocno zniesmaczona akrobatycznymi wygibasami. Tu: pięć par. Razem i osobno. O matko… Pugliese w wykonaniu Vanesy i Facundo po raz drugi…

I było connection… I były spazmy widzek. Szczerze mówiąc nie przypuszczałam, że będę zachwycona, bo jestem dość oszczędna w szafowaniu zachwytem. A tu tydzień minął, a ja nadal przeżywam to, co widziałam…

Koncert – łołłłł… Solo Tango Orquesta to kwartet z Moskwy, z podobną historią jak Bandonegro:  w tej samej kategorii wygrali włoski konkurs, tyle że w 2010 roku – trzy miesiące od powołania zespołu do życia. Co za chłopaki… Każdy cudny! A z tym na koncertach różnie bywa. Tu było… Nie wiem, co. Mega kurde o matko! Barbarelli włączyło się robienie boleo w fotelu. Niektórzy w swej ekscytacji komentowali dużo i głośno, a przecież nie wszyscy muszą być zainteresowani doznaniami innych…

Ponieważ nie znalazłam zdjęcia, na którym byliby wszyscy muzycy podczas koncertu, zapożyczam ich zdjęcie z ich oficjalnej strony .

Ogólnie publiczność dzieliła się na zelektryzowaną lub pobudzoną. Ewentualnie stan elastycznie ulegał zmianie, dostosowując się do tego, co się działo na scenie, jak abrazo w trakcie tańca…

Sporo było tangowej braci, o czym świadczyły brawa w odpowiednich momentach. Ale dużo też było osób spoza tanga. Jeden z panów w przerwie stwierdził, że „…to, co oni tańczą, jest śmieszne”. Pomyślałam sobie: Matka Natura poskąpiła ci, chłopaku, tanecznej percepcji i gustu… Bo że tango bywa brzydkie – to fakt. Ale akurat nie tu. Doszłam do wniosku, że to jest jak z inną sztuką, smakiem, gustem… Nie bardzo rozumiem fenomen Picassa – moja córka jak dla mnie maluje o wiele ciekawiej.

Nie każdy ma kubki smakowe dojrzałe do jedzenia kawioru i rozkoszowania się wytrawnością dobrego wina. Dacia pomalowana w kolorowe kwiatki każdemu trzylatkowi spodoba się bardziej niż czarne matowe Porche. To jest tak jak z Dorato i Dom Perignon, cyrkonią i brylantem, Zenkiem Martyniukiem i Czesławem Niemenem, sztuczną szczęką i zdrowymi zębami…

Nie będę nikogo przekonywać, że escenario jest boskie, bo dla mnie osobiście na ogół nie jest. Natomiast to konkretne przedstawienie było jak brylant. Czekam na kolejne Recuerdo i kolejne przedstawienie! Już rezerwuję koniec listopada 2019.

Ania

P.S. Świetny fotograf to skarb. A świetna dwójka to kumulacja.
Elu, Szymonie – Wasze foty są FENOMENALNE.

Escenario to też prowadzenie, pokaz to też improwizacja…

Kolejna moja tangowa rozmowa i chociaż o tym samym, to jednak inaczej…
Patrycja Cisowska-Grzybek i Jakub Grzybek to para warszawskich nauczycieli, bardziej znanych za granicą niż w rodzimej Warszawie.

Z racji braku czasu na bywanie, otoczeni są różnymi legendami… 
Jaka jest prawda? 

Ania: Po co Wam festiwal? To kupa roboty… Skąd pomysł?

Patrycja: Przyczyną byli wspaniali nauczyciele, u których się uczyliśmy i chcieliśmy, aby Polska ich poznała. Nie chcieliśmy ograniczać się do samych warsztatów. Nie wiem, czy w tamtym momencie nazywaliśmy to festiwalem…

Jakub: Kiedy musieliśmy przesunąć termin pierwszego Recuerdo o rok, zaczęliśmy rozglądać się za topowymi parami maestros, które są międzynarodowymi gwiazdami, a których Polska nie znała i których nikt jeszcze nie sprowadzał.

P.: Potem poszliśmy na zajęcia do Vanessy Villalby i Facundo Piňero. Wiedzieliśmy, że oni także będą nieodłącznym elementem Recuerdo. Zaraz potem doszła para Los Totis, czyli Christian Marquez i Virginia Gomez.

To jest światowy TOP of the TOP. Jak tego dokonaliście?!

J.: Aby cały zamysł się powiódł, musiałem wszystkim parom powiedzieć, że te inne już się zgodziły…

P.: Zaproszenie Vanessy & Facu zajęło nam trzy tygodnie codziennego nękania, bo codziennie chodziliśmy do nich na zajęcia. Ich kalendarz jest zapełniony na dwa i pół roku do przodu i wtedy też był. Otworzyła go na roku 2017…

J.: …a ja mówię: ale Vanessa, to chodzi o ten rok, 2016! Ona w śmiech i że jestem bardzo dowcipny, ale że jest w Rosji w tym czasie.

P.: Powiedzieliśmy, że nie musi tam być aż trzy tygodnie i żeby skróciła tamten pobyt, bo Rosja ją już miała, a Polska nie… Udało się.

Czyli mieliście misję społeczną, aby polski zaścianek zobaczył doskonałe topowe pary. Wiele osób nawet długo tańczących nie ma pojęcia, co się dzieje na świecie.

J.: To prawda. Duża część ludzi została w tym, co było dziesięć lat temu i zna te pary, które wtedy były zapraszane…

P.: …zresztą nadal są…

J.: … i patrzymy na te duchy przeszłości, które ani nie prowadzą zajęć, ani nie dają w Buenos pokazów, tylko czasem można ich spotkać z jakimś uczniem z Europy, który właśnie ich pamięta sprzed dziesięciu lat i pierwsze kroki kieruje do znanych sobie ludzi. A z festiwalem to było tak, że trochę nas wkurzał brak festiwalu w Warszawie. Nie uważałem, żeby to było niemożliwe. Mamy tyle lokalizacji…

P.: Poza tym lubimy Warszawę, to jest nasze miasto. Inne stolice mają festiwale, a u nas…

Bieda.

J.: No właśnie.

P.: My jak postanowimy, że coś robimy, to robimy, a nie zastanawiamy się za bardzo, czy to wyjdzie, czy nie. Gdybyśmy do wszystkiego podchodzili racjonalnie, to pewnie nic byśmy nie zrobili. Przy pierwszej edycji nie zrobiliśmy żadnych wyliczeń.

J.: Nie policzyliśmy, ile kosztują sale, ile wynajem teatru…

P.: Wiedzieliśmy, jakie chcemy mieć pary i je „klepnęliśmy”.

J.: Na koniec pierwszego Recuerdo, kiedy na ostatniej milondze padaliśmy na twarz, powiedziałem, że chyba zrobiliśmy ten festiwal, bo nie wiedzieliśmy, że jest to niemożliwe… Zrobiliśmy to od początku do końca w dwie osoby. Patrycja była grafikiem, sami robiliśmy stronę internetową, materiały promocyjne, odpisywaliśmy na mejle, prowadziliśmy zapisy… Oczywiście na miejscu była garstka osób do pomocy, ale organizacyjnie ogarnialiśmy sami. Kiedy pojechaliśmy na festiwal do Bratysławy i organizatorzy przedstawiali swoją ekipę, wyszło chyba ze trzydzieści osób. W tym roku oczywiście jest już nas więcej, bo z każdą edycją się czegoś uczymy.

Z każdą edycją jest łatwiej, bo już coś jest wypracowane. A listopad z czego wynika?

P.: Z terminów. W pierwszej edycji w ogóle to był jedyny termin, żeby połączyć te trzy pary, a teraz też wynika to z kalendarza naszych maestros.

Jak rozmawiam z moimi znajomymi z południa Europy i nie tylko, to mówią: „Festiwal w Warszawie? Cudownie! Tylko NIE w listopadzie!” Bo zimno i pada.

J.: Gdybym sam miał wybierać termin festiwalu, to wybrałbym wrzesień, ale ponieważ bardzo lubimy się z organizatorami festiwalu w Łodzi i cieszymy się, że on tam jest, to nie chcielibyśmy, by ludzie musieli wybierać, a przecież rzadko kto przyjedzie na dwa festiwale w ciągu dwóch tygodni. W większym odstępie jest większa szansa, że przyjadą na oba.

P.: W lecie z kolei jest bardzo duża konkurencja imprez, które są w super letnich destynacjach, więc dlaczego ktoś miałby wybrać Warszawę, a nie Poreč czy którąś z imprez włoskich lub greckich?

A piękny miesiąc maj?

P.: W maju mamy już regularnie Krakus Aires Tango Festival.

Może już ten listopad zapadł ludziom w pamięć, więc niech zostanie.

J.: W ubiegłym roku była dobra pogoda, dziesięć stopni i słońce.

Czy przewidujecie jakieś dodatkowe atrakcje?

J.: Tak. Zaprosiliśmy dodatkową argentyńską parę – niespodziankę, którą będzie można zobaczyć w teatrze i da pokaz na jednej z milong. Ostatnio ogłosiliśmy koncert genialnych Bandonegro podczas piątkowej milongi festiwalowej. Poza tym postanowiliśmy otworzyć się na polskie pary i chcemy, by dały pokaz na milongach popołudniowych, które odbędą się w Medyku na Oczki. Chcemy, by było to nagrane jako promocja Polaków.

Super pomysł. Co jeszcze?

J.: Będą też śniadania. Postanowiliśmy odpowiedzieć na potrzeby maratoneros.

Którzy lubią dużo, długo i intensywnie, a nie ecie-pecie…
Uwaga! Milongi popołudniowe i śniadania będą dostępne tylko dla posiadaczy full pass-ów! Nie zwlekajcie – czas rejestracji się kończy! 

J.: Nie każdy lubi formułę festiwali. Ja akurat przepadam, bo uwielbiam dobre pokazy, koncert, teatr, czyli jak coś jeszcze się dzieje. Ale wiemy, że niektórzy przyjeżdżają tylko pod kątem milong. W tym roku chcemy napędzić dużo dobrych milongueros z Europy i świata uda się, bo mamy sporo promotorów, więc musimy im zapewnić dużo tańczenia. Wieczorne milongi to dla nich zbyt mało.

Sponsorów przygarniacie?

J.: Oczywiście. Współpraca opiera się na obopólnych korzyściach.

Jak kalkulujecie cenę wstępu? W ubiegłym roku była bardzo atrakcyjna – jak za pokazy takich par.

P.: W tym roku też jest. Rejestracja w parze to kosz 50 euro od osoby za full pass. Nie ma obowiązku rejestrowania się wspólnie, ale dajemy taki bonus dla par. Rejestracja indywidualna to 55 euro. W dniu wieczornej milongi będzie drożej, a reszta dla niezarejestrowanych osób nie będzie dostępna.

Jak często latacie do Buenos?

P.: Raz do roku.

Jesteście jedyną polską parą, która tak systematycznie w tym Buenos jest, a na dodatek daje tam pokazy.

J.: Pokazy dajemy od trzech lat, jeździmy od ośmiu.

Jak się to załatwia, żeby taki pokaz tam dać?

P.: Nie jest tak łatwo załatwić sobie pokaz. Trzeba mieć bardzo dużo rekomendacji od ludzi stamtąd, ale to nie jest tak, że któryś Maestro idzie i mówi, że ma parę, która by zatańczyła.

J.: To tak nie działa, że ktoś wziął z kimś lekcje czy dwie, a potem poszedł i zatańczył pokaz.

P.: Każdy organizator musi cię najpierw poznać, zobaczyć, co robisz, kto za ciebie ręczy.

J.: Oni potem świecą oczami przed tymi starymi milongueros, którzy siedzą na przykład w Salon Canning, i przed gwiazdami, które przychodzą. Patrzysz, a tu siedzi Moira Castelano, tam Julio Balmaceda, właśnie przyszła Noelia z Carlitosem, za chwilę Chicho… A ty masz tańczyć pokaz. Jeżeli zrobisz popelinę, to organizator ma przechlapane i dostaje pytanie: komu pozwala tańczyć..?

P.: Co robi z tego miejsca? A tak w ogóle to Buenos ma dwa momenty w roku, kiedy milongi żyją i zarabiają na siebie: styczeń – luty oraz kiedy jest u nich mundial (mistrzostwa świata w tangu), czyli od połowy lipca do końca sierpnia. Każda para chce w tym wysokim okresie tańczyć, a przepustowość sali jest ograniczona.

J.: Dziennie w Buenos Aires są trzydzieści trzy milongi.

P.: Ale nie chcesz zatańczyć na każdej z nich, tylko na tych kultowych.

J.: Zanim pojechaliśmy pierwszy raz do Buenos, znaliśmy te miejsca z YouTube, bo tańczyły tam pary, które podziwialiśmy. Wtedy sobie myśleliśmy, że to chyba niemożliwe, żeby tam zatańczyć… A tu mija parę lat i tańczysz. Tak naprawdę zatańczyliśmy wszędzie, gdzie chcieliśmy.

Z Wami jest ten kłopot, że jesteście znani na świecie, a wielu Polaków Was nie zna. Dzięki festiwalowi i Facebookowi przebijacie się do miejscowej świadomości, ale jeszcze do niedawna było: „A co to za jedni i czego chcą?”.

J.: Taaak… Albo: „Oni tańczą tylko scenicznie”, „Nie wiadomo, czy oni w ogóle potrafią tańczyć”, „Oni improwizują czy na milongach też mają choreografię”…

Gadać zawsze będą, bo to jest też taka nasza polaczkowa specyfika.

J.: Wszyscy nasi trenerzy i organizatorzy milong w Buenos mówią nam, że mamy lepsze podłoże do tego, żeby brać udział w mundialu, niż robić cokolwiek w Europie. A my w mistrzostwach świata jeszcze nigdy nie startowaliśmy. Mało która para tyle razy się pokazywała. Polacos to jesteśmy my. Nasi kursanci przychodzą do nas i mówią, że zostaliśmy poleceni w Buenos. Tak się zdarzyło kilka razy.

P.: Kiedyś po pokazie podeszła do nas dziewczyna z Polski i powiedziała, że tyle lat marzyła o podróży do Argentyny, w końcu jest w Buenos Aires, wybrała milongę, by zobaczyć pokaz, a tu tańczą Polacy… 🙂 Na szczęście nie była rozczarowana.

Moim zdaniem – tangowej amatorki od jakiegoś czasu przyglądającej się różnym parom – po pierwsze rozwijacie się, i to w szybkim tempie, a po drugie macie to coś, czyli nie tylko escenario, ale także tango w tangu. Na jednym z koncertów Roberto Siri, kiedy występowało kilka par, owacje dostaliście Wy i Piotrek Woźniak z kapeluszem 🙂

J.: Ludzie nie wiedzą, że dobre tańczenie, które im wygląda na choreografię, wcale nią nie musi być. Wszystkie profesjonalne pary mają swoje sekwencje, ale to nie jest tak, że partner przestaje prowadzić, bo mają wszystko z góry ustalone.

P.: Każda para musi mieć swój znak rozpoznawczy.

J.: Patrzysz na Nacucchio i partnerka nie wie, kiedy dokładnie on zrobi sandwich z obróceniem się o sto osiemdziesiąt stopni i podskokiem, ale prawdopodobnie to zrobi. Tak jak swego czasu wszyscy oczekiwali, że Sebastian Jimenez stanie na puencie czy że Facundo Piňero zakręci giro z trzema rondami w trakcie dwóch kroków partnerki.

P.: Jakieś pięć lat temu mieliśmy lekcje z Sebastianem Arce. Przyszliśmy,a on pyta, co jest naszym znakiem rozpoznawczym, co charakteryzuje nas jako parę.

J.: Show me your sequences.

P.: My na to, że nie mamy… A on: „To jak możecie nazywać siebie profesjonalistami?! Bez swoich sekwencji jesteście amatorami – hobbistami!”.

J.: Czyli chodzi o to, że na przykład takie akurat konkretne giro robi tylko Grzybek.

P.: Chodziło mu o coś, co wynika z nas, a nie że ktoś nam coś pokazał. Powiedział, że jak pokaże, to będzie to sekwencja Arce, tylko przez nas zatańczona, a on chce zobaczyć, jaka jest sekwencja Grzybka. Bardzo nas to ruszyło.

J.: Byłem w szoku.

P.: Do tej pory uważaliśmy, że wszystko musi być zaimprowizowane, a Sebastian zapytał: „JAK ma być zaiprowizowane coś, co będzie nowe w czasie pokazu? Improwizować to sobie możesz na milondze!”.

J.: Pokaz to pokaz. Profesjonaliści mają tańczyć, a nie przeżywać. Przeżywać masz ty, oglądając. Bo jak para przeżywa, a ty widzisz bullshit to coś jest nie tak.

Uważam, że są pary świetne technicznie i nawet dobrze uczą, ale zupełnie nie są pokazowe. Może właśnie dlatego, że nie mają czegoś swojego?

P.: Nie. Myślę, że chodzi o typowo artystyczną rzecz: niektórzy mają X Factor, a niektórzy nie. Wyjdzie jedna para i nie zrobi prawie nic, a ty nie możesz oderwać wzroku, a wyjdzie druga, zrobi to samo albo i więcej, a wyłączasz się, nie skupiasz swojej uwagi. Nie chodzi o to, co te pary tańczą, to jest raczej artystyczna iskra lub jej brak.

Dla mnie to jest energia. I może kwestia dobrania się. Jedna z naszych nauczycielek nie ma szczęścia do swoich partnerów pokazowych, ale widziałam ją tańczącą z innym, był czad – czego nie ma na obecnych pokazach.

J.: Czasem jak patrzę na Patrycję, która w Buenos ma swoich ulubionych partnerów, to jest taka energia i zastanawiam się, czy oni już dają pokaz… A czasem tańczysz z mistrzem świata i nie ma nic…

P.: Tak jak w tangu w ogóle, tak w pokazowym i scenicznym – tango nadal jest tangiem, więc musi być ten element zgrania. Tak jak na milondze: koleżance będzie z kimś dobrze, a tobie nie.

J.: Mamy tak, zresztą Vanessa i Facundo też tak mają, wszyscy tak mają… że po pokazie wydaje ci się, że zawaliłeś totalnie… A patrzysz na nagranie i widzisz, że było dobrze. Oczywiście pewnego poziomu nie zaniżysz, ale czasem wydaje ci się, że osiągnąłeś swój szczyt, że było super, a oglądając nagranie widzisz, że było przeciętnie. Nie ma reguły.

P.: Dlatego ja potrzebuję kilku dni, zanim obejrzę nasz pokaz.

J.: A ja muszę od razu.

P.: Facundo zaraz po pokazie zamyka się w łazience i ogląda, a Vanessa mówi: nawet się do mnie z tym telefonem nie zbliżaj… Po pokazie w La Baldosa poszłam ryczeć i chciałam rzucać przedmiotami…

J.: … a zaczęli do nas podchodzić starzy milongueros i mówić: djenkuja…

P.: … i że mucho tango

J.: Na tej samej milondze był Dimitrij z Olgą i Maria Inez z Jorge, więc zrobiło się takie drugie Recuerdo II w La Baldosa. Jako bonus zatańczyliśmy w trzy pary. Dimitrij i Olga to mistrzowie Rosji, niedawno wygrali mistrzostwa Europy, a to nie do nich podchodziły dziadki, tylko do nas. Oni rozumieją, że coś może się nie do końca udać, jeśli widać, że to jest improwizowane. Siedzą tam ludzie, którzy oglądają pokazy hurtowo. Nie zaskoczysz ich ani sekwencją, ani muzykalnością.

P.: Widzieli już wszystko, a połowa z nich to wszystko tworzyła.

J.: Dlatego niektóre świetnie tańczące pary mają obawy przed występem. Więc czym my mogliśmy ich zaskoczyć? Tym, że przyjechaliśmy z Polski – pewnie część z nich nie ma pojęcia, gdzie ta Polska jest, wiedzą tylko, że bardzo daleko… I są zszokowani, że ktoś w Polsce tańczy – sami pewnie nigdy nie opuścili Buenos. Więc chcą zobaczyć connection i to, że para słyszy muzykę… zrobi pauzę…

P.: Ja na przykład czuję presję, że jestem Polką, a nie Argentynką i czuję szacunek do tych starszych ludzi…

Jak następnym razem będziesz czuła presję, to sobie pomyśl, że wiele Polek na początku XX wieku trafiło do domów publicznych w Buenos Aires i tańczyły tango, więc mamy to we krwi! 🙂 A teraz powiedz, czym się różni tango sceniczne od pokazowego.

P.: Pokaz na milondze ma inne założenia. Są tam ludzie, którzy tańczą tango. Są blisko, wokół, z każdej strony. Scena jest liniowa, to takie pudełko. Oko inaczej rejestruje ruch. Dlatego nie mogę zatańczyć tego samego na scenie i na pokazie. Na scenie musi być choreografia, na pokazie wolę nie. Inaczej odbiera emocje ktoś, kto siedzi pół metra ode mnie, a inaczej, kiedy siedzi kilka metrów od sceny. Z piętnastu metrów nikt nie zauważy, czy ja mam connection, bo nikt tak naprawdę nie widzi nawet mojej twarzy.

J.: Każdy, kto układa choreografię na scenę, dokładnie rozpisuje: skąd się idzie i dokąd, w którym momencie. Bierze pod uwagę, że ruch z tej strony wydaje się dla oka dynamiczniejszy niż z drugiej. Są zasady, wszystko jest rozrysowane, dostajesz kartkę: tu zaczynasz, tam kończysz. Cała scena jest zaaranżowana.

P.: Jak jest więcej par, wszystko też jest dokładnie rozpisane, linie bardziej poprzecinane, poukładane w trójkąty, zwężenia. Na pokazie podczas milongi są inne reguły, możesz improwizować, ale wiesz, że ludzie są wokół, więc musisz sobie zrobić rondę – żeby zobaczyli cię wszyscy, których czujesz. Masz ich niemal na skórze. Oni w tym pokazie uczestniczą, nie ma żadnej bariery. Na scenie jest inaczej, jesteś dalej. Możesz sobie włączyć zasłonę, bo jest odległość, światła, orkiestra – i dopiero ludzie. Na milondze jesteś wśród ludzi, dlatego lubimy przed pokazem zatańczyć wśród nich, żeby poczuć daną energię.

J.: Stage, mimo że to choreografia, jest w niej także prowadzenie. Patrycja nie pójdzie sama, jeśli jej nie poprowadzę, bo nie wie, czy na przykład but mi nie został w desce, więc będzie czekała, pomimo że wie doskonale, co dalej. I tak powinno być, bo inaczej wdziera się fałsz.

W Buenos Aires są tak zwane kampanie tangowe.

J.: Tak. Jeżdżą po Europie i świecie, a rekrutacja jest właśnie w Buenos, gdzie ogłaszane są castingi. Raz sobie na taki casting poszedłem, sam, bez Patrycji. Usiadłem przy stoliku i patrzyłem, jak to wygląda. Często zgłaszają się pary po prostu kiepskie. Ich problemem jest brak pieniędzy, więc mimo że są stamtąd, nie mają dostępu do wiedzy i nauczycieli. Nie mają takich możliwości jak rosyjskie kursantki, które przyjeżdżają, by wziąć z kimś dwadzieścia lekcji i wrócić do siebie. Oni sprzątają studio na przykład Mario Moralesa, by móc wziąć udział w zajęciach grupowych i mieć bezpłatną salę do treningów. Ćwiczą sami, więc nie dostaną informacji, którą by mieli, gdyby wzięli dwie indywidualne lekcje i ktoś by im powiedział: tu zróbcie tak, przenieś biodro, stopy stawiaj w ten sposób… Idą na casting i się dostają. Potem patrzysz na takie tango show i widzisz, że on jeszcze nie wszedł w sacadę, a ona już zrobiła boleo… I to razi.

Tak… Byłyśmy z Jolandą na takim spektaklu…

J.: Dlatego wygrywamy z dużą częścią tamtejszych nauczycieli, bo mamy tę wiedzę i doświadczenie, których oni nie mają. Nie każdy nauczyciel Argentyńczyk jest dobrym nauczycielem.

A z innej beczki: na mieście mówią, że zadzieracie nosa, robicie casting na swoje zajęcia i trzeba przysłać film, żeby się do Was dostać…

J.: Dokładnie 🙂

P.: Czekamy na filmy 🙂

Wy mi się tu nie zgrywajcie. Jakub, sam napisałeś w grupie „Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie”, że robicie selekcję,więc tłumacz się!

J.: Nie każdy rozumie moje sarkastyczno – ironiczne poczucie humoru. A poważnie: nasza szkoła jest kameralna. Postawiliśmy na bliski kontakt i na to, że trzeba się uczniami dobrze zająć, „podotykać” ich. Zajęcia trwają do dwóch godzin, w grupie mamy max sześć par – tylko wtedy jesteśmy w stanie sprawdzić, czy coś uczniom dobrze wychodzi, co jest fizycznie niemożliwe przy dwudziestu parach. Ogólne uwagi daje się w systemie warsztatowym, a w nauczaniu my podchodzimy niemal indywidualnie..

Ktoś chodzi na zajęcia przez dwa lata i niewiele umie…

 

J.: My nie mamy takiego kompleksu, aby mówić ludziom, że się muszą długo uczyć tanga, bo uważamy, że nie trzeba się uczyć długo,jeżeli się uczysz u nas 🙂

Jest taki jeden, co to wypisywał, że inni źle uczą, a jak się przychodzi do niego, to od razu się tańczy…

J.: Tak poważnie: mamy background taneczny, znamy różne techniki ruchu, ja uczę od szesnastego roku życia…

Zacząłeś tańczyć, jak miałeś dwa?!

J.: Pięć. Uczenie jest jak z X Factorem pokazowym: albo to masz, albo tego nie masz. Są nauczyciele z topu światowego, nadal zapraszani na warsztaty – ja ich cenię jako tancerzy, ale podczas uczenia są w stanie tylko pokazać: tak rób jak ja, powtórz ćwiczenie. A nie jest w stanie powiedzieć, co się w tym ruchu dzieje. My mieliśmy takie szczęście…

P.: Nie, to nie było szczęście. Też przeszliśmy przez mnóstwo magików.

J.: Ale ostatecznie trafiliśmy dobrze.

Na kogo?

J.: Nie powiem, bo wszyscy tam pójdą 🙂

Akurat! Przecież to za granicą, a naszym często z Gdańska czy Poznania jest do Warszawy za daleko… Bielsko Biała na przykład ma świetne imprezy, na które zjeżdża cała Polska, pół Europy i kawałek świata, ale sama poza Kraków i Czechy – oprócz Ani Pietruszewskiej – prawie nie jeździ… 

J.: Najśmieszniejsze jest to, że ludziom się wydaje – nam zresztą też się kiedyś tak wydawało – że w Argentynie to jest tyle maestros A tak naprawdę to jest piramida: na dole są kursanci, którzy chodzą na grupówki, ale nie bardzo na milongi. Wyżej są ci, którzy chodzą na lekcje i na milongi. Jeszcze wyżej są milongueros, którzy chodzą regularnie na milongi, uczą się na lekcjach i warsztatach, jeżdżą na festiwale. Potem jest poziom semi profesjonalny: już uczą. Piramidka się zawęża. Potem są ludzie najlepsi w danym regionie, a jeszcze wyżej półfinał mundialu.

I co w związku z tym?

 

J.: To, że z dołu inaczej to widzisz niż z góry. Na dole wydaje ci się, że jest coraz więcej, że rośnie. A jak ocierasz się o szczyt piramidy i rozmawiasz z najlepszymi parami, to się okazuje, że wszyscy w nauce własnej ocierają się raptem o pięć nazwisk…

P.: Nie przesadzaj, jest ich trochę więcej.

J.: Trochę, do dziesięciu. I teraz jak idziemy na lekcję, to obok nas są nauczyciele, u których rok czy dwa lata temu braliśmy lekcje. Albo wychodzimy z lekcji indywidualnej, a po nas wchodzi nasz nauczyciel sprzed 2 lat. Więc my chcemy czerpać wiedzę u źródła i nie chcemy tańczyć jak ktoś, tylko chcemy wiedzieć, kto jest jego nauczycielem i do niego iść.

A macie pedagogiczne sukcesy? Sztandarowych uczniów,którzy wyszli spod Waszych rąk?

(Porozmawialiśmy off road, ponieważ może te osoby nie chciałyby być wymienione z nazwiska… Ale są i rzeczywiście dobrze tańczą. Niektórzy mają aspiracje escenario, ale są też tacy, co tańczą klasycznie i są świetni…Znam, potwierdzam. Jest jedna radosna para, która podobała się mojej Mamie na koncercie w Wilanowie 🙂).

P.: Ludzie mają różne swoje wyobrażenia… Czasem nieosiągalne, bo mają tak spięte ciała… I nie chcą tego rozluźnić… Więc ich ruch nie będzie taki jak pierwowzoru – na przykład Vanessy Villalby – bo jej ciało jest bardzo uwolnione. Dawno temu też miałam taki etap, że chciałam jak ktoś. Kiedy studiowałam śpiew solowy, to chciałam mieć głos jak ktoś. A kiedy pojawiło się w moim życiu tango, odkryłam, że nie ma kogoś takiego, że bym chciała właśnie jak ten ktoś.

Ja nigdy nie chciałam jak ktoś, ale coraz bardziej lubię się uczyć. Mam dość dużą świadomość i wiem, że profesjonalną tancerką to może będę za trzy wcielenia. Opowiadać można różne rzeczy, ale jeśli nie jesteś skoczkiem wzwyż, to wyżej dupy nie podskoczysz. Ale zgodzę się, że może być lepiej, ładniej i wygodniej.

J.: To, co teraz powiem, możesz umieścić w wywiadzie (dziękuję, łaskawco! 🙂 ). Mieliśmy pogadankę z bardzo znaną w Polsce europejską parą maestros, a zarazem naszymi bliskimi znajomymi. A także inną przyjaciółką tangową, założycielką TangoMeet. To były dwie różne rozmowy. I tak sobie rozmawialiśmy, że my jesteśmy parami wygranymi, bo możemy iść na lekcje do każdego, do kogo chcemy. Posłuchać tego samego, ale być może ktoś powie coś w najbardziej trafny sposób. Inni są ograniczeni. „A”. nie pójdzie na lekcję do „P”., bo mu korona z głowy spadnie. Nauczyciele nie pójdą do siebie wzajemnie ani na indywidualne lekcje, ani na grupowe. Chylimy czoła przed Clarissą Aragon i Jonathanem Saavedrą, bo może dlatego, że są młodzi i weszli szturmem w światowy TOP, nie mają kompleksów, by iść na jakieś tam warsztaty.

P.: W połowie stycznia jest Argentina Tango Festival Salon i oni byli na wszystkich grupówkach.

J.: Bo wiedzą, że sobie to wykorzystają na swoim łorkszopie i swoim turze (chodzi o workshop & tour).

Zawsze można się czegoś dowiedzieć.

J.: Zbierając tę wiedzę od ludzi, którzy nam się w życiu trafiali, bywało tak, że wydawaliśmy sto dwadzieścia euro, by się dowiedzieć JEDNEJ rzeczy. Zbiera się doświadczenia przez lata, testuje na uczniach. W topowych fabrykach w Buenos Aires, w których szkolą mistrzów – dochodzących do półfinału i finału na mundialu –jest obowiązek uczenia kursantów od zera. Czym innym jest zrobienie warsztatów i tour, podczas którego nauczysz ludzi sekwencji, a czym innym jest odpowiedzialność, kiedy uczysz od początku. W jednym czy drugim studio w Buenos Aires muszą się odbyć zajęcia, nawet jak przychodzą dwie pary turystów. Nauczyciele na nich nabierają doświadczenia pedagogicznego.

A jak to się ma do Was?

J.: Właśnie ze wspomnianą wcześniej znajomą rozmawialiśmy… I ona zapytała: „Pomyślcie… ile jest takich par, które inwestują koszt nowego samochodu w podróż i lekcje w Buenos?” W Polsce to jesteśmy my… Powiedziała, że są nauczyciele, którzy zamykają się w swojej szkole i siedzą tam przez dwanaście lat i swoją własną wizję tanga kreują na podstawie pytań od kursantów. Uczą już nie tanga argentyńskiego, a tanga swojego własnego.

Wielu nauczycieli się nie rozwija. Wielu tancerzy, nawet pokazowych, nie widzi, że pozostali w estetyce ruchu sprzed dziesięciu lat… A niektórzy nauczyciele argentyńscy – sprzed trzydziestu…

J.: Dlatego my – pomimo tego, że Azja na nas czeka, Bora Bora i cały świat – do tego cholernego Buenos co roku jeździmy 🙂

Świat a kysz… A jesteście otwarci na zaproszenia z Polski?

J.: Oczywiście!

P.: Generalnie lubimy to, co robimy.

Jeśli ktoś zaczynał gdzie indziej, nie u Was – ma szansę dostać się do Was do grupy zaawansowanej? Czy musi wziąć jakieś korepetycje?

J.: Ma szansę, tylko max w grupie zaawansowanej to siedem par i na dzień dzisiejszy został osiągnięty.

P.: Jeśli zebrałaby się nowa cała grupa, to ruszymy.

Zatem: zgłaszajcie się! Chociaż z tym zaawansowaniem bywa różnie… Wiele osób uważa się za zaawansowane, a nie umieją chodzić, nie mówiąc o nawigacji na parkiecie…

J.: Dla nas zaawansowanie jest wtedy, kiedy ktoś tańczy płynnie na milondze. Na każdych zajęciach jest jeden temat.

P.: To są bardziej warsztatowe seminaria: jest technika, jest sekwencja. Zajęcia grupy zaawansowanej trwają dwie godziny.

J.: Jeśli robimy coś do DArienzo, to ćwiczymy dany element, a przez ostatnie pół godziny ćwiczymy przysposobienie tego na przykład do milongi. Jeśli robimy coś na bazie giro, to pokazujemy, jak to zdublować, by pasowało w walcu.

A uczycie tańczyć w muzyce? Jak się zabrałam za prowadzenie milongi, to mimo że znam utwór – jak się chcę coś zrobić, to ten pasujący moment minie, a ja nie zdążę… Jak ktoś tańczy mechanicznie, a nie do muzyki – to jest potworna nuda. Wolę muzykalnego słabszego technicznie niż niemuzykalnego terminatora… A raz mi się zdarzyło mało nie zasnąć…

J.: Jak masz rozgryzione, jaki kompozytor, co i kiedy, to przestaje być trudne.

P.: Masz narzędzia i z nich korzystasz.

J.: Jak wiesz, że będzie fraza z pianinkiem, to wiesz, że będzie czas na ozdobniki. A jak zaczną się skrzypce, to nie skończą się tak szybko, tylko potrwają ze trzy ósemki i wtedy tańczysz do skrzypiec. Rozumiesz?

Nie, ale wierzę. Co w nauczaniu jest dla Was najważniejsze?

J.: To, co później jest najważniejsze dla ludzi w tangu.

P.: Komfort i kontakt.

J.: Komfort samych ze sobą i komfort w parze.

A jak trafiacie na wyjątkowo oporną melepetę, nie tracicie cierpliwości?

J.: Mieliśmy kiedyś taką parę… Może tego nie przeczytają… Było to w komercyjnej szkole tańca, gdzie recepcja wrzuca jak najwięcej ludzi, żeby lekcja była najbardziej rentowna… Nie dość, że para ta szła w przeciwną stronę niż grupa, to jeszcze on szedł przeciw niej i w ogóle wszystko było na opak. Prorokowałem, że jak skończy im się karnet, to nigdy nie wrócą, bo chyba nie są ślepi i widzą, że to nie jest aktywność dla nich. To był jedyny raz, kiedy kogoś oceniłem, że się nie nadaje. A teraz oni są w naszej grupie zaawansowanej…

Samozaparcie drogą do sukcesu.

J.: Też, ale także to, że jesteś pod czyimś dobrym okiem. Nie ma czegoś takiego, że kogoś można nie nauczyć.

Czasami jest limit ruchowy.

P.: Tak, ale zawsze można do niego dojść, a niektórzy zatrzymują się w połowie drogi. Wszystko jest w głowie! Te przypadki, które wyglądały na beznadziejne, spowodowane były blokadami poprzez przekonania, własne teorie i zamknięcie na pewne rzeczy, a nie ciało.

J.: Czasem jest tak, że musisz coś wybrać. Jeśli ktoś jest mało zdolny i połączenie nóg powoduje, że nie wie, co dalej, którą nogą i w którą stronę, to skupiasz się na tym, by koncentrował się na partnerce.

P.: Nie będziemy go na siłę uczyć lapisów i enrosque, a tego,co jest w stanie ogarnąć na dany moment.

J.: Wybierasz, co dla takiego ucznia jest ok, aby zaczął tańczyć.

Dajecie radę ze zwiększonym zapotrzebowaniem na uwagę jednej osoby?

P.: Jesteśmy zazwyczaj we dwoje, radzimy sobie. Dlatego też chcemy mieć małą ilość par.

J.: Niektórzy nam mówią: powiększcie szkołę, to będziecie mieli większy biznes. Moim zdaniem mogę otworzyć jeszcze jedną grupę, ale nie mogę wpuścić na salę dwudziestu par!

P.: Po jakimś czasie i tak zostanie dziewięć – dziesięć. To ja wolę mieć te sześć – siedem par cały czas, niż mieć poczucie, że połowa mi odpadła.

J.: Przy dużych grupach jest mniejsze nauczycielskie poczucie obowiązku. Jak ci z małej grupy ktoś odpada, to czujesz presję, by ta grupa się nie rozpadła. Małe grupy bardziej się czują zintegrowane.

P.: Jako nauczyciel przy małej grupie jesteś bardziej na celowniku, ludzie widzą każdy twój ruch, nie odejdziesz sobie do kantorka…

by pomieszać herbatę…

P.: Widać zaangażowanie w zajęcia. Przy dwudziestu parach niekoniecznie, bo jest tłok, szum, harmider.

J.: Za mało par też jest niedobrze dla grupy, wtedy ludzie czują się obnażeni. Minimum to cztery pary – mamy to przez lata sprawdzone. Wtedy ludzie czują, że są grupą. Trzy pary – to taka grupa semi indywidualna, ale z obcymi. Więc się źle czują, bo przyszli na zajęcia grupowe. Zachowanie złotego środka jest ważne.

Od ilu lat organizujecie wyjazdy?

J.: Od dziewięciu, co roku. Była Lizbona, Porto, Rzym… Dwa ostatnie lata – Poreč. Prowadzimy trzy godziny zajęć, a wieczorem idziemy na festiwalowe milongi.

Super pomysł!

J.: Wiem 🙂 Coraz więcej ludzi się o to dopytuje. Może niekoniecznie chcą siedzieć na warsztatach za sto euro i spędzać dzień w sali. Dlatego my mamy zajęcia w godzinach 10.00. – 13.00., a potem jest czas wolny. Wieczorem festiwalowa milonga. I nasze dziewczyny, z naszej grupy, są proszone. I chociaż na co dzień tańczą tylko ze swoimi mężami, tu przerabiają kilkunastu partnerów. Faceci również prosili lokalne kobiety.

Nie tylko! Jolanda mówiła, że tańczyła z jednym od Was i że był super.

J.: W przyszłym roku chcemy jechać do Valencji albo do Alicante.

O! I na pewno chcecie filmy, zanim przyjmiecie na taki wyjazd.

P.: Nigdy nie chcemy żadnych filmów, ale rozważamy, czy nie poprosić w przypadku zapisów na masterclass u naszych festiwalowych maestros.

Nie prosili – chyba… Ostatnie miejsca zostały – kto ma nauczycielskie ambicje, must be!

J.: W tym roku będą zajęcia dla nauczycieli i dla zaawansowanych.

P.: Maestros poprosili nas, żeby to były pary naprawdę zaawansowane, ponieważ będą z nimi pracować tak jak z parami profesjonalnymi w Buenos Aires. Więc to jest nasza odpowiedzialność.

J.: A jak ktoś się przemknie, to na pewno maestros nie będą zaniżali poziomu.

Tylko że to jest wkurw, bo początkujący na zajęciach dla zaawansowanych zaburzają energię.

P.: To jest wkurw dla nauczycieli, ale i dla uczestników.

J.: Na różnych festiwalowych warsztatach dla zaawansowanych proszą albo o film, albo o rekomendację.

Ja uważam, że to wcale nie jest złe, jeśli zależy organizatorom na wyrównanym wysokim poziomie grupy. Na filmie widać, czy stawia ładnie stopy, jaką ma postawę… A na koniec zapytam o początek: u kogo Wy zaczynaliście? (rozległ się przeciągły jęk i pytanie, czy to kogokolwiek interesuje… Tak! Mnie! Mój wywiad, pytam, o co chcę i oczekuję współpracy 🙂 ).

P.: Za czasów Barrio de Tango – Kasia Lubaś i Magda Lewandowska sprowadziły Facundo Gil Jauregui, który chciał nam jak najwięcej przekazać. Wcześniejsi się nie liczą, to były jakieś mało udane próby. Jeszcze wcześniej pływaliśmy na statkach i dawaliśmy taneczne show. Przypływaliśmy dwa razy w tygodniu do Barcelony.

J.: Tańczyliśmy takie musicalowe kawałki i trochę już nam się to znudziło. O tangu nie wiedzieliśmy nic, ale stwierdziliśmy, że sobie zrobimy jakieś tango show. Wiedzieliśmy, że w Barcelonie stacjonuje trochę Argentyńczyków, więc – kultywując naszą zasadę, że jak się uczyć, to u źródła a nie gdzieś tam – postanowiliśmy zaniechać spacerów po Rambli i pójść się pouczyć tanga.

P.: Przede wszystkim chcieliśmy, żeby ktoś nasze wymysły trochę ogarnął, bo mieliśmy wtedy taką wizję tanga jak ludzie, którzy o nim nie wiedzą nic. Odkryliśmy świat, o którym nie mieliśmy pojęcia. Na tamten moment urozmaiciło to nasze choreografie, a potem…

J.: … zaczęliśmy eksplorować.

P.: Potem pojawiały się pary argentyńskie w Polsce i oczywiście chodziliśmy na lekcje, głównie indywidualne.

J.: Jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby zapisać się na kurs…

P.: Lekcje grupowe odbywały się w czasie, kiedy pracowaliśmy, więc nie mogliśmy w nich uczestniczyć.

Spędzacie ze sobą całą dobę. Jesteście małżeństwem… z osiem lat?

P.: Więcej.

Pobraliście się w przedszkolu?!

P.: Prawie. W 2005 roku wzięliśmy w ślub w tajemnicy.

J.: Wiesz: Romeo i Julia… 🙂

No więc jak to jest być dwadzieścia cztery godziny ze sobą? Wyjeżdżacie gdzieś pojedynczo, żeby od siebie odpocząć? (popatrzyli na mnie jak na niespełna rozumu kosmitkę).

P.: No ale jak to tak odpoczywać od siebie?

J.: Odpoczywamy od siebie, jak śpimy.

P.: Albo jak idziemy na basen – co prawda razem, ale pływamy na osobnych torach!

J.: Wiesz… Jak ktoś już jest tak długo razem, to…

często ma tego zwyczajnie dość.

J.: Nie, jeśli masz tyle wspólnych pasji… My mamy musicale, teatr

No dobra, ale jest tyle pięknych dziewczyn, w Argentynie tylu przystojniaków…

J.: Patrycja nie lubi Argentyńczyków.

P.: Nie mój typ.

J.: Dlatego tak często tam latamy 🙂 Nie czuję zagrożenia.

No dobra… (postanowiłam nie dać się spławić!) Ale przecież są różne pokusy… (albo oni niegramotni, albo ja jakaś nie teges, bo popatrzyli na mnie, jakbym nagle zaczęła jodłować…).

J.: Oglądasz ten sam świat… razem.

P.: Może u nas tak jest, bo w pewnym sensie dorastaliśmy razem.

J.: Jesteśmy inni niż w wieku dziewiętnastu lat, ale jeśli się razem developuje

A nie zdarzyło się, że Cię kobity molestują? (Jakub popatrzył na mnie, jakbym recytowała poezję w sanskrycie…)

J.: Ale że na lekcjach?

Właściwie to nie wiem! Na lekcjach trudno to sobie wyobrazić, na milongi nie chodzisz, to nie dajesz okazji… (poddaję się! Mało są pudelkowi!).

J.: Nie mamy zwyczajnie czasu. Dużo trenujemy, dajemy lekcje, prowadzimy warsztaty, sami się dokształcamy. W Buenos Aires dostaliśmy od Vanessy&Facundo ochrzan, że albo mamy swój trening i lekcję z nimi, albo idziemy na milongę, bo wszystkiego nie damy rady. I albo jesteśmy profesjonalistami, albo jesteśmy świrnięci i chcemy wszystko, ale nie będziemy mieć nic, bo z lekcji nie skorzystamy, a na milondze będziemy nieprzytomni.

A odskocznia od tanga?

P.: Londyn. Mamy tam zakaz mówienia o tangu.

Sami sobie zakazujecie?

P.: Tak. Mam zakaz oglądania filmików na YouTube czy Facebooku. Jedziemy tam i ma być nie tango – ponieważ u nas tango jest wszędzie. Nie mamy innej pracy, nie spotykamy się od 9.00. do 17.00. z innymi ludźmi niż tangowi. 90% naszych znajomych jest z tanga.

J.: Do Londynu latamy mniej więcej raz na półtora miesiąca, oglądamy musicale i sztuki.

P.: Jesteśmy musicalowymi frickami.

J.: Jest też teatr, wystawy…

Ile czasu potrzebujecie na taki reset?

J.: Trzy – cztery dni.

P.: Jak nie pracujemy, to nie zarabiamy, nie mamy płatnego urlopu.

Niemożliwe?! (he he) Czyli wyjazdy do Buenos to nie tylko wydatek tam, ale i tu: czynsz za szkołę trzeba zapłacić… Ile Was taki wyjazd na miesiąc kosztuje? Trzydzieści tysięcy?

P.: Robimy spis: ile nas kosztują bilety, mieszkanie, lekcje, dojazdy – zapisuję wszystko. Plus dodatkowo mamy margines…

J.: … czyli dodatkowa suma, ale nie do ruszenia! I co? W połowie wyjazdu poszły wszystkie pieniądze. Bez skrupułów ruszamy kupkę nie do ruszenia. Potem kartę kredytową… jedną… i drugą…

P.: Czasem kończy się telefonem do mamy

J.: Albo do znajomych: przywieźcie tysiąc dolców!

W tym tysiaku byłam pośredniczką, a mogłam zdefraudować… 🙂

J.: W tym roku też ktoś tysiąc dowoził. Z drugiej strony: jesteśmy tam, jakieś okazje się pojawiają: lekcje, buty… Więc mówimy: TERAZ jesteśmy w tym Buenos… i co..? Nie wziąć..? 🙂

Brać! Życzę Wam wszelkiego powodzenia i do zobaczenia na Recuerdo!

Patrycja i Jakub to najbardziej utytułowana polska para: mistrzowie Europy Tango Escenario z 2014 r. Dają pokazy w Polsce i za granicą. Stali bywalcy milong w Buenos Aires. Festiwal Recuerdo odbędzie się po raz trzeci – rejestracja na full pass tylko do jutra!

 

 

 

 

Wszyscy tańczymy tango nuevo!

Agnieszka Stach i Tymoteusz Ley – magnetyczni, magiczni, wyjątkowi… Ale wiem to teraz, kiedy mieliśmy okazję porozmawiać.

Para krakowskich nauczycieli, z którymi znałam się tylko z widzenia. Kobieca intuicja powiedziała mi, że powinnam zrobić z nimi wywiad. Mojej intuicji nie ignoruję i nigdy jej nie odmawiam…

Zapraszam w kolejną tangową podróż, która nie zmieni toru tangowej jazdy, ale – śledzona z uwagą – uzmysłowi, skąd wyruszyliśmy…
i że można wysiąść na następnej stacji… lub ta podróż może nie mieć końca… 

Rozmowa jest autentyczna. Czasem użyte są mocniejsze określenia. Nie ocenzurowałam ich, bo wtedy przekaz z tego spotkania byłby podszyty kreacją, a pod sztucznością nigdy się nie podpisuję. 

Jeśli masz otwartą głowę i serce na zmianę tangowych przekonań co do definicji i różnych stereotypów (niektórych sama bronię heh, ale czasem i oni zmieniają zdanie – po dużych słownych bojach…) – weź głęboki oddech, zarezerwuj ze dwadzieścia minut na przeczytanie całości i… zostaw swoją opinię, chętnie poznam Twoje zdanie…

 


Ania: Ludzie mówią, że…

Tymoteusz: Oho, zaczyna się… Nieźle, nieźle…

Cudownie! Zatem: na mieście jedni mówią, że tańczycie nuevo, a inni – że to było kiedyś, a teraz wcale nie. Więc co tańczycie?

Agnieszka: Na odpowiedzi zatrzymamy się przez najbliższą godzinę.

T.: Twoim zdaniem – kto ma rację?

Mówi się, że racja jest pośrodku. A zacząć należy od tego, że ludzie nie wiedzą, co to jest nuevo i uważają, że jak tańczą do Dżejmsa Bonda, to właśnie jest „to”.

T.: I mamy odpowiedź.

Tak szybko? Miała być godzina…

A.: Na Wikipedii każdy może sprawdzić, co to jest tango nuevo. Stworzyli je Gustavo Naveira, Fabian Salas i później Mariano Chicho Frumboli.

Pokaz w Brzegu

T.: Termin tango nuevo powstał w latach 80. To był ruch stworzony właśnie przez Naveirę i Salasa – oni byli jednymi z pionierów tanga na świecie! Gdy w Argentynie w roku 1983 upadła junta, zaczęto inaczej patrzeć na tango. Pamiętajmy, że za jej czasów oficjalnie nie było tanga, milong, szkół. Niektórzy starsi ludzie jeszcze je tańczyli. Ono nie było zabronione, ale nie było też dobrze widziane, jak za czasów Perona. Jednocześnie wyszło z mody. Młodzi ludzie nie chcieli tańczyć tanga. Więc po tych 30. latach tango w Argentynie praktycznie przestało istnieć, nikt tanga nie uczył. I kiedy nastał na tango boom, ściągano do domów kultury jakichkolwiek nauczycieli: tańczących na scenie, folk lub cokolwiek. I okazało się, że nikt nie umie uczyć tanga.

A.: Nie było metodyki, na bazie której można by uczyć prowadzenia, podążania…

T.: Ale było tango sceniczne. Można to porównać do tego, co u nas za komuny robiło Mazowsze: zakonserwowanie pewnego zjawiska kulturowego w formie scenicznej. Jak zaczęto analizować ruch, okazało się, że musi się pojawić sposób nauczania. I zostało to nazwane tango nuevo, czyli nowe podejście do idei tanga. To nie jest zestaw figur czy kroków, których należy się nauczyć. Prekursorzy nauczania tanga – korzystając ze współczesnej wiedzy kinezjologicznej – zaczęli rozkładać na czynniki pierwsze: ruch, prowadzenie i podążanie, tworząc jednocześnie metodykę nauczania. Wprowadzili pojęcie osi (oś mężczyzny i oś kobiety), systemów (równoległego i skrzyżowanego) i wiele innych. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia – to były proste rozwiązania, ale stworzyły podstawę do tego, by…

A.: … ten taniec był faktycznie tańcem prowadzonym i improwizowanym. I to było wtedy rewolucyjne.

T.: Dziś każdy, kto mówi o projekcji, o osi, jest uczniem Naveiry i Salasa. „Robi” tango nuevo.

A.: To oni nazwali, że jest to nowe tango, nowa era dla tanga, że zaczynamy prowadzić i że nie istnieje żadna umowność w ruchach: nie ma sekwencji, nie ma ośmiu kroków! Nie ma zasady, że jak zacznę krokiem do boku, to muszę skończyć krzyżykiem. W każdym momencie ruch może się zmienić i może się wydarzyć coś niespodziewanego.

Po pokazie w Dubaju

T.: Dla mnie osobiście tango nuevo jest próbą zrozumienia, czym jest tradycyjne tango, ale na współczesny sposób: poprzez współczesną wrażliwość, świadomość ciała i technikę ruchu. Coś, czego w latach 40. nie robiono. Wtedy uczenie odbywało się bardziej na zasadzie naśladowania tego, co pokazuje nauczyciel. Od lat 80. bierzemy to tradycyjne tango – które tak naprawdę niewielu pamięta – na nowo, by stworzyć taniec żywy, improwizowany.

Tango to dla mnie nie tyle taniec, co mowa ciała. Dlatego uważam, że uczymy się tanga nie jak tańca, a właśnie jak języka.

A.: Jeśli się zgodzimy, że tango jest czymś w rodzaju języka, który ewoluuje i się zmienia, to tango nuevo do tego żywego języka dąży: pozostając w formie, nie tworząc nowego tańca (tu oczywiście są ogromne dyskusje, co jest nadal formą) – żeby się rozwijać. Przeciwieństwem tango nuevo jest skansen, czyli dążenie do zachowania dokładnie starej formy.

Na przykład canyenge. Jak łacina.

A.: Wszystkie te spory „polityczno – religijne” dotyczące tanga są tak naprawdę tylko w sferze wyobrażeń, bo nikt starego tanga nie nagrał, nikt go nie pamięta. Dlatego podziwiam za odwagę nauczycieli, którzy mówią, że pokażą takie prawdziwe, stare tradycyjne tango. Skąd oni je wzięli? Gdzie widzieli?

T.: Cała terminologia – jak choćby tango nuevo, (które teraz wyszło z mody) milonguero czy tango salon – to są obecnie wyłącznie nazwy handlowe. Milonguero to jest termin, który powstał w latach 90. Ktoś sobie tak je nazwał, obserwując, jak tańczą dziadki w Buenos Aires. Dzisiaj każdy twierdzi, że tańczy milonguero, bo zrobiło się modne.

Kolacja w Cambridge

No nie! Ja ubolewam, że w Warszawie na milongach prawie nikt tak nie tańczy!

T.: Co to jest milonguero?

Dla mnie: klata do klaty, bliskie objęcie na wprost, nie ma przestrzeni do wierzgania, wszystko dzieje się w nas…

A.: Kto tańczy milonguero? Kto jest jego reprezentantem?

W Warszawie Luiza i Marcelo Almiron.

A.: Nie mówimy o mikrokosmosie. Popatrzmy szerzej. Gdyby chcieć napisać podręcznik o tangu – ludzie uwielbiają tworzyć definicje – to kto byłby prekursorem milonguero?

Chyba rzeczywiście dziadki w Buenos Aires. Z powodu ograniczeń cielesno – zdrowotnych nie będą trzaskać wysokiego boleo, więc tango blisko siebie jest dla nich dobre, zwłaszcza na ograniczonej przestrzeni. Na Enquentro milonguero wierzgaczy potrafią wyprosić z sali.

T.: Przy czym bliskość, otwartość czy zamkniętość objęcia nie ma NIC wspólnego z ilością miejsca na parkiecie. Tak samo dynamika ruchu. Mówię to jako ktoś, kto prowadzi. I jeśli będziemy rozdzielać, czy objęcie jest bliskie czy dalekie – wróćmy do Naveiry, który powiedział w którymś z wywiadów, że ci, którzy próbują dzielić tango na dalekie i bliskie objęcie lub klasyfikować style poprzez objęcie, to tak naprawdę są to ludzie, którzy próbują zatrzymać rozwój tanga.

O?!

T.: W tangu nie ma bliskiego i dalekiego objęcia, to są wyłącznie skróty myślowe. Objęcie się płynnie zmienia, adaptuje, dopasowuje do ruchu i do tego, co się dzieje pomiędzy partnerami. Czyli dzielenie na bliskie i dalekie objęcie to dla Naveiry zawężanie i ograniczanie możliwości, które niesie tango. Tango nawet w swojej klasycznej formie nie było nigdy ograniczone do konkretnego rodzaju objęcia. Tango de salon (z którego wywodzi się tango escenario), które dzisiaj też wygląda inaczej niż w latach 40. – nie zakładało, że tańczy się blisko lub daleko. Objęcie było płynne, zmieniało się. Jak popatrzysz sobie na dziadków w Buenos, którzy tańczą na milondze – choćby w La Baldosa – to oni też mają objęcie zmienne. Oczywiście są tacy, którzy złapią dziewczynę w imadło, wykręcą jej kręgosłup i robią kroczki, bo nic innego nie potrafią. Ale każdy dziadek, który umie, dopasowuje objęcie.

A.: Odwołajmy się do tangowych autorytetów: od co najmniej roku Noelia Hurtado i Carlitos Espinoza, ikony milonguero, tańcząc pokazy dynamizują swój taniec szerokimi sacadami, siłą odśrodkową, regulując objęcie, w zależności od tego, jaki jest moment w muzyce. Niedawno widzieliśmy pokaz Javiera i Moiry w Warszawie – oni również mieli zmienne objęcie, gdzie Javier jest ikoną tango de salon. Skoro największe nazwiska kreują trendy, nie ma co mówić o bliskim czy dalekim objęciu, bo to naprawdę nie jest kryterium. Kwestia objęcia jest kwestią osobistego wyboru, ale z techniką nie ma nic wspólnego.

T.: Na tyle osobistego, że zależy także od partnera/partnerki, z którym/którą się tańczy.

A.: Objęcie jest narzędziem do interpretacji muzyki.

Festiwal Shag on Fire

Zaraz! Jak to: objęcie nie ma nic wspólnego z techniką? Jak dziewczyna nie umie obejmować – uwiesza się na partnerze. Jak on nie umie – to jest potupajka, a nie tango…

A.: Prowadzimy warsztaty w różnych miejscach Europy. Kiedy zaczynamy uczyć bliskiego kontaktu – co nazywamy full kontaktem, bo całą górną częścią ciała do siebie przylegamy – 80% uczestników jest zdziwiona, że nie musimy na sobie leżeć. Uczenie na początku bez kontaktu, a przynajmniej bez nacisku – szlifuje bycie w osi. Jak cię ktoś podpiera, to tak naprawdę nie wiesz, czy stoisz o własnych siłach. Ośmiesza się tę technikę dalekiego kontaktu, sugerując, że jest prostsza. A potem dochodzi do tego, że partnerka przy otwartym ocho się przewraca.

T.: Mamy dwójkę ludzi, którzy szukają swojej drugiej połówki. Spotykają się, zaczynają związek. Jeśli któreś z nich – albo oboje – ma nieprzepracowane problemy, to będą je przenosić na tę drugą osobę – czyli problemy z poprzedniego związku, wynikające z wychowania, wyniesione ze szkoły i tak dalej. Więc nie są w stanie stworzyć harmonijnego, symetrycznego związku, dopóki tych problemów nie przepracują i nie staną się samowystarczalni. Jeśli jedna osoba ma potrzebę uwieszania się na drugiej i nie umie samodzielnie funkcjonować…

…to tej drugiej wysiądą nerwy i kręgosłup.

T.: Jeśli nie jesteśmy w stanie utrzymać własnej równowagi, to nie jesteśmy w stanie tańczyć w objęciu. Bo owszem, w tańcu jesteśmy jednym, ale składamy się z dwóch niezależnych, samowystarczalnych ciał. Jeśli każde z nas ma własną równowagę i umie obrócić się we własnej osi, wtedy możemy stworzyć parę harmonijną w objęciu i nikt na nikim nie będzie wisiał.

Różnie też się definiuje bliskie objęcie.

T.: Niektórzy mówią, że polega ono na sięganiu klatką piersiową, stykaniu się w nachyleniu do siebie. Można tańczyć w apilado, gdzie świadomie tworzymy wspólną oś, chociaż każdy oczywiście ma swoją strukturę. Jest to kwestia artystycznego wyboru i porozumienia. Natomiast jeśli ktoś wychyla się do przodu w pozycji nieanatomicznej, poszukuje wsparcia…

A.: … z wygiętym odcinkiem lędźwiowym…

T.: … to raz, że tego kontaktu mamy tak naprawdę mniej, bo tylko w jednym punkcie, a dwa – taki kontakt na dłuższą metę jest niewygodny, bo przy każdym ruchu, który wymaga chociaż minimalnego otwarcia – tracimy równowagę. Dlatego to, co my proponujemy naszym uczniom, to bliski kontakt, ale każde we własnej osi. Wtedy jest kontakt pogłębiony. To jest inna koncepcja bliskiego objęcia, niż powszechnie funkcjonująca.

A.: Wracając do rozważań na temat nuevo – bardzo znani nauczyciele jeżdżący po Europie, w zależności od tego, dokąd jadą, używają innej nazwy, bo się lepiej sprzedaje.

Wychodzi na to, że wszyscy tańczymy nuevo.

T.: Oczywiście!

A.: Ta nazwa to uproszczenie nie przystające do różnorodności jakości ruchów, jakie prowadzą nauczyciele i technik, jakie proponują. Mam nadzieję, że tango będzie się dzielić jak filozofia, czyli że będą różne nurty pochodzące od nazwisk; że będą uczniowie pochodzący od różnych nauczycieli, którzy rozwijają daną filozofię ruchu. W naszej filozofii ruchu zakładamy, że nie ma żadnej umowności, że partnerka nie idzie, dopóki nie ma impulsu – chyba że sama inicjuje ruch. Partnerzy muszą mieć własną oś, chyba że partner zainicjuje wejście do wspólnej osi. Każdy nauczyciel może nakreślić własną filozofię. Jak się ogląda poszczególne pary, widać, jakiej jakości jakie zestawy ruchów proponują. Ale gdyby zamknąć ten świat w trzech nazwach (czyli milonguero, de salon i nuevo) – szczerze mówiąc: dla mnie to są rozmowy, które przeprowadzają ze sobą ludzie tańczący od miesiąca.

Tak, ale ludzie dopływają, więc chyba warto wielokrotnie wracać do różnych rozmów.

A.: Zwłaszcza że wielu nauczycieli nadal bezrefleksyjnie powtarza stereotypy! Na przykład: „Tak naprawdę nie istnieją style w tangu, ale jak chcesz je wyróżnić, to milonguero to jest bliskie objęcie, nuevo to są wysokie boleo, a de salon to jest elegancja”. Właściwie jeśli mamy edukować koleżankę tańczącą od miesiąca, to trzeba by jej pokazać: trzy największe nazwiska tańczące milonguero, trzy tańczące nuevo i ze trzy de salon. Tylko nie wiem, kogo miałabym jej pokazać…

Są tacy profesjonalni tancerze, którzy mają dużą elastyczność w ciele świetnie radzą sobie z siłą odśrodkową i tańczą np. colgady – więc pytam ich: jak sobie radzisz z tym, że nuevo jest passe? A oni na to, że w kontakcie z organizatorem, po prostu proszą, aby nie pisać w programie, w jakim stylu tańczą.

Wasza szkoła nazywa się Tango nuevo.

A.: Tak, od dziesięciu lat. Jesteśmy więc kojarzeni z tym wyrazem. Jakieś cztery lata temu przekonywałam Tymoteusza, żebyśmy zrezygnowali z tej nazwy, bo odstrasza ludzi.

Szkoła w Krakowie. Moim zdaniem zdjęcie fatalne (takie dali rozmówcy), bo TO miejsce jest niesamowite…

W Polsce mówi się, że Kraków to nułewo.

A.: Zapraszamy Polskę do Krakowa! A co do nazwy – Tymoteusz przekonał mnie, że możemy być jak ugrupowanie polityczne i zmieniać nazwę w zależności od mody, żeby się przypodobać, albo możemy być konsekwentni i spójni z filozofią, którą rozwijamy. Mamy nadzieję, że ta nasza droga po wyznaczonej ścieżce z czasem będzie doceniona.

Odbieram to tak, że w Waszej filozofii jest wszystko.

T.: Taka jest idea.

Warto obalić kolejny mit: mówi się, że nuevo jest przestrzenne, potrzebuje dużo miejsca na wierzganki.

A.: Dlatego zapraszamy Polskę do Krakowa, który także ma miejsca milongowe o małej przestrzeni, mocno przytulaśne. Zobaczcie, jak tańczymy my czy nasi uczniowie. Naprawdę można wykonać wysokie boleo w tłumie, które się zawiera w obrębie naszej pary. Szkoda jest obcinać sobie ekspresję, ponieważ wszyscy jesteśmy artystami i dostając muzykę, chcemy ją interpretować.

Pokaz w Rzymie

Namawiasz do wysokiego boleo, a najczęściej niskim też robią otoczeniu krzywdę.

A.: Niewielu nauczycieli umie nauczyć wysokiego boleo nie wychodzącego poza daną parę. Łatwiej jest zabronić niż nauczyć.

T.: Z tańczeniem na milongach jest jak z jeżdżeniem po ulicach. Można by powiedzieć, że powinno się zabronić silników powyżej dwóch litrów i jakiejś tam mocy, bo takie samochody mają zbyt duże przyspieszenie i mogą rozwijać zbyt duże prędkości. Ale są przepisy i człowiek sam się do nich adaptuje. Jeśli masz mocny samochód, to nie znaczy, że zaraz kogoś przejedziesz. Takim samochodem, kiedy jest miejsce, możesz wykonać szybką akcję, nie powodując zagrożenia i nie przekraczając dozwolonej prędkości. Podobnie jest na milondze. Jeśli się tańczy umiejętnie – pamiętając, że są rzeczy wyłącznie sceniczne, typu podniesienia czy przestrzenne planea – wiele rzeczy można wykonać kompaktowo. Mając umiejętności i świadomość przestrzeni wokół siebie, można z nich korzystać także na zatłoczonej milondze. Jeśłi para przede mną robi krok do przodu, to zwalnia mi przestrzeń, którą mogę wykorzystać, ona jest już moja.

A.: Na pewno warto powtarzać: nie wykonuj na milondze, dopóki się nie nauczysz. Jak się pojedzie na świetny europejski maraton, na którym jest wyselekcjonowana grupa nauczycielska, to tam odchodzą takie rzeczy… jest taka dynamika… takie gancha i bolea… Wszyscy naparzają!

No i teraz u nas pan Henio z panią Krysią zaczną naparzać w szerz i wzdłuż… Bezrefleksyjnie i bez świadomości, że stanowią zagrożenie dla siebie i innych…

T.: Tam naparzanie jest możliwe, ponieważ wszyscy mają kontrolę nad tym, co się dzieje dookoła. Taniec na milondze nie jest tańcem tylko z partnerką, ale także ze wszystkimi innymi. To jest porozumienie z innymi tancerzami – tak jak jazda samochodem po ulicy.

Pokaz w New Jersey

Na zwykłych milongach niestety rzadko to umieją. Raczej jeżdżą jak w Kairze, tyle że bardziej kolizyjnie. Za sadzenie przez prowadzącego kroków do tyłu wlepiałabym mandaty, za ustawienie partnerki w odwrotnym kierunku i wprowadzenie jej na parę z tyłu – wywalałabym z milongi.

T.: Możliwość a umiejętność to są dwie rzeczy. W Rzymie jeżdżą jak chcą, a nie widziałem żadnego wypadku. Jeżdżą na ścisk. Ale każdy patrzy dookoła, robi cabeceo, wpuszczają się nawzajem. Nie czekają na światła, jadą – ale mają takie wyczucie tego, co się dzieje dookoła, że nie ma kolizji. To wyrabia umiejętność jazdy. Tak samo tańczenie w tłumie dobrych tancerzy, którzy interpretują muzykę, to jest tańczenie z całym tłumem. Jeśli leci D’Arienzo i cała sala się porusza, to chociaż nie mam pół metra miejsca przed sobą, to wiem, że para przede mną będzie się dynamicznie przemieszczać, więc ja też będę się dynamicznie przemieszczać. Najgorzej jest na maratonach, na których cały tłum stoi i wszyscy dziubdziają kroczki w miejscu. I wtedy niewiele można zrobić.

Nie ma przepływu energii. 

A.: Kiedy naszych uczniów uczymy tańczyć boleo – mniej więcej po ośmiu miesiącach – zamykamy ich na bardzo małej przestrzeni i uczą się robić je tak, żeby nie zahaczyć o inną parę i robić je w obrębie własnego objęcia. Ćwiczą boleo przy ścianie, żeby nie kopnąć ani ściany, ani siebie. Są sposoby, które dyscyplinują.

Chorwacja

Zapraszacie Polskę do Krakowa – a będziecie z Polską tańczyć?

A.: Oczywiście! Ja tańczę.

Mówią, że Warszawa nie tańczy i że Kraków też nie tańczy.

T.: Każde środowisko może mieć taką łatkę, zależy czyimi oczami jest oglądane.

A.: Ludzie, którzy przychodzą na milongę, są dla mnie grupą prawdziwych przyjaciół. To nie są przypadkowi ludzie, którzy przyszli „po swoje”, czyli wytańczyć swoje tandy, tylko naprawdę się cieszą spędzając wspólnie czas. Ci ludzie się wspierają w zwykłym życiu: pomagają sobie w przeprowadzkach, szukaniu pracy… Kiedy spotykają się na milondze, dużo ze sobą rozmawiają, piją przy barze, spędzają ze sobą czas. I nieraz po prostu brakuje im percepcji, żeby zauważyć, że jest ktoś z zewnątrz. Co innego na milondze, na której ludzie są anonimowi. Wtedy nie ma zamkniętych enklaw, które zresztą nie wynikają ze złej woli, tylko z radości, że jesteś w gronie przyjaciół.

T.: W Warszawie milongi mają inny charakter. Nie są traktowane jak praktyki. Najczęściej są ustawione krzesełka wokół sali, siedzą na nich samotne dziewczyny, przychodzą samotni faceci, robią sobie cabeceo, tańczą, schodzą z parkietu i ze sobą nie rozmawiają. W Krakowie jest inaczej. Przychodzisz, rozmawiasz z ludźmi, jesteś blisko. Każda osoba coś do imprezy wnosi. Jak ktoś przyjdzie z zewnątrz, to rzeczywiście mało ciekawie to dla niego wygląda.

A.: A jeszcze jak usiądzie w rogu na krzesełku…

T.: I liczy na to, że z dwudziestu metrów zostanie poproszony… To tak się nie stanie. Jak ktoś siada w rogu, to znaczy, że nie chce tańczyć.

A.: A jak ktoś gada przy barze, to znaczy, że będzie tańczył cały czas. Taniec się dzieje przez wątek towarzyski, który nie jest dodatkiem do tanga, tylko jest kluczowy, nierozerwalny. W Krakowie zwykle jest miejsce do spędzania czasu poza parkietem. Nie ma miejsc, gdzie nie byłoby baru; gdzie wszyscy siedzą smutni na krzesełkach i czekają, aż ktoś poprosi. Ludzie oczekują, że milonga to będzie impreza. Jeśli ktoś jest nieśmiały i ucieka w kąt – będzie mu trudno.

Tango Challenge 3

Wasza szkoła uczy według zasad, które Ty wprowadziłeś i wszyscy instruktorzy stosują Twoją metodologię.

T.: Tak.

Biorąc pod uwagę poziom tanga w Krakowie – to chyba dobre posunięcie.

A.: Mam nadzieję, że przeczytają to wszyscy krakusi i przestaną wygadywać, że u nas jest niski poziom.

W Warszawie się mówi, że w Krakowie jest wyższy poziom niż u nas!

A.: Bo to jest „efekt zagranicy”.

Mało tego! Od 9 lat mam takiego tangowego znajomego, z którym osobiście rozmawiałam raz (kiedy na andrzejkowej milondze robiłam za Cygankę i kładłam karty – tak, robię to okazjonalnie), ale czasem gawędzimy przez messengera. I napisał, że Warszawa to geriatria, a on nie toleruje starych bab w tangu i w życiu (nie czepiać się, dziewczyny! Ma do tego prawo, chociaż sam już zbliża się w stronę dziada…), dlatego lubi jeździć do Krakowa, bo u Was młodość i świeżość. Czyli Kraków zrobił coś, co w Warszawie jest albo niemożliwe, albo nikt tego nie umie zrobić: tańczą u was młodzi ludzie. Czy to efekt kampanii „Taniec – męska rzecz”? Kontynuujecie tę akcję?

T.: Na razie nie.

To CO?! takiego zrobiliście, że tańczą młodzi?

T.: Młodzi nauczyciele.

A.: To jest moja odpowiedź!

T.: Ludzie przyciągają podobnych sobie.

A.: Ania – masz młodą piękną córkę. Żeby zaczęła tańczyć musiałabyś ją zaprowadzić do takiej pary nauczycielskiej, gdzie popatrzyłaby na nauczycielkę i powiedziała: „Marzę, żeby być jak ona…”. Czyli muszą być podobne wiekiem w granicach dziesięciu lat. Utożsami się i powie: „Tak, chcę taka być”. W przeciwnym razie przyjdzie na milongę i stwierdzi: „To jest ładne i sympatyczne, ale raczej dla mojej mamy”.

Nie przeprowadzacie się do Warszawy? Chętnie bym ją do Was wysłała. Bo póki co uważa, że tango to najbrzydszy taniec na świecie. Chodziła ze mną na popołudniowe milongi,które organizowałam, i twierdziła: „Giboczecie się koślawo, miny macie jak zombie, lepiej byście się wzięli za hip-hop”…

T.: Też się zbieram, żeby zapisać się na hip-hop, ale nie wiem, czy mi wystarczy czasu. Młodzi nauczyciele to jedna rzecz, a druga – atmosfera na milongach. Jeśli chcesz się bawić ze znajomymi lub poznawać nowych ludzi i z nimi dobrze się bawić, to nie możesz przyjść na milongę, na której smutni ludzie siedzą dookoła albo małe grupki małżeństw ze sobą rozmawiają…

A.: …kobiety w wieczorowych sukniach…

T.: … patrzą na swoich mężczyzn, żeby za bardzo z innymi nie tańczyli… bo jak zatańczy dwie tandy, to będzie awantura…

A.: A z dwudziestolatką? Awantura w domu gwarantowana.

Czasem do domu się nie wytrzyma…

T.: Taka atmosfera nie kojarzy się z imprezą. Powinnaś móc przyjść na milongę, żeby się spotkać z ludźmi, wygłupiać się, tańczyć, pić, czyli robić to, co się robi na imprezie – tylko dużo lepiej, bo umiesz tańczyć.

W Warszawie jest sporo młodych, ładnych dziewczyn nieźle tańczących. Natomiast brakuje fajnych młodych pachnących dobrze tańczących chłopaków… chodzących na milongi.

A.: A czy to nie jest tak, że Warszawa się trochę odmłodziła? Patrzę po naszych warsztatach, gdzie średnia wieku to pewnie 35 lat.

W takim razie nie chodzą na milongi.

T.: Ludzie potrzebują przykładu. Jak przyjdziesz na milongę i zobaczysz ludzi, którzy świetnie tańczą i wyglądają, to chcesz być jak oni. Jeśli na milondze nie widzisz fajnie tańczących i wyglądających młodych ludzi, to nie masz tam czego szukać.

Z panami to jest w ogóle utrapienie. Na milondze, którą raz w miesiącu organizuję w Wilanowie (a jest to impreza dla ludu – bo jest lekcja kroku, i dla naszych – bo dobry parkiet i TDJ), zawsze pytam, kto jest po raz pierwszy, a kto po raz kolejny. I była para po raz czwarty. Obejrzeli pokaz, wzięli po raz właśnie czwarty udział w lekcji kroku, próbowali potem w trakcie milongi na parkiecie. Powiedzieli, że podoba im się bardzo. Pan dodał, że ma coraz większego focha. Pytam: dlaczego? Odpowiedź: „Bo ja bym chciał już umieć”. Myślę, że wielu panów zapomina, że żeby wyjąć, trzeba włożyć…

A.: Tango jest baaardzo męskim tańcem i tylko ci prawdziwi mężczyźni zostają.

T.: W Krakowie przez półtora roku mieliśmy kryzys, bo było za mało dziewczyn: na zajęciach, na praktykach… Nie tylko w naszej szkole. Rozmawialiśmy z innymi nauczycielami i u nich było to samo. Bywały takie praktyki, że przychodziło dwa razy więcej facetów niż kobiet. Czekali i wyrywali sobie te dziewczyny.

Lekcja dotyku – Tango Challenge

Niech ćwiczy jeden z drugim.

A.: Po szóstej praktyce przestaje to być zabawne.

T.: Oni ćwiczą, żeby tańczyć z dziewczynami. Chodzą pięć razy w tygodniu…

Niech przyjeżdżają na milongi do Warszawy.

T.: … i się frustrują. My tutaj mamy inne doświadczenie. Takie, że mamy facetów, którzy intensywnie trenują i mają problem ze znalezieniem partnerki, która chciałaby tak intensywnie trenować.

Krąży mit, że kobieta o wiele szybciej się uczy i potrzebuje mniej czasu, by tańczyć dobrze.

T.: Bzdura.

Tango Challenge 2

Zgadzam się, że to bzdura, bo jest to kwestia jakości. Co z tego, że jej się wydaje. Na pewnym etapie uważa, że „już nie musi”.

T.: Problem jest taki, że jak dziewczyna poćwiczy parę miesięcy, pojedzie na maraton, jest ładna – proszą ją wszyscy ci, którym się podoba. A ona zaczyna być przeświadczona, że świetnie tańczy. I przestaje się uczyć. Od tego momentu nie jest w stanie zweryfikować, ile umie, bo dobry partner dopasuje swoją interpretację do jej możliwości i nie poprowadzi czegoś, co wyjdzie poza jej strefę komfortu. A ona uważa, że skoro wszystko tańczy, to umie.

A.: Kobiety myślą, że o poziomie ich tańca świadczy to, jak często są proszone.

T.: To jest bzdura.

A.: Prawda jest dużo bardziej łóżkowa niż jakościowa.

T.: Natomiast facet konfrontuje się z twardą prawdą: przychodzi na milongę, wydaje mu się, że umie, a tu tańczy z jedną – drugą – trzecią partnerką i okazuje się, że nie umie. Albo przynajmniej umie mniej, niż mu się wydawało. Tak więc facet cały czas rewiduje swoje wyobrażenia na własny temat. Oczywiście są betony, które uważają, że „to” wina dziewczyny… Należałoby ich wysłać na terapię. Każdy zdrowy facet, jeśli prowadzi jedną czy drugą partnerkę i mu nie wychodzi, powinien przyjąć, że „wina” jest po jego stronie.

Myślicie o tym, żeby zrobić masterclass dla nauczycieli?

T.: Robimy.

A.: Dwa razy w roku robimy warsztaty Tango chalange. Rekrutacja polega na tym, że trzeba wysłać film prezentujący swój taniec, i w zależności od tego dostajesz się do grupy średnio zaawansowanej lub zaawansowanej. Zdarzały nam się turnusy, gdzie byli nauczyciele z różnych stron, młoda gwardia. My się nie boimy dzielić wiedzą. Natomiast warto, żeby uczeń miał pokorę i umiał powiedzieć: tak, temu nauczycielowi zawdzięczam to i to.

T.: Co nie jest łatwe, bo kiedy ktoś staje się nauczycielem, często zachowuje pozór przed widownią i nie chce być nakryty, że się u kogoś uczy, skoro „umie”.

A.: Nasi uczniowie się dziwią: „To wy trenujecie?!”. Co za pytanie!

T.: Jak przyjeżdżają nasi nauczyciele lub tacy, którzy nas zainteresują, idziemy na warsztaty i na te same wysyłamy naszych uczniów. Dla nas nie jest problemem ćwiczenie obok naszych uczniów. Wielu nauczycieli nie ma takiej otwartości i myśli, że to im umniejszy.

A.: A jest odwrotnie. W naszej szkole organizujemy praktyki i zdarza się, że jak nie mamy czasu potrenować w ciągu dnia, ćwiczymy ze wszystkimi. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku: każdy próbuje wskoczyć oczko wyżej w tym swoim tangu.

Wieliczka, Krakus Aires

Nie każdy, niestety. Ja mam taką teorię – nie popartą badaniami, tylko obserwacją – że 70% nie ma potrzeby iść dalej. Kończy dawne gimnazjum – obecną podstawówkę – i to wystarczy…

T.: Jest coś takiego jak krzywa uczenia się. Jest wzrost – czyli przyjmujemy wiedzę, potem następuje lekki spadek i docieramy do plateau – czyli ćwiczysz i ćwiczysz, a masz wrażenie,że nie posuwasz się do przodu. A to jest moment, w którym umysł nieświadomy przepracowuje tę wiedzę, którą świadomie nabywałaś. Kiedy plateau się kończy, znowu następuje wzrost. Świadomie nabywane umiejętności stały się nieświadomymi i mózg znowu jest gotowy, żeby przyjmować nową wiedzę.

A.: Ten wzrost bierze się z przetwarzania. Skąd się bierze to, że kiedy jedziesz na maraton czy milongę, czujesz efekt wow… Dostajesz skrzydeł. Masz wrażenie, że zrozumiałaś to, co ćwiczyłaś przez ostatni miesiące.

Ja niektóre rzeczy zrozumiałam po trzech latach, są takie, które dotarły po dziewięciu, a dużo jeszcze przede mną.

T.: Krzywa uczenia się to powtarzające się: wzrost, lekki spadek, plateau. Ludzie dzielą się na trzy grupy. Pierwsza: idą krzywą mistrzowską, czyli przechodzą plateau i idą dalej. Wytrzymują, choć jest to frustrujące.

A.: Podczas plateau wciąż ćwiczą, nie przestają.

T.: Druga grupa to amatorzy. Docierają do plateau – u różnych ludzi występuje to w różnym czasie – i widząc, że pomimo ćwiczenia nie ma wzrostu – odpuszczają. Racjonalizują to sobie: „A właściwie to ja już umiem wszystko, co chciałem”. To jest racjonalizacja, bo tak naprawdę każdy chce być lepszy. Trzecia grupa to frustraci. Kiedy dochodzą do plateau, zaczynają się wściekać, ciskać, przećwiczać, w końcu rezygnują.

A.: To taki typ, co wydaje mnóstwo pieniędzy na warsztaty, jeździ do wszystkich jak szalony…

T.: I w końcu odpuszcza.

A.: Mówi: „Spróbowałem już wszystkiego”.

T.: Frustracja go zżera. Dlatego jest ważne uświadomienie sobie, że krzywa nauki zawsze przebiega w ten sposób.

No więc – moim zdaniem – w Warszawie 70% zostaje na pierwszym plateau. Gdzie indziej – nie wiem.

T.: To jest kwestia nauczycieli i tego, w jaki sposób motywują uczniów. Jeśli nauczyciel ma coś do zaproponowania, to uczniowie będą widzieli w tym wartość i zostaną, by uczyć się dalej. Natomiast jeśli nauczyciel pokazuje figury, a człowiek je ciągle powtarza, aż w końcu przestają mu wychodzić i on nie widzi powodu, dla którego miałby robić je dalej – to przestaje się uczyć. Moim zdaniem to nie jest wyłącznie „wina” uczniów. Ważne jest uświadomienie sobie tego, że uczenie się to nie jest tylko wzrost i że to nie jest tak, że codziennie poznam nową figurkę.

Lud chce figur! Machać nogami! Co zamiast tego?

T.: Uczenie się tanga to jest także mierzenie się z własnymi słabościami, z wyobrażeniami na własny temat… Czasem trzeba sobie powiedzieć w twarz: nie jestem tak zajebisty, jak mi się wydawało, ale jak się wezmę do roboty, to będę lepszy. Z drugiej strony to jest rola nauczyciela, który powinien umieć zmotywować ucznia i umieć pokazać mu, jaka przed nim może być droga, do czego może zmierzać.

A.: Uważam, że dobrego nauczyciela cechuje empatia. Musisz wyłapać, gdy ktoś jest w kryzysie i upewnić go, że idzie we właściwym kierunku; zachęcić, by utrzymał to tempo i zapewnić, że wtedy dojdzie tam, dokąd chce. Najważniejsze jest zaufanie. Jeśli uczeń ci ufa, to przetrzyma, bo wie, że ty monitorujesz jego postęp. Jeżeli zakłada, że robisz to dla kasy…

T.: Jeżeli ma wątpliwości, czy to, co proponujesz, ma wartość…

A.: Musi ci ufać w 100%.

T.: Tak mówimy, ale zdarza się, że sami nie dostrzegamy, że uczeń wchodzi w kryzys, bo łatwo to przeoczyć. Staramy się podchodzić indywidualnie…

A.: … myślimy, że on wciąż potrzebuje motywacji, więc ciśniemy…

T.: A on odpada.

A.: Wtedy jest żal: straciliśmy człowieka! A był taki świetny…

T.: Mamy świadomość tego, jak powinno być, ale sami nie zawsze dajemy radę.

Filharmonia Bałtycka

Cała trudność polega na tym – jak w wychowywaniu dzieci: na jedno działa to, na drugie co innego. Dwoje dzieci z jednych rodziców potrafi iść zupełnie inną drogą, mieć inne wartości i inne motywatory. A rodzice się dziwią: z jednego domu, tak samo wychowywane, a jedno w prawo, drugie w lewo… No właśnie dlatego, że nie można jednej miarki przykładać do wszystkich. Trudność nauczycielska na zajęciach grupowych jest taka, że każdy ma swoje tempo, swoją percepcję…

A.: Na dodatek na zajęciach grupowych ludzie się ze sobą porównują. My mamy takie grupy, gdzie ludzie są ze sobą rok czy dwa, wspierają się nawzajem. Gdy jednak widzą, że ktoś robi szybciej postępy niż inni, zaczynają myśleć: „To ja się nie nadaję…”. Nie znają skali świata i nie wiedzą, że w tej skali są świetni.

Ja mam pewne przypadłości natury biologicznej, że mój mózg trochę inaczej pracuje, na przykład nie porównuje mnie z innymi. Oczywiście ja bym chciała tak tańczyć jak Ty, ale wiem, że po pierwsze za późno zaczęłam, po drugie nie jestem zdolna ruchowo. Jednak cały czas pracuję. W swoim tempie, ale nieustannie. Dopiero po trzech latach doszłam do tego, co to znaczy pracować z podłogą.

T.: A ty myślisz, że ja po ilu latach do tego doszedłem? A byłem zdolny ruchowo.

W pierwszych dwóch latach mojego tańczenia nastawiłam się na naukę na maksa, ale nie lubiłam tego. Teraz, po dziewięciu latach, stwierdzam, że ćwiczenia techniczne sprawiają mi przyjemność. Odpalam Radio Tango Uno i przed lustrem nasuwam pół godzinki co drugi dzień… Nie interesuje mnie nauka figur. Chodzę na streching, żeby rozciągnąć ciało…

Tango na Rynku 

T.: Czyli nastawiłaś się na proces. A to jest najważniejsze: w uczeniu nastawić się na proces, a nie na efekt. Czyli doprowadzasz do tego, że proces sam w sobie jest dla ciebie nagrodą.

Doszłam do tego dopiero po takim czasie. Przebłyski miałam ze dwa lata temu, że trenowanie techniki jest fajne. Robiłam to, ale bez lubienia. Dopiero teraz do tego dojrzałam, że skupienie się na technice jest podstawą przyjemnościowego rozwoju – niezależnie od wieku. I to, że nigdy nie będę tańczyć jak Agnieszka Stach, nie odbiera mi sensu moich przemyśleń heh.

T.: Były robione badania odnośnie kompetencji – przy okazji głupiego napadu na bank. Okazuje się, że im mniej umiejętności, tym wyższe poczucie kompetencji, a im bardziej umiejętności zbliżają się do poziomu eksperckiego, tym mniejsze poczucie kompetencji.

Nauczycieli w tangu jest wysyp. Byle łamaga – głównie panowie – bierze się za uczenie.

T.: Początek często wiąże się z poczuciem samozajebistości.

No! Po pierwszej lekcji uważałam, że jestem świetna i mogę machać nogami – chociaż tego nie przerabialiśmy, ale widziałam na You Tube…

T.: Nie wszyscy, ale znacząca część rozpoczynających naukę to ma. To jest nawet fajne, bo napędza chęć uczenia się. Gdyby tego nie było, po dwóch dniach rzucałabyś wszystko, czego zaczęłaś się uczyć. A tak po tygodniu czujesz się ekspertem. Potem okazuje się, że jednak wiele nie umiesz, a z czasem zastanawiasz się, czy umiesz cokolwiek…

Czyli pierwsze plateau.

T.: Tak. I warto powiedzieć, że paradoksalnie osoby zdolne ruchowo są w gorszej sytuacji niż te, które nie mają wyraźnego talentu motorycznego. Korzystając z teorii inteligencji wielorakich nazwijmy talent ruchowy wiodącą inteligencją kinestetyczną. Rzeczywiście ona pomaga mi w dziedzinie ruchowej – przyjmijmy, że jest to tango – ale tak naprawdę na samym starcie. Szybko się uczę, robię większe postępy niż inni. Do pierwszego plateau. Potem krzywa uczenia się jest taka sama jak u innych. Najgorsze u ludzi uzdolnionych ruchowo jest to – a ja byłem taką osobą, więc wiem, jak to wygląda – że jak nadchodzi pierwszy kryzys, to nie jesteś na niego przygotowana, bo jesteś przyzwyczajona, że zawsze wszystko ci wychodzi.

A.: Również się zgłaszam. Tak miałam.

T.: Nie jesteś przyzwyczajona do wzmożonej pracy. Przy pierwszym plateau rezygnujesz. „To mi się już znudziło”. Nauczysz się trochę piłki nożnej…

A.: … troszkę pływania, troszkę windserfingu…

T.: … i tak naprawdę niczego nie robisz dobrze. Zmierzenie się z plateau i z tym, że teraz musisz uczyć się tak jak wszyscy pozostali, jest bardzo trudne. Osoby, które nie są jakoś wyjątkowo uzdolnione motorycznie, wiedzą, że muszą pracować, żeby coś osiągnąć. Idą swoim tempem i często wyprzedzają te, które uważano za bardziej uzdolnione. Wszyscy znamy takie osoby, które na początku szybko się rozwijały, a potem się zatrzymały. I najczęściej już ich nie widać na milongach.

Wszystko też zależy od tego, z jakim kto przychodzi podejściem. Często ludzie nie mają świadomości, że tango to takie trochę bardzo co innego. Że to jest jak nauka języka, a nie salsy. Ze względu na moją lateralizację nie jestem w stanie zapamiętać żadnej choreografii, a tu jestem prowadzona, czytam partnera, rozmawiam z nim moim ciałem. A że jestem muzykalna – uznałam: to jest to! Aktywność fizyczna z facetem do muzyki – wszystko, czego potrzebuję. Miewam swoje plateau, ale jestem od nich wytrwalsza. Ono potrafi dopaść w różnych sytuacjach. Opowiadała mi Ania P., jak w trakcie festiwalowego koncertu nagle dopadła ją myśl, że tango nie ma sensu…

A.: Tak bywa. Czasem pytam Tymoteusza, kiedy wraca z milongi, na której był sam: jak było? A on mi na to: „Kurwa, nie umiem tańczyć…”. I mówi poważnie, to nie jest kokieteria.

T.: Zdaję sobie sprawę z tego, że to chwilowe, że jest plateau, a mimo wszystko…

A.: To jest taki ból dupy…

T.: … przychodzę i mówię: ja się do tego nie nadaję…

Mam nadzieję, że te informacje zmotywują ludzi do tego, żeby chcieli czegoś więcej… Żeby nie racjonalizowali sobie braku rozwoju tym, że „to tylko zabawa”, „nie bądźmy zbyt poważni”, „po co ten wyścig i wymyślanie cudów na kiju”. A to nie o te cuda chodzi. Dla mnie tango jest narzędziem wszelakiego rozwoju: osobistego, fizycznego, muzycznego… Aż mi szkoda, że inni się zubażają, pozostając na etapie polki-galopki…

A.: Jeśli znajdzie się nauczyciel, który przemyca naukę jak zabawę, to wszystko przejdzie.

Nie każdy nauczyciel do każdego trafi.

A.: Musi być chemia. Żeby uczeń miał poczucie: to jest mój człowiek.

Lekcja na plaży Tango Challenge

Są różne strategie. Jedni trzymają się jednego nauczyciela przez wieki, inni mają zajęcia pięć razy w tygodniu, za każdym razem z innym nauczycielem. Moim zdaniem jedno i drugie…

T.: … ma sens.

jest bez sensu. Latanie od nauczyciela do nauczyciela w początkowej fazie nauczania ma sens?!

T.: Każdy ma inne predyspozycje, nie można wszystkich traktować tak samo – jak z dziećmi.

A.: Ja na przykład jestem lingwistyczna, przyswajam wiedzę poprzez słowa. Pójdę do czterech różnych nauczycieli i każdy wytłumaczy mi innymi słowami, jak się robi dysocjację, jak się odbijać z podłogi. Najprawdopodobniej skorzystam więcej, niż u jednego nauczyciela. Chyba że trafiłabym na takiego, który umiałby tłumaczyć w bardzo kwiecisty sposób i korzystałby z wielu metafor.

Ja osobiście nie znam nikogo bardzo dobrze tańczącego, kto w pierwszym roku eksperymentował hurtowo z nauczycielami.

T.: Ja.

Ty byłeś zdolny ruchowo.

T.: To nie ma nic wspólnego.

Moim zdaniem ma. Można sobie nieźle w głowie namieszać.

T.: Moim zdaniem chodzi o autorytet zewnętrzny i wewnętrzny. Jeśli masz silnie rozbudowany autorytet zewnętrzny, to zaufasz jednemu nauczycielowi i od początku do końca chcesz się nauczyć tego, co ma on do zaproponowania. Jeśli jesteś osobą o autorytecie wewnętrznym to również możesz uczyć się w ten sposób, wcześniej jednak próbujesz wielu możliwości, poddajesz je krytyce i wybierasz te, które twój wewnętrzny autorytet zaakceptuje jako twoje.

A.: I chcesz sama sobie stworzyć swoją całość.

Technika dla kobiet – Warszawa

Ale na samym początku?! Jak nie masz jeszcze tego w ciele? Jeden pokaże ci jeden sposób, drugi – drugi, a ty jeszcze tego pierwszego nie opanowałaś…

A.: Przed tangiem obydwoje w różnych dziedzinach byliśmy na poziomach wybitnych. Na pierwszych randkach nie mogliśmy się nagadać, co kto robił wcześniej. Dlaczego jesteśmy dobrzy w tangu? Dlaczego – nie bójmy się tego powiedzieć – jesteśmy ponad przeciętni w tej dziedzinie i możemy uczyć? Ponieważ mamy wysoką zdolność uczenia SIĘ. Ponieważ nauczyliśmy się do tej pory różnych rzeczy i wiemy, w jaki sposób przyspieszyć proces nauki. Dlatego mogę iść do różnych nauczycieli, zainspirować się i wybrać swoją ścieżkę.

Ok, przekonałaś mnie: niektórzy tak mogą. Ale jak idą po to, żeby dyskutować z nauczycielem, że inny robi to inaczej?

A.: To jest niedopuszczalne, nie po to się chodzi do nauczycieli.

T.: Jeśli nawet nie zgadzasz się z tym, co mówi dany nauczyciel, to zamykasz mordę i robisz,co każe, bo za tym może kryć się mądrość.

A.: Może to wyjść w ostatnich minutach lekcji.

T.: Ale zgodzę się, że na samym początku to jest trochę jak z kontraktem psychologicznym… U nas na dwóch – trzech pierwszych lekcjach nie ma nic o tangu. Chodzi się, jest obejmowanie… Te techniki pomagają przełamać na przykład opór bliskości. Na tym etapie nie uczymy figur. Oczywiście ktoś może stwierdzić, że idzie do innej szkoły, bo tam od razu pokażą ocho. Jeśli założysz, że w tym, co robi dany nauczyciel jest pewna mądrość, bo on ma pewien plan – od pierwszego do któregoś spotkania przeprowadzi z tobą pewien proces – to możesz do niego chodzić. Oczywiście możesz iść też do kogoś innego realizować drugi proces, co może doprowadzić do totalnego mętliku w głowie.

Nowy Jork

Jeśli prowadzi się (swoje własne) dwie terapie jednocześnie, droga jest prosta i wiedzie do szpitala psychiatrycznego. Tu wracamy do tego, co wspomniałeś: kontrakt. Dla mnie pierwsze trzy miesiące nauki tanga (!) – czego innego pewnie nie – mają kluczowe znaczenie i zabałaganienie sobie głowy prowadzi do psychicznego i emocjonalnego plateau…

A.: Mamy cykliczne warsztaty pod tytułem Tango chalange, podczas których przez sześć dni uczą dwie pary równolegle: jeden dzień spędzasz z jedną parą, drugi – z drugą.

T.: Dwie pary prowadzą proces od początku do końca.

A.: I ten sam temat. My uczymy krzyżyków i oni ich uczą. I mur – beton, że będziemy uczyli tego inaczej. Czegoś się nauczyłaś w poniedziałek, a we wtorek ci mówią: inaczej!

Dobra dobra, ale Tango Chalange NIE jest dla pierwszaków. Więc na pewnym poziomie to OK, jest fajnie. To tak jak: podążaj – bądź aktywna. Ale NIE OD RAZU!

T.: Nasz sposób uczenia jest oparty o pewien kontrakt, gdzie przeprowadzamy pewne zamknięte procesy. Dlatego na nasze grupy średnio zaawansowane i zaawansowane nie wpuszczamy ludzi z zewnątrz, bo będą psuli proces grupy.

A.: Poziom koncentracji ludzi z zewnątrz a naszych uczniów to jest niebo a ziemia… Nasi są w takim flow… A ten z zewnątrz zrobi ćwiczenie dwa razy i pyta: co robimy dalej?

T.: Wspomniałaś, że tango to sposób na ogólny rozwój. My zaczynamy od ogólnej koncentracji. Ludzie, którzy na jakimś etapie dołączają z zewnątrz, dekoncentrują się po paru minutach. Wprowadzamy koncentrację na miękko. Każde zajęcia zaczynamy od ustawiania osi, ćwiczeń oddechowych, na projekcję czy uziemiania się… I to, co zaobserwowałem, to że ludzie, którzy do nas przychodzą, uczą się tanga, ale też i koncentracji. Są w stanie przez półtorej godziny być w skupieniu.

Bal maskowy – milonga El Infierno

Osoby z zewnątrz muszą się z Wami oswoić. Bo te, co są od początku – to już z Wami są. Ja – wbrew pozorom – jestem introwertyczna. I jak przyszłam do Ciebie, Agnieszko, na technikę – to pierwsze ćwiczenie, które zapodałaś, zmiotło mnie, jakbym dostała obuchem w łeb… Jakie, kurwa, swobodne tańczenie wśród obcych ludzi?! Co z tego, że same kobiety? Nie chciałam!

A.: Interpretacja muzyki solo… Wyszłaś poza strefę komfortu.

Wywlokłaś mnie z niej za kudły. Myślałam: matko, Agnieszka popatrzy i powie, że jestem koślawa, że to nie dla mnie zajęcia…

A.: Autokrytyk się włączył…

Ego nie lubi świadomości… Ale pomyślałam: rób, co możesz, zamknij się i zapieprzaj nóżkami po parkieciku, bo po to tu przyszłaś! Dziewczyny bez krępacji machały sobie nogami we wszystkie strony…

A.: Połowa była speszona.

a ja myślałam, że umrę.

A.: Byłaś najbardziej asertywna. Reszta się bała nie wykonać ćwiczenia, a Ty kombinowałaś…

co by tu zrobić, żeby „tego” nie robić… I troszkę wymyśliłam (wzięłam koleżankę Danutę i zaczęłam ją prowadzić…).

A.: Jeżeli tango to ma być samorozwój, to kobieta, jako samoistny byt, musi na parkiecie dobrze czuć się ze swoim ciałem. Proces budowania własnej kobiecości w tangu jest piękny. Musisz umieć sobie spojrzeć w oczy w tym tangu i przyznać, że to, co robi Twoje ciało, jest piękne. To część nauki.

No ale w takim tłumie obcych ludzi…

A.: Jakbyś się dobrze czuła ze swoim ciałem czy ruchem, to byś nie stwierdziła, że możesz źle wyglądać.

Potrafię się zapomnieć na parkiecie i nie obchodzi mnie, czy ktoś patrzy. Ale ćwiczenia grupowe dla mnie nie są łatwe. Zmiany w parach na lekcjach to dla mnie dramat. Na początku mojego uczenia nie chciałam się zmieniać w parze i nie dawałam się. Za to nawet bardzo bliskie objęcie na milondze z całkiem obcym mężczyzną – no problem …

A.: U nas byśmy ci chyba nie pozwolili uczestniczyć w naszych lekcjach… Albo byśmy zaproponowali: spróbuj na chwilę, a jeżeli będziesz się niekomfortowo czuła, to wrócisz… Jak z dzieckiem.

Mój pierwszy uczebny partner był zdolny. Próbowałam raz czy dwa z innymi, ale to była masakra… Włączał mi się egoizm: skoro przyprowadziłam sobie dobrego, dlaczego mam zamieniać na gorszego? Poza tym w procesie uczenia się lubię mieć stałość… Takie ze mnie dziwadło.

A.: Za to na milondze jesteś w stanie poczuć sygnał od partnera, który to kiepsko robi.

T.: Jest to egoistyczne, jednostronne podejście. Wielokrotnie słyszę od dziewczyn, że chcą się skupić na swoim rozwoju i potrzebują lepszego od siebie partnera. A ja pytam: czy uważasz, że jakiś partner ma potrzebę ćwiczyć z partnerką gorszą od siebie?

Tiaaa… To jak z ogłoszeniami: „Szukam dobrego partnera na warsztaty”. Aż się ciśnie zapytać, czy ty jesteś dla tego dobrego wystarczająco dobra…

A.: Na rynku tangowym warto szukać kogoś, kto jest na tym samym poziomie.

Hah, to byłby ideał, którego nie ma. Początkujące dziewczyny wpadają w sidła dziadów – pseudonauczycieli, początkujące chłopaki są nazbyt chwaleni i po trzech miesiącach myślą, że są Bogami Tanga… Ale wróćmy do Waszych zajęć.

A.: Bardzo się staramy, żeby zajęcia w grupie nie były uzasadnione ekonomią, a procesem, jaki w grupie zachodzi. Wszyscy bardzo się wspierają i integrują, by czuć, że są bezpieczni, zmieniając się w parach i że od każdej osoby przy zmianie mogą się czegoś nauczyć; że to, co się wydarza, jest efektem tego, że są grupą. Jasne, że przez pierwszy miesiąc grupa się kształtuje. Ci, co nie są zmotywowani – odpadają. A reszta ma taki sam poziom motywacji, żeby się tego pieprzonego tanga nauczyć. Mają wspólnego wroga i wspólną miłość jednocześnie…

T.: Umieją pracować sami ze sobą i od siebie nawzajem brać feedback. Czego nie ma, kiedy uczyliby się indywidualnie.

Tak mi przyszło do głowy, że może warto by zrobić psychologiczny warsztat dla nauczycieli z różnic indywidualnych? Wielu nie ma pojęcia, że coś takiego jest…

T.: Robiliśmy warsztat z inteligencji wielorakich.

A.: Uczyliśmy tego również naszych uczniów, żeby zrozumieli swoje różnice percepcyjne.

Nauka nauczycieli..?

T.: Też. Prowadziliśmy w naszej szkole regularne zajęcia dla naszych nauczycieli i uczniów.

A.: Nazwaliśmy je treningiem mistrzowskim. Przychodzili do nas nauczyciele i uczniowie, by dowiedzieć się, jak uczyć się szybciej. A to proste: trzeba poznać siebie, swoje kompetencje… Czy przyjmujesz wiedzę bardziej wizualno – przestrzennie, czy jesteś bardziej lingwistyczna lub kinestetyczna… Jeśli twój nauczyciel nie jest dość zmyślny i nie ma tej wiedzy, to wystarczy zadawać mu odpowiednie pytania. Czyli: jeśli wiesz, że uczysz się tylko ruchowo, to proś go, by z tobą spróbował, pokazał, jak to wygląda w ciele.

T.: Razem z moim bratem, który jest psychologiem, ze trzy lata temu opracowaliśmy taki program i zaczęliśmy go wprowadzać do obowiązującej w szkole metodyki. Ludzie bez względu na wiodącą inteligencję są w stanie uczyć się dowolnych rzeczy, tylko muszą sobie uświadomić, w jaki sposób tę swoją wiodącą inteligencję wykorzystać. Okazuje się, że „nerdy” świetnie uczą się tanga. Tak samo matematycy, którzy tworzą sobie algorytmy na wszystko: na objęcie, na kąt, na krok…

A.: Uczą się w technice, która ma wynikanie logiczne, gdzie system jest spójny.

T.: Oni posługują się innym językiem, ale odczuwają tak samo jak wszyscy i koniec końców osiągają ten sam cel.

A.: Ja miałam całe życie tróję z fizyki. W tej chwili, jeśli mam do czynienia z fizykiem czy matematykiem, to zaczynam do niego mówić wektorami i liczbami, ile kroków i pod jakim kątem.

T.: Są ludzie skrajnie lingwistyczni i nic nie zrozumieją, dopóki własnym językiem nie określą tego, co mają zrobić. Tworzą własne metafory.

Metafory chyba w ogóle, niezależnie od zdolności, wpływają na ludzi.

T.: Nie na każdego.

A.: Są tacy, do których poziom abstrakcji metafor nie dotrze. Zamiast tego wolą na przykład anatomię: który mięsień, które ścięgno ma pracować.

T.: Do innych dotrze, jeśli dany ruch zawrzesz w pewnych strukturach muzycznych. To jest niesamowite, jak ludzie mają różną percepcję. Więc inteligencja wiodąca sprowadza się do języka komunikacji, bo efekt końcowy jest dokładnie ten sam. Tańczysz z kimś, kto ma świetne objęcie i nie wiesz, czy on jest programistą, malarzem czy poetą.

A.: My jako nauczyciele podczas zajęć chcemy wiedzieć i zawsze o to pytamy.

T.: Na warsztatach nie zawsze jest na to czas.

A.: Ale jeśli uczeń bije głową w mur, bo coś nie działa, pytamy, czym się zajmuje i dostosowujemy przekaz.

Z innej beczki: milongi w ciemności. Podobno robicie.

A.: Co jakiś czas.

Aż mam ciarki i się boję… Nigdy nie tańczę z zupełnie zamkniętymi oczami.

T.: Jest to przeżycie.

Skąd w ogóle taki pomysł?

T.: Wyszło to z przemyśleń: co zrobić, żeby to było fajne. Pewnej nocy przyszedł mi do głowy pomysł: milonga w całkowitych ciemnościach. I kiedy następnego dnia spotkałem się z Wową, okazało się, że obaj, niezależnie od siebie, wpadliśmy na to samo, tylko mamy różny na to pomysł. W efekcie zrobiliśmy to jeszcze inaczej i zadziałało.

A.: Mamy to szczęście, że nasza szkoła jest w starej krakowskiej kamienicy, więc mamy kilka pomieszczeń i dzięki temu sala do tańca jest pusta, nikt w niej nie siedzi, jest wyciemniona kotarami, można zamknąć drzwi i odciąć od świata zewnętrznego. Na zwykłej milondze, która jest w jednym pomieszczeniu, jest to nie do zrobienia, bo jak zrobisz cabeceo? Macanką? U nas zawsze rozmowy i cabeceo są poza parkietem, w innych pomieszczeniach. Do sali wchodzisz tylko podczas cortiny – przez to są dłuższe, nawet trzyminutowe. Jak wszyscy wejdą, zamykamy drzwi i nikogo więcej nie wpuszczamy, żeby nie wpuszczać też światła. Dj też jest poza parkietem, co czasem bywa dla niego uciążliwe.

T.: Na monitorze przed salą jest wyświetlane, co będzie grane (jaka orkiestra; walc, milonga, czy tango) i na podstawie tego decydujesz, czy chcesz tańczyć. Jeśli tak – prosisz kogoś i wchodzisz trochę jak do kina: zamykają się drzwi i jest całkowita ciemność…

Nie pozabijają się? Nie wpadają na siebie?

T.: Jest na to prosty system: każdy na ręce ma świecącą bransoletkę, taką klubową. Dziewczyna na lewej, chłopak na prawej. Widzisz jasny punkt przed sobą…

Niestety na Was czas, jeśli chcecie zdążyć na pociąg.

A.: Popatrz… głównie rozmawialiśmy o metodyce…

Tak miało być. Ale miało też być o randkowaniu, tylko czasu zabrakło, bo się spóźniliście.

T.: O randkowaniu? Byłoby super! Przyjedź do nas do Krakowa…

Przyjadę.

T.: Przyjedź w tym tygodniu, bo później lecimy do Stanów… Będziemy robić urodziny milongi…

Nie ma szans. Bardzo ubolewam. Ale na pewno przyjadę, bo chciałabym dokończyć naszą rozmowę. Ta druga część będzie pikantniejsza…

Zwykle robię uwagi śródtekstowe. W tym przypadku uznałam, że nie są potrzebne. Mam smutne przemyślenia dot. geriatrycznego tanga w Warszawie: nie będzie młodych, jeśli cena za lekcję grupową na kursie dla początkujących dochodzi już do 50 zł!

Agnieszka i Tymoteusz robią intensywne zajęcia 2 x w tyg. z przystępną ceną, to i młodość może przyjść się wyszumieć. U nas zostanie to hobby dla pań i panów młodych duchowo.

P.S.1.
Byłam w Krakowie. Odwiedziłam ich milongę i kamienicę… I wpadłam w depresję, że w Warszawie nie ma… nie ma…
I nie będzie…
P.S.2.
Postanowiłam się ogarnąć, bo nie mam wyjścia.
P.S. 3.
Druga część rozmowy powstała… trochę. Ale nie spełnia moich oczekiwań, więc poczekamy na dokrętkę…

Agnieszka Stach i Tymoteusz Ley prowadzą szkołę tanga argentyńskiego w Krakowie, podczas gdy równolegle uczą w Polsce i Europie. Występowali w Dubaju, Nowym Jorku, Rzymie, Barcelonie, Cambridge, Cyprze, podczas „Tango Safari” w Brodach, we francusko-niemieckim projekcie „Tango Emocion”, Wrocławiu, Lublinie czy „Shag on Fire” w Krakowie. Są również organizatorami Krakus Aires Tango Festiwal.

Tango, które proponują, jest elastyczne w ruchach, zmysłowe w kontakcie oraz eleganckie w postawie. W technice tańca, którą rozwijają, skupiają się na odkrywaniu naturalnej motoryki ruchu, wykorzystywaniu własnego ciężaru ciała, przepływem energii między partnerami i wykorzystywaniem jej w ruchach z siłą odśrodkową. Podczas zajęć wykorzystują autorską metodykę nawiązującą do teorii inteligencji wielorakich, której celem jest wykorzystywanie wszelkich talentów i predyspozycji ucznia w procesie uczenia się.

 

Souvlaki Tango Marathon – maj 2018

Ania:

Souvlaki Tango Marathon odbywa się na początku maja w Limassol na Cyprze. Idea jest taka, że uczestnicy mają się świetnie bawić, a cały dochód organizatorzy przekazują na pomoc dla bezdomnych zwierząt. Impreza nie odbywała się w hotelu, czyli trzeba było dojechać. Miałyśmy wynajęty samochód, ale z powodów, o których dalej – jeździłyśmy taksówką. To dopiero przygoda! Pierwszego dnia taksówkarz nie wiedział, gdzie chcemy jechać. W końcu coś mu zaświtało i mówi: „Ruskij baljet”. A my: „Nikakoj baljet, my choczjem w tango”. On, że „Ruskij baljet”. My: „Nu dawajtie w tango!” Okazało się, że w tej szkole, w której był maraton, jest szkoła tańca – także baletu – prowadzona przez Rosjankę… Drugi raz spóźnił się pół godziny, trzeci raz przyjechał pijany… To był taksówkarz wzywany przez Eli hotel, stąd miałyśmy okazję zaznajomić się bliżej z jego stylem pracy…

  

Uczestniczki podczas rejestracji odbierały gustowną maratonową bransoletkę i delikatny szal – w czterech kolorach do wyboru… Fot.: Vera Rajentova

Jola:

Sam maraton był doskonale zorganizowany. Ajit, Svetlana – duże ukłony! Goście byli zadowoleni!

Ania:

Organizatorzy zasługują na kilka zdań więcej. Po pierwsze: ekipa liczyła raptem pięć czy sześć osób, a wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku! Sześć dni imprezy to duże obciążenie. Nie wiem, jak organizatorzy to robili, ale cały czas byli z nami!

  

Wszyscy czuliśmy się zaopiekowani, NAPRAWDĘ chętnie przez nich goszczeni i mile widziani. I TAŃCZYLI!!! Nie tylko ze sobą, także ze swoimi gośćmi.

  

Nie chodzili z kijkami w tyłkach, nie robili ważnych min, nie udawali bardzo zajętych – choć z pewnością byli, bo impreza sama się nie ogarnie. Uśmiech, zabawa, integracja – taki to był maraton!

Ajit Bubber i Svetlana Nekrasova – you are an example of perfect organizers for others!

Oczywiście nie obyło się bez kółek wzajemnej adoracji, ale były tak nieliczne, że nie stanowiły problemu. Ale po kolei…

Jola:

Przedmaratonowo, w środę, odbyła się impreza integracyjna. Zero tanga, za to dużo drinków i przesympatycznych rozmów w fajnej przyhotelowej knajpie na plaży. Tu zawiązały się pierwsze znajomości i sympatie… 😉 Oceniłyśmy: niezłe chłopaki 🤣🤣🤣. Wracałyśmy z imprezy rozchichane i pełne optymizmu na kolejne dni.

Ania:

Do integrowania się na takich imprezach zdecydowanie brakuje mi właściwych kompetencji społecznych. Nie zaprzyjaźniam się z całym światem w pięć minut (za to jak już, to… wiedzą ci, którzy przeskoczyli przez mur 🤣). Wolę rolę obserwatorki. Na szczęście dziewczyny były w swoim żywiole: Anielica rozprawiała ze wszystkimi dookoła, do Eli Włosi hurtowo ciągnęli, na Jolandę dybały południowe chłopaki, a ja… robiłam zdjęcia 🤣🤣🤣 I mnie robiono 🤣

  

Jola:

Czwartkowa premilonga odbyła się w amfiteatrze tuż przy plaży. Miejsce bardzo fajne. Jedyne zastrzeżenie: mało sprzyjające podłoże, ale dało się.

Tańczyłyśmy i świetnie się bawiłyśmy, wymieniając pierwsze tangowe opinie🤣🤣🤣 Uznałyśmy, że 90% tand było bardzo dobrych, a wśród nich kilka wręcz znakomitych.

A na koniec Anielica z Jolandką odpląsały chacarerę 😊

Ania:

Im dłużej tańczę, tym niewygodne podłoża mniej mnie rajcują. Jasne, z Bogiem tanga zatańczy się i na krawężniku… Tu były fragmenty kamieni całkiem tępe i mocno śliskie, jak to na takim podłożu. Muzyka niosła, więc i ja  dawałam się ponieść bez zbytniego wybrzydzania 🤣 Na schodach poustawialiśmy sobie różnorakie napoje i biesiada tangowa była przednia.

  

Jola:

W piątek zaczął się maraton. Miejsce trochę na uboczu, ale niezbyt daleko. Sala bardzo ładna, dobry parkiet, jedyne zastrzeżenie to oświetlenie, no ale…. Nie to jest najważniejsze.

  

Ania:

Tu się ciut nie zgodzę – i dobrze, bo samo słodzenie prowadzi do mdłości 🤣 Oświetlenie robi klimat. Nie wiem, dlaczego panuje moda na fioletowo – niebiesko – czerwone reflektory, w których człowiek wygląda jak trup w prosektorium… Na zdjęciach może i ładnie, ale na miejscu oczy bolą. Na festiwalu jestem w stanie to znieść, do maratonu mi kompletnie nie pasuje.

  

Ta konkretna sala ma potencjał, by być inaczej oświetlona. Przeszkadzało mi, jak na popołudniowej milondze, kiedy jeszcze można było skorzystać z promieni zachodzącego słońca, robiono prosektorium… A przecież w sali wiszą przepiękne żyrandole z ciepłym naturalnym oświetleniem, wykorzystanym chyba tylko raz, i to przez dziesięć minut… Nawet zrobiłam zdjęcie, ale gdzieś zniknęło. Do tego nadmiernie mrożąca klima… Nie, nie lubię zimna, w tangu zwłaszcza. Rozumiem, że jak się tańczy, jest gorąco. Ale jak się zamarza od razu po zejściu z parkietu – to nie jest przyjemne. Na szczęście są to drobiazgi, które… może przeszkadzały tylko mnie..?

  

Jola:
Wracając do organizacji: OGROMNA dbałość o uczestników, ich dobry humor, pełne brzuszki i nawilżone gardła 🤣 To pierwszy mój maraton, na którym bez limitu był alkohol wszelkiego rodzaju: wino białe i czerwone, piwo, wódka, whisky… Dostępne na okrągło! A mimo to NIKT nie był pijany. Wszyscy się świetnie bawili.

Ania:

Organizatorzy zadbali również o wino musujące – w tym moje ulubione różowe!

Właśnie z powodu bogato zaopatrzonego baru jeździłyśmy taksówką 🤣 Niektórzy raczyli się tymi mocniejszymi trunkami, ale rzeczywiście podczas całej kilkudniowej imprezy nikt nie przeholował.

Cena maratonu była standardowa, zaopatrzenie rewelacyjne. Przekąski, dania ciepłe, owoce – systematycznie uzupełniane i w żadnym momencie niczego nie brakowało.

Jola:

Zakończenie, czyli after, też był inny. Spotkaliśmy się ponownie bez tanga, tym razem na dzikiej plaży w dość prymitywnych warunkach.

Ania:

Nie było gdzie zrobić siusiu, dlatego ograniczyłam ilość konsumowanych napojów.

Jola:

Tańce oczywiście były, grupowe i solo.

Dużo śmiechu i radości z przebywania ze sobą. Pizza, przekąski i znowu alkohol 🤣

Roman pizzowstąpiony… 

I chociaż było już po maratonie, a alkoholu w bród, to jakoś wszyscy znowu zachowali umiar.
Ania:

Koniecznie muszę napisać, że na jednej z popołudniowych milong TDJ-ką była nasza Ania Pietruszewska. Zagrała set alternatywny. W ciągu półtorej godziny dostała trzy razy (!) brawa i zaproszenie na za rok. Roman Hatalak z Krakowa także zagrał, jak należy.

Spotkanie w gronie organizatorów i TDJ-ów.

Warto też dodać, że na imprezach zagranicznych jest okazja nie tylko do zawarcia międzynarodowych znajomości, ale także tych krajowych, a nawet warszawskich 🤣 Zacznę od tych ostatnich: otóż jest wśród nas niejaki Tomek S., który jest jednym z pionierów nowoczesnego tanga. Od lat się ze mną pięknie wita i żegna, ale nigdy nic nie teges. Na rodzimym parkiecie to jakoś tak nie miałam gotowości… ale na obczyźnie myślę sobie: no nie może tak być! Zatem podeszłam, serdecznie się przywitałam i wprowadziłam jedno z moich najsubtelniejszych cabeceo, czyli: „Na parkiet! Ze mną! Teraz!” Tak się wystraszył, że wykonał… 🤣

Jego partnerka Beatka okazała się bardzo fajową dziewczyną. Chłopaki – świetnie tańczy! Jak się nauczycie, polecam 🤣 Oj no dobrze, nie mogłam się powstrzymać,ale przecież wiecie, że Was doceniam. Przynajmniej kilkunastu 🤣

Ekipa z Krakowa także okazała się super, a panowie z tych świetnie umiejących, więc za granicą wstydu nie było 🤣 No i na koniec międzynarodowe znajomości… Zaraz zapraszam wszystkich na nasz warszawski festiwal Recuerdo. Naprawdę sympatyczni ludzie, do tego dobrze lub świetnie tańczący. Bawiliśmy się fantastycznie.

Na uboczu w eleganckim otoczeniu panie mogły poprzymierzać sukienki, poprawić makijaż i napić się wina 😉

Jola:
Maraton był średniej wielkości, około 140 osób. Poziom jak zawsze zróżnicowany, ale dosyć dobry. Przewaga osób dobrze tańczących, ale tych zajebiście było tylko kilku 😉Pozostali – poziom średni, no i było troszeczkę osób na poziomie podstawowym.

Ania:

Trochę czasu już minęło… Nie pamiętam tych podstawowych… Może z nimi nie tańczyłam..? Pamiętam fantastyczne tandy, świetną muzykę, rewelacyjne abrazos… Czasem na całej imprezie jest miło, ale dupy nie urywa. Na tej mi urwało…

Jola:
Podsumowując – bardzo fajna, wesoła impreza. Warto połączyć z ciut dłuższymi wakacjami, bo wyspa podobno piękna, a pogoda zawsze super 😊

A poza tangiem…

Jola:

Pomysł wyjazdu na Cypr powstał nam w głowie już bardzo dawno. Tam nas jeszcze nie było! W mig ogarnęłyśmy bilety i mieszkanie.

Ania: Oczywiście ogarnęła Jolandka, bo ja w tym względzie jestem trochę specjalnej troski… Jak kiedyś ogarnęłam nam Berlin, to się okazało, że wylądowałyśmy na 4 p. bez windy po stronie dawnej NRD… Ale wtedy Jolandka zwaliła się ze schodów na parterze, żeby nie było!

Jola: Tym razem pojechałyśmy we cztery, oprócz mnie i Ani była z nami kolejna żądna przygód podróżniczka Ania P. i najspokojniejsza, co nie oznacza, że mniej szalona – Ela. Miałyśmy wynajęty samochód, a ruch lewostronny nie był problemem, bo opanowała go do perfekcji Ania P.

Ania: Anielica Bielskiego Tanga – bo o niej mowa – zdradziła nam sekret prowadzenia samochodu po drugiej stronie: trzymać się lewego krawężnika. Przy mojej lateralizacji światła z naprzeciwka pokazujące się z innej strony działały na mnie jak mocny drink: kręciło mi się w głowie i nie wiedziałam za bardzo, co się dzieje. Potraktowałam to jako dodatkową nocną rozrywkę – bo przyleciałyśmy po północy.

Jola: Mieszkałyśmy w świetnym apartamencie tuż przy plaży, więc przedpołudnia spędzałyśmy na słońcu.

Ania:

To znaczy: my we trzy mieszkałyśmy w apartamencie. Ela wybrała hotel – też zresztą przy plaży.

Jednego popołudnia zaprosiła nas na opalanie i lunch.

W eleganckim otoczeniu nie bardzo mogłyśmy się obnażać, więc topless zachowałyśmy na naszą mini plażę. Miło spędziłyśmy czas, w pięknych okolicznościach otoczenia.

  

Tak się wczułyśmy w rolę dam, że zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową w kapeluszu Ani P. – każda po kolei, bo my cztery, a kapelusz jeden 😉 Efektem jestem zachwycona 😁

  

  

W międzyczasie przeglądałyśmy Eli kiecki…

Jola:

Wyspa podobno piękna, ale poza kilkoma pobliskim plażami nic nie zobaczyłyśmy. Czasu mało i jakoś chęci do zwiedzania było brak 😁😁😁

Ania: Raz nawet miałyśmy ambitny plan pojechać na najpiękniejszą plażę tej strony Cypru… ale jakoś nam nie wyszło. Starożytne ruiny też nas nie pociągały – tyle razy widziałyśmy je w różnych stronach świata, że obejrzałyśmy je z pewnej perspektywy (czyli okna samochodu) i uznałyśmy za zaliczone 😁 Ale podobno jest kilka miejsc, które warto zobaczyć…

Wniosek? W maju 2019 – powrót!

  

Gryf Tango Marathon – lipiec 2018

To była trzecia edycja, a moja pierwsza.

W Szczecinie mam najbliższą rodzinę: siostry mojego taty z mężami i ich dzieci, czyli moje cioteczne siostry i ich (duże już, oj duże…) dzieci. M.in. dlatego (ciocie i wujki coraz starsi) w tym roku zamiast festiwalu w Sitges – XXV! – wybrałam Gryf. Sitges podobno gorsze niż rok temu – doniosła (Piękna) Jolanda.

Gryf dobry.

Foto: Tom Photos

Miejsce odstrasza – przynajmniej mnie – nazwą: Stara Rzeźnia. Ale postanowiłam się przemóc. Zostało zrewitalizowane i Łasztownia, na której się znajduje, tętni życiem. Hotelu tam nie ma, ale taksówki w Szczecinie są chyba najtańsze na świecie, a na pewno w Polsce. Opłata początkowa 2,90 (!). W Warszawie – 8 zł. We Wrocławiu chyba ze dwa razy tyle… W ciągu dnia za kurs z hotelu przy Wałach Chrobrego płaciłyśmy 7 zł, w nocy 14 zł.

Organizacja maratonu – ok.

  

Na przywitanie – spersonalizowany kubek. Idea była taka, żeby nie babruchać środowiska platikiem. Zacna, a jakże. Tylko bałam się, że mojemu coś się stanie… Więc go zabrałam, a codziennie przynosiłam jednorazowy w kwiatki… No wiem, głupol ze mnie i ekolożka-hipokrytka… Ale pracuję nad sobą… Czasem…

Parkiet świetny.

Muzyka – rozpoczęłam w piątek późną nocą i nie narzekałam. Proporcje płciowe właściwe. Warunki do cabeceo dobre, jeśli siedziało się w odpowiednim miejscu. Chociaż nie od dziś wiem, że jak któryś chce akurat ze mną, wyciągnie mnie nawet spod stołu (tak właśnie).

Rejs statkiem był miłym urozmaiceniem.

Chociaż widokowo zbyt wiele się nie działo. Stocznia, Wały, statek jakiś… Ot co.

Tangowo ludzie dawali radę. Ja z założenia nie tańczę na statkach, tylko chłonę atmosferę, obserwuję i robię zdjęcia… Było wesoło i smacznie. Zostaliśmy poczęstowani przekąską (młode pokolenie obsługiwało nas bardzo sympatycznie), a Ela K., jak na damę przystało, rozprowadziła kontrabandę w postaci czerwonego wina – po łyku dla mnie, niej samej i Anielicy Bielskiego Tanga Anny Pie. Ktoś udokumentował ten fakt cyknięciem zdjęcia, ale jeszcze do mnie nie dotarło. Rodzajów obuwia było wiele. Podziwiam tańczących w japonkach. Ja nie umiem. Bałam się, że nie tylko przy boleo. ale przy zwykłym pivocie mój klapek może wylądować między oczami pana siedzącego na górnym pokładzie…  

Flesh mob musi być!

W taką pogodę, o takiej porze roku… Niestety nie uczestniczyłam, bo jestem aspołeczną dziwaczką, nie lubię tańczyć na nietangowym podłożu i nie zamierzam ze sobą w tym względzie walczyć. Czasem mi się zdarzy, ale od czego to zależy – nie wiem ja sama…

Fot: Tom Photos

Atmosfera super, organizatorzy też, ale…

Poprawiłabym jedną rzecz: catering. Główne danie na gwizdek od 22.00. – sprawdza się, jeśli wszyscy mieszkają w miejscu maratonu. Polowanie na bułki i czekanie do 5.00. na rogaliki (czasem bywam do końca, czasem nie) nie jest dla mnie atrakcyjne. A pomiędzy NIC. Są oczywiście różne strategie i podejścia, może się czepiam… Ale kompletny brak czegokolwiek właśnie pomiędzy jakoś mi zgrzyta. Podnieść cenę o dychę i kupić w supermarkecie ciasteczka i banany..?

Podsumowanie: TAK.

Wiele objęć, których nie ma się na co dzień – ale o tym piszę przy każdej maratonowej krajowej okazji. Nowe znajomości, czasem dziwnie zawarte… Jak moja z pewnym poznaniakiem, który najpierw wprowadził na mnie swoją partnerkę (weszła obcasem w moje śródstopie), jako rekompensatę zaproponował tandę, dostał kosza, ale tak pięknie następnego dnia mnie wykabeceował, że było baaardzo miło…).

Chcecie dobrze tańczyć – jeździjcie!

Ale najpierw zasuw! Technika! Nawigacja! Nie ma, że „nułewo jest przestrzenne, więc wierzgam”! Brakuje Ci przestrzeni – znaczy się: nie umiesz tańczyć! Machanie nogami i łażenie w poprzek to tangowy blamaż! Też mam na sumieniu heh… Kiedyś machnęłam… i dziewczynie w parze obok nie dość, że rozdarłam spódnicę, to mało się nie przewróciła, bo zjechała jej do kostek niemal z majtkami… Od tamtej pory staram się pilnować, ale – przyznaję – raz na jakiś czas mi nie wychodzi…

Abrazo! (Bestia) Ania

 

 

„Lost boy” – tangowe i pozatangowe Anioły – aby życie było pełniejsze

W piątek razem z naszą adoptowaną Minnie pojechałyśmy na plan teledysku promującego psie adopcje (jeden teledysk już JEST, nagrany przez młodzież, niech będzie ich jak najwięcej). Pełniutką relację widzianą jej oczami i całą zdjęciową dokumentację zamieszczam na samym końcu 😃

W tym wpisie chciałabym się skupić na aspekcie bycia wrażliwym… tym razem nietangowo.

Jestem zachwycona, że wśród nas jest tyle osób traktujących zwierzęta i w ogóle dary natury jako dobro i cud. Potrzebujących jest cała masa… I tak: bez wsparcia inicjatyw kulturalnych wiele z nich nie może się odbyć. Nadal najłatwiej jest zebrać środki na chore dzieci. Chwała tym, którzy się angażują w pomoc. Ja częściej pomagam zwierzętom, bo same o siebie się nie upomną, zwłaszcza w najpodlejszych czasach w historii Polski po przemianach roku ‘89, gdzie zwierzęta są bestialsko mordowane na coraz szerszą skalę. Foki, dziki z azylu (!!!), osobiste zaproszenie na odstrzał bobrów… Nie chcę żyć w takim kraju z takimi ludźmi! O środowisko trzeba dbać,a nie je dewastować!

Foto: Grupa INCO – dbamy o środowisko.

Na szczęście są też Anioły, i to dużo ich pośród nas.

Jest takie miejsce – Akademia Tańca Tomasza Potockiego na Wolność – w którym systematycznie odbywają się milongi charytatywne (z loterią fantową – każdy los wygrywa!), z których dochód przeznaczony jest na pomoc bezdomnym kotom. Monika, szefowa interesu, weganka z ekologicznym nastawieniem do życia, działaczka społeczna – uruchomiła sklep internetowy przyjazny środowisku (zajrzyj TU). 

Nasza tangowa koleżanka Dorotka z Wrocławia stworzyła grupę ludzi, która pomaga znaleźć domy psom z przepełnionego schroniska na krańcu Polski (tym z najmniejszymi szansami, czyli dużym i często już niemłodym). To całe przedsięwzięcie: transport, domy tymczasowe, socjalizacja, leczenie, sterylizacje, zabezpieczenie przeciw pchłom i kleszczom… Na to potrzebne są pieniądze. No więc Dorotka zbiera wokół siebie ludzi, którzy deklarują comiesięczną stałą wpłatę (każde 5 zł się liczy!!!) – dzięki temu może zaplanować wydatki. Grupa się rozrasta, ma super Team. Działa od końca 2016 roku. Wyciągnęła z największej chyba mordowni 35 psiaków, z czego 20 ma już swój dom. Do tego potrzebny też jest czas. Dorotka oprócz tańczenia tanga jest konserwatorką zabytków. A przecież jej doba nie ma 40. godzin… 

Nietangowa Joanna prywatnie przygarnia porzucone zwierzęta. Ma ich pod opieką kilkanaście. Nie, to nie jest zbieractwo. Szuka im domów w miarę swoich możliwości, synowie dzielnie ją wspierają. Też je leczy i socjalizuje, bo trafiają w różnej formie. Organizuje bazarki, na których sprzedaje pozyskane różne przedmioty (np. nietrafione prezenty), a pieniądze przeznacza na utrzymanie zwierzęcej menażerii. Joanna nie ma własnego domu, tylko wynajmuje. Stoi przed dużym wyzwaniem: w nowym domu musi zbudować nowe kojce (info TU ). 

Nasza tangowa koleżanka Ida jest wolontariuszką w schronisku na Paluchu. Kawał swojego czasu przeznacza na pomoc najbiedniejszym psim przypadkom. Angażuje się w socjalizację i szukanie domów. Kto nigdy nie był w schronisku, nie wie, jak duże to wyzwanie i jakie emocjonalne obciążenie. To cudowne, że są ludzie, którzy potrafią unieść ten ciężar i powodować, że jest on nieco lżejszy.

Foto: z profilu Idy na Facebooku. 

Zechciej zrobić coś dobrego dla zwierzaków. One same sobie nie poradzą.

Ich traktowanie świadczy o naszym człowieczeństwie. Podziel się groszem. To tak niewiele, a tak wiele… Bez pieniędzy niestety niewiele da się zrobić, ale jednak coś można… Mam następujące propozycje:

1. Raz w tygodniu – żeby mniej wrażliwi nie zarzucili Ci spamowania – udostępnij post zwierzaka szukającego domu. To naprawdę działa, a nic nie kosztuje. Aktualnie – m.in. – domu szuka miły i kontaktowy Harold.

2. Weź udział w kociej milondze na Wolność. Nie chcesz nic losować? W każdej chwili możesz podarować fanty na loterię.


Foto: demotywatory.pl

3. Dołącz do adopcyjnej grupy wsparcia Dorotki. Zadeklaruj wpłatę 5 czy 10 zł miesięcznie. Takich osób jest kilkadziesiąt, robi się znacząca kwota. Dorotka zawsze wszystko dokładnie rozlicza. Grupa jest tajna i są w niej tylko osoby pomagające tym konkretnym psom. Chętnie udzielę Ci wszelkich informacji i dołączę do grupy, nie bój się pytać.

4. Masz niepotrzebne durnostojki, nietrafione prezenty, torebkę w dobrym stanie, niepasujące Ci perfumy? Przekaż na bazarek Joanny (nie masz? Wpłać na KOJCE). Ty się uwolnisz od zbędnych rzeczy, Joanna uzyska pieniądze na weterynarza czy karmę. Zorganizujemy odbiór, o to się nie martw.

Foto: blog.ipleaders.in

5. Wybierz sobie jakąś prozwierzęcą fundację i pomóż, a najlepiej pomagaj systematycznie. Można też wspomóc konkretnego zwierzaka, np. w Fundacji Azylu pod Psim Aniołem (stąd jest Minnie), chociażby przez adopcję wirtualną. Nie chcesz się deklarować? Nie szkodzi. Zawsze są dodatkowe wydatki: na diagnostykę, leczenie, itp., można wpłacać jednorazowo.

6. A może masz w swoim domu i sercu miejsce na zwierzaka? Te po przejściach miewają problemy, ale są też bezproblemowe. Nasza Minnie to słodycz i generator miłości, jedyny kłopot jest wtedy, kiedy domaga się głaskania akurat, kiedy Blanka ma korepetycje lub ja chcę jeszcze spać 😃 Albo jak naleje w dywanik – ten łazienkowy lub przedpokojowy do butów 😃 Nie dlatego, że nie była na spacerze, tylko dlatego, że lubi i już 😃 Dla nas jednak to nie jest problem, mamy pralkę 😃 Ale pewien adoptowany dżentelmen zjadł naszemu tangowemu koledze połowę tarasowych drzwi… Podziwiam ludzi, którzy w takich sytuacjach nie pozbywają się psa, tylko szukają rozwiązania. Od tego są psi behawioryści, żeby pomóc.

Można też dać dom tymczasowy. Tak bywa u nas, stąd fejsbukowa Tangowa Chatka.

Adopcja to bardzo poważna decyzja i odpowiedzialność, nie każdy człowiek jest godzien, by opiekować się istotą słąbszą i całkowicie od niego zależną.

7. Chcesz psa rasowego? Najpierw się dowiedz, czy poradzisz sobie z rasą, która Ci się podoba. Najwiecej pogryzień dzieci jest przez domowe labradory; yorki to pełnokrwiste terriery, wydaje im się, że są wielkości doga, poza tym ich pielęgnacja kosztuje; husky to psy stadne, pociągowe, potrzebują dużo ruchu i zajęć z człowiekiem, inaczej będą uciekać, bo mają tendencje do włóczęgostwa… Nawet najpiękniejszy zwierzak, najsłodszy szczeniaczek – nie jest pluszakiem, tylko czującą istotą.

Nie kupuj z pseudohodowli, bez rodowodu, bo „tylko do kochania”! Nie zgadzaj się na dowóz szczeniaka. Jedź, sprawdź, w jakich warunkach żyje suczka. Nasza Minnie była eksploatowana przez 10 lat, a potem odwieziona do schroniska (lepsze to niż porzucenie w lesie), bo rodzenie dwóch szczeniaków było nieopłacalne… Minnie ma tylko krzywy zgryz, nie wiadomo, jakim psem była kryta, ale jest duże prawdopodobieństwo, że sprzedawano szczeniaki obarczone różnymi wadami. Wydatki związane z leczeniem pokonały niejeden budżet. Stąd tak dużo porzuconych psów niby – rasowych.

Są tacy, którzy pomagają i dzieciom, i zwierzakom, a i kulturę szczodrze wspierają.

Moim marzeniem jest, aby każdy człowiek miał potrzebę zaangażowania się w pomoc, także finansową. Rzadko jest tak, żeby naprawdę nie można dać nawet złotówki. Jak się pomaga, życie jest pełniejsze, ma inne wibracje… Chciałabym, aby żaden zwierzak nie był lost

Z moich osobistych obserwacji wynika, że ten, kto wspiera zwierzęta, prędzej wesprze drugiego człowieka, niż ten, co dla czystego sumienia przekaże czasem grosz na pomoc jakiemuś dziecku. Dobre i to oczywiście. W tym przypadku dla mnie cel – pomoc – uświęca środki.

Z pozdrowieniami
(Bestyjka) Ania

A jak było na planie teledysku promującego adopcję psów? Okiem Minnie:

Foto: Instagram aktorki Olgi Bołądź

Mamusia wywiozła mnie w wielki świat! Pojechałam na plan teledysku, który będzie promował psią adopcję. Fajnie, że osoby rozpoznawalne włączają się w takie akcje. Mamusia powiedziała, że zrobi specjalny album, w którym umieści te celebryty, które zasługują, aby mieć z nami zdjęcie.

A na planie – najpierw się troszkę bałam. Mamusia to czuła, więc trzymała mnie na rękach. Usiadłyśmy na kanapie. Odwróciłam się do wszystkich pleckami, o! A było tam kilkanaście innych – dużych! – psów, wszystkie ze schroniska, dwa nadal szukające domu. Jeden spod Lublina (ten kosmaciutki), jeden z Warszawy. Oba zrównoważone, ten kudłaty bardzo wesoły – bo młodziak. Mamusia mówi, że są cudne. Ktoś chce, niech pisze do nas!

  

Posiedziałyśmy z pół godzinki – praca na planie to podobno głównie czekanie, tak powiedział Leszek Stanek, który w tym teledysku zaśpiewa. Przy nas nie śpiewał – nie wiem: dobrze to czy źle? No więc siedziałam sobie i jak już troszkę się oswoiłam z nową sytuacją, odwróciłam się do psiaków i obserwowałam wszystko z kolan mamusi.

Po jakimś czasie mamusia stwierdziła, że mam się integrować. Zapięła mi smyczkę i postawiła na ziemi, żebym sobie chodziła i się z psim koleżeństwem zapoznawała. Było nas dwie dziewczynki (oprócz mnie – miła amstafka) i dziesięciu chłopców. Oj, niektórzy troszkę awanturni między sobą! Na szczęście nad naszą gromadką czuwała pani behawiorystka Kasia (Akademia Cztery Łapy). Jak ona pięknie ogarniała nas i naszych ludzi! Tłumaczyła nasze zachowania, podpowiadała, co robić. Prawdziwa fachowczyni! Kto ma kłopot z psim zachowaniem, pewnie ma kłopot też ze swoim – Kasia da radę! Moja mamusia nie ma kłopotów, a ja jestem jej szcząsteczkiem na świateczku całym!

Zdjęcia nie były łatwe. Jak w stojącą grupę psów wbiega inny i goni go człowiek, to różnie mogło być… Dzielnie to znieśliśmy, a ja tylko troszkę za mamusią się chowałam i tylko przy pierwszym ujęciu! No może i drugim. A wcześniej, w ramach integrowania się, uznałam, że ludziowe kolana są po to, żeby mieć na nich psa! Więc mamusia mnie prowadzała na smyczy, a ja hops! Na kolana pani fotografce.

Pan aktor przykucnął, zanim się zorientował – to ja mu hops! 

Inna mamusia głaskała swojego synka, a ja hops! A co!

Że Oldze Bołądź też hopsnęłam – już wiecie.

Kto kucnął – miał mnie zaraz na kolanach. Pani behawiorystka kucnęła, żeby zrobić z nami zdjęcie – to ja hops!

Byłam najsprytniejsza! Mai Ostaszewskiej też bym hopsnęła, ale nie kucała.
Potem była przerwa na obiad. Mamusia jadła jakieś coś bez mięsa, więc nie pachniało zbytnio kusząco. Mogłam się zrelaksować.

I tak właściwie to zostałam królową dużej kanapy. Siedziałyśmy na niej tylko ja i mamusia, bo jak już się oswoiłam, to postanowiłam rządzić na dzielni i kłapałam na tych, co za bardzo zerkali w naszą stronę. Potem znowu zagrałam! Pojawiły się smaczki, więc się nie bałam i dzielnie stałam przed mamusią! Pani behawiorystka powiedziała, że jestem zuch dziewczyna! Teraz czekamy na efekt. Mamusia mówi, że jestem taką kruszynką, że może mnie wcale nie być widać. A mamusia wie, co mówi. Nie jest kruszynką, a jak grała w teledysku tangowym, to na ekranie było widać jej włosy przez 0,2 sekundy… Tu zapowiedź i troszkę (maleńką) nas widać 😃

Dotarłeś/łaś do końca? Zuch! Nie każdy podobno lubi czytać. Jak udostępnisz, z pewnością jakaś sierota dostanie potrzebną pomoc, bo to naprawdę działa…