Blog

Beskid Summer Tango Marathon – sierpień 2019

Z powodów różnych publikacja trochę się odwlokła, ale jest! A opisać warto. Wiadomo, że impreza jest na tyle udana, na ile się bawisz. A ja bawiłam się wyśmienicie. Nie zawaham się powiedzieć, że to był mój najbardziej udany maraton. A trochę ich odbyłam, w kraju i za granicą.

 Bardzo dobry poziom tangowy.
 To duży sukces zebrać tylu świetnie tańczących. NIE MIAŁAM ZŁEJ TANDY! Muzyka niosła, partnerzy byli naprawdę ach ach, wiele nowych abrazos okazało się bardzo tak. Dlatego lubię wyjeżdżać: odrywam się od codzienności, jestem tam i nigdzie indziej. Im dłużej jestem w tangu, tym bardziej doceniam jego funkcję socjalną – chociaż nadal jak jadę na tango, to ono jest dla mnie najważniejsze.  
Muzyka niosła.
 
Może trochę inaczej ustawiłabym kolejność grania, ale to jest zawsze kwestia indywidualnych preferencji: ja lubię tak, ktoś może lubić inaczej. Moją szczególną sympatię zdobył TDJ z Grecji, każda tanda była „po mojemu”. Zestaw wszystkich didżejów można znaleźć na opisie minionego wydarzenia, więc nie będę wszystkich wymieniać. Dodam tylko – wcale nie przez sympatię, a w uznaniu – że granie Bielskiej Anielicy Tanga Anny Pietruszewskiej w niedzielne południe było bardzo smaczne. Aż szkoda, że nie wszyscy byli. Pietruszka na śniadanie i obiad – ale nie tylko! Anna gra naprawdę energetycznie, dlatego ze swoim 
soft nuevo zapraszana jest  ma coraz więcej imprez, nie tylko w Polsce. 
Prowadziłam!
Jak już byłam stańczona do upadłego, wskakiwałam w płaskie butki, a czasem prowadziłam też w szpilkach. W końcu nauka u świetnych nauczycieli (Kasi Chmielewskiej i Mateusza Kwaterko z Caminito) zobowiązuje i nadszedł czas, abym była aktywna jako liderka nie dlatego, że nie ma panów (bo byli, balans był ok), tylko dlatego, że mam już co zaproponować partnerkom. Jeszcze skromnie, ale jest progres na tyle, że może tańczyły z grzeczności, ale nie z obrzydzeniem. 
Raz nawet tak się zdarzyło, że kiedy tańczyłam tradycyjnie, jako partnerka, partner w uniesieniu padł mi do stóp...

Atrakcje
Pogoda dopisała, więc przejazd beskidzką ciuchcią do Bielska-Białej był bardzo udany (wiem z opowieści, bo dla mnie godzina była zbyt wczesna). Okolica piękna, więc kilka osób zdecydowało się wspiąć na Klimczok. Ponieważ niedawne pozaszlakowe zdobycie Ślęży wystarczy mi na długo, nie zdecydowałam się na taką eskapadę. 
Warsztaty z naszą polsko-argentyńską parą: Luizą i Marcelo Almiron, bardzo się podobały, a bytność na dodatkowych zajęciach z canyengue widać było na maratonowym parkiecie (wiele par tańczyło!). Pokaz w trakcie sobotniej nocy był pięknym akcentem, rzadko spotykanym na maratonach.  
Zdjęcia Krzysia są TU, TU i TU a Szymona TU, TU i TU. 
A ostatniego dnia zaśpiewał dla nas Gonzales Federico, który ma piękny głos, umie śpiewać (a to nie zawsze oczywiste) i jest słodki... 
Mieszkać w jednym miejscu to zaleta.
Tym razem byliśmy w Bystrej w 4* hotelu Golden Tulip, część osób zatrzymała się w wyremontowanych domkach. Ja z dziewczynami początkowo też byłyśmy w domku, ale uznałyśmy, że czasy skautów mamy za sobą i przeniosłyśmy się do hotelu. Nigdy nie mam czasu, aby skorzystać z atrakcji dodatkowych: SPA, jaccuzi, basenu (ten ostatni nie bardzo lubię, a właściwie nie lubię wcale, bo pływanie mnie nudzi). Kuchnia hotelowa była smaczna: śniadania obfite i urozmaicone, ceny restauracyjne przyjazne – przy dobrej kuchni.  
Hehehe…
Uwielbiam Beskid Tango Marathon.
Edycja letnia udała się fantastycznie. Edycja zimowa udaje się od lat. Od ubiegłego roku odbywa się w hotelu Belweder w Ustroniu – rejestracja w toku! Info o wydarzeniu TU, a miejsce rejestracji znajdziesz TU. Zachęcam do zaplanowania tego w swoim kalendarzu, bo zabawa jest przednia, a w tym roku zagrają TDJ-e znani i lubiani, m.in. nasi warszawscy twórcy Radia Tango Uno i Milongi Uno: Dorota Zyskowska i Marcin Błażejewski. 
Pijama party oczywiście się odbędzie! Relacja z ubiegłego roku: TU (zdjęcia niestety zeżarło po transferze bloga na inny serwer). 
Wylaszczyłam się.
Więc może pomyślę o piżamce seksi… Pisałam kiedyś, że postanowiłam wrócić do dawniejszej formy cielesnej. Udało się. Mój nowy wpis na ten temat niebawem, ale bardzo mnie cieszy ma smukłość osiągnięta (i utrzymywana) wcale nie aż tak bardzo katorżniczo, za to pod czujnym okiem fachowczyni. 
Lubisz mnie czytać?
Zamów moją najnowszą książkę. Przedsprzedaż edycji limitowanej trwa tylko do 30.09.2019 r. To powieść psychologiczno-obyczajowa, tym razem z przedwojennym tangiem jako znaczącym elementem przetrwania II wojny światowej. Akcja dzieje się na przestrzeni dwóch miesięcy 2018 roku. Książka jest o relacjach międzyludzkich, zjawiskach pozazmysłowych i tym, że KAŻDY ma tajemnice…
 Edycja limitowana da Ci:
 * niższą cenę niż wydanie standardowe
 * uszlachetnioną okładkę i lepszy papier druku
 * dedykację wraz z osobistą (dla Ciebie lub dla wskazanej przez Ciebie osoby) przepowiednią Złotego Smoka na rok 2020. Nie wierzysz w „takie rzeczy”? Nie musisz, one wierzą w Ciebie...  
Cena: 35 zł + wysyłka. Chwilowo sklep strajkuje, pisz do mnie na priv.

Złota Milonga – urodziny Eli

Złota Milonga, 10/11.08.2019

Foto: Ela Fijałkowska

Dlaczego opisuję urodziny jednej z tanguer? Tej, a nie jakiejś innej? Swoich też nie opisałam. A mogłam! Przyszło prawie 80 osób, więc właściwie powinnam. A może opisałam i nie pamiętam? To prawdopodobne, bo nie żyję przeszłością. 
Urodziny były w sobotę!
Złota Milonga ożyła jak za dawnych lat. Kiedyś były bale! Karnawałowe… Przebierańcowe… Ostatnio mam wrażenie, że ta najpiękniejsza tangowa sala na świecie (znasz piękniejszą? Pokaż!) nie chce żyć milongami. Może się mylę? Może, jak staruszka, niepotrzebnie wracam do przeszłości? Może polityka firmy jest nastawiona na kursy? Ale nie o tym ten post. Wróćmy do urodzin.



Jubilatka jest niezwykłą tangową osobą. 
Po pierwsze: nie marudzi. A my, tangowcy, to uwielbiamy! A to nie ta godzina, miejsce, muzyka (o, to JA. Nie znoszę starych smętnych rzępołów i trzeszczących żyłopodcinaczy), nie ci partnerzy (też JA), nie te partnerki (a tak, tak), za gorąco (to w życiu NIE JA! W tangu ma być gorąco!), za ślisko (NIE JA! Nie znoszę tępoty w żadnym aspekcie), za tępo (JA absolutnie!)…


Kameralnie.

Ela wspiera tango.
A to zaprosi świetną argentyńską parę (NIE! Nie „sprowadzi”. Robi to bezinteresownie i dostała za to po nosie). A to dofinansuje imprezę jedną i drugą. Co ma w zamian? Różnie ma. Życie. 
Sto lat!
Zaśpiewaliśmy pełną piersią, niezależnie od jej rozmiaru. Gospodarz zauważył, że byli nawet tacy, co nie fałszowali hehe. Nie wierzysz? Zobacz! Cudownie, że pogoda dopisała i mogło się wszystko odbyć tak, jak się odbyło.
Iza Kopeć - tangowa diva jest jedna!
Zaśpiewała ot tak, bez przygotowania, utwór Piazzoli. Nooo... Ale to jest DIVA! Nagrała płytę tangową, w grudniu będzie miała koncert w Warszawie - must be!!! 



Było lepiej niż w sylwestra.  
Tak powiedziała Pani Ania, a przecież wie, co mówi. Ela zadbała o wypasiony catering (krewetki, cuda na patyczku + pyszne desery – ja w ograniczonym zakresie, bo nadal się wylaszczam). Jakub Milonga zorganizował strzelające (po cichu!) ognie, co było bardzo fajne, widowiskowe, nieinwazyjne dla uszu (ludzi i okolicznych zwierzaków). Zresztą: zobacz TU. Krzysztof Ersz ma mały sprzęcik (nie projektować! Chodzi o foto/video!), ale sprytny! 

Tort.


Mniamuśny. Dwa torty. Beza… Owoce… A ja grzeczna. Pokazałam mojej pani doktor od diety, jak chcę zgrzeszyć (mini mini!!!), a ona mi 1/5 zwykłej porcji zredukowała do 1/100. No trudno. Smak poczułam. Pycha! W szampanie toastowym (nie byle jakim, o nie!) nawet nie zamoczyłam ust.

 

Odbijango.
Jak to na urodzinach. Fajne było to, że gospodarz zarządził parkietem: panowie ustawiają się w kolejce. Czasem chaos jest fajny, ale mnie się ten porządek podobał. Jubilatka oszołomiona i szczęśliwa – i o to chodziło. A na koniec znowu zapłonął ogień… Zobaczcie TU, oglądajcie do ostatniej sekundy.
Żadnych kwiatów.
Nie wszyscy się zastosowali (nie doczytali prośby Eli albo jednak chcieli wręczyć urodzinowego kwiata – były pojedyncze sztuki, bardzo piękne). Jubilatka prosiła też, żeby zamiast prezentów wpłacić na fundację, której posty udostępnia, a która zbiera pieniądze na ciężko chore dzieci (wpłacać można cały czas, KLIKNIJ). My z grupką dziewcząt, która lubi Elę, poza wpłatą zrzuciłyśmy się na mały prezencik, za to spersonalizowany. Bo tak całkiem bez symbolicznego podarunku jednak nie chciałyśmy świętować. 
Szaleństwo zaczęło się po.
Muzykę puszczał nasz polski Argentyńczyk, Marcelo Almiron. Tango tangiem, ale szaleństwo sobotniej nocy odbyło się, kiedy tangowcy opuścili parkiet... 
To była gorąca noc. Żyj nam, Elu, zdrowo i smacznie jak do tej pory!
Dziewczyny zaczęły szaleć, a Jurek sobie zaszalał ze sobą…
A tu wcześniej. Jadł z ręki, tylko do zdjęcia się krygował…
Janusz miał swoje, a zerkał łapczywie na Beatkowe…
Towarzystwo ą ę…
… a Kubuś największy łakomczuch!
Kiedy tango nie przeszkadza…
… a nogi mają różne kolory i stan zużycia…
… to potem się idzie przez park.

Harce w Kikowie – obóz tangowy, lipiec 2019

Fot. Anna Gołosz
Jedziemy! Ja jako liderka, dziewczyny jako podążające. Tak, miałyśmy jechać we trzy. Zawirowania jednej z nas sprawiły, że pojechałyśmy we trzy, ale trochę inaczej i ta trzecia zorganizowała sobie partnera. Zajęcia prowadziły naprzemiennie dwie pary: warszawska ze szkoły Caminito, czyli Kasia Chmielewska & Mateusz Kwaterko oraz Ola Niesler & Michał Zachariasiewicz z Katowic. Nie mam ich wspólnej foty, więc dam widoczek. 
Widok z naszego pokoju, który mieścił się w przyziemiu i miał wyjście na coś, co kiedyś będzie tarasem z piękną panoramą widokową.
Jak obóz, to i opieka kaowca, co nie?
Tak to sobie wyobrażałam, pamiętając wyjazdy na kolonie i obozy młodzieżowe. Czas się przyznać: nigdy nie byłam na obozie tangowym! Maratony, festiwale, drugie krańce świata, a obozu nie zaliczyłam… Najpierw się nie składało, potem też nie, a później uznałam, że mi się nie chce. Aż tu mi się zachciało, tylko w tej drugiej roli.
Fot. Anna Gołosz.
Kików to znane miejsce warsztatowe.
Odbywają się tu zajęcia z różnych dziedzin, także odjechanych. Otoczenie przepięknie sielskie, przyroda o tej porze roku w rozkwicie pobudzała zmysły. Kuchnia obfita i pyszna, generalnie wegetariańska, chociaż pojawiała się swojska kiełbasa na śniadanie i można było zamówić kurczaka na sobotni obiad. Zajęliśmy cały ośrodek. Byliśmy podzieleni na dwie grupy, a ponieważ sala była jedna, zajęcia były prowadzone naprzemiennie (każda grupa miała tyle samo zajęć z obydwiema parami na zmianę). 
Fot. Anna Gołosz.
Zaczęliśmy w czwartek 25.07. 
Moja grupa ruszyła od razu po przyjeździe o 15.30., potem salę przejęła druga grupa, następnie spotkaliśmy się wszyscy na kolacji. W planie był wieczór filmowy. Myślałam, że to takie hasło wywoławcze i że czas spędzimy dynamiczniej, integrując się (przyjechaliśmy z całej Polski, ja prawie nikogo nie znałam). A tu nie! Grzecznie zalegliśmy na materacach, co poniektórzy z flaszką wina, i obejrzeliśmy „Lekcję tanga” Sally Potter (ciekawe, czemu nie używa pierwszego, jakże słodkiego imienia: Charlotte?). 
Foto: Internet.
Film uroczy i bardzo edukacyjny. 
Estetyka ruchu zmieniła się tak bardzo… Te kroki wyglądające niezdarnie... Boleo bez wdzięku... Okazuje się, że to ostatnie wraca do łask i nawet się później uczyliśmy jako boleo retro... Tak więc wieczór był spokojnie udany, ale mało integracyjny, bo jak tu się integrować, kiedy każdy rozwalony na swoim kawałku materaca? Pewnie jakiś quiz dałby nam się poznać, może nawet byłoby wesoło? Można zadać tyle pytań… Na przykład: po cholerę ludziom tango? Opowiedz jednym zdaniem: … Albo: obejrzyj video i powiedz, jakich głupich skojarzeń przypadkiem nie masz... 
Kuchnia nas rozpieszczała.
Siusiu i spać!
Bo od świtu o 8.30., praca z ciałem! Czyli rozciąganie, które nieforsownie, z dużym wdziękiem i skutecznie (czuliśmy to, a jakże!) prowadziła Kasia. Bardzo nas zgrabnie motywowała. Na każdy nasz pokraczny ruch seksownie muczała: „...dobrze… cudownie… bosko...”. Tak, ja we własnym imieniu i ciele lazłam razem z jutrzenką, by prężyć me mięśnie i rozluźniać powięzie. A wieczorem powtórka. 
Był czas na słoneczne lenistwo, a to lubię.
Zajęcia były dwa razy dziennie.
Więc znajdowałam czas na słoneczny relaks. Plus praktyka. Beatka powiedziała, że jeszcze godzinę techniki by wrzuciła, ale na szczęście nie przyszło im to do głowy i trochę można się było powylegiwać, bo jak by ta technika była, oczywiście bym poszła, a wolę leżeć. 
Nie tylko ja lubiłam leżeć, nie tylko ja…
No dobra, ja czasem też.
I kotka lubiła!
I pies lubił! Fot. Anna Gołosz.
Ogólnie zajęcia były bardzo fajne. Na praktyce nauczyciele byli do dyspozycji i poświęcali tyle czasu, ile kto wymagał. A ja wymagałam specjalnej troski… Miałam pewne obawy, że nie sprostam jako prowadząca (Kwaterki lubują się w katowaniu biedaków sacadami i bolełami w ilościach hurtowych i na raz), że Beatka będzie się ze mną męczyła/nudziła/wkurzała... 
Dałyśmy radę! 
Wszystkie zajęcia były rozwijające niezależnie od tego, ile kto tańczył. Bo oczywiście jak zwykle najważniejsze i nie do zdarcia są podstawy… Które na wyższym etapie swojej tangowej edukacji można w zupełnie inny sposób eksplorować. 
Na suficie mieliśmy milongowe urozmaicenie.
Milongi były dwie.
W tym jedna w dniu moich imienin. Nawet się przygotowałam, czyli przywiozłam ze sobą stosowne wiktuały. Ale ponieważ nie jem takich rzeczy (po co - pisałam TU, a jak mi idzie – TU i niebawem nowy wpis w tym akurat temacie!), a zajęcia były absorbujące – wieczorem zapomniałam o wałówce i została w pokoju. A tu przypomnieli sobie po północy, że Anie (dwie już poszły, zostałyśmy we dwie), że jakiś walc… 
O matko!
Kazali tańcować na środku! Bardzo to było sympatyczne, bo przyszli panowie, którzy tak normalnie nie garnęli się do tandy. Dlaczego – okazało się później (więc o tym później). Ale żeby nie było tak po prostu, Ola i Kasia też przyszły… I to ja miałam je prowadzić! W walcu! Nie obie naraz, po kolei. Normalnie mało zawału nie dostałam.
Kolejnego dnia ożywienie wprowadziły urodziny Jacka.
Naszego, warszawskiego. Mam nadzieję, że zaczną z żoną znowu chodzić na milongi. Honor imienin Ań uratowała inna solenizantka, która rozstawiła słodkości od hallu po salę balową. Jubilat polał prosecco. Poza tymi dwoma przerywnikami milongi toczyły się spokojnie i bez szaleństwa. Obydwaj dje zadbali, abyśmy się zbytnio nie zmęczyli i nie rozbrykali, tylko grzecznie szli spać i mogli wstać na poranną gimnastykę. 
Taki kandydat na tanguero nas odwiedził. Był przeuroczy i bardzo przyjazny.
Nadszedł czas ostatnich zajęć.
Moja grupa miała jako pierwsza, więc podczas opalania podglądałam grupę drugą.  
Podglądałam przez okno hehe…
Relaks po trudzie i znoju…
My mieliśmy boleło ze szczytowaniem „na trzy”, oni – grane finale. I na koniec relaks. Tak się wczułam w okoliczności całości, że chcąc ukazać piękno otoczenia, omal nie waliłam się w przepaść...
Taras był solidny, drewniany, jednak bez barierki, a w dół jakieś 2,5 – 3 metry…
Na szczęście skończyło się osunięciem ze stopnia (kto ciekawy – podgląd TU).
Uściski, całusy,,, Czyli czas pożegnania.
Najpierw oczywiście zbiorowa fota. 
Ustawiamy się do zdjęcia…
W takich sytuacjach wychodzi charakter… 
…ustawiamy…
Jedni ustawiają się ze śmiechem, inni na poważnie, a i wypchnięcie koleżanki z kadru się zdarzyło… 

Udało się! Jesteśmy prawie w komplecie – bo zawsze kogoś jednak brakuje…
Foto: Ania i Sławek Sulenccy.
Potem pyszny obiad i… adieu! 
Właśnie przy pożegnaniach wyszło, że troszkę tej integracji na początku zabrakło… Że panowie nie rwali się do tańczenia z nieznanymi sobie dziewczynami, bo byli onieśmieleni… Jeden nawet napisaną przeze mnie książką! I zastanawiam się: może czas przybrać pseudonim? Kostek Anecki – czyż nie uroczo? 
My wyjeżdżamy, następni przyjeżdżają…
Czy warto było jechać taki kawał..?
Ależ po stokroć tak!!! Ja w ogóle uwielbiam wyjazdowe imprezy, bo jednak zawsze poznaje się nowych ludzi. Poza tym na wyjeździe jestem na wyjeździe i nie myślę o tym, że zapomniałam kupić papier toaletowy. A i pigułka tangowa jest bardziej skondensowana, nie można się nie rozwinąć. 
Fot. Anna Gołosz.
Najbliższy wyjazd?
Summer Beskid Tango Maraton. Nocujemy w jednym miejscu, w nowym hotelu świeżo wybudowanym. Zarzynamy się tańczeniem dla przyjemności. Odpoczywamy z widokiem na Klimczok. Chcesz dołączyć? Daj znać, spróbujemy podziałać…

Oto książka, którą onieśmieliłam przesympatycznego kolegę – do zamówienia u mnie, wezmę kilka na Beskid. Do zobaczenia!

UNO – urodzinowo!

Przygotowania.

Nie wiem, czy oni specjalnie tak się dobrali? Stworzyli unikatowy, rewelacyjny duet djski w skali świata (a tak! Pokażcie mi taki drugi! Nie ma!). Obojętnie, które z nich gra (osobno lub razem), wiadomo, że lipy nie będzie. Mało tego! Urodzili się w jednym tygodniu (Dorota raptem dwadzieścia lat temu, Marcin ze dwadzieścia dwa przed nią), więc zasadne jest, że robią urodziny razem.

Grafika z zasobów Doroty i Marcina na Facebooku.

Nie dziwota, że kiedy jest Milonga Uno, Samo Centrum Wszechświata pęka w szwach. I że przyszły tłumy. Także zagraniczne.

Wesoło i energetycznie.

Gospodarze (jakby kto nie wiedział – a może, bo środowisko się rozwija, coraz nas więcej i może ktoś tu zawita po raz pierwszy?), czyli Dorota Zyskowska & Marcin Błażejewski = Radio Tango Uno, sprawnie radzili sobie z witaniem gości, przyjmowaniem życzeń i tańczeniem, a przecież jeszcze trzeba było grać!

Foto: Dorota Mtanguera.

Dorota chyba zatrudniła sobowtórkę, bo świetnie łączyła wszystkie role.

Foto: Dorota Mtanguera.

Marcin był tak skołowany ilością prezentów i świetną atmosferą, że w pewnym momencie poczuł się nie jak jubilat, a pan młody. Jednak nie dopadły go urojenia i nie słyszał „gorzko! gorzko!”, bo nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby otumaniony szczęściem wziął Dorotę za pannę młodą i dorwał się do całowania…

Jak urodziny, to walc odbijany.

Na żywo! I to był doskonały pomysł. Ja miałam taki, żeby z powodu ilości chętnych zagrać całą tandę, ale byłoby to niepraktyczne, bo zbyt wąskie gardło wstępu na salę taneczną uniemożliwiło uczestniczenie w tym obrządku ponad połowie gości.

Żeby się dostać do pana młodego… Stop! Jubilata! Trzeba czasem podskoczyć, czasem podfrunąć…

„Opowiedzieć, co tam się dzieje? To ja może…”
„… pokażę. O! Tak tańczą!”

Więc walc wybrzmiał jeden, za to Troilo. I tu kolejna niespodzianka: na akordeonie zagrała Ula Wojtkowiak, znana jako dj Ulita, mistrzyni gyrokinesis (takie hocki-klocki usprawniające ciało, bardzo przydatne w tangu) i tanguera, która sprowadza rewelacyjne buty do tanga włoskiej firmy Entonces (mam dwie pary, moje stopy je kochają). Nie wiedziałam, że gra na czymkolwiek (dowiedziałam się, że na pianinie też), a ona na dokładkę zaśpiewała! Na skrzypcach zagrała Joanna Okoń, która występuje tylko w miejscach o światowej renomie, czyli np. Carnegie Hall w Nowym Jorku i na Milondze Uno…

Asia, Ula i Wojtek Czekoladka jako wsparcie techniczne 😄

Jak urodziny, to i słodkości.

U bram czekał na wszystkich gości talon na wino, stoły usiane były bonbonami, a punktem kulminacyjnym był oczywiście tort (podarowany przez córkę Marcina – Hanię i jej mamę Agnieszkę) oraz BABECZKI… Aaa!!!ale jakie!!!

Winyle w wersji mniam 😄 Zdjęcie: Agata Dębowiak.

Nie od dziś wiadomo, że nasza warszawska tanguera Agata Dębowiak robi takie cuda, że aż szkoda zjeść! A smakują równie pysznie, jak wyglądają.

Agatka (w środku) sprawia, że ślina cieknie po brodach zarówno dam, jak i dżentelmenów 😄

Niestety tym razem nie spróbowałam, bo się wylaszczam i jestem konsekwentna (po co – napisałam TU, a jak mi idzie – TU). Za to lud częstował się tak łakomie, że co nieco wylądowało na podłodze… Czekoladowe płyty winylowe zostały pochłonięte, czekoladowy gramofon Marcin wiózł do domu niczym najdroższe trofeum 😄

Marcin się bał, że jakiś złoczyniec podstępnie się zakradnie i pożre… Zdjęcie: Agata Dębowiak.
Edit: Marcin się dopatrzył, że jego gramofon nie ma napisu „Tango”. Przeprowadził błyskawiczne dochodzenie w temacie: kto zlizał?! Okazało się, że napis odpadł przed imprezą i pewnie Agatka go zjadła…
Ściana z luster od ziemi do sufitu robi wrażenie. Zwłaszcza na panach – służby operacyjne doniosły, że tak ustawiają partnerki, aby je podziwiać w pełnej krasie… Foto: Dorota Mtanuera.

Najbliższa Milonga UNO już w tę niedzielę!
Czyli 21.07.2019 r.

Poniżej kilka zdjęć – te bez podpisu popełniła Dorota Mtanguera.

❤️
Za chwilę odpalenie tortu. Ten przystojniak po lewej powiedział, że zaczyna naukę tanga!
Sto lat! Sto lat!
Tłumy…
Na parkiecie nie było bałaganu.
Tłumy…

Paparazzi podglądają słodkości…
Kto na co dzień prowadzi hulaszczy tryb życia, na imprezie potrzebuje czasem odsapnąć…

Niby nietangowo, a jednak! Część 2

Mija miesiąc, od kiedy wprowadziłam rewolucyjno-opresyjną politykę konsumpcyjną. Po co? Bo tak! Gdyby kto był dociekliwy, to TU są szczegóły.

W drodze na szczyt…

Jak coś robię, to robię na maxa albo wcale.

Dlatego weszłam w cały program dietetyczny. Nigdy w życiu nie jadłam tak dużo i tak często. Podstawowym błędem przy redukcji masy jest nadmierne ograniczanie kalorii. Jak ma w piecu buchać, jak się do niego nie dorzuca? Konar płonie, następnie się tli, a potem zostaje popiół. Trzeba do pieca dokładać. No więc mój piec jest ciągle zasilany. Moja egzystencja koncentruje się na jedzeniu, piciu 4 litrów wody z mikroelementami i sikaniu. Reszta czynności wykonywana jest niejako przy okazji. No i trenuję.

Pedałowanie mnie nudzi, ale trzeba…

Dobrze by było 5 x w tyg., ale to niemożliwe. Dodatkowo są wakacje, więc jakieś wyjazdy wpadają… Gotowych posiłków wtedy nie mam, ale jestem konsekwentna. Zgrzeszyłam raz: jak się wspięłam na Ślężę.

Smaczny grzech…

Podsumowując:

1. Wyniki badań lepsze, chociaż nie były złe. A lepsze parametry to skuteczniejsza profilaktyka. Lepsza jakość ciała. Zwiększona wydolność. Lepsze samopoczucie (ja akurat nie mam z nim problemu, ale gdyby osoby depresyjne i z zaburzeniami nastroju zaczęły od dobrze dobranej diety, efekty zobaczyłyby bardzo szybko.

BMI i masa tłuszczowa zmalała, mięśniowa niestety też. popracuję nad tym.

2. Na minusie 2 kg. Nie jest to dużo, ale podobno widać. Za to w obwodzie brzucha – 4 cm!!! Niestety aparatura pokazała, że oprócz tłuszczu spaliłam też 40 dkg mięśni, a to z powodu zaniedbania picia białkowo-enzymatycznych koktajli. Jestem najedzona, nie mam na nie miejsca! Ale trudno, wcisnę, zobaczymy efekt za miesiąc.

Koktajl proteinowy i elektrolity z mikroelementami. Lubię.

3. Tak to jest zorganizowane, że codziennie (oprócz sobót i niedziel) jadę po odbiór diety, przy okazji ćwiczę w kameralnej sali treningowej. Nie lubię, bo jestem z natury leniwa, ale widzę, że jednak się rozkręcam i coraz mniej się zmuszam, a coraz bardziej zaczynam lubić. Aaa! Straszne heh. Radochę sprawia mi taki kręciołek na ręce. Fajowy!

100 obrotów do przodu, 100 do tyłu. Liczę! Opór regulowany.

I nieźle znoszę bieżnię. Powie ktoś: a nie lepiej zasuwać w plenerze? Dla stawów na pewno nie, bo jednak to bieżnia, a nie asfalt czy chodnik, ma podłoże skonstruowane specjalnie do chodzenia/biegania. Ktoś powie: przy normalnej pracy to niemożliwe. Zapewniam: kwestia chęci i zarządzenia sobą w czasie. Moim zdaniem lepiej przez dwa miesiące dostosować tryb funkcjonowania do poprawienia jakości własnego życia niż potem tracić czas na lekarzy, diagnozy i nie zawsze skuteczne medykamenta.

4. Dzięki składnikom, które pochłaniam, nie mam ochoty na żadne śmieci, mam energię i nie jestem senna – co jest dziwne, bo mam niskie ciśnienie, a pogoda ostatnio wariuje.

Jest jeden minus.

Który może mieć znaczenie dla osób praktykujących zero waste. Dotyczy wszystkich tego typu diet, a niektórych nawet bardziej. Codziennie pozostaje góra plastiku (diety w opakowaniach steropianowych to jeszcze gorsze rozwiązanie). Mam nadzieję, że niebawem naczynia biodegradowalne zadomowią się na naszym rynku – zmierzamy do zakazu używania plastikowych jednorazówek i mam nadzieję, że do niego dojdziemy.

Widzę zmianę, która będzie moim nawykiem.

Nie doceniałam kasz! A to podobno one powodują, że nie ma się ochoty na pięterko ptasiego mleczka czy orzechowe Prince Polo. Słodycze mi jak ręką odjęło! W diecie czasem zdarzyły się dwa posiłki na słodko. Poprosiłam o jeden, w zupełności wystarczy.

Po treningu.

Z radością wkraczam w drugi miesiąc.

UNO VinyLove – Samo Centrum Wszechświata

Miałam napisać jeden post podsumowujący ostatnie imprezy, ale TA zdecydowanie zasługuje na indywidualny wpis. Po pierwsze: w Warszawie TAKA milonga odbyła się po raz pierwszy. Po drugie: po pierwsze wystarczy 🙂 Na początek trochę informacji ogólnych.

Milonga UNO na stałe wpisała się w tangową przestrzeń stolicy.

W rzeczywistości budynek wygląda ładniej 🙂

Miejsce na Chłodnej 29 – „Samo Centrum Wszechświata” – jest klimatyczne i przyjazne. Oczywiście znajdą się ci, dla których jest za ciepło/za ciasno/za jakoś, natomiast fakty są takie:

* przychodzą tu ci, których gdzie indziej rzadko można spotkać;

* NIE MA bałaganu na parkiecie! Tańczący w poprzek zdarzają się rzadko, a ci, których przyuważyłam, to niby tangowi wyjadacze, a jednak tetrycy. O poziomie tanguero nie świadczy ilość machniętych sakad i boleł (hehe…), a umiejętność docenienia tańczenia w rondzie. Dla tych, którzy nie rozumieją, dlaczego lepszy fun niż brykanie w rozgwiazdę daje porządek na parkiecie i że ronda nie jest „ograniczeniem ekspresji”, a właśnie zwiększeniem energetyki – niebawem stworzę osobny wpis;

* pewność DOSKONAŁEJ muzyki. Dorota i Marcin, razem i osobno – grają rewelacyjnie. Nie ma smędolenia, jest zróżnicowana energetyka, jakość dźwięków zawsze świetna. Konstrukcja tand, przerwy pomiędzy utworami i długość cortin są zawsze właściwe. Po warsztatach djskich, które Dorota z Marcinem organizowali, umiem odróżnić dobrze i źle ułożoną i zagraną playlistę, ale pogodziłam się, że ludzie rwą się zarówno do uczenia, jak i do grania – nie mając o tym pojęcia, a jedynie wyobrażenia… Wiem! Ja Wam zagram i Was nauczę! Chyba na cymbałach gry w głuchy telefon…;

* średnia wieku jest zadowalająca dla wszystkich bywalców (nie słyszałam, by ktoś narzekał);

* można uraczyć podniebienie pysznymi drinkami, ciachami i lodami;

* obsługa jest FANTASTYCZNA! Miła, uśmiechnięta, dowcipna 🙂 Pan menadżer jest przystojny, w bardzo odpowiednim wieku, ma dobre gabaryty i diabła w oczach. To wszystko marnowałoby się po próżnicy, ale! Obiecał, że będzie tańczyć! A sposobność nauczenia się nastąpi już niedługo, ponieważ przed środowymi milongami ruszą lekcje pod dowództwem Marcina, czyli połówki Radia Tango Uno. Służby operacyjne mi doniosły, że uczy rewelacyjnie. To dobrze, bo czekam na menadżera na parkiecie…

* parkiet większy niż był U Aktorów, cały posypany talkiem, więc na poślizg nie można narzekać. Dyskretne oświetlenie pomaga stworzyć sympatyczny nastrój, chociaż wiadomo, że ten tworzą (oprócz gospodarzy) ludzie i na milondze UNO dobrze im wychodzi.

Organizacja przestrzeni – jak dla mnie – jest odpowiednia.

W sali do tańczenia się tańczy, a kabeceuje, gawędzi i flirtuje w przestrzeni do relaksu z dobrze zaopatrzonym barem.

Jak frekwencja przyłomocze, co zdarza się coraz częściej, bywa ciasno, ale moim zdaniem lekka atmosfera i powiew świeżości rekompensuje ewentualne zagęszczenie. Można odetchnąć na zewnątrz w kawiarnianym miniogródku. Ci, co chcą ze sobą zatańczyć, odnajdują się bez problemu.

In tuch: „Nie leń się, tylko wbijaj!”

W lato ma być ciepło.

Ja osobiście NIE ZNOSZĘ!!! sztucznie i nadmiernie wyziębionych sal, więc nie znoszę też narzekania, że „jest za gorąco”. NIE MA ZA GORĄCO! Chyba że słońce świeci na głowę w środku lata, ale wtedy wystarczy założyć kapelutek i gotowe. Tu klima jest nieinwazyjna i tylko w przestrzeni barowej. Jak się tańczy, jest ciepło (w sali pootwierane są okna), i dobrze! Polscy panowie, zamiast narzekać na gorąco i kleić się od potu już po pierwszej tandzie, mogliby wziąć przykład z kolegów z południa, gdzie zimno bywa rzadko, a oni są świeżutcy do końca milongi.

Sekret południowców jest prosty.

Idąc na milongę, psikają/smarują antyperspirantem nie tylko pachy, ale czoło, tors i plecy. Dzięki temu przyjemnie z nimi tańczyć nawet w trzeciej godzinie milongi. Ale to inny temat.

UNO VinyLove – WE LOVE IT!

Frekwencja dopisała. Ba! Dowaliła. Miejsce pękało w szwach. Zjechali się ludzie z wielu miast. To świadczy, że stajemy się bardziej świadomi i wyrobieni. Zagranicznych też nie brakowało. Sam sprzęt do odtwarzania płyt robił wrażenie. I to jakie! Zagranie milongi z winyli to nie jest puszczenie playlisty daj Toshiby, to nawet nie jest układanie jej na bieżąco podczas milongi. To ogromne wyzwanie i kawał trudniej roboty. Jakość dźwięku z płyty winylowej od dźwięku cyfrowego odróżnią zapewne jedynie co wprawniejsi słuchacze, dlatego dobrym pomysłem jest zorganizowanie milongi, na której można by zaprezentować dany utwór z winyla i cyfrowy (tak było na końcu tej milongi, ale nie wszyscy doczekali).

Podpytałam o szczegóły techniczne TAKIEGO grania.

* „Non stop pełna uwaga, nawet sobie wypić nie można” 🙂

* płytę się zmienia z kawałka na kawałek, albo Dorota gra dwa utwory, Marcin jeden i cortinę, lub Dorota pierwszy utwór, Marcin drugi z innej płyty, a potem różnie… Najlepiej by było mieć dwie takie same płyty, bo czasem utwór pasujący do tandy jest na drugiej stronie. Do tego odpowiedni anturaż… Dorota zawładnęła wyobraźnią panów, wdziewając do białej sukni białe przylegające rękawiczki… „Winyle nie lubią palców, po których zostają ślady, do których z kolei przylega kurz, ten potem się zapieka pod igłą i słychać trzaski” – stwierdził Marcin, a Dorota: „Kiedy w zrobienie jedzenia wkładamy serce posiłek nie tylko smakuje lepiej, lecz często pojawia się jakaś magia. Kiedy gramy tango, wkładamy w to serce, a szacunek do muzyki ubrany jest w białe rękawiczki”;

* raczej nie ma całej tandy z jednej płyty, bo byłoby nudno (zdaniem Marcina, choć tu były trzy, z przygodami). A jak jest, to dodatkowa trudność, bo trzeba pilnować trafienia w „rowki” 🙂 „Żeby tanda była ciekawa, trzeba z takiej płyty wybrać najlepsze perełki, co się wiąże z tym, że puszczasz najpierw utwór drugi, potem siódmy, następnie odwracasz płytę i puszczasz utwór czwarty, a potem pierwszy. I cały czas trzeba pilnować celowania w „rowki. Ręka nie może drgnąć i trzeba robić to szybko, bo przerwa między utworami powinna wynosić około 4 sek., maksymalnie 7, potem ludzie zaczynają niecierpliwie zerkać w stronę didżeja”;

* „Najlepiej zmieniać płyty co utwór. Jeśli mamy kilka płyt na tandę, jest mniejszy stres i zapewniona płynność”;

* trzeba uważać, by przy dotykaniu płyty igłą mikser był ściszony, bo inaczej rozlega się nieprzyjemny, bardzo głośny zgrzyt i ludzie na parkiecie narażeni są na utratę słuchu. Złe policzenie utworów i nie trafienie w odpowiedni „rowek” skutkuje tym, że w tandzie tang pojawia się milonga…;

* „Zapewniam, że za stołem didżejskim adrenalina jest na najwyższych obrotach”.

Pasja to nie wszystko.

Tu trzeba być zdrowo nawiedzonym, żeby ładować ogrom forsy w podróże do BA, zakup płyt, transport i czyszczenie, a potem jeszcze targać to wszystko (gabaryty pakunków to mniej więcej pojemność bagaży przewożonych dyliżansem na początku XX wieku). Dorota zademonstrowała, jak na co dzień trzeba się z płytami obchodzić. W białych rękawiczkach to mało powiedziane! A ile męskich fantazji tym wzbudziła…

NAJWIĘKSZY, NAJCIĘŻSZY BŁĄD IMPREZY – Edit: NAPRAWIONY!

Okropny. Tragiczny. No bo jak to tak? Wszędzie trąbią, że nie należy dokazywać bez. A tu nikt nie pomyślał o! O czym? No o czym?! Nie o czym, a o kim!!! O fotografie z prawdziwego zdarzenia, z właściwym sprzętem! Który by pstryknął odpowiednie foty, kiedy Dorota w tej sukience i rękawiczkach oddawała się czułym głaskom…

Zdjęcia są! Warto rzucić okiem na ALBUM Agatki.

Za wcześnie wyszłam.

Mam sporo pracy twórczej, więc trochę się szamoczę z uciekającym czasem, a właściwie z sobą samą… Do tego jestem w trakcie żywieniowej rewolucji, co skutkuje np. tym, że zachciewa mi się spać o godzinie 23.00. (kładę to na karb detoksykacji i regeneracji,która następuje właśnie podczas snu). Następnym razem najwyżej zdrzemnę się w ogródku, ale wytrwam!

Czy potrzebna jest większa przestrzeń?

Na milongę UNO moim zdaniem nie, to jest świetne. Na VinyLove – przydałaby się. Z dużo wcześniejszym ogłoszeniem terminu. Myślimy nad miejscem!

A oto garść opinii o tym, co się działo:

* „Genialna akcja! Ekipo Uno – dzięki serdeczne! Przyznam, że do tej pory nie wgłębiałem się w jakość dźwięku ponad: trzeszczy czy nie trzeszczy/dudni czy nie dudni” – Łukasz W.;

* „Magią tchnęły te białe rękawiczki – sterylna laboratoryjna czystość odczuwalna nie tylko słuchem, ale i wzrokiem” – Piotr;.

* „Od dawna jesteście moimi muzycznymi idolami, a z każdą Waszą akcją podziw i wdzięczność rosną” Beata Maia;

* „Te niestandardowe układy tand, te dysocjacje w głośnikach różnych instrumentów MNIAM !!!” – Marcinu (nie, to nie błąd, wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi 🙂 ).

Wypowiedzi entuzjastów zaczerpnęłam z podziękowań pod postem w grupie Milonga Uno. Wypowiedzi Marcina B. są cytatem z krótkiej naszej pogawędki. Szykujemy się do wywiadu, tylko zgramy terminy!

Ania.

P.S. Kto chce moją książkę na wakacje – dla siebie, na prezent, dla tangowych i nie – ostatnie egzemplarze u mnie i w Złotej Milondze!

Niby nietangowo, a jednak! Część 1

Tango to ruch, czasem wielogodzinny. Czyli niby zdrowo. To dlaczego tak wielu z nas ma kłopoty zdrowotne i nieładną sylwetkę? Kiedy zaczynałam tangową przygodę, przez pierwszy rok tańczyłam trzy razy dziennie: na lekcji, praktyce i milondze. Albo na lekcji grupowej, prywatnej i milondze. Byłam albo w drodze na tango, na tangu lub w drodze pomiędzy tangami… Byłam smukła jak trzcinka.

Z czasem ciało przyzwyczaja się do określonego wysiłku.

Napędza się metabolizm. Ale! I to jest słowo, które rujnuje wszystko co jest przed nim! Z czasem zmniejszasz intensywność ruchu, bo „więcej umiesz i już nie musisz uczyć się tak intensywnie”. Albo Twoje treningi są „bardziej skondensowane”, lub „nie masz czasu”. Do tego zaczynasz konsumować różne rzeczy, bo przecież „masz taką figurę”, to „ci wolno”.

Masz taką figurę, dopóki prowadzisz ustalony (wcześniej, ze sobą) tryb życia.
Jak go zmienisz – utyjesz. Jedna z warszawskich nauczycielek była trzcinką, teraz jest rozłożystym dębem. Inna miewała różne etapy, teraz wygląda lepiej niż 10 lat temu. Dramaty losowe mogą znacznie zredukować masę ciała – o ile ktoś, jak ja, jest dramatospalaczem, bo są tacy, co kryzys zajadają w trójnasób. Mnie dobrze robiły miłosne zawirowania, ale chyba już wszystkie przeżyłam i dawno żadne zawirowanie nie zrobiło na mnie wrażenia.

Tłustość jest chora.
Zanim rzucą się na mnie obrońcy rozmiaru XXXL, niech przeczytają ze zrozumieniem:
* nie komentuję estetyki – de gustibus
* NIE ZNAM człowieka z nadwagą, który byłby zdrowy!
* chudość zewnętrzna MOŻE BYĆ tłusta w środku – i o tym napiszę dalej.

Ale po chu…steczkę piszę to TU?
Bo mam dobre serce 🙂 Chciałabym, żebyśmy byli zdrowi i sprawni do późnych lat. Może kogoś zainspiruję do zdrowej zmiany? Można mnie spotkać, obejrzeć, jak wyglądam dziś. Zobaczyć, jak będę wyglądała za dwa miesiące… Mnie toksyny przemiany materii oblepiają równomiernie, ale nagminnie widzi się wystające męskie brzuchy (przy często mikrawym korpusiku), rozdęte damskie talie na cienkich nóżkach… Mogą się komuś podobać, mogą komuś nie przeszkadzać, ale warto mieć świadomość, że NIE są oznaką zdrowia. Są osoby wręcz chude, które sprawiają takie wrażenie, bo nie mają masy mięśniowej, za to tę niezdrową tkankę tłuszczową, z cholesterolem, i owszem.

Są też osoby (dotyczy to pań), które chwalą się, że wszystko jedzą i są szczupłe i zdrowe. Oby. Ale z perspektywy 10 lat mojego tańczenia widzę, że niestety to „wszystko” jednak zawsze wyjdzie, prędzej czy później, w zdrowej oponce hehe…

Tłuszcz jest potrzebny.

Nie można się go całkowicie pozbyć, ale wszystko zależy od proporcji. Warto to sprawdzić. Wczoraj to zrobiłam i… Skład oraz konsystencja mojego ciała nie są dla mnie zadowalające. Generalnie jestem zdrowa. Jakieś tam guzki na tarczycy, czasem łupnie mnie w stawie jednym lub drugim… Cytologia I, ciśnienie w normie, BMI właściwe, czego się czepiać?

Proporcji masy mięśniowej do tłuszczu.

Niektórzy wmawiają innym, że „wiek robi swoje”. Zapewne, jeśli się o siebie nie dba. A ja przez ostatnie kilka lat żyłam, jakby jutra miało nie być. I jakbym miała metabolicznie napędzony organizm jak 10 lat temu. Wystarczy obejrzeć zdjęcia tangowe sprzed 10, 8, 5 lat… Nogi pań często tak samo zgrabne, ale korpus, ramiona, szyja, twarz… Ja też nie jestem taka jak 10 lat temu. I nie będę. Ale toksyn się pozbędę. Postanowione.

Próbowałam… się oszukiwać.

Słuchałam domorosłych specjalistów od diet („najważniejsze są kalorie”, „keto! Tłuszcze górą”, „lody nie tuczą”…), nie umiejących pozbyć się swoich toksycznych złogów. Coś tam ograniczałam, jakąś dietę zamówiłam, suplementy, koktaile, grupa na fejsbuku… Ostatnio pomyślałam o Ewie Chodakowskiej (jej trening chyba by mnie zmiótł z tego świata). Podsumowując: uprawiałam dłubaninę bez nadzoru. I jeśli teraz myślisz, że jakiś nadzór będę chciała Ci sprzedać – to nic z tego. Każdy robi, co uważa.

Odkryłam dla siebie rozwiązanie dostępne na wyciągnięcie ręki.

Tango jest niesamowite dlatego, że mamy w swoim środowisku wszystko i wszystkich. Mamy specjalistów, wynalazców, naukowców. I mamy tanguerę, która jest lekarzem, na dodatek zrobiła doktorat z żywienia leczniczego, a teraz robi habilitację. Nie dość, że ludzi odchudza (bez efektu jojo!), to także leczy – i ma na to stertę badań prowadzonych od 20 lat. Sama wygląda bardzo dobrze, jest reklamą tego, co robi. Nie dowierzam znajomym (lub nie), którzy wciskają drogie kremy albo urządzenia, którymi handlują, a sami wyglądają jak purchawki.

Wracając do zdrowego żywienia – do niedawna słyszałam, że ludzie jeżdżą do dietetyka do Łodzi. Warszawiacy mają na miejscu. Postanowiłam zakończyć latanie z wywieszonym jęzorem za własnymi złudzeniami, tylko wziąć się za siebie, po prostu.

Wszystko zaczyna się w jelitach.

Coraz więcej badań pokazuje, że choroby cywilizacji to dieta napchana złymi kaloriami i uboga w składniki odżywcze. Dlatego w krajach wysoko rozwiniętych ludzie z uboższych środowisk są otyli. „Życie jest za krótkie, żeby sobie odmawiać” (przetworzonych syfów, fastfoodów, chemicznych napojów…) – tylko co to za życie, jak człowiek chory? Ja się uważam za osobę, która poza grzechami generalnie zdrowo się odżywia. Okazuje się, że robię błędy żywieniowe. Mój ukochany zakwas z buraków, który uwielbiam i piję szklankę dziennie, powinnam albo rozcieńczać, albo wypić z litr wody, ponieważ skoncentrowany wcale dobrze mi nie robi…

Depresja, Hashimoto, słabe libido, choroby narządów i wiele innych – leczy się dietą!

Ja postanowiłam zadziałać prewencyjne i wziąć się za sprzątnięcie swojego organizmu, bo go lubię, o! Co wymyśliłam? Ano:

Po pierwsze: poszłam do fachowca. Koniec z domorosłymi eksperymentami. Zerwałam się bladym świtem, o 8.00. – ci, którzy mnie znają, wiedzą, że o tej porze to nawet mój pies nie otwiera oka.

Od początku wykazałam się bohaterstwem! Dostałam skierowanie na komplet badań. Ponieważ nic mi nie dolega, a jednak mam poczucie, że czasem przebadać się trzeba – wcześniejsze skierowanie na badania noszę ze sobą już trzeci rok… Tym razem je zrobię.

Po drugie: dieta. Adios pikantne skrzydełka (5 sztuk – 900 syfiastych kilokalorii), adios Prosecco (nie za duży kieliszek ponad 100 kkal.), adios mleczna czekolado… Z tym magnezem w niej to ściema (ma go tylko prawdziwa, gorzka), za to ponad 500 kkal. jest realna jak diabli. Sama gotować nie mam serca, więc weszłam w program gotowego jedzenia. Ale nie jakiegoś z internetu, o nie! Na konsultacji pani doktor zrobiła mi pomiar parametrów ciała (niedożywienie komórkowe, zatrzymana woda przy odwodnieniu komórek, za dużo tłuszczu, za mało mięśni) i na tej podstawie została dobrana właściwa dla mnie dieta. Dziś zaczęłam. Tyle jedzenia to miałam na tydzień… We właściwej diecie chodzi o to, by jeść.

Po trzecie: trening cardio. Intensywny. 5 x w tygodniu. O matko… Zaczęłam wczoraj. Tak właśnie. Milongi i zajęcia tangowe będą tylko uzupełnieniem. Czy wytrwam? Po to ta moja wypisywanka, żeby głupio mi było, choćby przed Wami…

Trochę o motywacji.

Lubisz amerykańskie poradniki? „Ważna jest motywacja wewnętrzna, a nie zewnętrzna!!!”? To nie czytaj dalej. Każdy ma swój rodzaj motywacji i może ona być zewnętrzna. Na dodatek może się zmieniać. Co ciekawe: rzadko kogo motywuje własne zdrowie, bo mamy tendencję do myślenia magicznego. Ja też. Może dlatego nie choruję? 🙂 Kolega tangowy opowiedział, że zdecydował się odchudzić nie ze względów zdrowotnych, a z powodu wstydu, że przez brzuszydło nie mógł zawiązać butów. Na mnie dobrze działał mężczyzna, jeśli mnie kręcił. Chciałam ładnie w łóżku wyglądać 🙂 Jakoś specjalnie brzydko nie wyglądam, ale mogę ładniej. Zwłaszcza że zależy mi, abym na bardzo ważnej imprezie, która odbędzie się jesienią, wyglądała jak papryczka chili, a nie rozgotowana klucha. To jest moja motywacja. I to, że sukienka koleżanki, która powinna być za duża, okazała się dobra…

Wszystko oceniamy subiektywnie, swój wygląd też. Jedni mają nadmierne kompleksy, inni bez skrępowania wystawiają swe cielesne toksyny. Okropne? Prawdziwe, ale nie będę pisać o stosowności stroju lub jej braku, tylko o motywacji. Sekret tkwi w tym, że jeśli NAPRAWDĘ czegoś chcesz, to żadne amerykańskie zaklęcia Ci niepotrzebne. Jeśli chcesz schudnąć, a wpieprzasz pączki i golonkę – to ściemniasz. Po prostu. Jeśli już chorujesz i chcesz być zdrowy, a jarasz wagon fajek – to ściemniasz. Może masz program energetyczny na chorobę? Może taka karma? Bo tylko na logikę wydaje się, że każdy chce być zdrowy, piękny i bogaty. Nie, nie każdy. Większość ściemnia. Dlaczego? To już inny temat. U mnie ze ściemą KONIEC.

V Beskid Tango Marathon 2019 plus niespodzianka!

To dla mnie najlepszy polski maraton. Impreza wyjazdowa, nikt nie mieszka w miejscu tego maratonu, najwyżej w okolicy. Dlatego wszyscy są przyjezdni! I fajnie.

Hall hotelu Belweder. Foto: Basia Maliszewska

Mieszkamy sobie razem, integrujemy się na basenie, w jacuzzi i … na spacerach (nie ze mną, bo nie lubię ani basenu, ani zbytniego łażenia, ale nie ja jedna jestem na maratonie).

Foto: Basia Maliszewska

Ze mną można się integrować na parkiecie, podczas wypasionego śniadania albo kolacji…

Foto: Basia Maliszewska

No ale to wszystko już pisałam po poprzednich edycjach. Świetna atmosfera i doskonała zabawa są niezmienne. Pewne rytuały też.

Uroczyste wręczenie ciupag maratonowym TDjom to już tradycja.

Ta impreza jednak była trochę inna.

 

Na pięciolecie odbyła się w 5* hotelu Belweder w Ustroniu. Moc była z nami, a zwłaszcza z organizatorką, Anielicą Bielskiego Tanga Anie Pietruszewską, ponieważ w Szczyrku ogłosili w tym czasie stan klęski żywiołowej, tak im śnieg napadał.

Nam też spadł, ale u nas było romantycznie, tam – dramatycznie: nikt nie mógł dojechać. U nas szczęśliwie wszystko szło według planu.

Czwartkowa premilonga zgromadziła całkiem sporą liczbę uczestników. Miałam pewne obawy o nawigację, bo sala z parkietem nie była okrągła, kwadratowa ani prostokątna. Była w kształcie dużego zawijasa, czyli mocno oryginalnie.

Foto: Basia Maliszewska

Daliśmy radę! Poziom tangowy całej imprezy był niezły, każdy mógł znaleźć właściwego partnera. A i bardziej intensywne tandy się zdarzały…

Popołudnia także cieszyły się powodzeniem.

Piątek przywitał nas kuligiem i góralską muzyką.

Foto: Basia Maliszewska

Duża część uczestników była zachwycona, zwłaszcza cudzoziemcy. Ja nie uczestniczę w takich aktywnościach, bo: 1. mam uczulenie na końską sierść, 2. obawiam się, że za dużo ludzi ładuje się na jedne sanie i koniom ciężko, 3. nie lubię góralskiej muzyki (na pocieszenie – pewnie słabe i nie wiem, komu – dodam, że żadnego folkloru nie lubię, tak mam). Ale każdy robi, co uważa, o!

Pidżama party

Tylko tam, gdzie się mieszka w miejscu maratonu, jest to możliwe! Dlatego to sztandarowy element tej imprezy. W edycji zerowej, czyli na Szyndzielni i potem na dwóch pierwszych maratonach w Szczyrku, słychać było sceptyczne głosy: że jak to tak… Ano tak!

Jest wesoło jak nigdzie! Niektórzy idą w stylizację domową, inni w sexy, a jeszcze inni w zgrywy – i to jest najlepsze!

Koleżanka Danuta powiedziała, że słabo się odnajduje, bo tango kojarzy jej się z dostojnością i elegancją, a nie wygłupami. A ja uważam, że tango jest każde i wszystko w nim jest, wygłupy też.

Ja osobiście chcę w tangu namiętności i polotu, więc pidżama bardzo mi pasuje – chociaż w tym roku postawiłam na domowy „luk” (nie do końca prawdziwy, bo nie mam piżamy, więc pożyczyłam od córki).

Tak się wytańczyłam, że zapomniałam o wspólnym zdjęciu i zdezerterowałam do pokoju tuż przed, więc mnie, gapy, nie ma.

Podsumowanie:

* mega czas! 3 noce i 4 dni spędzone na namiętnościach, wygłupach i…przyjaźni. I to jest moje tangowe odkrycie ostatnich dwóch lat! Wcześniej jakoś nie łączyłam tangowych znajomości z życiem prywatnym… O niej zrobię osobny wpis, a zdjęcie poniżej nie odnosi się do tej treści – chodzi mi o przyjaźń, w której kobiety nie wydrapują sobie mężczyzn i nie lecą na ich tanie messengery, wysyłane do pięciu innych;

* taki wyjazdowy reset dobrze robi ciału i duszy, nawiązuje się znajomości, poznaje inne objęcia…

* świetna muzyka (z drobnymi wyjątkami – moim zdaniem, ale to kwestia gustu), sala atrakcyjna w noc i dzień;

* wygodny obiekt, piękne tereny spacerowe (po raz pierwszy włąśnie w tej edycji udało mi się wyjść z hotelu na pół godziny), obfite śniadania, bar hotelowy dobrze zaopatrzony, bufet uzupełniany;

* możliwość zakupu tangowych butów i ciuchów: zarówno od Agnieszki Lewickiej (info TU), jak i tych używanych, od koleżanek;

Sylwia Tomczyk – tłumaczyła na angielski, Anna Pietruszewska – organizatorka

* tango, tango, tango! Bez przerwy od popołudnia do świtu. Ruch się tak rozkładał, że poza godzinami szczytu (w piątek ok. 23.00. i w sobotę od wieczora, z przeluźnieniem na przebranie się w piżamę, do rana) można było nawet powywijać.

Większych kolizji nie było.

Foto: Bohdan Kryk. Moje ulubione 🙂

Odtańczyliśmy chacarerę, a jakże! Że nie lubię folkloru? A bo to zależy,
z kim…

A teraz niespodzianka: hajda na letnią edycję!

Anielica w miejscu nie usiedzi i jeszcze nie zdążyliśmy się rozjechać, jak już kazała nam wracać! Letnia edycja odbędzie się w nowym obiekcie hotelowo – rekreacyjnym w Bystrej. Rejestracja otwarta (szczegóły TU)! Panowie, radzę się zapisać. Nie będziemy tangolić w piżamach (w lato to żadna atrakcja, skoro i tak wszyscy porozbierani), ale może zorganizujemy jakieś bikini albo hawai party… Okolica ciekawa, warto zwiedzić Bielsko-Białą. Wiem, że Anielica planuje coś fantastycznego, bez ładowania się na bryczki, ale z wesołym transportem – więc jestem za! Planujemy długi sierpniowy weekend w Bystrej! Do zobaczenia!

III Recuerdo Warsaw Tango Festival 2018

Zwykle chwilę trzeba poczekać na opis imprezy, w której uczestniczyłam. Powody są różne. Recuerdo też poczekało… tydzień. Po pierwsze chciałam, aby się „to wszystko” we mnie ułożyło, po drugie po raz pierwszy w życiu przeżyłam coś, co mnie powaliło, i to dwa dni z rzędu. Chciałam ochłonąć, by nie być w opisie zbyt egzaltowaną. Czy mi się udało..?

Czwartek – Welcome Gala Milonga i pokaz „naszych”

To nie było jakieś tam pre – party. To była od razu gala. Jak to pierwszego dnia festiwalu: ludzi przyjezdnych jeszcze garstka (wcale nie taka mała), niektórym miejscowym szkoda było wydać kilkadziesiąt złotych – więc nie było mega tłumu (pustki też nie). Miejsce znane z poniedziałkowej Partylongi, lubiane, z elastycznie regulowaną powierzchnią taneczną.

Jak było w czwartek? Z przygodami. Jeden przewrócił sobie krzesło, na którym próbował usiąść. Pogruchotał tyłek, wylał napoje, rozwalił nogami stolik. Pokazowy tangovals… Cudowny! Z powtórnym początkiem z powodów wewnętrznie rozwiązanych...

Nie wiem, czy dawać po argentyńsku, czyli chłopak pierwszy… czy po polsku, czyli pani przodem… Zostanę przy polskim standardzie: Patrycia Cisowska-Grzybek i Jakub Grzybek dali pokaz na poziomie światowym. Ich maestros otwierali buzie w zachwycie.

REWELACJA. I nieważne, że DJ się zaplątał – albo sprzęt – i w połowie pokazu nastąpiła cisza… Były śmiechy, żarty, brawa… A potem show się dopełnił. Może ja się nie znam, ale dusza mi mówi, że to nasza profesjonalna pokazowa najlepsza para. Jestem pod ogromnym wrażeniem ich rozwoju i formy. Mam nadzieję, że Polska będzie ich zapraszać, bo po tym, jak tańczą i po wywiadzie z nimi nie mam wątpliwości, że jakościowo są rewelacyjni. Przeprowadziłam też prywatne śledztwo.

Nie jest łatwo z nimi zatańczyć, bo nie mają czasu bywać na milongach. Ale odnośnie prowadzenia przez nich zajęć słyszałam zachwyty i pochwały. Byłam na technice prowadzonej przez Patrycję i jak zrobi jeszcze raz – też pójdę, a i koleżanki zachęcę. O! Może zorganizujemy coś w Wilanowie w sezonie 2019… Dobra, wracamy do Recuerdo.

Piątek.

Impreza przeniosła się do auli SGH. Miejsce o wiele lepsze niż poprzednie, urokliwe, z pięknym sufitem. Na podłożu ułożono specjalną taneczną podłogę (za makabrycznie wielką kasę), więc tańczyło się świetnie i nie było problemów z pivotami.

Bardzo fajnym rozwiązaniem była rezerwacja stolików: dla gości festiwalu oraz dla tych, którzy mieli full pass. Mam nadzieję, że w przyszłym roku też tak będzie. Warto przekazać tę informację przy rejestracji: masz full pass, masz rezerwację – tyle że kto pierwszy, ten lepszy, bo jednak nie wszyscy mogą się załapać. Bilety u wrót rezerwacji nie mają – więc jak przychodzisz na jeden wieczór, nie pchaj się do zarezerwowanego stolika… Dlatego warto się rejestrować, zwłaszcza kiedy pary są światowym TOP.

Pokaz Marii Ines Bogado i Roberto Zuccarino był energetyczny, skoczny i oczywiście świetny. Pasują do siebie gabarytami 🙂Pokazują, że nie tylko ci chudzi mogą wywijać w dużym tempie. Milongę zatańczyli przemegazaje… Jolanda powiedziała: „O matko, ja w Buenos idę do nich na zajęcia z milongi. Boję się!” 🙂

 Koncert naszego rodzimego zespołu rozgrzał uczestników do białości. Była moc! I świetna akustyka, co jest równie ważne. Nawet ci, co po warsztatach byli padnięci, dostali drugie życie… Bandonegro Tango Orquesta jest jedną z najlepszych i najmłodszych orkiestr tangowych w Europie. Wyróżnia się świeżym brzmieniem wniesionym do świata tradycyjnego argentyńskiego tanga. Zespół powstał w 2010 roku w Polsce i od razu stał się rozpoznawalny w kraju i za granicą. W 2011 roku zespół wygrał międzynarodowy konkurs PIF Castelfidardo we Włoszech, w kategorii muzyki Astora Piazzolli.

Sobota

Drżę do tej pory. Z powodu pokazów. Dwie najlepsze światowe pary. Ale to ta jednyna wprawiła mnie w emocjonalny dygot, łzy w oczach i skurcz krtani.

Wiem, że zobaczyło TO ponad czterysta osób! O milion za mało.

Zacznę od drugiego pokazu Los Totis. Technicznie, muzycznie, tangowo – perfekcyjni. Cudowni. Złoty medal w skali kosmicznej. Każdy ruch był po prostu wyrazem tangowego geniuszu. Ale… emocjonalnie mnie osobiście nie porwali.

Za to Vanesa i Facundo… Umarłam. Po prostu. Czegoś takiego nie przeżyłam NIGDY.

W trakcie myślałam, że jestem jakaś nienormalna, egzaltowana niczym przeterminowana pensjonarka. Bo żeby AŻ TAK?! Tak właśnie, aż tak. Nie byłam jedyna. Były takie (ciekawe: ich pokaz tak bardzo podziałał na kobiety…), które dostały spazmów. Nie przesadzam.

Gdzie tkwi tajemnica?

Perfekcja, sceniczność, ale przede wszystkim connection i miliard % tanga w tangu. Rok i dwa lata temu też byli doskonali (wtedy w dygot wprawili Jolandę), a teraz… Vanesa i Facundo są absolutnymi Bogami tanga. 

Niedziela

Część ludzi pojechała, więc tłoku nie było. Pokaz dała młoda argentyńska para, która była urocza, ale… jeszcze długa droga przed nią.

Patrycja mogłaby młodziutkiej Evie udzielić korepetycji z operowania stopą w boleo i w przestrzeni ponad parkietem… Bo Patrycja ma w tangu stopy cudne. Bez baletowo – cyrkowego przerysowania, technicznie i wizualnie baaardzo tak. Ktoś powie: jesteś tendencyjna w swoich ocenach (tak tak, bywają takie głosy). To ja odpowiem: zobacz. Po prostu.

Integracja backstage

Jeśli się bywa, to się poznaje ludzi. I to jest super! Zajęcia w podgrupach międzymiastowych, a często międzynarodowych, są bardzo kulturalnie wzbogacające 🙂 Bywa tak, że około trzeciej w nocy odpuszczamy tango…

Kiedy czas zbierać się do domu, czasem trzeba pozbierać różne części garderoby…

…którą zostawia się w różnych miejscach i czasem porzuca…

Śniadaniówki

Rewelacyjny pomysł! Milongi śniadaniowe odbywały się w Pożytecznej na Nowym Świecie – miejscu znanym z popołudniowych sobotnich milong.

Wstęp gratis, a śniadanie płatne 15 zł. Przyznam się, że nie dotarłam – chociaż Jolanda motywowała! Ale jakoś nieskutecznie 🙂 Za to zdjęcia i przekaz osób „dotartych” świadczą o tym, że było świetnie 🙂

Popołudniówki

Na Oczki, czyli tam, gdzie pierwsza Gala i gdzie regularnie odbywa się Partylonga.

Byłam w niedzielę. Trochę ludzi zamiejscowych jeszcze było. Część wyjechała i na wieczorną Galę już nie dotarła…

W sobotę odbył się podwójny pokaz. Wystąpiły polskie pary: Ewa Wojtkiewicz&Piotr Roemer z Krakowa oraz Beata Maia Gellert&Łukasz Wiśniewski. Nie byłam, więc nie wiem, jak było, a i służby operacyjne nic nie doniosły poza tym, że nie działał bufet – ale to akurat żadna wina organizatorów, a bufetu.

Cena

Porażająco atrakcyjna. Za cztery galowe milongi tylko 50 euro przy rejestracji w parze i 55 euro przy rejestracji solo. Za TAKIE pary na żywo i TAKI koncert?! Ludzie! Grzechem było nie skorzystać!!! Pierwsza edycja była frekwencyjnie słaba, pokazowo świetna. Przy drugiej frekwencja drgnęła. Teraz było bardzo dobrze, ale nadal nie mogę zrozumieć, JAK osoby biorące się za nauczanie mogą odpuścić zajęcia i pokazy TAKICH par! Kto był, ten wie, o czym piszę…

Cabeceo

Na festiwalach nie jest z tym łatwo. Po pierwsze dlatego, że jest duża przestrzeń i mnóstwo ludzi. Po drugie – festiwal tym się różni od maratonu, że uczestnicy w mniejszym stopniu są nastawieni na tańczenie z jak największą ilością nowych osób i poza tłumem samotnych pań większość to pary.

Dlatego ja, jeśli zobaczyłam znajomego, z którym chciałabym zatańczyć – szłam się przywitać i nie bawiłam się w podchody, tylko mówiłam wprost, że robię cabeceo… Desant? Tak, ale łagodny – mam nadzieję 🙂 A żeby zatańczyć z nieznajomym – trzeba wejść w pole jego wzroku. Siedzenie na krzesełku tego nie spowoduje.

Masterclass

Jakoś tak nie bardzo wiemy, o co chodzi w zajęciach dla profesjonalistów. Myślę sobie, że za rok warto też trochę inaczej sformułować przekaz. Bo zajęcia ekstra, ale dla określonej grupy zaawansowanych (!!!) tangueros. I to nie takich, co chcą poznać nowe figury, żeby przyszpanować na milondze. Nie! To są zajęcia dla tych, którzy mają pokazowe potrzeby. Nie tylko nauczyciele! Chociaż to oni najczęściej występują.

Jest wśród nas znacząca grupa, która czasem lubi zatańczyć na przykład na urodzinach nietangowego przyjaciela. I wtedy elementy profesjonalne bardzo się przydają. Bo to nie jest tak, że nie tangowy wszystko „kupi” i byle jak stawiane nogi będą mu się podobać. Do niedawna tak myślałam. Ale wyprowadziła mnie z błędu moja Mama, a i moja córka ma określone zdanie – a bywała na milongach dość często… Tak więc dla „pokazowiczów” must be.

Teatr

O jej… jej jej… To była moja rozwojowa lekcja. Do tej pory uważałam, że escenario to takie skrzyżowanie cyrku z baletem. Ble! No i cena biletu w dobrym miejscu… Prawie jeden tangowy but!

Grzybków lubię, pary zaje…teges, ale myślę sobie: e tam. Przedstawienie jak przedstawienie. Dwa bilety to dwie tangowe kiecki. Jednak tak się zdarzyło, że pojawiła się dobra wróżka i jak te Kopciuszki zostałyśmy z Jolandą na przedstawienie zaproszone. Teatr pękał w szwach.

O Gracjo Patrycjo I Kubusiu Panie… Po raz drugi zaparło mi dech… Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam absolutnie cudowne escenario! A trochę ich widziałam i byłam mocno zniesmaczona akrobatycznymi wygibasami. Tu: pięć par. Razem i osobno. O matko… Pugliese w wykonaniu Vanesy i Facundo po raz drugi…

I było connection… I były spazmy widzek. Szczerze mówiąc nie przypuszczałam, że będę zachwycona, bo jestem dość oszczędna w szafowaniu zachwytem. A tu tydzień minął, a ja nadal przeżywam to, co widziałam…

Koncert – łołłłł… Solo Tango Orquesta to kwartet z Moskwy, z podobną historią jak Bandonegro:  w tej samej kategorii wygrali włoski konkurs, tyle że w 2010 roku – trzy miesiące od powołania zespołu do życia. Co za chłopaki… Każdy cudny! A z tym na koncertach różnie bywa. Tu było… Nie wiem, co. Mega kurde o matko! Barbarelli włączyło się robienie boleo w fotelu. Niektórzy w swej ekscytacji komentowali dużo i głośno, a przecież nie wszyscy muszą być zainteresowani doznaniami innych…

Ponieważ nie znalazłam zdjęcia, na którym byliby wszyscy muzycy podczas koncertu, zapożyczam ich zdjęcie z ich oficjalnej strony .

Ogólnie publiczność dzieliła się na zelektryzowaną lub pobudzoną. Ewentualnie stan elastycznie ulegał zmianie, dostosowując się do tego, co się działo na scenie, jak abrazo w trakcie tańca…

Sporo było tangowej braci, o czym świadczyły brawa w odpowiednich momentach. Ale dużo też było osób spoza tanga. Jeden z panów w przerwie stwierdził, że „…to, co oni tańczą, jest śmieszne”. Pomyślałam sobie: Matka Natura poskąpiła ci, chłopaku, tanecznej percepcji i gustu… Bo że tango bywa brzydkie – to fakt. Ale akurat nie tu. Doszłam do wniosku, że to jest jak z inną sztuką, smakiem, gustem… Nie bardzo rozumiem fenomen Picassa – moja córka jak dla mnie maluje o wiele ciekawiej.

Nie każdy ma kubki smakowe dojrzałe do jedzenia kawioru i rozkoszowania się wytrawnością dobrego wina. Dacia pomalowana w kolorowe kwiatki każdemu trzylatkowi spodoba się bardziej niż czarne matowe Porche. To jest tak jak z Dorato i Dom Perignon, cyrkonią i brylantem, Zenkiem Martyniukiem i Czesławem Niemenem, sztuczną szczęką i zdrowymi zębami…

Nie będę nikogo przekonywać, że escenario jest boskie, bo dla mnie osobiście na ogół nie jest. Natomiast to konkretne przedstawienie było jak brylant. Czekam na kolejne Recuerdo i kolejne przedstawienie! Już rezerwuję koniec listopada 2019.

Ania

P.S. Świetny fotograf to skarb. A świetna dwójka to kumulacja.
Elu, Szymonie – Wasze foty są FENOMENALNE.

Escenario to też prowadzenie, pokaz to też improwizacja…

Kolejna moja tangowa rozmowa i chociaż o tym samym, to jednak inaczej…
Patrycja Cisowska-Grzybek i Jakub Grzybek to para warszawskich nauczycieli, bardziej znanych za granicą niż w rodzimej Warszawie.

Z racji braku czasu na bywanie, otoczeni są różnymi legendami… 
Jaka jest prawda? 

Ania: Po co Wam festiwal? To kupa roboty… Skąd pomysł?

Patrycja: Przyczyną byli wspaniali nauczyciele, u których się uczyliśmy i chcieliśmy, aby Polska ich poznała. Nie chcieliśmy ograniczać się do samych warsztatów. Nie wiem, czy w tamtym momencie nazywaliśmy to festiwalem…

Jakub: Kiedy musieliśmy przesunąć termin pierwszego Recuerdo o rok, zaczęliśmy rozglądać się za topowymi parami maestros, które są międzynarodowymi gwiazdami, a których Polska nie znała i których nikt jeszcze nie sprowadzał.

P.: Potem poszliśmy na zajęcia do Vanessy Villalby i Facundo Piňero. Wiedzieliśmy, że oni także będą nieodłącznym elementem Recuerdo. Zaraz potem doszła para Los Totis, czyli Christian Marquez i Virginia Gomez.

To jest światowy TOP of the TOP. Jak tego dokonaliście?!

J.: Aby cały zamysł się powiódł, musiałem wszystkim parom powiedzieć, że te inne już się zgodziły…

P.: Zaproszenie Vanessy & Facu zajęło nam trzy tygodnie codziennego nękania, bo codziennie chodziliśmy do nich na zajęcia. Ich kalendarz jest zapełniony na dwa i pół roku do przodu i wtedy też był. Otworzyła go na roku 2017…

J.: …a ja mówię: ale Vanessa, to chodzi o ten rok, 2016! Ona w śmiech i że jestem bardzo dowcipny, ale że jest w Rosji w tym czasie.

P.: Powiedzieliśmy, że nie musi tam być aż trzy tygodnie i żeby skróciła tamten pobyt, bo Rosja ją już miała, a Polska nie… Udało się.

Czyli mieliście misję społeczną, aby polski zaścianek zobaczył doskonałe topowe pary. Wiele osób nawet długo tańczących nie ma pojęcia, co się dzieje na świecie.

J.: To prawda. Duża część ludzi została w tym, co było dziesięć lat temu i zna te pary, które wtedy były zapraszane…

P.: …zresztą nadal są…

J.: … i patrzymy na te duchy przeszłości, które ani nie prowadzą zajęć, ani nie dają w Buenos pokazów, tylko czasem można ich spotkać z jakimś uczniem z Europy, który właśnie ich pamięta sprzed dziesięciu lat i pierwsze kroki kieruje do znanych sobie ludzi. A z festiwalem to było tak, że trochę nas wkurzał brak festiwalu w Warszawie. Nie uważałem, żeby to było niemożliwe. Mamy tyle lokalizacji…

P.: Poza tym lubimy Warszawę, to jest nasze miasto. Inne stolice mają festiwale, a u nas…

Bieda.

J.: No właśnie.

P.: My jak postanowimy, że coś robimy, to robimy, a nie zastanawiamy się za bardzo, czy to wyjdzie, czy nie. Gdybyśmy do wszystkiego podchodzili racjonalnie, to pewnie nic byśmy nie zrobili. Przy pierwszej edycji nie zrobiliśmy żadnych wyliczeń.

J.: Nie policzyliśmy, ile kosztują sale, ile wynajem teatru…

P.: Wiedzieliśmy, jakie chcemy mieć pary i je „klepnęliśmy”.

J.: Na koniec pierwszego Recuerdo, kiedy na ostatniej milondze padaliśmy na twarz, powiedziałem, że chyba zrobiliśmy ten festiwal, bo nie wiedzieliśmy, że jest to niemożliwe… Zrobiliśmy to od początku do końca w dwie osoby. Patrycja była grafikiem, sami robiliśmy stronę internetową, materiały promocyjne, odpisywaliśmy na mejle, prowadziliśmy zapisy… Oczywiście na miejscu była garstka osób do pomocy, ale organizacyjnie ogarnialiśmy sami. Kiedy pojechaliśmy na festiwal do Bratysławy i organizatorzy przedstawiali swoją ekipę, wyszło chyba ze trzydzieści osób. W tym roku oczywiście jest już nas więcej, bo z każdą edycją się czegoś uczymy.

Z każdą edycją jest łatwiej, bo już coś jest wypracowane. A listopad z czego wynika?

P.: Z terminów. W pierwszej edycji w ogóle to był jedyny termin, żeby połączyć te trzy pary, a teraz też wynika to z kalendarza naszych maestros.

Jak rozmawiam z moimi znajomymi z południa Europy i nie tylko, to mówią: „Festiwal w Warszawie? Cudownie! Tylko NIE w listopadzie!” Bo zimno i pada.

J.: Gdybym sam miał wybierać termin festiwalu, to wybrałbym wrzesień, ale ponieważ bardzo lubimy się z organizatorami festiwalu w Łodzi i cieszymy się, że on tam jest, to nie chcielibyśmy, by ludzie musieli wybierać, a przecież rzadko kto przyjedzie na dwa festiwale w ciągu dwóch tygodni. W większym odstępie jest większa szansa, że przyjadą na oba.

P.: W lecie z kolei jest bardzo duża konkurencja imprez, które są w super letnich destynacjach, więc dlaczego ktoś miałby wybrać Warszawę, a nie Poreč czy którąś z imprez włoskich lub greckich?

A piękny miesiąc maj?

P.: W maju mamy już regularnie Krakus Aires Tango Festival.

Może już ten listopad zapadł ludziom w pamięć, więc niech zostanie.

J.: W ubiegłym roku była dobra pogoda, dziesięć stopni i słońce.

Czy przewidujecie jakieś dodatkowe atrakcje?

J.: Tak. Zaprosiliśmy dodatkową argentyńską parę – niespodziankę, którą będzie można zobaczyć w teatrze i da pokaz na jednej z milong. Ostatnio ogłosiliśmy koncert genialnych Bandonegro podczas piątkowej milongi festiwalowej. Poza tym postanowiliśmy otworzyć się na polskie pary i chcemy, by dały pokaz na milongach popołudniowych, które odbędą się w Medyku na Oczki. Chcemy, by było to nagrane jako promocja Polaków.

Super pomysł. Co jeszcze?

J.: Będą też śniadania. Postanowiliśmy odpowiedzieć na potrzeby maratoneros.

Którzy lubią dużo, długo i intensywnie, a nie ecie-pecie…
Uwaga! Milongi popołudniowe i śniadania będą dostępne tylko dla posiadaczy full pass-ów! Nie zwlekajcie – czas rejestracji się kończy! 

J.: Nie każdy lubi formułę festiwali. Ja akurat przepadam, bo uwielbiam dobre pokazy, koncert, teatr, czyli jak coś jeszcze się dzieje. Ale wiemy, że niektórzy przyjeżdżają tylko pod kątem milong. W tym roku chcemy napędzić dużo dobrych milongueros z Europy i świata uda się, bo mamy sporo promotorów, więc musimy im zapewnić dużo tańczenia. Wieczorne milongi to dla nich zbyt mało.

Sponsorów przygarniacie?

J.: Oczywiście. Współpraca opiera się na obopólnych korzyściach.

Jak kalkulujecie cenę wstępu? W ubiegłym roku była bardzo atrakcyjna – jak za pokazy takich par.

P.: W tym roku też jest. Rejestracja w parze to kosz 50 euro od osoby za full pass. Nie ma obowiązku rejestrowania się wspólnie, ale dajemy taki bonus dla par. Rejestracja indywidualna to 55 euro. W dniu wieczornej milongi będzie drożej, a reszta dla niezarejestrowanych osób nie będzie dostępna.

Jak często latacie do Buenos?

P.: Raz do roku.

Jesteście jedyną polską parą, która tak systematycznie w tym Buenos jest, a na dodatek daje tam pokazy.

J.: Pokazy dajemy od trzech lat, jeździmy od ośmiu.

Jak się to załatwia, żeby taki pokaz tam dać?

P.: Nie jest tak łatwo załatwić sobie pokaz. Trzeba mieć bardzo dużo rekomendacji od ludzi stamtąd, ale to nie jest tak, że któryś Maestro idzie i mówi, że ma parę, która by zatańczyła.

J.: To tak nie działa, że ktoś wziął z kimś lekcje czy dwie, a potem poszedł i zatańczył pokaz.

P.: Każdy organizator musi cię najpierw poznać, zobaczyć, co robisz, kto za ciebie ręczy.

J.: Oni potem świecą oczami przed tymi starymi milongueros, którzy siedzą na przykład w Salon Canning, i przed gwiazdami, które przychodzą. Patrzysz, a tu siedzi Moira Castelano, tam Julio Balmaceda, właśnie przyszła Noelia z Carlitosem, za chwilę Chicho… A ty masz tańczyć pokaz. Jeżeli zrobisz popelinę, to organizator ma przechlapane i dostaje pytanie: komu pozwala tańczyć..?

P.: Co robi z tego miejsca? A tak w ogóle to Buenos ma dwa momenty w roku, kiedy milongi żyją i zarabiają na siebie: styczeń – luty oraz kiedy jest u nich mundial (mistrzostwa świata w tangu), czyli od połowy lipca do końca sierpnia. Każda para chce w tym wysokim okresie tańczyć, a przepustowość sali jest ograniczona.

J.: Dziennie w Buenos Aires są trzydzieści trzy milongi.

P.: Ale nie chcesz zatańczyć na każdej z nich, tylko na tych kultowych.

J.: Zanim pojechaliśmy pierwszy raz do Buenos, znaliśmy te miejsca z YouTube, bo tańczyły tam pary, które podziwialiśmy. Wtedy sobie myśleliśmy, że to chyba niemożliwe, żeby tam zatańczyć… A tu mija parę lat i tańczysz. Tak naprawdę zatańczyliśmy wszędzie, gdzie chcieliśmy.

Z Wami jest ten kłopot, że jesteście znani na świecie, a wielu Polaków Was nie zna. Dzięki festiwalowi i Facebookowi przebijacie się do miejscowej świadomości, ale jeszcze do niedawna było: „A co to za jedni i czego chcą?”.

J.: Taaak… Albo: „Oni tańczą tylko scenicznie”, „Nie wiadomo, czy oni w ogóle potrafią tańczyć”, „Oni improwizują czy na milongach też mają choreografię”…

Gadać zawsze będą, bo to jest też taka nasza polaczkowa specyfika.

J.: Wszyscy nasi trenerzy i organizatorzy milong w Buenos mówią nam, że mamy lepsze podłoże do tego, żeby brać udział w mundialu, niż robić cokolwiek w Europie. A my w mistrzostwach świata jeszcze nigdy nie startowaliśmy. Mało która para tyle razy się pokazywała. Polacos to jesteśmy my. Nasi kursanci przychodzą do nas i mówią, że zostaliśmy poleceni w Buenos. Tak się zdarzyło kilka razy.

P.: Kiedyś po pokazie podeszła do nas dziewczyna z Polski i powiedziała, że tyle lat marzyła o podróży do Argentyny, w końcu jest w Buenos Aires, wybrała milongę, by zobaczyć pokaz, a tu tańczą Polacy… 🙂 Na szczęście nie była rozczarowana.

Moim zdaniem – tangowej amatorki od jakiegoś czasu przyglądającej się różnym parom – po pierwsze rozwijacie się, i to w szybkim tempie, a po drugie macie to coś, czyli nie tylko escenario, ale także tango w tangu. Na jednym z koncertów Roberto Siri, kiedy występowało kilka par, owacje dostaliście Wy i Piotrek Woźniak z kapeluszem 🙂

J.: Ludzie nie wiedzą, że dobre tańczenie, które im wygląda na choreografię, wcale nią nie musi być. Wszystkie profesjonalne pary mają swoje sekwencje, ale to nie jest tak, że partner przestaje prowadzić, bo mają wszystko z góry ustalone.

P.: Każda para musi mieć swój znak rozpoznawczy.

J.: Patrzysz na Nacucchio i partnerka nie wie, kiedy dokładnie on zrobi sandwich z obróceniem się o sto osiemdziesiąt stopni i podskokiem, ale prawdopodobnie to zrobi. Tak jak swego czasu wszyscy oczekiwali, że Sebastian Jimenez stanie na puencie czy że Facundo Piňero zakręci giro z trzema rondami w trakcie dwóch kroków partnerki.

P.: Jakieś pięć lat temu mieliśmy lekcje z Sebastianem Arce. Przyszliśmy,a on pyta, co jest naszym znakiem rozpoznawczym, co charakteryzuje nas jako parę.

J.: Show me your sequences.

P.: My na to, że nie mamy… A on: „To jak możecie nazywać siebie profesjonalistami?! Bez swoich sekwencji jesteście amatorami – hobbistami!”.

J.: Czyli chodzi o to, że na przykład takie akurat konkretne giro robi tylko Grzybek.

P.: Chodziło mu o coś, co wynika z nas, a nie że ktoś nam coś pokazał. Powiedział, że jak pokaże, to będzie to sekwencja Arce, tylko przez nas zatańczona, a on chce zobaczyć, jaka jest sekwencja Grzybka. Bardzo nas to ruszyło.

J.: Byłem w szoku.

P.: Do tej pory uważaliśmy, że wszystko musi być zaimprowizowane, a Sebastian zapytał: „JAK ma być zaiprowizowane coś, co będzie nowe w czasie pokazu? Improwizować to sobie możesz na milondze!”.

J.: Pokaz to pokaz. Profesjonaliści mają tańczyć, a nie przeżywać. Przeżywać masz ty, oglądając. Bo jak para przeżywa, a ty widzisz bullshit to coś jest nie tak.

Uważam, że są pary świetne technicznie i nawet dobrze uczą, ale zupełnie nie są pokazowe. Może właśnie dlatego, że nie mają czegoś swojego?

P.: Nie. Myślę, że chodzi o typowo artystyczną rzecz: niektórzy mają X Factor, a niektórzy nie. Wyjdzie jedna para i nie zrobi prawie nic, a ty nie możesz oderwać wzroku, a wyjdzie druga, zrobi to samo albo i więcej, a wyłączasz się, nie skupiasz swojej uwagi. Nie chodzi o to, co te pary tańczą, to jest raczej artystyczna iskra lub jej brak.

Dla mnie to jest energia. I może kwestia dobrania się. Jedna z naszych nauczycielek nie ma szczęścia do swoich partnerów pokazowych, ale widziałam ją tańczącą z innym, był czad – czego nie ma na obecnych pokazach.

J.: Czasem jak patrzę na Patrycję, która w Buenos ma swoich ulubionych partnerów, to jest taka energia i zastanawiam się, czy oni już dają pokaz… A czasem tańczysz z mistrzem świata i nie ma nic…

P.: Tak jak w tangu w ogóle, tak w pokazowym i scenicznym – tango nadal jest tangiem, więc musi być ten element zgrania. Tak jak na milondze: koleżance będzie z kimś dobrze, a tobie nie.

J.: Mamy tak, zresztą Vanessa i Facundo też tak mają, wszyscy tak mają… że po pokazie wydaje ci się, że zawaliłeś totalnie… A patrzysz na nagranie i widzisz, że było dobrze. Oczywiście pewnego poziomu nie zaniżysz, ale czasem wydaje ci się, że osiągnąłeś swój szczyt, że było super, a oglądając nagranie widzisz, że było przeciętnie. Nie ma reguły.

P.: Dlatego ja potrzebuję kilku dni, zanim obejrzę nasz pokaz.

J.: A ja muszę od razu.

P.: Facundo zaraz po pokazie zamyka się w łazience i ogląda, a Vanessa mówi: nawet się do mnie z tym telefonem nie zbliżaj… Po pokazie w La Baldosa poszłam ryczeć i chciałam rzucać przedmiotami…

J.: … a zaczęli do nas podchodzić starzy milongueros i mówić: djenkuja…

P.: … i że mucho tango

J.: Na tej samej milondze był Dimitrij z Olgą i Maria Inez z Jorge, więc zrobiło się takie drugie Recuerdo II w La Baldosa. Jako bonus zatańczyliśmy w trzy pary. Dimitrij i Olga to mistrzowie Rosji, niedawno wygrali mistrzostwa Europy, a to nie do nich podchodziły dziadki, tylko do nas. Oni rozumieją, że coś może się nie do końca udać, jeśli widać, że to jest improwizowane. Siedzą tam ludzie, którzy oglądają pokazy hurtowo. Nie zaskoczysz ich ani sekwencją, ani muzykalnością.

P.: Widzieli już wszystko, a połowa z nich to wszystko tworzyła.

J.: Dlatego niektóre świetnie tańczące pary mają obawy przed występem. Więc czym my mogliśmy ich zaskoczyć? Tym, że przyjechaliśmy z Polski – pewnie część z nich nie ma pojęcia, gdzie ta Polska jest, wiedzą tylko, że bardzo daleko… I są zszokowani, że ktoś w Polsce tańczy – sami pewnie nigdy nie opuścili Buenos. Więc chcą zobaczyć connection i to, że para słyszy muzykę… zrobi pauzę…

P.: Ja na przykład czuję presję, że jestem Polką, a nie Argentynką i czuję szacunek do tych starszych ludzi…

Jak następnym razem będziesz czuła presję, to sobie pomyśl, że wiele Polek na początku XX wieku trafiło do domów publicznych w Buenos Aires i tańczyły tango, więc mamy to we krwi! 🙂 A teraz powiedz, czym się różni tango sceniczne od pokazowego.

P.: Pokaz na milondze ma inne założenia. Są tam ludzie, którzy tańczą tango. Są blisko, wokół, z każdej strony. Scena jest liniowa, to takie pudełko. Oko inaczej rejestruje ruch. Dlatego nie mogę zatańczyć tego samego na scenie i na pokazie. Na scenie musi być choreografia, na pokazie wolę nie. Inaczej odbiera emocje ktoś, kto siedzi pół metra ode mnie, a inaczej, kiedy siedzi kilka metrów od sceny. Z piętnastu metrów nikt nie zauważy, czy ja mam connection, bo nikt tak naprawdę nie widzi nawet mojej twarzy.

J.: Każdy, kto układa choreografię na scenę, dokładnie rozpisuje: skąd się idzie i dokąd, w którym momencie. Bierze pod uwagę, że ruch z tej strony wydaje się dla oka dynamiczniejszy niż z drugiej. Są zasady, wszystko jest rozrysowane, dostajesz kartkę: tu zaczynasz, tam kończysz. Cała scena jest zaaranżowana.

P.: Jak jest więcej par, wszystko też jest dokładnie rozpisane, linie bardziej poprzecinane, poukładane w trójkąty, zwężenia. Na pokazie podczas milongi są inne reguły, możesz improwizować, ale wiesz, że ludzie są wokół, więc musisz sobie zrobić rondę – żeby zobaczyli cię wszyscy, których czujesz. Masz ich niemal na skórze. Oni w tym pokazie uczestniczą, nie ma żadnej bariery. Na scenie jest inaczej, jesteś dalej. Możesz sobie włączyć zasłonę, bo jest odległość, światła, orkiestra – i dopiero ludzie. Na milondze jesteś wśród ludzi, dlatego lubimy przed pokazem zatańczyć wśród nich, żeby poczuć daną energię.

J.: Stage, mimo że to choreografia, jest w niej także prowadzenie. Patrycja nie pójdzie sama, jeśli jej nie poprowadzę, bo nie wie, czy na przykład but mi nie został w desce, więc będzie czekała, pomimo że wie doskonale, co dalej. I tak powinno być, bo inaczej wdziera się fałsz.

W Buenos Aires są tak zwane kampanie tangowe.

J.: Tak. Jeżdżą po Europie i świecie, a rekrutacja jest właśnie w Buenos, gdzie ogłaszane są castingi. Raz sobie na taki casting poszedłem, sam, bez Patrycji. Usiadłem przy stoliku i patrzyłem, jak to wygląda. Często zgłaszają się pary po prostu kiepskie. Ich problemem jest brak pieniędzy, więc mimo że są stamtąd, nie mają dostępu do wiedzy i nauczycieli. Nie mają takich możliwości jak rosyjskie kursantki, które przyjeżdżają, by wziąć z kimś dwadzieścia lekcji i wrócić do siebie. Oni sprzątają studio na przykład Mario Moralesa, by móc wziąć udział w zajęciach grupowych i mieć bezpłatną salę do treningów. Ćwiczą sami, więc nie dostaną informacji, którą by mieli, gdyby wzięli dwie indywidualne lekcje i ktoś by im powiedział: tu zróbcie tak, przenieś biodro, stopy stawiaj w ten sposób… Idą na casting i się dostają. Potem patrzysz na takie tango show i widzisz, że on jeszcze nie wszedł w sacadę, a ona już zrobiła boleo… I to razi.

Tak… Byłyśmy z Jolandą na takim spektaklu…

J.: Dlatego wygrywamy z dużą częścią tamtejszych nauczycieli, bo mamy tę wiedzę i doświadczenie, których oni nie mają. Nie każdy nauczyciel Argentyńczyk jest dobrym nauczycielem.

A z innej beczki: na mieście mówią, że zadzieracie nosa, robicie casting na swoje zajęcia i trzeba przysłać film, żeby się do Was dostać…

J.: Dokładnie 🙂

P.: Czekamy na filmy 🙂

Wy mi się tu nie zgrywajcie. Jakub, sam napisałeś w grupie „Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie”, że robicie selekcję,więc tłumacz się!

J.: Nie każdy rozumie moje sarkastyczno – ironiczne poczucie humoru. A poważnie: nasza szkoła jest kameralna. Postawiliśmy na bliski kontakt i na to, że trzeba się uczniami dobrze zająć, „podotykać” ich. Zajęcia trwają do dwóch godzin, w grupie mamy max sześć par – tylko wtedy jesteśmy w stanie sprawdzić, czy coś uczniom dobrze wychodzi, co jest fizycznie niemożliwe przy dwudziestu parach. Ogólne uwagi daje się w systemie warsztatowym, a w nauczaniu my podchodzimy niemal indywidualnie..

Ktoś chodzi na zajęcia przez dwa lata i niewiele umie…

 

J.: My nie mamy takiego kompleksu, aby mówić ludziom, że się muszą długo uczyć tanga, bo uważamy, że nie trzeba się uczyć długo,jeżeli się uczysz u nas 🙂

Jest taki jeden, co to wypisywał, że inni źle uczą, a jak się przychodzi do niego, to od razu się tańczy…

J.: Tak poważnie: mamy background taneczny, znamy różne techniki ruchu, ja uczę od szesnastego roku życia…

Zacząłeś tańczyć, jak miałeś dwa?!

J.: Pięć. Uczenie jest jak z X Factorem pokazowym: albo to masz, albo tego nie masz. Są nauczyciele z topu światowego, nadal zapraszani na warsztaty – ja ich cenię jako tancerzy, ale podczas uczenia są w stanie tylko pokazać: tak rób jak ja, powtórz ćwiczenie. A nie jest w stanie powiedzieć, co się w tym ruchu dzieje. My mieliśmy takie szczęście…

P.: Nie, to nie było szczęście. Też przeszliśmy przez mnóstwo magików.

J.: Ale ostatecznie trafiliśmy dobrze.

Na kogo?

J.: Nie powiem, bo wszyscy tam pójdą 🙂

Akurat! Przecież to za granicą, a naszym często z Gdańska czy Poznania jest do Warszawy za daleko… Bielsko Biała na przykład ma świetne imprezy, na które zjeżdża cała Polska, pół Europy i kawałek świata, ale sama poza Kraków i Czechy – oprócz Ani Pietruszewskiej – prawie nie jeździ… 

J.: Najśmieszniejsze jest to, że ludziom się wydaje – nam zresztą też się kiedyś tak wydawało – że w Argentynie to jest tyle maestros A tak naprawdę to jest piramida: na dole są kursanci, którzy chodzą na grupówki, ale nie bardzo na milongi. Wyżej są ci, którzy chodzą na lekcje i na milongi. Jeszcze wyżej są milongueros, którzy chodzą regularnie na milongi, uczą się na lekcjach i warsztatach, jeżdżą na festiwale. Potem jest poziom semi profesjonalny: już uczą. Piramidka się zawęża. Potem są ludzie najlepsi w danym regionie, a jeszcze wyżej półfinał mundialu.

I co w związku z tym?

 

J.: To, że z dołu inaczej to widzisz niż z góry. Na dole wydaje ci się, że jest coraz więcej, że rośnie. A jak ocierasz się o szczyt piramidy i rozmawiasz z najlepszymi parami, to się okazuje, że wszyscy w nauce własnej ocierają się raptem o pięć nazwisk…

P.: Nie przesadzaj, jest ich trochę więcej.

J.: Trochę, do dziesięciu. I teraz jak idziemy na lekcję, to obok nas są nauczyciele, u których rok czy dwa lata temu braliśmy lekcje. Albo wychodzimy z lekcji indywidualnej, a po nas wchodzi nasz nauczyciel sprzed 2 lat. Więc my chcemy czerpać wiedzę u źródła i nie chcemy tańczyć jak ktoś, tylko chcemy wiedzieć, kto jest jego nauczycielem i do niego iść.

A macie pedagogiczne sukcesy? Sztandarowych uczniów,którzy wyszli spod Waszych rąk?

(Porozmawialiśmy off road, ponieważ może te osoby nie chciałyby być wymienione z nazwiska… Ale są i rzeczywiście dobrze tańczą. Niektórzy mają aspiracje escenario, ale są też tacy, co tańczą klasycznie i są świetni…Znam, potwierdzam. Jest jedna radosna para, która podobała się mojej Mamie na koncercie w Wilanowie 🙂).

P.: Ludzie mają różne swoje wyobrażenia… Czasem nieosiągalne, bo mają tak spięte ciała… I nie chcą tego rozluźnić… Więc ich ruch nie będzie taki jak pierwowzoru – na przykład Vanessy Villalby – bo jej ciało jest bardzo uwolnione. Dawno temu też miałam taki etap, że chciałam jak ktoś. Kiedy studiowałam śpiew solowy, to chciałam mieć głos jak ktoś. A kiedy pojawiło się w moim życiu tango, odkryłam, że nie ma kogoś takiego, że bym chciała właśnie jak ten ktoś.

Ja nigdy nie chciałam jak ktoś, ale coraz bardziej lubię się uczyć. Mam dość dużą świadomość i wiem, że profesjonalną tancerką to może będę za trzy wcielenia. Opowiadać można różne rzeczy, ale jeśli nie jesteś skoczkiem wzwyż, to wyżej dupy nie podskoczysz. Ale zgodzę się, że może być lepiej, ładniej i wygodniej.

J.: To, co teraz powiem, możesz umieścić w wywiadzie (dziękuję, łaskawco! 🙂 ). Mieliśmy pogadankę z bardzo znaną w Polsce europejską parą maestros, a zarazem naszymi bliskimi znajomymi. A także inną przyjaciółką tangową, założycielką TangoMeet. To były dwie różne rozmowy. I tak sobie rozmawialiśmy, że my jesteśmy parami wygranymi, bo możemy iść na lekcje do każdego, do kogo chcemy. Posłuchać tego samego, ale być może ktoś powie coś w najbardziej trafny sposób. Inni są ograniczeni. „A”. nie pójdzie na lekcję do „P”., bo mu korona z głowy spadnie. Nauczyciele nie pójdą do siebie wzajemnie ani na indywidualne lekcje, ani na grupowe. Chylimy czoła przed Clarissą Aragon i Jonathanem Saavedrą, bo może dlatego, że są młodzi i weszli szturmem w światowy TOP, nie mają kompleksów, by iść na jakieś tam warsztaty.

P.: W połowie stycznia jest Argentina Tango Festival Salon i oni byli na wszystkich grupówkach.

J.: Bo wiedzą, że sobie to wykorzystają na swoim łorkszopie i swoim turze (chodzi o workshop & tour).

Zawsze można się czegoś dowiedzieć.

J.: Zbierając tę wiedzę od ludzi, którzy nam się w życiu trafiali, bywało tak, że wydawaliśmy sto dwadzieścia euro, by się dowiedzieć JEDNEJ rzeczy. Zbiera się doświadczenia przez lata, testuje na uczniach. W topowych fabrykach w Buenos Aires, w których szkolą mistrzów – dochodzących do półfinału i finału na mundialu –jest obowiązek uczenia kursantów od zera. Czym innym jest zrobienie warsztatów i tour, podczas którego nauczysz ludzi sekwencji, a czym innym jest odpowiedzialność, kiedy uczysz od początku. W jednym czy drugim studio w Buenos Aires muszą się odbyć zajęcia, nawet jak przychodzą dwie pary turystów. Nauczyciele na nich nabierają doświadczenia pedagogicznego.

A jak to się ma do Was?

J.: Właśnie ze wspomnianą wcześniej znajomą rozmawialiśmy… I ona zapytała: „Pomyślcie… ile jest takich par, które inwestują koszt nowego samochodu w podróż i lekcje w Buenos?” W Polsce to jesteśmy my… Powiedziała, że są nauczyciele, którzy zamykają się w swojej szkole i siedzą tam przez dwanaście lat i swoją własną wizję tanga kreują na podstawie pytań od kursantów. Uczą już nie tanga argentyńskiego, a tanga swojego własnego.

Wielu nauczycieli się nie rozwija. Wielu tancerzy, nawet pokazowych, nie widzi, że pozostali w estetyce ruchu sprzed dziesięciu lat… A niektórzy nauczyciele argentyńscy – sprzed trzydziestu…

J.: Dlatego my – pomimo tego, że Azja na nas czeka, Bora Bora i cały świat – do tego cholernego Buenos co roku jeździmy 🙂

Świat a kysz… A jesteście otwarci na zaproszenia z Polski?

J.: Oczywiście!

P.: Generalnie lubimy to, co robimy.

Jeśli ktoś zaczynał gdzie indziej, nie u Was – ma szansę dostać się do Was do grupy zaawansowanej? Czy musi wziąć jakieś korepetycje?

J.: Ma szansę, tylko max w grupie zaawansowanej to siedem par i na dzień dzisiejszy został osiągnięty.

P.: Jeśli zebrałaby się nowa cała grupa, to ruszymy.

Zatem: zgłaszajcie się! Chociaż z tym zaawansowaniem bywa różnie… Wiele osób uważa się za zaawansowane, a nie umieją chodzić, nie mówiąc o nawigacji na parkiecie…

J.: Dla nas zaawansowanie jest wtedy, kiedy ktoś tańczy płynnie na milondze. Na każdych zajęciach jest jeden temat.

P.: To są bardziej warsztatowe seminaria: jest technika, jest sekwencja. Zajęcia grupy zaawansowanej trwają dwie godziny.

J.: Jeśli robimy coś do DArienzo, to ćwiczymy dany element, a przez ostatnie pół godziny ćwiczymy przysposobienie tego na przykład do milongi. Jeśli robimy coś na bazie giro, to pokazujemy, jak to zdublować, by pasowało w walcu.

A uczycie tańczyć w muzyce? Jak się zabrałam za prowadzenie milongi, to mimo że znam utwór – jak się chcę coś zrobić, to ten pasujący moment minie, a ja nie zdążę… Jak ktoś tańczy mechanicznie, a nie do muzyki – to jest potworna nuda. Wolę muzykalnego słabszego technicznie niż niemuzykalnego terminatora… A raz mi się zdarzyło mało nie zasnąć…

J.: Jak masz rozgryzione, jaki kompozytor, co i kiedy, to przestaje być trudne.

P.: Masz narzędzia i z nich korzystasz.

J.: Jak wiesz, że będzie fraza z pianinkiem, to wiesz, że będzie czas na ozdobniki. A jak zaczną się skrzypce, to nie skończą się tak szybko, tylko potrwają ze trzy ósemki i wtedy tańczysz do skrzypiec. Rozumiesz?

Nie, ale wierzę. Co w nauczaniu jest dla Was najważniejsze?

J.: To, co później jest najważniejsze dla ludzi w tangu.

P.: Komfort i kontakt.

J.: Komfort samych ze sobą i komfort w parze.

A jak trafiacie na wyjątkowo oporną melepetę, nie tracicie cierpliwości?

J.: Mieliśmy kiedyś taką parę… Może tego nie przeczytają… Było to w komercyjnej szkole tańca, gdzie recepcja wrzuca jak najwięcej ludzi, żeby lekcja była najbardziej rentowna… Nie dość, że para ta szła w przeciwną stronę niż grupa, to jeszcze on szedł przeciw niej i w ogóle wszystko było na opak. Prorokowałem, że jak skończy im się karnet, to nigdy nie wrócą, bo chyba nie są ślepi i widzą, że to nie jest aktywność dla nich. To był jedyny raz, kiedy kogoś oceniłem, że się nie nadaje. A teraz oni są w naszej grupie zaawansowanej…

Samozaparcie drogą do sukcesu.

J.: Też, ale także to, że jesteś pod czyimś dobrym okiem. Nie ma czegoś takiego, że kogoś można nie nauczyć.

Czasami jest limit ruchowy.

P.: Tak, ale zawsze można do niego dojść, a niektórzy zatrzymują się w połowie drogi. Wszystko jest w głowie! Te przypadki, które wyglądały na beznadziejne, spowodowane były blokadami poprzez przekonania, własne teorie i zamknięcie na pewne rzeczy, a nie ciało.

J.: Czasem jest tak, że musisz coś wybrać. Jeśli ktoś jest mało zdolny i połączenie nóg powoduje, że nie wie, co dalej, którą nogą i w którą stronę, to skupiasz się na tym, by koncentrował się na partnerce.

P.: Nie będziemy go na siłę uczyć lapisów i enrosque, a tego,co jest w stanie ogarnąć na dany moment.

J.: Wybierasz, co dla takiego ucznia jest ok, aby zaczął tańczyć.

Dajecie radę ze zwiększonym zapotrzebowaniem na uwagę jednej osoby?

P.: Jesteśmy zazwyczaj we dwoje, radzimy sobie. Dlatego też chcemy mieć małą ilość par.

J.: Niektórzy nam mówią: powiększcie szkołę, to będziecie mieli większy biznes. Moim zdaniem mogę otworzyć jeszcze jedną grupę, ale nie mogę wpuścić na salę dwudziestu par!

P.: Po jakimś czasie i tak zostanie dziewięć – dziesięć. To ja wolę mieć te sześć – siedem par cały czas, niż mieć poczucie, że połowa mi odpadła.

J.: Przy dużych grupach jest mniejsze nauczycielskie poczucie obowiązku. Jak ci z małej grupy ktoś odpada, to czujesz presję, by ta grupa się nie rozpadła. Małe grupy bardziej się czują zintegrowane.

P.: Jako nauczyciel przy małej grupie jesteś bardziej na celowniku, ludzie widzą każdy twój ruch, nie odejdziesz sobie do kantorka…

by pomieszać herbatę…

P.: Widać zaangażowanie w zajęcia. Przy dwudziestu parach niekoniecznie, bo jest tłok, szum, harmider.

J.: Za mało par też jest niedobrze dla grupy, wtedy ludzie czują się obnażeni. Minimum to cztery pary – mamy to przez lata sprawdzone. Wtedy ludzie czują, że są grupą. Trzy pary – to taka grupa semi indywidualna, ale z obcymi. Więc się źle czują, bo przyszli na zajęcia grupowe. Zachowanie złotego środka jest ważne.

Od ilu lat organizujecie wyjazdy?

J.: Od dziewięciu, co roku. Była Lizbona, Porto, Rzym… Dwa ostatnie lata – Poreč. Prowadzimy trzy godziny zajęć, a wieczorem idziemy na festiwalowe milongi.

Super pomysł!

J.: Wiem 🙂 Coraz więcej ludzi się o to dopytuje. Może niekoniecznie chcą siedzieć na warsztatach za sto euro i spędzać dzień w sali. Dlatego my mamy zajęcia w godzinach 10.00. – 13.00., a potem jest czas wolny. Wieczorem festiwalowa milonga. I nasze dziewczyny, z naszej grupy, są proszone. I chociaż na co dzień tańczą tylko ze swoimi mężami, tu przerabiają kilkunastu partnerów. Faceci również prosili lokalne kobiety.

Nie tylko! Jolanda mówiła, że tańczyła z jednym od Was i że był super.

J.: W przyszłym roku chcemy jechać do Valencji albo do Alicante.

O! I na pewno chcecie filmy, zanim przyjmiecie na taki wyjazd.

P.: Nigdy nie chcemy żadnych filmów, ale rozważamy, czy nie poprosić w przypadku zapisów na masterclass u naszych festiwalowych maestros.

Nie prosili – chyba… Ostatnie miejsca zostały – kto ma nauczycielskie ambicje, must be!

J.: W tym roku będą zajęcia dla nauczycieli i dla zaawansowanych.

P.: Maestros poprosili nas, żeby to były pary naprawdę zaawansowane, ponieważ będą z nimi pracować tak jak z parami profesjonalnymi w Buenos Aires. Więc to jest nasza odpowiedzialność.

J.: A jak ktoś się przemknie, to na pewno maestros nie będą zaniżali poziomu.

Tylko że to jest wkurw, bo początkujący na zajęciach dla zaawansowanych zaburzają energię.

P.: To jest wkurw dla nauczycieli, ale i dla uczestników.

J.: Na różnych festiwalowych warsztatach dla zaawansowanych proszą albo o film, albo o rekomendację.

Ja uważam, że to wcale nie jest złe, jeśli zależy organizatorom na wyrównanym wysokim poziomie grupy. Na filmie widać, czy stawia ładnie stopy, jaką ma postawę… A na koniec zapytam o początek: u kogo Wy zaczynaliście? (rozległ się przeciągły jęk i pytanie, czy to kogokolwiek interesuje… Tak! Mnie! Mój wywiad, pytam, o co chcę i oczekuję współpracy 🙂 ).

P.: Za czasów Barrio de Tango – Kasia Lubaś i Magda Lewandowska sprowadziły Facundo Gil Jauregui, który chciał nam jak najwięcej przekazać. Wcześniejsi się nie liczą, to były jakieś mało udane próby. Jeszcze wcześniej pływaliśmy na statkach i dawaliśmy taneczne show. Przypływaliśmy dwa razy w tygodniu do Barcelony.

J.: Tańczyliśmy takie musicalowe kawałki i trochę już nam się to znudziło. O tangu nie wiedzieliśmy nic, ale stwierdziliśmy, że sobie zrobimy jakieś tango show. Wiedzieliśmy, że w Barcelonie stacjonuje trochę Argentyńczyków, więc – kultywując naszą zasadę, że jak się uczyć, to u źródła a nie gdzieś tam – postanowiliśmy zaniechać spacerów po Rambli i pójść się pouczyć tanga.

P.: Przede wszystkim chcieliśmy, żeby ktoś nasze wymysły trochę ogarnął, bo mieliśmy wtedy taką wizję tanga jak ludzie, którzy o nim nie wiedzą nic. Odkryliśmy świat, o którym nie mieliśmy pojęcia. Na tamten moment urozmaiciło to nasze choreografie, a potem…

J.: … zaczęliśmy eksplorować.

P.: Potem pojawiały się pary argentyńskie w Polsce i oczywiście chodziliśmy na lekcje, głównie indywidualne.

J.: Jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby zapisać się na kurs…

P.: Lekcje grupowe odbywały się w czasie, kiedy pracowaliśmy, więc nie mogliśmy w nich uczestniczyć.

Spędzacie ze sobą całą dobę. Jesteście małżeństwem… z osiem lat?

P.: Więcej.

Pobraliście się w przedszkolu?!

P.: Prawie. W 2005 roku wzięliśmy w ślub w tajemnicy.

J.: Wiesz: Romeo i Julia… 🙂

No więc jak to jest być dwadzieścia cztery godziny ze sobą? Wyjeżdżacie gdzieś pojedynczo, żeby od siebie odpocząć? (popatrzyli na mnie jak na niespełna rozumu kosmitkę).

P.: No ale jak to tak odpoczywać od siebie?

J.: Odpoczywamy od siebie, jak śpimy.

P.: Albo jak idziemy na basen – co prawda razem, ale pływamy na osobnych torach!

J.: Wiesz… Jak ktoś już jest tak długo razem, to…

często ma tego zwyczajnie dość.

J.: Nie, jeśli masz tyle wspólnych pasji… My mamy musicale, teatr

No dobra, ale jest tyle pięknych dziewczyn, w Argentynie tylu przystojniaków…

J.: Patrycja nie lubi Argentyńczyków.

P.: Nie mój typ.

J.: Dlatego tak często tam latamy 🙂 Nie czuję zagrożenia.

No dobra… (postanowiłam nie dać się spławić!) Ale przecież są różne pokusy… (albo oni niegramotni, albo ja jakaś nie teges, bo popatrzyli na mnie, jakbym nagle zaczęła jodłować…).

J.: Oglądasz ten sam świat… razem.

P.: Może u nas tak jest, bo w pewnym sensie dorastaliśmy razem.

J.: Jesteśmy inni niż w wieku dziewiętnastu lat, ale jeśli się razem developuje

A nie zdarzyło się, że Cię kobity molestują? (Jakub popatrzył na mnie, jakbym recytowała poezję w sanskrycie…)

J.: Ale że na lekcjach?

Właściwie to nie wiem! Na lekcjach trudno to sobie wyobrazić, na milongi nie chodzisz, to nie dajesz okazji… (poddaję się! Mało są pudelkowi!).

J.: Nie mamy zwyczajnie czasu. Dużo trenujemy, dajemy lekcje, prowadzimy warsztaty, sami się dokształcamy. W Buenos Aires dostaliśmy od Vanessy&Facundo ochrzan, że albo mamy swój trening i lekcję z nimi, albo idziemy na milongę, bo wszystkiego nie damy rady. I albo jesteśmy profesjonalistami, albo jesteśmy świrnięci i chcemy wszystko, ale nie będziemy mieć nic, bo z lekcji nie skorzystamy, a na milondze będziemy nieprzytomni.

A odskocznia od tanga?

P.: Londyn. Mamy tam zakaz mówienia o tangu.

Sami sobie zakazujecie?

P.: Tak. Mam zakaz oglądania filmików na YouTube czy Facebooku. Jedziemy tam i ma być nie tango – ponieważ u nas tango jest wszędzie. Nie mamy innej pracy, nie spotykamy się od 9.00. do 17.00. z innymi ludźmi niż tangowi. 90% naszych znajomych jest z tanga.

J.: Do Londynu latamy mniej więcej raz na półtora miesiąca, oglądamy musicale i sztuki.

P.: Jesteśmy musicalowymi frickami.

J.: Jest też teatr, wystawy…

Ile czasu potrzebujecie na taki reset?

J.: Trzy – cztery dni.

P.: Jak nie pracujemy, to nie zarabiamy, nie mamy płatnego urlopu.

Niemożliwe?! (he he) Czyli wyjazdy do Buenos to nie tylko wydatek tam, ale i tu: czynsz za szkołę trzeba zapłacić… Ile Was taki wyjazd na miesiąc kosztuje? Trzydzieści tysięcy?

P.: Robimy spis: ile nas kosztują bilety, mieszkanie, lekcje, dojazdy – zapisuję wszystko. Plus dodatkowo mamy margines…

J.: … czyli dodatkowa suma, ale nie do ruszenia! I co? W połowie wyjazdu poszły wszystkie pieniądze. Bez skrupułów ruszamy kupkę nie do ruszenia. Potem kartę kredytową… jedną… i drugą…

P.: Czasem kończy się telefonem do mamy

J.: Albo do znajomych: przywieźcie tysiąc dolców!

W tym tysiaku byłam pośredniczką, a mogłam zdefraudować… 🙂

J.: W tym roku też ktoś tysiąc dowoził. Z drugiej strony: jesteśmy tam, jakieś okazje się pojawiają: lekcje, buty… Więc mówimy: TERAZ jesteśmy w tym Buenos… i co..? Nie wziąć..? 🙂

Brać! Życzę Wam wszelkiego powodzenia i do zobaczenia na Recuerdo!

Patrycja i Jakub to najbardziej utytułowana polska para: mistrzowie Europy Tango Escenario z 2014 r. Dają pokazy w Polsce i za granicą. Stali bywalcy milong w Buenos Aires. Festiwal Recuerdo odbędzie się po raz trzeci – rejestracja na full pass tylko do jutra!