Poznański Tango Weekend – wrzesień 2021

Uprzejmie informuję, że to jest mój osobisty blog, moje osobiste opinie i przyjmuję do wiadomości, że każdy może mieć swoje. I swojego bloga też!

Foto: Krzysztof Rwicz

Kolejna impreza przemknęła niczym sen… Poznań Tango Weekend nie był pierwszym weekendowym wydarzeniem w tym mieście, ale był inny niż poprzednie, w których brałam udział (dawno temu). Kolejny będzie w styczniu 2022. Tym organizatorom chyba podłączyli baterie króliczkowe. Dziś zaczęli Barocco w Zamku na Skale. Szykują też festiwal!

„Ach, co to był za weekend!”.

Sala Biała, hotel Bazar. Fot. Maciej Borowiec.

Drugi Poznański Tango Weekend, który łączy! Dzięki współpracy trzech szkół tanga: Oscar Dance (Grzegorz Kałmuczak), Tango La Vida (Iwona Piwońska) i Casa Buena (Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek) raz w roku tworzymy otwarty, pełen dobrej energii i pasji event w stolicy Wielkopolski – napisał Michał Kaczmarek, główny organizator.

Marzyli o tangu w Sali Białej od lat.

Sala Biała. Foto: Tango Te Amo.

Pogoda dopisała, nastroje też. Jakieś tam małe dramy były, ale zauważalne tylko dla niezwykle bystrych obserwatorów (ktoś kogoś rzucił… Komuś z kimś nie wyszło… ale pocieszył się kimś innym… Ktoś miał nadzieję… A ktoś niczego poza tangiem nie szukał i mimo wszystko znalazł, ktoś nie… Tango ma wiele warstw, dla wielu niedostrzegalnych). Generalnie atmosfera była wesoła i przyjacielska.

Super było!

Zwłaszcza w klubie „Buenos Aires”.

Foto: Tango Te Amo

Oczarowało mnie to miejsce! Warszawa się chowa ze swoim klimatem. Do wyboru w tygodniu jest pięć miejsc, ale albo gospodarz nie bardzo dba o obcy lud, albo fajne miejsce z potencjałem jest gaszone złą energetyką, albo nie wiem, co. Nie gra i tyle. Dlatego wolę wyjeżdżać.
Chyba że… UNO! Wracaj!!! Gdziekolwiek. Podobno dwa nowe miejsca na warszawskiej mapie się szykują, ale nie wiem, czy będę miała po drodze.

A w tym poznańskim klubie…

Foto: Tango Te Amo

Czyli w „Buenos Aires”, stworzonym przez tangueros dla tangueros, naprawdę jest klimat tanga argentyńskiego z Buenos Aires: social, bez napinki, integracja, empanadas, napoje (woda za darmo i bez ograniczeń), biesiadny stół. Tu się odbywały popołudniówki i afterki. Tu się działo. Tangowo i towarzysko.

Socjal.

Jeden z tangowych kolegów poruszył temat niby tangowych egocentryków: że są głośni, że swoim zachowaniem zakłócają przebieg imprezy. A ja myślę, że każdy event ma swoją specyfikę. I ten weekend doskonale to pokazał: w piątek tańczenie i trochę gadania, w sobotni wieczór „bątą” w Sali Białej, na popołudniówkach luzik, a na afterkach klubowo-tangowy misz-masz. Jeśli odgłosy socjala zakłócają tańczącym odbiór muzyki, to znaczy, że sala jest przeładowana ludźmi i nagłośnienie nie daje rady. A jeśli poza parkietem jest głośno, ale na parkiecie słychać muzykę, to znaczy, że jest ok.

Nad ranem. Najwytrwalsi. Foto: Tango Te Amo.

Ludzie z różnych miast, a nawet krajów, kiedy raz na jakiś czas się spotkają, bywa, że chcą pobiesiadować. Kiedy jest wesoło, to rozlega się śmiech. Argentyńczycy stawiają właśnie na ten socjal: siedzą w lubianym towarzystwie, jedzą, piją, śmieją się i rozmawiają, a tańczą przy okazji. Kto lubi trumienną atmosferę, niech przyjedzie do Warszawy. Podpowiem, gdzie iść.

Wniosek.

Jedna z moich tangowych córek (właściwie nie uczestnicząca w biesiadowaniu) powiedziała mi, że dopiero po tym weekendzie zrozumiała, dlaczego tak lubię wyjazdy i dlaczego na warszawskich milongach bywam rzadko. Bo to jest tak: kiedy wyjeżdżasz, nie jesteś w domu i z prozą życia, tylko poza nią. Cokolwiek TAM (czyli w prozie) się dzieje, to jesteś gdzie indziej. Ciałem i emocjami. I parkiet oraz objęcia inaczej smakują.

Muza.

M&Ms na afterce po sobotniej głównej zawładnęły parkietem i naszymi sercami. Zagrali rewelacyjnie. A kto się kryje pod tą ksywką? A poznaniaki: Magda i Maciej Szymańscy. Ideą tego poznańskiego tango weekendu jest, że mają grać miejscowi didżeje. Pomysł fajny, jednak szkoda, że nie zagrał Zorro alias El Monje. A może następnym razem właśnie M&Ms?

Milonga główna.

Hotel Bazar. Fota z internetów zapewne, ja pożyczyłam od Iwony Piwońskiej.

Sala historyczna, wolnościowa i niepodległościwa. Wszyscy powinni wiedzieć, że jedynym wygranym powstaniem w naszej historii było Powstanie Wielkopolskie.
Cały gmach hotelu Bazar jest neorenesansową perełką: w XIX wieku wzniesiono go z inicjatywy Karola Marcinkowskiego. „Ważnym wydarzeniem w historii hotelu Bazar była wizyta Ignacego Jana Paderewskiego 26 grudnia 1918r. Z okna apartamentu na pierwszym piętrze (bezpośrednio nad portalem głównym) wygłosił przemówienie do mieszkańców Poznania zgromadzonych na obecnym placu Wolności. To rozbudziło nastroje patriotyczne i przyczyniło się do wybuchu powstania wielkopolskiego (1918-1919)” – kto jest głodny historii, przeczyta TU.

Sala robiła wrażenie. Wszyscy zachowywali się nobliwie, jak na okoliczności przystało. Fotografowie chcieli mieć fajne ujęcia. Ale nie ze środka parkietu! Fotografem nie jestem (chociaż mam oko do ujęć), ale wiem: tangowy fotograf szuka kadrów bez przeszkadzania tancerzom i nie używa lampy błyskowej. Polecam.

Łazienka była wygodna i duża, jak to w eleganckim hotelu.

Milonga piątkowa.

Lokalizacja: na końcu poznańskiego świata. Ludzi dużo, chociaż trafić niełatwo. Dzięki uczestnikom ten wieczór był dla nas udany. Jednak uznałyśmy z „moją dziewczyną”, że jeśli kolejna poznańska impreza będzie zaczynała się w tym miejscu, to my zaczniemy od soboty.

Fot: Maciej Borowiec.

Na szczęście spontanicznie ogłoszono afterkę, na którą z radością pojechałyśmy.

„Buenos Aires” rządzi!

Powtarzam się, ale uwielbiam: popołudnia i afterki, klimat miejsca, muzyka…
Klub został stworzony dużym nakładem energii i finansów Michała Kaczmarka i Agaty Czartoryskiej, wspiera ich dzielnie Ania Kosela. I to jest takie miejsce, które ja bym chciała mieć w Warszawie… Cała ekipa warszawska jest zachwycona. Jesteśmy gotowi jechać tam na milongę!

W BA nie było czasu na foty. Milonga piątkowa. Foto: Dorota Pisula.

Pokaz.

W Sali Białej hotelu Bazar: Beata Maia Gellert & Łukasz Wiśniewski. Znam ich od początku mojego tanga. Maia to moja pierwsza nauczycielka techniki. Darzę ich sympatią i mogę polecić jako nauczycieli (dodatkowo Maia prowadzi na platformie tzw. Ciałorusz i jogę twarzy). Ale nie dlatego chwalę pokaz.

Zatańczyli rewelacyjnie.

Na jakiej podstawie oceniam? Na takiej, że wiem, na co patrzeć.

Oj… Jak ja tu patrzę… Jak patrzę… 🙂 Foto: Dorota Pisula.

Nie muszę być mistrzynią mundialową. Sprawozdawcy sportowi też nie są olimpijczykami. Krytycy sztuki nie tworzą dzieł. Właściwie to mogłabym w ogóle nie tańczyć, a się wypowiadać. Elżbieta Zapędowska nie śpiewa, a jest jurorką w konkursach wokalnych. Nawet umie uczyć śpiewu! Wystarczy posłuchać Edyty Górniak.
Wracając do pokazu – WOW. Widziałam kilka wcześniej. Ten był naprawdę fantastyczny. Maia i Łukasz bardzo rozwinęli się jako para. Jest moc!

Spełniło się marzenie.

Chacarera była! Foto: Tango Te Amo.

Organizatorów: zatańczyć tango na Białej Sali. Nie będę rozpisywała się odnośnie tego, kto w jakiej konwencji marzył, ale życie pokazuje, że marzenia się spełniają. Czasem daleko w czasie, z kimś innym, ale jednak. I często ta konwencja okazuje się znacznie lepsza od pierwotnych wyobrażeń.

Wytańczeni! Foto: Tango Te Amo.

Poza tangiem.

Mój bardzo tajny redaktor zwrócił mi uwagę, że ta pozatangowa część opowieści zajmuje więcej miejsca niż ta tangowa. Co poradzę, że nie mogę obejść się bez doznań? Pisać lubię, Czytelników mam, tak wychodzi. Kogo nie interesują moje szaleństwa, może skończyć w tym miejscu.

Życie lubi mnie stymulować. A skoro mnie, to i osoby mi towarzyszące.

Część ekipy warszawskiej przyjechała pociągiem. I odjeżdżała takoż – jak mawia Pietruszka. W luźnych pogawędkach wyszło nam, że chociaż przyjechaliśmy różnie, to wracamy razem. Och, jak fajnie! Warsie – przybywamy!

Idziemy z Beatkiem na dworzec. Szukamy peronu. Dobra, są drogowskazy. Docieramy. A po drodze mijamy koleżankę Agnieszkę z amokiem w oczach (brakowało toczonej śliny), która ucieka z tego peronu mamrocząc, że „to nie tu!”. Myślimy: coś jej się na rozum rzuciło, jak nic. W końcu tango to szaleństwo, więc ze zrozumieniem zaakceptowałyśmy, że postradała zmysły.

Niespiesznie zjeżdżamy na peron.

Pani w megafonie ogłasza opóźnienie 10 minut. Luzik.

Dołączamy do znajomych. Gadu-gadu, heheszki, fiki-miki. I nagle mi przyszło do blond główki zapytać kolegi Leszka o numer wagonu. On, że 268. Ja patrzę na mój bilet: wagon nr 14, więc mówię do niego: „To chyba nie tym pociągiem jedziesz”. Leszek spojrzał na godzinę odjazdu, numer pociągu i odpowiada: „To ty nim nie jedziesz”.

Aaaaa!!!

W międzyczasie Beatek oddaliła się. A my nie na tym peronie! Jej walizka została… Do odjazdu moment…

Poznańska koleżanka, będąca świadkiem, zachowała zimną krew i zaordynowała: „Idziemy!”. Złapała walizkę Beatki i pognała, ja za nią.

Dwie minuty.

Ktoś mądry tak ułożył rozkład jazdy, że pociągi jadące przez Poznań do Warszawy były dwa, a różnica w odjeździe do kompletu: dwie (!!!) minuty. 12.42. i 12.44. Perony tych pociągów były tak obok siebie, jak milonga piątkowa i sobotnia.

Beatek gdzieś.

Walentyna (o jedyna! Gdyby nie Ty…) wiedziała, dokąd biec, więc dotarłyśmy na właściwy peron (Agnieszko, Twój amok był mniejszy niż mój!). Ale Beatek gdzie?! Dzwonię. Odbiera. Mówię, jak jest. A ona… nie umie znaleźć peronu, bo ten jest w pi..u!!!
Bezradność. To jedno z najgorszych uczuć. Nie miałam żadnej mocy, żeby nią pokierować, bo nie wiedziałam, gdzie jest. Pomijam moją cudowną zaletę gubienia się w kierunkach. Z perspektywy czasu bardzo się z tego cieszę, bo gdybym próbowała Beatce mówić, jak ma iść, pewnie zamiast peronu znalazłaby dworzec autobusowy.

Walizka.

Jestem w pociągu. Moim właściwym. Beatki nie ma. Deliberujemy z Walentyną: walizka Beatki ma jechać? Zostać? Ja mam jechać? Wysiąść?

Sygnał odjazdu i zamykania drzwi… Otwieram. I tak trzy razy. Czyli trąbili, ale na szczęście nie blokowali.

Zwrot akcji.

Walentyna mówi, że jakaś dziewczyna z dużymi włosami ubrana na biało wskoczyła do pociągu. Czy Beatek była ubrana na biało??? Nie wiem!!! Ale dzwoni, że jest w ostatnim wagonie.
Pociąg rusza.
Akcja miałaby ciąg dalszy, gdybym oddała walizkę Walentynie, pociąg by ruszył z Beatką, ale bez jej walizki. Tfu tfu! Na psa urok!

Trochę wcześniej…

Na dworcu pojawiła się Monia. Usłyszała o opóźnieniu i uznała, że ma duuużo czasu. Spokojnie, stylowo („Pośpiech upokarza” – to maxima, której mnie nauczyła) przemierzyła dworcową połać i wkroczyła posuwiście (schodami ruchomymi) na peron, na którym był Leszek. Ledwo znalazła się na peronie, a on mówi: „Mój pociąg nie jest twój!”.

Monia miała bilet na nasz pociąg.

Rzuciła się w otchłań poznańskiego dworca, by znaleźć odpowiedni peron, ale mimo czynności tej wykonywanej skrupulatnie i w upokarzającym pośpiechu, dane jej było zobaczyć jedynie kuper naszego pociągu. Więc rzucając się w głębię upokorzenia, pognała z powrotem, by zdążyć na ten nie jej. Dzięki temu, że był opóźniony, udało się.

Bilet.

Masz na dany pociąg albo nie masz. Jeśli nie masz, płacisz karę albo kupujesz ten właściwy. Ewentualnie, dzięki życzliwej obsłudze, wysiadasz w Koninie. Z całą masą innych ludzi, którzy też nie zauważyli różnicy w biletach, pociągach, peronach…

Foto: Monika Jankowska-Kapica.

Podsumowanie.

Lubię Poznań i pojadę. Nawet pociągiem.
Na razie szykowałam się na Barocco. Szlafrok z emblematem prawie spakowany. Niestety. Zamek na Skale musi na mnie poczekać. To pierwszy raz, kiedy jestem zmuszona zmienić tangowe plany w ostatniej chwili. 
Skoro piszę, że ludzie z infekcjami powinni siedzieć w domu, dając społeczny przykład, nie mogę postąpić inaczej. „Moja dziewczyna” mówi, że wyjazd beze mnie to tylko połowa przyjemności. A ja powiem: zostając w domu mam 100% nieprzyjemności! 
Życie.

Open Air Tango Festival – Ustroń 2021

Imprezy Pietruszki są zawsze udane.

W drogę! Z „moją dziewczyną” i „adoptowanym dzieckiem”.

Kiedy nie może spać – myśli. A jak wymyśli, to robi.

Przełom lipca i sierpnia należał do Ustronia. Po intensywnym imprezowo lipcu, ostatni weekend był także intensywny. Trzy pary, dwa koncerty… I Prażakówka, Dom Kultury w Ustroniu, który gościł nas, tangueros, kolejny raz.

Ludzie zaglądali. co to się wyprawiało…

Milongi tematyczne kolorystycznie.

Pre party było, ale nie pod konkretnym wezwaniem, za to milonga piątkowa i owszem: biała. Nie musiało być wszystko na biało, akcent też się liczył. Sala wyglądała, jakby anioły najczystsze zstąpiły z niebios na ziemię… Takiemu jednemu skojarzyło się z balem kelnerów – to zapewne zazdrości, że nie mógł tam być.

Podczas tej milongi odbył się koncert na żywo: zagrał kwartet ReTango. Jestem ostrożna, jeśli chodzi o tańczenie do muzyki granej przez zespół, zwłaszcza kiedy nie znam muzyków. Ograniczyłam się do słuchania i… trochę szkoda, bo grali naprawdę dobrze.

Publiczność.

Ta nietańcząca, miejscowa, podziwiała z balkonu tańczące pary. A ja rozpoczęłam bytność od… rozstawiania krzeseł z „moją dziewczyną” i „adoptowanym dzieckiem”. No naprawdę coś z tymi krzesłami jest u mnie na rzeczy… Drugiego dnia doszło przestawianie stołu. To się nazywa adaptacja wnętrza do potrzeb użytkowników.

Amfiteatr

W sobotę po popołudniówce poszliśmy do ustrońskiego amfiteatru na koncert.

Fota sprzed rozpoczęcia koncertu. Potem amfiteatr był prawie pełen.

Pokaz dały trzy pary: Luiza i Marcelo Almiron zatańczyli tango i milongę, Urszula Nowocin i Fernando Romero Chucky dali pokaz chacarery, zamby i tanga nuevo zatańczonego do nietangowej muzyki, Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek zatańczyli walca i tango do jednego z utworów Astora Piazzoli (do dziś niektórzy Argentyńczycy uważają, że Piazzoli się nie tańczy. Jak „sie umi”, to można!). Ponownie zagrał kwartet ReTango, a całość swoim popisowym numerem rozpoczął Luciano de Esbornia z Berlina, który jest nie tylko wszechstronnym tancerzem, ale także robi świetne masaże z elementami akupresury.

Z koncertu będzie film, ale za chwilę, po montażu. Koncert był miłym urozmaiceniem ustrońskiego festiwalu tanga, który (ten festiwal) chyba już na stałe wpisał się w to miejsce.

Rodzice tańczyli, dziecko się zmęczyło 🙂

Pogoda dopisała.

Tak w ogóle, chociaż prognozy były słabe. Padało dopiero w niedzielę. A to był ważny czynnik, zwłaszcza w dniu koncertu, bo mimo że amfiteatr jest zadaszony, przyjemniej było bez deszczu, a i ludzi więcej przyszło.

Na zakończenie miała być mini milonga, ok. półgodzinna. Zatańczona była jedna tanda, bo zabrakło czasu.

Milonga czerwona w Prażakówce wzywała…

Nie powiem, jakie miał skojarzenia taki jeden.

Zwykle na imprezach jest kilka pań w czerwonych sukienkach, teraz były prawie wszystkie. Panowie występowali w czerwonych koszulach, a niektórzy ograniczali się tylko do czerwonego akcentu. Ja miałam czerwoną bluzkę i buty.

Niedziela była pod wezwaniem milongi złotej.

Taki jeden nie miał żadnych skojarzeń. Tym razem ja ograniczyłam się do dwóch złotych elementów i był nim haft Tango Barocco oraz bransoletka.

To był ostatni dzień, więc ludzi ubywało, ale niektórzy dotańczali z tymi, z którymi nie złożyło się podczas dwóch poprzednich dni (ja tak miałam).

Warszawa 🙂 Panowie też byli, ale nie pozowali 🙂

I czas pożegnań…

Gdzie następne spotkanie? Może na Poznań Tango Weekend?

After.

Był, a jakże, już nie w Prażakówce. My z Beatkiem musiałyśmy wracać do domu, ale sporej części uczestników było mało. Służby operacyjne doniosły, że niektórzy zalegli w łóżkach i zaspali…

A moja refleksja jest taka: w czwarty weekend tanga z rzędu, to była moja pierwsza impreza, na której nie było afterki prywatnej… Większość była skonana całym lipcem. Pandemia wzięła żniwo, u niektórych forma nie ta… A u niektórych ta, ale trochę inaczej.

Ekipa DJ-ska zagrała od czwartku do niedzieli.

W kolejności: Maria Kownacka (Poznań), Adam Noras (Tychy), Luis Cono (Chile/PL), Francisco Saura (Hiszpania), Robert Kovacs (Węgry), Lechosław Hojnacki (Bielsko-Biała), Ivo Ambrosi (Włochy), Esteban Mario Garcia (Argentyna).

Dyrekcja.

Prażakówka ma szczęście. Zarządza nią pani dyrektor Urszula Broda-Gawełek, która z mężem zaczęła uczyć się tanga! (i starosta cieszyński też). Dzięki jej wsparciu mieszkańcy Ustronia oraz turyści będący tam i wtedy, mogli posmakować pierwszych kroków na bezpłatnej lekcji. Prowadził Roberto La Barbera, a statystowała mu i tłumaczyła Ania Pietruszewska (Roberto jest Syczylijczykiem mówiącym po angielsku).

Atmosfera.

Niektórzy mieli aktywne tangowo wszystkie lipcowe weekendy, inni większość. Dla mnie i „mojej dziewczyny” to była czwarta impreza z rzędu. Nie jest tajemnicą, że lubię jeździć na eventy Pietruszki. Zawsze się dobrze bawię. W Prażakówce mamy takie specjalne miejsce do pewnego specjalnego zbiorowego rytuału…

Gospodarze.

Nie wiem, jak oni to robią, ale fakt jest faktem: dbają o gości, widać ich, aktywnie tańczą. Mówię o Ani Pietruszewskiej i Lechosławie Hojnackim
(foto: Francisco Saura).

Wspiera ich dzielnie ekipa wolontaryjna, ale to na nich spoczywa główny ciężar organizacji. Oczekiwania niektórych są takie, że gospodarze powinni wszystkich obtańczyć. Nawet gdyby się sklonowali, nie daliby rady, ale robią, co mogą. Panie omdlewają z rozkoszy w ramionach Lechosława (nie, nie przesadzam. Czasem widzę wzrok pań po skończonej tandzie… Obie z Beatkiem uważamy, że spośród wszystkich partnerów, z jakimi mamy do czynienia, Lechosław tańczy najbardziej eleganckie tango). Ania także jest dostępna, zawsze uśmiechnięta i życzliwa.

Niektórzy organizatorzy twierdzą, że sprawy organizacyjne pochłaniają całą ich uwagę podczas całej imprezy. Na pewno nie tu. Organizatorzy są z gośćmi i dla gości, obserwuję to na każdej bielskiej czy ustrońskiej imprezie.

Balans.

Pietruszka stara się, by był. Dlatego jest rejestracja. Wiem, że co roku zdarza się wjazd jakiejś niezapisanej pani. Proponuję uszczelnić bramkę i żeby od następnego razu niezapisana mysz się nie przemknęła. To nieeleganckie tak robić. Nie wiem, ktosia i cosia, ale… Damy tak nie robią.

Balans c.d.

Był w porządku, chociaż jest złudnym wyznacznikiem tańczenia. Natomiast wpływa na estetykę sali. Dlaczego złudnym? Bo jeśli panom nie wpada w oko pani, z którą by chcieli, wychodzą z sali. Nietańczące panie siedzą, panowie są bardziej mobilni, stąd czasem bierze się błędne przekonanie o braku balansu. Już o tym pisałam, ale może nie każdy czytał.

Socjalnie.

Jak zwykle: działo się. Ten socjal przychodzi z czasem. Najpierw (przez jakieś milion parkietowych kilometrów) jest się głodną tańczenia (tak, pań to bardziej dotyczy). Potem dostrzega się fajność ludzi… Ich osobowości… To „coś”…

Foty.

Użyte w tym wpisie robiłam głównie ja, ale oczywiście był oficjalny fotograf, Krzysztof Erszman, zdjęcia jego autorstwa są na jego profilu (czwartek, piątek po południu, piątek noc, sobota, niedziela). Zdjęcie wyróżniające ten wpis także jest jego autorstwa.

Lista kandydatów na męża „mojej dziewczyny”.

Beatek jest nieokiełznana w tym względzie, a kandydaci ciągle chcą się dopisywać. Ale! Jeden sam się z niej wypisał, twierdząc, że „przez rok od ubiegłego tygodnia o tym myślał i już nie chce”.

A tak w ogóle to straciłam rachubę, więc listę unieważniam i oświadczam, że prowadzona nie będzie. Jeśli który bardzo chce, to od razu klękać z pierścionkiem. Niepoważnych propozycji nie uwzględnia się!

P.S. Klękać przed Beatkiem. Ale! Pierścionki do mnie.

Willa Kolor.

Spałyśmy w niej kolejny raz i kiedy nastąpi kolejny raz, też będziemy tam spały. Tym razem, kiedy wkroczyłyśmy, miła pani z recepcji przywitała nas słowami:

– Dzień dobry! Pani Ania, pani Beata… Mam tutaj dla pań sukienki.

My na siebie: ale że jakie sukienki?! Nie chcemy żadnych sukienek!
Pani zanurzyła się w otchłani szafki i mówi:

– Czasem goście coś zostawiają, czego nie chcą, ale nie sądzę, żeby te sukienki były niechciane…

I położyła je na ladzie. Sztuk trzy.

– Matko, moje sukienki! – zakrzyknęła Beatek.

Zostały po poprzednim razie.

Nie, nie chciała ich zostawić. Były bardzo chciane!

Nie zrobiłam foty, kurde.

Ciekawe, że trafiłyśmy akurat na tę panią… I ona nas rozpoznała…

Przy rozpakowywaniu i przez ponad trzy miesiące (byłyśmy tam w maju) Beatek nie zorientowała się, że czegoś jej w szafach brakuje. A były to te ulubione!

Wniosek: nie ma ulubionych, jedynych, najwspanialszych… Zawsze jest alternatywa. I tak jak w wielu sukienkach możemy pięknie wyglądać, tak z różnymi mężczyznami możemy być szczęśliwe. Często nie warto się kurczowo trzymać jednej opcji i jeśli jesteś studzona, zamiast płonąć – wystygnij.

Chwalę Willę Kolor i nie, nie płacą mi za reklamę. Za to porządnie prowadzą fajną miejscówkę.

Pokoje wygodne, obsługa bardzo sympatyczna i uczynna. Co prawda menu skromne, ale swojskie i można jeść na raty (kto był, ten wie).

Na pewno kiedy będzie tango w Ustroniu, to ja i „moja dziewczyna” tam przybędziemy.

Dlaczego panowie nie proszą i nie tańczą?

Uprzedzam: nie ma obrazków. Czytasz ten wpis jak fragment książki, którym zresztą jest 🙄 

Do popełnienia zapisania mych myśli sprowokowały mnie uczestniczki pewnego festiwalu, które były niezadowolone z powodu swojego niewytańczenia i tego, że nie były proszone przez obcych panów, konkretnie: Polaków (nie będę tego komentować, bo to temat na osobny wpis). Kiedy Lechosław Hojnacki wrzucił tłumaczenie świetnego artykułu, uznałam, że Kosmos domaga się mojego głosu w tej sprawie 🙂

Ten wpis skierowany jest do pań.

To one wyrzucają panom, że znowu nie zatańczyli. To one gest przywitania mylą z cabeceo, przez co niektórzy „boją się” witać. To one wyrywają się do nieswojego cabeceo (na szczęście coraz więcej panów jest asertywnych i skutecznie omija niechciane nawet najszerzej rozwarte ramiona).

Nie będzie miło.

Od kiedy usiłuję liderować, mam dla panów więcej zmiłowania w sercu i doskonale rozumiem, dlaczego wolą nie ryzykować z nieznanymi partnerkami. Na maratonach, gdzie przyjeżdżają po to, by tańczyć do upadłego, też zaczynają od tych ulubionych, których na co dzień nie mają. Albo tańczą w gronie, w którym przyjechali – i wolno im. Poza tym tych nieznanych potencjalnych partnerek jest na tyle dużo, że jeśli pan zdecyduje się poprosić (część panów w ogóle przyjeżdża po to, żeby zaznać nowych abrazos), wybiera według swoich przeróżnych kryteriów – i też wolno mu je mieć.

Różne miejsca i sytuacje.

Warszawa i Kraków mają opinię miast, w których miejscowi panowie nie proszą. W Warszawie gospodarz jednej milongi słabo dba o gości (i pandemia niewiele go nauczyła, dlatego dobrze tańczący bywają tam rzadko), drugiej – ma swój dwór i swoich gości, reszta gdzieś tam się plącze przy okazji. Więc na obecnych warszawskich milongach jest różnie. Kraków – raz tylko byłam na bardzo kameralnej milondze (plus jeden maraton i jeden festiwal), która była bardziej towarzyską posiadówą niż tanecznym spotkaniem. Ja byłam zadowolona ze wszystkich krakowskich imprez, ale koleżanki narzekają.

Gospodarze milong to osobny temat (będzie opisany w książce). Każde wydarzenie ma swoją energetykę. Warszawa i Kraków „cieszą się” opinią miast, gdzie na milongach obce panie nie potańczą. Kraków teraz szykuje duży weekend. Krakusy w Warszawie ze mną nie tańczą. Wolno im. I mnie wolno do nich nie jechać.

Nie ma musu!

Warto to zrozumieć. Jeśli idziesz na milongę/jedziesz na event z nastawieniem, że „zapłacone, się należy” (cytat z polskiego filmu) – to najczęściej będziesz rozczarowana. Ci z dłuższym tangowym stażem przychodzą NIE po to, żeby hurtowo tańczyć, a po to, żeby się spotkać z lubianymi ludźmi. Stąd posądzenie o kliki i koterie. Kiedyś tego też nie rozumiałam, bo nie rozumiałam, na czym polega socjalność tanga. Tak naprawdę NIE polega na tym, że „każdy z każdym”, tylko na tym, że jest społeczność, są pewne zasady i wolność wyboru, kiedy i z kim. Nie mogę mieć tysiąca osób blisko, to nierealne. Dlatego pozwalam też innym nie mieć mnie blisko siebie.

Im dłużej jest się w tangu, tym więcej osób się zna, więc ta strefa socjalna siłą rzeczy poszerza się. Ale fajne relacje buduje się czas jakiś i ostateczny kształt nadają im obie strony. Tak jest w życiu i w tangu. Z kimś może mi być po drodze, a z kimś nie. Albo może przestać być. A potem zacząć. Ot, dynamika. Jak w życiu, tak w tangu.

Dlaczego nie proszą?

Najczęstszy powód: bo nie chcą. Po prostu. Ale już to „niechcenie” ma kolejne powody. Niektóre leżą w Tobie, część nie ma z Tobą nic wspólnego.

Myślisz, że umiesz.

Ocho, giro i krok do boku – to są trzy elementy (według mojego nauczyciela, do którego mam zaufanie), po których widać, czy tanguera „umi”. Jedna ze sfrustrowanych Niemek (że Polacy jej nie prosili) napisała, że nie prosili świetnych tanguer, bo są 60+ (czy nawet 65+), a ona tańczy od 35 lat.

Otóż można dreptać po parkiecie od czasów Złotej Ery i robić to słabo. Estetyka tanga się zmienia. Posiadanie przekonania o byciu świetną tanguerą najczęściej nie ma pokrycia w rzeczywistości (u panów wysokie poczucie samoz…ści też rzadko idzie w parze ze stanem faktycznym). Te naprawdę świetne tanguery ciągle coś w swoim tangu poprawiają. Te przekonane o swojej świetności dorabiają teorie do wszystkiego. Także do tego, czemu nie tańczą. Bo wiek. Bo brak mini (w dojrzałym wieku brak mini jest absolutną zaletą).

Jeśli świetnie tańczysz, masz lat 70 i znajomych – potańczysz. Także z nowymi, kiedy spodoba im się to, co zobaczą na parkiecie.

Wierzgasz.

Aktywne tańczenie a swobodne hasanie to dwie różne rzeczy. Ponieważ mam (skromny, ale jest) warsztat jako prowadząca, uważam, że mogę się w tej kwestii wypowiedzieć. Otóż przy kontroli przez osobę prowadzącą przestrzeni, wierzganie i hasanie jest nieznośne. Ja jako mało doświadczona w prowadzeniu, niestety strofuję („Nie wierzgaj!”). I zwykle dziewczyny próbują coś z tym zrobić, na miarę swoich możliwości. Doceniam. Ostatnio mi się trafiła dyskutantka… Że są panowie, co lubią… Tak, ją jako osobę, więc czasem zatańczą.

Jako człowieka nadal ją lubię (naprawdę). Jednak brak tangowej pokory mnie zirytował. A szkoda, bo abrazo ma bardzo przyjemne (szkoda, że poddałam się irytacji, bo po co; i że brak pokory też szkoda, bo bez pokory nie ma rozwoju).

Najgorszy nieogar własnego ciała, z jakim miałam do czynienia, należał do pewnej specjalistki od jogi. O mamusiu… Galareta mało zsiądnięta, bez własnych granic… Miałam wrażenie, że muszę pilnować, żeby się nie rozlała… Stop! Nie o tym wpis. Więcej będzie w książce.

Ostatnie zdanie w tym temacie: brak świadomości followerki, co czyni jej ciało, jest dużym dyskomfortem dla osoby prowadzącej.

Jesteś jak szafa gdańska.

Trudno Cię ruszyć z miejsca. Co ciekawe, nie jest to wcale zależne od masy ciała. Lider prowadzi, podążająca podąża, ale nie może być tak, że jest jak senna ryba w butach z betonu. Potrzeba siły, by ruszyć. A tango nie polega na sile, tylko na precyzji. I to NIE PRAWDA, że dobry partner tak poprowadzi, że wszystko się zatańczy. Dobry partner przestanie się siłować i pozostanie przy tym, co gdańska szafa w miarę da z siebie wykrzesać. Przerywanie niedobrej tandy (przez kobietę i mężczyznę) lub jej nie przerywanie z różnych względów także opiszę w książce.

Wieszasz się.

Po tandzie z Tobą boli go kręgosłup, kolana, dusza… Znam przypadek, gdzie chłop 120 kg został uszkodzony przez kobitkę niespełna 60 kg. Obydwoje nie umieli, ale to inna sprawa.

Nie lubi Cię.

Ta kategoria odnosi się do lokalnych milong. Mnie w warszawskim środowisku wielu nie lubi. Wolno im. Paradoks: ja niektórych lubię, tylko nie zgadzam się na pewnego typu zachowania. Nie ze wszystkimi, których lubię, chcę tańczyć. Dlatego nie mam problemu z tym, że ktoś może nie chcieć tańczyć ze mną.

Za agresywne perfumy.

Dziewczyny! Nawet nie wiecie, jak często faceci obwąchują nas potajemnie, zanim zatańczą! Lepiej mniej się napsikać niż przedobrzyć. Jeżeli ciągle używasz tych samych perfum, tracisz na nie wrażliwość węchową i możesz przesadzić. Rodzaj zapachu to też indywidualna sprawa.

Nie ta stylizacja.

Starsze, przyszarzałe panie narzekają, że są przezroczyste. Ale są starsze panie noszące się elegancko i z klasą. Znacząca część panów lubi odkryte plecy i mocny negliż niezwiędniętego ciała. Ale są też tacy, którzy nie chcą dotykać mokrej gołej skóry obcej kobiety albo czuć jej sutków. I wcale nie ma tych panów tak mało. Więc on może nie tańczyć, bo nie jesteś młoda, chuda i goła, ale może też nie chcieć tańczyć, bo jesteś zbyt goła – nawet jeśli jesteś młoda i smukła.

Tak mi się skojarzyło, że sutki bez stanika to jak penis w zwodzie… Wszystko schowane, chociaż czuć i często widać.

Czasami masz jakiś element garderoby, który go odstrasza. Albo styl, który nie dodaje Ci szyku. Panowie zwracają uwagę na dwa rodzaje naszej odzieży: na ten, który im się podoba i na ten, który im się nie podoba. Znam tylko jednego mężczyznę, który w szczegółach zwraca uwagę, jakie dziewczyny mają sukienki. A kreacje innych pań omawiają panie. Przebieramy się dla siebie, nie dla nich. Wiem, bo sprawdziłam i w relacji z Gryfa opisałam.

Płeć męska to wzrokowcy (żeńska zresztą też! Wolimy pachnącego boga tanga elegancko ubranego niż nieświeżego pana Henia w wiszących portkach, który na parkiecie nas przestawia i poucza). Mój Osobisty Nadworny Konsultant do spraw Wszelakich mówi, że wybiera te z nas, które przyciągną jego wzrok czymś, co w kobietach lubi i co mu się podoba. Co to jest? To jego tajemnica.

Kładziesz rękę nie w tym miejscu.

Na przykład na karku. Nie każdy mężczyzna chce być tak dotykany przez obcą kobietę. W tangu istnieją granice, o których napiszę osobno (w książce heh). Oczywiście: każdy ma je indywidualnie ustawione, ale pewne ogólne – jeśli chce się zdrowo funkcjonować – warto zachować. Pewne gesty warto zarezerwować dla bliższych relacji niż tylko te parkietowe.

Położenie dłoni na karku obcego mężczyzny przez wielu panów (i ich życiowe partnerki) jest odbierane jako przekroczenie granicy, więc jeśli masz taki zwyczaj, to wiedz: ten, który tego nie lubi, a zauważy, że robisz to każdemu – będzie Cię unikał niezależnie od twojego tangowego warsztatu. A ten, co lubi, przybiegnie.

Tańczysz za mało sensualnie.

A on tego szuka. I nie chodzi o prowokacje seksualne, tylko o kontakt, flow, muzykalność i dialog na ten sam temat. Często w tangu widać dwa monologi… Zatem jeżeli on widzi, że trzeba Cię przestawiać, albo kolega mu o tym powie lub się raz natnie – nie będzie tańczył. Na maratonach widzę, że kiedy fajnie mi się zatańczy z Włochem czy Hiszpanem, kolejni potrafią mnie znaleźć. Nie są telepatami, w tłumie często trudno odnaleźć ulubioną partnerkę, a co dopiero wyłowić obcą. Jednak to się dzieje. Po prostu panowie wymieniają się uwagami. Tak jak my hehe.

Tańczysz zbyt seksualnie.

A on ma partnerkę życiową i nie szuka przygód. Więc kiedy jeździsz po nim biustem bez stanika w momentach, w których wcale nie ma rolla, albo kładziesz rękę nie w tym miejscu – u amatora tangowego ocieractwa znajdziesz aprobatę. U tych, co nie tego chcą, nie. Na dodatek jeśli nie podobasz mu się fizycznie, na pewno drugi raz nie przyjdzie.

Wzrost.

Są partnerzy, którzy umieją z każdą. Są też tacy, którzy nie lubią za niskich/za wysokich. Po prostu. I tu akurat nie chodzi o Ciebie, a o niego. Ma prawo lubić lub nie, chcieć lub nie.

Woli młode, chude i gołe.

I wolno mu. Jeśli jest to jego kryterium – tak ma, po to przychodzi, to dostaje. I ma do tego prawo. Ale są tacy, którzy z gołą nie zatańczą (z tą bez stanika też nie), a takiej ocierającej się drugi raz nie poproszą, bo nie tego w tangu szukają. Lecz są tacy, którzy wypatrują gołych i bez stanika. I wolno im! Bo dostają przyzwolenie. A reszta – cóż… To inny temat.

Snob.

W jednym miejscu z tobą tańczy, w innym nie, bo uważa, że nie wypada i poluje na lepsze – według jego kryteriów. Więc masz wybór: tańczyć z nim w tym jednym miejscu? Czy wysłać do diabła? Albo tańczy z Tobą, kiedy nie ma tych ulubionych, a jak są, to już nie. Tak ma, a Ty znowu: masz wybór: tańczyć z nim, kiedy on chce, czy odesłać z kwitkiem.

Tak, wiem, że są panie, które chcą tańczyć z kimkolwiek. No to mają kogokolwiek albo nikogo.

Zmęczony.

Po prostu. Przyszedł, bo nie chciał siedzieć na kanapie samotnie lub z żoną. Nie chce mu się. Ale patrzy. Wiele pań dziwi się, że panowie są, ale nie proszą, to po co przyszli? Po różne rzeczy, ale nie po Ciebie. Wolno im i to zaakceptuj.

Nie ta muzyka.

Tak w ogóle – więc nie tańczy. Albo Ty mu do tej muzy nie pasujesz. Bo np. lubi z tobą milongi, ale kiedy je grają, jesteś już zajęta. A tango woli z kimś innym. Czasem TDJ tak gra, że woli udać się do baru.

Nie ten parkiet.

To akurat bardziej czują pivotujące się dziewczyny, ale dla niektórych leaderów ma to znaczenie. Ja uważam, że dobry prowadzący dostosowuje swoje propozycje do tego, co followerka może zrobić bez stresu, zarówno jeśli chodzi o jej poziom, jak i parkiet. I jeśli jest popołudniówka nad basenem, gdzie podłoże jest antypoślizgowe, to partner NIE prowadzi pivotów! A jeśli prowadzi, to nie rób, dziewczyno, bo będziesz miała zmasakrowane kolana i stopy.

Nie ma nastroju.

Na taniec. Ale chce być wśród ludzi, w muzyce, chce być ot tak. Może pogadać, a może tylko posłuchać i popatrzeć. Albo napić się. Bywa.

Nie zauważył Cię.

Lubi z Tobą tańczyć. Na większości imprez tańczycie. Ale… jesteś w innym końcu sali, na parkiecie tłok… Ty go dostrzegłaś, ale on Ciebie nie! Na dużych imprezach naprawdę łatwo jest kogoś przeoczyć. Chyba że się umówicie, Ty chcesz go znaleźć albo on Ciebie.

Jest zajęty w towarzystwie, które lubi.

Więc nie widzi twojego cabeceo i nie zastanawia się, czy mu odpowiadasz. Jeśli Cię nie zna, aspekt wzrokowy ma znaczenie (nie u wszystkich, ale u większości). Czasem niedowidzi z odległości większej niż 5 metrów. Dlatego czasami, jeśli mam wenę i chcę zatańczyć z konkretnym upatrzonym, staram się znaleźć w jego polu widzenia. Po prostu. I to jest ta klika i koteria: towarzystwo wzajemnej adoracji. Siedzą razem, tańczą ze sobą, nie są otwarci… Jeśli jest to kilka osób – no to jest kilka osób. Jeśli cała milonga jest koterią – rzeczywiście nie potańczysz. Ja też nie.

Co można zrobić?

Jeśli masz upatrzonego partnera i się znacie – idź się przywitać. Jeżeli lubi z Tobą tańczyć, to zwykle wystarcza. Jeżeli nie wystarcza, to znaczy, że… Są różne opcje. Idź się przywitać, ale jeśli on nie rwie Cię na parkiet, daj spokój i odejdź z godnością. Nie, to nie.

Było tak fajnie, że boi się „skwaszenia”.

Ojjj… Niektórzy panowie mają ego napompowane, ale niektórzy mają delikatne. I to delikatne nie chce pozwolić, by pan wypadł gorzej niż poprzednio. Serio. Dlatego czasem rezygnuje. Nie poprosi, zwłaszcza na tej samej imprezie. Woli hodować pamięć o tej jedynej wyjątkowej tandzie…

I to nie jest ściema.

Było za fajnie.

Spotkałam się z taką sytuacją: „Było mi z tobą za dobrze. Boję się, że popłynę…”. Można by rzec: bajerant. Pewnie tacy też są. Ale rozmawiałam kiedyś z moim Czytelnikiem, który nie mieszka w Polsce, i on powiedział: „Nie wyjeżdżam na tangowe wyjazdy, tańczę zachowawczo z nieatrakcyjnymi kobietami, bo mam żonę i dzieci, a znam siebie i boję się, że mógłbym odlecieć. Dlatego tango tak, ale pod kontrolą”.

Niektórzy szukają zatracenia w braku kontroli i jeśli przenoszą to poza parkiet, to… inna historia, będzie w książce. Jak mówi nasza warszawska MM: „W tandę się wchodzi i się z niej wychodzi”. Kobiety pod tym względem szybciej się zatracają i potem cierpią, ale o tym napiszę w książce pt. „Tangowe obyczaje”, o której nie raz tu wspominam.

Nie jesteś partnerką pierwszego wyboru.

Są kobiety bez rankingów, tańczące ze wszystkimi, jak popadnie. Jednak większość doświadczonych tanguer ma tancerzy pierwszego wyboru, drugiego, na rozgrzewkę, na tandę charytatywną… I oni też tak mają. Jeżeli się to w tangu zaakceptuje, nie ma rozczarowań. Bo zmienić się tego nie da.

Zatańczył jednego wieczoru, drugiego nie.

A musiał? Oczekiwanie tego jest dziecinne. Było fajnie, ale może na drugi wieczór ma inny pomysł. Ty znajdź swój.

Nie zna Cię.

Jako (trochę) prowadząca powiem: boję się ryzyka tandy z dziewczyną, której nie znam. Z powodów cielesnych: jeśli będzie mi z nią źle, moja dusza będzie cierpieć. Bywa, że pan jest nieśmiały i dopóki z Tobą nie pogada, choćby chwilę, nie zatańczy. Spotkałam się z tym nie raz. Sytuacja niedawna: pan się dziwi, że do tej pory nie tańczyliśmy. Mówię mu, że starannie omijał mnie wzrokiem. A on na to, że się bał… I nie był to początkujący, a świetnie tańczący.

Nie było Cię w okolicy.

Wielu panów prosi tę, która stoi/siedzi blisko, którą ma pod ręką. Dlatego jeśli mi zależy na zatańczeniu z kimś, staram się znaleźć w jego polu widzenia. Na dużych imprezach wymaga to więcej wysiłku. Stąd kłęby pań w drzwiach i wszędzie tam, którędy prowadzi męski szlak. Ja w tych kłębach rzadko się kłębię, bo najczęściej mi się nie chce, ale jest to jakiś sposób.

Tańczył i przestał.

Kilka milong/eventów z rzędu. I nagle nic… To także opiszę w książce.

Balans.

NIE załatwia wszystkiego. Powoduje, że sala lepiej wygląda. Ale jeśli leader oceni, że z siedzących pań żadna mu nie odpowiada (do tej muzyki, wzrostem, tak w ogóle itd.) – wychodzi z sali. Dlatego czasem odnosi się złudne wrażenie, że jest więcej kobiet. A chodzi o to, że nietańczące siedzą, a panowie są bardziej mobilni.

Nie proszą Cię?

Zechcesz, to po przeczytaniu wyciągniesz wnioski. Co możesz zrobić, żeby zaczęli Cię chętniej prosić? Ja bym zaczęła od prywatnych lekcji u DOBREGO nauczyciela. Zwłaszcza, jeżeli masz przekonanie, że świetnie tańczysz.

Bez techniki, ale z wyglądem cieszącym się powodzeniem u panów – dziewczyny tańczą i nie ma co ściemniać, że jest inaczej. Z techniką bez wyglądu dasz radę. Dłużej to potrwa, ale powoli rozszerzysz grono tych, którzy będą lubili z Tobą tango.

I technika, i wygląd to coś, co można poprawić. „Chcę, żeby tańczyli ze mną dla mnie, a nie dla mojego wyglądu” – czasem słyszę. Jeśli umiesz sobie zbudować takie grono, to ok. Jeśli nie, łatwo nie będzie.

Na zakończenie.

Znam kobiety, które wdzięczą się do mężczyzn i na niektórych to działa, innych zraża. Znam takie, które panów nadmiernie komplementują i jedni puchną z dumy, drudzy są zażenowani ich zachowaniem. Niektóre starają się zaistnieć na różne sposoby – czasem działa. Ja wiem jedno: te kobiety, które chcą tańczyć, robią to. Ich skuteczność polega NIE na oczekiwaniach wobec panów, że będą prosili, a na dobranej strategii możliwej przez nie do zrealizowania. Będzie o tym więcej w książce.

Tango Barocco summer 2021 – Żagań

Żagań.

Miasteczko na końcu świata. A w nim zamek. Raz w roku, w końcówce lipca, tangowo rozkwita. Przez cztery dni! Smaczki socjalno-plotkowe zamieszczam na końcu. Ale! Jeśli chcesz pojąć wszystko (np. sprawę krzeseł) – najpierw przeczytaj mój wpis o Biedrusku, następnie o Gryfie.

Pre.

Ponieważ z Warszawy mamy daleko, przyjechałam z „moją dziewczyną” już w czwartek, na pre milongę. Fota z drogi.

Ale najpierw trzeba było się spakować.

I wziąć udział w konkursie na zdjęcie z trasy. Konkurs wygrałyśmy, jak wszyscy.

Nie, to nie Minnie tak urosła, ale psinka bardzo nas kochała.

Co z beforką?

Dojechałyśmy. Było sporo ludzi, znajomych i nie. Milonga w sali Kryształowej, czyli na piętrze, tętniła tangowym życiem. Wytańczyłyśmy się.

Śniadaniówki.

Od 10.00. do 12.00., pod dowództwem Anny Pietruszewskiej.

Nooo… Pietruszka na śniadanie to już wyrobiona marka. W piątek było gęsto.

Pietruszka zagrała mój ukochany utwór, który kojarzymi się z romantycznym spacerem w parku… Dziewczyna w kwiecistej sukience… I on… Romantyczny… Zakochany… I letni deszcz… I zdarzyło mi się tę tandę zatańczyć z wrażliwym tangowo partnerem. A znam takiego, który ten utwór nazwał maszerowaniem emerytów, ale jakby był w tym parku ze mną…

Popołudniówki.

Zwykle są najfajniejsze. Tu – jak dla mnie, ale to moje osobiste odczucie – jedna była muzycznie mega, reszta mnie nie niosła. Gusta muzyczne są tak różne… Tylko że dziwnym trafem okazuje się, że ci, z którymi lubię tańczyć, mają ten gust podobny i jak nie niesie, to sobie idą.

Noce.

W tym roku i aura i temperatura były łaskawe. Parkiet na dziedzińcu powiększony ponad dwókrotnie (rok temu był mały nie z winy organizatorów). Parkiet w sali na piętrze taki sam. Śliskość parkietu dolnego była spora, ale moim zdaniem bardziej do ogarnięcia niż rok temu. Albo ja lepiej tańczę, bo chodzę na privy do świetnego nauczyciela. W każdym razie – tańczyło mi się dobrze. Parkiet górny – włodarze chyba czymś go wypaćkali, bo było lepko, ale organizatorzy zaradzili.

Po nuevo, czyli alter w pierwszej części nocy, druga część, tradycyjna, przenosiła się do sali.

Nocne milongi były gęste. Towarzysko i tangowo.

I to koniec fot, bo noc jest ciemna, a ja jutro do Ustronia. Dalej tylko tekst, bez obrazków. 

Koncert.

W sobotnią letnią noc nie został na dach wyniesiony koc, tylko zagrali chłopaki z Bandonegro. Zespół całkiem fajnie rozwiązał sprawę cortin: zamiast innych rytmów, jeden z chłopaków opowiadał krótką historię. Bardzo zgrabnie pozwoliło to na zmianę partnera. To naprawdę świetne rozwiązanie.

Pokaz.

Zatańczyli Fatima Vitale i David Samaniego. Były smaczki. Fatima i David prowadzili także warsztaty. Ja nigdy nie łączę intensywnego tańczenia z uczeniem. Ale są tacy, co dają radę.

Organizatorzy.

Michał, Gracja, Rafał. I ich wolontariusze. Cud, miód, ultramaryna. Czasem mnie pytacie, na jakiej zasadzie coś promuję. Zasada jest prosta: czuję, że chcę oraz lubię organizatorów i ich moralność. Tak. To właściwe słowo. Zdarza się im pobłądzić i wrócić na dawną drogę… Ale więcej o tym napiszę w „Obyczajach tangowych”.

Obciach.

Służby operacyjne doniosły, że zdarzył się na bramce, gdzie siedzieli wolontariusze. Przylazł taki jeden i zapytał: „ Wiecie, kim ja jestem?” – czy jakoś tak. Nie wiedzieli, bo dla nich był nikim. Żartować „trzeba umić”. Wiedzieć, kiedy i z kim. Więc żartowniś wyszedł na chama ze stolicy. A to przecież tylko dowcipny słoik.

Atmosfera.

Jest tym lepsza, im więcej osób znasz. Czyli staż tangowy ma znaczenie. Spotykamy się w różnych częściach Polski (kiedyś świata), by się zanurzyć w kontakcie, towarzyskości, abrazo… Pretensje niewytańczonych pań… Na różnych eventach są powszechne. Sorki: nie ma obowiązku. Nie ma musu. Panowie mają łatwiej, bo wiele pań chce tańczyć z kimkolwiek. Oczekiwania zawsze prowadzą do rozczarowań. Ale to inny temat.

Atmosfera – jak dla mnie i „mojej dziewczyny” – super. I nie dlatego, że wszystkich znamy, bo tak nie jest. Dlatego, że poznajemy nowych ludzi, czyli miejsce sprzyja.

Poziom tanga.

Po to jadę. No dobra: miałam ze dwie tandy charytatywne, ale generalnie mówiąc za siebie: było dobrze jakościowo. Było wariactwo. W pewnych abrazos było nieoczekiwanie fajnie. Ale wiadomo: na tyle jest udana impreza, na ile dobrze się bawisz. Dla mnie było super.

Bufet.

Był! W różnych wersjach.

Pitnych. Skorzystałyśmy.

Deserowych. Miałyśmy chapsnąć, ale jakoś zapomniałyśmy.

Obiadowych. Było pysznie.

Ciuchy.

Były buty, były kiecki Bogny Kolod. Ale! Tango Barocco ma swoją linię produkcyjną!Topy, bluzki, t-shirty, torebki, szlafroki… Szlafmyc nie mają. I gaci.

Willa Park.

Główne miejsce zakwaterowania. Roszczeniowcy – precz!! Tam trzeba wyznawać zasadę tao, z którą zaznajomiła mnie moja tangowa córka Monika:

Pośpiech Upokarza.

O tak. Tam nie da się szybko. Chyba że ma się pewien sposób…

Pokoje.

To jeden wielki sajgon. Ale… Miałyśmy Elę Musiał, załatwiła elegancko.

Krzesła.

Temat drażliwy. Chyba dlatego Rafał K. łaził i je ustawiał pod linijkę, a ja patrzyłam. Z żadnym nie biegałam! (Nie wiesz, o co chodzi – przeczytaj wpis o Biedrusku). Ale on łaził i poprawiał… A ja patrzyłam… Chyba je mentalnie przestawiałam, bo on ciągle poprawiał! A potem przyszli ludzie i sobie je całkiem inaczej pobałaganili. Ale! Jak powiedziała Gracja: „Przez chwilę ma być perfect”. Ta chwila była bardzo krótka, bo jak po ustawianiu sobie szli i ze mną gaworzyli, to za ich plecami ludzie już bałaganili…

Social.

Cały urok wyjazdów. Dzieje się! Towarzyskość. Koleżeńskość. Flirty. Uwodzenie. Możesz przyjąć lub nie. Możesz dać lub nie.

Kandydaci na mężów „mojej dziewczyny”.

Ponieważ Beatek coraz intensywniej rozbudowuje listę, a ja zajmuję się jej aktualizacją, informuję, że jest kolejka. Co prawda pierwszy z listy został zdyskwalifikowany i na to miejsce wskoczył czwarty, ale jest przed nami Ustroń, więc będzie dynamicznie. Mój życiowy doradca podpowiedział, żebym pytała, ile który wielbłądów oferuje. W końcu to „moja dziewczyna”! Więc, chłopaki, szykujcie propozycje, bo piękne słówka nie wystarczą!

Gryf Tango Marathon VIP Edition

Było świetnie!
I właściwie nic więcej mogłabym nie pisać, bo jak kto nie był, to jego strata.
Ale lubię, więc nie odmówię sobie, o!

Atrakcje dodatkowe i bardziej osobiste przygody opisuję pod koniec, więc zrób sobie herbatkę albo co tam lubisz i zarezerwuj ten czas na podróż ze mną…

Szczeciński Gryf Tango Marathon 2021 odbył się pełną parą. Było nas ponad 150 osób, ponad połowa to cudzoziemcy, głównie Berlin i Hamburg. A jak wiadomo, tam mieszkają Argentyńczycy, Chilijczycy, Turcy… Nie zabrakło Hiszpanów, Włochów, Holendrów, był Amerykanin, Duńczyk, byli Szwedzi różnych narodowości… 😀 

Zawsze w połowie lipca!

ZAWSZE. Czyli w roku 2022 – patrzymy w kalendarz – Gryf odbędzie się 15 – 17.07. I wszystko jasne: zaznaczamy czerwonym kółeczkiem i kupujemy bilety na samolot. Mam nadzieję, że tym razem, niezależnie od wymysłów dumaczy od zagrożeń, organizatorzy nie będą się czaić do ostatniej chwili i ogłoszą wcześniej. Ja za bilet w dwie strony płaciłam 470 zł (gdyby Monika się posłuchała i kupiła, jak mówiłam, dzień wcześniej, płaciłybyśmy po 350 zeta. Tak, tym razem nie byłam z „moją dziewczyną”, bo na termin Gryfa nałożył się obóz w Jarnołtówku, bardzo zresztą fajny. Już poinstruowany, że za rok termin ma być inny, a południe Polski, świetnie tańczące, ma się stawić w Szczecinie!).

Organizatorzy.

Pisałam o nich w zapowiedzi i nie zmieniam zdania. Dorota i Adrian Grygierowie oraz Gracja i Rafał Kołodzieczykowie nie zepsuli się.

Szefowa wszystkich szefów instruowała młody maratonowy narybek, jak z godnością się witać. 

W teamie były jeszcze Margarita Bessas i An Tang (nicki fejsbukowe), które dbały o miłe powitanie i całą resztę. Krysia Kun też.

Ludzie.

Niektórzy tylko stęsknieni, inni wygłodniali (ci nie tańczący w pandemii). Maratony mają to do siebie, że jeżdżą na nie ludzie chcący tańczyć.

Doświadczenia nabiera się z każdą kolejną taką imprezą. Nawiązuje się coraz więcej znajomości.

I tak jak na początku najważniejsze jest, by tańczyć, tak z czasem stawia się na jakość i docenia się socjalny wymiar tanga.

Kliki i koterie – nie tu.

Niektórzy mówią, że w tangu są. Rzeczywiście bywają. Ale nie zawsze. Czasem jakaś grupa bardziej trzyma się ze sobą, bo po prostu na co dzień się nie widuje i taka trzydniówka jest okazją nie tylko do tańczenia, ale także żartów, wygłupów i spędzenia wspólnie czasu. I zjedzenia kolacji. Jedzenie było smaczne i sprawnie podawane, mimo kolejki. 

Niektórzy lubią zmieniać miejsce i siadają w różnych częściach sali. Ja wolę mieć swoje, najlepiej jedno i to samo przez całą imprezę. Wtedy ten, co chce, łatwo mnie znajduje. Poza tym lubię mieć torebkę, szal i buty na/pod moim krzesłem. Lub fotelem 😀 

Premilonga.

Jak to pre: odbyła się w czwartek w hotelu Vulcan. Monika chciała na nią przybyć i zostać do poniedziałku, ale ja mam maratonowy lipiec, co weekend coś, więc wiedziałam, że piątek – niedziela wystarczą. Nooo Monia, dziękuj Matce, bo gdybym się na to zgodziła, to byś się zatańczyła na śmierć i żywa do męża nie wróciła!

Na premilondze grał Darek Bekała, szczecinianin, znany i ceniony w djskim świecie. TU obejrzysz, jak było.

Piątek.

Zaczął się krótkim warsztatem: wprowadzeniem do chacarery, prowadzonym przez Ulę i Chucky’ego ( w sobotę prowadzili warsztaty z folkloru).

Maratonowe granie rozpoczął Francisco Saura: wielbiciel romantycznych tang. Film może mieć wyciszony dźwięk, taki fejs.

Następny set należał do Santiago Buonomo, Urugwajczyka, który wrósł w Polskę dzięki miłości do tanga i kobiety. Mówi po polsku! I to jest imponujące. Jeszcze niedawno nie znał ani słowa… Znam cudzoziemców będących tu od dwóch dekad i nie umiejących porozumieć się na podstawowym poziomie. Szacun.

Piątek to taka maratonowa noc, w czasie której witasz się ze znajomymi i tańczysz głównie z nimi: żeby się roztańczyć, bo się nie widzieliście, bo jesteście stęsknieni swojego abrazo… Oczywiście nie tylko, z nieznajomymi tez się tańczy, ale piątek jest taki bardziej znajomościowy. Więc siedzisz, rozmawiasz, pijesz różne napoje z gryfowych naczyń…

Królewski zakątek.

Nie mamy z carycą Anną zdjęcia w naszych fotelach… Ale to za chwilę.

Przyjechałyśmy z Moniką po 21.00. i kiedy wkroczyłyśmy, Pietruszka & company okupowali królewski zakątek (w przyszłym roku zamawiam tę miejscówkę!): dwa okazałe fotele (w sam raz dla carycy i królowej) oraz kanapę (tu następowała dynamiczna zmiana zasiadaczy).

To było doskonałe miejsce! Na uboczu, ale w gruncie rzeczy dobrze widoczne. Wprost stworzone zarówno do biesiadowania i towarzyskich pogaduszek, jak i bezproblemowego cabeceo, nawet z drugiego końca sali. Dorota, Szefowa szefów, przyszła do mnie na początku zatroskana, że tak siedzę z boku… To był doskonale wygodny bok!

Sobota

Szczecin jest jedynym tangowym miastem na świecie, do którego przybywam i znajduję przestrzeń na coś poza tangiem: obiad rodzinny (mam tu dwie siostry cioteczne z rodzinami, dwie starsze ciocie i chrzestnego, też już nie młodzieniaszka) i spotkanie ze szczecińską czarodziejką Eleną.

Elena zamierza zacząć tańczyć tango. Już nie mogę się doczekać, jak zobaczę rozdziawione oczy i buzie naszych wiecznych tangowych kawalerów z ciągłych odzysków… Jak będą się wokół niej uwijać… Prężyć bardziej lub mniej wątłe torsy… Wciskać stare, wytarte przez inne kobiety bajery…

Po spotkaniach pobiegłam na popołudniówkę.

Grał Michał, który kiedyś był Zorro, teraz ściemnia, że jest El Monje… Taki ma okres w swoim graniu, że to kolejna impreza, na której wyrywa ludzi z butów. No dobra, tańczą w, ale jakby nie mieli, tańczyliby bez, bo przy puszczanej przez niego muzie usiedzieć się nie da. Rozgrzał parkiet do czerwoności. Zagrał taką tandę… że dostał brawa za poszczególne walce i za całość. Wymusiliśmy na nim bis.

Ja już byłam wytańczona.

A tu wieczór dopiero nadchodził…

I rozpoczął go, tak jak w piątek, Francisco Saura, po nim konsolę przejął Luis Cono.

Co to się działo… z krzesłem w tle hehe…

Gracja powiedziała, że zakazuje mi ruszania tego przedmiotu. Chociaż tu akurat nie latałam z krzesłem, a z fotelem… Ale tylko trochę i nie na eleganckiej kolacji, więc przesadza!

Rozmowy odbywały się w różnych konstelacjach fizycznych… Krzesło dało radę!

O północy wjechał tort.

A ja wskoczyłam na krzesło, żeby to filmowo udokumentować. I będzie film! Ale nie teraz. Bo Barocco przede mną, a walizka nie spakowana…

Powyżej fota z Gryfa 2020. Tym razem nie pozowałam do wspólnego zdjęcia, bo nie było na to klimatu i przestrzeni. No i nie było Meg, a jako fotografka tangowych eventów tylko ona rozumie indywidualne do mnie podejście. Meguś, dziękuję za wyrozumiałość i cierpliwość! Jak tylko ta maratonowa nawałnica się skończy, zabieram się za Ciebie!

To jest zdjęcie zbiorowe baj mła. Stałam na krześle 😀 

To nie koniec maratonowych atrakcji. Jak komu mało aktywności tanecznej, to dorzucał fitness 🙂

I streching.

Rysie wpadli, żeby co poniektórych uściskać.

I wydało się: Margarita to największa maratonowa przytulanka!

Nie wszędzie krzesło było kluczowe. Bez niego tez się działo. Na przykład do zabiegów dezynfekcyjnych nie było potrzebne.

Niedziela

To dzień pożegnań, wcześniejszych lub późniejszych. Zagrał Guillermo Monti.

Nie miałam siły zakładać obcasów, na szczęście okazało się, że moje mega zaj…ste adidasy, które córka przywiozła mi ze Stanów, dają radę i nawet pivotować się mogłam. Więc zaliczyłam jeszcze parę tand…

XXI wiek ułatwia cabeceo. Kiedy sobie siedziałam w telefonie, brzdęknął messenger. Dostałam wiadomość:

Tak, wiem: po „b” powinno być „e”… Ale nie czepiam się, przyjęłam 😛 

Tuż po 17.00. zwinęłyśmy się z Moniką na lotnisko, ledwo żywe, ale przeszczęśliwe i wytańczone w dobrej jakości.

Atrakcje dodatkowe.

Było ich trochę 🙂 Na szczęście organizatorzy Gryfa nie wpadają na pomysł, by ktoś rzępolił albo wyjcował. Dla mnie maraton to maraton, a nie cudaczenie. Zwłaszcza że naprawdę nie każdy powinien śpiewać czy grać. Kiedy jadę na festiwal, wiem, że tam wszystko się zdarzyć może (także nieudany pokaz) i wliczam to w bytność. Tu nie ma niebezpieczeństwa łapania się za głowę, zamykania oczu i zatykania uszu.

Rejs statkiem i flash mob

To coroczny punkt gryfskiego maratonu. Djował Adi. Widziałam filmik z flash moba w ubiegłym roku. Oprócz tanga tańczyli takie coś, co miało choreografię i nawet fajnie to wyglądało. Dobrze, że mnie nie było, bo gdyby kogoś podkusiło, żeby mnie na to namówić, to skończyłoby się jak kiedyś na zumbie – ogólnosalową katastrofą: oni w jedną, ja w drugą, a jak chciałam naprawić, to w trzecią, więc oni w czwartą… Jedyny taniec z tych takich, co to jest coś po czymś, który ogarniam, to chacarera, i to tylko w tej podstawowej wersji.

O warsztatach pisałam, że były, TU można podejrzeć.

After Party.

Pietruszka wynajęła boat house i w sobotnią letnią noc zrobiła spęd. Jedni przychodzili, drudzy wychodzili…

Impreza odbywała się na górnym pokładzie, na który trzeba było wtarabanić się po stromych stopniach jachtowej drabiny. Widziałam, jak niejaki Rafał K. pokracznie się stamtąd starabaniał i stwierdziłam, że ja chyba zostanę imprezować na dole.

Najpierw w ogóle miałam problem z wejściem. W dzień to inaczej wygląda. W nocy czarna toń wody robi na mnie wrażenie czarnej dziury… Która mnie zassie… Więc tak trochę podramatyzowałam, ale w końcu weszłam. I uznałam, że drabina przekracza moje możliwości alpinistyczne.

Na dole zostałam sama i mogłam imprezować co najwyżej ze sobą, o suchej twarzy, bo napoje wzmacniające poczucie samozaj…ści były na górze. Rysio, kochany, był gotów znieść stół imprezowy specjalnie dla mnie. Nie lubię sobą absorbować otoczenia, więc wzięłam się w garść i wlazłam na tę górę.

Warto było. Widoki piękne. Na oświetlone Wały i inne jachtowe imprezy, tylko jednopoziomowe.

Powietrze lekkie i świeże… Tłum… Życie!

Zejście nie było dla mnie tak trudne, mimo że drabina robiła wrażenie.

Trzeba sposobem. Rafał K. tarabanił się przodem, a tyłem się śmiga bez problemu.

I nastąpiło dla mnie kolejne wyzwanie: jak trafić z powrotem na maraton..? Ci, co mnie dobrze znają, wiedzą, bo doświadczyli hehe… Ale najpierw: jak trafiłam do Pietruszki? Otóż zostawiła mnie pod opieką. Ale ta opieka, jak wychodziliśmy, jakoś tak za bardzo chciała skandalu i tak się z otoczeniem żegnała, jakbyśmy wychodzili razem. To znaczy: wychodziliśmy, ale nie tak, jakby to mogło być zrozumiane. 
Więc nie omieszkałam oświadczyć, że idę do Pietruszki i wracam. 
Z innym mężczyzną, ale to siła wyższa. Otóż
znowu Rysio okazał się kochany, bo po prostu się ze mną z tej drabiny starabanił i mnie na maraton odprowadził. Bez niego czort wie, gdzie bym trafiła. Moją cudownie fantastyczną cechą jest to, że zawsze idę w innym kierunku. Pod prąd.

A potem wszyscy wrócili i tańczyliśmy do ostatniej tandy. Ja już w adidasach i naszło mnie na prowadzenie. Także chłopaków! Ich skład poszerzyłam o Chucky,ego i było super.

W ogóle to była pierwsza impreza, na której tak dużo tańczyło par męsko-męskich i damsko-damskich tylko dlatego, że taka była ochota, a nie brak.

Spacer nadodrzańskim bulwarem.

Noce były piękne i ciepłe. Po czwartej nad ranem zaczynało świtać. Zwykle rozglądam się za transportem, bo po intensywnym tańczeniu nie chce mi się łazić. Ale tym razem było inaczej. Te moje adidasy mają tajemne moce: nie tylko tańczą, ale także regenerują hehe…

Trochę było ludzi, trochę młodzieży w stanie poimprezowym. Minęłyśmy z Moniką dość głośną grupkę. I dziewczynę w emocjach w związku z tym, że jej chłopak coś tam, ale on nie wiedział, że jest jej chłopakiem, no ale ona wiedziała, że jest, tylko nie chciała mu o tym powiedzieć, więc skoro nie wiedział, to siedział z jakąś inną… Cisnęły się na jej ust korale szewskie słowa. I ta oto dziewczyna zawołała:

– Halo, proszę pań!

Byłam ciekawa, czego chce? A ona… nas przeprosiła, że słyszymy jej przekleństwa.

Nie, młodzież nie jest gorsza, niż byliśmy my. Kiedy sobie przypominam moje młode czasy i to, co wtedy było wyprawiane (niekoniecznie przeze mnie), to ci, którzy narzekają na „dzisiejszą młodzież”, albo mają już sklerozę, albo wypierają, albo żyli w bańce i buntują się oraz rozrabiają, kiedy dopada ich druga młodość.

Bardzo dobry pomysł uchwyciłam, warto go przenieść na nadwiślański warszawski brzeg.

Kodeks Dobrego Bulwarowicza. Czad! Jest instrukcja i ludzie się do niej stosują! Nie ma porozwalanych butelek i petów na każdym centymetrze podłoża. Jest po prostu porządnie.

Stroje.

To jest bardzo ciekawy temat, który opiszę w osobnym wpisie.

Doszłam do jednego wniosku: kobiety przebierają się dla siebie. Faceci często na to narzekają: „Zmieni sukienkę, fryzurę, i nie umiem jej znaleźć…” 🙂 Że gamoń? No tak, ale cóż zrobić. Więc tym razem z Monią zrobiłyśmy eksperyment (ja nawet podwójny) i … Udał się 😀  Jaki? To temat na osobny wpis.

Zazdrość.

Głównie kobiety jej ulegają. To też temat na osobny wpis. Dziewczyny, jeśli coś Was niepokoi, rozmawiajcie o tym ze swoim mężczyzną. W tangu jak w życiu: wiele bab tylko patrzy, żeby wydrapać faceta innej kobiety pazurami. I to się dzieje. ALE! Naprawdę nie wszystkie takie są. Naprawdę.

Podróż tak w ogóle.

Lubię Okęcie 😀

Kontrola niby bezpieczeństwa na naszym lotnisku to dla mnie zabawa w kotka i myszkę: kotkiem są kontrolerzy, myszką moje kosmetyki. Kiedy jadę na weekend, nie ma takiego problemu, chociaż i tak się nie mieszczę w worek 1000 ml. Moja myszka ich przechytrza. Kocury działają schematycznie, nie są czujne. O czym to świadczy? O automatyzacji. Wszystko, co wychodzi poza ich schemat, jest przez nich nie do ogarnięcia. Chcesz wiedzieć, jak się to robi? Czasami potrzebne są atrybuty, ale można poradzić sobie bez nich. Na prywatne korepetycje zapraszam na priv. Lekcja: kosztuje stówę na rzecz ratowanych psów przez naszą tangową Dorotkę Wandrychowską. A ci, którym zdradziłam metodę za darmo, też tę stówę mają wpłacić 🙂

Zamieszanie.

Jako rasowa uraniczka (nie wiesz, co to? Nie idę z tobą do łóżka! 😛 ) jakoś tak mam, że mimo mojego społecznego wycofania, biorę udział w różnych zamieszaniach. Niektórzy imputują, że to ja je tworzę… Foch!

Wylot w piątek o 20.00. W czwartek ok. 23.00. zorientowałam się, że kupiłam bilety na busa z Goleniowa do Szczecina na 10 minut przed wylądowaniem naszego samolotu…

Monia jakoś tak jest bardziej ogarnięta w temacie biletów, chociaż w jej podróżach załatwia to mąż. Szybko wynalazła stary dobry PKS, który miał nas zabrać 15 minut po wylądowaniu.

Monia kupowała bilety i odprawiła nas elegancko elektronicznie.

Bording.

Patrzę, a tu jedna pani daje oznaczenia na zabranie bagażu podręcznego do luku. No nie… Nie mamy na to czasu. Mówię Moni: chodź tu ze mną, ta pani nas puści z bagażem. No i „moja pani” usłyszawszy, że mam busa 15 minut po wylądowaniu, powiedziała: ok. Monia nie posłuchała i poszła do innej pani, która stwierdziła, że przecież nie odbiera z taśmy, tylko z luku… Ale to trwa! Jak sobie poradzić? Kolejna lekcja za stówę na psy Dorotki. Za darmochę użytecznej wiedzy nie oddaję, o!

Monia siedziała na przodku, ja na kompletnym tyłku. Samolot miał opóźnienie ze względu na over booking – dobrze jest się odprawiać o właściwej porze… Linie sprzedają więcej biletów niż jest miejsc i potem rzeźbią. Dlatego bardzo byłyśmy zmotywowane, żeby na dobę przed powrotem od razu się odprawić.

Ale na razie jesteśmy przy wylocie. No więc mówię do Moni: grzej z walizką (nie w luku, nie pozwoliłam na to) przed lotnisko, może kierowca zaczeka na opóźniony samolot.

Monia poleciała. Czekał.

Droga powrotna – tak dałyśmy się uwieść Gryfowi, że… zapomniałyśmy o odprawie. Monia się ocknęła o ósmej rano i… Udało się. Nawet dostałyśmy miejsca obok siebie. I okazało się, że nie był to kukuruźnik z masakrycznymi śmigłami na wierzchu, więc w 9. rzędzie wróciłyśmy komfortowo do Warszawy.

Żegnaj, Gryfie, na rok!

Tak, przyjadę. Nie wyobrażam sobie inaczej.

Biedrusko 2021 – encuentro

Czekałam na ten wyjazd.

Encuentro, czyli spotkanie. Co w tym nadzwyczajnego – pisałam o tym TU.

A organizator, Michał Kaczmarek, pięknie napisał TU. Zarezerwuj czas, zaparz kawę czy herbatę… Może przeczytasz przy kieliszku wina..? Jeżeli jesteś tangowym zapaleńcem, warto zgłębić temat i NIE mylić formuły encuentro z innymi formami tangowych eventów.

Atmosfera.

Rewelacyjna. Nie rozumiesz przekazu foty? Nie rozumiesz konwencji.

Na encuentro przyjeżdżają ci, co chcą zasmakować nowych abrazos, więc panowie nie boją się nieznajomych pań. Oczywiście dawne znajomości też bywają bardzo przyjemnie odświeżane. Dzięki temu, że poza przepiękną salą do tańczenia jest duża strefa relaksu (wewnątrz i na zewnątrz), poza parkietem można się integrować, zapoznawać, żartować, flirtować, zwodzić i uwodzić… Beatek chyba ze cztery razy chciała wyjść za mąż, zwłaszcza w sobotnią noc…

Zawarłyśmy wiele fajnych znajomości. Gorąco pozdrawiamy Gosię i Agnieszkę z Poznania! Kolejne super dziewczyny. P.S. Dziewczyny super, ale Beatek chciała wyjść za mąż tradycyjnie.

Sala i parkiet.

Sala przepiękna. Nieduża, w sam raz. Po jednej stronie podążające, po drugiej liderzy – co widać na zdjęciu powyżej.

Ale to było takie nowoczesne encuentro, bo prowadzące dziewczyny tańczyły z podążającymi dziewczynami (chłopaków podążających nie było albo się nie ujawnili). I to świadczy o tym, że kobiety po prostu lubią tańczyć z kobietami, bo tu prowadzących nie brakowało i byli chętni. Ja jako prowadząca nie występowałam, ale w tandzie z Ewą zdarzyło nam się zamieniać rolami.

Parkiet rewelacyjny – jak dla mnie.

I dalej jest dla miłośników tekstu, bo nie mam czasu na wstawianie zdjęć.

Rewelacyjne zrobiła Małgorzata, , na fejsie Małgorzata Sobczak Photofraphy – zajrzyj.

Muzyka.

Każdy Tango DJ ma swoją strategię. Każdy gra inaczej. Tu byli: Francisco Saura – to on zainspirował organizatorów do zorganizowania encuentro w Polsce; Luis Cono – stały lubiany bywalec polskich eventów; Lechosław Hojnacki – klasa… Obie z Beatkiem go kochamy; Esteban Mario Garcia – także stały bywalec polskich imprez; Michał… Teraz mówi, że jest „el Monje”, a widzę, że muzycznie „Zorro” nie śpi…

Tandy.

Nie było złej. Jak encuentro, to umieją. Tyle że nie ma szaleństwa na zewnątrz. Nóżki przy ziemi, bliskie objęcie, bez szarżowania. Ale w parze może się dziać, oj może, bez fikołków. Czyli że tak całkiem bez bolełków i ganczów? No nie… Było… w kąciku. Pod koniec imprezy. Kiedy jest przestrzeń. Niektórzy próbowali jawniej (ojjj. Bombero niegrzeczny…), ale Francisco szturchał i nakazywał „romantico”!

Uczestnicy.

Była nas setka, bo taką pojemność ma pałac. Spaliśmy wszyscy w jednym miejscu. To znaczy: w pałacu, nie w łóżku rzecz jasna. Oprócz nas, Polaków, byli ludzie z Litwy, Łotwy, Estonii, USA (ojjj… jakie miałam tandy…), Szwajcarii, Holandii, Danii, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Niemiec, Szwecji, Chile i Argentyny. Wszyscy chcemy jesiennej edycji!

Kolacja.

Jest ważnym wspólnym akcentem. W którym z „moją dziewczyną” nieco się pogubiłyśmy… Najpierw o idei: wszyscy uczestnicy spotykają się o określonej godzinie przy stołach, najczęściej 10. – 12. osobowych, by biesiadować w gronie tych ulubionych lub by zawrzeć nowe znajomości. Bardzo fajna formuła.

Skoro blog jest osobisty, czas na osobistą historię:

Pozory mylą.

Ja Wam piszę o różnych hopsztosach, bo lubię pisać. Ale w interakcjach jestem oszczędna. Wolę obserwować, może to potwierdzić i Jolandka, z którą odbyłam mnóstwo podróży, i Beatek. obie towarzysko lubią działać bardziej niż ja. Zamieszanie, niech się dzieje…

No i taka sytuacja: poszłam do pokoju z nadzieją, że Beatek wybierze nam miejsca, przyjdę na gotowe i się dosiądę. A tu telefon: „Wszyscy siedzą, ja stoję w korytarzu i czekam na ciebie, bo nie wiem, gdzie usiąść!”. Myślę: e tam, ściemnia, żebym szybciej przyszła, na pewno z kimś gdzieś już siedzi. Schodzę. Beatek… w korytarzu! Prawie wszyscy już są, miejsca bardzo zajęte… Wkraczamy. Organizatorzy, czyli Agata Czartoryska i Michał Kaczmarek, eleganccy, pogodni witali nadchodzących gości. Mieli dobre intencje, by nam pomóc w wybraniu miejsc. Ale nie dostali takiej szansy.

Chodźcie do nas!

Rozległo się z jednego stołu. No to poszłyśmy. „Do nas chodźcie!” – pomachał do nas drugi stół (ludzie, rzecz jasna, stół nie macha). Przy pierwszym nie było wystarczającej ilości krzeseł, więc zabrałam z drugiego stołu, no ale drugi też nas chciał, więc wróciłam, a potem pierwszy był bardziej stanowczy, ale drugi wjechał na sumienie… I ja z tym krzesłem od jednego stołu do drugiego… Sala patrzy… Beatek lata za mną… Albo odwrotnie: ona przy pierwszym, ja przy drugim… Kątem oka zauważyłam organizatorów oczy: jak spodki. Ale znieśli to dzielnie i z godnością heh. Te ich oczy spowodowały, że została podjęta decyzja: kolacja przy stole numer dwa, bo jest luźniej i nie trzeba się ściskać, na deser pójdziemy do jedynki!

Okazało się, że nie byłyśmy ostatnie. Przyszło jeszcze kilka osób w różnych liczebnych konfiguracjach. Byłam pełna podziwu, jak Agata i Michał sprawnie znajdowali im miejsca. Nie omieszkałam podziękować za stoicki spokój, kiedy robiłyśmy zamieszanie. Michał się uśmiechnął i powiedział: „Jak zwykle”. Ooooo! Nieprawda. Dementuję. Zwykle zamieszania nie robimy!

No chyba że takie małe, nic nie znaczące i prawie niezauważalne…

To była moja pierwsza impreza pod kilkoma względami.

Piątek i noc z piątku na sobotę – cudowna! 30 stopni. Nawet o drugiej w nocy. Ja kocham, mnie nie przeszkadza. generalnie mało się pocę, nie używam wachlarza. Tym razem po raz pierwszy poczułam, jak wzdłuż kręgosłupa pod sukienką cieknie mi pot. Co ciekawe: w sali też było gorąco, ale nie duszno. Powietrze nie było wilgotne, dlatego mimo że wszyscy byli mokrzy, nikt nie jęczał i wszyscy byli zadowoleni z atmosfery.

Noc z soboty na niedzielę – jakieś 15 stopni mniej. Zimnooooo…. Ale w sali super.

Pierwsze razy.

Pierwszy raz byłam w Biedrusku. Chcę wrócić.

Pierwszy raz nie tańczyłam w niedzielę. Moje stopy mniej intensywnie tańczyły w czasach współczesnych, więc po przetańczonych godzinach w piątek, popołudniówce w sobotę i nocy, powiedziały: NIE!

Po raz pierwszy wracałam inaczej niż przyjechałam.

Po raz pierwszy miałam tandy inne niż zwykle. Tak, każda jest inna, ale tu były bardzo inne…

Po raz pierwszy poszłam w pałacu na śniadanie w piżamie, która moim zdaniem wygląda na strój fitness. Ale Beatek mówi, że jej doniesiono, że nie byłam w stroju fitness, tylko w piżamie. Podglądacze, ot co!

Pałac w Biedrusku.

Wjeżdżając na parking, widzimy, że ma coś wspólnego z armią. Tą dawną. Bynajmniej nie z czasów napoleońskich, ale nie ze współczesnych. Pojazd pancerny, samolocik… I u wejścia schody, a my z walizami… Wyjazd od piątku do niedzieli, ale bagaż miałyśmy ponad standard, bo Beatek po wszystkim grzała na obóz do Jarnołtówka, więc była spakowana na 10 dni, a ja, mając wracać pociągiem z Poznania, uznałam, że po co mieć trzy tobołki, lepiej zapakować w jeden większy.

Schody.

Znaczący element każdego pałacu. Kiedy jęknęłyśmy na widok tych pierwszych, na horyzoncie pojawił się wybawiciel… Z nieba tak jakby, normalnie. My ledwo tachałyśmy każda swoją walizę, a on wziął obie i pognał do recepcji, że ledwo za nim nadążyłyśmy. Ojjj… Są silne chłopaki w tym naszym tangu… Mam dobre serce. Więc z jednej walizy uwolniłam naszego wybawiciela, wręczając ją drugiemu bohaterowi, spotkanemu przy recepcji…

Jeśli chodzi o feminizm – to jest wolność wyboru. My dźwiganie ciężarów z rozkoszą przekazujemy panom. Z dużą rozkoszą.

Pokoje.

Są różne, jak to w pałacu. My miałyśmy na drugim piętrze i okazało się, że rok wcześniej… Ale ma być o tym roku. Więc pokoje były, afterki w nich też, a jakże. A pałacowe zakamarki… Baaardzo nastrojowe i klimatyczne.

Wady imprezy.

Nie ma. Obiekt troszkę. Pałac ma zapach peerelowskiej stołówki, ale to nie jest wina organizatorów i reszta ABSOLUTNIE rekompensuje tę jedną niedogodność, odczuwaną tylko przez węchowców.

Zapowiedź: VI Gryf Tango Marathon VIP Edition

Chcę tam być!

I będę.

Szczeciński Gryf Tango Marathon ma wyrobioną markę.

Wszelkie informacje znajdziesz na stronie.

Gdybym miała opisać w skrócie, dlaczego warto tam być, to:

* organizatorzy, czyli Dorota i Adrian Grygier oraz Gracja i Rafał Kołodzieczyk (tak, wiem, polskie nazwiska się odmienia, ale tak mi ładniej brzmi i już) – dbają, by wszystko przebiegało bez zakłóceń, są otwarci i sympatyczni, dostępni dla uczestników i bawiący się razem z nimi;

* miejsce – w ubiegłym roku organizatorzy przenieśli imprezę do sali na parterze. Jest przestronnie, wygodnie, klimatycznie w nocy i w dzień (lubię, kiedy sala inaczej żyje w czasie popołudniowego tangolonka, a inaczej nocą i tam tak jest). Dostępna jest strefa relaksu na zewnątrz (ławy i parasole), a widok na Wały Chrobrego robi wrażenie;

* organizacja – wzorowa. Gościnność, wygoda gości, bufet, atmosfera – świetne. Wiadomo, że tak oceniasz imprezę, jak się bawisz. Na niektórych brakuje klimatu, energii, tego „czegoś”, miejsce jest nieadekwatne do ilości ludzi albo duchota powala. Tu nie ma żadnych niedogodności i chociaż nie nocuje się w miejscu maratonu, to przemieszczanie się urokliwym nabrzeżem w piękną letnią noc lub popołudnie ma swój urok;

* balans w każdym znaczeniu. Zarówno płci, jak i stosunku stałych bywalców do świeżej krwi. I fajnie. Zawsze to fantastycznie spotkać znane abrazos, ale też przyjemnie jest odkrywać te nowe.

* dodatkowe atrakcje, takie jak rejs po Odrze, mini śniadanie dla najwytrwalszych, dobre jakościowo koszulki maratonowe, personalizowane ceramiczne kubki (niby takie same, ale jednak różne)…

Ekipa djska jest zacna, w tym roku tylko męska (Francisco Saura, Dariusz Bekała, Luis Cono, Michał El Monje – znany wcześniej jako El Zorro :), Santiago Buonomo, Adrian Grygier).

Dla mnie wyjazdy mają szczególne znaczenie. Kiedy jestem daleko i włącza mi się out of the box, inaczej funkcjonuję. Nie mam wpływu na pozostawioną prozę życia, więc nie pochłania ona mojej energii, którą mogę, chcę i uwielbiam kierunkować na tangowe doznania.

Czekam z utęsknieniem.

Encuentro w Biedrusku – o matko…

Czekam na ten wyjazd.

Encuentro, czyli spotkanie. Nic nadzwyczajnego – przecież w tangu chodzi właśnie o to. Ale ta formuła zarezerwowana jest dla określonego rodzaju spotkania. Kobiety z mężczyzną. Każde w swojej roli. W bliskim objęciu – czyli bez szarżowania w poprzek parkietu. Z zachowaniem rondy. Bez desantu, czyli wyciągania łapy po kobietę.

Mirada i cabeceo.

To podstawa zapraszania do wspólnego spotkania przez 12 minut miłości na parkiecie. Wyszukujemy się wzrokiem, uśmiechamy, skinienie głowy jako potwierdzenie, i… Kobieta siedzi na tyłku, zanim mężczyzna, przyszpiliwszy ją wzrokiem z drugiego końca kraju, nie stanie DOKŁADNIE przed nią.

Łatwo o pomyłkę.

Zdarza się, że dwóch panów odczytuje zaproszenie siebie do jednej pani. Częściej jednak to kobiety chcą zawładnąć nie swoim cabeceo. Wyrywają się przed szereg. Ale na takich imprezach jak encuentro, panowie są doświadczeni i świadomi. Utrzymują kontakt wzrokowy z wybranką, więc ta nie wybrana nie ma szans. To właśnie świadczy o dojrzałości tangowej: nie z tobą chciałem, więc nie z tobą tańczę.

Biedrusko to wyjątkowe miejsce.

Tak zameldowały służby operacyjne, które są sprawne, bystre i raportują, jak jest. No i tam jest tak, jak najbardziej uwielbiam: wszystko w jednym obiekcie. Śpimy, jemy, tańczymy. I feromony buzują, oj… podobno buzują. I dobrze. W końcu tango to tango, pierwotne jego założenie jest takie, że panie mają być zadowolone…

Będę tam po raz pierwszy.

Wydarzenie nie było jakoś specjalnie reklamowane, dlatego przypuszczam, że po poprzedniej, bardzo udanej edycji, jest już full. Ale może jeszcze jakieś miejsce się ostało? Pytać organizatora. Osobiście mam tak, że ponieważ nie da się być wszędzie, wybieram imprezy dość starannie. Osoba organizatora ma dla mnie znaczenie. Etyka, lojalność, solidarność. Patrzę na to wszystko.
I wdzięczność. Nie ma na świecie nikogo, kto by wszystko zawdzięczał tylko sobie.
A w tangu ZAWSZE zawdzięcza się innym.

Jaram się!

Uwielbiam takie tangowe warunki. Mam to szczęście, że bywam na imprezach, które z czystym sumieniem mogę dobrze opisać. I wiem, że Biedrusko też się w to wpasuje. Wiem, bo moja wiedźmia intuicja mnie nigdy nie zawiodła.

P.S. Kolejny wpis bez zdjęć. Nie znalazłam takich, które chciałabym Ci pokazać. Guglowskie – nie mam praw do użycia, ale obiekt możesz obejrzeć TU. Dzięki R. (nie mam w moim wordpressie emotikonki serduszka, a bym dała cmok cmok).

P.S. Naprawdę dotarłaś/łeś do końca bez obrazków? Jest nadzieja… 
Serdecznie Cię pozdrawiam i jak zostawisz jakąś reakcję, będę wiedziała, że mam po co pisać 😀 

Tango pod Żaglami 2021

Co to się będzie działo!

Po okresie zminimalizowania aktywności tangowych następuje rozkwit.
Tu, w tym miejscu tekstowym, były napisane przeze mnie moje (no przecież nie czyjeś) przemyślenia odnośnie pandemicznych wynurzeń, ale je usunęłam
(żałuj! Piękne były me przemyślenia… I jakie kwieciste…).

Nadchodzi piękny czas!

Jaram się lipcem i do lipca ograniczę ten wpis. A właściwie do maratonowych lipcowych imprez, bez uwzględniania obozów. Czemu tak? Bo to mój wpis i tak mi się chce. Ach… Uwielbiam zmieniać zdanie. Wpisy będą pojedyncze, chronologiczne, codzienne. Nigdy tak nie było…

Co do ogółu – wychodzi na to, że KAŻDY weekend będę miała zajęty! Sorry, trzecia książko (czwarta, piąta i szósta też), filmie, adaptacjo i… (no… Ty już wiesz, Ty…) – nie będę zbyt dyspozycyjna, a właściwie nie będę dyspozycyjna wcale. Siła wyższa, czyli imprezy tangowe, że hej…

Teraz o pierwszej:

Tango pod Żaglami

Pietruszka jest niemożliwa. Wymyśliła takie coś, bo sama jest sternikiem i kocha żeglować. A ja kocham żeglowanie jak pies sałatę (hmmm… Moja Miniutka uwielbia wszystko, zwłaszcza ogórki Moniki B., więc to chyba nie jest trafne porównanie). Pietruszka robi imprę na całego! W dzień włóczą się po jeziorach, wieczorem tańczą na milongach. W tym roku będzie ich prawie czterdziestka, więc warto na milongi wpaść (a goście się zapowiedzieli, więc będzie się działo!). Tangowi dje są zacni:

TDJ Roberto La Barbera „El Panormo” (Italy/PL);

TDJ Fernando Romero Chucky (Arg/PL);

TDJ Mateusz Stach (PL, Brzeg);

TDJ Marta Zatarska (PL, Szczecin);

TDJ Anna „La Pola” (PL, Bielsko-Biała) – debiut!!! Nie, nie didżejski. Pseudonimowy!
O pseudonimach pięknie pisze Luis Cono, jego posty są ilustracją wtorkową grupy „Gdzie DZIŚ tańczysz tango w Warszawie?” w sekcji #dokształcanie

Cymesik: gościnnie Milonga Kapitańska na zakończenie Tanga Pod Żaglami TDJ Krzysztof Rumiński PL, Toruń.

Gdzie i kiedy konkretnie? Anno, dawaj rozkład jazdy! Mnie korci, żeby jakoś tak trochę wpaść… Może piątek – sobota w lipcu..?

No i Belltango… Anno… Ten deszczyk w słońcu… Co prawda w mojej historii był park, ale może zmienimy na… przyportowy park…

Tango pod Żaglami

26.06. zbiórka, 3.07. koniec. Milongi. Jeju… Korci mnie ich odwiedzić…

P.S. Mówi się, że jesteśmy generacją obrazkową, że nie umiemy czytać do końca. Kto jednak dobrnął – poproszę reakcję w postaci serduszka heh 🙂 

Tantra – ki czort?

Spotkanie ciał i energii tu i teraz.

Co to jest tantra? Mnie kojarzyła się z seksem dla leniwych: nie chce im się ruszać, to sobie tak poleżą, dorabiając do tego egzotyczną filozofię hehe…

O, jakże się myliłam.

A że lubię poszerzać horyzonty, to kiedy przyszła do mnie możliwość sprawdzenia, o co chodzi – weszłam w to.

Tantra dla par.

Informacja o warsztacie spłynęła na Facebooku. Obejrzeliśmy wywiad z prowadzącymi, posłuchaliśmy, jak o tym mówią, poczuliśmy ich energię i zapadła decyzja: robimy. 

Ruch, dotyk, dźwięk.

To najprostsza i najtrafniejsza definicja tantry. Do tego dokładamy uważność tu i teraz i otwieramy się na doznania. W tangu zamiast o dotyku mówimy o objęciu. Reszta się zgadza. I warto pamiętać, że można dotykać nie tylko dłońmi. 

Dotyk z poziomu głowy, lędźwi, serca.

Na co dzień nie myślimy o tym, że możemy dotykać w różny sposób – siebie lub partnera/partnerkę. Dotyk – moim zdaniem to ten zmysł pozwala na poczucie szczęścia i zjednoczenia, ze sobą lub drugim człowiekiem. Ludzie dbają o samochód, jeżdżą na przeglądy, wykupują drogie ubezpieczenia, a kompletnie zaniedbują swój podstawowy pojazd, dzięki któremu mogą podróżować po świecie materii: ciało. Nie dbają o nie, nie doceniają jego możliwości i przydatności, a wręcz niezbędności w mistycznych doznaniach. Często zostają w dotyku na poziomie głowy. Czasem uruchamiają dotyk z poziomu lędźwi. A magia jest wtedy, kiedy umie się dotykać z poziomu serca.

Dotyk według żywiołów.

Rewelacyjne doświadczenie i poszerzenie świadomości. Ja akurat jestem bardzo wodna i powietrzna, ale uwielbiam elementy ziemi i ognia, oj tak… Mając świadomość, można urozmaicać swoje doznania. I emocje. To zdecydowanie wzbogaca zarówno jednostkę, jak i parę. Powiem więcej: nie mam wątpliwości, że podnosi wibracje całego świata.

Brak dotyku = brak szczęścia.

Kobiety mają łatwiej: głaszczą swoje ciała chociażby balsamując je po kąpieli. Czeszą swoje włosy. Wklepują kremy. Panowie pozbawiają się tych rytuałów – pewnie przez to są bardziej podatni na choroby cywilizacyjne. Moim zdaniem całe zło tego świata wynika z tego, że ludzie są niedokochani, niedopieszczeni, niewydotykani. Dlatego warto te zaległości nadrabiać. Czasy takie, że dużo osób żyje w pojedynkę. Tu akurat były warsztaty dla par, jednak myślę, że tantra może także zaopiekować się singlami. I jak się nie ma kogoś, z kim można w parze, to warto zacząć od siebie. Ludzie mają kompleksy, zaburzone poczucie własnej wartości, szukają szczęścia na zewnątrz – a to nie tędy droga. Jeśli nie akceptujesz siebie, nie wymagaj, by kto inny w pełni Cię akceptował.

Umiejętność dotyku.

Z moich obserwacji wynika, że cała masa ludzi nie umie dotykać. W naszej kulturze ciało kojarzone jest z grzechem lub próżnością. Ludzie mają kompleksy. Boją się fizycznej bliskości, mając zakodowane, że to coś złego. Jestem pewna, że wyprzytulane, wygłaskane dzieci łatwiej sobie radzą na polu relacji w życiu dorosłym. Dlatego zimny chów nie ma racji bytu. Nie jestem idealną matką. Jestem bardzo nieidealna. Ale to, co moim dzieciom dałam, to tyle dotyku, ile potrzebowały. Mogą tego nie pamiętać, jednak jak patrzę na mojego syna, w jaki sposób dotykowo traktuje swoją żonę i ich dziecko, jestem spokojna o ich szczęście.

Tantra jest intymna.

Pobudza erotyzm. Wakacyjna przygoda seksualna o świcie na plaży może wcale nie być intymna, ale spotkanie tantryczne bardzo jest. Od indywidualnej otwartości, a także umiejętności stawiania granic zależy, czy ktoś, kto nie ma swojego osobistego partnera, będzie w stanie „sparować się” tylko na taki warsztat. Granice – ważny temat! To, że czegoś nie chcę lub nie lubię, nie oznacza, że nie chcę i nie kocham partnera. On też może czegoś nie chcieć tak w ogóle lub w danym momencie i wcale to nie oznacza, że nie chce mnie. 

Dla mnie tantra to doskonałe podejście do rozwijania bliskości.

Do przejścia na głębszy poziom relacji. Do pełnej akceptacji siebie i partnera/partnerki. Do poczucia pełni jako jednostka i jako para.

Ludzie są ze sobą z różnych powodów.

Kochanie wcale nie bywa tym głównym. Czy można podgrzać nieco ostudzoną relację? Odpowiedzi pewnie będzie tyle, co par. Bywa, że po latach ludzie do siebie wracają i czasem okazuje się, że warto, a czasem, że to błąd. Z doświadczenia zawodowego i osobistego mogę powiedzieć, że jak już się przejdzie pewną granicę, to jest się gdzie indziej. Ale jeśli się na tej granicy stoi, to taki warsztat może spowodować nowe, świeże spojrzenie. Na siebie i na tę drugą osobę, a także na relację.

Co tam się działo?

Prowadzący, Hania i Tomek, wyjaśniali, demonstrowali (w ubraniach), po czym zostawiali czas, by pary, które były w zaciszu swojej alkowy, mogły popróbować, „jak to jest”. Są nagrania (ich, uczestników nie), można do nich napisać i wykupić dostęp.

3 x 2 godziny na żywo.

Taka była formuła, ale naprawdę spokojnie można sobie przerobić całość w dowolnym czasie. Do czego zachęcam. Nabywa się nowej jakości w poszerzonej świadomości. Bezcenne w dzisiejszych zwariowanych czasach. Warto szukać przyjemności tam, gdzie jest na wyciągnięcie ręki: w relacji ze sobą i bliską osobą.

Człowiek potrzebuje drugiego człowieka.

Tak po prostu jest. Jeśli ta potrzeba może być zaspokojona w dobrej jakości relacji, to warto po tę jakość sięgnąć. Oczywiście to nie jest tak, że wszyscy źle dotykają. Ja na tych warsztatach uświadomiłam sobie, że dotykam tantrycznie 🙂 Ale też lubię być dotykana, umiem przyjmować i dawać. I o to chodzi: o różne doświadczanie tu i teraz. A przyjemność jest bonusem.

Tantra to nie tylko seks.

On oczywiście jest naturalną składową wynikającą z intymnego, erotycznego kontaktu fizycznego. Jednak tantra to coś więcej. Dotyk tantryczny wcale nie musi być seksualny i erotyczny. Za to na pewno jest uważny i świadomy.

Mówi się: dobry/dobra w łóżku” – co to znaczy? Moim zdaniem wcale nie chodzi o ekwilibrystykę podczas bzykania na żyrandolu, a o jakość dotyku, jego dawanie i przyjmowanie. To składa się na sensualność i erotyzm. Wygibasy to wygibasy, nic sensualnego w nich nie ma.

Tantra to przepływ.

Jesteś dla mnie ważny/ważna, ale ja także jestem ważny/ważna dla siebie. Kiedy mi dajesz, to moje ciało Ci pokazuje, jak to na mnie działa. Kiedy ja daję Tobie, pokaż mi, jak to odbierasz. Bycie aktywnym jako dawca i biorca – to tak jak w tangu bycie aktywnym jako prowadzący i podążająca: jazda walcem albo przesuwanie szafy gdańskiej jest bardzo mozolne i mało fascynujące.

Po co to wszystko piszę?

A po to, że mam taką moją życiową misję dzielenia się tym, co uważam, że wzbogaca nasze życie. Warsztaty z Hanią i Tomkiem w tę misję się wpisują. Niezależnie od wieku (pod warunkiem pełnoletności heh), urody, profesji itp., warto się rozwijać właśnie w obszarze relacji. Wiele związków więdnie, kiedy dotyk z poziomu lędźwi nie przechodzi na poziom dotyku z serca. Fascynacja się kończy, któreś (lub oboje) stygnie, dopada nuda i finito. A może wystarczy wiedzieć, jak się świadomie dotykać..

Milabo – tu zajrzyj 🙂

P.S. 1 W lany poniedziałek przyszła do mnie taka grafika, na którą koleżanka zareagowała: „TO z tantrą raczej nie ma nic wspólnego”.

Otóż wszystko może być tantryczne. Takie zabawy są w żywiole ognia. Kwestia wzajemnych upodobań, granic, uważności i świadomości. Czyli nie łapiesz za bacik i lejesz, bo „Cię poniosło”, tylko robicie to, bo wspólnie daliście na TO zgodę, mieści się w Waszych granicach i świadomie chcecie takich właśnie doświadczeń. Jeśli jedna strona chce, a druga nie, wtedy to nie ma z tantrą nic wspólnego.

P.S. 2 W moich książkach jest trochę erotyzmu… 🙂 UWAGA!

Obydwie możesz zamówić u mnie! 

„Pasja budzi się nocą” – psychologiczna komedia thrillerowata –
na faktach!

„Przenikanie” – uuuu… Gruby kaliber. O tym, że każdy ma sekrety, które wychodzą z cienia i że te niby proste relacje potrafią się pokomplikować, zwłaszcza relacja matka – córka i partnerska.

Chcesz? Pisz priv na fejsie albo na tangoteamo8(dat)gmail.com