NIE ma hejtu w tangu!

Słowo wstępne.

Za ten wpis zabierałam się długo i niechętnie. Odwlekałam. Chciałam to rzucić w diabły, ale wiem, że dużo osób na niego czeka. Załatwiam trochę sprawę pewnego lokalnego środowiska tangowego, które nie umie sobie poradzić ze szkodliwym zachowaniem jednej (!) osoby. Przyjęta przez nie (to środowisko) strategia milczenia dała przyzwolenie na to, że ta jedna osoba doprowadziła połowę tegoż środowiska niemal na skraj załamania nerwowego, a na wspomnienie jej nazwiska (zwę ją dalej blogerką), znaczna część tangowej Polski dostaje czkawki.

To jest najtrudniejszy energetycznie dla mnie wpis.

Na czym skupiamy uwagę, zasilamy to. Ja swoją wolę kierować do odbiorcy, który z niej skorzysta. Tu skorzystają pokrzywdzeni i inni, ku przestrodze – także w życiu prywatnym.
Nasze tangowe środowisko dotknęło zjawisko, kiedy to osoba oskarżająca o napaść i czyhanie na życie (serio), ciągająca hurtowo ludzi po policjach i pozywająca ich do sądu – pozuje na ofiarę.

Mam dość.

Stawiania społeczności tangowej w złym świetle. Patrząc na wpisy blogerki, człowiek postronny może pomyśleć: to tango to jakiś związek szajbusów (miałby rację hehe, ale nie w tym znaczeniu). Skłóciła się już niemal ze wszystkimi, wysyła pozwy sądowe. Ja podobno mam być wezwana w charakterze świadka. Serio? W takim razie się do tego przygotuję.

Wspierałam ją.

Zwróciła się do mnie z propozycją współpracy przy promowaniu jej działalności. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że pomagam. Z drugiej strony jestem szczera – co u wielu nie przysparza mi sympatii. Są jednak tacy, którzy właśnie to we mnie cenią. Intuicja mówiła: nie wchodź w to! Rozum: no już nie bądź takim psychologiem zawsze i wszędzie. Skoro kwiat lokalnych nauczycieli się z nią fotografował i wyrażał dobre opinie, uznałam, że może jestem przewrażliwiona, zbyt krytyczna i postanowiłam dać jej szansę.

Zapoznałam się z jej poradnikami.

Nawet wzięłam udział w ich współtworzeniu. Podzieliłam się z nią moją opinią o nich, np. że warto publikacji nadać ISBN albo że pierwsza część zawiera jej osobiste spostrzeżenia, ale nie pokazuje pełnego obrazu, tylko pewien niewielki wycinek. Obecny, jednak zbyt wąski, by przez ten pryzmat patrzeć na całe środowisko tangowe. Że opisane rzeczy czasem się zdarzają, ale nie jest to standard.

Problem.

Zaczęła walkę z tymi, którzy wyrazili jakąkolwiek dezaprobatę w stosunku do treści czy formy „prezentowania” przez nią jej twórczości, piśmienniczej i blogowej. Nie trzeba być super specjalistą z zakresu social media, wystarczy być zwykłym użytkownikiem popularnej platformy, by wiedzieć, że ludzi wkurzy hurtowe wrzucanie tej samej treści (kopiuj + wklej) we wszystkich możliwych miejscach. Jak dostaną kilkanaście powiadomień z grup, do których należą, i zobaczą, że po raz kolejny wyskakuje im coś, czym nie są zainteresowani, to zareagują bynajmniej nie z aprobatą. Od tego się zaczęła eskalacja jej walki z każdym, kto zwrócił jej uwagę. Zarzucano jej brak kompetencji do doradzania w sprawach tangowych, manipulację, kreowanie konfliktów i nieprawdziwego obrazu społeczności tangowej.

Konflikt.

Nie wiem, kiedy dokładnie się zaczął, ale mogę przypuszczać, że wtedy, kiedy ludzie zwracali jej uwagę, że to, co i jak robi, nie podoba im się. Po prostu. Mieli do tego prawo, nie robili nic złego. Nie byli niegrzeczni. Kiedy jeszcze nie wiedziałam, co tak naprawdę się dzieje, blogerka przysyłała mi wiadomości, że znowu hejterzy ją atakują. Pytałam: gdzie? W odpowiedzi przysyłała screeny (to ona nauczyła ludzi, żeby je robić – dzięki temu to, co napisała, nie zginęło). Nie było w nich NIC, co wskazywałoby na jakikolwiek hejt. Była jedynie krytyka jej poczynań. Rzeczowa i z zachowaniem kultury (w tym przypadku screenów nie mam, bo nie wiedziałam, że będą potrzebne, a zablokowała mnie na messengerze i nie mam do nich dostępu. Nie szkodzi, inni z pewnością mają).

W podobnej sprawie, czyli kiedy bloger domagał się usunięcia krytyki, zapadło orzeczenie, w którym Sąd stwierdził:

Aktywny uczestnik forów internetowych, będąc osobą znaną i rozpoznawalną w tej społeczności, jest w tym znaczeniu i dla tego środowiska osobą publiczną. Internauta jako osoba publiczna, uczestnicząc w dyskusji i wygłaszając swoje poglądy, wyraża zgodę na ich ocenę i musi się liczyć z tym, że zostaną one poddane krytyce, niekiedy radykalnej, innych użytkowników oraz wykazać większy stopień tolerancji i odporności nawet wobec niepochlebnych opinii, a nawet brutalnych ataków” (wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, I ACa 949/09).

Ona postanowiła wszystkie uwagi uznać za hejt i nękanie.

Screeny mogą być mało czytelne (macie wyraźniejsze, wiem).
Napisała na swoim blogu oświadczenie. Ja też się na chwilę dałam na to nabrać (chociaż intuicja świeciła mi czerwoną lampą w poprzek mózgu):

Po kolei odniosę się do zaznaczonych przeze mnie punktów:

Jedynka – nękanie przez nauczyciela.

Chłopak, wobec którego blogerka wysunęła ten zarzut, nie jest i nie był nauczycielem. Nie zabraniał jej też pisać bloga czy książek. Jedynie głośno mówił, że według niego ona nie ma kompetencji, by komukolwiek cokolwiek w tangu doradzać. Ale to nie jest żaden hejt i żadne nękanie! Tylko wyrażenie swojej opinii (robił to w grzeczny sposób). Tę opinię wielu podzielało, wiem to z odbytych rozmów. Proszę zwrócić uwagę na screen poniżej i zdanie: „Podejrzewam, że jego celem jest to, abym przestała pisać”. Takie sformułowanie spełnia w moim mniemaniu przesłankę insynuacji i próbę zaszczepienia w percepcji czytelnika czegoś, czego nie ma.

Co do jej kompetencji – zamieszczając poniższy wpis, sama dała do zrozumienia, że nie ma wystarczającej wiedzy w temacie, na który się wypowiada.

Aby zacząć naukę prowadzenia, nie trzeba być silną kobietą i posiadać charyzmy – jakkolwiek rozumianej. Wystarczy chęć poznania tanga z drugiej strony. A czasem podstęp – jak było w moim przypadku. Tak, uczę się prowadzić, ale nie dlatego, że jestem silną kobietą. To samo z podążaniem. Ono nie jest bierne! Jeśli partnerka tylko daje się przestawiać, to partner się męczy, a nie tańczy tango! Nie śledzę wpisów blogerki, więc nie wiem, ile jeszcze tego typu kwiatków zamieściła. Dla osób, które tańczą tango (a jej region jest jednym z lepszych), ten jest wystarczający.

Fałszywy obraz tanga.

Poniżej screeny dwóch „żarcików” ze strony blogerki. „Żarcik” nr 1:

„Żarcik” nr 2: 

 

Być może obie sytuacje miały miejsce. Powtórzę: być może, bo pewności nie mam. Dla mnie to nie żarciki, a obraz nieżyczliwych dla siebie kobiet. Po przeczytaniu pierwszej części jej poradnika osobiście z nią rozmawiałam w kontekście tego, że nieżyczliwość NIE jest w tangu standardem. Powiedziałam, że w społeczności tangowej są różni ludzie, że spora część jest pomocna (w znalezieniu pracy, zebraniu środków na leczenie, odnowieniu domu po pożarze, w ratowaniu życia…). Tak, konflikty się zdarzają, ale nie one są napędem, sensem i celem. Czasem rozpadnie się małżeństwo, ludzie uprawiają towarzysko-erotyczne przekładańce, ktoś komuś wejdzie z czymś w drogę, ale to NIE jest codzienność, powszechność i styl socjalny tanga.

Zła strona tanga”.

Taki screen dostałam – z pytaniem, czy ona nie widzi, że chcąc zdobyć popularność i korzyści majątkowe (sprzedaje swoje poradniki za kasę), niszczy wizerunek innych osób:

W moim przekonaniu takie stwierdzenia demonizują jedną z najprzyjemniejszych ludzkich aktywności. Bo złe strony mają ludzie, nie tango! Owszem, wszystko, co się na nie składa, może być pewnym katalizatorem, może objawić prawdziwą twarz skrywaną pod tysiącem masek, ale to ludzie podejmują decyzje, działania i ponoszą ich konsekwencje, a nie tango.

Mnie też się zdarza, że ktoś się ze mną nie zgadza.

Każdy, kto publicznie się wypowiada, prędzej czy później z tym się zmierzy. Prowadząc zamkniętą grupę w statusie prywatnym, jasno wielokrotnie dawałam do zrozumienia, że moja grupa, moje zasady. Ale! Zawsze porozmawiam na argumenty, nie na emocje (nie dotyczy polityki, tu nie mam tolerancji i jasno o tym mówię). Wpisy na blogu też są różnie komentowane. Nie zawsze pochwalnie. Lecz nie przyszło mi do głowy, by kogokolwiek nazwać hejterem, ciągać na Policję i pozywać! Nie aprobuję anonimowej krytyki, zresztą ludzie bez nazwisk rzadko robią to konstruktywnie. Kiedy argument daje mi do myślenia, to nie walczę, tylko biorę go pod uwagę. W przypadku tejże blogerki nie ma mowy o żadnej dyskusji. Łatwiej jest zablokować możliwość wypowiedzi niż podyskutować. Zablokowanie dodawania recenzji to zablokowanie dodawania opinii.

Sprawy w sądzie i „samo mięso” to wątki poboczne w kontekście tego wpisu. Są, bo jakbym wycięła, jakość screema byłaby masakryczna.

Wyrzucanie ze znajomych i blokowanie jako główne narzędzie.

Jak dyskusja nie po myśli blogerki – a żadna nie była – ban i kasowanie całego wątku. Trudno się ludziom dziwić, że sobie z tego żartują. Ale to nie jest żaden hejt i żadne nękanie! To konsekwencje zachowania blogerki.

Nikt, będący do tej pory w przestrzeni publicznej tanga, nie zachowywał się w ten sposób.

To jej zarzucono nękanie ludzi. Widziałam wpis: ktoś ją o coś zapytał, a ona na to, że nie musi odpowiadać (też zapewne ktoś ma screen). Za to sama cisnęła…

Dwójka: oskarżenie o napaść.

Gruby kaliber. Najgrubszy. Spowodował, że postanowiłam dokonać tego wpisu, bo jako osoba upośledzona społeczną misyjnością nie mogę przejść obojętnie obok krzywdzenia niewinnego człowieka. I nie jest to pierwszy raz w jej, blogerki, życiu.

Otóż jeden z nauczycieli tanga, z jej miejscowego środowiska, został przez nią oskarżony o napaść. Człowiek, który w tangu jest od jego początku. Prowadzi szkołę. Jest osobą publiczną. Cieszy się zaufaniem i sympatią. Zarzuciła mu we wpisie na blogu, że ją osaczył, zmuszał do rozmowy, że czuła się zagrożona. Nie znałam go wtedy osobiście. Potem poznałam. Jest połowy jej postury, więc nie ma fizycznych możliwości do jej osaczenia.

Ale wtedy tego nie wiedziałam. Wypowiedziałam się pod wpisem, że JEŻELI jest to prawda, to absolutnie nie wolno tego zamiatać pod dywan, bo tego typu zachowania nie mogą mieć miejsca nie tylko w przestrzeni społeczności tangowej, ale w ogóle, w życiu. Zastanowiło mnie, że z komentarzy wynikało, jakoby to ona była agresywna i atakowała. Wszystko skrzętnie usunęła. Ale screeny z pewnością są. Wytresowała w tym swoich interlokutorów.

Nagle…

Pojawił się jej wpis z propozycją „dogadania się”. Pomyślałam: ale że jak to..? Taka ofiara rzekomo tak wielkiej przemocy, a tu apeluje o zgodę?! Był początek lockdown-u. Pomyślałam: nerwowo nie daje rady, boi się wirusa… Ale kiedy wpis w podobnym tonie ukazał się po raz drugi – nie wytrzymałam.

Po pierwsze: warto zwrócić uwagę na historię edycji tego posta. Po drugie: nikt nie zamieścił żadnego nieprawdziwego wpisu szkalującego jej dobre imię. Sama zapracowała na każdy gram niechęci, jaką ludzie do niej czuli. Skrycie, bo się bali, więc nikt nic nie pisał. Ale o zastraszaniu za chwilę.

Zobaczyłam to „wezwanie do zgody” i mi się zagotowało.

Najpierw rozpętuje aferę na sto fajerek, a potem „pogódźmy się”?! Wpiera otoczeniu, że zawistnicy psują jej wizerunek, straszy pozwami – także tych, którzy lajkują nieprzychylne jej komentarze (swoją drogą, już sobie to wyobrażam: „Policja? Proszę przyjechać na fejsbuka! Kowalski polajkował post, w którym zarzucają mi, że wszędzie się wpycham z moim blogiem i wyskakuję z lodówki!”), po czym „proponuje zgodę”?! Uznałam, że skoro publicznie publikuje, to ja publicznie zapytam: o co chodzi?

Usuwanie niewygodnych komentarzy, blokowanie ludzi mających inne zdnie. Najpierw usunęła moje pytanie, potem mnie zablokowała. A po kilku dniach napisała do mnie na priv. Więc chwilowo odblokowała:

Kategorycznie i jednoznacznie jej napisałam, co myślę o jej zachowaniu:

Wróćmy do omówienia głównych punktów oświadczenia blogerki – dla przypomnienia wrzucam screen ponownie:

Trzy i cztery:

W trójce przypomnę, że świadkowie zdarzenia zarzucali agresywność i przeklinanie blogerce. Złożone pozwy do Sądu – o tym będzie przy zastraszaniu.

Dodam, że blogerka chce utajnienia procesu, w którym pozwała wspomnianego nauczyciela. A całe miejscowe środowisko czeka, że będzie jawny.

Pięć i sześć:

Uważam, że ta cała afera nie miałaby takiego zasięgu, gdyby lokalne środowisko tangowe jasno i otwarcie zakomunikowało swoją niezgodę na niesłuszne oskarżenia. Spróbował jeden z nauczycieli, ale został przez nią zakrzyczany, więc towarzystwo wolało podkulić ogony.

Widzę, co robisz i nie zgadzam się na to!” – jest lepszą strategią niż ostracyzm. Braliście udział w jej działalności? Ja też. Nadal wszyscy tkwimy na jej blogu, mimo że z nami wojuje! Bez nas ten blog nie miałby żadnej treści. Bez nas druga część jej poradnika nie istnieje. Wzięła od nas zgody na nieodpłatne wykorzystanie w nim naszej wiedzy i sprzedając go, zarabia.

Siedem: Jeżeli blogerka miała mnie na myśli, to sama doskonale wie, że nikt jej ze mną nie poróżnił. Zdemaskowałam ją, więc mnie zablokowała. Innych znajomych w Warszawie nie miała, skoro nie było nikogo, kto chciałby dla niej odebrać ode mnie poradniki, mimo jej apeli. To kolejna sprawa, z której chciała zrobić aferę, ale ponieważ to drobiazg przy innych, pominę milczeniem.

Osiem: „(…) osoby, które podżegały (…) sami nie zamieszczali żadnych komentarzy (…)” – pomijam składnię, ale sens tej wypowiedzi sugeruje podziemny spisek, tymczasem blogerka oskarżeniami i pozwami sparaliżowała miejscowe środowisko na tyle,że to przez nią ludzie bali się cokolwiek napisać, żeby nie dostać wezwania na Policję, do prokuratury albo pozwu do sądu.

Zastraszanie.

Ludzie dali się zastraszyć. W Polsce powszechna jest postawa: nie wychylać się, po co mi to, za plecami pogadam, ale wprost to nie. Prawda, że w szkole nie jesteśmy uczeni radzenia sobie z osobami konfliktowymi, więc wiem, że mało kto w tak ekstremalnej sytuacji, jaka tu się wytworzyła, da sobie radę psychicznie i emocjonalnie.

Zwłaszcza że blogerka jest zaprawiona w konfliktowym boju.

Wiele lat temu dość głośna była sprawa, w której oskarżyła szkolną nauczycielkę o prześladowanie jej (blogerki) syna. Nasłała na nią kontrolę z kuratorium. Dlaczego? Bo nauczycielka stwierdziła, że dziecko blogerki często się spóźnia i bywa nieprzygotowane. Blogerka się rozszalała. Rodzice innych dzieci z klasy próbowali ją namówić, żeby przestała, stanęli w obronie nauczycielki. Co zrobiła nasza blogerka? Wszystkich oskarżyła o nękanie i zgłosiła na Policję. Całość afery była opisana przez Gazetę Wyborczą i portal Onet.pl, z podaniem jej nazwiska. Kilka tygodni temu blogerka spowodowała, że Wyborcza artykuł usunęła, a Onet zmodyfikował. Ale ja czytałam wersję oryginalną.

Wróćmy do zastraszania.

Jeden: „(…) odpowiedzą za hejt ci, co teraz komentują”. Jasne?

Dwa: proszę dokładnie ten punkt przeczytać. Wiedzę mam taką, że blogerka nie ma żadnych dowodów, by ktoś chciałby jej coś zrobić.

Trzy: „(…) bo z tego, co wiem, nie jestem pierwszą osobą, którą środowisko chciało zniszczyć, o ile jest to prawda, bo może jest to plotka” – brzmi dramatycznie. A prawda jest taka, że w każdym lokalnym środowisku dochodzi do „objawień”, powielania, przeszeregowań. Działań promujących tango argentyńskie (jak flesh mob czy open air), ale też szkodliwych (wiele osób bez kompetencji nauczycielskich bierze się za udzielanie lekcji; wiele osób, które nie zorganizowały w życiu nawet kinder balu, chce pouczać organizatorów; pokazy dają amatorskie pary, określające się w wydarzeniach mianem mistrzowskich). Black&White. Jak w życiu. Wymienia się opinie. Chwali. Krytykuje. Czasem padną mocniejsze słowa. Ale to nie jest hejt, nękanie czy niszczenie kogokolwiek.

Zastraszanie cz. 2

Pozdrawiam cieplutko” to jej znak rozpoznawczy.

Jeden pozew więcej czy mniej…

Zastraszanie przez blogerkę cz. 3.

Zażyczyła sobie usunięcia wpisu na profilu kolegi po moim komentarzu. Nie, nie napisała do mnie w sprawie mojego komentarza. Do niego.

Usuwanie komentarzy.

Jak to tłumaczyła? Dbała o poziom:

Blogerka wymagała minimum średniego poziomu inteligencji, erudycji i elokwencji.

Tymczasem zamieściła wpis:

Pierwszą osobą, która napisała książkę pt. „Emocje tanga”, był warszawiak i zrobił to z piętnaście lat temu. Lechosław Hojnacki zamieścił kawał tangowej wiedzy w formie poradnika na stronie etaniec.org – za darmo i nie wiem, czy nie zaczynał przed warszawiakiem. Moja „Pasja budzi się nocą” – powieść, ale wprowadzająca w kulturę tanga, premierę miała w 2013 roku.

Ten wpis po kilku godzinach usunęła. Zamieściła inny, który edytowała kilka razy.

Opinie o blogerce.

 

 

Opinia nr 2 

Opinia nr 3 – ostatnia, chociaż mam ich dużo więcej:

Modus operandi.

Poniższy screen jest fragmentem jej trzeciego dzieła. Dostałam to z adnotacją: „Zobacz, Ania, opisała swój modus operandi”. Na wszystkie powyższe opinie – a jest ich o wiele więcej, wszystkie w tym samym tonie – zapracowała sama swoim zachowaniem.

Ostrzeżenia.

Dawno oznajmiłam, że o tym napiszę. Dziękuję za Waszą troskę. Otrzymałam od Was, moich Czytelników, kilka ostrzeżeń.

W dalszej części konwersacji wyjaśniłam, że ja nie wojuję. To nie jest moja wojenka! To jest wojna blogerki z brakiem akceptacji jej zachowania i działań.
Dostałam wiadomość, że powinnam uważać na siebie, żeby móc się obronić.

Najazd blogerki na moją koleżankę adwokatkę.

Po eskalacji ataków blogerki na ludzi, którzy po prostu nie chcieli mieć z nią do czynienia, oznajmiłam, że opiszę, jak działa, ku przestrodze, ale też by zachęcić ludzi do samoobrony. Wpadłam na pomysł, że porozmawiam z moją koleżanką adwokatką (nasze córki chodziły razem do przedszkola) o tym, jak zwykły człowiek może się prawnie obronić przed fałszywymi oskarżeniami. Zamieściłam screen z naszej rozmowy na ten temat.

 

 

I to było wszystko w tym temacie. Nie mówiłam o żadnej konkretnej sytuacji, nie wspominałam o blogerce. Screen zamieściłam z imieniem i nazwiskiem koleżanki, żeby nie było, że jakieś anonimowe historie zapowiadam. Nie wpadłam na to, że blogerka znajdzie telefon do kancelarii, zadzwoni i oznajmi, że ma pełną dokumentację naszej konwersacji i że reprezentując mnie (!), koleżanka stanęła na czele grupy nękającej blogerkę.

Zdumienie mej koleżanki było sporawe, bo po pierwsze mnie nie reprezentuje, po drugie nie miała pojęcia, kim jest blogerka.

Próba zastraszenia mnie.

Została podjęta raz. Dostałam pismo od prawnika blogerki po tym, jak zaanonsowałam, że napiszę o jej złych praktykach.

 

Ponumerowałam te niedorzeczne punkty, ale nie wymagają komentarza. Śmiało mogę je potraktować jako próbę zastraszenia. Tylko że ja się nie boję i ze względu na dobro społeczne – nie mogę milczeć.

Jak sobie radzić?

Strategia pokątnych szeptów i jawnego milczenia prowadzi donikąd, a właściwie do poczucia bezkarności osoby szkodzącej. Jedynym sposobem na poradzenie sobie jest konsekwencja w operowaniu faktami, zbieranie dowodów i jawne demaskowanie niewłaściwych zachowań, a tym jest ciąganie stada ludzi po sądach z byle powodu, nie mającego uzasadnienia. Prawnicy określają to mianem pieniactwa

W jedności społecznej siła, w stanowczym „nie”. Osoby z osobowością konfliktową często udają, że chcą zrobić coś dobrego, a kiedy nie dostają akceptacji, generują konflikt. Bez refleksji, bez skrupułów. Zakrzykiwanie, zarzucanie oskarżeniami, stawianie się w roli ofiary mają wytrenowane do perfekcji.

Osoby działające publicznie wystawiają się na ocenę.

Bloger/ka, w jakiejkolwiek dziedzinie, taką osobą jest. Jeśli ktoś komentowałby wygląd, można by dopatrywać się hejtu. Ale jeśli oceniana jest fachowość w zakresie tego, co się publikuje jako bloger/ka, częstotliwość, forma czy treść – to nawet miażdżąca krytyka poparta argumentami NIE jest hejtem.

Hejt jest podszyty nienawiścią, a jego wyrażanie agresywne.

Stąd jego nazwa. Można kogoś nie lubić i dawać to do zrozumienia, ale to nie jest hejt. Mózgotrzepacze od nie zawsze właściwie pojmowanego rozwoju osobistego namieszali ludziom w głowach hasłami typu: „Nie oceniaj!” (które są słuszne w założeniu, jednak nie chodzi o zgadzanie się na wszystko i kulenie ogona w sytuacji krzywdzącej), że niektórzy zgłupieli i boją się jakkolwiek reagować, żeby nie być posądzonym, o ironio, o hejt.

Fałszywe ofiary niehejtu.

Niektórzy tak bardzo nie umieją znieść niezgody na swoje zachowanie albo krytyki swoich metod działania, że głośno krzyczą o byciu ofiarą rzekomego hejtu, a tak naprawdę odstawiają niezłe manipulacyjne przedstawienie. A na to mojej osobistej zgody nie ma i uważam, że takie postawy warto demaskować, bo są etycznie niewłaściwe i emocjonalnie dla otoczenia obciążające.

Ważne: Jeśli na Twojej drodze stanie hejter albo osoba udająca ofiarę, a sama będąca agresorem – szukaj wsparcia.

I pamiętaj: nie ma żadnego hejtu w tangu.

P.S. Spraw sobie moją książkę na gwiazdkę – poleca się „Przeniaknie”

 

Sekrety zdrowej skóry głowy i pięknych włosów

Włosy. Te na głowie! Ja moje traktuję jak skarb, bardzo je lubię, z wzajemnością. I oby tak zostało. Ich posiadanie to dla mnie oczywistość: od lat mam prawie do pasa, nie narzekam na gęstość i strukturę. Mogłyby się kręcić heh, ale wtedy pewnie chciałabym proste.

Z Asią Skrzypczak poznałyśmy się na tangu. Tak jakoś się dzieje, że ciągnie mnie do osób, z którymi warto porozmawiać. Bo w zasadzie jestem małomówna i nie znoszę pogaduszek o niczym. Wolę milczeć. Idąc do gabinetu na przegląd mego owłosienia – Asia jest kosmetologiem-trychologiem, czyli mega specjalistką od skóry głowy i włosów – zastanawiałam się, czego ciekawego mogę się dowiedzieć? Czy Asia ma receptę, by w tym naszym tangu zaroiło się od czarnych diabłów z gęstymi czuprynami..?

Gabinet Asi znajduje się w Warszawie niedaleko stacji metra Wilanowska.

Myłam głowę w poniedziałek, dzisiaj jest czwartek.

(Ogląda, dotyka) Ładne te włosy. Będą mięciutkie po zabiegu i głowa będzie lekka. Miałaś kiedyś peeling skóry głowy?

W życiu! A to nie jest jakieś dziwactwo? Twarz masz bez włosów, to sobie peelingujesz, ale włosy?!

Peelingiem oczyszczamy tylko skórę. Nie włosy. Nakładam ci peeling, jakbym ci nakładała farbę na odrost. Raz w miesiącu taki zabieg wystarczy, możesz go sama zrobić w domu – o ile nie masz problemów ze skórą głowy (uff nie mam…). Jeśli skóra jest zbyt tłusta, robi się peeling raz na dwa tygodnie, przy łupieżach czasem raz w tygodniu – częstotliwość zależy od tego, jaki jest problem.

Zrzut z Insta – na otwarciu gabinetu moja głowa poszła pod lupę, a właściwie pod kamerkę.

Czy te peelingi masz różne w zależności od rodzaju włosów?

W zależności od rodzaju skóry głowy (Asia często to podkreślała: problemem nie są włosy, a skóra głowy właśnie!). Mieszam je. Głównie to są kwasy, ale też enzymy, żeby rozpuścić zrogowaciały naskórek – tak, na głowie też, jak na ciele, się rogowaci. Przez to, że na głowie są włosy, trudniej ten naskórek się odkleja. Czasem robi się na głowie warstwa krystalizacji.

A to co?!

Łój, brud, kiedy skóra jest niedomyta albo używa się złych szamponów. Tworzy się taka warstewka trudna do usunięcia.

Dokładne obejrzenie skóry głowy to podstawa diagnostyki.

Jesteś przeciwniczką suchych szamponów. Moja córka twierdzi, że można ich używać, tylko trzeba umieć myć głowę.

Prawda, ale trzeba wiedzieć: jak i czym myć. Ja po suchym szamponie musiałam od razu zrobić piling, bo tak mnie skóra głowy swędziała. Jeśli używasz raz na jakiś czas, to w porządku. Jeśli często, to gorzej.

Moja córka wali suchy szampon hurtowo.

Niech przyjdzie do mnie, pokażę jej, co na tej głowie ma.

O! Dobra myśl. Czy do trychologa przychodzi się wtedy, kiedy ma się problem ze skórą głowy? Czy można, jak ja, profilaktycznie i na przegląd?

Głównie trafiają osoby, które mają problem i sobie nie radzą. Przychodzą też ci, co szukają porad w internecie, próbują różnych wynalazków w pielęgnacji – a i tak nie mogą sobie z problemem poradzić. Wtedy wprowadzamy różne działania, na przykład infuzję tlenową. Przychodzą też panie, które chcą się dowiedzieć, jakiego szamponu używać, by chronić skórę głowy. Myślą, że wszystko jest ok, a okazuje się, że nie jest. Szampon to podstawa. Ludzie nie wiedzą, jakiego używać.

To ja! Chciałabym fajny szampon. Żeby włosy się nie puszyły…

To odżywka.

i żeby były takie sypkie, a nie jak naleśnik.

Czyli bogatsze objętościowo. Szampon dobieramy do skóry głowy (!), dam ci taki dla ciebie: do blondu – ładnie utrzyma kolor, nie będą takie żółte (o matko! Są żółte???), wzmocni włosy, odbuduje. Ma witaminy, aminokwasy, odżywia. Objętość – podniesie ci się po peelingu. Nie będzie naleśnika. Za strukturę włosa odpowiada odżywka. Po regeneracji łodygi włosa – co właśnie robimy – nie będą ci się tak puszyły. Najpierw oczyszczanie skóry głowy, potem zabieg regeneracji łodygi włosa. Odżywka odpowiada za strukturę włosa. Po regeneracji łodygi nie będą się puszyły, bo będą nawilżone. Zabieg składa się z czterech etapów: pierwszy – oczyszczający, ściągamy z łuski zanieczyszczenia, metale ciężkie. W zależności od twardości wody, włosy inaczej się zachowują (teraz jestem po pilingu na tzw. myjce. Asia mnie mizia po głowie i chyba od niej nie wyjdę!). Zdejmujemy brud, włosy będą „piszczące”. Zamykamy łuskę. Potem kładziemy serum, które zawiera keratynę dziewiętnastoaminokwasową – dokładnie taką, jak nasza keratyna. Ma cząsteczki różnej wielkości, więc wnika w warstwy kory włosa tam, gdzie trzeba. Na koniec kładę maskę pielęgnacyjną. Włosy z odżywką rozczesuję przed spłukaniem, żeby dokładnie je pokryła.

Mgr kosmetolog-trycholog Joanna Skrzypczak

Jak często warto do Ciebie przychodzić na taka konserwację?

Raz na trzy miesiące, na tyle ten zabieg wystarcza. To jest rozwiązanie dla pacjentek bez większych problemów ze skórą głowy. Jeżeli komuś włosy wypadają, robimy różnego rodzaju zabiegi. Podstawą jest konsultacja. Czasem trzeba wykonać badania laboratoryjne. Jeśli są niedobory, to je uzupełniamy. A często zaczynamy od prawidłowej pielęgnacji. Pierwszy krok to dobranie szamponu. Czasami wystarczy, jak pacjentka dostanie wytyczne i widzimy się na kontroli po dwóch miesiącach. Sporo pacjentek ma łuszczycę lub łojotokowe zapalenie skóry głowy. Wtedy wchodzą specjalistyczne zabiegi, także z użyciem różnego rodzaju sprzętu. Zawsze wszystko jest indywidualnie dopasowane.

Masz sprzęt do diagnostyki i robisz różne zabiegi.

Tak, mam trichoskop – zaawansowany sprzęt do badania skóry głowy i stanu włosów. Na otwarciu gabinetu oglądałam was, żadna nie miała tragedii. Twoją obejrzymy po, zobaczysz, jaka będzie czysta. Stosuję mezoterapię mikroigłową (mini nakłucia tworzące kanaliki, dzięki którym substancje aktywne lub lek mogą łatwiej wniknąć w głąb skóry), laser LLLT (poprawia krążenie mikronaczyń, zmniejsza stan zapalnym zwiększa energię komórkową, wydłuża fazę wzrostu włosów, więc rzadziej wypadają), darsonwal (wytwarza dezynfekujący ozon, poprawia ukrwienie i odżywienie skóry), lampę UVB (do zabiegów naświetlania przy łuszczycach, łojotokach i trądzikach), karboksyterapię (m.in. udrażnia zwężone naczynia krwionośne i pomaga powstawać nowym). Ale najważniejsze: mam swoją głowę, a w niej wiedzę.

Czy warto inwestować w drogie kosmetyki? Może te z sieciówek wystarczą?

Jeżeli jest problem, to warto inwestować. Podstawowy błąd robiony powszechnie: dobieranie szamponu do włosów, a nie do skóry głowy. Przychodzi pacjentka z problemem przetłuszczania: rano umyła głowę, wieczorem ponownie nadaje się do mycia. Pytam o to, jakiego używa szamponu oraz w jaki sposób myje? Okazuje się, że raz…

…ja też myję raz! Nakładam szampon, szoruję, spłukuję i daję odżywkę. Patrzyłyśmy poprzednio, nie było źle, skóra głowy była czysta.

Zwykle bywa inaczej. Niewłaściwe mycie i cała pielęgnacja powoduje złą pracę gruczołów łojowych, nie ma czegoś, co ograniczy wydzielanie sebum. Ludzie borykają się z danym problemem, a nic nie zrobili, żeby go zniwelować. Ja sama teraz używam tylko trychologicznych szamponów i widzę różnicę. Odżywkę można z drogerii, bo nie ma znaczenia, co kładziesz na łodygę.

Ma znaczenie, bo jak chcę mieć włosy objętościowo sypkie i nie naleśniki…

to dobierasz odżywkę do włosów, a podkreślę kolejny raz: szampon do skóry głowy.

Nie spotkałam dobrej drogeryjnej odżywki.

To, jak zachowują się włosy, zależy też od umycia skóry głowy. Kiedy umyjesz szamponem trychologicznym i zastosujesz tę samą drogeryjną odżywkę co wcześniej, zobaczysz, że włosy są zupełnie inne.

Trychologiczne kosmetyki do skóry głowy i włosów.

Ja po umyciu nakładam odżywkę lub maskę, spłukuję, potem w mokre włosy jakiś olej, a po wysuszeniu wygładzam kremem bez spłukiwania…

Na łodygę możesz nakładać dużo różnych rzeczy. Chodzi o skórę głowy. Na każdym centymetrze kwadratowym masz dwieście do trzystu włosów. Każdy włos ma swój gruczoł łojowy. Najwięcej ich jest na skórze twarzy i właśnie głowy. Każdy gruczoł wydziela sebum. Dlatego warto myć skórę głowy dwukrotnie, bo pierwsze mycie nawadnia skórę i rozpuszcza brud. Jak jest od włosów gęsto, trudno za pierwszym razem dokładnie ten szampon rozprowadzić. Drugie mycie powoduje, że brud ma szansę odkleić się od skóry głowy. Zacznij myć dwa razy, zobaczysz różnicę.

Czy temperatura wody ma znaczenie?

Tak, powinna mieć około 37 stopni. Nie za gorąca, ale też nie za zimna. I na koniec nie ma potrzeby spłukiwać zimną wodą, bo odżywki mają taki skład, że zamykają łuskę. Poza tym szampon też nie otwiera łuski, więc nie trzeba się męczyć z zimną wodą. Sens ma masaż głowy wykonywany na zmianę ciepłą i zimną wodą – pobudza krążenie. To, co ci robię – wyjdzie pani zadowolona.

Nie wątpię. Miziasz mnie bardzo przyjemnie… A czy są jakieś zalecane szczotki?

Będą działały relaksująco, bo na głowie mamy dużo receptorów czuciowych. Jak ktoś cię dotknie po skórze głowy, we włosach, to czujesz to. Włosy należy czesać od skóry głowy, aby ją masować. Ale nie szorować szczotką! Najgorzej dla włosa jest, kiedy jest umyty, nie było odżywki i trzemy ręcznikiem. Szampon wymywa także lipidy odpowiedzialne za to, by włos był miękki. Bez odżywki są bardziej podatne na uszkodzenia. Dlatego jak kładziesz odżywkę na włosy po umyciu, przed spłukaniem te włosy rozczesz. Wtedy ma szansę wszędzie wniknąć, a włosy będzie się łatwiej rozczesywało. Będą zupełnie inne.

Moje inne włosy – tak, jest różnica!

Czy udało Ci się zrobić z łysego faceta osobnika z lwią grzywą?

Jeżeli jest duże wyłysienie i od dawna, to raczej trudno. Coś może odrośnie. Ale lepiej, żeby mężczyzna zaczynał (rewitalizację czupryny, panowie!) od razu, jak zauważy, że zaczyna łysieć. Na konsultacji sprawdzam diagnostycznie, czy jest aktywność mieszków włosowych. Jeśli nie są aktywne, to nie podziałamy. Więc u niektórych naszych panów na tangu nie wskrzesimy czupryny, nie zrobię z nich lwów z grzywami (adios, wizja: pełen parkiet świetnie tańczących czarnych diabłów…).

Proponujesz na pobudzenie wzrostu i kondycji włosa laser, który nie jest upierdliwy.

To jest tak zwany laser niskoemisyjny, zwany ciepłym laserem. Takie urządzenie warto mieć w domu, zwłaszcza przy łysieniu androgenowym, częstym u panów. W wielu krajach jest to urządzenie medyczne. Ma formę opaski lub grzebienia, jest dostępne w moim gabinecie. Tyle że takie naświetlanie musi wejść w nawyk, jak mycie zębów. Jeśli po 20 tygodniach nie zauważysz poprawy, możesz urządzenie oddać i otrzymasz zwrot gotówki.

Profilaktycznie – ma sens taki laser na głowie?

Tak, bo będzie stymulował włos w fazie wzrostu. Mamy cztery fazy wzrostu włosa. Faza anagenu, czyli wzrostu, jest najdłuższa. Trwa od dwóch do siedmiu lat i to jest zaprogramowane genetycznie.

Moja skóra głowy 🙂 

Ja mam włosy do pasa. Moje koleżanki nie mogą zapuścić do łopatek.

Mogą mieć skróconą fazę anagenu. Zwykle trwa od dwóch do nawet siedmiu lat. Odpowiednimi zabiegami jesteśmy w stanie spowodować, by ten włos dłużej rósł.

Czyli jak ktoś ma włosy do ziemi, to znaczy, że nie wypada po dwóch latach, tylko po piętnastu?

Włosy do ziemi są odchyleniem, bo normalnie włos rośnie około centymetra miesięcznie, więc nawet jeśli faza wzrostu trwa siedem lat, to przez ten czas urosną jakieś osiemdziesiąt centymetrów. Więc prawdopodobnie ci, co mają włosy do ziemi, mają szybszy poziom wzrostu (albo sprawniej posługują się photoshopem). Nie jest powiedziane, że będzie tak zawsze. Różne czynniki wpływają na to, w jakim tempie rośnie włos, na przykład metabolizm. Każdy włos żyje swoim życiem. Mieszki włosowe w żaden sposób nie są od siebie zależne. Na głowie masz około stu pięćdziesięciu tysięcy włosów.

To dlatego ludzie z wymyślnymi fryzurami muszą je co miesiąc – półtora przycinać, bo włosy rosną po swojemu i w swoim tempie. A co z siwieniem?

Jeżeli ktoś zauważył, że zbyt szybko siwieje, warto zbadać poziom cynku w organizmie. To on odpowiada za utrzymanie koloru, ale nadaje go melanina – tak samo jak skórze. Włosy ciemne są lepiej chronione przed promieniowaniem UV. Siwe w ogóle nie są chronione, dlatego warto je farbować. Siwy włos pochłania całe promieniowanie UV, które dociera do mieszka. Kolor z farby przechwytuje to promieniowanie. Mamy dwa rodzaje melaniny. Naturalny kolor włosów zależy od tego, w jakich one są proporcjach. Dlatego kolor potrafi się zmieniać. Kiedyś były blond, teraz są ciemne.

Ile razy w życiu wymieniają się wszystkie włosy?

Faza wzrostu, uśpienia, wypadnięcia – powtarza się dwadzieścia do trzydziestu razy. Z wiekiem też mamy coraz mniej włosów.

Jak możemy zapobiegać wypadaniu włosów wraz z wiekiem? Kobiety lubią mieć ich dużo.

Mieszki włosów się starzeją, skóra głowy też, więc warto raz na jakiś czas zrobić sobie zabieg stymulujący, na przykład mezoterapię mikroigłową, tak prewencyjnie, dwa – trzy razy w roku. Ja też sobie robię, dlatego widzisz, ile mam na czole „bejbiherów”.

Boli?

Do przeżycia. Skronie i potylica są najbardziej ukrwione, ale zarówno panie, jak i panowie wytrzymują bez problemu. Mezoterapia na twarzy boli bardziej, bo na głowie wkłuwamy się płycej. Ważne, żeby trafić do dobrego specjalisty, a nie takiego po kursach weekendowych. Ja na studiach podyplomowych dopiero po pół roku byłam w stanie właściwie odczytać obraz z trichoskopu. Pomaga mi tez kosmetologia. Znam reakcje skóry, wiem, co zmienić, jeśli nie ma poprawy. Często łuszczyca mylona jest z atopowym zapaleniem skóry, trudno na pierwszy rzut oka te dwie choroby odróżnić. Nawet dermatolodzy miewają z tym problem. Patrzeć trzeba, w jaki sposób rozkłada się rumień, zmiana skórna, na układ naczyń krwionośnych. Świąd, łupież – to kolejne częste problemy.

W życiu nie miałam łupieżu. Co to w ogóle jest?

Łupież jest chorobą przewlekłą, bardzo popularną. I co najgorsze – nawracającą. Powodują go grzyby. Na mikrobiom skóry składają się grzyby, bakterie i roztocza – a lubią różne środowisko. Jeśli będzie ciepło, wilgotno – to dobre warunki do namnażania się i kolonizowania grzybów. Łupież jest częstym efektem chodzenia spać z mokrą głową. Spadek odporności, stres – będą powodować, że łupież będzie nawracać. Dlatego powtarzam: suszyć skórę głowy. Końcówki włosów można pozostawiać do wyschnięcia. Czasem zdarza się łupież kosmetyczny, kiedy na przykład szampon jest źle spłukany ze skóry głowy albo niewłaściwie użyta pianka, lub przy zmianie kosmetyków.

Czy łupież jest zaraźliwy?

Łuszczyca, atopowe zapalenie skóry czy łupież nie są zaraźliwe. Ważne, aby kurację przeciwłupieżową przeprowadzić właściwie, bo jak za bardzo wybijemy grzyby, rozrosną się bakterie, które dla odmiany bardzo lubią pot.

Trichoskop – nie każdy gabinet go ma. Asia tak!

Zdarza się sucha skóra głowy i bardzo suche włosy. Co robić?

Przyjść do trychologa po właściwie dobraną pielęgnację. Skóra głowy rzadko jest sucha. A bardzo suchy włos występuje wtedy, kiedy ma inną strukturę, albo jest zniszczony lub źle pielęgnowany.

Odżywkę nakładamy na włos, a czy są takie do skóry głowy?

Tak, ale jest ich niewiele i są to raczej specjalistyczne produkty, w drogeriach nie do kupienia. Najważniejsze: skórę głowy myć dwukrotnie! Masując, nie szorować, bo jest wrażliwa i przy uszkodzeniu na przykład paznokciem, może wdać się stan zapalny. Włosów też nie szorować. Spływająca piana poradzi sobie z brudem. Pianę wytwarzać w dłoniach, a nie bezpośrednio na skórze.

Zanim wytworzę pianę, połowa mi wyleci.

Można stosować metodę buteleczkową: szampon + woda, wymieszać i tym polać głowę. Wtedy też zużywa się mniej szamponu, bo chodzi przecież o pianę.

Są szampony, które się nie pienią. Nie znoszę.

Jak mi się coś nie pieni, mam wrażenie, że jestem nieumyta, więc rozumiem. Tak samo nie stosujemy szamponu i odżywki dwa w jednym. Nie jest to produkt odpowiedni ani do łodygi, ani do skóry głowy. Odżywka musi mieć niższe ph, substancje nabłyszczające, silikony (tak! Dla włosów są dobre!), a to nie jest właściwe dla skóry głowy.

Zabiegi keratynowe – co o tym myślisz?

Wykorzystują wysoką temperaturę, co nigdy nie jest dla łodygi korzystne.

Pielęgnacja dziecięca a dorosła – jest różnica?

Tak, skóra ma inne potrzeby. Dorośli nie powinni stosować szamponów dla dzieci, zwłaszcza tych „przeciwłzowych”. Mają ph 7, jak łzy, dlatego nie szczypią w oczy. Dzieciom nie przetłuszcza się skóra głowy. Dorosły ma aktywne gruczoły łojowe i inną mikroflorę. W okresie dojrzewania, burzy hormonów i szaleństwa gruczołów, kiedy skóra głowy nie jest myta we właściwy sposób, pojawiają się problemy: łojotok, czy łupież. U seniorów aktywność gruczołów łojowych spada, a skóra staje się sucha i napięta, naskórek się wolniej złuszcza, inne jest rogowacenie i skóra jest bardziej szorstka. Zadbana skóra głowy to ogólna lekkość. Zachęcam.

Ostatni element: suszenie.

Podsumowując: jeśli cokolwiek cię niepokoi w stanie twoich włosów i skóry głowy – nie kombinuj, chodź do Asi!

Ta rozmowa odbyła się prawie miesiąc temu. Asia poddała moje włosy peelingowi i zabiegowi rekonstrukcji łodygi. Zaczęłam myć skórę głowy dwukrotnie szamponem, który mi poleciła. Rozczesuję włosy po nałożeniu odżywki, przed spłukaniem Efekt zabiegu się utrzymuje, włosy są miękkie i przyjemne, bardziej sypkie.

Z Asią umówisz się TU.

Joanna Skrzypczak

Mgr kosmetolog-trycholog, po 8 latach rzuciła korpo. Szukając swojego ja, po 30. skończyła studia podyplomowe: trychologia kosmetyczna.

Od sierpnia 2020 prowadzi gabinet trychologiczny, jest dystrybutorem kosmetyków trychologicznych Simone Trichology. Wykładowca akademicki WSIiZ w Warszawie na kierunku kosmetologia.

W social mediach znana jako ekspert kosmetyczny – na Instagramie ma 25 tys. obserwujących. Uczy Polki, jak dbać o siebie i włosy.

Tango Barocco – Żagań 2020

Przełom lipca i sierpnia należał do tego wydarzenia. Zachowując obowiązujące przepisy sanitarne: dezynfekcja rąk, podanie danych osobowych, mierzenie temperatury (jakby nie można się prochami przeciwgorączkowymi nafaszerować heh), przystąpiliśmy do tańczenia. Ponieważ jesteśmy członkami jednej tangowej rodziny (ojjj konfiguracje się zmieniają szybciej niż w „Modzie na sukces”), dystans społeczny nas nie obowiązywał.

Foto: Wojtek Wyżga.

Był czad.

Wygłodniali po niby (moim zdaniem) pandemii, ci niezastraszeni, bawili się świetnie. Pałac Książęcy oferował dwa miejsca do tańczenia: parkiet na dziedzińcu i salę zamkową. Ze strony organizatora: Ideą festiwalu jest łączenie pasjonatów tanga niezależnie od stylu. Planujemy dla Was łącznie 12 milong z podziałem na TRADYCYJNE oraz NUEVO, świetne warsztaty oraz muzykę na żywo. Damy z siebie wszystko, by edycja 2020 była wyjątkowa”.

Foto: Jan Mazur.

Słowa dotrzymali.

Zaczęli w czwartek pre-party z muzyką tradycyjną, zapodaną przez Francisco Saura. Nie było mnie, ale służby operacyjne doniosły, że nie miałabym się do czego przyczepić. Znam Francisco z innych eventów, byłam na organizowanym przez niego encuentro w Maladze, więc nie mam powodów do niedowierzania.

Fot. Jan Mazur.

Piątek

DJ Ayad Zia rozgrzał popołudniowo do czerwoności. Byłam wtedy w drodze, ale słuchy mnie doszły, że było rewelacyjnie. Ayad vel Edi mieszka w Polsce, świetnie tańczy i takoż gra, więc także bez wątpliwości wierzę operacyjnym doniesieniom.

Foto: Meg Skoczylas.

Chacarera.

Pod wieczór na pałacowym dziedzińcu nasza warszawska Urszula Ula (nick fejsbukowy) i argentyński Fernando Romero Chucky uczyli chacarery – jedynego argentyńskiego folkowego tańca, który osobiście toleruję i nawet czasem lubię, a który często się tańczy w środku milongi/maratonu/a tu festiwalu. A jaki dali pokaz… O jeju…

Foto: Meg Skoczylas.

Jest jeden jedyny folkowy taniec argentyński, który uwielbiam: malambo. Chucky jednoosobowo dał czadu z kulami na rzemieniach – na moje oko, bo co to jest, to dokładnie nie wiem, ale robi wrażenie (oj robi…). Chciałabym na żywo zobaczyć hordę czarnych diabłów z bębnami…

Nie, nie było ich… Foto: www.frankwiesenphoto.com 

Warsztaty tangowe.

Były, i owszem. Dla par prowadzili Brigita i Carlos Rodriguez – mistrzowie UK Tango Championship London 2019 w kategorii salon i escenario. Technika dla kobiet z Brygidą. Technika dla mężczyzn z Damianem Thompsonem (mieszka w Polsce, więc to już taki australijski Polak). Nie uczestniczyłam w nich, bo nie ma jak ogarnąć wszystkiego.

Foto: Meg Skoczylas.

Piątkowa noc… I tak do niedzieli.

Dziedziniec… Sala… Dziedziniec… Sala… Bardzo żałuję, że noc z piątku na sobotę była potwornie zimna, bo od 1.00. właśnie na dziedzińcu grała Kasia Gewert, która popełnia różne nietradycyjne wariacje i robi to cudownie. Zimno wypędziło ludzi z dziedzińca… Było 8 st. C w środku lata… Przegapiłam użycie moich wiedźmich mocy, które wykorzystałam dopiero w noc następną: mimo prognoz jeszcze gorszych było stopni 17.

Foto: Wojtek Wyżga.

Sobota.

Dziedziniec… Sala… Dziedziniec… Sala… Poczarowałam i noc była tym razem ciepła (kto mnie zna, wie, że nie żartuję). Pokaz dali Brygida i Carlos Rodriguez, mistrzowie, jak pisałam. Hmm… Nie skupili mojej uwagi, ale może to ja byłam rozkojarzona. Tak jak i uziemiony w Polsce pandemią zespół La SanluisTango Orquesta nie trafił w me serce, ale nie jestem pępkiem świata i przecież nie trzeba schlebiać mym gustom.

Ula & Chucky są w moim guście, absolutnie 🙂 Dawali pokaz do muzy na żywo. Foto: Meg Skoczylas.

Za to muza zapodana w drugiej części nocy przez Tres Muchachos: Francisco Saurę, Luisa Cono i Michała Zorro Kaczmarka była REWELACYJNA. Tak sobie wymyślili, że popijając bynajmniej nie yerba mate, każdy w tandzie grał jeden utwór. Eksperyment się powiódł, efekt był fantastyczny, razem z Beatką zostałyśmy do ostatniej tandy.

Fot.: Wojtek Wyżga.

Niedziela.

To ten czas, kiedy liczy się każda sekunda, bo za chwilę nastąpi czas pożegnania… Chce się nacieszyć tymi ulubionymi… Nie zawsze się uda, ale że poziom tangowy był dobry, można było się pocieszyć równie ulubionymi. Popołudnia ostatniego dnia maratonu czy festiwalu bywają różne i nieprzewidywalne: czasem ludzie rozjeżdżają się wcześniej, czasem zostają do wieczora czy następnego dnia i jest tłumnie. Tu było nas sporo, stańczyłyśmy się do cna.

Selfie: mła.

Muzyka.

Nie słyszałam wszystkich i żałuję, bo nazwiska zacne: oprócz wyżej wymienionych grali także Jarek Kasprzak, Gracja Bryś-Kołodziejczyk, Maria la Bruja, Magdalena Tango Yoga, Esteban Mario Garcia i FANTASTYCZNA Anna Pietruszewska, której śniadaniówki po prostu były MEGA. Polazłam w sobotę w piżamie, że pewnie nic i nikogo, a tu owszem i fota! Piżamę upociłam, więc kolejną noc Beatek musiała mnie znosić w pokoju bez.

Foto: Justyna Wojciechowska.

Wszyscy kojarzą Pietruszkę z nuevovych szalenstw, ale zapewniam, że w tradycji jest równie dobra. Kto chce się przekonać, niech wbija 3.10. do warszawskiej Złotej Milongizaszalejemy!

Foto: Waleria Gusciora. 

Podsumowując: muza owszem, pasowała mi. A niestety po warsztatach djskich prowadzonych przez Dorotę i Marcina z Radio Tango Uno wiem, kiedy zgrzyta i dlaczego, więc bywam w tym względzie chimeryczna. I nie chodzi o to, że chciałabym uchodzić za muzycznego tangowego eksperta (po tylu latach słabo odróżniam orkiestry heh). Nie. Ale układanie muzy to nie jest takie hop siup i wielu niby djów nie wie, że w tym względzie kompletnie brakuje im kompetencji. Tu takich nie było, muza porywała.

Foto: Meg Skoczylas.

Organizatorzy.

Grację Bryś-Kołodziejczyk i Rafała Kołodziejczyka poznałam na Gryfie – fantastyczni, otwarci, pomocni ludzie. Głównego organizatora, Michała Kaczmarka, znam dłuuugooo… Z pewną przerwą, bo był obrażony. Ale już przestał. Wiecie: w relacjach bywa dynamicznie, tych tangowych też. Och, właściwie w tych tangowych to dopiero jest dynamicznie… W każdym razie Michał włożył dużo wysiłku w rzetelne przygotowanie całości, dlatego nie dziwota, że nie miał już siły na przemawianie z entuzjazmem. Team tworzyli także Monika Parker (służby operacyjne doniosły, że bez niej w ogóle ta impreza nie mogłaby się odbyć) i Jarek Kasprzak.

Doznania osobiste.

Po raz pierwszy mi się zdarzyło zatańczyć z kimś, kto nie umiał, ale muzykalnie przytulał… Ach, i było jeszcze coś, ale o tym będzie w książęce…

Całość.

Bardzo udana impreza. Była okazja do ponownego spotkania tych, z którymi tańczyło się dwa tygodnie wcześniej na Gryfie. I tych, z którymi spotykamy się okazjonalnie. Niektórzy spotkali swoje byłe/byłych… W ilości wykraczającej poza sztuk jeden… Taki urok tangowych zawirowań hehe…
Było także udanie towarzysko.

Foto: Meg Skoczylas.

Wirus.

To ciekawe, że na weselach i pogrzebach zarażają się na potęgę, a na tangu do tej pory (stan na dzień 13.09.2020) odnotowano raptem 4 (słownie: cztery!) przypadki. Media robią z ludzi wariatów, podając różne sprzeczne informacje. Do mnie przemawia ta, otrzymana od lekarza z klinicznym doświadczeniem: aby zarazić się covidem, płyn ustrojowy (czyli np. ślina lub glut) musi trafić na uszkodzoną błonę śluzową. W pocie wirusa nie ma. Więc jak się tańczy bez – zwanego przez pewne niewysublimowane kręgi społeczne – walenia w ślinę, wcale nie jest się łatwo zarazić. Jasne, osoby z wszelakimi chorobami są bardziej narażone, dlatego uważajmy na siebie, ale nie dajmy się zwariować.

 

 

V Gryf Tango Marathon – lipiec 2020

Co to była za impreza!!!

Po pseudozarazowej izolacji to był pierwszy maraton, który się odbył. Nie będę tu dyskutować na temat lęku/odpowiedzialności/zastraszaniu – nie chce mi się. Jak jest naprawdę – kto to wie… Ale wiem jedno: ja nie dam się wpędzić w wegetację za życia i dołączam do tych, którzy też się nie dają.

I tak sobie myślę, że zamiast pouczać, co kto powinien/nie powinien w sprawie zdrowia i choroby, lepiej zadbać o rzeczywiste relacje. Może zrobić w nich porządek, żeby reszta życia była przyjemniejsza? Może nie tracić czasu na osoby, które podcinają skrzydła? Może wyciągnąć wnioski z przeszłych doświadczeń? Może powiedzieć komuś, że się go kocha? Albo przeciwnie: może czas zostawić kogoś w spokoju i zrozumieć, że w tym wcieleniu nic z tego?

Matko, jakaś sentymentalna się zrobiłam. Ach, no tak: dzieje się tak, kiedy wpadam w powyjazdowy dół. Poziom endorfin spada… I powrót myślami do fantastycznych abrazos nie wystarcza…

Miejsce

Tegoroczna edycja odbyła się jak zwykle w Centrum Kultury Stara Rzeźnia (co ciekawe: w miejscu tym kiedyś mordowano zwierzęta, ale energetycznie ono jest już wyczyszczone…), jednak w innej sali. I to było super!

Więcej przestrzeni, okna, wygodnie ustawione stoły – dobre warunki do cabeceo, tańczenia i odsapki. A także do pogaduszek i integracji.

400 metrów powierzchni, 180 metrów parkietu, bufet dobrze zaopatrzony, uczestników odpowiednia ilość do wielkości miejsca, balans. Organizatorzy bardzo przestrzegali równowagi i udało im się. 

Drugi kubek zasilił maratonową kolekcję.

Muzyka

Świetna. Nie słyszałam co prawda Joasi Kozłowskiej (za to chyba grał nie wymieniony tu Michał Kaczmarek..?), ale z przyjemnością stwierdzam, że na naszych polskich maratonach naprawdę fajnie nam grają (na Barocco też, ale o tym w następnym wpisie). Wiadomo: gusta muzyczne są różne. Ja mam swój: nie lubię smędolenia (przez niektórych zwanego romantyzmem) i jednego kopyta. Inna sprawa, że muzykę też się odbiera poprzez partnerów…

Poziom tangowy

Ja nie miałam ŻADNEJ słabej tandy. A miałam wiele fantastycznych… I nowe odkrycia… Biorąc pod uwagę moje wrażenia i bezkolizyjność na parkiecie, stawiam tezę, że poziom był bardzo dobry. Nie wiem, czy to z powodu wyposzczenia tangowego, w każdym razie wszyscy tańczyli chętnie i ze wszystkimi. Dla większości kwarantanna była łaskawa. Niektórym wrzuciła parę kilo, co się niestety przekłada na ciężkość parkietową. Mnie na szczęście oszczędziła, a właściwie sama się oszczędziłam, dbając o to, co jadam i pijam.

Organizacja

V Gryf, mój drugi. Na pewno nie ostatni!

Wszystko było jak trzeba, także w związku z nieco innymi warunkami. Podczas rejestracji mierzono temperaturę, wypełnialiśmy także ankiety z danymi. Minęły ponad 2 tygodnie i wszystko wskazuje na to, że będą bezużyteczne. Dwie osoby tańczyły w maskach. Moim zdaniem nie miało to większego znaczenia, ale jak komuś daje poczucie, że o siebie i innych w ten sposób dba – niech sobie zakrywa, co chce.

Atrakcje dodatkowe

Był, a jakże, flashmob, na którym nie tylko tańczyli tango, ale również jakieś takie cudactwo zwane belgijką, do której jest chorografia. Prosta, ale jest. Dobrze, że mnie tam nie było, bo jakby tak przyszło komu do głowy ze mną to popląsać, z pewnością finał byłby opłakany (z powodu zaburzonej lateralizacji nie jestem w stanie zapamiętać żadnej, nawet najprostszej choreografii, więc z pewnością wywołałabym niejedną stłuczkową katastrofę).  

Ktoś nakręcił fajny filmik z tej belgijki, ale gdzieś mi zniknął. Edit: tajny współpracownik K. jest szybszy niż błyskawica, dzięki niemu możecie zobaczyć TO  😆  Te hocki-klocki wyczyniali pod przewodnictwem Adriana Grygiera, który nie tylko jest nauczycielem tanga, ale wraz z Dorotą prowadzą szkołę tańca, a poza tym Adrian to profesjonalny DJ i zawodowy wodzirej dobry na każdą imprezę (wesela, rocznice, bale karnawałowe), polecam!

Taneczna rodzina w komplecie. Dorota i Adrian Grygierowie to główni organizatorzy Gryfu.

Folklor

Były warsztaty, prowadzili je Anita Escobar i Adrian Luppi. 

Jedyny folklor, jaki (z trudem) trawię, to chacarera (i to nie każda). Ale! Uważam, że czasem jest to sympatyczny przerywnik milongowy i jeśli któryś z panów mocno się uprze  (bardzo mocno i kategorycznie), to tańcnę. Nawet się z tego przeszkoliłam, żeby nie wyglądać w razie czego jak najostatniejsza łamaga. Tu, na Gryfie, też czakarerzyli, a jakże. 

Jak to na takiej imprezie – buty, ciuchy, biżuteria są nieodłącznym dodatkiem. 

Stałym elementem jest także rejs po Odrze, a jakże, z tangiem. Pogoda dopisała, więc był to miło spędzony czas. Beze mnie, ponieważ nocowałam u wiedźmy i trochę zajmowały mnie także nasze wiedźmie sprawy.  

Zbiorowe zdjęcie musi być! Ja rzadko na takich występuję, zwykle stoję/siedzę z boku.

Zdjęcie: Foto Milonguero.

Pozatangowo

W ostatniej części maratonowego popołudnia pozwoliłam sobie przyprowadzić gościa. Elena, u której nocowałam, jest nie tylko wiedźmą (tak tak…), jest też instruktorką kizomby. Przyszło jej do głowy, że może czas na nowe wyzwanie i będzie nim tango. Zelektryzowała zdecydowaną większość panów. Byli tacy wyrywni, co natychmiast chcieli z nią tańczyć 😈  Niektórzy myśleli, że to Blanka, moja córka (mają coś wspólnego, owszem) 😆  Oj, panowie… Jak Elena zdecyduje się na tango, wielu z was pożegna się z rozumem na długo…

Prawda jest taka, że uroda to jedno, ale wiedźmy mają pewną specyficzną energię i to ona tak naprawdę przyciąga jak magnes. Albo odstrasza. Tu nie ma szarości. Albo się nas kocha, albo nie znosi…   

Drugi raz byłam na Gryfie.

I teraz mam nasze polskie dwie ulubione imprezy, na których nie wyobrażam sobie nie być: Beskid i właśnie Gryf. Tęsknię!

A teraz Barocco…

Mistrzowska awantura

Zaczęło się wczoraj. Dzisiaj mój messenger rozgrzał się do czerwoności. „Słyszałaś? Widziałaś, kto daje pokaz?!”; „Co to za promocja tanga, jak pokaz dają amatorzy?!”; a także – i to mnie rozwaliło: „No weź coś z tym zrób!”. A co ja, cudotwórczyni? Nie mój cyrk, nie moje małpy.

O co chodzi?

O to, że na pewnej imprezie pokaz tanga mają dawać tancerze opisani przez organizatorów jako mistrzowie, a w oczach sporej części tangowej braci nie są nawet zawodowcami. Oczywiście nikt nie ma prawa ingerować w to, kto kogo sobie do czego zaprasza , ale to chyba dobra okazja, żeby zwrócić uwagę na kilka rzeczy.

Są imprezy różnego typu.

Dokładnie opiszę je w „Tangowych obyczajach”. Tu chcę pokazać specyfikę jednej, czyli organizowanej za środki publiczne, w prestiżowym miejscu. Tak, to ważne. Lokalne centrum kultury będzie miało mniejszy rozmach niż impreza na głównym placu w mieście albo w znaczącym, charakterystycznym obiekcie. Chociaż Centrum Kultury Wilanów jest lokalne, a razem zrobiliśmy wiele tłumnych milong i jeden mega tłumny koncert (halo Wilanów! Tęsknimy!).

Impreza pokazująca tango.

Może to być koncert, wtedy wszystko jedno, kto zatańczy. Naprawdę. Nawet amatorzy. Ludzie, którzy się nie znają, i tak będą zachwyceni. A ci, co się znają, będą mieli temat do poplotkowania 😆 Na koncercie ma znaczenie akustyka i kto gra (byłam na tangowym koncercie, gdzie skrzypek robił show, i na takim, gdzie skrzypaczka robiła atmosferę pogrzebową).

Co innego, jeśli przewidziana jest także milonga.

Zaczynający przygodę z tangiem nie rozumieją, dlaczego na imprezie, gdzie wstęp jest wolny i często są przyjemne okoliczności towarzyszące, rzadko, a najczęściej wcale, nie ma dobrych tancerzy. W Wilanowie byli. Jak myślisz, dlaczego? Dlatego, że mnie lubią? Część oczywiście tak. Część mnie mało zna, ale ceni za to, co piszę, za rzetelność. Tak, tak właśnie. Nie ściemniam, nie kłamię, nie manipuluję, nie zastraszam moich krytykantów – i to się przekłada na wyrobioną markę. Oczywiście moja opinia jest subiektywna, przefiltrowana przeze mnie, ale biorę pod uwagę także to, co wychodzi poza mój punkt widzenia. Nie każdy dobrze znosi moje upodobanie do neologizmów i kolokwializmów (no lubię, no…) oraz skłonność do ironii. Ale i tak mnie czyta, chociaż nie zmuszam :mrgreen: I krytykuje, tylko rzadko ad rem, najczęściej ad personam. Z anonimami nie dyskutuję i usuwam, pod nazwiskiem nie mają odwagi… Czasem na priv, wtedy rozmawiamy.

Druga strona medalu jest taka, że często jestem proszona o wyrażenie opinii, a jak mówię: „sam/a powiedz!” – to nie, w życiu, żeby nikomu nie podpaść… I rozumiem to. Nie każdy ma siłę na temperowanie wariackich zapędów oskarżycielskich o wyimaginowany hejt. Ja jednak, skoro piszę i jestem czytana, czuję na sobie pewną odpowiedzialność społeczną za uświadamianie. A co z tym kto zrobi – to już jego cyrk.

Czemu do Wilanowa przyjeżdżają dobrzy tancerze?

Oczywiście ma znaczenie podłoże i Tango DJ (nie każdy puszczający tangową muzykę umie to robić, ale o tym innym razem). W Wilanowie parkiet jest boski, a DJ-ów zapraszam takich, którzy są lubiani i mają swoich tangowych fanów. I ogromne znaczenie ma to, kto tańczy pokaz. Oczywiście zdarzyło się, że gościłam parę z mniejszym zapleczem podążających za nią tangueros – wtedy DJ musiał być ubóstwiany. Ale zawodowa para pokazowa to baza. To ona ma renomę, szkołę, wykształconych uczniów, na których miło popatrzeć na parkiecie. To na pokaz pary przyjdą jej fani. To dzięki zawodowej parze parkiet podczas milongi nie wygląda jak five w Ciechocinku, bo to dla dobrej pary przychodzą jej dobrzy uczniowie i potem tańczą na milondze.

NIE KAŻDY, KTO BIERZE SIĘ ZA UCZENIE, JEST ZAWODOWCEM!!!

Ostatnio – nie wiem: po kwarantannie?! – w Warszawie mamy wysyp „nauczycielskich” kaleczniaków. O tym jednak, ku przestrodze zwłaszcza pań! – na końcu.

Wracając do publicznej imprezy za publiczne pieniądze i wstęp free – to para zawodowa robi całą robotę i nie mam wątpliwości co do tego, że także w celu promowania tanga. Nie sądzę, aby takie występy przekładały się na pozyskanie uczniów, bo wiadomo, że przychodzą na nie ludzie dla rozrywki, żeby popatrzeć, a nie zacząć się uczyć. Ale to jest właśnie moment, gdzie można albo tango promować – poprzez pokaz zawodowców i ogarniętych tancerzy w czasie milongi, albo bezcześcić – pokazując milongę jako spotkanie osób człapiących nie zawsze do muzyki.

Informacja nie może wprowadzać w błąd.

Nie można ot tak sobie jakiejkolwiek pary nazwać mistrzowską. To nadużycie i fałsz. Tak jak nie można amatorów nazywać zawodowcami. Tango argentyńskie ma tę zaletę, że nie ma standaryzacji. I tę wadę, że jej nie ma. Ale pewna przyzwoitość obowiązuje, zwłaszcza jeśli informacja jest kierowana do środowiska tangueros. Części oczywiście wszystko jedno, ale skoro mój messenger się rozgrzał, to znaczy, że jednak niezupełnie.

Amatorzy mogą dawać pokazy!

Ja też dwa razy to uczyniłam: raz na jakiejś pogadance o miłości dla nietangowców, a raz na mojej „SyMfonii Serc”, kiedy partnerka tancerza zachorowała. Czasem trzeba ugasić pożar. Ale nie wolno kłamać. Pokaz może zatańczyć para tancerzy tanga argentyńskiego, niekoniecznie mistrzowska i profesjonalna. Bo te określenia zobowiązują. Amator na imprezie za free tego nie wyłapie, ale jeszcze raz podkreślę: chodzi o to, co później, podczas milongi, widać na parkiecie. I jeśli mamy promować tango, warto o to dbać. Organizatorzy nietangowi się nie znają, i to jest pewna bolączka, bo zapraszają niby profesjonalistów. Zapędy do udzielania lekcji i organizowanie milong nie czyni z nikogo profesjonalnego mistrza tanga.

Co to znaczy: profesjonalista?

To ktoś, kto włożył w swój rozwój tangowy kupę czasu i szmalu. To ktoś, kto nadal się rozwija, jako tancerz i nauczyciel (chociaż są też tacy, którzy przestali się rozwijać). To ktoś, kto nauczył się uczyć tanga argentyńskiego! Nie mazura, chachy czy poloneza. Właśnie tanga argentyńskiego. Papiery zawodowe nauczyciela tańca towarzyskiego nie czynią z niego osoby kompetentnej do nauczania tanga argentyńskiego. Jak słucham historii o tym, że pan zawodowy instruktor towarzyski każe robić dziewczynie boleo mówiąc: „A teraz machaj tą nogą! No machaj!”… Albo jak „nauczyciel” tanga argentyńskiego mówi, że na milongi nie warto chodzić… Oczywiście wielu nauczycieli tanga argentyńskiego ma przeszłość towarzyską i w tangu im to nie przeszkadza, ale ja mówię o tych, którzy zawodowymi nauczycielami tanga argentyńskiego nie są, bo nie mają kompetencji do nauczania tanga argentyńskiego.

Mniejsze społeczności.

Tak, wiem: Warszawa to Warszawa, a Kielce, Radom czy Rzeszów to… Kielce, Radom i Rzeszów. W takich miastach jest trochę inna rzeczywistość. Zaczynać można jakkolwiek, ale jeśli tango chwyci… Popchnie dalej i albo zaczną być zapraszani nauczyciele, albo jednak uczniowie zaczną warsztatowo jeździć. Ale Warszawa to Warszawa! I jak na imprezie w prestiżowym miejscu mają tańczyć amatorzy, nie wciskajmy ludziom, że będą tańczyli mistrzowie!

Masz uprawnienia do uczenia seniorów, nie molestuj tangowo młodych!

A przodują w tym panowie na emeryturze (postanowiłam nikogo nie nazywać starym dziadem, chociaż korci…). Wciskanie wizytówek dziewczynom (tak, robią to mężczyźni, nie znam przypadku, by działała tak kobieta) – mnie osobiście mierzi i daję temu głośny sprzeciw, kiedy pseudonauczyciele szukają ofiar. Ostatnio na salonach Warszawy grasuje taki, co to wygląda jak połamaniec, tańczy z łokciem w poprzek (i w poprzek parkietu też), a wmawia dziewczynom, że on je ustawi, bo chodzi na milongi… I żeby nie chodziły do nauczycieli, tylko do niego. TO OSZUSTWO! Zwyczajne wyłudzanie kasy. Aha, opłatę może przyjąć w dowolnej formie…

Dziewczyny! Szanujcie się!

Jak same tego nie zrobicie, nikt za Was tego nie zrobi. Pytajcie, rozmawiajcie, mówcie o takich typach! Chciałabym napisać: dawajcie po pysku… Ale obiecałam sobie być bardziej werbalnie elegancka 😎 Znam jeden przypadek, kiedy chłopak wyłudzający za praktykę 50 zł lub wino stał się całkiem dobrym nauczycielem, ale to dlatego, że trafił na odpowiednią kobietę. Reszta to barbeluchy! Jasne: jak jesteś starszą panią niezbyt sprawną fizycznie, to nauczyciel wymiatacz Ci niepotrzebny. Bierz tego od seniorów. Ale jak jesteś sprawna i chcesz się nauczyć, nie dawaj się łowić w sidła kłusownika! Że taniej? Tanie mięso jedzą psy. I to nie zawsze, bo mój nie. Oczywiście nie chodzi o przepłacanie, ale naprawdę dobrzy nauczyciele mają całkiem przystępne stawki i jakość jest nieporównywalna.

Rekomendacje

Pytacie mnie często o polecenie nauczycieli. U kogo zacząć. U kogo to czy tamto. Wczoraj rozmawiałam z krakowskim kolegą o „Polskim Związku Tanga”, przyznającym rekomendacje. Jest (chyba?) Akademia Tanga Argentyńskiego, która miała ambicje być organizacją zrzeszającą i polecającą, ale jak kilka lat temu napisałam, że jest trupem, to nie przyjęła mnie w swe szeregi, a ja formalnej organizacji zakładać nie zamierzam. Za to mogę zrobić rekomendacje Tango Te Amo. Ktoś mi zabroni?

 

Nie istnieje tango bez podłogi

Lubię ten moment, kiedy przychodzi mi do blond główki, kogo sobie przepytam podczas wywiadu. Mówiłam i jeszcze powtórzę milion razy: UWIELBIAM. Rozmowę. Otwartość. Humor. To, że właśnie wtedy mam okazję poznać mojego rozmówcę. Tak było też tym razem. Piotra znam od początku mojego tanga, ale poza „Cześć” nigdy nie zagłębiliśmy się w pogawędkę. Nie wiem też, czy lubiłabym go, za przeproszeniem, cieleśnie, bo „nie mieliśmy okoliczności” hehe… A jednak to jego postanowiłam wziąć na tapetę. Też się zdziwił.
Niekonwencjonalnie zaczęliśmy nasze spotkanie. Było przed południem, a my…

Zaczęliśmy od lufy, więc rozmowa powinna dobrze się potoczyć.

W trakcie wywiadu zwyczaje są utarte: to oficer prowadzący zadaje pytania, a przesłuchiwany na nie odpowiada. Ale ja chciałbym zrobić fikołka.

I?

Co ty tu robisz?

Przyszłam cię przesłuchać.

A czym sobie zasłużyłem?

Po pierwsze: jesteś ze starej gwardii polskiego tanga. Po drugie: jesteś estetyczny, co, niestety, ku ubolewaniu pań, w naszym tangu nie jest takie częste.

Jaki tam estetyczny?! Coś mi na czole wyskoczyło, a konkretnie w jego północno-zachodnim rewirze. I co ja mam teraz zrobić?

Po trzecie: jesteś dowcipny i sympatyczny, o czym nie wszyscy wiedzą, bo masz opinię nadętego gbura, ponieważ się alienujesz.

Alienuję to pół biedy. Zarzut główny: „z nikim nie tańczy”.

Też. Ale od kiedy sama próbuję prowadzić, mam więcej zrozumienia dla wybredności. Odpowiadając na twoje pytanie: przyszłam, żeby cię wymaglować. I bardzo się cieszę, że się zgodziłeś. Rozrost środowiska tangowego ma swoje plusy: socjeta jest większa, ale ma tez minusy: pełno jest tangowego badziewia. A że ja lubię jakość, to pytam: gdzie byłeś, jak cię nie było?

Jeżeli masz na myśli ostatni okres, to rzeczywiście mnie nie było.

Mam na myśli okres ostatnich siedmiu lat.

Aaa, siedmiu lat… (Zamyślił się. Westchnął. Ze trzy razy). Nie, no to byłem, a przynajmniej bywałem!

Gdzie i z kim?

Rzadko bywałem na milongach. Żeby się wybrać, kosztowało mnie to dużo wewnętrznych postanowień i obietnic.

Skąd ten opór?

(Myśli. Przewraca oczami jak moja córka, kiedy „się czepiam”. Wreszcie wystękał).

Ze względu na ten niespecjalnie wysoki poziom, o którym wspomniałaś. Szedłem, kiedy miałem pewność, że będzie tam osoba, z którą świetnie się rozumiemy tanecznie: Magda, Asia, wcześniej Kasia Kosik, i dzięki temu wieczór będzie satysfakcjonujący.

Wachlarz masz mocno ubogi: trzy tancerki do wyboru. I on się przez te siedem lat nie zmienił. Tyle że Kasi dawno nie widziałam, więc masz dwie.

No tak, ale jest jeszcze Mycha (Magda Myszka), która mieszka w Warszawie.

No to masz trzy. Stan się nie zmienił.

Wachlarz jest oczywiście szerszy, ale z wymienionymi paniami miałem szczęście rozwijać się tanecznie, więc nie jest to bez wpływu. Bardzo dużo zawdzięczam Magdzie (Bochińskiej), z którą stawialiśmy pierwsze tangowe kroki. Wspólnie odkrywaliśmy, jakie tango może być. To dzięki niej pojawiły się pierwsze promyki zrozumienia wagi korzystania z podłogi. Wymagało to potem wielu lat praktyki i drążenia, ale to właśnie Magda przetarła ten szlak. Obecnie mam przyjemność i zaszczyt pracować i uczyć się z Asią (Jabłońską). Jej analityczny umysł, skaner i sensor błędu są nie do przecenienia. Dużo też zawdzięczam Kasi, z którą przez krótki czas pracowaliśmy. Robi na mnie duże wrażenie to, jaką już wówczas miała świadomość ruchu. Jej rezygnację z tanga uważam za wielką strata dla polskiego, a zwłaszcza warszawskiego środowiska.

(Kasiulek Koksik aaa!!! Wracaj!!! Boski z tęsknoty osiwiał!!! I w tym momencie wywalił kawał naszej rozmowy. O tym, że mamy wielu nauczycieli, którzy pięknie mówią, ale jak się potem na nich patrzy, niespecjalnie widać paralelę między tym, co od nich słyszysz, a tym, co widzisz. I o tym, że żaden z nauczycieli nie jest w tangu na co dzień, bo każdy jest w swoim. Nie chciał wyjść na marudę i krytykanta 😆 ).

Widziałam dwa twoje pokazy z Asią. Jeden w Wilanowie, kiedy przyjęliście moje zaproszenie, a drugi – dawno temu na Miedzianej. I to ten pokaz utkwił mi w sercu i emocjach, chociaż ten w Wilanowie też był świetny. Jednak to na Miedzianej rozdziawiłam buzię.

Pamiętam ten pokaz. Nie był pozbawiony błędów, ale mimo to ciepło go wspominam.

Na żywo to na żywo, różnie może się zdarzyć.

Tak, błędy są naturalne. Dzięki temu widać, że tango jest żywe. Chyba że ktoś robi choreografię, którą przećwiczył milion razy.

I tak się zdarza błąd.

Oczywiście.

Oglądałam pokaz pary, która generalnie jest świetna, a był to jeden z gorszych pokazów, jakie widziałam na żywo (tu oplotkowaliśmy rzeczoną parę, musiała mieć mocno czerwone uszy. I wywalił cały kawał naszych zachwytów i jego cmoków nad estetyką ruchu Magdy i Mychy. Skandal!). Co dla ciebie jest w tangu najważniejsze? (Zaległa dłuuuga cisza… Baaaardzo długa…).

To trudne pytanie (powzdychał jak królewna do rycerza walczącego ze smokiem o jej cnotę). Pytasz o aspekty techniczne?

O wszystko. Jesteś nauczycielem, ale chyba tańczysz też dla przyjemności? Pytam, bo to nie jest oczywiste. Moim zaskakującym odkryciem jest to, że nie każdy nauczyciel to robi.

Oczywiście, że tańczę dla przyjemności. Tylko, że jeżeli to ma być naprawdę przyjemne, to musi być bardzo dobra relacja w tangu między partnerami.

A kiedy się ona tworzy?

O właśnie… (Matko! Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że facet może wzdychać z takim uniesieniem). O dobrej relacji, a co się z tym wiąże: o dużej emocjonalności – nie mówię o erotyce, którą często przykleja się do tanga – stanowi triada: partnerka, partner, muzyka. Żeby mówić o emocjonalności i relacji, musi być wysoka technika u obojga. Ktoś kiedyś autorytatywnie rzucił Magdzie, że w tangu ważne są emocje, a nie technika. Odpowiedziała, że jeśli ktoś na skutek braku techniki ją depcze i wypycha z osi, to faktycznie rosną w niej specyficzne emocje. I to jest w punkt: emocji można szukać tylko wtedy, jak ma się technikę.

Dokładnie tak samo uważam.

Chcąc zinterpretować, dla przykładu, utwór Troilo z jego bogatym repertuarem: zmian tempa, pauz, przyspieszeń, akcentów, przeplatania się partii melodycznych i rytmicznych, obydwoje partnerzy muszą mieć warsztat w postaci umiejętności korzystania z podłogi, świadomości operowania centrum, zrozumienia roli objęcia dla transferu informacji etc. Zatem nawet gdyby partner był sumą Achavala, Chicho i Arcego z domieszką Godoya, a okaże się, że partnerka trzepie się w objęciu i lata od burty do burty, nie panując nad własnym przemieszczeniem, ni w ząb nie rozumie korzystania z podłogi, myśli, że dysocjuje, a de facto skręca się w relief egipski – nic z tego nie będzie (westchnął jak młody Werter w ostrej fazie cierpienia). Wtedy to jest droga przez mękę. Ale to wytnij.

O nie! Właśnie to podkreślę. Od kiedy usiłuję prowadzić, to wiem, że to bywa droga przez mękę, mimo że jako prowadząca mam jeszcze ubogi repertuar.

Prowadzenie jest bardzo trudne, ale nie mniej trudna jest rola partnerki.

Uważam, że to są dwie różne umiejętności.

Dwie absolutnie różne umiejętności. Jako partner chciałbym…(zamyślił się. Westchnął ze dwa razy. Przewrócił oczami. Romantyk, jak nic!) … sobą, swoją techniką, nie przeszkadzać partnerce w jej bardzo trudnym zadaniu, ale chciałbym również, aby w moim bardzo trudnym zadaniu, swoim brakiem techniki partnerka nie przeszkadzała mnie.

Odnoszę wrażenie, że ważność techniki deprecjonują ci, którzy myślą, że tańczą tango, a tak naprawdę to zrobiło się coś takiego, że do tanga wrzuca się wszystko: wicie węża strażackiego, tarzanie po podłodze, dziwaczną muzykę. Dla mnie to z tangiem nie ma nic wspólnego. Można nietangową muzykę zatańczyć tangiem, ale jak nie ma tangowej muzyki i nie ma tanga, tylko jakieś swobodne hasanie, to TO nie jest tango. W ogóle uważam, że tango NIE jest dla wszystkich, z wielu względów. A ty, co o tym myślisz?

Oczywiście, że nie jest dla wszystkich (jak on się cudnie ze mną zgadza. Z jakim wdziękiem!). Żadna dyscyplina ruchu nie jest dla wszystkich. Żadne hobby nie jest dla wszystkich.

Ale dzięki temu, że różne wygibańce zaczęło się nazywać tangiem, spora rzesza ludzi myśli, że tańczy tango. To też jest biznes (nieraz słyszę, że jestem zarozumiała, że liczy się „tańczenie sercem”. Sorry: wygibańce i ocieractwo to żadne tańczenie i ja w tym uczestniczyć nie zamierzam, bo jest to po prostu szkaradne). Ale chciałam teraz o konkrecie: zdarza się na warszawskich milongach, że tańczę z jednym, drugim, trzecim… Mają spory tangowy staż. I mi niewygodnie. Niedobrze. I myślę sobie: cholera, nie umiem tańczyć! Tyle lat psu w tyłek. Jest mi źle. I nagle… zjawia się ON, niekoniecznie na biało… Cholera, umiem! Jest mi wygodnie, przyjemnie, cudownie.

Mówisz o osobach, dla których rozwój taneczny nie jest, delikatnie mówiąc, największą życiową ambicją. Słyszałem, że mówi się o nich „wiecznie początkujący”.

A powiedz im to.

Wiem. Na szczęście wśród tych ludzi są też tacy, którzy doznają olśnienia i zaczynają brać lekcje prywatne, chodzić na warsztaty, wracają do podstaw. Zasługują na wielki szacunek, że chcą coś zmienić, wyjść ze strefy komfortu.

Nauka tanga jest jak nauka języka. Jak się załapie bluesa, to chce się więcej i więcej. Jeśli jakiś język ci się podoba, to nie chcesz dukać, tylko chcesz umieć kwieciście przemówić. Jeżeli tango cię złapie za serce, to chcesz więcej i więcej, ale też w lepszej jakości (podczas mojej wypowiedzi seksownie mruczał i z entuzjazmem przytakiwał). Natomiast z moich obserwacji wynika, że 60 %, a po mniej udanej milondze szacuję, że 80, nawet nie ma pojęcia, że jest wyższy level.

Tak, tych progów jest bardzo dużo, co znajduje odzwierciedlenie w imprezach o różnym poziomie. Od masowych, gdzie średnia poziomu tańca jest dość niska, aż do imprez „tajne przez poufne”, na których ten poziom jest znacznie wyższy. Chyba wszyscy o tym słyszeli.

Nie, nie wszyscy. I niech tak zostanie. Ludzie nie rozumieją, że maratony mają różne rangi i na niektóre po prostu się nie dostaną. Nigdy.

Na niektóre potrzebna jest personalna inwitacja. Są takie, które w ogóle nie mają stron internetowych. I na takich maratonach ten, kto poszukuje wysokiego poziomu, może potańczyć bez stresu o jakość.

Na jakichkolwiek maratonach jest jednak wyższy poziom niż na miejscowych milongach. Kiedy ktoś decyduje się jechać i tańczyć trzy dni niemal do upadłego, to jest większa szansa, że polubił, uczy się i coś tam umie. Wtopa też się może zdarzyć, ale statystycznie rzadziej niż na milondze. Słabość maratonów tajnych przez poufne polega na braku dopływu świeżej krwi. Mamy w Warszawie maraton dla przyjaciół i też podobno różnie tam bywa.

Nie wiem, który masz na myśli, ale przyjaciel nie zawsze oznacza dobrego tancerza. Przyjaciel to przyjaciel, więc wierzę, że atmosfera jest przyjacielska.

Jeden z uczestników powiedział, że trzeci rok z rzędu ten sam skład wiał nudą. Stąd moje pytanie: jeździsz na te maratony z inwitacją osobistą, czy tam jest dopływ nowych ludzi? Czy jest jednak hermetycznie?

Jest dopływ.

A skąd takie zaproszenie dostajesz?

Nie wiem. Ja siedzę pod swoim stołem, nawet profil na Facebooku założyłem niedawno (brawo! Zalajkował już ze trzy moje posty, czyli umie!). Nie wiem, skąd włodarze tych imprez mają mój namiar. Raz w Moskwie jedna pani podeszła do mnie i powiedziała, że widzi, jak z Asią tańczymy, i że byłaby szczęśliwa widząc nas na swojej imprezie. Ale zazwyczaj zaproszenia docierają do Asi, która jest zdecydowanie bardziej rozpoznawalna.

Widziałam cię tydzień temu na milondze. Tak siedziałeś, jakbyś miał kaptur na głowie i robiłeś wszystko, żeby nikogo na około nie zauważać. Masz raptem trzy partnerki, z którymi tańczysz. Czy poza nimi naprawdę nikogo nie ma? Są przecież tancerki młodego pokolenia prowadzące zajęcia, pracujące z ciałem.

Nie idź tą drogą. Co z tego, że pracują z ciałem?

Teraz taka moda: stretching, pilates, girokinezis, joga… Dobrze że do triatlonu nie gonią.

Wszystkie te formy ruchu bardzo popieram, natomiast nie widzę związku pomiędzy ilością zaangażowanego czasu w bieganie maratonów, trening karate czy rozciąganie a rozwojem tangowym.

Rozciąganie też nie? Przecież rozciągnięte ciało jest elastyczniejsze, zatem i sprawniejsze, więc łatwiej nad nim panować.

Rozciąganie: tak, ale nie jest ono gwarancją sukcesu w tangu. Miewałem uczennice, które rozciągają się zawodowo, bo są joginkami, instruktorkami pilatesu czy stretchingu, i nie miało to bezpośredniego przełożenia na jakość w tangu, nie rozwijały się szybciej niż damy oderwane od biurka.

Żeby trzaskać wysokie boleo, trzeba być rozciągniętą, nie ma zmiłuj.

Żeby trzaskać wysokie boleo, trzeba mieć elastyczny mięsień biodrowo-lędźwiowy i czworogłowy uda. Niektóre panie mają to fabrycznie, a pozostałe rzeczywiście, jeśli mają apetyt na wysokie boleo, powinny rozciągać wyżej wymienione mięśnie. Ale nie jest tak, że regularna praktyka stretchingu całego ciała wydatnie wpłynie na rozwój tangowy. Nie! Chcesz być dobra w stretchingu, znajdź instruktora, który ci nie pozrywa połowy mięśni na pierwszych zajęciach, bo potem i dobry instruktor cię z tego nie wygrzebie. I ćwicz stretching. Chcesz być dobra w tangu – schemat postępowania taki sam. Zrozum tango, jego technikę, o co w nim chodzi…

A o co chodzi?

Zapraszam na warsztaty. Mówimy o tym z Asią cały czas (pogawędziliśmy o terminach, które przez zarazę wzięły w łeb. Ale! Będzie sierpniowy obóz! Szczegóły TU).

Myślisz, że warto dbać o swoje ciało w jakiś szczególny sposób?

Po ludzku: pewnie, że warto. To jest tak jak z samochodem: nic mu nie dolega, ale czasem trzeba wymienić olej. Tak samo z ciałem: nic mi specjalnie nie dolega, ale czasem warto pójść do kogoś, kto się zna na aparacie ruchu i zrobić przegląd. Zazwyczaj jest tak, że w samochodzie olej wymienimy, ale sami siebie zaoramy do końca i dopiero jak już gorzej być nie może, przyczołgujemy się do lekarza czy terapeuty.

Nie jesteśmy uczeni właściwej hierarchii wartości.

Otóż to. Wydamy wszystkie pieniądze, żeby wrócić do zdrowia, ale ani grosza, żeby zdrowie utrzymać.

Na milongach dziewczyny pożytku z ciebie nie mają, a jak twój grafik z lekcjami prywatnymi?

Panie, które narzekają, że ich nie zauważam, powinny sobie uświadomić, że dzieje się to z dokładnie tych samych powodów, dla których one same „nie zauważają” wielu panów (sprawdziłabym, czy umiesz zrobić mi dobrze. Ale nie, to nie, o!). A z kolei ja też wiele razy w życiu byłem „nie zauważany”. Samo życie. Trzeba wyciągać wnioski. Kiedy zaczynałem i byłem przezroczysty dla wielu partnerek, nie stawałem przed nimi na baczność, pytając: „Zatańczymy?”, tylko rozwijałem się, pracowałem nad swoim tangiem, aż któregoś dnia zacząłem być zauważalny. A grafik mam zajęty. Ale plan jest taki, że będziemy robić z Asią więcej zajęć warsztatowych w Warszawie. Kiedyś zresztą mieliśmy grafik na cały rok i zajęcia raz w miesiącu. Myślimy, by do tego wrócić, a nie tylko ogrywać Dolny Śląsk.

– Czemu chcecie wrócić do Warszawy?

Urodziłem się w Warszawie, mieszkam tu prawie pół wieku, chciałbym kaganek oświaty tangowej nieść również tutaj.

Przejdźmy do muzykalności. Osobiście uważam, że muzykalność jest moją największą zaletą w tangu. Dzięki temu partnerzy lubią, a i dziewczyny, które prowadzę, mimo mojego bardzo skromnego repertuaru jakoś się ze mną nie nudzą. Myślisz, że muzykalność się ma? Czy można ją wytrenować?

Znowu: technika. Choćbyś miała nie wiem jaką muzykalność, to ciężko będzie wyrazić ją tańcem, jeśli nie będziesz miała ku temu narzędzia. Możesz w swojej muzykalności się dusić właśnie przez brak techniki.

Mam tak jako prowadząca. Znam utwór, wiem, co za chwile będzie, chcę to wyrazić, zaakcentować, ale zgranie tego z techniką jest trudne.

Trzeba mieć dużą świadomość techniki, żeby wyrazić to, co ci w duszy gra, co podpowiada muzykalność. Nie wiem, czy można się muzykalności nauczyć. Zajęcia z muzykalności na pewno podpowiadają pewne rozwiązania: jak rozwiązać synkopy, gdzie przyspieszyć, kiedy i jak wyczekać muzykę, czy podpiąć się pod rytm tanga, bandoneon czy śpiewaka. Myślę, że takie zajęcia są ważne, otwierające, ale czy są gwarancją przyswojenia sobie trudnej sztuki muzykalności? Niektórzy mistrzowie argentyńscy są świetni technicznie, ale muzykalnie rozjeżdżają utwory, które tańczą. Więc jak ktoś tego nie ma, nie czuje, to mimo doskonałej techniki nie będzie w stanie tym operować.

Bardzo często ludzie mylą poczucie rytmu z muzykalnością. A przecież to są dwie różne rzeczy.

Absolutnie! Poczucie rytmu jest pierwotnym poziomem muzykalności i bazą. Jak ktoś ma poczucie rytmu i umie człapnąć do bitu, to może zacząć mówić o tańcu.

Można mieć poczucie rytmu i nie być muzykalnym, ale nie można być muzykalnym bez poczucia rytmu.

Zdecydowanie. (W pierwotnej wersji tekstu było: oczywiście. I przy tym zrobiłam komentarz, że powiedział to w sposób natchniony. Słowo „zdecydowanie” mi nie pasuje, ale skoro zapewniam autoryzację, niech ma!).

Czy można w sobie wyrobić potrzebę rozwijania się w tangu? Doskonalenia się? Czy jednak to się w sobie ma lub nie? Ja mam taką teorię, że jak tango cię złapie za gardło, to nie masz wyjścia, chcesz więcej, drążysz, idziesz dalej. Cała masa ludzi traktuje tango jak zajęcia z fitnessu: chodzą sobie na lekcje grupowe raz w tygodniu, nie praktykują, nie uczestniczą w milongach i potrafią tak chodzić latami. Tacy też są potrzebni, dzięki nim nauczyciele mają na rachunki.

Jest też liczna grupa, która się nie uczy, a tylko chodzi na milongi. Trwa to latami. Jakoś wepchną partnerkę w krzyżyk, jakoś wyszarpią nią ocho i promienny uśmiech nie schodzi im z twarzy. Widocznie daje im to jakiś poziom szczęścia.

Zamiast biegać wokół bloku, poczłapie sobie po parkiecie przytulony do wyperfumowanej, ładnie ubranej kobiety.

Nie rozumiem też postawy pań, które się na to decydują. Sprawiają wrażenie, jakby absolutnie niczego nie oczekiwały od partnerów, od tańca, z wyjątkiem jednego: żeby je poprosił. Wracając do zaangażowania w taniec panów: od kiedy pamiętam, nie byłem zainteresowany ani tańcem, ani niczym, co z tym związane. Zwiewałem z dyskotek w podstawówce, nie chciałem iść na balet ani nie oglądałem łyżwiarstwa figurowego w telewizji. Ale kiedy życie wrzuciło mnie w tango i okazało się, że trochę czasu tu spędzę, chciałem to robić w sposób nieurągający godności partnerki. To znaczy stworzyć z nią na czas tandy partnerską, opartą na szacunku relację, a nie traktować ją, jak bezwolną marionetkę, więc się przykładałem, uczyłem, rozwijałem. Zresztą nadal to trwa. Twierdzę, że jest o wiele więcej do zrobienia przede mną, niż za mną, bo szczebli na drabinie tangowego rozwoju jest nieskończenie dużo. Każdy siedzi na innym szczebelku, ale przed każdym jest o wiele więcej do zrobienia, niż się zrobiło. A wracając do pytania: co motywuje niektórych tangowiczów, by tak konsekwentnie się nie rozwijać – nie wiem.

Panowie nic nie robiący zawsze znajdą amatorki swojego nic nie umienia. Natomiast panie w pewnym wieku (mówi się, że wiek i wygląd nie ma w tangu znaczenia, ale tak nie jest) jeśli nie idzie dalej i jest z nią niewygodnie nawet temu, co nie umie, to taka pani już amatora swojego nie umienia nie znajdzie.

Może tak być.

Z drugiej strony: moja tangowa przyjaciółka Ela powiedziała, że usłyszała od Argentynki, iż dobra partnerka umie zatańczyć z każdym… (tak, warto było przyjść, by popatrzeć, jak uroczo przewraca oczami)… tylko po co? Uważam, że dobra tancerka nie chce tańczyć dla męki. Kasia Chmielewska kiedyś powiedziała, że jak partnerka nie ma zasobów, to i Sebastian Achaval nie wyrzeźbi. Jak partner nie umie, to i Roxana Suarez mu nie pomoże.

Święte słowa! Z pustego i Salomon nie naleje.

Niektórzy panowie twierdzą, że dobre tancerki nie siedzą, tylko bez przerwy tańczą.

Och… Ileż jest tych mitów tangowych… Zaryzykowałbym kompletnie odwrotne stwierdzenie: dobra tancerka, ponieważ zna swoją wartość, będzie precyzyjnie selekcjonować partnerów, a nie brać hurtem, co się nawinie. Ergo: będzie siedzieć więcej. Ale żadnej reguły oczywiście nie ma.

Te mity krążą wśród tych, co o drugim, a na pewno o trzecim szczebelku tangowego wtajemniczenia nie wiedzą nic i poza miejscowymi milongami nigdzie nie bywają. Tyle samo też jest prawdy w stwierdzeniu, że jak kobieta zaczyna prowadzić, to jej nie proszą (tym razem uśmiał się serdecznie). Trochę w tym prawdy jest. Nie proszą ci, co nie umieją, bo wiedzą, że będą zdemaskowani. I dobrze. Przynajmniej ma się spokój od niechcianych cabeceo. Czyli znowu wracamy do świadomości. Nie wiem, co by się musiało stać, żeby taki ktoś miał szansę ją poszerzyć.

W kółko słyszę, jak dziewczyny narzekają, że panowie się nie rozwijają. Ale jaką mają mieć motywację do rozwoju, skoro mimo niekiedy bardzo niskiego poziomu na milondze tańczą cały czas? Dziewczyny po części odpowiadają za ich świetną samoocenę i tangowe spełnienie. Gdyby odmawiały, to może w zwojach mózgowych jednego czy drugiego pana pojawiłby się przebłysk, że może coś bym zmienił, czegoś się poduczył, podciągnął się, bo po raz kolejny poszedłem na milongę i z jakiegoś powodu wszystkie mi odmawiały. Problem jest jednak bardziej złożony, bo pań jest znacznie więcej w środowisku i tańczą, aby nie przesiedzieć całej milongi.

Ja tego nie rozumiem. Moja dusza woli przesiedzieć niż się umordować z tym, który mnie wygina, szarpoli i generalnie muszę walczyć o przeżycie. Ale to ja. Natomiast całe mnóstwo dziewczyn przychodzi, żeby tańczyć z kimkolwiek. U nas jest mniej tego aspektu socjalnego. Ci, którzy nie wyjeżdżają i nie znają innych miejsc, przychodzą, żeby tańczyć hurtowo i przodują w tym panie. Natrzaskać, byle więcej, wtedy uważają milongę za udaną. W Argentynie najpierw jest spotkanie, pogawędka, biesiada, a taniec dopiero któryś, przy okazji.

Na milongach w centrum Buenos Aires też się tańczy na akord. Z tego powodu, że są tam turyści. A na obrzeżach, gdzie niespecjalnie łatwo dotrzeć osobom z zewnątrz, zupełnie inaczej to wygląda. Milonga przypomina stołówkę, gdzie tańczy się przy okazji spotkania rodzinno-towarzyskiego, a nie rzeźnię tangową, gdzie liczy się zaliczenie jak najwięcej tand. Więc to prawdziwe oblicze tanga w Buenos, nieskażone rozpalonymi do białości gośćmi spoza Argentyny, wygląda zupełnie inaczej.

Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że nie ma co oczekiwać, że dziewczyny będą odmawiać. Dla niektórych jakość nie ma znaczenia, bo same jej nie mają. Inne zatańczą, chociaż po tandzie przewracają oczami. Każdy ma swoje priorytety. Ja szukam w tangu przyjemności.

Tak… (Normalnie wrócę do niego, żeby jeszcze się ze mną pozgadzał).

Nieraz, kiedy uznam, że potraktuję to jako fitness, dam się przegonić po parkiecie. Czasem ze względów towarzysko-grzecznościowych uciszam mą duszę i dam się przeszargać. Ale mam też takie doświadczenie, i to niejedno, że kiedy mężczyzna poczuł przyjemność w abrazo, stwierdził: idę się uczyć, chcę więcej. Zmotywowała ich przyjemność, a nie odmowa. Czasem się zdarza, że pytają, co jest nie tak.

Ze świecą takich szukać.

Częściej, zamiast drążyć, wolą się obrazić.

No tak… Ostatnio nawet bywam na milongach i zdarzyło mi się zatańczyć z pewną damą. W ogóle tańczyłem z paniami, z którymi generalnie nie tańczyłem.

Niemożliwe!

Tak było!

Gdzie?!

W „Małej Warszawskiej”. Wzmiankowana Pani po wszystkim stwierdziła, że ma nadzieję, że nie za bardzo mnie podeptała. Ugryzłem się w język, bo chciałem…(niestety wywalił, co chciał powiedzieć). Ale w zasadzie doceniam jej troskę…

Mnie się zdarzyło, że na pytanie: „I jak było?”, odpowiedziałam: „Jak z większością. Usiłujesz trzaskać figury, ale chodzić nie umiesz”.

Tak, to ciekawe. Jak proponujemy z Asią warsztaty z trudnych figur, to panowie chętnie się zapisują. Natomiast jak chcemy mówić o sprawach elementarnych, bazie tanga: jak powinno wyglądać objęcie, na czym polega relacja czy korzystanie z podłogi – o tym ostatnim wszyscy mówią, mało kto rozumie i robi – to chętnych nie ma, a jeśli, to zgłaszają się same panie.

Korzystanie z podłogi… Teraz jest inaczej. Kiedy ja zaczynałam, coś o podłodze mówili, ale nie pokazywali, jak „to” robić. Teraz pokazują, oczywiście ci bardziej świadomi. Ci, którzy zaczynają teraz, mają łatwiej. A dinozaury z piętnastoletnim stażem dalej nie wiedzą, co w podłodze piszczy. Tango z podłogą jest o niebo przyjemniejsze niż bez.

Nie istnieje tango bez podłogi. Bez podłogi są tylko ruchy, kroki przypominające tango. Natomiast czy ci, którzy teraz zaczynają, mają łatwiej? Nie wiem, to jest trochę miecz obosieczny. Rozrost środowiska, o którym wspomniałaś na początku, wygenerował nam też całe zastępy osób, które bardzo szybko odnajdują w sobie głębokie przekonanie, że mają innym coś do przekazania w dziedzinie tanga (dzisiaj służby operacyjne doniosły mi o kolejnym „nauczycielu”, który lata po ludziach, chcąc wepchnąć im swoje „lekcje”. Zgroza!). Gdy na milondze widzę, że na każde pięć osób jest czworo nauczycieli, to nachodzi mnie myśl, że chyba coś jest nie tak. Jak adept dobrze trafi, to z całą pewnością ma dziś łatwiej. Kiedy ja zaczynałem, w wiedzy tangowej był spory chaos.

Kasia Chmielewska mi powiedziała, że nikt na początku nie uczy się dobrze. Coś w tym jest. Ciało nie od razu jest na wszystko gotowe.

To zależy. Są osoby, które od samego początku chcą „tańczyć, tańczyć, tańczyć”, a są takie, które mówią: „Spokojnie, po kolei, naucz mnie osi, przemieszczenia, a na taniec przyjdzie czas”, więc nie do końca się z tym zgodzę.

Ale tych jest mniejszość.

OCZYWIŚCIE! (Zagrzmiał! W jego oczach widziałam gromy i dezaprobatę dla abnegatów, laików i niefrasobliwych niekompetenciaków. „OCZYWIŚCIE” powtórzył ze trzy razy). Niemniej zdarzają się osoby, które bardzo świadomie podchodzą do sprawy.

Osoby świadome nie pójdą do samozwańczego nauczyciela, tylko popatrzą, porozmawiają, posłuchają podpowiedzi.

Mam obawy, że osoba początkująca kompletnie nie rozróżnia. Może pogadać, ale z kim? Pewnie też z osobą początkującą o podobnym światopoglądzie, a nie z osobą, która dużo wie i dobrze pokieruje.

To zależy. Pamiętam siebie, jak zaczynałam. A ja też, tak jak ty, lubię się schować pod stół i nie jestem przyjaciółką całego świata. Ale doszłam do wniosku, że to jest w moim interesie, żeby się integrować i dowiadywać. Więc pytałam tych, którzy w moich oczach umieli. Oczywiście odbiór początkującej bywa złudny. Spora część nadal umie tak jak wtedy. Teraz myślę, że można sobie namieszać w głowie, więc dobrze przejrzeć internety, żeby wiedzieć, kogo pytać. Poza tym jak tango cię pochwyci, to czujesz: trzeba gdzie indziej, trzeba dalej… Teraz pytanie: czy początkujący jest w stanie od razu nauczyć się przyjemniejszego prowadzenia ocho? Bo najpierw leci się z prowadzeniem łapami.

Myślę, że można od razu nauczyć się przyjemnego prowadzenia ocho, ale muszą być spełnione dwa warunki: trzeba być świadomym i pracowitym oraz trafić do osoby, która sama to potrafi.

W kontakcie tangowym nie każdy, kto ładnie wygląda, jest przyjemny. I nie każdy źle wyglądający jest nieprzyjemny (tu sobie omówiliśmy estetykę versus wygodę tańczenia. Znów niektórzy z pewnością mieli czerwone uszy heh).

Kiedy Byliśmy z Asią w Buenos, jeden z nauczycieli powiedział nam: albo pięknie wyglądacie, albo super przyjemnie tańczycie. Jeśli chcecie to zsumować, to łatwiej będzie się wziąć za dwanaście prac Heraklesa. No ale co robić? Podjęliśmy z Asią te nierówne zapasy… (tu wywalił kawał rozmowy o tym, że… No dobra, skoro wywalił, niech będzie, ale szkoda!). Sporo ćwiczyliśmy. Dużo zawdzięczam naszym treningom. I, co ciekawe, do mojego rozwoju zdecydowanie najbardziej przyczyniły się wspomniane dziewczyny, a nie mityczni nauczyciele z Argentyny.

Za sukcesem mężczyzny zawsze stoi kobieta. Ty masz trzy.

Dokładnie. I nie ma wśród nich żadnej Argentynki. Chociaż brałem nieprzyzwoitą liczbę lekcji prywatnych u pierwszoligowych nauczycielek z Argentyny, tylko niektóre były zaangażowane. Zaskakująco często bywałem negatywnie zaskoczony.

To jest też główny problem samozwańczych nauczycieli: oni nie mają pojęcia o swoich nieuświadomionych niekompetencjach i o tym, że nie umieją przekazywać wiedzy. Więc co z tego, że nawet nieźle tańczy i nawet nieźle się na to patrzy, a także nawet niezły jest w kontakcie. Jeśli nie ma zaplecza, jak to przekazać, to żaden z niego nauczyciel.

Ludzie są wpatrzeni w Argentyńczyków jak w jedyne źródło wiedzy, co w tej chwili jest mocno chybionym spojrzeniem. Tango wyszło z Argentyny mniej więcej ćwierć wieku temu i wtedy rzeczywiście jedynymi nośnikami tangowej wiedzy byli Argentyńczycy, ale od wielu lat tango nie jest wyłącznie argentyńskie, jest ogólnoświatowe. Świetni tancerze są w Japonii, we Francji, wszędzie. Mam tu na myśli tancerzy tanga socjalnego, a nie jego najbardziej efektownej odmiany – escenario, bo tych, poza granicami Argentyny nie jest dużo. Za to w Argentynie jest ich wielu! Na potrzeby rzesz turystów organizowanych jest w Argentynie mnóstwo imprez z tangiem w tle, tym najbardziej spektakularnym, a więc właśnie scenicznym – od spelunek, przez teatry i najbardziej luksusowe hotele aż po milongi i festiwale, gdzie owe pary uświetniają wieczór swoim pokazem. Ale tu tkwi pułapka na amatorów tanga. Panuje powszechne utożsamienie tanga pokazowego z socjalnym, a są to dwie kompletnie różne dziedziny. Showman, który właśnie zrobił olśniewający pokaz, może się okazać mocno rozczarowującym tancerzem socjalnym i vice versa, najbardziej pożądany na milongach partner nie zrobi równie pięknego pokazu, co osoba, która z show żyje. Z czego to wynika? Zupełnie inna jest specyfika tych dwóch odmian tanga. Różne są priorytety, a podobieństwa dość powierzchowne. By tańczyć zabójczo spektakularne pokazy, trzeba poświęcić mnóstwo lat ciężkiej pracy skupionej na czynnikach ważnych z punktu widzenia pokazu: jak się poruszać, by obtańczyć cały parkiet; jaką mieć sylwetkę, by być widocznym z najdalszego rogu sali; jak grać mimiką albo jak podrzucać partnerkę. Oraz, co jest niezwykle istotne, wszystko robi się tylko pod swoją partnerkę/partnera. Rozwijanie komunikacji z wieloma partnerkami jest tu kompletnie zbędne. Dla tancerza „milongowego” przeciwnie: komunikacja z wieloma partnerkami jest kluczowa. Podobnie jak przyjemne objęcie, wyraźne, ale subtelne prowadzenie czy swoboda improwizacji. Stąd, zdarzało się wcale nierzadko, że nasze polskie świetne partnerki po tańcu z guru sceny były, delikatnie mówiąc, rozczarowane.

To mnie akurat nie dziwi. Też przeżyłam rozczarowanie. Był doskonały technicznie, ale bez osobistego feelingu i zaangażowania w nasz taniec.

Dla wielu osób wystrzałowe show jest równoznaczne z tym, jakimi tancerzami socjalnymi i nauczycielami są performerzy, a nie zawsze tak jest. Feeling nie jest pierwszą rzeczą, która rzuca mi się w oczy, kiedy patrzę na pokaz escenario.

Wielu Argentyńczyków ściąga do Europy, a wcale nie mają ani wiedzy, ani umiejętności, ani kompetencji nauczycielskich.

Panuje przekonanie, że jak ktoś się urodził w Argentynie, to od razu z czwartym danem w tangu. To stereotyp: skoro Argentyńczyk, to o tangu musi wiedzieć wszystko.

Moi znajomi przyszli na kurs, bo on wyjeżdżał służbowo do Buenos i chciał błysnąć na tamtejszej milondze. Po powrocie powiedział: „Ania, miałem do czynienia z 40 Argentyńczykami, żaden nie tańczył tanga”.

Zaskakujące, prawda? Każdy Hiszpan uwielbia corridę, a każdy Francuz jest ekspertem od wina. Wiemy przecież, że tak nie jest. W judo, uważanym przez niektórych za sport narodowy Japonii, Japończycy od lat już nie brylują. Wracając do tanga: wielu mistrzów argentyńskich rzeczywiście ciągnie rozwój tangowego świata w górę, ale zdecydowanie nie jest tak, że każdy Argentyńczyk jest alfą i omegą tanga.

                                                             Fot. Magdalena Kowolik

Mówisz, że dla ciebie tango to wieczny rozwój. Czyli co robisz, aby się rozwijać?

Trening, trening i jeszcze raz trening. Planujemy też z Asią kolejny wyjazd do Buenos.

Czyli jednak Argentyńczycy.

Tak, ale świadomie wybrani. Kiedyś myślałem, że tango to tango i koniec. Wiele czasu upłynęło, zanim się zorientowałem, że różne style tanga są kompatybilne tylko w pewnym zakresie. Świadomy wybór nauczyciela musi być poprzedzony uświadomieniem sobie, czego właściwie w tangu szukam. Czyli jeśli chcesz się uczyć karate shotokan, to nie idziesz do mistrza karate kyokushin. A przecież jedno i drugie to karate. Czy jeśli cię ujmuje cygański styl gry na gitarze, to nie idziesz się uczyć u rockmana. Z tangiem jest identycznie.

Powiedziałeś, że nie uczysz się dawania profesjonalnych pokazów. To po co wydawać tyle kasy na Buenos?

Tyle kasy” wydaję na naukę tańca socjalnego, nie pokazowego, scenicznego.

Tango sceniczne a pokazowe to trochę co innego. To pierwsze jest na scenie, to drugie – na parkiecie wśród ludzi.

Tango sceniczne rozumiem jako typ tańca, a nie miejsce tańczenia. Escenario tańczone na imprezach tangowych jest tańczone między ludźmi, nie na scenie.
W ogóle nie lubię słowa „pokaz” w stosunku do siebie. Nie czuję, żebym miał kompetencje do „dawania pokazów”. Ja raczej prezentuję swój taniec, a nie robię show. Nie przygotowuję się, nie kształcę w kierunku dawania pokazów. Ostatnio nawet nie chciałem wiedzieć, do czego będziemy tańczyć. Prosiłem DJ-a, by coś wybrał, jest to dla mnie mniej stresujące.

                                                            Fot. Szymon Ferfecki

Ale jesteście z Asią zawodowymi tancerzami tanga argentyńskiego. Dajecie pokazy, organizujecie warsztaty, uczycie. Inwestujecie w swoje zawodowstwo.

Uściślając: uczymy się, żeby rozwijać nasze umiejętności taneczne, a nie uczymy się specjalnie pod dawanie pokazów. One są częścią naszej działalności, ale nie traktuję ich jako meritum. Zdecydowana większość figur czy przejść z naszych pokazów są zaczerpnięte z naszego tańca na milongach. Niewiele jest takich „specjalnie na pokaz”, nie stosujemy teatralności, nie uczymy się choreografii. Uczymy się tanga tanecznego, nie pokazowego (wywalił całą część o niestosowności trzaskania podnoszeń na milongach).

Od kiedy tańczysz? Zaczynałeś z Magdą?

Tak, zdecydowaliśmy się zapisać na tango w 2003 lub 2004 roku (znowu wywalił kawał historii. Ciut plotkarskiej. No trudno, nie będziecie wiedzieć :mrgreen: ). Przez dwa lata uczyliśmy się wyłącznie u Jasia Woźniaka i jestem mu przeogromnie wdzięczny za to, ile serca w to wszystko wkładał. Pamiętam, jak przed rozpoczęciem swojej lekcji dla początkujących z zazdrością patrzyłem na koniec poprzedniej lekcji dla zaawansowanych, na „klasę wyżej”, w tym na Kasię Chmielewską i Mateusza Kwaterkę. Podziwiałem, jak sobie świetnie radzą. Wspaniały czas, wspaniałe lata. Zaczęliśmy chodzić na Chłodną, którą zapewne pamiętasz (owszem). Magda tańczyła z różnymi panami, a ja przez pierwszy rok nie tańczyłem z nikim oprócz niej. Czułem się dalece niekompetentny i nie chciałem żadnej tancerki obarczać swoją nieumiejętnością tańca. Po roku dziewczyny zaczęły mnie wyciągać na parkiet. Wtedy dostałem tę moją ksywę, która chyba już nie funkcjonuje (Boski. Myślałam, że to o wygląd chodziło, bo chłopak był ładniusi z niego, oj ładniusi…A Magda jest Boska i funkcjonuje, bo nadal ładniusia jest).

W starej gwardii i owszem. A młodzi cię nie znają.

Tak. Jedna z dwóch pań, która mi tę ksywkę nadała, sprezentowała mi taką koszulkę.

Czas wszystko weryfikuje. Kiedyś podziwiałam wiele osób, teraz widzę, że są tacy sami od 10 lat. Estetyka ruchu jest czymś, czego nie da się wypracować, ma się ją lub nie – ale to jest ważniejsze przy pokazach. Im wyżej na tangowej drabinie, tym mniejsze możliwości znalezienia na zwykłej milondze odpowiedniej jakości…

Dlatego często ludziom sugeruję, żeby się zastanowili, czy rzeczywiście chcą się rozwijać. Na pewnym etapie przychodzą na milongi i mają z tego dużą frajdę. Potem, w miarę pozyskiwania świadomości i umiejętności technicznych, jest płacz i zgrzytanie zębów, że nie tak miało być! U osób rozwijających się pojawia się paradoks: chciałam się rozwijać, by tańczyć z coraz większą liczbą osób, lecz w miarę rozwoju coraz większej liczby osób unikam… Czasem lepiej nie zrywać kurtyny niewiedzy.

Ja bym jednak za nią z powrotem nie weszła, chociaż zdarza się, że na milondze jest tłum ludzi, a poza jednym tancerzem, albo i nie, nie ma nikogo, z kim tak naprawdę chciałabym zatańczyć. Dlatego w poszukiwaniu odpowiedniej dla mnie jakości po prostu wyjeżdżam.

Dlatego powinnaś rozumieć moje „trzy partnerki na krzyż”. Jest jeszcze jeden aspekt tego, że nie tańczę dużo. Mam wiele sportowych kontuzji, które łatwo się odnawiają. Wiele lat temu bywały takie milongi, po których ledwo mogłem dojść do samochodu i po których nie mogłem tańczyć przez kilka tygodni. Dopiero po długim czasie dotarło do mnie…

…zły dotyk…

Tak! Skojarzyłem, że partnerki z mniejszą świadomością techniczną zwyczajnie niszczą mnie fizycznie, podczas gdy z dobrymi partnerkami mogę tańczyć dowolnie długo i nic się nie dzieje. Od kiedy zauważyłem tę zależność, stałem się nadwrażliwy i wtedy pojawił się czarny PR, bo przyłazi i tylko z kilkoma tańczy, nos zadziera… Tymczasem ja chętnie zatańczę z panią, która nie jest gwiazdą parkietu, o ile nie będę później musiał się rehabilitować (wystraszyłeś mnie skutecznie i ja osobiście nie tknę Cię palcem normalnie!).

Nie spróbujesz, nie będziesz wiedział.

Niby tak, ale mam ograniczone zaufanie i czasami wolę nie próbować, niż cierpieć, stąd moja powściągliwość do eksperymentów (wyrzucił rozważania na temat tego, że czasami wizualna ocena bywa złudna i jest lepiej, niż wynikałoby z tego, co widać. Albo gorzej. I że są damy, które potrafią go skrzywdzić w czasie jednej tandy 🙄 ).

                                                     „Nie na siłę! Rozumie osoba?” 🙂 Foto: Szymon Ferfecki

Na koniec pytanie: łatwiej się do ciebie umówić na lekcję priv czy na przegląd kręgosłupa?

Tak źle i tak niedobrze. Co do terapii manualnej: pomagam ludziom już prawie ćwierć wieku. Mimo że nie mam reklam, wizytówek, zdarza się, że zabiegi mam od 7.00., więc tak z ulicy raczej trudno. Co do priv: jestem po operacji stopy, kolana mam mocno nadwyrężone, muszę się oszczędzać, więc moja dostępność na tym polu też jest ograniczona.

„Dzielny bądź! Zbierz się w sobie! Jak ją przestraszysz, może nie zauważy, że nie umiesz…” 😛 
Foto: Szymon Ferfecki

To co, zapraszamy na warsztaty?

Tak, zachęcam również do wyjazdów z nami. Ludzie są nieprzypadkowi. Wykształciła się grupa, która jeździ z nami regularnie od lat. Jest intensywnie, ale nie odpuszczamy z Asią: praca u podstaw, dłubanie w detalu, dwoimy się i troimy.

A do tego jest wesoło. Zatem: zapraszamy na sierpniowy wyjazd (szczegóły jeszcze raz TU).

Piotr Bochiński ukończył warszawski AWF. W 1997 roku, jeszcze w czasie studiów, zrobił pierwszy kurs masażu i od razu zaczął praktykować. Potem ukończył kolejne szkoły masażu i szkolenia z różnych odmian terapii manualnej (po prostu: nastawianie kręgosłupa), jak chiropraktyka czy osteopatia.

Tangowe obyczaje: wstęp.

Niby wszystko o tangowych obyczajach jest w internecie.

Każda kwestia była poruszana wiele razy, obgadana na milion sposobów. Szkoły tanga i blogi mają na swych stronach zasady tangowego savoir vivre, było mnóstwo wpisów i odezw o higienie i strojach, co i rusz wybuchają dyskusje odnośnie wyższości swobodnego hasania w poprzek parkietu versus sztywna etykieta (lub na odwrót)… Niestety nadal powszechnie nie odróżnia się nuevo od neo (w ruchu i muzyce), cabeceo od mirady (o zgrozo! Nawet tangowcy z dużym stażem potrafią z uporem maniaka pisać cabAceo) i nadal cała rzesza tangowej braci nie rozumie, dlaczego na tradycyjnych milongach tańczenie po rondzie ma sens i energię, a ciupcianie w miejscu nie jest przyjemne.

Z Tadeuszem Karbowskim (niestety nieżyjący już, bardzo sympatyczny, pogodny i kulturalny tanguero). 

Propagując tango, mówi się o jego blaskach.

Często pokazując taniec i kulturę zbyt cukierkowo. Namawia się: chodźcie! Będzie fajnie! I pewnie będzie. Ale niekoniecznie.
Oczywiście nie chodzi o to, by ludzi straszyć. Raczej przygotować na to, że nie zawsze i wszędzie czeka na nich cała masa nowych „friendów”, gotowych ich zabawiać, a nawet tangowo niańczyć. Że w tangu jak w życiu: jest wszystko, czyli ludzie na poziomie i chamstwo, dobroć i kurewstwo, super koleżanki i złodziejki cabeceo, świetni partnerzy i łachmyty wypisujące messengerem to samo do pięciu dziewczyn w jednym czasie, oddani nauczyciele i partacze, świetni gospodarze milong i gbury liczące tylko na zyski, głębokie przyjaźnie, nawet miłości, ale też zdrady i powierzchowne relacje bez żadnego zaangażowania. Pomocni ludzie i wyłudzacze kasy, zwłaszcza od kobiet.

„Batida del Tango” – pierwsza regularna milonga, którą organizowałam. To był piękny czas…

Ludzie przychodzą uczyć się tanga z różnych powodów.

Niekoniecznie tanecznych. I mają przeróżne oczekiwania. Albo – rzadziej – myślą, że tango to nic takiego… Nie wiedzą, że jeśli są wybrańcami tanga, to już nic nie będzie takie samo. Jeśli tango zostanie tylko na poziomie incydentalnej rozrywki, czy nawet hobby, to nic wielkiego się nie stanie. Ale jeśli wskoczy na poziom pasji, to otoczenie i rodzina ma przerąbane… Z hobby możesz zrezygnować. Pasja nie puszcza, choćby nie wiem co. A tango jako pasja jest zaborcze. Oprócz tanga można mieć inną pasję tylko wtedy, kiedy tango nie wyszło poza poziom hobby. Jeśli wyszło, wszystko dostosowuje się do zmienionego na zawsze stylu życia. Większość ludzi nie wkracza na poziom pasji – całe ich szczęście. Na pewno ich życie jest spokojniejsze, mniej konfliktowe z otoczeniem, nie obarczone zwątpieniami (jestem beznadziejna, nic nie umiem).

Dużo osób traktuje tango jako narzędzie socjalnego bytowania.

Liczy się dla nich kontakt z ludźmi, towarzystwo, a samo tańczenie jest gdzieś tam na końcu kolejki. Tak tango traktują Argentyńczycy: jako fiestę, spotkanie z przyjaciółmi, okazję do napicia się wina i pogadania przede wszystkim. Drugi biegun: tańczyć za wszelką cenę, nikomu nie darować! Co ciekawe: za nauczanie początkujących zabierają się głównie panowie nie mający do tego żadnych kompetencji, za to w tańczeniu na akord przodują panie.
O tangowych zaćmieniach, ściemniaczach, pułapkach, rozczarowaniach mówi się rzadko i jedynie w kuluarach. Aferki, wojenki, złamane serca – to także tango.

 

Bo tango jest wszystkim i niczym.

To, co się o nim mówi, może być prawdą lub fałszem.
Ta książka powstaje na Waszą prośbę. Nie będzie to poradnik, a zbiór moich jedenastoletnich obserwacji tego środowiska oraz doświadczeń tangowych, w kraju i za granicą, ostatnio także jako prowadząca.
26.01.2015 Jakub Milonga napisał tekst na fejsie o wybranym aspekcie tangowych obyczajów i zakończył go tak:
Jeżeli macie inny pogląd na sprawy, o których tu napisałem, jeżeli chcielibyście coś skomentować lub rozwinąć jakiś wątek, wzbogacić ten tekst, to podzielcie się tym tu lub w osobnym tekście”.
Jakubie, mój pierwszy nauczycielu: mówisz – masz!

„Pasja budzi się nocą” – opinie

Moja pierwsza książka pt. „Pasja budzi się nocą” (Wydawnictwo Prozami, Warszawa 2013) powstała pod wpływem moich doświadczeń nabywanych w toku tangowej edukacji. Tak bardzo chciałam światu opowiedzieć o fenomenie tanga, wprowadzić w jego (sub)kulturę…

Ale kogo interesują tangazmy jakiejś Anny, jeśli nawet jest Kossak?! – myślałam. Postanowiłam opowieść o tangu opakować w pewną historię. Pojawili się bohaterowie. Mój pierwszy tangowy partner był natchnieniem do stworzenia mrocznego wątku :mrgreen: 
Tak powstał komediowo-obyczajowy thriller.  
Wpisując w wyszukiwarkę tytuł, można trafić na różne recenzje.
Jedną z moich ulubionych jest TA

Każdy twórca lubi, kiedy jego sztuka cieszy się uznaniem. Dla mnie ważne jest, by to, co piszę, czemuś służyło. Miało sens. Dawało do myślenia.

Pierwsza recenzja napisana przez tangowego znajomego, która pojawiła się na Facebooku, może być niedostępna w linku, dlatego wklejam treść, jaką  Janusz T. raczył był napisać:

„Pasja budzi się nocą” nie jest „Ulissesem” Joyce’a. Jednak ile osób przeglądających ten post przeczytało największe dzieło największego irlandzkiego pisarza? Ja próbowałem. Zabrało mi to około dwudziestu lat i szacuję, że przebrnąłem przez nie więcej niż 150 stron (łącznie z tymi już tylko kartkowanymi podczas drugiej dekady). W tym czasie łatwiej mi już było przeczytać od dechy do dechy Stary i Nowy Testament oraz siedem do ośmiu tysięcy stron Clavella ;-). „Pasja…” nie stanie też w szranki w historii literatury polskiej z dziełami Gombrowicza ani nawet Głowackiego czy Tokarczuk. Prawdopodobnie w ogóle nie wejdzie do innej historii, niż historia polskiego środowiska tangowego. Mnie to jednak zupełnie nie przeszkadzało przeczytać ją w kilka dni z dużym zainteresowaniem, a teraz poddać ją bezlitosnej krytyce konsumenckiej ;-).

Po pierwsze „piękna” okładka tak bardzo mi się nie podoba, że gdybym trafił na nią w księgarni lub Internecie, to – choć nie wiem czy spontanicznie bym ją w ogóle dostrzegł – z pewnością właśnie ze względu na jej „walory graficzne” nie sięgnąłbym po książkę nawet żeby przeczytać notkę na obwolucie. Ponieważ jednak powieść została napisana przez tangową koleżankę, to zadałem sobie trud aby zdobyć egzemplarz jeszcze przed oficjalną promocją. I doprawdy nie żałuję wydanych pieniędzy. Apeluję więc do tych wrażliwszych estetycznie: nie sugerujcie się tym w jakie szatki ubrano literaturę spod pióra Anny Kossak! W środku jest dużo lepiej!  

Po drugie, ci którzy tańczą tango znajdą tam naprawdę sporo o tym tańcu i tangowym stylu życia. Będą mieli okazję z czymś się zgodzić, a na coś oburzyć. Mogą też zabawić się trochę w detektywów lub konsumentów plotek i podomyślać, które to konkretne postacie z naszego otoczenia stały się inspiracją dla Autorki do stworzenia jakiegoś opisu lub wygłoszenia opinii ustami narratora albo którejś z bohaterek. Przy okazji, nawet jeśli za zasygnalizowanymi męskimi postaciami tangowymi nikt konkretny nie stoi ;-))), to myślę, że wielu tangueros może zobaczyć w literackim zwierciadle również mgnienia własnych odbić.

Z kolei ci, którzy tanga nie tańczą, znajdą tu bez wątpienia obraz szczególnego i porywającego hobby bardziej prawdziwy, bliski rzeczywistości niż dostępny w rozmaitych artykułach prasowych, wywiadach itp.

Po trzecie czytając „Pasję…”, wielokrotnie miałem wrażenie, że Autorka balansuje na krawędzi między popularną powieścią, a dość poważnym poradnictwem psychologicznym. „Dość poważnym”, to nie znaczy, że aż  na poziomie popularnonaukowych wydawnictw ale stanowczo na bardziej pogłębionym i wieloaspektowym, niż poradnictwo pism ilustrowanych. Charakterystyczne i nadające lekkości jest tu użycie percepcji i aparatu myślowego bohaterek – atrakcyjnych, odważnych życiowo, nowoczesnych kobiet, a nie bibrzenie narratora ex cathedra. Osobiście odebrałem ten aspekt powieści jako interesujący mnie jako mężczyznę ale także uważam za potencjalnie interesujący i użyteczny dla młodych, mniej doświadczonych czy po prostu bardziej normatywnych pań.

Wreszcie mamy do czynienia z fabułą. Nie jestem czytelnikiem „babskich powieści” ale tak właśnie wyobrażam sobie opisywane w nich historie. Mamy tu sporo kobiet – pięknych lub choćby seksownych, mądrych lub choćby inteligentnych, mamy facetów przez duże „F” i przez całkiem malutkie, prawie niewidoczne „fe”, są też „złe charaktery”, a jeden co najmniej diaboliczny. Są rozstania, uwiedzenia, wzorcowe związki, miłosne niewypały, złożone relacje interpersonalne (nie powodujące jednak nadmiernego bólu głowy), szczęście w nieszczęściu i na koniec … tego zdradzać nie wypada ale zaręczam, że nie jest to po prostu happy end. Wszystko przyprawione duchem thrillera. Mnie czytało się dobrze, choć jako facet przez zwykłe „f”, wolałbym trochę więcej strzelaniny. Seksu jest dość ;-).

Zdecydowanie polecam (z zastrzeżeniami pierwszego akapitu). Tangowe towarzystwo powinno nabyć obowiązkowo – to w końcu po trosze nasze wspólne dzieło. Osoby spoza tanga będą miały ponad 250 stron lekkiej ale nie głupiej, wartkiej literatury popularnej z tangiem i sensacją w tle. 

Kobieta prowadząca – liderowanie z damskiej perspektywy

Coraz więcej kobiet uczy się prowadzić. Czy są konkurencją dla panów?

NIGDY nie chciałam prowadzić. Ja?! W życiu! W tangu chcę być z mężczyzną! Tańczę dla tych chwil, kiedy ja, partner, muzyka, parkiet i Kosmos to jedność. Męskie objęcie… Mikroruchy niewidoczne dla najbardziej wnikliwego obserwatora… Miękkość i twardość… Uniesienie w uziemieniu… Flow… To może dać mi tylko mężczyzna!

Zaczęło się od Eli Pe.

Ja i Ela. To tu miał miejsce prapoczątek mojego liderowania.

A właściwie to ode mnie, a raczej od mojej upierdliwości. Szczegóły opisałam, więc nie będę się powtarzać (TU). Ale co to się wyprawia od tamtej pory…

O matko jedyna moja i czyjaś…

O tatusiu mój i innych sierot…

O święci, grzesznicy, tacy i siacy…

JA MAM PROWADZIĆ?!

W życiu! Po co? Nie chcę. Nie potrzebuję. Nie po to jestem w tangu!

Na letnim Beskid Tango Marathon 2019 stawiałam pierwsze większe publiczne kroki jako prowadząca.

Ela: „Prowadź!”.

Ożeszku… Narany… Nożebycie…

Dobra! Nie umiem, więc nic z tego nie wyjdzie!

Coś tam wyszło. Także to, że w pozycji prowadzącej poczułam coś zupełnie innego niż podążająca… Poczułam, że prowadzenie ma moc. Niezdarnie, koślawo – ale wyszło… że moja zaburzona lateralizacja powoduje kompatybilną pracę innych części ciała niż u innych. Czyli mało Eli nie zabiłam gmatwaniną nóg i dysocjacją na poziomie pchania kalesonów przez głowę. Ale…

W tym momencie zmieniło się moje tangowe życie.

Nie, nie postanowiłam być najlepszą liderką ever. Nie chciałam i nie chcę konkurować z mężczyznami ani nie chcę ich pouczać – nie mam zapędów nauczycielskich (mogę poczynić uwagę, jeśli mnie tangowo krzywdzą, ale nie dlatego, że zaczęłam prowadzić – wcześniej także nie zgadzałam się na kleszczenie, kicanie i próbę zamordowania mnie colgadą grożącą wypadnięciem przez okno).

SyMfonia Serc, coroczne charytatywne Tango-Integracja na rzecz Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego. Tu: w objęciach z Beatą Maią Gellert, moją Arcymistrzynią, którą niezdarnie wtedy poprowadziłam w milondze.

W tangu jest dużo kobiet, mało DOBRZE tańczących mężczyzn.

To jest tangowy fakt. Dużo kobiet nie oznacza dużo dobrze tańczących. Nadal uważam, że 60-70% tangueros obu płci nie wzbije się ponad poziom tangowej gimbazy. Ale! Mimo tego NIE przyszło mi do głowy, aby uczyć się prowadzenia, żeby nie siedzieć na milongach – a wiem, że dla wielu pań to jest główną motywacją. Ja akurat wolę posiedzieć niż się męczyć (a od kiedy próbuję prowadzić, doskonale rozumiem ostrożność panów w stosunku do nieznajomych pań i ich niechęć do tych, z którymi im źle).

Nie mam ciągot do zakładania męskiego stroju.

Prowadzę bez obcasów, ale nie udaję faceta. Nie chcę być postrzegana jako facet! I tu składam hołd moim nauczycielom: Kasi Chmielewskiej i Mateuszowi Kwaterce: na zajęciach (na których jestem w roli prowadzącej) podkreślają: „Panowie i Ania”. Bardzo to doceniam i niniejszym dziękuję! Uczę się prowadzenia jako ZUPEŁNIE nowej umiejętności. Podjęłam to wyzwanie, chociaż często mam dość. Pięknie powiedziała Ela Pe. (Eluś, kocham Cię niezmiennie!):

Nie jestem facetem. Jestem prowadzącą kobietą.

Prowadzenie to zupełnie inna umiejętność niż podążanie.

Nadal mam skromny repertuar (ale coraz lepszej jakości!). Przez bardzo długi czas (oj baaardzo) nie garnęłam się do prowadzenia na milongach. Nadal nie jestem wyrywna! Kiedy trwała moja przygoda z Elą (zapisałyśmy się na kurs milongi do Luizy i Marcelo Almiron, obie w roli prowadzących, wymieniałyśmy się. Los Almis – to także dzięki Wam dziewczyny robią mi desant!), tańczyłyśmy razem milongi. Potem Ela nie mogła chodzić na lekcje, Danusia (moja druga kursowa dziewczyna, w roli tylko podążającej) też miała swoje sprawy… Rozmyło się.

Ale czasem coś tam z dziewczynami tańcnęłam.

Ziarno zostało zasiane. Kiełkowało bardzo powoli i opornie. Aż nadszedł ten czas, że postanowiłam jednak podjąć wyzwanie i nie udawać, tylko nauczyć się prowadzić. Po co..?

Pięćset tysięcy razy myślałam: na ch…usteczkę mi to?!

Nudzi mi się w życiu? Mało mam zajęć? Czegoś mi brakuje? Odpowiedź po trzykroć brzmi: NIE, do jasnej cholery! Więc?! I tu jest pieseł pogrzebany! Otóż trafiłam w odpowiednie miejsce do odpowiednich nauczycieli. Po prostu. Kochają to, co robią (materdeju… Ja bym z taką mną jako prowadzącą nie wytrzymała trzech lekcji). Nie ma ściemy.

Caminito, czyli Kasia Chmielewska i Mateusz Kwaterko.

Caminito. To tam się zadomowiłam i postanowiłam, że się nauczę!

Kurs od podstaw przeszłam trzy razy, a nadal czasem czuję, że moje chodzenie w prowadzeniu jest niepewne. Oczywiście jestem z siebie dumna, bo zaburzona lateralizacja mocno utrudnia moje zmagania. Wniosek mam taki (potwierdzający to, co „się mówi”): chodzenie jest najtrudniejsze. I tu nie ma bata: tylko technika! Bredzenie o tańczeniu sercem zostawmy dla nietańczących amatorów lub zwolenników nazywania tangiem nietanga.

Miewam zwątpienia.

Zwłaszcza jak mi nie wychodzi. Na przykład taki lapis… Umiem bardzo ładnie, ale partnerka mi w jego urodzie przeszkadza i wychodzi nieco koślawo. Ale! Cierpliwość popłaca. Nie przeznaczam wystarczającej ilości czasu na doskonalenie prowadzenia, więc i postępy są wolne, jednak poczułam magię liderowania. Brakuje mi umiejętności, ale mam dobrą energię (nie mylić z rozbrykaniem! Partnerka/partner energetyczny to nie ten/ta, co lata jak na aerobiku, o nie!) i muzykalność – więc idę dalej.

Nie znoszę kicania.

A jako prowadząca kicam, kurde!!! Kasia mnie przywołuje do porządku, Mateusz czasem łypie jak na upośledzoną umysłowo, a ja tego kicania nie czuję… W ogóle mam wrażenie, że świadomość ciała jako podążająca a prowadząca to dwa różne światy. Luiza twierdzi, że nie, ale ona nie ma zaburzonej lateralizacji. Przy prowadzeniu to ma ogromne znaczenie, przy podążaniu – nie.

Luiza i Marcelo Almiron – to do nich poszłam na pierwsze zajęcia jako prowadząca.
Foto: Dominika Kołodziejska, Tango w Królewskim Wilanowie.

Czy prowadzenie jest trudniejsze niż podążanie?

Tak. Ale! Błędem jest twierdzenie, że podążające szybciej się uczą. Niektóre tak, cała rzesza NIE. Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ile niby zaawansowanych dziewczyn nie umie chodzić. Jak bardzo wiele damskich ciał jest nieprzyjemnych w objęciu, bo zamiast osi mają galaretę. Ile dziewczyn wierzga, macha tyłkiem i nogami bynajmniej nie we właściwych momentach. Jak bardzo nie wiedzą, że swawolne brykanie nie ma nic wspólnego z aktywnym tańczeniem. Dlatego rozumiem ostrożność panów w proszeniu nieznanych tangowo pań.

Jedną tandę zawsze można się przemęczyć”.

O nie. W tangu jest dokładnie jak w seksie: może być odrabianie pańszczyzny, a może być finezja, pieprz i odjazd. Powiem więcej: łatwiej o orgazm niż tangazm… Ale to dla takich chwil właśnie tańczę. Nie po to tyle pracy wkładam w moje tango, aby się z kimkolwiek męczyć. Czasem zdarzy się zonk, trudno, ale świadomie unikam, jak mogę (dlatego nie znoszę desantu, dopuszczam jedynie wtedy, kiedy warunki są trudne lub kiedy się znamy). Rozumiem, dlaczego panowie proszą nie od pierwszego, a od drugiego lub nawet trzeciego utworu w tandzie: wtedy, kiedy są niepewni, „jak będzie”, albo kiedy z grzeczności zatańczą, ale nie sprawia im to aż takiej przyjemności. Ja jako prowadząca też często tańczę tylko kawałek tandy (albo nawet każdy utwór w tandzie z inną dziewczyną 😄), a powody są dwa: 1. żeby w razie czego nie męczyć się za długo; 2. ponieważ mój repertuar jeszcze jest skromny, nie chcę sobą znudzić i zmęczyć partnerki (polecam to podejście panom na początku tangowej drogi: proście doświadczone tanguery, ale nie męczcie ich sobą przez całą tandę! Pisze o tym także Iwona Siekierska w „Diabelskim Tangu”).

Prowadzisz, nie będą cię prosić”.

Tangowe łamagi na pewno, bo będą się bały zdemaskowania braku umiejętności. Dobrze tańczącym to nie przeszkadza, że kobieta weszła na ich teren. Wręcz przeciwnie. Początkujące nie zaczynają od prowadzenia. Ja osobiście nie chcę tańczyć z szarpaczami i tangowymi nieudacznikami, a to oni zwykle mają przerośnięte ego albo kompleksy. I niech sobie z nimi zostaną. A ci, którym ze mną dobrze, nie wystraszą się tego, że uczę się prowadzić.

Milongaaa… Beskid Tango Marathon, edycja lato 2019

Prowadzą tylko babochłopy”.

To opinia starszych panów cieszących się życiem, nazywanych przeze mnie dziadami. Czy TU prowadzi babochłop? Nie trzeba szukać zagranicy. Kto widział nasze dziewczyny, Becię i Myszusę, jak tańczą milongę, za taką obrazę walnąłby dziada w pysk. Prawda jest taka, że prowadzenie jest wyzwaniem, które podejmuje coraz więcej dziewczyn wcale NIE z powodu tego, że nie są proszone. Efektem ubocznym oczywiście będzie to, że jak wytrwają, będą z dziewczynami tańczyć i będą w tym lepsze niż dziady. Zwłaszcza że tango damsko-damskie też jednak może mieć flow. Przekonałam się o tym, kiedy któregoś razu muza tak mnie porwała, że ja porwałam Beatkę i było super. Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą przyjemność z prowadzenia.

Piersi.

Kiedyś miałam problem w tańcu z kobietami. No bo jak to tak w bliskim objęciu czuć biust na sobie? Albo mój na niej? W ogóle na początku mojego tanga miałam dużo różnych błędnych przekonań, np. co do wzrostu i masy. Uważałam, ze jak jest za chudy/za gruby/za niski/za wysoki, to jest niewygodny (o tym wspominałam w mojej pierwszej książce pt. „Pasja budzi się nocą”). A to były zwyczajne ograniczenia w mojej głowie! Teraz wiem, ze niewygodnie jest wtedy, kiedy partner/ka się pochyla, kiedy nie ma techniki i kiedy po prostu energetycznie jest z innej bajki. A nie kiedy ma lub nie ma piersi, brzucha czy centymetrów!

Wzrost i waga nie ma nic do rzeczy.

Może poza tym, że człowiek z nadmiarem kilogramów szybciej się męczy, bardziej sapie i dużo mocniej się poci. To, że nie postura ma znaczenie, dotarło do mnie na jednym z festiwali, kiedy bardzo ognistą milongę zatańczyłam z osobą wzrostu najwyżej 155 cm (ja mam 170 + obcasy), wagi może z 50 kg. I była to kobieta!

Zauważyłam, że dużo pań prowadzi w objęciu otwartym.

Pewnie przez wspomniane czucie piersi, które bywa krępujące. Ale nie dla mnie. Ja przestałam na nie zwracać uwagę. Serio. Tango dla mnie ma wtedy sens, kiedy tańczy się blisko (oczywiście zmienne objecie ma swój urok i moc, jeśli umie się je stosować). Zresztą: bliskiego objęcia boi się wiele osób początkujących i wynika to w ogóle z lęku przed fizyczną bliskością. No bo jak to tak, z obcym..?

W tej bliskości jest dla mnie magia tanga.

Jestem introwertyczna (tak, pozory mylą). Nie spoufalam się zbyt szybko i nie mam potrzeby przyjaźnić się z całym światem (czasem go tylko próbuję zbawiać, ale trenuję powstrzymywanie się i coraz lepiej mi to wychodzi). Za to tango znosi wszystkie moje mentalne ograniczenia. Często już po cabeceo wiem, że to będzie TO… Po objęciu… Pierwszym kroku… Mam nadzieję, że jako prowadząca też to będę czuć.

Kłopoty z nawigacją.

Od kiedy próbuję prowadzić, widzę, ilu niby zaawansowanych prowadzących ma kłopoty z nawigacją. A tam: kłopoty. Ni umieją, ot co! Dlatego nie prowadzę na ciasnych milongach, bo mnie wkurzają latający w poprzek jak pijane meteoryty. Jednemu takiemu nie omieszkałam fuknąć na głos: „Gdzie mi tu!”, bo nie dość, że zasuwa z wystawionym łokciem, to rzeźbi w te i wewte w sfatygowaną rozgwiazdę. Ale ronda, jej sens i energia to inny, duży temat. Więc moje próby prowadzenia niestety zdemaskowały w moich oczach wielu tylko niby zaawansowanych. Prawdziwy zaawansowany wie, po co są zasady nawigacji i umie z nich korzystać. I nie ogranicza to czerpania przyjemności z tanga.

Czy prowadzenie rozwija podążanie?

Moim zdaniem to całkiem inna umiejętność. Rozwija o tyle, że pewne ćwiczenia techniczne, jak ocho czy bycie w osi, trenujesz w obydwu rolach. Na pewno dziewczyna, która podąża od wielu lat i uczy się prowadzić, jest cenniejsza dla tej początkującej niż mężczyzna, który niewiele umie. Dlatego podpowiadam paniom: nie szukajcie na siłę partnerów! Rozejrzyjcie się za prowadzącą partnerką.

Koledzy pyta, po co mi TO.

Jest tyle innych aktywności, po co kobieta ma się zabierać za prowadzenie? Ja to traktuję jako profilaktykę antyalzheimerowską, jako nabycie nowej umiejętności, jako wyzwanie rzucone samej sobie (przypomnę: mam zaburzoną lateralizację, nie jestem w stanie nauczyć się prostej choreografii, sekwencja złożona z więcej niż jednego kroku powoduje, że czacha mi dymi jak elektrociepłownia Siekierki w sezonie grzewczym. Jako podążającej mi to nie przeszkadza, ale jako liderka to ja mam ogarnąć, co i jak, więc wyzwanie jest!). Odpowiadam, że dla mnie to trening mózgu, że w tej drugiej roli inaczej współpracuję z moim ciałem. Że będę miała dla panów więcej zmiłowania w sercu… 😄

Władza nad kobietą.

Jedna z koleżanek, która także czasem prowadzi, powiedziała, że to fantastyczne uczucie mieć władzę nad kobietą: robi, co każę. Ja tego tak nie czuję. Dla mnie prowadzenie to odpowiedzialność za komfort partnerki. Myślę o tym, czy jej ze mną nie nudno… czy jest jej wygodnie…

I to jest dla mnie główna różnica w prowadzeniu i podążaniu.

Jako podążająca uczę się po to, żeby partnerowi było ze mną wygodnie i przyjemnie, ale moje nastawienie jest takie: chodź, chłopaku, uczyń mi dobrze 😄

W prowadzeniu to ja chcę dobrze zrobić dziewczynie, z którą tańczę. Tak, zamierzam doskonalić tę sztukę.

Na tej imprezie po raz pierwszy zatańczyłam tandę milong, przy czym każdy utwór z inną dziewczyną i z żadną się nie męczyłam! Dzięki temu na nich zrobiłam wrażenie i mogłam udać, że mam bogatszy repertuar 😄

Powyższy wpis jest pierwszym fragmentem większej całości, którą przygotowuję jako „Tangowe obyczaje, czyli co piszczy w subkulturze tanga argentyńskiego”. Będzie o tym, czy tango to seksowny taniec, czy w tym środowisku się romansuje, czy można nawiązać głębsze relacje, a nie tylko powierzchowne, dlaczego wielu niewiele umie, ale bierze się za uczenie, dlaczego oni nie proszą, a one nie chcą, i wiele więcej 😄 Póki co możesz zamówić u mnie moją pierwszą książkę pt. „Pasja budzi się nocą”, w której zawarłam moje początkowe tangowe doświadczenia oraz wprowadzenie na tangowe salony i do przedsionka tangowych obyczajów 😄

Foto: Dominika Kołodziejska. Modelka: Ela, która ma bardzo miłe objęcie.

P.S. 1.

Dowiedziałam się niedawno, że na jednej z warszawskich imprez naszej tangowej koleżance Dorotce Wandrychowskiej ukradziono moje książki, „Pasję…” i „Przenikanie”. Obie były z osobistymi dedykacjami. Fuj, złodzieju. Za to stracisz o wiele więcej.

P.S. 2

„Diabelskie Tango” 1 i 2, czyli tangowe poradniki, można zamówić u mnie.

Tango w czasie zarazy

Czy TO nas czeka w tangu..?

Ze względu na ochronę mojego starszego taty, podjęłam decyzję, że do końca marca nie będę chodziła na milongi. Nie ze strachu, że ja zachoruję, a z troski, żeby moje tango nie zabiło schorowanego człowieka.

Praktyczne zalecenie dla każdego: pij kilka łyków wody, najlepiej bardzo ciepłej!, co 15 minut. Dlaczego?
Jeśli wirus dostanie się do Twojej jamy ustnej, pita woda (lub inne płyny) spłukują go do żołądka, a tam kwasy trawienne już sobie z nim poradzą.

Badania

Pokazują, że w zamkniętej, klimatyzowanej przestrzeni koronawirus Covid19 może rozprzestrzeniać się nawet na odległość 4,5 m i przetrwać w niej w formie zaerozolizowanej nawet 30 minut. Na gładkich powierzchniach, takich jak.uchwyty, przyciski, blaty, szyby, może nawet w wysokich temperaturach przetrwać kilka dni. Dlatego krytycznie ważne jest jak najczęstsze odkażanie środków zbiorowej komunikacji i wstrzymanie się od zbędnych podróży!

Izrael zarządził przymusową kwarantannę.

Dla wszystkich, którzy przybywają do tego kraju. W Buenos Aires milonga La Parrilla wprowadziła specjalną procedurę (m.in. „alkohol dla wszystkich w barze i łazience” – brzmi ciekawie… Zajrzyj TU koniecznie). U nas marcowy maraton winylowy przeniósł się na 2021 rok, milonga Tu i Teraz odwołała się do 8.04. włącznie. Tango w Królewskim Wilanowie, zaplanowane na 5.04., na razie nie odwołane, ale i oficjalnie jeszcze nie ogłoszone.

Maski zostały wymyślone dla chirurgów, żeby nie infekowali operowanych pacjentów. Zdrowe osoby nie mają powodu, by je nosić na stałe.
Źródło: zasoby internetów.

Bez paniki!

Ale z rozsądkiem. Link do konkretnego artykułu: TU.

Fachowcy mówią, że fala zachorowań wzrośnie. Wszędzie. Wykluwanie się tego świństwa jest długie. Infekcja może przebiegać prawie bezobjawowo – i to jest coś, co ma wpływ na szerzenie się epidemii.

Źródło: zasoby internetów.

Moje przemyślenia są takie:

* Jeżdżę samochodem, więc jestem w grupie mniejszego ryzyka zarażenia/nosicielstwa.

Ale! To jedno słowo zmienia sens wcześniejszego stwierdzenia.

* Tańczę tango, więc jestem w grupie mocno zwiększonego ryzyka. Nawet jeśli wiem, gdzie był/nie był partner, z którym jestem w tańcu fizycznie bardzo blisko, nie wiem, gdzie była jego żona/córka/przyjaciółka, z kim miał styczność w pracy (systemy wentylacyjne w biurowcach to masakra XXI wieku, mówię Wam!) czy autobusie;

* Samolot to najbardziej niebezpieczny środek lokomocji, niezależnie od tego, skąd przylatuje i dokąd leci. To zamknięta puszka. Jak zauważyła koleżanka podróżniczka: ktoś z przodu puści bąka albo sprawdza zapach perfum, a czuć w całym samolocie. Ludzie chodzą do WC. Nie ma bata, by ten sposób podróżowania był bezpieczny zdrowotnie.

I to jest zagrożeniem.

Jeśli nie dla mnie, to dla mojego taty, który jest starszy i schorowany. A każdy z nas przecież ma w swoim bliskim otoczeniu kogoś, kto może nie przeżyć najnowszego modelu infekcji. Nie wiem, czy osoba, z którą tańczę, nie leciała samolotem albo nie była blisko z osobą, która leciała w puszce.

Inicjatywa społeczna pomocy sąsiedzkiej dla seniorów – bezcenna.
Źródło: fejsbukowy „Sok z buraka”.

Nie da się wycofać z życia.

Tango to oczywiście wybór: mogę iść na milongę lub nie, ale już do sklepu nie da się tak całkiem nie chodzić (zakupy przez internet nie załatwią wszystkiego). A nawet jak nie pójdę, to stykam się z osobami, które chodzą. Których dzieci chodzą do szkoły z dziećmi, które ferie spędziły na nartach we Włoszech…

Każdy robi/nie robi, co uważa.

Czasami z niewiedzy. Nieraz głupieje pod wpływem natłoku informacji. Ja postanowiłam tak:

* Odpuszczam imprezy międzynarodowe do połowy kwietnia, te wyjazdowe, ale i krajowe;

* NIE PANIKOWAĆ! Ale myśleć i podejmować decyzje zgodne z moją intuicją;

* Nie chodzić na żadne imprezy, które są organizowane w miejscach z kłopotami wentylacyjnymi. Jeśli znam warunki lokalowe i wiem, że zaproszenie setki ludzi przekracza możliwości danego miejsca, nie dość, że nie pójdę, to dam publiczny wyraz mojej dezaprobaty dla organizacji zbiegowiska ludzkiego w złym miejscu i czasie. Biznes nie może brać góry nad przyzwoitością;

* Brawo! Imprezy tangowe są masowo odwoływane. Ekonomicznie ucierpią nie tylko tangowi organizatorzy, takie życie. Jeśli masz chociaż jedną bliską osobę w grupie ryzyka, że nie przeżyje infekcji, nie narażaj jej. Zawsze można zrobić mini tangową prywatkę, poćwiczyć solo przed lustrem, poczytać książki, choćby „Przenikanie” albo „Pasję…” 🙂

* Wilanów – z decyzją poczekam. Wydarzenie ogłoszę pod koniec tygodnia, ale jak będzie – czas pokaże.

P.S. Wpis Bożeny Przyłuskiej na Facebooku jest najbardziej esencjonalny:

1. Minęły 2 tygodnie od pierwszego zachorowania we Włoszech, a dziś cały Półwysep Apeniński ogłoszono „strefą pomarańczową”. Drastyczne ograniczenie ruchu w całym kraju – tylko dojazd do pracy i szpitala, inaczej tylko w uzasadnionych sytuacjach. Absolutny zakaz poruszania się osób poddanych kwarantannie i z potwierdzonym wirusem.
2. Dzieci i młodzież chorują dużo rzadziej, ale transmitują wirus.
3. Choroba trwale uszkadza płuca, a w niektórych przypadkach, już po wyleczeniu z infekcji, uszkodzenie staje się postępujące…
4. Najbardziej ryzykujesz w zbiorkomie, przedszkolu, szkole, w kinie, teatrze, na koncercie, w sklepach.
5. W temperaturze 4 st wirus może przetrwać na przedmiotach nawet 4 tygodnie (np. lodówka!), w temperaturze ciała (na dłoniach) ok 15 minut.
6. Epidemiolodzy przewidują, że wirus ma potencjał by objąć 50-70% populacji ziemskiej.
Myjcie ręce, dezynfekujcie smartfony, róbcie zakupy przez Internet i jeśli możecie (w obliczu zagrożenia dla życia) siedźcie w domach.
Nie chcę straszyć, dzielę się wiedzą, bo myślę, że też chcecie ją mieć.