UNO VinyLove – Samo Centrum Wszechświata

Miałam napisać jeden post podsumowujący ostatnie imprezy, ale TA zdecydowanie zasługuje na indywidualny wpis. Po pierwsze: w Warszawie TAKA milonga odbyła się po raz pierwszy. Po drugie: po pierwsze wystarczy 🙂 Na początek trochę informacji ogólnych.

Milonga UNO na stałe wpisała się w tangową przestrzeń stolicy.

W rzeczywistości budynek wygląda ładniej 🙂

Miejsce na Chłodnej 29 – „Samo Centrum Wszechświata” – jest klimatyczne i przyjazne. Oczywiście znajdą się ci, dla których jest za ciepło/za ciasno/za jakoś, natomiast fakty są takie:

* przychodzą tu ci, których gdzie indziej rzadko można spotkać;

* NIE MA bałaganu na parkiecie! Tańczący w poprzek zdarzają się rzadko, a ci, których przyuważyłam, to niby tangowi wyjadacze, a jednak tetrycy. O poziomie tanguero nie świadczy ilość machniętych sakad i boleł (hehe…), a umiejętność docenienia tańczenia w rondzie. Dla tych, którzy nie rozumieją, dlaczego lepszy fun niż brykanie w rozgwiazdę daje porządek na parkiecie i że ronda nie jest „ograniczeniem ekspresji”, a właśnie zwiększeniem energetyki – niebawem stworzę osobny wpis;

* pewność DOSKONAŁEJ muzyki. Dorota i Marcin, razem i osobno – grają rewelacyjnie. Nie ma smędolenia, jest zróżnicowana energetyka, jakość dźwięków zawsze świetna. Konstrukcja tand, przerwy pomiędzy utworami i długość cortin są zawsze właściwe. Po warsztatach djskich, które Dorota z Marcinem organizowali, umiem odróżnić dobrze i źle ułożoną i zagraną playlistę, ale pogodziłam się, że ludzie rwą się zarówno do uczenia, jak i do grania – nie mając o tym pojęcia, a jedynie wyobrażenia… Wiem! Ja Wam zagram i Was nauczę! Chyba na cymbałach gry w głuchy telefon…;

* średnia wieku jest zadowalająca dla wszystkich bywalców (nie słyszałam, by ktoś narzekał);

* można uraczyć podniebienie pysznymi drinkami, ciachami i lodami;

* obsługa jest FANTASTYCZNA! Miła, uśmiechnięta, dowcipna 🙂 Pan menadżer jest przystojny, w bardzo odpowiednim wieku, ma dobre gabaryty i diabła w oczach. To wszystko marnowałoby się po próżnicy, ale! Obiecał, że będzie tańczyć! A sposobność nauczenia się nastąpi już niedługo, ponieważ przed środowymi milongami ruszą lekcje pod dowództwem Marcina, czyli połówki Radia Tango Uno. Służby operacyjne mi doniosły, że uczy rewelacyjnie. To dobrze, bo czekam na menadżera na parkiecie…

* parkiet większy niż był U Aktorów, cały posypany talkiem, więc na poślizg nie można narzekać. Dyskretne oświetlenie pomaga stworzyć sympatyczny nastrój, chociaż wiadomo, że ten tworzą (oprócz gospodarzy) ludzie i na milondze UNO dobrze im wychodzi.

Organizacja przestrzeni – jak dla mnie – jest odpowiednia.

W sali do tańczenia się tańczy, a kabeceuje, gawędzi i flirtuje w przestrzeni do relaksu z dobrze zaopatrzonym barem.

Jak frekwencja przyłomocze, co zdarza się coraz częściej, bywa ciasno, ale moim zdaniem lekka atmosfera i powiew świeżości rekompensuje ewentualne zagęszczenie. Można odetchnąć na zewnątrz w kawiarnianym miniogródku. Ci, co chcą ze sobą zatańczyć, odnajdują się bez problemu.

In tuch: „Nie leń się, tylko wbijaj!”

W lato ma być ciepło.

Ja osobiście NIE ZNOSZĘ!!! sztucznie i nadmiernie wyziębionych sal, więc nie znoszę też narzekania, że „jest za gorąco”. NIE MA ZA GORĄCO! Chyba że słońce świeci na głowę w środku lata, ale wtedy wystarczy założyć kapelutek i gotowe. Tu klima jest nieinwazyjna i tylko w przestrzeni barowej. Jak się tańczy, jest ciepło (w sali pootwierane są okna), i dobrze! Polscy panowie, zamiast narzekać na gorąco i kleić się od potu już po pierwszej tandzie, mogliby wziąć przykład z kolegów z południa, gdzie zimno bywa rzadko, a oni są świeżutcy do końca milongi.

Sekret południowców jest prosty.

Idąc na milongę, psikają/smarują antyperspirantem nie tylko pachy, ale czoło, tors i plecy. Dzięki temu przyjemnie z nimi tańczyć nawet w trzeciej godzinie milongi. Ale to inny temat.

UNO VinyLove – WE LOVE IT!

Frekwencja dopisała. Ba! Dowaliła. Miejsce pękało w szwach. Zjechali się ludzie z wielu miast. To świadczy, że stajemy się bardziej świadomi i wyrobieni. Zagranicznych też nie brakowało. Sam sprzęt do odtwarzania płyt robił wrażenie. I to jakie! Zagranie milongi z winyli to nie jest puszczenie playlisty daj Toshiby, to nawet nie jest układanie jej na bieżąco podczas milongi. To ogromne wyzwanie i kawał trudniej roboty. Jakość dźwięku z płyty winylowej od dźwięku cyfrowego odróżnią zapewne jedynie co wprawniejsi słuchacze, dlatego dobrym pomysłem jest zorganizowanie milongi, na której można by zaprezentować dany utwór z winyla i cyfrowy (tak było na końcu tej milongi, ale nie wszyscy doczekali).

Podpytałam o szczegóły techniczne TAKIEGO grania.

* „Non stop pełna uwaga, nawet sobie wypić nie można” 🙂

* płytę się zmienia z kawałka na kawałek, albo Dorota gra dwa utwory, Marcin jeden i cortinę, lub Dorota pierwszy utwór, Marcin drugi z innej płyty, a potem różnie… Najlepiej by było mieć dwie takie same płyty, bo czasem utwór pasujący do tandy jest na drugiej stronie. Do tego odpowiedni anturaż… Dorota zawładnęła wyobraźnią panów, wdziewając do białej sukni białe przylegające rękawiczki… „Winyle nie lubią palców, po których zostają ślady, do których z kolei przylega kurz, ten potem się zapieka pod igłą i słychać trzaski” – stwierdził Marcin, a Dorota: „Kiedy w zrobienie jedzenia wkładamy serce posiłek nie tylko smakuje lepiej, lecz często pojawia się jakaś magia. Kiedy gramy tango, wkładamy w to serce, a szacunek do muzyki ubrany jest w białe rękawiczki”;

* raczej nie ma całej tandy z jednej płyty, bo byłoby nudno (zdaniem Marcina, choć tu były trzy, z przygodami). A jak jest, to dodatkowa trudność, bo trzeba pilnować trafienia w „rowki” 🙂 „Żeby tanda była ciekawa, trzeba z takiej płyty wybrać najlepsze perełki, co się wiąże z tym, że puszczasz najpierw utwór drugi, potem siódmy, następnie odwracasz płytę i puszczasz utwór czwarty, a potem pierwszy. I cały czas trzeba pilnować celowania w „rowki. Ręka nie może drgnąć i trzeba robić to szybko, bo przerwa między utworami powinna wynosić około 4 sek., maksymalnie 7, potem ludzie zaczynają niecierpliwie zerkać w stronę didżeja”;

* „Najlepiej zmieniać płyty co utwór. Jeśli mamy kilka płyt na tandę, jest mniejszy stres i zapewniona płynność”;

* trzeba uważać, by przy dotykaniu płyty igłą mikser był ściszony, bo inaczej rozlega się nieprzyjemny, bardzo głośny zgrzyt i ludzie na parkiecie narażeni są na utratę słuchu. Złe policzenie utworów i nie trafienie w odpowiedni „rowek” skutkuje tym, że w tandzie tang pojawia się milonga…;

* „Zapewniam, że za stołem didżejskim adrenalina jest na najwyższych obrotach”.

Pasja to nie wszystko.

Tu trzeba być zdrowo nawiedzonym, żeby ładować ogrom forsy w podróże do BA, zakup płyt, transport i czyszczenie, a potem jeszcze targać to wszystko (gabaryty pakunków to mniej więcej pojemność bagaży przewożonych dyliżansem na początku XX wieku). Dorota zademonstrowała, jak na co dzień trzeba się z płytami obchodzić. W białych rękawiczkach to mało powiedziane! A ile męskich fantazji tym wzbudziła…

NAJWIĘKSZY, NAJCIĘŻSZY BŁĄD IMPREZY – Edit: NAPRAWIONY!

Okropny. Tragiczny. No bo jak to tak? Wszędzie trąbią, że nie należy dokazywać bez. A tu nikt nie pomyślał o! O czym? No o czym?! Nie o czym, a o kim!!! O fotografie z prawdziwego zdarzenia, z właściwym sprzętem! Który by pstryknął odpowiednie foty, kiedy Dorota w tej sukience i rękawiczkach oddawała się czułym głaskom…

Zdjęcia są! Warto rzucić okiem na ALBUM Agatki.

Za wcześnie wyszłam.

Mam sporo pracy twórczej, więc trochę się szamoczę z uciekającym czasem, a właściwie z sobą samą… Do tego jestem w trakcie żywieniowej rewolucji, co skutkuje np. tym, że zachciewa mi się spać o godzinie 23.00. (kładę to na karb detoksykacji i regeneracji,która następuje właśnie podczas snu). Następnym razem najwyżej zdrzemnę się w ogródku, ale wytrwam!

Czy potrzebna jest większa przestrzeń?

Na milongę UNO moim zdaniem nie, to jest świetne. Na VinyLove – przydałaby się. Z dużo wcześniejszym ogłoszeniem terminu. Myślimy nad miejscem!

A oto garść opinii o tym, co się działo:

* „Genialna akcja! Ekipo Uno – dzięki serdeczne! Przyznam, że do tej pory nie wgłębiałem się w jakość dźwięku ponad: trzeszczy czy nie trzeszczy/dudni czy nie dudni” – Łukasz W.;

* „Magią tchnęły te białe rękawiczki – sterylna laboratoryjna czystość odczuwalna nie tylko słuchem, ale i wzrokiem” – Piotr;.

* „Od dawna jesteście moimi muzycznymi idolami, a z każdą Waszą akcją podziw i wdzięczność rosną” Beata Maia;

* „Te niestandardowe układy tand, te dysocjacje w głośnikach różnych instrumentów MNIAM !!!” – Marcinu (nie, to nie błąd, wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi 🙂 ).

Wypowiedzi entuzjastów zaczerpnęłam z podziękowań pod postem w grupie Milonga Uno. Wypowiedzi Marcina B. są cytatem z krótkiej naszej pogawędki. Szykujemy się do wywiadu, tylko zgramy terminy!

Ania.

P.S. Kto chce moją książkę na wakacje – dla siebie, na prezent, dla tangowych i nie – ostatnie egzemplarze u mnie i w Złotej Milondze!

Niby nietangowo, a jednak! Część 1

Tango to ruch, czasem wielogodzinny. Czyli niby zdrowo. To dlaczego tak wielu z nas ma kłopoty zdrowotne i nieładną sylwetkę? Kiedy zaczynałam tangową przygodę, przez pierwszy rok tańczyłam trzy razy dziennie: na lekcji, praktyce i milondze. Albo na lekcji grupowej, prywatnej i milondze. Byłam albo w drodze na tango, na tangu lub w drodze pomiędzy tangami… Byłam smukła jak trzcinka.

Z czasem ciało przyzwyczaja się do określonego wysiłku.

Napędza się metabolizm. Ale! I to jest słowo, które rujnuje wszystko co jest przed nim! Z czasem zmniejszasz intensywność ruchu, bo „więcej umiesz i już nie musisz uczyć się tak intensywnie”. Albo Twoje treningi są „bardziej skondensowane”, lub „nie masz czasu”. Do tego zaczynasz konsumować różne rzeczy, bo przecież „masz taką figurę”, to „ci wolno”.

Masz taką figurę, dopóki prowadzisz ustalony (wcześniej, ze sobą) tryb życia.
Jak go zmienisz – utyjesz. Jedna z warszawskich nauczycielek była trzcinką, teraz jest rozłożystym dębem. Inna miewała różne etapy, teraz wygląda lepiej niż 10 lat temu. Dramaty losowe mogą znacznie zredukować masę ciała – o ile ktoś, jak ja, jest dramatospalaczem, bo są tacy, co kryzys zajadają w trójnasób. Mnie dobrze robiły miłosne zawirowania, ale chyba już wszystkie przeżyłam i dawno żadne zawirowanie nie zrobiło na mnie wrażenia.

Tłustość jest chora.
Zanim rzucą się na mnie obrońcy rozmiaru XXXL, niech przeczytają ze zrozumieniem:
* nie komentuję estetyki – de gustibus
* NIE ZNAM człowieka z nadwagą, który byłby zdrowy!
* chudość zewnętrzna MOŻE BYĆ tłusta w środku – i o tym napiszę dalej.

Ale po chu…steczkę piszę to TU?
Bo mam dobre serce 🙂 Chciałabym, żebyśmy byli zdrowi i sprawni do późnych lat. Może kogoś zainspiruję do zdrowej zmiany? Można mnie spotkać, obejrzeć, jak wyglądam dziś. Zobaczyć, jak będę wyglądała za dwa miesiące… Mnie toksyny przemiany materii oblepiają równomiernie, ale nagminnie widzi się wystające męskie brzuchy (przy często mikrawym korpusiku), rozdęte damskie talie na cienkich nóżkach… Mogą się komuś podobać, mogą komuś nie przeszkadzać, ale warto mieć świadomość, że NIE są oznaką zdrowia. Są osoby wręcz chude, które sprawiają takie wrażenie, bo nie mają masy mięśniowej, za to tę niezdrową tkankę tłuszczową, z cholesterolem, i owszem.

Są też osoby (dotyczy to pań), które chwalą się, że wszystko jedzą i są szczupłe i zdrowe. Oby. Ale z perspektywy 10 lat mojego tańczenia widzę, że niestety to „wszystko” jednak zawsze wyjdzie, prędzej czy później, w zdrowej oponce hehe…

Tłuszcz jest potrzebny.

Nie można się go całkowicie pozbyć, ale wszystko zależy od proporcji. Warto to sprawdzić. Wczoraj to zrobiłam i… Skład oraz konsystencja mojego ciała nie są dla mnie zadowalające. Generalnie jestem zdrowa. Jakieś tam guzki na tarczycy, czasem łupnie mnie w stawie jednym lub drugim… Cytologia I, ciśnienie w normie, BMI właściwe, czego się czepiać?

Proporcji masy mięśniowej do tłuszczu.

Niektórzy wmawiają innym, że „wiek robi swoje”. Zapewne, jeśli się o siebie nie dba. A ja przez ostatnie kilka lat żyłam, jakby jutra miało nie być. I jakbym miała metabolicznie napędzony organizm jak 10 lat temu. Wystarczy obejrzeć zdjęcia tangowe sprzed 10, 8, 5 lat… Nogi pań często tak samo zgrabne, ale korpus, ramiona, szyja, twarz… Ja też nie jestem taka jak 10 lat temu. I nie będę. Ale toksyn się pozbędę. Postanowione.

Próbowałam… się oszukiwać.

Słuchałam domorosłych specjalistów od diet („najważniejsze są kalorie”, „keto! Tłuszcze górą”, „lody nie tuczą”…), nie umiejących pozbyć się swoich toksycznych złogów. Coś tam ograniczałam, jakąś dietę zamówiłam, suplementy, koktaile, grupa na fejsbuku… Ostatnio pomyślałam o Ewie Chodakowskiej (jej trening chyba by mnie zmiótł z tego świata). Podsumowując: uprawiałam dłubaninę bez nadzoru. I jeśli teraz myślisz, że jakiś nadzór będę chciała Ci sprzedać – to nic z tego. Każdy robi, co uważa.

Odkryłam dla siebie rozwiązanie dostępne na wyciągnięcie ręki.

Tango jest niesamowite dlatego, że mamy w swoim środowisku wszystko i wszystkich. Mamy specjalistów, wynalazców, naukowców. I mamy tanguerę, która jest lekarzem, na dodatek zrobiła doktorat z żywienia leczniczego, a teraz robi habilitację. Nie dość, że ludzi odchudza (bez efektu jojo!), to także leczy – i ma na to stertę badań prowadzonych od 20 lat. Sama wygląda bardzo dobrze, jest reklamą tego, co robi. Nie dowierzam znajomym (lub nie), którzy wciskają drogie kremy albo urządzenia, którymi handlują, a sami wyglądają jak purchawki.

Wracając do zdrowego żywienia – do niedawna słyszałam, że ludzie jeżdżą do dietetyka do Łodzi. Warszawiacy mają na miejscu. Postanowiłam zakończyć latanie z wywieszonym jęzorem za własnymi złudzeniami, tylko wziąć się za siebie, po prostu.

Wszystko zaczyna się w jelitach.

Coraz więcej badań pokazuje, że choroby cywilizacji to dieta napchana złymi kaloriami i uboga w składniki odżywcze. Dlatego w krajach wysoko rozwiniętych ludzie z uboższych środowisk są otyli. „Życie jest za krótkie, żeby sobie odmawiać” (przetworzonych syfów, fastfoodów, chemicznych napojów…) – tylko co to za życie, jak człowiek chory? Ja się uważam za osobę, która poza grzechami generalnie zdrowo się odżywia. Okazuje się, że robię błędy żywieniowe. Mój ukochany zakwas z buraków, który uwielbiam i piję szklankę dziennie, powinnam albo rozcieńczać, albo wypić z litr wody, ponieważ skoncentrowany wcale dobrze mi nie robi…

Depresja, Hashimoto, słabe libido, choroby narządów i wiele innych – leczy się dietą!

Ja postanowiłam zadziałać prewencyjne i wziąć się za sprzątnięcie swojego organizmu, bo go lubię, o! Co wymyśliłam? Ano:

Po pierwsze: poszłam do fachowca. Koniec z domorosłymi eksperymentami. Zerwałam się bladym świtem, o 8.00. – ci, którzy mnie znają, wiedzą, że o tej porze to nawet mój pies nie otwiera oka.

Od początku wykazałam się bohaterstwem! Dostałam skierowanie na komplet badań. Ponieważ nic mi nie dolega, a jednak mam poczucie, że czasem przebadać się trzeba – wcześniejsze skierowanie na badania noszę ze sobą już trzeci rok… Tym razem je zrobię.

Po drugie: dieta. Adios pikantne skrzydełka (5 sztuk – 900 syfiastych kilokalorii), adios Prosecco (nie za duży kieliszek ponad 100 kkal.), adios mleczna czekolado… Z tym magnezem w niej to ściema (ma go tylko prawdziwa, gorzka), za to ponad 500 kkal. jest realna jak diabli. Sama gotować nie mam serca, więc weszłam w program gotowego jedzenia. Ale nie jakiegoś z internetu, o nie! Na konsultacji pani doktor zrobiła mi pomiar parametrów ciała (niedożywienie komórkowe, zatrzymana woda przy odwodnieniu komórek, za dużo tłuszczu, za mało mięśni) i na tej podstawie została dobrana właściwa dla mnie dieta. Dziś zaczęłam. Tyle jedzenia to miałam na tydzień… We właściwej diecie chodzi o to, by jeść.

Po trzecie: trening cardio. Intensywny. 5 x w tygodniu. O matko… Zaczęłam wczoraj. Tak właśnie. Milongi i zajęcia tangowe będą tylko uzupełnieniem. Czy wytrwam? Po to ta moja wypisywanka, żeby głupio mi było, choćby przed Wami…

Trochę o motywacji.

Lubisz amerykańskie poradniki? „Ważna jest motywacja wewnętrzna, a nie zewnętrzna!!!”? To nie czytaj dalej. Każdy ma swój rodzaj motywacji i może ona być zewnętrzna. Na dodatek może się zmieniać. Co ciekawe: rzadko kogo motywuje własne zdrowie, bo mamy tendencję do myślenia magicznego. Ja też. Może dlatego nie choruję? 🙂 Kolega tangowy opowiedział, że zdecydował się odchudzić nie ze względów zdrowotnych, a z powodu wstydu, że przez brzuszydło nie mógł zawiązać butów. Na mnie dobrze działał mężczyzna, jeśli mnie kręcił. Chciałam ładnie w łóżku wyglądać 🙂 Jakoś specjalnie brzydko nie wyglądam, ale mogę ładniej. Zwłaszcza że zależy mi, abym na bardzo ważnej imprezie, która odbędzie się jesienią, wyglądała jak papryczka chili, a nie rozgotowana klucha. To jest moja motywacja. I to, że sukienka koleżanki, która powinna być za duża, okazała się dobra…

Wszystko oceniamy subiektywnie, swój wygląd też. Jedni mają nadmierne kompleksy, inni bez skrępowania wystawiają swe cielesne toksyny. Okropne? Prawdziwe, ale nie będę pisać o stosowności stroju lub jej braku, tylko o motywacji. Sekret tkwi w tym, że jeśli NAPRAWDĘ czegoś chcesz, to żadne amerykańskie zaklęcia Ci niepotrzebne. Jeśli chcesz schudnąć, a wpieprzasz pączki i golonkę – to ściemniasz. Po prostu. Jeśli już chorujesz i chcesz być zdrowy, a jarasz wagon fajek – to ściemniasz. Może masz program energetyczny na chorobę? Może taka karma? Bo tylko na logikę wydaje się, że każdy chce być zdrowy, piękny i bogaty. Nie, nie każdy. Większość ściemnia. Dlaczego? To już inny temat. U mnie ze ściemą KONIEC.