Wszyscy tańczymy tango nuevo!

Agnieszka Stach i Tymoteusz Ley – magnetyczni, magiczni, wyjątkowi… Ale wiem to teraz, kiedy mieliśmy okazję porozmawiać.

Para krakowskich nauczycieli, z którymi znałam się tylko z widzenia. Kobieca intuicja powiedziała mi, że powinnam zrobić z nimi wywiad. Mojej intuicji nie ignoruję i nigdy jej nie odmawiam…

Zapraszam w kolejną tangową podróż, która nie zmieni toru tangowej jazdy, ale – śledzona z uwagą – uzmysłowi, skąd wyruszyliśmy…
i że można wysiąść na następnej stacji… lub ta podróż może nie mieć końca… 

Rozmowa jest autentyczna. Czasem użyte są mocniejsze określenia. Nie ocenzurowałam ich, bo wtedy przekaz z tego spotkania byłby podszyty kreacją, a pod sztucznością nigdy się nie podpisuję. 

Jeśli masz otwartą głowę i serce na zmianę tangowych przekonań co do definicji i różnych stereotypów (niektórych sama bronię heh, ale czasem i oni zmieniają zdanie – po dużych słownych bojach…) – weź głęboki oddech, zarezerwuj ze dwadzieścia minut na przeczytanie całości i… zostaw swoją opinię, chętnie poznam Twoje zdanie…

 


Ania: Ludzie mówią, że…

Tymoteusz: Oho, zaczyna się… Nieźle, nieźle…

Cudownie! Zatem: na mieście jedni mówią, że tańczycie nuevo, a inni – że to było kiedyś, a teraz wcale nie. Więc co tańczycie?

Agnieszka: Na odpowiedzi zatrzymamy się przez najbliższą godzinę.

T.: Twoim zdaniem – kto ma rację?

Mówi się, że racja jest pośrodku. A zacząć należy od tego, że ludzie nie wiedzą, co to jest nuevo i uważają, że jak tańczą do Dżejmsa Bonda, to właśnie jest „to”.

T.: I mamy odpowiedź.

Tak szybko? Miała być godzina…

A.: Na Wikipedii każdy może sprawdzić, co to jest tango nuevo. Stworzyli je Gustavo Naveira, Fabian Salas i później Mariano Chicho Frumboli.

Pokaz w Brzegu

T.: Termin tango nuevo powstał w latach 80. To był ruch stworzony właśnie przez Naveirę i Salasa – oni byli jednymi z pionierów tanga na świecie! Gdy w Argentynie w roku 1983 upadła junta, zaczęto inaczej patrzeć na tango. Pamiętajmy, że za jej czasów oficjalnie nie było tanga, milong, szkół. Niektórzy starsi ludzie jeszcze je tańczyli. Ono nie było zabronione, ale nie było też dobrze widziane, jak za czasów Perona. Jednocześnie wyszło z mody. Młodzi ludzie nie chcieli tańczyć tanga. Więc po tych 30. latach tango w Argentynie praktycznie przestało istnieć, nikt tanga nie uczył. I kiedy nastał na tango boom, ściągano do domów kultury jakichkolwiek nauczycieli: tańczących na scenie, folk lub cokolwiek. I okazało się, że nikt nie umie uczyć tanga.

A.: Nie było metodyki, na bazie której można by uczyć prowadzenia, podążania…

T.: Ale było tango sceniczne. Można to porównać do tego, co u nas za komuny robiło Mazowsze: zakonserwowanie pewnego zjawiska kulturowego w formie scenicznej. Jak zaczęto analizować ruch, okazało się, że musi się pojawić sposób nauczania. I zostało to nazwane tango nuevo, czyli nowe podejście do idei tanga. To nie jest zestaw figur czy kroków, których należy się nauczyć. Prekursorzy nauczania tanga – korzystając ze współczesnej wiedzy kinezjologicznej – zaczęli rozkładać na czynniki pierwsze: ruch, prowadzenie i podążanie, tworząc jednocześnie metodykę nauczania. Wprowadzili pojęcie osi (oś mężczyzny i oś kobiety), systemów (równoległego i skrzyżowanego) i wiele innych. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia – to były proste rozwiązania, ale stworzyły podstawę do tego, by…

A.: … ten taniec był faktycznie tańcem prowadzonym i improwizowanym. I to było wtedy rewolucyjne.

T.: Dziś każdy, kto mówi o projekcji, o osi, jest uczniem Naveiry i Salasa. „Robi” tango nuevo.

A.: To oni nazwali, że jest to nowe tango, nowa era dla tanga, że zaczynamy prowadzić i że nie istnieje żadna umowność w ruchach: nie ma sekwencji, nie ma ośmiu kroków! Nie ma zasady, że jak zacznę krokiem do boku, to muszę skończyć krzyżykiem. W każdym momencie ruch może się zmienić i może się wydarzyć coś niespodziewanego.

Po pokazie w Dubaju

T.: Dla mnie osobiście tango nuevo jest próbą zrozumienia, czym jest tradycyjne tango, ale na współczesny sposób: poprzez współczesną wrażliwość, świadomość ciała i technikę ruchu. Coś, czego w latach 40. nie robiono. Wtedy uczenie odbywało się bardziej na zasadzie naśladowania tego, co pokazuje nauczyciel. Od lat 80. bierzemy to tradycyjne tango – które tak naprawdę niewielu pamięta – na nowo, by stworzyć taniec żywy, improwizowany.

Tango to dla mnie nie tyle taniec, co mowa ciała. Dlatego uważam, że uczymy się tanga nie jak tańca, a właśnie jak języka.

A.: Jeśli się zgodzimy, że tango jest czymś w rodzaju języka, który ewoluuje i się zmienia, to tango nuevo do tego żywego języka dąży: pozostając w formie, nie tworząc nowego tańca (tu oczywiście są ogromne dyskusje, co jest nadal formą) – żeby się rozwijać. Przeciwieństwem tango nuevo jest skansen, czyli dążenie do zachowania dokładnie starej formy.

Na przykład canyenge. Jak łacina.

A.: Wszystkie te spory „polityczno – religijne” dotyczące tanga są tak naprawdę tylko w sferze wyobrażeń, bo nikt starego tanga nie nagrał, nikt go nie pamięta. Dlatego podziwiam za odwagę nauczycieli, którzy mówią, że pokażą takie prawdziwe, stare tradycyjne tango. Skąd oni je wzięli? Gdzie widzieli?

T.: Cała terminologia – jak choćby tango nuevo, (które teraz wyszło z mody) milonguero czy tango salon – to są obecnie wyłącznie nazwy handlowe. Milonguero to jest termin, który powstał w latach 90. Ktoś sobie tak je nazwał, obserwując, jak tańczą dziadki w Buenos Aires. Dzisiaj każdy twierdzi, że tańczy milonguero, bo zrobiło się modne.

Kolacja w Cambridge

No nie! Ja ubolewam, że w Warszawie na milongach prawie nikt tak nie tańczy!

T.: Co to jest milonguero?

Dla mnie: klata do klaty, bliskie objęcie na wprost, nie ma przestrzeni do wierzgania, wszystko dzieje się w nas…

A.: Kto tańczy milonguero? Kto jest jego reprezentantem?

W Warszawie Luiza i Marcelo Almiron.

A.: Nie mówimy o mikrokosmosie. Popatrzmy szerzej. Gdyby chcieć napisać podręcznik o tangu – ludzie uwielbiają tworzyć definicje – to kto byłby prekursorem milonguero?

Chyba rzeczywiście dziadki w Buenos Aires. Z powodu ograniczeń cielesno – zdrowotnych nie będą trzaskać wysokiego boleo, więc tango blisko siebie jest dla nich dobre, zwłaszcza na ograniczonej przestrzeni. Na Enquentro milonguero wierzgaczy potrafią wyprosić z sali.

T.: Przy czym bliskość, otwartość czy zamkniętość objęcia nie ma NIC wspólnego z ilością miejsca na parkiecie. Tak samo dynamika ruchu. Mówię to jako ktoś, kto prowadzi. I jeśli będziemy rozdzielać, czy objęcie jest bliskie czy dalekie – wróćmy do Naveiry, który powiedział w którymś z wywiadów, że ci, którzy próbują dzielić tango na dalekie i bliskie objęcie lub klasyfikować style poprzez objęcie, to tak naprawdę są to ludzie, którzy próbują zatrzymać rozwój tanga.

O?!

T.: W tangu nie ma bliskiego i dalekiego objęcia, to są wyłącznie skróty myślowe. Objęcie się płynnie zmienia, adaptuje, dopasowuje do ruchu i do tego, co się dzieje pomiędzy partnerami. Czyli dzielenie na bliskie i dalekie objęcie to dla Naveiry zawężanie i ograniczanie możliwości, które niesie tango. Tango nawet w swojej klasycznej formie nie było nigdy ograniczone do konkretnego rodzaju objęcia. Tango de salon (z którego wywodzi się tango escenario), które dzisiaj też wygląda inaczej niż w latach 40. – nie zakładało, że tańczy się blisko lub daleko. Objęcie było płynne, zmieniało się. Jak popatrzysz sobie na dziadków w Buenos, którzy tańczą na milondze – choćby w La Baldosa – to oni też mają objęcie zmienne. Oczywiście są tacy, którzy złapią dziewczynę w imadło, wykręcą jej kręgosłup i robią kroczki, bo nic innego nie potrafią. Ale każdy dziadek, który umie, dopasowuje objęcie.

A.: Odwołajmy się do tangowych autorytetów: od co najmniej roku Noelia Hurtado i Carlitos Espinoza, ikony milonguero, tańcząc pokazy dynamizują swój taniec szerokimi sacadami, siłą odśrodkową, regulując objęcie, w zależności od tego, jaki jest moment w muzyce. Niedawno widzieliśmy pokaz Javiera i Moiry w Warszawie – oni również mieli zmienne objęcie, gdzie Javier jest ikoną tango de salon. Skoro największe nazwiska kreują trendy, nie ma co mówić o bliskim czy dalekim objęciu, bo to naprawdę nie jest kryterium. Kwestia objęcia jest kwestią osobistego wyboru, ale z techniką nie ma nic wspólnego.

T.: Na tyle osobistego, że zależy także od partnera/partnerki, z którym/którą się tańczy.

A.: Objęcie jest narzędziem do interpretacji muzyki.

Festiwal Shag on Fire

Zaraz! Jak to: objęcie nie ma nic wspólnego z techniką? Jak dziewczyna nie umie obejmować – uwiesza się na partnerze. Jak on nie umie – to jest potupajka, a nie tango…

A.: Prowadzimy warsztaty w różnych miejscach Europy. Kiedy zaczynamy uczyć bliskiego kontaktu – co nazywamy full kontaktem, bo całą górną częścią ciała do siebie przylegamy – 80% uczestników jest zdziwiona, że nie musimy na sobie leżeć. Uczenie na początku bez kontaktu, a przynajmniej bez nacisku – szlifuje bycie w osi. Jak cię ktoś podpiera, to tak naprawdę nie wiesz, czy stoisz o własnych siłach. Ośmiesza się tę technikę dalekiego kontaktu, sugerując, że jest prostsza. A potem dochodzi do tego, że partnerka przy otwartym ocho się przewraca.

T.: Mamy dwójkę ludzi, którzy szukają swojej drugiej połówki. Spotykają się, zaczynają związek. Jeśli któreś z nich – albo oboje – ma nieprzepracowane problemy, to będą je przenosić na tę drugą osobę – czyli problemy z poprzedniego związku, wynikające z wychowania, wyniesione ze szkoły i tak dalej. Więc nie są w stanie stworzyć harmonijnego, symetrycznego związku, dopóki tych problemów nie przepracują i nie staną się samowystarczalni. Jeśli jedna osoba ma potrzebę uwieszania się na drugiej i nie umie samodzielnie funkcjonować…

…to tej drugiej wysiądą nerwy i kręgosłup.

T.: Jeśli nie jesteśmy w stanie utrzymać własnej równowagi, to nie jesteśmy w stanie tańczyć w objęciu. Bo owszem, w tańcu jesteśmy jednym, ale składamy się z dwóch niezależnych, samowystarczalnych ciał. Jeśli każde z nas ma własną równowagę i umie obrócić się we własnej osi, wtedy możemy stworzyć parę harmonijną w objęciu i nikt na nikim nie będzie wisiał.

Różnie też się definiuje bliskie objęcie.

T.: Niektórzy mówią, że polega ono na sięganiu klatką piersiową, stykaniu się w nachyleniu do siebie. Można tańczyć w apilado, gdzie świadomie tworzymy wspólną oś, chociaż każdy oczywiście ma swoją strukturę. Jest to kwestia artystycznego wyboru i porozumienia. Natomiast jeśli ktoś wychyla się do przodu w pozycji nieanatomicznej, poszukuje wsparcia…

A.: … z wygiętym odcinkiem lędźwiowym…

T.: … to raz, że tego kontaktu mamy tak naprawdę mniej, bo tylko w jednym punkcie, a dwa – taki kontakt na dłuższą metę jest niewygodny, bo przy każdym ruchu, który wymaga chociaż minimalnego otwarcia – tracimy równowagę. Dlatego to, co my proponujemy naszym uczniom, to bliski kontakt, ale każde we własnej osi. Wtedy jest kontakt pogłębiony. To jest inna koncepcja bliskiego objęcia, niż powszechnie funkcjonująca.

A.: Wracając do rozważań na temat nuevo – bardzo znani nauczyciele jeżdżący po Europie, w zależności od tego, dokąd jadą, używają innej nazwy, bo się lepiej sprzedaje.

Wychodzi na to, że wszyscy tańczymy nuevo.

T.: Oczywiście!

A.: Ta nazwa to uproszczenie nie przystające do różnorodności jakości ruchów, jakie prowadzą nauczyciele i technik, jakie proponują. Mam nadzieję, że tango będzie się dzielić jak filozofia, czyli że będą różne nurty pochodzące od nazwisk; że będą uczniowie pochodzący od różnych nauczycieli, którzy rozwijają daną filozofię ruchu. W naszej filozofii ruchu zakładamy, że nie ma żadnej umowności, że partnerka nie idzie, dopóki nie ma impulsu – chyba że sama inicjuje ruch. Partnerzy muszą mieć własną oś, chyba że partner zainicjuje wejście do wspólnej osi. Każdy nauczyciel może nakreślić własną filozofię. Jak się ogląda poszczególne pary, widać, jakiej jakości jakie zestawy ruchów proponują. Ale gdyby zamknąć ten świat w trzech nazwach (czyli milonguero, de salon i nuevo) – szczerze mówiąc: dla mnie to są rozmowy, które przeprowadzają ze sobą ludzie tańczący od miesiąca.

Tak, ale ludzie dopływają, więc chyba warto wielokrotnie wracać do różnych rozmów.

A.: Zwłaszcza że wielu nauczycieli nadal bezrefleksyjnie powtarza stereotypy! Na przykład: „Tak naprawdę nie istnieją style w tangu, ale jak chcesz je wyróżnić, to milonguero to jest bliskie objęcie, nuevo to są wysokie boleo, a de salon to jest elegancja”. Właściwie jeśli mamy edukować koleżankę tańczącą od miesiąca, to trzeba by jej pokazać: trzy największe nazwiska tańczące milonguero, trzy tańczące nuevo i ze trzy de salon. Tylko nie wiem, kogo miałabym jej pokazać…

Są tacy profesjonalni tancerze, którzy mają dużą elastyczność w ciele świetnie radzą sobie z siłą odśrodkową i tańczą np. colgady – więc pytam ich: jak sobie radzisz z tym, że nuevo jest passe? A oni na to, że w kontakcie z organizatorem, po prostu proszą, aby nie pisać w programie, w jakim stylu tańczą.

Wasza szkoła nazywa się Tango nuevo.

A.: Tak, od dziesięciu lat. Jesteśmy więc kojarzeni z tym wyrazem. Jakieś cztery lata temu przekonywałam Tymoteusza, żebyśmy zrezygnowali z tej nazwy, bo odstrasza ludzi.

Szkoła w Krakowie. Moim zdaniem zdjęcie fatalne (takie dali rozmówcy), bo TO miejsce jest niesamowite…

W Polsce mówi się, że Kraków to nułewo.

A.: Zapraszamy Polskę do Krakowa! A co do nazwy – Tymoteusz przekonał mnie, że możemy być jak ugrupowanie polityczne i zmieniać nazwę w zależności od mody, żeby się przypodobać, albo możemy być konsekwentni i spójni z filozofią, którą rozwijamy. Mamy nadzieję, że ta nasza droga po wyznaczonej ścieżce z czasem będzie doceniona.

Odbieram to tak, że w Waszej filozofii jest wszystko.

T.: Taka jest idea.

Warto obalić kolejny mit: mówi się, że nuevo jest przestrzenne, potrzebuje dużo miejsca na wierzganki.

A.: Dlatego zapraszamy Polskę do Krakowa, który także ma miejsca milongowe o małej przestrzeni, mocno przytulaśne. Zobaczcie, jak tańczymy my czy nasi uczniowie. Naprawdę można wykonać wysokie boleo w tłumie, które się zawiera w obrębie naszej pary. Szkoda jest obcinać sobie ekspresję, ponieważ wszyscy jesteśmy artystami i dostając muzykę, chcemy ją interpretować.

Pokaz w Rzymie

Namawiasz do wysokiego boleo, a najczęściej niskim też robią otoczeniu krzywdę.

A.: Niewielu nauczycieli umie nauczyć wysokiego boleo nie wychodzącego poza daną parę. Łatwiej jest zabronić niż nauczyć.

T.: Z tańczeniem na milongach jest jak z jeżdżeniem po ulicach. Można by powiedzieć, że powinno się zabronić silników powyżej dwóch litrów i jakiejś tam mocy, bo takie samochody mają zbyt duże przyspieszenie i mogą rozwijać zbyt duże prędkości. Ale są przepisy i człowiek sam się do nich adaptuje. Jeśli masz mocny samochód, to nie znaczy, że zaraz kogoś przejedziesz. Takim samochodem, kiedy jest miejsce, możesz wykonać szybką akcję, nie powodując zagrożenia i nie przekraczając dozwolonej prędkości. Podobnie jest na milondze. Jeśli się tańczy umiejętnie – pamiętając, że są rzeczy wyłącznie sceniczne, typu podniesienia czy przestrzenne planea – wiele rzeczy można wykonać kompaktowo. Mając umiejętności i świadomość przestrzeni wokół siebie, można z nich korzystać także na zatłoczonej milondze. Jeśłi para przede mną robi krok do przodu, to zwalnia mi przestrzeń, którą mogę wykorzystać, ona jest już moja.

A.: Na pewno warto powtarzać: nie wykonuj na milondze, dopóki się nie nauczysz. Jak się pojedzie na świetny europejski maraton, na którym jest wyselekcjonowana grupa nauczycielska, to tam odchodzą takie rzeczy… jest taka dynamika… takie gancha i bolea… Wszyscy naparzają!

No i teraz u nas pan Henio z panią Krysią zaczną naparzać w szerz i wzdłuż… Bezrefleksyjnie i bez świadomości, że stanowią zagrożenie dla siebie i innych…

T.: Tam naparzanie jest możliwe, ponieważ wszyscy mają kontrolę nad tym, co się dzieje dookoła. Taniec na milondze nie jest tańcem tylko z partnerką, ale także ze wszystkimi innymi. To jest porozumienie z innymi tancerzami – tak jak jazda samochodem po ulicy.

Pokaz w New Jersey

Na zwykłych milongach niestety rzadko to umieją. Raczej jeżdżą jak w Kairze, tyle że bardziej kolizyjnie. Za sadzenie przez prowadzącego kroków do tyłu wlepiałabym mandaty, za ustawienie partnerki w odwrotnym kierunku i wprowadzenie jej na parę z tyłu – wywalałabym z milongi.

T.: Możliwość a umiejętność to są dwie rzeczy. W Rzymie jeżdżą jak chcą, a nie widziałem żadnego wypadku. Jeżdżą na ścisk. Ale każdy patrzy dookoła, robi cabeceo, wpuszczają się nawzajem. Nie czekają na światła, jadą – ale mają takie wyczucie tego, co się dzieje dookoła, że nie ma kolizji. To wyrabia umiejętność jazdy. Tak samo tańczenie w tłumie dobrych tancerzy, którzy interpretują muzykę, to jest tańczenie z całym tłumem. Jeśli leci D’Arienzo i cała sala się porusza, to chociaż nie mam pół metra miejsca przed sobą, to wiem, że para przede mną będzie się dynamicznie przemieszczać, więc ja też będę się dynamicznie przemieszczać. Najgorzej jest na maratonach, na których cały tłum stoi i wszyscy dziubdziają kroczki w miejscu. I wtedy niewiele można zrobić.

Nie ma przepływu energii. 

A.: Kiedy naszych uczniów uczymy tańczyć boleo – mniej więcej po ośmiu miesiącach – zamykamy ich na bardzo małej przestrzeni i uczą się robić je tak, żeby nie zahaczyć o inną parę i robić je w obrębie własnego objęcia. Ćwiczą boleo przy ścianie, żeby nie kopnąć ani ściany, ani siebie. Są sposoby, które dyscyplinują.

Chorwacja

Zapraszacie Polskę do Krakowa – a będziecie z Polską tańczyć?

A.: Oczywiście! Ja tańczę.

Mówią, że Warszawa nie tańczy i że Kraków też nie tańczy.

T.: Każde środowisko może mieć taką łatkę, zależy czyimi oczami jest oglądane.

A.: Ludzie, którzy przychodzą na milongę, są dla mnie grupą prawdziwych przyjaciół. To nie są przypadkowi ludzie, którzy przyszli „po swoje”, czyli wytańczyć swoje tandy, tylko naprawdę się cieszą spędzając wspólnie czas. Ci ludzie się wspierają w zwykłym życiu: pomagają sobie w przeprowadzkach, szukaniu pracy… Kiedy spotykają się na milondze, dużo ze sobą rozmawiają, piją przy barze, spędzają ze sobą czas. I nieraz po prostu brakuje im percepcji, żeby zauważyć, że jest ktoś z zewnątrz. Co innego na milondze, na której ludzie są anonimowi. Wtedy nie ma zamkniętych enklaw, które zresztą nie wynikają ze złej woli, tylko z radości, że jesteś w gronie przyjaciół.

T.: W Warszawie milongi mają inny charakter. Nie są traktowane jak praktyki. Najczęściej są ustawione krzesełka wokół sali, siedzą na nich samotne dziewczyny, przychodzą samotni faceci, robią sobie cabeceo, tańczą, schodzą z parkietu i ze sobą nie rozmawiają. W Krakowie jest inaczej. Przychodzisz, rozmawiasz z ludźmi, jesteś blisko. Każda osoba coś do imprezy wnosi. Jak ktoś przyjdzie z zewnątrz, to rzeczywiście mało ciekawie to dla niego wygląda.

A.: A jeszcze jak usiądzie w rogu na krzesełku…

T.: I liczy na to, że z dwudziestu metrów zostanie poproszony… To tak się nie stanie. Jak ktoś siada w rogu, to znaczy, że nie chce tańczyć.

A.: A jak ktoś gada przy barze, to znaczy, że będzie tańczył cały czas. Taniec się dzieje przez wątek towarzyski, który nie jest dodatkiem do tanga, tylko jest kluczowy, nierozerwalny. W Krakowie zwykle jest miejsce do spędzania czasu poza parkietem. Nie ma miejsc, gdzie nie byłoby baru; gdzie wszyscy siedzą smutni na krzesełkach i czekają, aż ktoś poprosi. Ludzie oczekują, że milonga to będzie impreza. Jeśli ktoś jest nieśmiały i ucieka w kąt – będzie mu trudno.

Tango Challenge 3

Wasza szkoła uczy według zasad, które Ty wprowadziłeś i wszyscy instruktorzy stosują Twoją metodologię.

T.: Tak.

Biorąc pod uwagę poziom tanga w Krakowie – to chyba dobre posunięcie.

A.: Mam nadzieję, że przeczytają to wszyscy krakusi i przestaną wygadywać, że u nas jest niski poziom.

W Warszawie się mówi, że w Krakowie jest wyższy poziom niż u nas!

A.: Bo to jest „efekt zagranicy”.

Mało tego! Od 9 lat mam takiego tangowego znajomego, z którym osobiście rozmawiałam raz (kiedy na andrzejkowej milondze robiłam za Cygankę i kładłam karty – tak, robię to okazjonalnie), ale czasem gawędzimy przez messengera. I napisał, że Warszawa to geriatria, a on nie toleruje starych bab w tangu i w życiu (nie czepiać się, dziewczyny! Ma do tego prawo, chociaż sam już zbliża się w stronę dziada…), dlatego lubi jeździć do Krakowa, bo u Was młodość i świeżość. Czyli Kraków zrobił coś, co w Warszawie jest albo niemożliwe, albo nikt tego nie umie zrobić: tańczą u was młodzi ludzie. Czy to efekt kampanii „Taniec – męska rzecz”? Kontynuujecie tę akcję?

T.: Na razie nie.

To CO?! takiego zrobiliście, że tańczą młodzi?

T.: Młodzi nauczyciele.

A.: To jest moja odpowiedź!

T.: Ludzie przyciągają podobnych sobie.

A.: Ania – masz młodą piękną córkę. Żeby zaczęła tańczyć musiałabyś ją zaprowadzić do takiej pary nauczycielskiej, gdzie popatrzyłaby na nauczycielkę i powiedziała: „Marzę, żeby być jak ona…”. Czyli muszą być podobne wiekiem w granicach dziesięciu lat. Utożsami się i powie: „Tak, chcę taka być”. W przeciwnym razie przyjdzie na milongę i stwierdzi: „To jest ładne i sympatyczne, ale raczej dla mojej mamy”.

Nie przeprowadzacie się do Warszawy? Chętnie bym ją do Was wysłała. Bo póki co uważa, że tango to najbrzydszy taniec na świecie. Chodziła ze mną na popołudniowe milongi,które organizowałam, i twierdziła: „Giboczecie się koślawo, miny macie jak zombie, lepiej byście się wzięli za hip-hop”…

T.: Też się zbieram, żeby zapisać się na hip-hop, ale nie wiem, czy mi wystarczy czasu. Młodzi nauczyciele to jedna rzecz, a druga – atmosfera na milongach. Jeśli chcesz się bawić ze znajomymi lub poznawać nowych ludzi i z nimi dobrze się bawić, to nie możesz przyjść na milongę, na której smutni ludzie siedzą dookoła albo małe grupki małżeństw ze sobą rozmawiają…

A.: …kobiety w wieczorowych sukniach…

T.: … patrzą na swoich mężczyzn, żeby za bardzo z innymi nie tańczyli… bo jak zatańczy dwie tandy, to będzie awantura…

A.: A z dwudziestolatką? Awantura w domu gwarantowana.

Czasem do domu się nie wytrzyma…

T.: Taka atmosfera nie kojarzy się z imprezą. Powinnaś móc przyjść na milongę, żeby się spotkać z ludźmi, wygłupiać się, tańczyć, pić, czyli robić to, co się robi na imprezie – tylko dużo lepiej, bo umiesz tańczyć.

W Warszawie jest sporo młodych, ładnych dziewczyn nieźle tańczących. Natomiast brakuje fajnych młodych pachnących dobrze tańczących chłopaków… chodzących na milongi.

A.: A czy to nie jest tak, że Warszawa się trochę odmłodziła? Patrzę po naszych warsztatach, gdzie średnia wieku to pewnie 35 lat.

W takim razie nie chodzą na milongi.

T.: Ludzie potrzebują przykładu. Jak przyjdziesz na milongę i zobaczysz ludzi, którzy świetnie tańczą i wyglądają, to chcesz być jak oni. Jeśli na milondze nie widzisz fajnie tańczących i wyglądających młodych ludzi, to nie masz tam czego szukać.

Z panami to jest w ogóle utrapienie. Na milondze, którą raz w miesiącu organizuję w Wilanowie (a jest to impreza dla ludu – bo jest lekcja kroku, i dla naszych – bo dobry parkiet i TDJ), zawsze pytam, kto jest po raz pierwszy, a kto po raz kolejny. I była para po raz czwarty. Obejrzeli pokaz, wzięli po raz właśnie czwarty udział w lekcji kroku, próbowali potem w trakcie milongi na parkiecie. Powiedzieli, że podoba im się bardzo. Pan dodał, że ma coraz większego focha. Pytam: dlaczego? Odpowiedź: „Bo ja bym chciał już umieć”. Myślę, że wielu panów zapomina, że żeby wyjąć, trzeba włożyć…

A.: Tango jest baaardzo męskim tańcem i tylko ci prawdziwi mężczyźni zostają.

T.: W Krakowie przez półtora roku mieliśmy kryzys, bo było za mało dziewczyn: na zajęciach, na praktykach… Nie tylko w naszej szkole. Rozmawialiśmy z innymi nauczycielami i u nich było to samo. Bywały takie praktyki, że przychodziło dwa razy więcej facetów niż kobiet. Czekali i wyrywali sobie te dziewczyny.

Lekcja dotyku – Tango Challenge

Niech ćwiczy jeden z drugim.

A.: Po szóstej praktyce przestaje to być zabawne.

T.: Oni ćwiczą, żeby tańczyć z dziewczynami. Chodzą pięć razy w tygodniu…

Niech przyjeżdżają na milongi do Warszawy.

T.: … i się frustrują. My tutaj mamy inne doświadczenie. Takie, że mamy facetów, którzy intensywnie trenują i mają problem ze znalezieniem partnerki, która chciałaby tak intensywnie trenować.

Krąży mit, że kobieta o wiele szybciej się uczy i potrzebuje mniej czasu, by tańczyć dobrze.

T.: Bzdura.

Tango Challenge 2

Zgadzam się, że to bzdura, bo jest to kwestia jakości. Co z tego, że jej się wydaje. Na pewnym etapie uważa, że „już nie musi”.

T.: Problem jest taki, że jak dziewczyna poćwiczy parę miesięcy, pojedzie na maraton, jest ładna – proszą ją wszyscy ci, którym się podoba. A ona zaczyna być przeświadczona, że świetnie tańczy. I przestaje się uczyć. Od tego momentu nie jest w stanie zweryfikować, ile umie, bo dobry partner dopasuje swoją interpretację do jej możliwości i nie poprowadzi czegoś, co wyjdzie poza jej strefę komfortu. A ona uważa, że skoro wszystko tańczy, to umie.

A.: Kobiety myślą, że o poziomie ich tańca świadczy to, jak często są proszone.

T.: To jest bzdura.

A.: Prawda jest dużo bardziej łóżkowa niż jakościowa.

T.: Natomiast facet konfrontuje się z twardą prawdą: przychodzi na milongę, wydaje mu się, że umie, a tu tańczy z jedną – drugą – trzecią partnerką i okazuje się, że nie umie. Albo przynajmniej umie mniej, niż mu się wydawało. Tak więc facet cały czas rewiduje swoje wyobrażenia na własny temat. Oczywiście są betony, które uważają, że „to” wina dziewczyny… Należałoby ich wysłać na terapię. Każdy zdrowy facet, jeśli prowadzi jedną czy drugą partnerkę i mu nie wychodzi, powinien przyjąć, że „wina” jest po jego stronie.

Myślicie o tym, żeby zrobić masterclass dla nauczycieli?

T.: Robimy.

A.: Dwa razy w roku robimy warsztaty Tango chalange. Rekrutacja polega na tym, że trzeba wysłać film prezentujący swój taniec, i w zależności od tego dostajesz się do grupy średnio zaawansowanej lub zaawansowanej. Zdarzały nam się turnusy, gdzie byli nauczyciele z różnych stron, młoda gwardia. My się nie boimy dzielić wiedzą. Natomiast warto, żeby uczeń miał pokorę i umiał powiedzieć: tak, temu nauczycielowi zawdzięczam to i to.

T.: Co nie jest łatwe, bo kiedy ktoś staje się nauczycielem, często zachowuje pozór przed widownią i nie chce być nakryty, że się u kogoś uczy, skoro „umie”.

A.: Nasi uczniowie się dziwią: „To wy trenujecie?!”. Co za pytanie!

T.: Jak przyjeżdżają nasi nauczyciele lub tacy, którzy nas zainteresują, idziemy na warsztaty i na te same wysyłamy naszych uczniów. Dla nas nie jest problemem ćwiczenie obok naszych uczniów. Wielu nauczycieli nie ma takiej otwartości i myśli, że to im umniejszy.

A.: A jest odwrotnie. W naszej szkole organizujemy praktyki i zdarza się, że jak nie mamy czasu potrenować w ciągu dnia, ćwiczymy ze wszystkimi. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku: każdy próbuje wskoczyć oczko wyżej w tym swoim tangu.

Wieliczka, Krakus Aires

Nie każdy, niestety. Ja mam taką teorię – nie popartą badaniami, tylko obserwacją – że 70% nie ma potrzeby iść dalej. Kończy dawne gimnazjum – obecną podstawówkę – i to wystarczy…

T.: Jest coś takiego jak krzywa uczenia się. Jest wzrost – czyli przyjmujemy wiedzę, potem następuje lekki spadek i docieramy do plateau – czyli ćwiczysz i ćwiczysz, a masz wrażenie,że nie posuwasz się do przodu. A to jest moment, w którym umysł nieświadomy przepracowuje tę wiedzę, którą świadomie nabywałaś. Kiedy plateau się kończy, znowu następuje wzrost. Świadomie nabywane umiejętności stały się nieświadomymi i mózg znowu jest gotowy, żeby przyjmować nową wiedzę.

A.: Ten wzrost bierze się z przetwarzania. Skąd się bierze to, że kiedy jedziesz na maraton czy milongę, czujesz efekt wow… Dostajesz skrzydeł. Masz wrażenie, że zrozumiałaś to, co ćwiczyłaś przez ostatni miesiące.

Ja niektóre rzeczy zrozumiałam po trzech latach, są takie, które dotarły po dziewięciu, a dużo jeszcze przede mną.

T.: Krzywa uczenia się to powtarzające się: wzrost, lekki spadek, plateau. Ludzie dzielą się na trzy grupy. Pierwsza: idą krzywą mistrzowską, czyli przechodzą plateau i idą dalej. Wytrzymują, choć jest to frustrujące.

A.: Podczas plateau wciąż ćwiczą, nie przestają.

T.: Druga grupa to amatorzy. Docierają do plateau – u różnych ludzi występuje to w różnym czasie – i widząc, że pomimo ćwiczenia nie ma wzrostu – odpuszczają. Racjonalizują to sobie: „A właściwie to ja już umiem wszystko, co chciałem”. To jest racjonalizacja, bo tak naprawdę każdy chce być lepszy. Trzecia grupa to frustraci. Kiedy dochodzą do plateau, zaczynają się wściekać, ciskać, przećwiczać, w końcu rezygnują.

A.: To taki typ, co wydaje mnóstwo pieniędzy na warsztaty, jeździ do wszystkich jak szalony…

T.: I w końcu odpuszcza.

A.: Mówi: „Spróbowałem już wszystkiego”.

T.: Frustracja go zżera. Dlatego jest ważne uświadomienie sobie, że krzywa nauki zawsze przebiega w ten sposób.

No więc – moim zdaniem – w Warszawie 70% zostaje na pierwszym plateau. Gdzie indziej – nie wiem.

T.: To jest kwestia nauczycieli i tego, w jaki sposób motywują uczniów. Jeśli nauczyciel ma coś do zaproponowania, to uczniowie będą widzieli w tym wartość i zostaną, by uczyć się dalej. Natomiast jeśli nauczyciel pokazuje figury, a człowiek je ciągle powtarza, aż w końcu przestają mu wychodzić i on nie widzi powodu, dla którego miałby robić je dalej – to przestaje się uczyć. Moim zdaniem to nie jest wyłącznie „wina” uczniów. Ważne jest uświadomienie sobie tego, że uczenie się to nie jest tylko wzrost i że to nie jest tak, że codziennie poznam nową figurkę.

Lud chce figur! Machać nogami! Co zamiast tego?

T.: Uczenie się tanga to jest także mierzenie się z własnymi słabościami, z wyobrażeniami na własny temat… Czasem trzeba sobie powiedzieć w twarz: nie jestem tak zajebisty, jak mi się wydawało, ale jak się wezmę do roboty, to będę lepszy. Z drugiej strony to jest rola nauczyciela, który powinien umieć zmotywować ucznia i umieć pokazać mu, jaka przed nim może być droga, do czego może zmierzać.

A.: Uważam, że dobrego nauczyciela cechuje empatia. Musisz wyłapać, gdy ktoś jest w kryzysie i upewnić go, że idzie we właściwym kierunku; zachęcić, by utrzymał to tempo i zapewnić, że wtedy dojdzie tam, dokąd chce. Najważniejsze jest zaufanie. Jeśli uczeń ci ufa, to przetrzyma, bo wie, że ty monitorujesz jego postęp. Jeżeli zakłada, że robisz to dla kasy…

T.: Jeżeli ma wątpliwości, czy to, co proponujesz, ma wartość…

A.: Musi ci ufać w 100%.

T.: Tak mówimy, ale zdarza się, że sami nie dostrzegamy, że uczeń wchodzi w kryzys, bo łatwo to przeoczyć. Staramy się podchodzić indywidualnie…

A.: … myślimy, że on wciąż potrzebuje motywacji, więc ciśniemy…

T.: A on odpada.

A.: Wtedy jest żal: straciliśmy człowieka! A był taki świetny…

T.: Mamy świadomość tego, jak powinno być, ale sami nie zawsze dajemy radę.

Filharmonia Bałtycka

Cała trudność polega na tym – jak w wychowywaniu dzieci: na jedno działa to, na drugie co innego. Dwoje dzieci z jednych rodziców potrafi iść zupełnie inną drogą, mieć inne wartości i inne motywatory. A rodzice się dziwią: z jednego domu, tak samo wychowywane, a jedno w prawo, drugie w lewo… No właśnie dlatego, że nie można jednej miarki przykładać do wszystkich. Trudność nauczycielska na zajęciach grupowych jest taka, że każdy ma swoje tempo, swoją percepcję…

A.: Na dodatek na zajęciach grupowych ludzie się ze sobą porównują. My mamy takie grupy, gdzie ludzie są ze sobą rok czy dwa, wspierają się nawzajem. Gdy jednak widzą, że ktoś robi szybciej postępy niż inni, zaczynają myśleć: „To ja się nie nadaję…”. Nie znają skali świata i nie wiedzą, że w tej skali są świetni.

Ja mam pewne przypadłości natury biologicznej, że mój mózg trochę inaczej pracuje, na przykład nie porównuje mnie z innymi. Oczywiście ja bym chciała tak tańczyć jak Ty, ale wiem, że po pierwsze za późno zaczęłam, po drugie nie jestem zdolna ruchowo. Jednak cały czas pracuję. W swoim tempie, ale nieustannie. Dopiero po trzech latach doszłam do tego, co to znaczy pracować z podłogą.

T.: A ty myślisz, że ja po ilu latach do tego doszedłem? A byłem zdolny ruchowo.

W pierwszych dwóch latach mojego tańczenia nastawiłam się na naukę na maksa, ale nie lubiłam tego. Teraz, po dziewięciu latach, stwierdzam, że ćwiczenia techniczne sprawiają mi przyjemność. Odpalam Radio Tango Uno i przed lustrem nasuwam pół godzinki co drugi dzień… Nie interesuje mnie nauka figur. Chodzę na streching, żeby rozciągnąć ciało…

Tango na Rynku 

T.: Czyli nastawiłaś się na proces. A to jest najważniejsze: w uczeniu nastawić się na proces, a nie na efekt. Czyli doprowadzasz do tego, że proces sam w sobie jest dla ciebie nagrodą.

Doszłam do tego dopiero po takim czasie. Przebłyski miałam ze dwa lata temu, że trenowanie techniki jest fajne. Robiłam to, ale bez lubienia. Dopiero teraz do tego dojrzałam, że skupienie się na technice jest podstawą przyjemnościowego rozwoju – niezależnie od wieku. I to, że nigdy nie będę tańczyć jak Agnieszka Stach, nie odbiera mi sensu moich przemyśleń heh.

T.: Były robione badania odnośnie kompetencji – przy okazji głupiego napadu na bank. Okazuje się, że im mniej umiejętności, tym wyższe poczucie kompetencji, a im bardziej umiejętności zbliżają się do poziomu eksperckiego, tym mniejsze poczucie kompetencji.

Nauczycieli w tangu jest wysyp. Byle łamaga – głównie panowie – bierze się za uczenie.

T.: Początek często wiąże się z poczuciem samozajebistości.

No! Po pierwszej lekcji uważałam, że jestem świetna i mogę machać nogami – chociaż tego nie przerabialiśmy, ale widziałam na You Tube…

T.: Nie wszyscy, ale znacząca część rozpoczynających naukę to ma. To jest nawet fajne, bo napędza chęć uczenia się. Gdyby tego nie było, po dwóch dniach rzucałabyś wszystko, czego zaczęłaś się uczyć. A tak po tygodniu czujesz się ekspertem. Potem okazuje się, że jednak wiele nie umiesz, a z czasem zastanawiasz się, czy umiesz cokolwiek…

Czyli pierwsze plateau.

T.: Tak. I warto powiedzieć, że paradoksalnie osoby zdolne ruchowo są w gorszej sytuacji niż te, które nie mają wyraźnego talentu motorycznego. Korzystając z teorii inteligencji wielorakich nazwijmy talent ruchowy wiodącą inteligencją kinestetyczną. Rzeczywiście ona pomaga mi w dziedzinie ruchowej – przyjmijmy, że jest to tango – ale tak naprawdę na samym starcie. Szybko się uczę, robię większe postępy niż inni. Do pierwszego plateau. Potem krzywa uczenia się jest taka sama jak u innych. Najgorsze u ludzi uzdolnionych ruchowo jest to – a ja byłem taką osobą, więc wiem, jak to wygląda – że jak nadchodzi pierwszy kryzys, to nie jesteś na niego przygotowana, bo jesteś przyzwyczajona, że zawsze wszystko ci wychodzi.

A.: Również się zgłaszam. Tak miałam.

T.: Nie jesteś przyzwyczajona do wzmożonej pracy. Przy pierwszym plateau rezygnujesz. „To mi się już znudziło”. Nauczysz się trochę piłki nożnej…

A.: … troszkę pływania, troszkę windserfingu…

T.: … i tak naprawdę niczego nie robisz dobrze. Zmierzenie się z plateau i z tym, że teraz musisz uczyć się tak jak wszyscy pozostali, jest bardzo trudne. Osoby, które nie są jakoś wyjątkowo uzdolnione motorycznie, wiedzą, że muszą pracować, żeby coś osiągnąć. Idą swoim tempem i często wyprzedzają te, które uważano za bardziej uzdolnione. Wszyscy znamy takie osoby, które na początku szybko się rozwijały, a potem się zatrzymały. I najczęściej już ich nie widać na milongach.

Wszystko też zależy od tego, z jakim kto przychodzi podejściem. Często ludzie nie mają świadomości, że tango to takie trochę bardzo co innego. Że to jest jak nauka języka, a nie salsy. Ze względu na moją lateralizację nie jestem w stanie zapamiętać żadnej choreografii, a tu jestem prowadzona, czytam partnera, rozmawiam z nim moim ciałem. A że jestem muzykalna – uznałam: to jest to! Aktywność fizyczna z facetem do muzyki – wszystko, czego potrzebuję. Miewam swoje plateau, ale jestem od nich wytrwalsza. Ono potrafi dopaść w różnych sytuacjach. Opowiadała mi Ania P., jak w trakcie festiwalowego koncertu nagle dopadła ją myśl, że tango nie ma sensu…

A.: Tak bywa. Czasem pytam Tymoteusza, kiedy wraca z milongi, na której był sam: jak było? A on mi na to: „Kurwa, nie umiem tańczyć…”. I mówi poważnie, to nie jest kokieteria.

T.: Zdaję sobie sprawę z tego, że to chwilowe, że jest plateau, a mimo wszystko…

A.: To jest taki ból dupy…

T.: … przychodzę i mówię: ja się do tego nie nadaję…

Mam nadzieję, że te informacje zmotywują ludzi do tego, żeby chcieli czegoś więcej… Żeby nie racjonalizowali sobie braku rozwoju tym, że „to tylko zabawa”, „nie bądźmy zbyt poważni”, „po co ten wyścig i wymyślanie cudów na kiju”. A to nie o te cuda chodzi. Dla mnie tango jest narzędziem wszelakiego rozwoju: osobistego, fizycznego, muzycznego… Aż mi szkoda, że inni się zubażają, pozostając na etapie polki-galopki…

A.: Jeśli znajdzie się nauczyciel, który przemyca naukę jak zabawę, to wszystko przejdzie.

Nie każdy nauczyciel do każdego trafi.

A.: Musi być chemia. Żeby uczeń miał poczucie: to jest mój człowiek.

Lekcja na plaży Tango Challenge

Są różne strategie. Jedni trzymają się jednego nauczyciela przez wieki, inni mają zajęcia pięć razy w tygodniu, za każdym razem z innym nauczycielem. Moim zdaniem jedno i drugie…

T.: … ma sens.

jest bez sensu. Latanie od nauczyciela do nauczyciela w początkowej fazie nauczania ma sens?!

T.: Każdy ma inne predyspozycje, nie można wszystkich traktować tak samo – jak z dziećmi.

A.: Ja na przykład jestem lingwistyczna, przyswajam wiedzę poprzez słowa. Pójdę do czterech różnych nauczycieli i każdy wytłumaczy mi innymi słowami, jak się robi dysocjację, jak się odbijać z podłogi. Najprawdopodobniej skorzystam więcej, niż u jednego nauczyciela. Chyba że trafiłabym na takiego, który umiałby tłumaczyć w bardzo kwiecisty sposób i korzystałby z wielu metafor.

Ja osobiście nie znam nikogo bardzo dobrze tańczącego, kto w pierwszym roku eksperymentował hurtowo z nauczycielami.

T.: Ja.

Ty byłeś zdolny ruchowo.

T.: To nie ma nic wspólnego.

Moim zdaniem ma. Można sobie nieźle w głowie namieszać.

T.: Moim zdaniem chodzi o autorytet zewnętrzny i wewnętrzny. Jeśli masz silnie rozbudowany autorytet zewnętrzny, to zaufasz jednemu nauczycielowi i od początku do końca chcesz się nauczyć tego, co ma on do zaproponowania. Jeśli jesteś osobą o autorytecie wewnętrznym to również możesz uczyć się w ten sposób, wcześniej jednak próbujesz wielu możliwości, poddajesz je krytyce i wybierasz te, które twój wewnętrzny autorytet zaakceptuje jako twoje.

A.: I chcesz sama sobie stworzyć swoją całość.

Technika dla kobiet – Warszawa

Ale na samym początku?! Jak nie masz jeszcze tego w ciele? Jeden pokaże ci jeden sposób, drugi – drugi, a ty jeszcze tego pierwszego nie opanowałaś…

A.: Przed tangiem obydwoje w różnych dziedzinach byliśmy na poziomach wybitnych. Na pierwszych randkach nie mogliśmy się nagadać, co kto robił wcześniej. Dlaczego jesteśmy dobrzy w tangu? Dlaczego – nie bójmy się tego powiedzieć – jesteśmy ponad przeciętni w tej dziedzinie i możemy uczyć? Ponieważ mamy wysoką zdolność uczenia SIĘ. Ponieważ nauczyliśmy się do tej pory różnych rzeczy i wiemy, w jaki sposób przyspieszyć proces nauki. Dlatego mogę iść do różnych nauczycieli, zainspirować się i wybrać swoją ścieżkę.

Ok, przekonałaś mnie: niektórzy tak mogą. Ale jak idą po to, żeby dyskutować z nauczycielem, że inny robi to inaczej?

A.: To jest niedopuszczalne, nie po to się chodzi do nauczycieli.

T.: Jeśli nawet nie zgadzasz się z tym, co mówi dany nauczyciel, to zamykasz mordę i robisz,co każe, bo za tym może kryć się mądrość.

A.: Może to wyjść w ostatnich minutach lekcji.

T.: Ale zgodzę się, że na samym początku to jest trochę jak z kontraktem psychologicznym… U nas na dwóch – trzech pierwszych lekcjach nie ma nic o tangu. Chodzi się, jest obejmowanie… Te techniki pomagają przełamać na przykład opór bliskości. Na tym etapie nie uczymy figur. Oczywiście ktoś może stwierdzić, że idzie do innej szkoły, bo tam od razu pokażą ocho. Jeśli założysz, że w tym, co robi dany nauczyciel jest pewna mądrość, bo on ma pewien plan – od pierwszego do któregoś spotkania przeprowadzi z tobą pewien proces – to możesz do niego chodzić. Oczywiście możesz iść też do kogoś innego realizować drugi proces, co może doprowadzić do totalnego mętliku w głowie.

Nowy Jork

Jeśli prowadzi się (swoje własne) dwie terapie jednocześnie, droga jest prosta i wiedzie do szpitala psychiatrycznego. Tu wracamy do tego, co wspomniałeś: kontrakt. Dla mnie pierwsze trzy miesiące nauki tanga (!) – czego innego pewnie nie – mają kluczowe znaczenie i zabałaganienie sobie głowy prowadzi do psychicznego i emocjonalnego plateau…

A.: Mamy cykliczne warsztaty pod tytułem Tango chalange, podczas których przez sześć dni uczą dwie pary równolegle: jeden dzień spędzasz z jedną parą, drugi – z drugą.

T.: Dwie pary prowadzą proces od początku do końca.

A.: I ten sam temat. My uczymy krzyżyków i oni ich uczą. I mur – beton, że będziemy uczyli tego inaczej. Czegoś się nauczyłaś w poniedziałek, a we wtorek ci mówią: inaczej!

Dobra dobra, ale Tango Chalange NIE jest dla pierwszaków. Więc na pewnym poziomie to OK, jest fajnie. To tak jak: podążaj – bądź aktywna. Ale NIE OD RAZU!

T.: Nasz sposób uczenia jest oparty o pewien kontrakt, gdzie przeprowadzamy pewne zamknięte procesy. Dlatego na nasze grupy średnio zaawansowane i zaawansowane nie wpuszczamy ludzi z zewnątrz, bo będą psuli proces grupy.

A.: Poziom koncentracji ludzi z zewnątrz a naszych uczniów to jest niebo a ziemia… Nasi są w takim flow… A ten z zewnątrz zrobi ćwiczenie dwa razy i pyta: co robimy dalej?

T.: Wspomniałaś, że tango to sposób na ogólny rozwój. My zaczynamy od ogólnej koncentracji. Ludzie, którzy na jakimś etapie dołączają z zewnątrz, dekoncentrują się po paru minutach. Wprowadzamy koncentrację na miękko. Każde zajęcia zaczynamy od ustawiania osi, ćwiczeń oddechowych, na projekcję czy uziemiania się… I to, co zaobserwowałem, to że ludzie, którzy do nas przychodzą, uczą się tanga, ale też i koncentracji. Są w stanie przez półtorej godziny być w skupieniu.

Bal maskowy – milonga El Infierno

Osoby z zewnątrz muszą się z Wami oswoić. Bo te, co są od początku – to już z Wami są. Ja – wbrew pozorom – jestem introwertyczna. I jak przyszłam do Ciebie, Agnieszko, na technikę – to pierwsze ćwiczenie, które zapodałaś, zmiotło mnie, jakbym dostała obuchem w łeb… Jakie, kurwa, swobodne tańczenie wśród obcych ludzi?! Co z tego, że same kobiety? Nie chciałam!

A.: Interpretacja muzyki solo… Wyszłaś poza strefę komfortu.

Wywlokłaś mnie z niej za kudły. Myślałam: matko, Agnieszka popatrzy i powie, że jestem koślawa, że to nie dla mnie zajęcia…

A.: Autokrytyk się włączył…

Ego nie lubi świadomości… Ale pomyślałam: rób, co możesz, zamknij się i zapieprzaj nóżkami po parkieciku, bo po to tu przyszłaś! Dziewczyny bez krępacji machały sobie nogami we wszystkie strony…

A.: Połowa była speszona.

a ja myślałam, że umrę.

A.: Byłaś najbardziej asertywna. Reszta się bała nie wykonać ćwiczenia, a Ty kombinowałaś…

co by tu zrobić, żeby „tego” nie robić… I troszkę wymyśliłam (wzięłam koleżankę Danutę i zaczęłam ją prowadzić…).

A.: Jeżeli tango to ma być samorozwój, to kobieta, jako samoistny byt, musi na parkiecie dobrze czuć się ze swoim ciałem. Proces budowania własnej kobiecości w tangu jest piękny. Musisz umieć sobie spojrzeć w oczy w tym tangu i przyznać, że to, co robi Twoje ciało, jest piękne. To część nauki.

No ale w takim tłumie obcych ludzi…

A.: Jakbyś się dobrze czuła ze swoim ciałem czy ruchem, to byś nie stwierdziła, że możesz źle wyglądać.

Potrafię się zapomnieć na parkiecie i nie obchodzi mnie, czy ktoś patrzy. Ale ćwiczenia grupowe dla mnie nie są łatwe. Zmiany w parach na lekcjach to dla mnie dramat. Na początku mojego uczenia nie chciałam się zmieniać w parze i nie dawałam się. Za to nawet bardzo bliskie objęcie na milondze z całkiem obcym mężczyzną – no problem …

A.: U nas byśmy ci chyba nie pozwolili uczestniczyć w naszych lekcjach… Albo byśmy zaproponowali: spróbuj na chwilę, a jeżeli będziesz się niekomfortowo czuła, to wrócisz… Jak z dzieckiem.

Mój pierwszy uczebny partner był zdolny. Próbowałam raz czy dwa z innymi, ale to była masakra… Włączał mi się egoizm: skoro przyprowadziłam sobie dobrego, dlaczego mam zamieniać na gorszego? Poza tym w procesie uczenia się lubię mieć stałość… Takie ze mnie dziwadło.

A.: Za to na milondze jesteś w stanie poczuć sygnał od partnera, który to kiepsko robi.

T.: Jest to egoistyczne, jednostronne podejście. Wielokrotnie słyszę od dziewczyn, że chcą się skupić na swoim rozwoju i potrzebują lepszego od siebie partnera. A ja pytam: czy uważasz, że jakiś partner ma potrzebę ćwiczyć z partnerką gorszą od siebie?

Tiaaa… To jak z ogłoszeniami: „Szukam dobrego partnera na warsztaty”. Aż się ciśnie zapytać, czy ty jesteś dla tego dobrego wystarczająco dobra…

A.: Na rynku tangowym warto szukać kogoś, kto jest na tym samym poziomie.

Hah, to byłby ideał, którego nie ma. Początkujące dziewczyny wpadają w sidła dziadów – pseudonauczycieli, początkujące chłopaki są nazbyt chwaleni i po trzech miesiącach myślą, że są Bogami Tanga… Ale wróćmy do Waszych zajęć.

A.: Bardzo się staramy, żeby zajęcia w grupie nie były uzasadnione ekonomią, a procesem, jaki w grupie zachodzi. Wszyscy bardzo się wspierają i integrują, by czuć, że są bezpieczni, zmieniając się w parach i że od każdej osoby przy zmianie mogą się czegoś nauczyć; że to, co się wydarza, jest efektem tego, że są grupą. Jasne, że przez pierwszy miesiąc grupa się kształtuje. Ci, co nie są zmotywowani – odpadają. A reszta ma taki sam poziom motywacji, żeby się tego pieprzonego tanga nauczyć. Mają wspólnego wroga i wspólną miłość jednocześnie…

T.: Umieją pracować sami ze sobą i od siebie nawzajem brać feedback. Czego nie ma, kiedy uczyliby się indywidualnie.

Tak mi przyszło do głowy, że może warto by zrobić psychologiczny warsztat dla nauczycieli z różnic indywidualnych? Wielu nie ma pojęcia, że coś takiego jest…

T.: Robiliśmy warsztat z inteligencji wielorakich.

A.: Uczyliśmy tego również naszych uczniów, żeby zrozumieli swoje różnice percepcyjne.

Nauka nauczycieli..?

T.: Też. Prowadziliśmy w naszej szkole regularne zajęcia dla naszych nauczycieli i uczniów.

A.: Nazwaliśmy je treningiem mistrzowskim. Przychodzili do nas nauczyciele i uczniowie, by dowiedzieć się, jak uczyć się szybciej. A to proste: trzeba poznać siebie, swoje kompetencje… Czy przyjmujesz wiedzę bardziej wizualno – przestrzennie, czy jesteś bardziej lingwistyczna lub kinestetyczna… Jeśli twój nauczyciel nie jest dość zmyślny i nie ma tej wiedzy, to wystarczy zadawać mu odpowiednie pytania. Czyli: jeśli wiesz, że uczysz się tylko ruchowo, to proś go, by z tobą spróbował, pokazał, jak to wygląda w ciele.

T.: Razem z moim bratem, który jest psychologiem, ze trzy lata temu opracowaliśmy taki program i zaczęliśmy go wprowadzać do obowiązującej w szkole metodyki. Ludzie bez względu na wiodącą inteligencję są w stanie uczyć się dowolnych rzeczy, tylko muszą sobie uświadomić, w jaki sposób tę swoją wiodącą inteligencję wykorzystać. Okazuje się, że „nerdy” świetnie uczą się tanga. Tak samo matematycy, którzy tworzą sobie algorytmy na wszystko: na objęcie, na kąt, na krok…

A.: Uczą się w technice, która ma wynikanie logiczne, gdzie system jest spójny.

T.: Oni posługują się innym językiem, ale odczuwają tak samo jak wszyscy i koniec końców osiągają ten sam cel.

A.: Ja miałam całe życie tróję z fizyki. W tej chwili, jeśli mam do czynienia z fizykiem czy matematykiem, to zaczynam do niego mówić wektorami i liczbami, ile kroków i pod jakim kątem.

T.: Są ludzie skrajnie lingwistyczni i nic nie zrozumieją, dopóki własnym językiem nie określą tego, co mają zrobić. Tworzą własne metafory.

Metafory chyba w ogóle, niezależnie od zdolności, wpływają na ludzi.

T.: Nie na każdego.

A.: Są tacy, do których poziom abstrakcji metafor nie dotrze. Zamiast tego wolą na przykład anatomię: który mięsień, które ścięgno ma pracować.

T.: Do innych dotrze, jeśli dany ruch zawrzesz w pewnych strukturach muzycznych. To jest niesamowite, jak ludzie mają różną percepcję. Więc inteligencja wiodąca sprowadza się do języka komunikacji, bo efekt końcowy jest dokładnie ten sam. Tańczysz z kimś, kto ma świetne objęcie i nie wiesz, czy on jest programistą, malarzem czy poetą.

A.: My jako nauczyciele podczas zajęć chcemy wiedzieć i zawsze o to pytamy.

T.: Na warsztatach nie zawsze jest na to czas.

A.: Ale jeśli uczeń bije głową w mur, bo coś nie działa, pytamy, czym się zajmuje i dostosowujemy przekaz.

Z innej beczki: milongi w ciemności. Podobno robicie.

A.: Co jakiś czas.

Aż mam ciarki i się boję… Nigdy nie tańczę z zupełnie zamkniętymi oczami.

T.: Jest to przeżycie.

Skąd w ogóle taki pomysł?

T.: Wyszło to z przemyśleń: co zrobić, żeby to było fajne. Pewnej nocy przyszedł mi do głowy pomysł: milonga w całkowitych ciemnościach. I kiedy następnego dnia spotkałem się z Wową, okazało się, że obaj, niezależnie od siebie, wpadliśmy na to samo, tylko mamy różny na to pomysł. W efekcie zrobiliśmy to jeszcze inaczej i zadziałało.

A.: Mamy to szczęście, że nasza szkoła jest w starej krakowskiej kamienicy, więc mamy kilka pomieszczeń i dzięki temu sala do tańca jest pusta, nikt w niej nie siedzi, jest wyciemniona kotarami, można zamknąć drzwi i odciąć od świata zewnętrznego. Na zwykłej milondze, która jest w jednym pomieszczeniu, jest to nie do zrobienia, bo jak zrobisz cabeceo? Macanką? U nas zawsze rozmowy i cabeceo są poza parkietem, w innych pomieszczeniach. Do sali wchodzisz tylko podczas cortiny – przez to są dłuższe, nawet trzyminutowe. Jak wszyscy wejdą, zamykamy drzwi i nikogo więcej nie wpuszczamy, żeby nie wpuszczać też światła. Dj też jest poza parkietem, co czasem bywa dla niego uciążliwe.

T.: Na monitorze przed salą jest wyświetlane, co będzie grane (jaka orkiestra; walc, milonga, czy tango) i na podstawie tego decydujesz, czy chcesz tańczyć. Jeśli tak – prosisz kogoś i wchodzisz trochę jak do kina: zamykają się drzwi i jest całkowita ciemność…

Nie pozabijają się? Nie wpadają na siebie?

T.: Jest na to prosty system: każdy na ręce ma świecącą bransoletkę, taką klubową. Dziewczyna na lewej, chłopak na prawej. Widzisz jasny punkt przed sobą…

Niestety na Was czas, jeśli chcecie zdążyć na pociąg.

A.: Popatrz… głównie rozmawialiśmy o metodyce…

Tak miało być. Ale miało też być o randkowaniu, tylko czasu zabrakło, bo się spóźniliście.

T.: O randkowaniu? Byłoby super! Przyjedź do nas do Krakowa…

Przyjadę.

T.: Przyjedź w tym tygodniu, bo później lecimy do Stanów… Będziemy robić urodziny milongi…

Nie ma szans. Bardzo ubolewam. Ale na pewno przyjadę, bo chciałabym dokończyć naszą rozmowę. Ta druga część będzie pikantniejsza…

Zwykle robię uwagi śródtekstowe. W tym przypadku uznałam, że nie są potrzebne. Mam smutne przemyślenia dot. geriatrycznego tanga w Warszawie: nie będzie młodych, jeśli cena za lekcję grupową na kursie dla początkujących dochodzi już do 50 zł!

Agnieszka i Tymoteusz robią intensywne zajęcia 2 x w tyg. z przystępną ceną, to i młodość może przyjść się wyszumieć. U nas zostanie to hobby dla pań i panów młodych duchowo.

P.S.1.
Byłam w Krakowie. Odwiedziłam ich milongę i kamienicę… I wpadłam w depresję, że w Warszawie nie ma… nie ma…
I nie będzie…
P.S.2.
Postanowiłam się ogarnąć, bo nie mam wyjścia.
P.S. 3.
Druga część rozmowy powstała… trochę. Ale nie spełnia moich oczekiwań, więc poczekamy na dokrętkę…

Agnieszka Stach i Tymoteusz Ley prowadzą szkołę tanga argentyńskiego w Krakowie, podczas gdy równolegle uczą w Polsce i Europie. Występowali w Dubaju, Nowym Jorku, Rzymie, Barcelonie, Cambridge, Cyprze, podczas „Tango Safari” w Brodach, we francusko-niemieckim projekcie „Tango Emocion”, Wrocławiu, Lublinie czy „Shag on Fire” w Krakowie. Są również organizatorami Krakus Aires Tango Festiwal.

Tango, które proponują, jest elastyczne w ruchach, zmysłowe w kontakcie oraz eleganckie w postawie. W technice tańca, którą rozwijają, skupiają się na odkrywaniu naturalnej motoryki ruchu, wykorzystywaniu własnego ciężaru ciała, przepływem energii między partnerami i wykorzystywaniem jej w ruchach z siłą odśrodkową. Podczas zajęć wykorzystują autorską metodykę nawiązującą do teorii inteligencji wielorakich, której celem jest wykorzystywanie wszelkich talentów i predyspozycji ucznia w procesie uczenia się.