Tango w Łazienkach Królewskich – lipiec 2017

Po raz trzeci.

A mój pierwszy – tangoliliśmy u króla. Emilka K. powiedziała, że to jej najważniejsza impreza w roku. Moja nie, ale niewątpliwie ma swój urok i NIE można nie docenić tego, że się odbywa w takim miejscu.

Pora wakacji niby nie sprzyja frekwencji, jednak było nas całkiem sporo. Jerzy Cz. na koniec powiedział, że mnie nie widział. Mimo mojej żarówiastej sukienki 🙂 Nie bardzo mu wierzyłam (a właściwie wcale), dopóki nie zobaczyłam na zdjęciach Jacka M. w czerwonym kapeluszu – a w naturze też go nie widziałam 🙂
Taniec Rodziców małej Natalii rozczulił wszystkich… Pozdrawiam serdecznie!

Nie będę pisać o przemówieniach, bo wiadomo, że muszą być. Imprezę organizuje Akademia Tanga Argentyńskiego, która jakiś czas temu przetasowała swoje szeregi, chcąc poczynić wrażenie świeżości. Dla imprezy w Łazienkach Królewskich nie miało to znaczenia, dla gości też, a reszta – to inny temat. Zagadką pozostaje wpuszczanie/nie wpuszczanie uczestników. Pani z bramki robiła to swoim kodem, dzięki Grażynie jakoś przeszłam selekcję…

Ważne, że wszystko było naprawdę super, pogoda dopisała, DJ Olga Zawada również.

Było tak,  jak w takich sytuacjach trzeba: czyli pogodnie, wesoło, tangowo.
A teraz zamieszczę hurtowo zdjęcia, które zrobiłam, i przy okazji odkryłam różne możliwości ich edycji. To moja swobodna fantazja w posługiwaniu się filtrami – reklamacji nie uwzględnia się, a oryginały skasowane. Ale!
To nie wszystkie. Reszta pojawi się niebawem w albumie na fejsie – jak nie zapomnę, wkleję link 🙂

Serdeczności – Ania (Bestiaaaa)





P.S. 1 – chłopak w kapeluszu na ostatnim zdjęciu tańczył sam ze sobą do naszej muzyki. Nikogo nie poturbował, był uważniejszy niż niejeden tanguero. Trochę szkoda, Anno S., że poszłaś tańczyć – bo tylko Ty mogłaś go wziąć w nasze objęcia…
P.S. 2 – Jajajaj… To byłoby niemożliwe w Buenos czy Hiszpanii… Dziewczyny same na trawie…

P.S. 3 – film… będzie. Może – jak wystarczy mi czasu 🙂

 

 

 

Malaga tiki taki…

Jola:
Do Malagi przybyłyśmy rzecz jasna z powodu tanga ? Zaprosił nas cudowny Tango Dj i organizator Milongero del Sol – Francisco Saura. Impreza organizowana jest dwa razy w roku, wiosną i jesienią. Cieszy się dużym powodzeniem. Nie ma o niej informacji w ogólnym obiegu, nie znajdziesz wydarzenia na Facebooku.

Ania:

Kiedy Jolanda zarządziła Hiszpanię, zgodziłam się bez wahania. Dopiero po jakimś czasie mnie uświadomiła, że to nie taki pierwszy lepszy maraton, tylko impreza dla wybranych i wcale nie tak łatwo się na nią załapać, zwłaszcza bez rejestracyjnego partnera (a my, jak wiadomo, głównie jeździmy we dwie). Pewnie dlatego oprócz nas była tylko jedna polska para – Ewa i Tadeusz z Łodzi. Polskim akcentem był też Dj Michał Kaczmarek z Poznania.
Jednak zanim rozpoczął się maraton, trafiłyśmy na miejscową milongę. Było dość tłoczno. Poznałyśmy tanguero, który po każdej przetańczonej tandzie dawał partnerce różę. Ale nie jakąkolwiek! Starannie dobierał, aby pasowała. Ja dostałam w kolorze moich oczu, Jolanda – pasującą kolorystycznie do bluzki.

Jola:

Maraton odbywał się w hotelu z dobrą restauracją i bardzo klimatycznym patio. Jedynym mankamentem było to, że hotel był położony dosyć daleko od centrum miasta i plaży. Jeśli ktoś nie mieszkał na miejscu, to w nocy pozostawała tylko taksówka.

Ania:

Położenie maratonowego hotelu zniechęcało nas do jakichkolwiek wypraw. Ponieważ byłyśmy w Maladze od kilku dni – bez żalu rezydowałyśmy na tarasie przynależącym do pokoju, który był na tyle duży, że spokojnie mogłyśmy utrwalać opaleniznę. Lubię, kiedy mieszka się na miejscu. Wtedy impreza ma inny klimat, łatwiej się integrować.

Integracji sprzyjały okrągłe ośmio czy dziesięcioosobowe stoły, przy których spotykaliśmy się na obfitych i smacznych kolacjach. Maraton trwał typowo od piątku do niedzieli. Nie było pre-milongi i afterparty, ale czasu wystarczyło, aby się wytańczyć. Zwłaszcza bez tangowych butów! Przyleciałyśmy prosto po milondze w Wenecji. Mogłam tu, na maratonie, kupić nawet moje ulubione Bandolery, ale po pierwsze miałam już kupione trzy nietangowe pary, po drugie – nie było w moich gabarytach takich, które rozpaliłyby we mnie żądzę posiadania. Salsowe i tu musiały dać radę.

Jola:
Formuła tego maratonu to t
ypowe encuentro milongero, ze ścisłym podziałem na strefę męską i żeńską. Dobrze rozstawione krzesełka dawały możliwość mirady i cabeceo. Sala była spora, z dobrym parkietem, klimatyzowana.

Ania:

Ale tego na początku nie zarejestrowałyśmy. W piątkowe popołudnie – bo wtedy się wszystko zaczęło – dostrzegłyśmy masakrycznie wysoką średnią wieku… Po dziesięciu minutach Jolanda stwierdziła, że jej się nie podoba i tańczyć nie będzie! A ja pomyślałam rozczarowana, że nastawiałam się na ogniste czarne diabły, a tu geriatria… którą mam u siebie… No dobrze, ale skoro już jesteśmy i przez trzy dni nie mamy innej opcji, zaordynowałam: tańczymy!

Jola:

I tu miłe, bardzo miłe zaskoczenie. Panowie tańczyli świetnie, byli szarmanccy i ładnie pachnieli! Z godziny na godzinę przybywało nowych uczestników i w efekcie średnia wieku mocno się obniżyła ?, a przyjemność z kolejnych tand była coraz większa. Każdy dzień przynosił nowe znajomości tangowe i towarzyskie. Kilka z nich pozostanie na długo w mojej pamięci. Cudowny czas i piękne miejsce idealne na wiosenną beztroskę ?

Ania:

Formuła maratonu powodowała, że nawet jak się trochę na parkiecie pobałaganiło, to bez ofiar, ponieważ nikt nie wierzgał. Nikt też nie uprawiał polki – galopki, dzięki czemu panów nie zalewały siódme poty i dłużej zachowywali świeżość. Co nie znaczy, że nic się nie działo! Ależ działo się!!! I wcale nie było tylko „dorosło”. Przypomniało mi się, że Serbowie są bardzo przystojni… 🙂
Szkoda, że kiedy nastąpił czas oficjalnych podziękowań i pożegnań, nasz polski dj gdzieś się zawieruszył.

To był mój pierwszy maraton w takiej formule. Złapałam bakcyla. Ja w ogóle lubię bardzo bliskie objęcie i dla mnie tango w otwartym to nie jest tango, tylko aerobik, więc
milonguero wpisuje się w moją przyjemność. Dla pań ważna jest strategia siadania, zwłaszcza pierwszego dnia i w sobotnie popołudnie. Nie ma mowy o wyrywaniu się na parkiet! Jeśli nie chce się nieporozumień, musi być zachowana kolejność: mirada, cabeceo, mężczyzna podchodzi, a kobieta CZEKA, utrzymując z nim kontakt wzrokowy. Zdarzyło się, że ruszyło do mnie dwóch panów. Zdarzyło się, że pan poszedł do pani za mną i gdybym się wyrwała, byłoby mi głupio.
Maratonowy bufet nie był nadmiernie obfity. Powiedziałabym, że jeden z uboższych, jakie do tej pory spotykałam. Woda, jakieś soki czy napoje, czasem ciastko i plasterek wędliny… I tyle. Ale atmosfera, miejsce i muzyka były świetne. Bardzo chętnie to powtórzę. U nas wiosną zimno, tam już czuć gorącą atmosferę lata.

SFERA POZATANGOWA – CZYLI PODRÓŻNICZO PO NASZEMU
Jola:

Wenecja wskoczyła nam ot tak, za to Malagę zaplanowałyśmy od dawna. Hiszpania to kraj, który kocham i on kocha mnie. Że przecież kocham Buenos? Owszem. Buenos Aires to miłość bezwarunkowa. Śródziemnomorska cześć Europy to takie letnie zatracenie ?
W Maladze byłyśmy w sumie osiem dni. Mieszkałyśmy we współdzielonym z właścicielami mieszkaniu, świetnie położonym, blisko plaży i Starego Miasta. Nasi gospodarze – cudowni, ciepli, otwarci i chętni do pomocy – dbali o nas jak o małe dziewczynki.

Ania:

Mieszkanie było bardzo wygodne i niebywale czyste. Dwie łazienki zapewniały bezkolizyjne korzystanie. Kawa, herbata, własnoręcznie upieczone przez gospodynię ciasto oraz ciepłe rozmowy pełne poczucia humoru sprawiały, że każdy dzień zaczynałyśmy bardzo przyjemnie. Droga na plażę obfitowała w bujną roślinność. W Polsce zimno, a tam cudownie ciepło… Bardzo lubię tak wkraczać w wiosnę.

Jola:
Każde południe zaczynałyśmy od plażowania. W pierwszych dniach kwietnia nie ma za wiele ludzi, mimo to można było nawiązać przyjaźnie ?

Ania:
W różnych miejscach na świecie się opalałam, ale to tu, w Maladze, po raz pierwszy w życiu złamałam swoją zasadę (że cycki pokazuję tylko wybrańcom) i zrobiłam to topless… A potem musiałam się chować, bo moja skóra jednak jest dość jasna i muszę uważać, żeby nie przesadzić.

Jola:

Po południu szłyśmy na Stare Miasto. Renesansowa katedra z ołtarzem zbudowana na miejscu dawnego meczetu, Alcazaba, Casillo de Gibralfaro, twierdza i zespół pałacowy – pozostałość po muzułmańskim emirze, Teatro Romano z I wieku p.n.e., Plaza de Toros de La Malagueta dla miłośników walk byków – nie ma tu dużo do zwiedzania i da się to ogarnąć w 3 dni.

Ania:

W naszych podróżach nie nastawiamy się na muzea i galerie. Wolimy chłonąć atmosferę miasta i ludzi. Ale być w Maladze i nie odwiedzić Muzeum Picassa – no nie… Nie wiedzieć czemu obowiązywał zakaz fotografowania. Boją się, że jak człowiek zobaczy zdjęcie, to nie przyjedzie, żeby zapłacić za wstęp? Czy mają obawy, że jednak to muzeum nie jest jakieś nadzwyczajne i wyjdzie to na zdjęciach? Odwiedziłyśmy też dom sławnego malarza. Również nic specjalnego. Ale – jak powiedziałam – pewne miejsca odwiedzić po prostu wypada, choćby raz w życiu. 


Jola:
Z
przykrością muszę stwierdzić, że muzeum wrażenia na mnie nie zrobiło. Zwłaszcza że ja akurat uwielbiam szwendanie się bez celu po uliczkach… Tu lody, tam pyszne kalmary, boquerones czy krewetki w sosie czosnkowym… I do tego wino… Koniecznie różana Cava! Jest pyszna! Czego chcieć więcej? No może jeszcze jakiś drobiażdżek miły dla każdej kobiety…


Ania:
To był bardzo hedonistyczny czas… Jedzenie, wino, słońce i południowe flirty… W tym momencie nasuwa mi się taka dygresja: jeśli ktoś mówi, że pieniądze nie są ważne, to znaczy, że nigdy ich nie miał. Bez odpowiedniej ich ilości można pojechać jedynie do Radomia, a jak to powiedziała kiedyś Pierwsza Dama polskiego filmu Beata Tyszkiewicz: „Bycie w Radomiu nie jest czymś specjalnie oryginalnym”… Tak więc zanurzyłyśmy się w przyjemnościach bez wyrzutów sumienia 🙂 I kiedy zostałyśmy zawiezione do najbardziej znanej knajpy specjalizującej się w owocach morza i rybach – folgowanie sobie ograniczała nam jedynie pojemność naszych żołądków 🙂

Ania:

Różana Cava to najlepsze wino musujące, jakie piłam. Wyprzedziło nawet moje ulubione różowe Prosecco 🙂 Bardzo mi się w Maladze podobało. To kameralne miasto z uroczymi kamieniczkami. Myślę, że w szczycie sezonu, kiedy przeżywa oblężenie, może tu być nie do wytrzymania. Ale na początki kwietnia jest bardzo przyjemnie: ciepło w dzień, rześko wieczorem. Bardzo chętnie odwiedzę Malagę za rok.

 

Oprócz doznań smakowych przeżyłam jeden szok duchowy. Byłyśmy w Maladze przed świętami wielkanocnymi. Jak to w południowym katolickim kraju – ruszyły przygotowania do procesji. Nigdy nie widziałam na żywca, jak to się odbywa. Nasze polskie smętne zawodzenie to pikuś. Tam to jest całe misterium. Najpierw trafiłyśmy na trening orkiestry. Mijając w parku kołyszących się kilkadziesiąt osób z różnymi instrumentami, poczułam się jak w filmie grozy… Ale prawdziwe przedstawienie nastąpiło kolejnej nocy. Procesja przechodziła obok miejscowej milongi. Pochodnie, ogromny krzyż, Jezus i Maria… i to wszystko niesione przez tłum miarowo kołyszący się do ponuro-transowej muzyki… Trudno mi sobie wyobrazić, jak taka procesja wygląda w Meksyku lub Brazylii… A jak to wyglądało? ZOBACZ

 




 


Milonga w Casino di Venezia – 1 kwietnia 2017

 

 

 

 

Jola:

Ten wyjazd był zupełnie przeze mnie nieplanowany. Byłam jeszcze w Buenos Aires, kiedy Ania napisała: „Jolando – jedziemy do Wenecji!”. Policzyłam: między jednym a drugim będę w domu – w którym nie byłam od dwóch miesięcy – tylko dziesięć dni… „I wystarczy!” – napisała Ania 😀
Tyle pięknych wspomnień z poprzedniego pobytu… Perspektywa tańczenia w wyjątkowym miejscu… OK! I stało się tak, że zaczęło to być jedno z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie wydarzeń.

 

 

 

 

 

 

 

Ania:

Milonga w Casino di Venezia odbywa się tylko raz w roku.  Gospodarzem i Tango Dj – em jest bardzo lubiany Roberto Rampini. Pomyślałam: milonga w pałacu i kasynie jednocześnie – toż to dla mnie raj! Uwielbiam pałace, lubię ruletkę (niestety rzadko grywam), Roberto na pewno zagra energetycznie…
Pierwszy zimny prysznic – a właściwie wiadro lodowatej wody – chlusnęło we mnie już na lotnisku: nie wzięłam tangowych butów… AAA!!!!! Ich brak na nogach tanguery podczas milongi to tak, jakby piłkarze rozgrywali mecz na bosaka albo w tenisówkach!

 

 

 

 

 

 

 

Przeczesałyśmy z Jolandą internety, Cristina – partnerka Roberto – jak mogła, starała się pomóc… Dziękuję Ci! Okazało się, że jest! Sklep z butami tanecznymi, w tym do tanga!!! Jedziemy! Niemal na drugi koniec Włoch… A konkretnie: do nowej części Wenecji, tej na stałym lądzie. Wyprawa: ponad godzinę w jedną stronę. Niestety: butów do tanga trzy pary i żadna dla mnie. Cóż zrobić, kupiłam do salsy. Nie był to komfort mojej ulubionej tangowej marki, ale lepszy rydz niż nic! A buty bardzo ładne.
Wyrychtowałyśmy się jak ta lala i w drogę!

 

 

 

 

 

 

 

Jola:

Wstęp na milongę nie był tani (40 € milonga + 20 € wejście do kasyna). Obowiązywały stroje wieczorowe. No ale przecież był to pałac i Casino di Venezia! Już samo wejście robiło wrażenie, a kiedy zobaczyłam właściwe wnętrza – stwierdziłam, że będzie to uczta dla ciała i ducha.

                                                                         

 

 

 

 

 

 

 

Na zdjęciu: Dorotka Wandrychowska, dzięki której dowiedziałyśmy się o tej milondze.

Przepiękna, spora (jednak nie za duża) sala balowa, świetny parkiet, który chciało się wypróbować… Lecz na to trzeba było zaczekać. Bal rozpoczęła najzwyczajniej na świecie wyżerka 🙂 Dużo pysznego jedzenia i bardzo dużo naszego ulubionego Prosecco, którego nie żałowano 🙂

   

Ania:

Po dotarciu na początku trochę się zmartwiłam. Wnętrza piękne, ale ludzi multum… Rozstawione krzesła były już w większości zajęte, nie było szans na dobrą miejscówkę… Perspektywa stania w butach na obcasach – zwłaszcza salsowych, które mimo ich urody moje nogi znosiły słabo – mocno mnie przerażała… Jeśli chodzi o przybyłych – głównie pary, w mocno starszym wieku. A ruletka… Zamiast krupiera jakieś automatyczne dziwadło! Miejsce piękne, tylko czy będziemy się dobrze bawić..?

Rozpoczęcie imprezy sutą kolacją było dobrym pomysłem. Szwedzki stół, wybór i dostateczna ilość jedzenia oraz liczba obsługi zapewniły, że nikt głodny nie pozostał. Raczyłyśmy się z Jolandą dość długo, zwłaszcza Prosecco 🙂 Bez pośpiechu zmieniałyśmy bufety, bo tak ciągle brać z jednego trochę się wstydziłyśmy 🙂

Kolej Jolandy pójścia po kolejkę :p 

W tym czasie, w którym my się delektowałyśmy wszystkim naokoło poza tańcem, co szybsi – zjedli, zatańczyli, zmęczyli się i poszli. Kiedy postanowiłyśmy wyruszyć na podbój parkietu, okazało się, że średnia wieku spadła, wcale nie ma tak strasznego tłoku, można usiąść i wygodnie kabeceować. Muzyka niosła! Zwłaszcza tandy walców Roberto dobrał tak, że przepięknie komponowały się z wnętrzem i nami 🙂

                                                 

 

 

 

 

 

Roberto Rampini, gospodarz wieczoru i Tango Dj.

Postanowiłam jeden utwór tanecznie odpuścić i nagrać film. Później, kiedy chciałam opublikować – zauważyłam, że jedną parę dość mocno poniósł i walc, i żarliwy pocałunek… Nie opublikuję (a szkoda, bo walc przepiękny!). Przynajmniej do czasu, aż nie zweryfikuję, czy poniosło parę stałą, czy tylko jednotandową… Cóż, w emocjach jednak czasem może coś się wymknąć spod kontroli… Dodam tylko, że najpiękniejszą tandę tego wieczoru (i jedną z piękniejszych moich do tej pory) – miałam właśnie tu, i była to tanda walców, na dodatek z… warszawskim kolegą 😀

Jola:

Podsumowując: było miło, szczególnie cieszyły spotkania z przyjaciółmi nie widzianymi od lat… Ale poziom tańczących raczej przeciętny. Co nie zmienia faktu, że atmosfera była świetna i bawiłyśmy się doskonale.
Piękna impreza godna polecenia!

Ania:

Wiadomo, że tangowo człowiek ocenia imprezę po tym, jak się bawi. Ja nie mogłam narzekać. Zwłaszcza że moje stopy nie chciały zaprzyjaźnić się z salsowymi butami (tzn. na parkiecie o nich zapominały, ale stać, a nawet siedzieć w nich było koszmarem). Podłoga rewelacyjna, a nagłośnienie to po prostu mistrzostwo świata. Miejsce niezwykłe – nawet to ruletkowe dziwadło nie przeszkodziło mi w zanurzeniu się w klimacie dawnych energii… To po prostu warto poczuć…

  

Na parkiecie z porządkiem bywało różnie – ale im więcej bywam, tym bardziej jestem przekonana, że nad żywiołem i hasaniem można chyba zapanować jedynie w formule encuentro milonguero.
Myślę, że jest to fantastyczna impreza dla par, które chcą w romantycznym miejscu spędzić kilka dni, a przy okazji potańczyć w pałacu. I dla wszystkich tych, którzy do tej pory nie byli w Wenecji, byli w niej dawno lub z niewłaściwą osobą 🙂 A dla singielek – jeśli nie mają wygórowanych wymagań tanecznych i umieją korzystać z mirady i cabeceo. Nie spotkałam desantu! Na pewno NIE jest to impreza dla pań, które siedzą jak królewny i czekają na odnalezienie przez księcia…


Moje salsowe buty z „brylantami ” dały radę, ale…

… w pewnym momencie zastąpiły je trampki do sukni. Też nie było źle i parkiet dał radę
🙂

Album ze zdjęciami Vincenzo Cerati z milongi znajdziesz TU

SFERA POZATANGOWA, PODRÓŻNICZA

Ania:
Oczywiście kontrola bezpieczeństwa na Okęciu to jedno wielkie polowanie na rzeczy podróżnych. Tym razem straciłam najwięcej. Bo też najgorzej się spakowałam. Ale już wiem, jak tych nadgorliwców przechytrzyć! Przy najbliższej okazji – czyli już niebawem – sprawdzę, czy moja metoda działa…

Byłam w Wenecji trzy razy: dawno temu i zawsze we wrześniu. Za każdym razem myślałam, że tam jeszcze musi być ciepło, a tu za każdym razem okazywało się, że było około ośmiu stopni i lało. Bardziej zmarzłam jedynie w Lizbonie (ale z innych względów). Wrzesień ileś lat temu był absolutnym końcem sezonu: pustki, prawie wszystko pozamykane, szaro i smętnie. Miasto opuszczone przez turystów wyglądało na wymarłe… Pomyślałam: sprawdźmy przełom marca i kwietnia!

Jola:
Dotarłyśmy 30 marca. U nas zimno, a tu cudowne słońce i rozkoszne ciepełko!
Z lotniska do naszego miejsca zamieszkania bezpośrednio docieramy vaporetto. Doskonały środek transportu, jedyny możliwy w dotarciu do starej części położonej na wyspie – a tylko ta jest turystycznie atrakcyjna. Warto kupić bilet kilkudniowy, bo nie jest to tani środek lokomocji.

Ania:

Mieszkałyśmy w fajnym miejscu. Apartament był wygodny, świetnie położony – chociaż gdyby kolega Marek T. po nas nie wyszedł, to mogłybyśmy w bocznych uliczkach trochę się go naszukać… I posiadał – apartament, ale kolega w sumie też hehe – dodatkowe wyposażenie – tak żeby turyści mogli sobie zrobić pamiątkową fotkę 🙂

  

Jola:

Poznawałyśmy Wenecję głównie na własnych nogach. Wszędzie jest łatwo trafić, bo ma bardzo dobre oznakowania (na każdym rogu uliczki na budynku wiszą tabliczki z nazwami i kierunkami) – trzeba tylko zwracać na nie uwagę. Jeśli coś się przegapi, to spacer malowniczymi uliczkami wśród niezwykłej architektury, kanałów, pływających gondol i przystojnych gondolierów wynagrodzi nadłożone kilometry.

    

Ania:

Nie wszyscy gondolierzy są przystojni. Jeśli miałabym wydawać kupę forsy, to raczej nie brałabym takiego niewyględnego… A co, tylko mężczyźni mogą zwracać uwagę na wygląd? W tym przypadku to także element pracy, jak u hostessy. Mi dispiace, ragazzo brutto, ale bym cię nie chciała i już!

Pamiętałam Wenecję jako szarą, odrapaną, opustoszałą i zimną. A tu przywitało mnie słońce, lazurowa woda, kolorowe i jakoś mniej odrapane budynki (UNESCO podarowało znaczące fundusze na ratowanie dziedzictwa kultury i chociaż nadal niektóre są mocno nadgryzione zębem czasu i niedofinansowania – zniknęło moje poprzednie wrażenie, że Wenecja to przegniła tektura i zaraz się rozpadnie…).

  

Jola:
O tym, co należy podziwiać w Wenecji, piszą w każdym przewodniku, więc nie będę się nad tym rozwodziła. Osobiście polecam spacer bez określonego celu, kawę, pyszne jedzonko i wino. Wenecja jest tak piękna, że gdzie się nie dotrze, jest się zachwyconym. Nie jest tania, ale na kawę, pizzę, wino, parę ciuszków i cudowne buty było nas stać 🙂

       

Polecam wycieczkę tramwajem wodnym po Canale Grande. Z wody można podziwiać pałace usytuowane wzdłuż i w szerz kanału.

Ania:

Przejażdżka – a właściwie przepływka wodnym tramwajem po Canale Grande – jest tyleż przyjemna, co tłoczna. Zaskoczyła mnie ilość turystów! Uznawałam, że koniec marca to jeszcze nie sezon. Jakże się myliłam! Wszędzie tłumy, i to do późnej nocy. A vaporetto pękało w szwach. Widoki – obłędne… Kamieniczki bajkowe…

  

Z powodu tłoku czasem bywało nerwowo. Nikt nie lubi, żeby mu wchodzić na głowę. Byłyśmy świadkami awantury starego Włocha z młodą Amerykanką. Dziewczynie pomyliła się komunikacja miejska ze statkiem wycieczkowym. Wepchnęła się między siedzenia, żeby trzaskać selfie, atakując swoim tyłkiem siedzącego staruszka, który głośno wyraził swój sprzeciw. Do tej pory zastanawiam się: powinnam zwrócić jej uwagę czy nie brać się za wychowywanie całego świata…?

    

Postanowiłyśmy popłynąć na Lido. Jest to niewielki kurort, który na przełomie marca i kwietnia nienachalnie tętni życiem (wyobrażam sobie, co tu musi dziać się latem…) – a przecież plażować już można, tylko my jednak jeszcze nie zdecydowałyśmy się na bikini…

   

Biorąc pod uwagę, że w Warszawie występowały opady i temperatura oscylowała w okolicach zera – my nie narzekałyśmy, mogąc wypić kawę i zjeść lody w kawiarnianym ogródku 🙂

  

Jolanda zarządziła obowiązkową kawę na Placu św. Marka. Uznałyśmy, że trudno: zrujnujemy nasze finanse, ale NIE wypić kawy w takim miejscu po prostu nie uchodzi! Okazało się, że nie było aż tak strasznie. Jasne: cztery dychy za kawę stawia włosy dęba, ale 10 € już tak nie przeraziło 🙂
Żegnaj, Wenecjo! A może: do zobaczenia…?