Tango to niekończąca się historia…

Ktoś kiedyś tak powiedział, a ja nie zamierzam sobie przywłaszczać tego zdania. Ale uważam dokładnie tak samo.
I uważam, że właśnie to w tangu jest najpiękniejsze.

Tango to niekończąca się historia dla tych, którzy chcą je odkrywać bardziej i mocniej.

Którzy chcą zgłębiać wiedzę tajemną, mimo że nigdy nie osiągną wierzchołka góry i zawsze będą mieli z tangiem co robić. Dla tych, którzy chcą czerpać z niego nie tylko przyjemność, ale też satysfakcję z przekraczania własnych granic i pokonywania trudności. Wreszcie dla tych, którzy chcą doświadczać nowych wrażeń, przeżyć i uczuć.

Tango wymaga od nas nieustannej pracy nad sobą.

Stale musimy doskonalić nasze umiejętności i wzbijać się coraz wyżej. Ale celem nie jest osiągnięcie najwyżej położonego punktu, bo cóż by to była za przyjemność, gdybyśmy nagle stanęli na szczycie i doszli do wniosku, że już nie ma nic więcej do zrobienia… Nie ma już niczego do poznania… Że już wszystko o tangu wiemy i wszystko potrafimy.

Celem jest zwiększająca się przyjemność z tańca zarówno dla nas jak i dla partnerów czy partnerek.

Oczywiście zdarzają się wyjątkowi „geniusze”, którzy już niczego nie muszą się uczyć, a to, co potrafią, jest dla nich wystarczające. Uważają, że tańczą doskonale i nie potrzebują nad niczym pracować. Oni osiągnęli swój szczyt, który jest ledwie niewielkim pagórkiem, i nie chcą od tanga już niczego. Tylko że takie osoby mogą mieć spory problem w tanecznym porozumieniu się z tymi, którzy od tanga oczekują jednak więcej.

Bo przecież tanga nie można nauczyć się do końca.

Zawsze trzeba coś szlifować, coś poprawiać, wracać do podstaw, ćwiczyć technikę. Nawet nauczyciele ciągle się uczą. Jakież to szczęście, gdy jesteśmy tego świadomi i traktujemy ten fakt jako wartość dodaną.

Jeśli jesteśmy w tangu naprawdę. 

A tango jest w nas. Choćby nie wiem, co się działo w naszym życiu – zawsze będziemy o nim myśleć. Jest nałogiem, który tak jak alkoholizm zostaje w człowieku na całe życie. Dlatego nigdy się nie kończy. Ale nie kończy się też dlatego, że ciągle pisze dla nas nowe scenariusze, daje nowe możliwości, motywuje do nowych działań. Ciągle poznajemy nowych ludzi i nowe miejsca.

Nieustannie jesteśmy zaskakiwani.

Kiedy wydaje się, że akurat teraz nic nadzwyczajnego nie może się wydarzyć, tango daje nam tak silną dawkę emocji, że mamy problem z powrotem do świata rzeczywistego. Dlatego chcemy ciągle więcej. Dlatego ciągle szukamy. Te poszukiwania, przeżycia i emocje sprawiają, że tango staje się jedną z ważniejszych części naszego życia. Dlatego trzeba uważać, aby się w nim nie zatracić. Kiedy przychodzi ten moment, gdy odkryjemy, jakie pokłady przyjemności możemy czerpać z tańca i że sami też potrafimy dawać tę przyjemność, wtedy czujemy, jakbyśmy złapali szczęście za nogi. I trzymamy się tego, tańczymy wszędzie gdzie się da i tak długo, jak tylko pozawala nam na to nasz organizm.

Czyli do upadłego.

Na szczęście z tego szaleństwa wyrywają nas nasze rosnące potrzeby tangowe i dzięki temu udaje się nie zatańczyć się na śmierć. Mimo to ciągle tańczymy i jest nam w tańcu coraz lepiej.

Na pewno przychodzi kiedyś taki dzień, gdy mamy już dość, gdy poczujemy się zmęczeni, gdy za bardzo nam ta aktywność spowszednieje, a może i się znudzi. Wtedy bierzemy sobie urlop od tanga, krótszy lub dłuższy. Ale tango ciągle jest w nas.

Anna Kwiecień – o sobie mówi tak: Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Dlatego słucham, śpiewam i tańczę.
Tango nie opuszcza mnie już od 7 lat. Zmieniło mnie. Otworzyło na ludzi i świat. Z tagiem podróżuję i poznaję ciekawych ludzi. Od 3 lat śpiewam w Formacji Tango Para Todos, a kiedyś być może uda mi się zostać TDj-ką ?

Fot.: www.fotojark.pl

Promocja bez promocji

To będzie niezwykły wieczór!

Pomyślałam podekscytowana, kiedy otrzymałam zaproszenie na dzień promocji najbardziej u nas znanego szampana. Impreza odbywa się jednocześnie w osiemdziesięciu miejscach na świecie, w trzech w Polsce. Musi być ekstra! Zwłaszcza tu, w mojej Warszawie. Po pierwsze: występ artystyczny miał być na wysokim poziomie.

Po drugie: szampan. Uwielbiam! Jestem kobietą luksusową (i wcale się tego nie wstydzę), ale nie snobką! Odróżniam szampana od wina musującego 🙂 Chociaż różowym Prosecco i różaną Cavą nie pogardzę 🙂 Szampana lubię od chwili, kiedy piętnaście lat temu piłam go w Paryżu, w Moulin Rouge. Był odpowiednio schłodzony, a moje kubki smakowe do niego dojrzałe.

Warszawski klub na topie

Widok zgodny z nazwą klubu.

Po trzecie – miejsce! Pomyślałam: skoro impreza zamknięta, z zaproszeniami, to musi być full wypas! Klub najmodniejszy w Warszawie (widok na panoramę stolicy rewelacyjny). Szampan na pewno będzie lał się strumieniami… I z pewnością będzie obfity bufet: kawior, ostrygi, elegancja – Francja… A przy wyjściu każdy gość dostanie w prezencie butelkę… Może mojego ulubionego, różowego…? No dobrze – pomyślałam w połowie dnia – wieczór daleko, zanim dotrwasz do frykasów, zjedz obiad, kobieto! Nie mogłam się doczekać, kiedy wskoczę w moją białą kieckę i włoskie szpilki. Chciałam jak najszybciej robić wrażenie, flirtować, pić szampana i zakąszać kawiorem…

Jazda windą na wysokość prawie trzydziestego piętra – przeszkloną, z widokiem na miasto – robi wrażenie. Całe miejsce jest właściwie tarasem widokowym, można więc palić. Wygodne loże z białymi kanapami obitymi prawie skórą, zachęcają do miłego spędzenia czasu. Bar usytuowany na środku zapewnia spragnionym ciałom dobry dostęp do trunków.

Mógł to być event marzeń.

A nie był. Za to była promocja szampana bez szampana. To znaczy: można było kupić za pięć stów, ale nie przewidziano nawet powitalnej lampki. Nie mówiąc o kawiorze hahaha. Dobrze, że zjadłam obiad. Dziewczyny zamawiały w barze (kieliszek za stówę), ja się zaparłam i uznałam, że ponieważ nikt mnie nie przygotował na wydatki – nie będę ich ponosić. Nie wiem, po co były zaproszenia, skoro za wszystko trzeba było płacić. Ludzie nie dopisali. To pierwsza impreza, na której było więcej obsługi, niż gości. A mogło być tak pięknie…

Zamówione butelki trunków hostessy roznosiły w oprawie sztucznych ogni. 

Po co o tym piszę?

Początkowa wersja tego tekstu była inna. Poniósł mnie temperament i zawiedzione nadzieje. Ale nie chcę nikomu szkodzić. Mam następujące ogólne spostrzeżenia: tam, gdzie budżet niewielki i impreza niekomercyjna, wszystko potrafi działać sprawnie. Może dlatego, że w takich np. organizacjach pozarządowych ludzie pracują także dla pasji, a ciągły brak pieniędzy pobudza ich kreatywność… W wydarzeniach komercyjnych wydane pieniądze nie przekładają się na efekt. W tym przypadku, mimo bardzo dobrego miejsca, produktu i występu – zabrakło pasji i pomysłu na dobry promocyjny event. Miałam wrażenie, że został zrobiony tylko dlatego, że centrala nakazała, bo „taki dzień”.

Ania

Trzęsienie mojej Ziemi z Elą Pe

Patrzę – w El Palacio praktyka.

Nie to akurat wprawiło mnie w ekscytację – bo prowadzona jest od dawna – ale temat: volcady. Po tylu latach tańczenia trudno nie umieć (chociaż zdarzają się i takie przypadki), jednak tym razem temat zainteresował mnie od drugiej strony, czyli prowadzenia. Mnie tam żadne prowadzenie tanga nie kręci, ale myślę sobie tak: Ela Pe się uczy, potrenuje na mnie, a ja się dowiem, jak w razie łamania kręgosłupa poinstruować gamonia, co ma robić. No i pomyślałam, że uczyć się prowadzenia w tangu to ja nie chcę – bo i po co? – ale akuracik mogę się nauczyć prowadzić volcadę.
O ja naiwna ignorantka bez pewnego rodzaju świadomości…

Wiele dziewczyn mówi: „Volcada? Nie znoszę!”

A to dlatego, że panowie ją lubią robić, ale niewielu umie. Oczywiście czasami dziewczyny też nie umieją się w niej zachować: luzują lub usztywniają nie to, co trzeba. Dobrze poprowadzona krzywdy nie zrobi, a z doświadczenia wiem, że takowa jest baaardzo przyjemna. No, Ela! Prowadź, wodzu!

Kobieta niewielkiej postury i jeszcze mniejszej wiary

Ela nie bardzo wierzyła w powodzenie tego wieczoru. Pewnie nastawiała się na to, że coś tam sobie mnie poprowadzi (niekoniecznie w temacie praktyki), w ramach treningu na dziewczynach z różnym wzrostem. Napisała mi tak: „Myślę, że fragment z wolkadami będzie elementem humorystycznym tej praktiki, bo ja jestem od Ciebie dużo niższa. Zobaczymy…”.
No i zobaczyłyśmy…

To rzeczywiście trudny element tanga.

Myślę, że nie każdy jest w stanie opanować dobre prowadzenie volcady (tak jak nie każdy jest w stanie w ogóle dobrze prowadzić – z różnych względów). To figura, przy której trzeba mieć dużą świadomość swojego ciała (partner) i techniki (partner i partnerka). Jeśli mężczyzna „nie daje klaty” albo „nie umie wziąć na ramię” – łamie dziewczynie kręgosłup. Jeśli właśnie taki chce ze mną tańczyć – ja osobiście nie mam oporów, by poprosić: „Ok. Ale nie rób mi volcad”. Tak właśnie. Nie boję się. W końcu jestem Bestią 🙂 Powiem więcej: jeśli zdarzy się to po raz pierwszy na milondze, też nie mam oporów, by powiedzieć w trakcie tanga: „Mam prośbę: nie rób mi volcad”. Po prostu. To NIE jest zwracanie uwagi i musztrowanie. To samoobrona i walka o przetrwanie.
No dobrze, ale w
róćmy do praktyki z Elą Pe.

Zaczęłyśmy od tego, że poplątały nam się nogi.

Tzn. zaczęłyśmy oczywiście od rozgrzewki. Potem Bernasie pięknie pokazały, jak wolkadzić. Mówię do Eli: „Dawaj!”. No i wtedy nam się trochę poplątało. A tak! Właśnie w tej figurze mogą się nogi poplątać! Kiedy Ela rozkminiała, co i jak, ja czułam się całkowicie bezradna. Okazało się, że nie mogę się nauczyć prowadzić volcady, kiedy nie umiem prowadzić. Przekracza to możliwości nienauczonego prowadzenia ciała. Dlatego pan, który nie panuje nad własnym ciałem i podstawowymi elementami prowadzenia, powinien mieć BEZWZGLĘDNY ZAKAZ robienia volcad.

Ela się NIE poddała.

Próbowałyśmy, zasięgałyśmy konsultacji Justyny i Andrzeja, i – wyszło! Ela wolkadzi, że hej. I w ogóle nie ma znaczenia to, że jest dwa razy mniejsza niż ja. ANI RAZU nie odczułam łamania w kręgosłupie. Jeszcze chwila i Ela będzie obiektem pożądania tangowego większości pań 🙂 Śmiałam się, że tak się do mnie przyzwyczai, że tylko ze mną będzie jej w volcadzie dobrze jako partnerowi 🙂 Kobitki niestety mogą sprawiać, że prowadzenie ich jest udręką. A potem się dziwią, czemu nie są proszone…

Trzęsienie mojej Ziemi miało dopiero nastąpić.

Volcady jak volcady: Ela się nauczyła, ja się zorientowałam, że nie ma czegoś takiego jak nauka prowadzenia jednej figury (o ile chce się prowadzić DOBRZE, czyli przyjemnie dla wszystkich: siebie, partnerki, ludzi wokół. Trzeba zacząć od chodzenia, jak w życiu). I nagle… to ja niby jestem ta bestia… a tu Ela mi rzecze stanowczo:

Prowadź!”

Zgłupiałam. Że ja…? Ale ja nie chcę… Na co Ela mi powiedziała, że skoro mamy iść razem na kurs milongi (no tak! Przyszło mi do blond główki, że milongę to bym chciała prowadzić… bo to nie tango), to nie mogę NIE umieć prowadzić! O matko ty moja jedyna… Moja Ziemia zadrżała… Ja mam prowadzić w tangu, gdzie dla mnie cała jego rozkosz tkwi w tym, że NIE muszę myśleć o tym, co robić… Poddaję się… Daję się ponieść… czasem bardzo 🙂 A tu: „Prowadź!”?! Ratunku!!!

Dysocjacja!

Ela mnie przeszkoliła na okoliczność (co dla mnie – z zaburzoną lateralizacją – nie jest proste): co i jak w kroku do przodu. Moim, jako prowadzącej. No i… poprowadziłam… !!! Ja!!! AAAAA!!!!! Do przodu, do tyłu, i „tik-tik-tik” – bo jestem muzykalna i mnie niesie 🙂 I troszkę do boku. Ale poprowadzenie ocho na ten moment przerosło moje możliwości.

Wnioski mam następujące:

Kto chce się wzbić na wyższy poziom tanga, bez poznania drugiej strony tego nie zrobi. Tak jak prowadzący powinien znać rolę podążającej (choćby po to, żeby wiedział, co jej robi), tak podążająca powinna chociaż spróbować prowadzenia (otwiera się klapka zrozumienia: o cholera! Oni JEDNOCZEŚNIE muszą myśleć, uważać, dawać podążającej przyjemność…).

Zrozumienie złagodziło moje podejście

Jestem wybredna, nie tańczę ze wszystkimi. Oczywiście nie wszyscy też tańczą ze mną 🙂 „Nakaz” prowadzenia uzmysłowił mi, że to jest NAPRAWDĘ bardzo trudne. Że wytrwanie w tangu jest o wiele większym wyzwaniem dla prowadzących, niż dla nas. Że ogólna kondycja ciała przekłada się na sprawność i miękkość w tangu (dlatego warto ćwiczyć rozciąganie). Śmiałyśmy się, że Ela uruchomiła we mnie pokłady litości 🙂 Ale też spowodowała trzęsienie mojej Ziemi. Bo nie chciałam prowadzić, a poczułam, że… będę trenować prowadzenie. To niesamowicie wzbogaca. Ela – szykuj się! Idziemy na to coś z narkotykami w tytule, ale bez narkotyków!

Do zobaczenia!
Bestia Ania

El Palacio, praktyka w każdą niedzielę od 20.30.

Jubileuszowy Weekend Tangowy w Olsztynie

9 – 11.06.2017

Czy można potraktować rodzinne miasto jak podróż? Otóż można,  a ja mogę na pewno ? bo tangowo bywam tu rzadko.
W ten weekend Stowarzyszenie Tango Argentino Olsztyn obchodziło  piątą rocznicę istnienia. Muszę przyznać,  że impreza była przygotowana z dużym rozmachem i zaangażowaniem. Goście dopisali i stworzyli bardzo przyjacielską atmosferę.
Milongi wieczorne odbywały się w położonym nad brzegiem malowniczego jeziora hotelu „Omega”. Sobotnia milonga popołudniowa – w kawiarni „Awangarda bis” na Starówce.
Obydwa miejsca miały świetną podłogę i dobry klimat – zadbali o to olsztyńscy  tango-dje. Większość bawiła się do ostatniej tandy.
Ja osobiście zachwycona byłam atmosferą i muzyką na sobotniej popołudniówce i tu ukłony dla Sylwii ?
Najliczniejsza była milonga sobotnia, na którą specjalnie przyjechało naprawdę sporo tangueros . Był catering, tort, był pokaz dawnych i obecnych nauczycieli oraz członków stowarzyszenia.
Niestety – ten wieczór w mojej ocenie nie był tak miły jak piątkowy.  I to nie z winy organizatorów, bo ci stanęli na wysokości zadania. Powodem była atmosfera, jaką stworzyły  „gwiazdy”.
Zawsze ubolewam nad tym, że od razu widać  podział  na „wy” i „my”. Nauczyciele nie są bez winy, chociaż nie zawsze to oni tworzą taki klimat, tylko otaczające ich towarzystwo.
Podsumowując,  to była bardzo dobra impreza i nie dlatego, że  to moje miasto,  a dlatego , że usłyszałam to od bardzo wielu osób,  które w niej uczestniczyły.  Dodam jeszcze , że poziom tańczących był  naprawdę niezły ?

Olsztyn

Kilka słów  o moim rodzinnym mieście,  które warto zobaczyć, szczególnie latem:
W obrębie miasta mamy aż  11 jezior , czystych i pięknych . Największe – Jezioro  Długie – ma chyba  jedno z najlepiej zagospodarowanych brzegów w Polsce. Można  spacerować,  zjeść coś  pysznego w niezliczonych knajpkach lub zadekować się w którymś z hoteli.
Drugie miejsce, które polecam, to Starówka: mała, ale urocza.  Poza licznymi knajpkami można odwiedzić  Zamek Kapituły  Warmińskiej, Wysoką Bramę, można popatrzeć na fosę i amfiteatr oczami Kopernika, odwiedzić katedrę z XIV wieku czy pospacerować pięknymi parkami miejskimi. A jeśli ktoś ma dość jezior i zabytków – może pójść na spływ  kajakowy malowniczą rzeką Łyną.
Olsztyn to idealne miejsce na lato ?

Z pozdrowieniami – Jolanda (ta Piękna ? )

 

Kilka zasad dotyczących tangowania

Bezpieczeństwo na parkiecie

Kiedy na parkiecie jest ścisk, trzeba bardzo uważać. Obcasem można wyrządzić dużą krzywdę. Mnie samej zdarzyło się za wysoko zadzierać nogi. Energia muzyki czy poprowadzenie wysokiego boleo przez partnera nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Trzeba się pilnować. Na maratonach o wysokim tanecznym poziomie jest ciasno, ale nie ma kolizji. A przecież w tangu chodzi o przyjemność.

To, co może zrobić kobieta dla poprawy bezpieczeństwa na parkiecie, to pilnowanie własnych nóg, żeby nie wierzgały jak kopytka kobyłki na polanie. Cała reszta niestety należy do mężczyzny. To od tego, jak prowadzi, zależy, co się dzieje na parkiecie. Nie tylko z nim i jego partnerką. Także z innymi.

Chcesz tańczyć tango – przestrzegaj zasad.

Dziwi mnie, że niektórzy tego nie rozumieją. Najwięcej bałaganu robią koślawi nłewowcy. Bo ci niekoślawi nie będą się rozpychać na milondze z muzyką tradycyjną. Tańczenie po rondzie nie jest jakimś widzimisię. Nie chcesz tego respektować? Idź na salsę, tam skaczą jak popadnie. Albo stwórz własny event. Ale nie pchaj się ze swoim cudaczeniem na tradycyjną milongę! Służby operacyjne mi doniosły, że kiedy taki jeden pojechał do Wilna i nie zamierzał respektować konwencji milonguero – został wyłowiony i wyproszony. Po prostu. I bardzo dobrze. Gospodarze imprezy powinni zwracać uwagę, co się dzieje nie tylko w barze czy toalecie (tak właśnie), ale także na parkiecie. Wygibańce zagrażają bezpieczeństwu innych. Że się obrazi i więcej nie przyjdzie? I bardzo dobrze! Na jego miejsce przyjdzie trzech takich, co się nie rozpychają. Tam, gdzie się dba o porządek na parkiecie, przychodzą lepsi tancerze.

Bywają imprezy w takiej konwencji, że hulaj dusza, piekła nie ma. Proszę bardzo! Kto chce – niech idzie. Sama czasem lubię poszaleć, traktując to jako wzmożona aktywność fizyczną. Ale na zwykłej milondze warto dbać o porządek z samym sobą. Wszystkim będzie przyjemniej. 

Nikt nie kwestionuje sensu przepisów ruchu drogowego.

Grający w brydża wiedzą, że po wylicytowaniu trzech bez atu nie można licytować trzech kierów. W szachach każda figura ma określony ruch i nikt się nie upiera, żeby Wieżą szurać w poprzek. Przy łowieniu ryb siedzi się cicho i nikomu nie przyjdzie do głowy się wydzierać. Dlaczego z zaakceptowaniem poruszania się po rondzie jest taki kłopot? Zdarza się, że parkiet jest mocno prostokątny, chudy i długi, wtedy ci mniej wprawieni mają trudność.

Ale myślę, że to jest kwestia nawyku.

Po prostu. I niestety strofowanie niesforniaków należy do panów! Nie wymagajcie od nas, żebyśmy tego pilnowały. Te bardziej świadome będą rozgwiezdnikom odmawiać i do tego zachęcam. Bo jak ci lepsi zobaczą, że na każdego nie lecisz – Twoje notowania wzrosną. Tak samo gospodarz milongi – jeśli nie będzie pilnował porządku, pójdzie fama, że tu słabo się tańczy i ci, co nie chcą być narażeni na „inwencję” rozgwiezdnika, pójdą gdzie indziej albo zostaną w domu.

Zgrabnie to ujął Michał Wójcik (warszawski nauczyciel):

(…)Tango przywędrowało z Buenos Aires nie jako zbiór ruchów do odtwarzania samodzielnie w domu przed kanapą, ale jako całe zjawisko kulturowe – taniec socjalny, który tańczy się na milongach w otoczeniu innych par. Kiedy rozmawia się z argentyńskimi tancerzami i nauczycielami, słychać, jak bardzo podkreślają, właśnie socjalny wymiar tanga tańczonego na milondze. To, że tańczy się nie tylko ze swoim partnerem, ale też ze wszystkimi innymi tancerzami na sali, z którymi łączy nas przestrzeń i muzyka. Czy nie po to właśnie chodzimy na milongi? Żeby tańczyć w otoczeniu innych ludzi? Czuć wspólną energię parkietu? Tańczenie samemu w domu to przecież nie to samo. Więc skoro bez trudu akceptujemy zasady tangowego ruchu naszego własnego ciała, to zaakceptujmy też, że ruch na milondze wygląda tak, a nie inaczej. Tańczymy po rondach, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara (…)”.

Tak więc chcesz wywijać – rób to na swojej imprezie, o!

Z pozdrowieniami – bestia Ania

Lo de Silvia Festival Tango – Tel Aviv 2017

Jola:

O Izraelu marzyłam od dawna, ale jakoś nie wpisywał się w moje tangowe podróże. Aż tu zupełnie niespodziewana wiadomość od Ani: „Jolando – jest festiwal w Tel Avivie, termin idealny, poopalamy dupki, potańczymy, zobaczymy niezwykły kraj . Kocham Tel Aviv. Jedziemy?” 🙂
Ania ogarnia rejestrację na festiwal, ja bilety na samolot i mieszkanie. Uwielbiam ten moment. Szukanie dobrego i taniego lotu oraz dobrze położonego mieszkania w dobrej cenie to nie lada sztuka. Nie chwaląc się – jestem w tym specjalistką 🙂

Ania:

Byłam w Izraelu 9 lat temu. Zakochałam się w Tel Avivie. Po załatwieniu formalności dotarło do mnie, że w tym samym czasie jest nasze warszawskie Secreto Encuentro, na które też się zapisałam…

Do Izraela nie lata się ot tak.

Zwłaszcza na tango. Postanowiłyśmy, że niezależnie od poziomu czy organizacji – po prostu chcemy tam być. Festiwal zorganizowała przesympatyczna Silvia Rajschmir. Nietypowo, bo zaczynał się w środę, a kończył w sobotę. Zaprosiła świetne pary. Ariadna Naveira i Fernando Sanchez to ulubieńcy Jolandy. Ja miałam okazję widzieć ich po raz trzeci. Ich pokaz był jak zwykle elegancki, bez zbędnych udziwnień. Graciela Gonzalez to tangowa legenda. Przyjechała z młodym tancerzem, niejakim Leonardo Sardella. To, co Graciela robi ze stopami w milondze, to po prostu majstersztyk. Lekkości i sprawności może jej pozazdrościć niejedna zawodowa tancerka. Analia Vega i Marcelo Varela znani są z muzykalności. Różnorodność par to świetny pomysł.

Ariadna Naveira & Fernando Sanchez.
Fot. Yakov Zak

Jola:

Byłam bardzo ciekawa tego festiwalu, szczególnie że zainteresowało mnie zachowanie mężczyzn tych takich zwyczajnych, nietangowych. Ja, kobieta, którą kochają mężczyźni ciepłych krajów – tu byłam przezroczysta. Mijający mnie faceci traktowali mnie jak powietrze. O co chodzi? Czy w tangu też tak będzie?
Dzień pierwszy i pierwsze miejsce nie aż tak złe, choć nieporywające. Poziom tangowy średni. Ludzie mili, choć nie skorzy do integracji. Wyglądało na to , że wszyscy się znali i świetnie się bawili we własnym towarzystwie. Mimo wszystko nie było tak źle. Tańczyłyśmy bardzo dużo, z jakością bywało różnie.
Inne dni wyglądały podobnie, choć  czasami miejsce było  delikatnie ujmując  w czarnej du….


Podsumowując: organizatorka bardzo miła,  bardzo dobre pary maestros, podłogi do przyjęcia, o samych miejscach  nie mogę wyrazić się za dobrze.
Odwiedziłyśmy codzienne milongi. Ten sam skład,  miejsca równie  obskurne  i mało bezpieczne. Ale już nie byłyśmy obce.
Tangowo nie było idealnie, ale sam pobyt w tym cudownym kraju wynagrodził wszystko.

Ania:

Nie wiem, która to była edycja tego festiwalu. Może pierwsza? Jedno z miejsc było bardzo komunikacyjnie bardzo niewygodne. To cud, że tam trafiłyśmy. Na szczęście Izraelczycy byli bardzo pomocni, zawsze mogłyśmy liczyć na podwiezienie. To bardzo ważne, bo o ile w przeróżne miejsca jakoś docierałyśmy (jakoś, czyli na piechotę i raz autobusem – co było dobrą okazją do przyjrzenia się różnym obliczom nocnego Tel Avivu), to wracać nad ranem na stańczonych nogach byłoby bardzo trudno. A taksówki drogie jak diabli. W jednym miejscu była podłoga kamienna. Poślizg miała świetny, ale ze względu na twardość – stopy jednak dotkliwie ją odczuwały. W ciągu dnia poza plażą także chodziłyśmy, więc jednego wieczoru, właśnie na tej kamiennej podłodze, po dwóch godzinach tangolenia, moje stopy kategorycznie odmówiły mi posłuszeństwa.

Strategia

Będąc bogate w różne doświadczenia, przyjęłyśmy strategię: pierwszego dnia tańczymy ze wszystkimi, drugiego – prawie, trzeciego – z ulubionymi, czwartego – z wybrańcami. I był to nasz udany festiwal. Tak sobie myślę, że jeśli sama kobieta przychodzi tylko na jedną milongę festiwalową – nie może być zadowolona. Panowie potrzebują czasu. Na oglądanie też 🙂 Średnia wieku była dość wysoka, ale znalazło się kilku niestarych rodzynków. Było ich więcej, tyle że także tu, jak na całym świecie, było towarzystwo wzajemnej adoracji, które kisiło się tylko ze sobą. Grupka Rosjan mieszkających w Tel Avivie nie dopuszczała nikogo do swych łask. „Nie choczesz – nie nada. Zachoczesz – nie budziet”, ot co! Z jednym takim zatańczyłam na naszej ostatniej milondze. Miałam wrażenie, że traktuje mnie jak narzędzie do onanizowania mną swojego ego i tańca.

Atmosfera była mniej festiwalowa, bardziej na luzie.

Nie widać było specjalnie strojnych sukni. Sporo panów było ubranych dość niedbale, w dżinsy i t-shirt. Zdarzył się jeden w krótkich portkach… Miałam nadzieję na spotkanie Izraelczyka, z którym tańczyłam w Berlinie – niestety nie było go.

Tanda życia mi się nie przydarzyła, ale bardzo przyjemnie się wytańczyłam. Przeżyłam też lekkie załamanie nerwowe, kiedy podczas ostatniego dnia festiwalu okazało się, że mało jest uważnych tangueros… Niestety ogólnie był dość spory bałagan na parkiecie. Zaskakująco mało kto tańczył po rondzie. Ostatniego dnia parkiet miał pewien problematyczny fragment. Postanowiłyśmy, że nie tańczymy z tymi, którzy wprowadzają nań partnerki. Okazało się, że ładują się tam prawie wszyscy, a ja zostałam nań wtarabaniona już w pierwszej mojej tandzie, chociaż palcem pokazałam, co omijać. A kiedy argentyński maestro zaczął pivotować na tym czymś swoją partnerkę, uznałam, że tango chyba nie ma sensu…

Dwie rzeczy godne były naśladowania.

Pierwszego dnia dostałyśmy podpisane imiennie kopertki, a w nich bileciki na każdą milongę. Niby nic nadzwyczajnego, ale adres na każdym bilecie zdecydowanie ułatwiał planowanie trasy dotarcia. Nie trzeba było nerwowo przeszukiwać fejsa. Bilety zabrano przy wejściu, ale kopertkę sobie zostawiłam na pamiątkę 🙂

Każdy uczestnik dostał także wachlarz. Po pierwsze użytecznie, po drugie to także miła pamiątka. I praktyczna, bo mieści się do mniejszej torebki lub do tylnej kieszeni męskich spodni.

Adela i Jakub

Przesympatyczną parę Polaków, mieszkających w Szwecji i Izraelu, poznałyśmy na Majorce. Wracałyśmy z plaży. Chciałyśmy pójść na skróty. Dotarłyśmy do muru. Mówię: „Nie wracamy się, nie ma rady – przełazimy”. Jolanda miała tak wąskie spodnie, że nie mogła zadrzeć nogi i musiała je zdjąć. I przetarabaniając się z gołym tyłkiem napatoczyła się własnie na nich 🙂 Miło było ich spotkać, bo są przemili i mają świetne poczucie humoru.


Fot. Yakov Zak

Practica czyli milonga

Cztery dni festiwalu… i co dalej? Okazało się, że jest! Nazwane praktikami, ale z normalnymi tandami i cortinami. Muzyka była lepsza niż na naszej niejednej milondze… Byłyśmy na dwóch. Czyli na 9 dni pobytu – 6 dni z tangiem = ok 🙂 Wstęp dość drogi jak na polskie warunki: 30 szekli od osoby (ok. 30 zł). Jak na Tel Aviv to taniocha 🙂 Po festiwalu panowie byli wzrokowo z nami zapoznani, więc praktycznie nie schodziłyśmy parkietu. Nie widziałam, aby panie odmawiały. Poza nami. Z upływem czasu byłyśmy coraz wybredniejsze. Zarówno podczas festiwalu, jak i później – niestety górował desant. Dojrzała tanguera mi wyjaśniła, że kiedy oni w młodości byli uczeni tańca towarzyskiego, kawaler musiał podejść do panny, z fasonem strzelić obcasami i wyciągnąć rękę… I rzeczywiście desantowcy byli w słusznym wieku. Młodsi oraz kilku mieszkających tam Argentyńczyków na szczęście nie zachowywało się aż tak bezpośrednio. Jeden – nazwany przez nas „wczuwaczem” – Argentyńczyk właśnie, trochę za bardzo się wczuwał, przytulał i jeździł ręką po plecach. Ale w cabeceo był wytrwały, nie podchodził z desantu. Więc mimo że widziałam, jak obłapiał Jolandę, postanowiłam wynagrodzić jego wytrwałość i raz raczyłam. Inny w ramach mirady stroił przedziwne miny. Odbyłyśmy na tę okoliczność taką rozmowę:

Jolanda: Zobacz, stoi tu taki jeden i się krzywi.
Ania: A bo to takie cabeceo.

J.: A skąd wiesz?

A.: Bo zrobiłam mu tak samo i poszliśmy tańczyć.

Poza tangiem – część podróżnicza

Ania:

Lotnisko Chopina – koszmar kontroli nadgorliwych funkcjonariuszy

Muszę to napisać: to jakiś obłęd. Bardzo dużo podróżujemy. Kiedy po raz pierwszy leciałam tanimi liniami do Lizbony i okazało się, że w zimie mogę na tydzień spakować się w tzw. bagaż kabinowy – postanowiłam tak właśnie podróżować: z bagażem podręcznym. Razem z nim przechodzę kontrolę. Bywam na wielu lotniskach świata, ale takiego cyrku, jaki robią z kosmetykami u nas na Chopina, nie spotkałam NIGDZIE. Zarówno w Berlinie, jak i Tel Avivie, nawet napoje nie stanowiły problemu. U nas czepiają się kremów, a podobno błyszczyków do ust i soczewek jednorazowych też. Dwa razy wywaliłam drogie balsamy do ciała (obstawiam, że po służbie dzielą się zdobytymi dobrami, bo innego powodu nadgorliwości nie widzę). Tym razem z Jolandą powiedziałyśmy: NIE! Kiedy pan od kontroli zaczął na nas pohukiwać, zabrałyśmy walizeczki i poszłyśmy do stanowiska odpraw, żeby nadać bagaż. Okazało się, że w Wizzair chcą za to prawie trzy stówy! W liniach regularnych bez problemu można oddać bagaż podręczny, w tanich nie – chyba że nie ma miejsca w kabinie i sami zabierają. No więc kombinowałyśmy, co zrobić. Panowie z obsługi chcieli nas poratować większymi plastikowymi woreczkami, ale… nie mieli. Więc przepakowałyśmy się (co nie jest proste, kiedy w walizce wszystko poukładane jak puzzle) i poszłyśmy do innego stanowiska kontroli. Obsługiwała je pani, która poprzednim razem była bezwzględna. Tym razem miała lepszy humor i prawie się udało (musiałam poświęcić odżywkę do włosów, a Jolanda płyn micearny). Przed nami panowie wywalali markowe wody toaletowe, żele pod prysznic, szampony… Myślę, że taka bezwzględność jest typowo polska: pokazać wyższość nawet w zarządzaniu płynem do higieny intymnej udręczonego pasażera.

Kiedyś wjazd do Izraela i wyjazd stemplowano w paszporcie. Było to kłopotliwe, jeśli chciało się później wybrać chociażby do Emiratów Arabskich, które nie są w stanie wojny z Izraelem, ale jednak to kraj arabski. Teraz – aby nie stawiać ludzi w kłopotliwej sytuacji proszenia o stempel na osobnej kartce (tak zrobiłam poprzednio) – drukują specjalny „bilet” pozwalający na wjazd i pobyt przez trzy miesiące (bez prawa podjęcia pracy).

Z powrotem

Śmiałyśmy się, że linie lotnicze wysyłają codziennie informację z przypomnieniem o wylocie i sugestią, aby być trzy godziny wcześniej. Ja zwykle jestem godzinę przed i wystarcza. Tu pomyślałyśmy: Izrael, kontrola, przeszukania bagażu… No dobra, będziemy wcześniej. Nie trzy godziny, ale dwie i pół. Okazało się, że musimy autobusem (lotniskowym) przejechać do innego terminala. Trzeba przyznać, że nie ma problemu z uzyskaniem informacji. Pracownicy lotniska stoją co kilka kroków i chętnie pomagają zbłąkanym podróżnikom. No więc zapakowałyśmy się w autobus i jedziemy. Autostradą! Wcale nie tak krótko, bo około kwadransa. Nawet się zastanawiałyśmy, czy aby na pewno zmierzamy tam, gdzie trzeba… Kiedy dotarłyśmy, najpierw od razu nas przechwycono i chciano skierować do odprawy, którą przecież miałyśmy zrobioną internetowo. Ze trzy osoby niedowierzały, że nasze walizki są bagażem podręcznym. Pokazując bording pass w końcu mogłyśmy wejść do terminalu. A tam… nic poza bufetem i stanowiskiem kontroli. Chciałam kupić jakieś słodycze na prezenty, a tu sklepów nie ma! Za to są sprawni pracownicy, którzy nas kierują, gdzie trzeba. Nie ma rozbebeszania walizek. Cała kontrola sprowadza się do pytań: Kto pakował walizki? Czy zostawiałyśmy je bez nadzoru? Czy dostałyśmy jakiś prezent od kogokolwiek (i owszem, ale odpowiedz brzmiała: no!)? Czy ktoś dał nam coś do przewiezienia? Jolanda bez problemu wniosła wodę w dużej butelce. No i tak się zastanawiam: skoro Izraelczycy nie robią problemów, po cholerę robią je inni? Niech jadą do nich na przeszkolenie i nie utrudniają ludziom życia w podróży.

Po kontroli okazało się, że… mamy znowu wsiąść w autobus i wrócić do poprzedniego terminala. Tym razem wieziono nas po terenie lotniska i wysadzono przy wewnętrznym wejściu. Zrozumiałyśmy, dlaczego tyle razy upominano nas, aby być trzy godziny wcześniej. Będąc standardowe dwie – mógłby być problem ze zdążeniem.

Izrael jest długi i chudy.

Wszerz można go przejechać w dwie godziny (tyle trwa podróż nad Morze Martwe), wzdłuż to kilkunastogodzinna wyprawa. To niezwykłe miejsce z kilkoma strefami klimatycznymi. Nie będziemy powielać informacji dostępnych w przewodnikach i internecie, bo i po co.

Mapa zaczerpnięta z serwisu www.globtroter.pl

Na miejscu

Jola:

Do Tel Avivu docieramy nocą. Uwielbiam moment, kiedy po raz pierwszy wciągam w płuca powietrze nowego miejsca i czuję jego zapach. To zawsze powoduje uśmiech. Tym razem oprócz uśmiechu wkradły się wątpliwości. Napisy, które nic nie mówią, napawają lekkim strachem. Okazało się, że nie jest tak źle i z niewielką pomocą dotarłyśmy z lotniska do naszego lokum. Mieszkanie spore, gospodyni miła, jak dla mnie ok. Ania kręci nosem, bo jakość łazienki jej nie pasuje. Hahaha, przyzwyczaj się – mówię – nie jest źle .

Ania:

Tel Aviv jawił mi się jako miasto, w którym mogłabym mieszkać. Byłam w nim przejazdem przez cztery godziny dziewięć lat temu i jakoś tak mi się wydawało, że to wyjątkowo piękne miejscde. Wtedy byłam z wycieczką, czyli przywozili i odwozili. Z zorganizowaną grupą zdecydowanie zaoszczędza się czas na przemieszczaniu, ale tylko indywidualnie jest szansa na poznanie prawdziwego oblicza odwiedzanego miejsca. Pamiętam piękną plażę, gargamelowaty różowy hotel na niej (teraz go nie znalazłam), ciepłe morze… Czystość, biel budynków i dużo psów na smyczach z zadowolonymi właścicielami. Niestety teraz zmieniłam zdanie: nie chciałabym tam mieszkać. To jeden wielki plac budowy, mnóstwo zrujnowanych willi – kiedyś zapewne pięknych i Bauhaus wypierany przez wieżowce – często wizualnie po prostu paskudne. Budują metro! Pierwszą linię. Jakżesz mi miło, że Warszawa ma prawie aż dwie…

Apartament, w którym mieszkałyśmy, był dość przestronny (miałyśmy swoją sypialnię i salon haha), ale łazienkę i kuchnię miał zapewne z lat 60. ubiegłego wieku. Jolanda mówi, że w krajach południowych to normalne i że tylko u nas remontuje się mieszkanie, bo coś jest niemodne.

Na szczęście nie było robali. Widziałyśmy ogromne karaluchy łażące nocą po ulicach, ale była to chyba odmiana podwórkowa. Magda, dzięki której możesz czytać te słowa (to ona ogarnęła wordpressa),  powiedziała, że one w ciągu dnia… siedzą na drzewach. O matko!!! A ja, zachwycona pniami, podchodziłam tak blisko… Na szczęście nie przyglądałam się gałęziom. Podobno w Buenos karaluchy są wszędzie. Zatem na moją relację nie ma co liczyć, bo nie ma mowy, żebym tam pojechała.

To, co wyróżnia Tel Aviv od innych południowych miast, to to, że nie ma obnośnego handlu, nagabywaczy i straganów – wszystkie sklepy/sklepiki są w lokalach. Chociaż w Alghero na Sardynii były, ale jakoś tak cywilizowanie, bez handlarzej nachalności.

Izrael wzbogacił się na nowych technologiach. Tymczasem bilet autobusowy kupuje się u kierowcy, albo wsiadając przednimi drzwiami pokazuje się aktualność karty miejskiej. Nie ma pracy dla „kanarów”.

Jola:

Tel Aviv to miasto kontrastów. Bardzo nowoczesna architektura, nastawienie na turystów i kasę. Bardzo piękna, ale nie wyróżniającą się niczym . Pozbawiona duszy. Szklane drapacze. Gdybym nie wiedziała, że jestem w Tel Avivie, to zapewne mogło by to być każde inne wielkie miasto. Beton, szkło i stal wkrada się wszędzie, przytłaczając starą niską zabudowę.

Choć moim zdaniem nie są to perełki architektury. Tel Aviv jest stosunkowo nowym miastem. Powstał w 1909 roku na peryferiach starej Jafy. Jedynym miejscem, które łączy starą cześć Tel Avivu z nową, jest Zespół Białego Miasta, czyli Bauhaus znajdujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Z przykrością stwierdzam, że nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia.

Ania:

Ależ mnie poprzednio zachwycił właśnie Bauhaus! Miałam wrażenie opływowej spójności, a jasność elewacji podwajała wrażenie czystości. Teraz niestety bardzo dużo willi jest w opłakanym stanie. Szkoda, że zamiast odnawiać to, co dla mnie osobiście ma ogromny urok – stawia się betonowe szkarady.

Tel Aviv – Jaffo

Jola:

Stara Jafa (Izraelczycy mówią: Jaffo) to zupełnie inna opowieść. Poszłyśmy tam brzegiem morza. Piękny spacer i cudowne widoki. Jafa to starożytne miasto z bogatą historią, dziś całkowicie wchłonięte przez nowoczesny Tel Aviv. Spacer nadbrzeżnymi uliczkami starego portu, Wieża Zegarowa, Meczet Mahmudiego, Synagoga Best Zuzana czy Muzeum Starożytności to obowiązkowe punkty na mapie Jafy. To wyjątkowe miejsce, zdominowane przez kulturę arabską. Jeśli wrócę do Tel Avivu, to spędzę tu dużo więcej czasu.

Zabawa

Ania:

Od piątku po południu do soboty włącznie transport publiczny i usługi zamierają. W Jerozolimie właśnie wtedy jest największy ścisk pod Ścianą Płaczu. Mieszkańcy Tel Avivu są mniej religijni, a właściwie tych religijnych widać tam niewielu. Tel Aviv to miasto Izraelczyków, rzadko można zobaczyć muzułmaninów. Ale jeśli akurat wypada pora ich modlitwy – robią to.

Podczas szabasu autobusy miejskie nie jeżdżą w całym Izraelu (prywatne tak). W Tel Avivie większość sklepów i restauracji jest otwarta. Szabas to czas rodzinnych odwiedzin, a dla niereligijnych to czas wzmożonej zabawy. Od wczesnych godzin popołudniowych słychać muzykę, widać tańczących ludzi w restauracjach i lejący się alkohol.

Pije się wszędzie, bez skrępowania: na plaży, na skwerach, na ławkach, na schodach fontanny… Alkohol nie musi być zamaskowany. Butelka whisky stoi sobie na kamiennym blacie parkowego stolika i nikomu to nie przeszkadza. Nie widziałam nikogo pijanego. Zdarzają się osoby bezdomne śpiące na ławkach, ale jest ich zdecydowanie mniej niż w jakimkolwiek innym mieście, w którym byłam.

Ludzie

9 lat temu wydawało mi się, że Izraelczycy są wyniośli, a jeśli ktoś jest otwarty, to Arabowie. Teraz – koncentrując się na Tel Avivie i nie podróżując na tereny Autonomii Palestyńskiej – przyznaję, że mieszkańcy Tel Avivu są bardzo uczynni i pomocni. Kiedy zakałapućkałyśmy się przy wyjściu z lotniska – pewien pan sam się zainteresował i zapytał, w czym nam pomóc. Zawsze, jak byłyśmy w potrzebie, otrzymywałyśmy pomoc. Nawet wtedy, kiedy panie (bardzo uczynne!) mówiły tylko po hebrajsku… Otwierały telefon, wstukiwały mapę i po prostu pokazywały… My nie miałyśmy internetu poza Wi-Fi w miejscu noclegu, ponieważ transmisja danych jest bardzo droga (połączenia też: wychodzące prawie dychę, przychodzące prawie piątaka). Jeśli ktoś ma jakieś wyobrażenie, jak wygląda osoba pochodzenia żydowskiego – niech pojedzie do Izraela. Aby tam zamieszkać, trzeba przedstawić swoje udokumentowne żydowskie pochodzenie. Każdy jest skądś i mieszkańcy mają tak różny wygląd, jak różni są ludzie. Wiele razy zwracano się do mnie po hebrajsku. Blondynki i niebieskoocy nie są jakimś wyjątkiem.

Podryw

Przez pierwsze trzy dni wydawało nam się, że Tel Aviv to miasto samych gejów. Nie ma na ulicy uśmiechających się do kobiet mężczyzn. Nie ma komplementów charakterystycznych dla południowych krain. „To kraj nieprzyjazny kobietom!” – zakrzyknęła Jolanda. Ja dodałam, że nie tyle kobietom, co turystkom nastawionym na podziw 🙂 Jakże się myliłyśmy… Oni po prostu mają inną strategię. Nie wprost. Mogłyśmy tego doświadczyć, kiedy na dwa dni się rozdzieliłyśmy. Mężczyzni południa głośno dają wyraz swojemu zachwytowi kobietą, nawet jeśli nic z tego nie wynika. Po prostu tak mają. Izraelczycy są pragmatyczni. Przez pierwsze dni czułyśmy się przezroczyste. Wynikało to z tego, że w ich kulturę nie jest wpisane „zaczepianie”. Za to kombinują całkiem niezle 🙂 Zostałam zapytana, jak nazywa się plaża, na której jesteśmy? Kiedy odpowiedziałam, pan się zdziwił, po czym zapytał, skąd jestem, na jak długo, opowiedział mi o swojej karierze i zaproponował pójście do baru dla ochłody… Inny poprosił, żebym zerknęła na jego rzeczy, kiedy on pójdzie się kąpać. Nawet nie doszedł do morza, kiedy wrócił, podziękował, przedstawił się jako trener siatkarzy i zaproponował masaż… Jeszcze inny zapytał: „W taki upał wolisz wódkę z lemoniadą czy piwo?” 🙂 Tak więc Tel Aviv nie jest miastem tylko gejów. A w Jerozolimie nawet pod Ścianą Płaczu nie każdy przychodzi po to, by się jedynie modlić…

Hałas przez całą dobę

Mieszkałyśmy przy małej bocznej uliczce, a jednak hałas był nie do zniesienia przez cały czas. Śmieciarka o świcie, jakiś agregat warczący całą dobę, nocne harce kotów z rozdzierającymi miaukami… Co ciekawe – koty w Izraelu są zwierzętami wolno żyjącymi – dzięki temu nie ma problemów z myszami i szczurami. Pełno ich na każdym kroku. Ludzie wystawiają im miski z wodą i tacki z karmą – bardzo często częstują się także psy, których również jest dużo (żyją z ludźmi w domach i prowadzane są na smyczy). Przewodniki podają, że Tel Aviv to miasto, które nigdy nie zasypia. Może jakaś jego część. Mieszkałyśmy w samym centrum i kiedy wracałyśmy z milong (ok. 4-5 rano), wszystko spało i wydawało się, że jest tak cicho…

Plaża

Jola:
Srebrno – błękitne morze, delikatnie złoty piasek i nowoczesna architektura wokół robi wrażenie. Jest cudownie. Opalając się poczyniamy pierwsze obserwacje ?
Plaża jest pełna mężczyzn, są tu w znaczącej przewadze. Leżą parami, grupkami, widać, że świetnie się ze sobą bawią. Czujemy się jak samotna blond wysepka na czarnym oceanie. Ocean jest spokojny, wysepka go nie interesuje ? DLACZEGO??? Niestety panowie wolą zdecydowanie panów i nawet pojawienie się takich dwie blond Wenus tego nie zmieniły ???


Tel Aviv słynie ze swoich przepięknych plaż, które ciągną się na przestrzeni kilku kilometrów. Większość jest strzeżona. Wybrzeże jest łatwo dostępne i bezpieczne. Bary, leżaki, parasole ,prysznice i kosze na śmieci są w zasięgu ręki ?

Ania:

Tel Aviv jest o tyle cudny, że centrum miasta leży niedaleko plaży. Co jakiś czas rozlega się apel w czterech językach (hebrajski, angielski, rosyjski i francuski), aby zachować czystość, nie wnosić szklanych butelek i nie kąpać się poza wyznaczoną strefą. Generalnie Tel Aviv jest miastem czystym, chociaż chodząc na milongi widziałyśmy jego brudniejsze zaułki. Plażę obsługują panowie od leżaków i parasoli, ratownicy oraz supervisorzy – cokolwiek to znaczy.

Woda z każdym dniem stawała się cieplejsza. Za to piach… Pogoda była piękna, ale wiatr postanowił sobie z nami pofiglować. Był taki dzień, że w ogóle nie wiał (lampa non stop, 32 stopnie w cieniu – poszłyśmy na plażę dopiero ok. 15.00.). W inne dni wiał różnie. Miałam wrażenie, że przyjął strategię eskalacji wciskania pyłu w tyłek. Generalnie powiewał dość przyjemnie, ale był taki dzień, kiedy… oszalał.

Okazało się, że ten piękny jasny piasek jest cholernym pieprzonym pyłem, który wdziera się w każdy otwór twojego ciała. Po pięciu minutach jesteś nim pokryta tak, że nie widać twoich rysów twarzy. Oj, zatęskniłam do drobniutkich brązowych kamyczków Malagi… Nie ma handlu obnośnego, nikt cię nie nagabuje. Przez dziewięć dni widziałam dwa razy pana z lodami i sokami.

Ceny

Masakrycznie wysokie. 1 szekla to mniej więcej 1 zł. Tel Aviv to dobre miasto, jeśli chcesz odpocząć od nałogów (papierosy – 30 szekli, 0.7 Sobieskiego – 119 szekli, piwo – najtańsze widziałam za 7.50, ale normalnie kosztuje ponad 25).

To także dobre miasto, jeśli chcesz przestać nadmiernie jeść. Zakupy w sklepie na 2 dni to wydatek 90 szekli. Knajpy – stówa od osoby, chyba że chce się pójść do baru, gdzie danie z humusem kosztuje 30). Jednorazowy przejazd autobusem – 5.80, kolejka z Savidor na lotnisko – 13 z kawałkiem. Chcesz zjeść loda? W sklepie 9 szekli, na plaży 20.

Żołnierze

W Tel Avivie widoczni głównie na dworcach, w Jerozolimie ich więcej. To dzieciaki zaraz po szkole średniej. Dziewczyny służą dwa lata, chłopcy trzy. Nie są zbyt postawni, często karabin jest niemal wielkości wątłego ciała. Poprzednio widziałam, jak wchodzili do morza (bez munduru, ale nie wypuszczając karabinu z rąk), albo jak w knajpie tańczyli (w mundurach i z karabinami). Czasem nie mają munduru, ale karabin tak. A czasem w mundurze są bez karabinu. Na poniższym zdjęciu po prawej widać arabsko – żydowską knajpkę. Na co dzień nie czuć żadnego konfliktu.

Morze Martwe – czyli upał, sól i błoto

Ania:

Trzeba pojechać, jak już jest się w Izraelu. Z mojej poprzedniej wizyty pamiętam przezroczystą wodę i jasny piasek. Bo byłam w innym miejscu. Plaża Morza Martwego dostępna z Tel Avivu (jedzie się przez Jerozolimę) jest tą najpopularniejszą i nazywa się Kalya. Po wyjściu z liniowego autobusu natknęłyśmy się na busika, który za darmo nas zawiózł na samą plażę. Z powrotem już nie było tak fajnie. Bus jadący z plaży do Jerozolimy kosztował dwa razy drożej niż ten liniowy. Więc z plaży drałowałyśmy do przystanku na piechotę (około pół godziny). Potraktowałyśmy to jako element dbania o kibić 🙂 A że była godzina 18.00. – słońce grzało, ale nie tak strasznie jak w południe. Ze względu na położenie Izraela, od godziny 10.00. do 17.00. słońce jest w zenicie. Z której strony nie patrzeć i jak się nie ustawiać – jest nad głową i już.

Na tej konkretnej plaży, a właściwie w wodzie, było to osławione błoto, którym za naszego pobytu smarowali się głównie panowie – także po łysych czaszkach. Może liczyli na poprawę urody i odrost loków?

Na plaży nie było piachu, a jakieś ubite klepisko. Na szczęście były dostępne krzesła, leżaki i parasole. Upał był potworny, na słońcu trudno było wytrzymać nawet nam, lubiącym opalanie. Wejście do morza było bardzo śliskie ze względu na to błoto, które miało konsystencję szlamu. Brrr…Z tego względu woda była mętna. Kostiumy kąpielowe w jasnych barwach słabo ją znosiły. Mój już w Warszawie wymoczyłam w odplamiaczu i jakoś doszedł do siebie.

Jola:

Wyprawa nad Morze Martwe miała być hitem naszego pobytu w Izraelu, szczególnie że zaplanowana była na dzień moich urodzin. Czy była? I tak, i nie…
Podróż zajmuje około dwóch godzin i kosztuje (razem z autobusem miejskim) około 75 szekli od osoby. Wstęp na plażę jest płatny – nasza kosztowała 57 szekli, ale podobno są również o wiele droższe. Autobus wysadził nas w szczerym polu, a upał niemal powalił. Pierwsza myśl: O matko, gdzie my jesteśmy?! Gdzie jest to Morze Martwe?! Dokąd mamy iść?! Na szczęście był kierunkowskaz i ….. busik, który czekał na turystów. Szczęśliwe, że nie musimy iść w tym upale, docieramy do celu i możemy wreszcie skorzystać z osławionego na całym świecie dobra narodowego. Droga do samego morza wiodła przez świetnie zagospodarowany teren: knajpki, sklepy, leżanki, piękny ogród. Widok z góry na morze, które jest w zasadzie bezodpływowym zbiornikiem położonym 471 metrów poniżej poziomu (wąską strużką dopływa jedynie rzeka Jordan), robi wrażenie: otoczony pustynią i fragmentami zamglony przez unoszony wiatrem pustynny piach.

Zeszłyśmy w potwornym upale z niezliczonej ilości schodów. Chwila odpoczynku w cieniu i z determinacją oświadczyłam, że idę zażywać kąpieli. Postawienie gołych stóp na nagrzanej ziemi o mało nie spowodowało zawału, w podskokach wracałam po klapki. Następne wyzwanie to wejście do wody. Jest bardzo ślisko, każdy krok to walka, ale po pokonaniu trudności – reszta okazuje się być frajdą. Woda była bardzo przyjemna, a smarowanie się błotkiem to niezła zabawa.

Jerozolima

Ania:

Miasto smaków, zapachów, miejsce mocy… Uważam, że KAŻDY – bez względu na religię/wiarę/filozofię/ateizm/cudanakiju – powinien ją odwiedzić. I jest o połowę tańsza niż Tel Aviv 🙂 Nie każdy wie – a i w żadnym przewodniku nie znalazłam o tym informacji – że Jerozolima ma drugi poziom, wybudowany na… dachach. Rosną na nim drzewa i trawa, pasą się kozy, wybudowane są mniejsze kamieniczki, w których mieszkają całe rodziny, często chasydzkie (ortodoksyjnie religijni). Niewierni są dla nich przezroczyści. Nie istnieją. Jak bardzo trzeba być wytrenowanym w nie widzeniu… Są w tym mistrzami. Trzeba wiedzieć, jak tam wejść. I być uważnym, bo łatwo stracić schody z oczu, a bez nich raczej się nie zejdzie i żaden chasyd w tym nie pomoże.

Jola:

Wyprawa do Jerozolimy była absolutnie niezwykła. Szkoda, że byłam tam tak krótko. Na zobaczenie starej części potrzeba dwóch dni. Ja miałam tylko kilka godzin.
Z Tel Avivu jedzie się klimatyzowanym autobusem z WiFi ? Przejazd trwa ok. 45 minut i kosztuje 22 szekle. Cała w szczęściu, że jestem już na miejscu, miałam zamiar udać się na zwiedzanie. I tu pojawił się problem: byłam bez mapy, przewodnika, internetu i nieprzygotowana. Na dodatek nikogo wokół. Szłam zgodnie z intuicją. Nagle nie wiadomo skąd pojawiał się stary Żyd. Popatrzyłam na niego z nadzieją, a on zapytał, w czym mi pomóc. Musiałam wyglądać na zdesperowaną, bo mężczyzna wziął moje dłonie w swoje, tak jakby chciał mnie uspokoić. Wytłumaczył mi, jak dojechać i gdzie wysiąść. Dotarłam do Bramy Damasceńskiej. Idąc starymi kamiennymi chodnikami mijałam tłumy turystów i przedstawicieli wielu religii. Moją uwagę przykuwali oczywiście ortodoksyjni Żydzi. Początkowo błądziłam bez celu po wąskich uliczkach. Uwielbiam to. Zapachy i różnorodne dźwięki sprawiają, że czuję się cudownie. I tu z pomocą przyszedł mi kolejny starszy Żyd: po standardowym pytaniu, w czym mi pomóc, dał mi mapę Starej Jerozolimy i język rosyjski wcale mi nie przeszkadzał.


W Jerozolimie jest sporo miejsc wartych uwagi. Ja skupię się na dwóch, które wywarły  na mnie największe wrażenie.

Stara Jerozolima jest dobrze oznakowana, a podzielona jest na dzielnice chrześcijańską, muzułmańską,  żydowską i ormiańską.
Zanim dotarłam do Bazyliki Grobu Pańskiego, przeszłam częściowo drogę krzyżową. Gorąco polecam nawet osobom nieszczególnie religijnym. Idąc ostatnią drogą Chrystusa, mijamy stare uliczki, na których czas zatrzymał się dawno temu.
W bazylice stanęłam przy kamieniu namaszczenia. Czułam niezwykłą energię tego miejsca: skupienie, łzy, modlitwy i delikatny dotyk płyty zrobiły na mnie wrażenie. Podziwiałam kopułę. Z otworu spływało niebieskie światło. W kolejce do grobu Pańskiego panowała cisza. Po wyjściu potrzebowałam kilku minut, by ochłonąć.


W drodze do Ściany Płaczu – świętego miejsca wyznawców judaizmu – zostałam poczęstowana pyszną kawą z kardamonem ? Pod samą ścianą szczegółowo mnie skontrolowano pod względem bezpieczeństwa i właściwego ubioru, a zrobiła to bardzo miła, aczkolwiek stanowcza Żydówka. Z zainteresowaniem przyglądałam się otaczającym mnie ludziom. Strona męska (pięć razy większa niż żeńska) jest dla kobiet niedostępna, więc tylko z daleka mogłam popatrzeć na modlących się mężczyzn. Gdy dotarłam do części właściwej dla mojej płci, zobaczyłam tłum kobiet, które trzymały w rękach Torę, zakrywając nią twarze. Panowała tam niezwykłą cisza. Kobiety modliły się kiwając w transie, a po ich twarzach spływały łzy. Niezwykłe wrażenie. Patrząc na te płaczące w ciszy kobiety miałam łzy w oczach i dreszcze na całym ciele. Byłam całą sobą w ich bólu, prośbach i podziękowaniach. Ich widok ciągle mam pod powiekami.

Miejsca warte odwiedzenia

Ania:

W Izraelu jest tylko jedno lotnisko. Można też polecieć do Jordanii, odwiedzić Petrę (jest niesamowita) i strefę bezcłową w Ammanie. Kiedy byłam poprzednio, dolar kosztował 2 zł. Napakowałam całą walizę różności. Mój bagaż ważył 65 kg 🙂 Na lotnisku „usłużny” pan chciał mi „pomóc” włożyć walizkę na taśmę przy kontroli (licząc na bakszysz, jak to w krajach arabskich), ale nie zdołał jej nawet podnieść 🙂 W Izraelu nie ma wyciągania łap po cokolwiek. W każdym arabskim kraju warto mieć odliczone pieniądze na bilet w autobusie, bo resztę trudno wyegzekwować. Tu nie ma problemu z wydaniem reszty nawet z banknotu stuszeklowego – chociaż tuż po przyjezdzie kierowca jednak sobie zaokrąglił i po dwadzieścia groszy na nas zarobił 🙂

Kiedy byłam poprzednim razem, zostałam obwieziona po wszystkich najważniejszych miejscach. Byłam w Tyberiadzie, Nazarecie, Betlejem (widziałam teoretyczne miejsce narodzin Jezusa. Za to kontrole przy wjeździe i wyjeździe ze strefy Autonomii Palestyńskiej to dopiero zabawa…), Haifie (ogrody Bahaistów to istny cud. Ich religia bardzo mi się spodobała, ale kiedy okazało się, że oni także spotykają się e wspólnocie, by czytać swoje święte księgi, mój rys antysocjalny wziął górę i zrezygnowałam), nad Jeziorem Galilejskim (nigdzie na świecie nie było mi tak gorąco, jak tam), w Jerychu (wjeżdżając czteroosobowym szczelnie zamkniętym plastikowym wagonikiem na wzgórze, na którym w klasztorze mieszkał mnich-samotnik, po raz pierwszy w życiu widziałam, jak z ludzi cieknie pot dosłownie strumieniem), w Ejlacie (najbrzydszy nadmorski kurort, jaki kiedykolwiek widziałam, a woda w Morzu Czerwonym była w lipcu dla mnie za chłodna). Organizacja kibuców robi wrażenie. To niesamowite, że na tak trudnym, suchym terenie udało się zrobić pola uprawne i plantacje. Warto to zobaczyć. Będąc na indywidualnej wyprawie też można to wszystko ogarnąć, jednak trzeba by zrezygnować z plażowania. Jolanda może się smażyć godzinami. Ja lubię się powygrzewać dwie godziny, więcej to dla mnie strata czasu, a i moja skóra nie ma takiego pigmentu, aby dawać się nadmiernie jarać…

W Izraelu widziałam kilka śmiesznych pojazdków. Poprzednio będąc w Jerozolimie, z zachwytem obserwowałam, jak na bardzo wąskiej uliczce mijają się dwa ciągniczki. Owszem, były małe, ale uliczka była tak wąska i zastawiona straganami, że wydawało się to po prostu niemożliwe… Teraz rozbawiło mnie jednoosobowe autko i mini-samochodzik sprzątający z kierowcą po lewej stronie (!), a zachwycił powszechny model roweru. Chciałabym!

Tango Te Amo: tango, podróże, życie…

Tango Te Amo istnieje od dawna!

Jako fanpage na Facebooku już od kilku lat. I pojawił się pomysł, aby zrobić coś więcej…

Portal to za dużo, blog za mało… Zaglądaj do nas, bo będziemy się dynamicznie rozwijać.

Piękna i Bestia

— czyli relacje zarówno ze wspólnych, jak i osobnych tangowych podróży:
Joli (piękna i słodka) i Ani (sarkastyczna bestia).
⇐  Więcej o nas znajdziesz w zakładkach.

Poza nami znajdziesz tu:

  • Relacje z tangowych eventów (milong, festiwali, maratonów)
  • Informacje ważne dla środowiska tangowego i dla tych, dla których to jest inny świat 🙂
  • Podróżnicze ciekawostki
  • Zapowiedzi tangowych wydarzeń
  • Przepiękne zdjęcia i materiały video.

Chcesz się czymś podzielić?

Przeżyłaś/łeś coś niesamowitego, co chciałabyś/chciałbyś przekazać szerszemu gronu?
A może organizujesz event, na którym nie wyobrażasz sobie naszej absencji? 🙂

Zapraszamy do kontaktu.

     Nie chcesz być na zdjęciu?

 Mamy zgodę fotografów na publikację, miło, jeśli także się zgodzisz 🙂 Ale jeśli nie – napisz do nas, usuniemy.

P.S.

Z przyczyn różnych (czas, ciągłe zmiany) nie udzielamy informacji dot. biletów lotniczych czy hoteli.
Wszystko jest w internecie. Jeśli coś chcemy polecić – piszemy o tym.